Było ich trzech…

Było nas trzech, w każdym z  nas inna krew, ale jeden przyświecał nam cel..

Za kilka mieć u stóp cały świat, wszystkiego w bród.

 

No dobrze, nie było ich trzech. Były one trzy. Poznały się prawie 10 lat wstecz. Nie, to była wielka sympatia od pierwszego wejrzenia. Ani nawet od tego drugiego. Nie było tańczących motylków i trzęsącej się posadzki. Nie. Było dziwnie. Pamiętam jak stałam z moją przyjaciółką z dzieciństwa w wielkiej auli. Tę część początku roku akademickiego miałyśmy wspólną, potem ona poszła piętro wyżej, ja zostałam na parterze. W tłumie, dzikim tłumie, zobaczyłam mojego kolegę z podstawówki. Zrządzeniem losu mieliśmy studiować razem. Kolega? Dziwne to było. On doszedł do naszej klasy na ostatni rok. Był wyjątkowo dziwny. Bardzo dziwny. Zresztą dziwny został do dziś. Wtedy nie wiedziałam tak do końca czemu jest dziwny, ale dziś czytając chociażby w gazetach, czy si jego rodzinie już wiem czemu był i jest dziwny. Sama się dziwię, że mogliśmy rozmawiać i nie doszło ani razu do rękoczynów. Z mojej strony oczywiście. W każdym razie wracam do tematu. Obok kolegi stała dziewczyna, okazało się,że razem będziemy studiować, a oni razem chodzili do liceum. Przedstawił nas sobie, ale szczerze? Byłam wściekła, że los postawił na drodze jakąś życzliwą duszę z takim „dodatkiem”. Ona ubierała się dziwnie, cała na czarno, kolczyki wszędzie gdzie się da,non stop paliła papierosy i opowiadała o jakiejś dziwacznej muzyce. Do tego miała dziwne pasje, i tak naprawdę nie było chyba nic co mogłoby nas połączyć. Zero, kompletne zero. Następnego dnia wracaliśmy razem tramwajem, kolega wyszedł pierwszy, w zasadzie to gdzieś się śpieszył i po 2 przystankach nas zostawił. Nas czekała jeszcze 20 minutowa podróż. Oho, będzie miło pomyślałam sobie. I wtedy ona coś powiedziała, to było tak absurdalne, że aż śmieszne. Zaczęłyśmy rozmawiać i zamiast do domu poszłyśmy do kawiarni. Okazało się, że najbardziej lubi rumiankową herbatkę i mini pączki. Że ma fenomenalne poczucie humoru, że po szkole jest wolontariuszką w domu dziecka, że kocha piec ciasta, i gdy nikt nie widzi to parodiuje Stachursky’go. Okazała się zupełnie inną osobą! Ciepłą, życzliwą, sympatyczną, otwartą na innych. Owszem, dalej paliła jak smok, czasem nie wiedziałam o czym mówi kiedy wpadała na temat – mordercze gry komputerowe, ale połączyło nas tyle przygód. To Ewa zatrzymała tramwaj kiedy złodziej ukradł mi portfel i w spódniczce rzuciła się w pościg – krzycząc bez sensu- oddaj  bilet. To z Ewą „podrywałyśmy” co ciekawych studentów, rzucając im pod nogi chusteczki. Oczywiście nasze łowy były zupełnie nieskuteczne, ale za to nawiązałyśmy bliskie relacje z paniami woźnymi. To z Ewą zapomniałam raz przez cały semestr chodzić na wykład. Tak, zapomniałam, nie wiem jak, nie wiem. Naprawdę mi wstyd, ale tak było. Zapomniałyśmy o pewnym przedmiocie i bach, wydało się w czerwcu. Niezrażone postanowiłyśmy jednak iść po wpis do indeksu. Wiedziałyśmy tyle – pani nazywa się Jolanta i ma ciemne włosy. Dziarsko pojechałyśmy na inny wydział, znalazłyśmy pokój numer 15 i zapukałyśmy. W środku była pani, ciemne włosy, nazywała się Jolanta co potwierdził ktoś z kim była w tym pokoju, nazywając ją Jolą. Dzielnie więc poszłyśmy do jej biurka i powiedziałyśmy, że i owszem zapomniałyśmy przyjść na 8 wykładów, ale nie zrobiłyśmy tego celowo. Po prostu jesteśmy gapy i tyle. I słyszałyśmy, że pani zażądała od tych co nie przyszli po wpis by zdawali jakiś test, i jesteśmy gotowe go zdawać, byleby dostać wpis. Pani miała nietęgą minę, zaczęła nas przepraszać, tłumaczyć, że jej wykłady są nieobowiązkowe, nawet się zapytała kto nas nastraszył tym testem. Kiedy kolejny raz usłyszałyśmy – przykro mi, że panie straciły poranek by tutaj przyjechać po ten wpis, mogłyśmy się umówić u pań na wydziale, dałyśmy szybko indeksy, licząc na szybki wpis. Pani spojrzała na rok i kierunek studiów i wpadła w dziki śmiech. Powiedziała głośno – Jolu, te panie są do ciebie. Jaka Jola? Halo, halo. Zza szafy wyszła pani Jola, nasza pani Jola. Której wzrok mroził. Pani Jola powiedziała,że skoro już jesteśmy to może zrobimy sobie teścik. Pani nie chciała Ewy przepuścić, bo dziewczę przygotowane nie było, ja zdałam koncertowo. Ewa wtedy rzekła – ale czemu pani się gniewa, że pani nie poznałam, skoro nie byłam na wykładzie to chyba naturalne, że się nie znamy? Szybko wzięłam swój indeks i wyleciałam z pokoju byleby nie dostać przekreślenia zaliczenia i wyrzucenia ze studiów. Nie wiem jak ona to zrobiła, ale wpis dostała. Po tej historii przez 3 dni nie mogłyśmy na siebie patrzeć. Nie, żeby były jakieś waśnie. Płakałyśmy ze śmiechu wspominając panią Jolę. Tak, z Ewą mam masę wspomnień.

Z Kasią też nie poszło nam tak gładko. O ile szybko przekonałam się do Ewy, to z Kasią było inaczej. Chodziłyśmy do jednej grupy na zajęcia. Ale ja zaprzyjaźniłam się z Ewą, a ona jakoś nie pasowała do nas. Była za ładna jak na nas dwie, nosiła się tak poważnie, miała już narzeczonego i w ogóle, wydawała się sztywna i takie ą i ę. Mówiłyśmy sobie cześć i tyle było z naszej relacji. Aż pewien pan doktor nie wymyślił sobie, że mamy we trzy napisać referat. Cieszyłam się, że mamy go pisać we trzy, bo sama z Kasią chyba bym nie dała rady. Lekko mnie onieśmielała, z tą idealną kreską na oku i perfekcją w oku. Pech chciał, że w umówionym dniu Ewce coś wypadło i musiałam sama z Kasią siedzieć w bibliotece. Najpierw podchodziłyśmy do siebie jak do jeża, ja bałam się odezwać, a ona chyba nie wiedziała o czym ze mną rozmawiać. Ale po nitce do kłębka. Nie wiem która z nas powiedziała – to jest strasznie nudne, mam ochotę na gorącą czekoladę, idziesz? W każdym razie od tamtej pory stałyśmy się nierozłączne. Za tymi idealnymi kardiganami i kreską na powiece kryła się moja bratnia dusza. Szybko okazało się, że wszystkie trzy nadajemy na tych samych falach. No ok, to były trzy różne pasma, ale zdecydowanie łączyły się w jedno. Sama nie wiem jak to poszło, i kiedy uznałyśmy, że jesteśmy stworzone do bycia przyjaciółkami. Jadąc na uczelnię wysiadałam z tramwaju 4 przystanki wcześniej, i grzecznie czekałam aż Kasia dojdzie na przystanek. Ten ostatni odcinek musiałyśmy pokonać razem, ustalić plan dnia i opowiedzieć co się działo, kiedy się nie widziałyśmy. Czyli co działo się poprzedniego wieczora. Sama już nie wiem kiedy Kasia poprosiła bym została świadkiem na jej ślubie. Nie wiem kiedy polubiłam jej męża jak brata. Nie wiem kiedy poznałam całą rodzinę i stałam się jej częścią. Taką częścią, że kiedy jej tata widział mnie na mieście, stojącą na przystanku, zatrzymywał się by mnie podwieźć do domu. Nie wiem kiedy moi rodzice polubili Kasię na tyle by iść na jej ślub i codziennie dopytywać co słychać u ich córeczki. Jej córka mówi, że jestem jej ukochaną ciotką, i jak nie widzi mnie dwa tygodnie i wpada w złość. Jestem na wszystkich ich rodzinnych imprezach, bo stałam się jakoś tak po prostu częścią ich rodziny. Nie, nie myślcie, że było zawsze tak różowo i kolorowo. Oj, kiedyś pokłóciłyśmy się na śmierć. Nie odzywałyśmy do siebie i uznałyśmy, że ta druga to świnia po wsze czasy. Ale nie wytrzymałyśmy bez siebie. Co było to było,  a ile przed nami. I skupiłyśmy na przyszłości. Bo życie wydawało nam się krótkie czy spotkać się dopiero na cmentarzu, na grobie jednej i ta druga w gustownym czarnym płaszczu, kapeluszu, wsparta o laskę, miałaby wylewać gorzkie łzy i zadawać pytania -dlaczego nie pogodziłyśmy się wcześniej, ach dlaczego? Owszem, pewnie Ania Shirley uznałaby to za bardzo widowiskowe,ale nam było szkoda wspólnego czasu. Zjadłyśmy więc czekoladę pokoju i od 7 lat nie kłócimy się nic a nic. Za to nauczyłyśmy się mówić sobie otwarcie o wszystkim.

e8983f928586c2cda983ca71c58d7e25

Po studiach wiadomo, codzienność. O ile z Kasią kontakt mamy częsty i osobisty, bo po ślubie mieszka ledwie 3 kilometry ode mnie, to o tyle z Ewą było gorzej. Owszem, często rozmawiałyśmy drogą komputer, komputer, ale przez to mocno się od siebie oddalałyśmy. Brakowało nam naszych wygłupów, śmiechów i bycia razem. Tego czasu kiedy nie patrzymy co wypada a co nie. Cieszymy się sobą i swoją obecnością. Pamiętam nasze czwartki. W każdy czwartek miałyśmy 3 godzinne okienko,. które spędzałyśmy plotkując i omawiając najważniejsze sprawy dla młodych dziewczyn. Kto, z kim i po co. Albo dlaczego? Wiosną chodziłyśmy do parku oliwskiego i skakałyśmy po kamieniach. Szłyśmy nad morze, w mniej przyjazną aurę, za miejsce spotkań robił nam parapet. Wszyscy nam zazdrościli naszej relacji. Mówili o nas – słodkie wariatki. Ale wiadomo, koniec studiów, początek dorosłego życia.

Każda z nas tęskniła, ale nigdy nie było okazji. A z czasem pewnie i chęci. Bo z każdym miesiącem i rokiem, coraz więcej nas dzieli, a  nie łączy. Nasza trójka skurczyła się do dwójki. Ale i tak 99 % naszych spotkań to były spotkania u niej w domu, bo dziecko. I wszystko kręciło się wokół małej. Owszem, kocham ją jak swoją córkę, ale gdzieś te trzy szalone dziewczyny całkiem zniknęły. I wtedy powiedziałam sobie dość. Trzeba coś z tym zrobić, póki można. Szybko umówiłam nam spotkanie. I chociaż zaczęły marudzić, przekładać terminy, to byłam nieugięta. Spotkanie dograne. Co prawda nie czwartek, a środowy wieczór.

Umówiłyśmy się na Starówce w miłej kawiarni, było ciepło, siedziałyśmy więc w ogródku. Jedna jadła wegańskie lody, druga popijała mrożoną herbatę bez lodu,a  trzecia jadła czy też piła deserową kawę z bananem i czekoladą. Bałam się,że początek będzie sztywny, ale Ewka od razu rzuciła nam się w ramiona. Od razu też złapałyśmy swój rytm. Obgadywałyśmy przystojnych facetów, i tych troszkę mniej też. Śmiałyśmy się z naszych problemów, które nagle przestały być problemami. Rozmawiałyśmy tak jakbyśmy rozstały się ledwie wczoraj pod uczelnią.

19204900_1689625391077500_1196759608_o

Poszłyśmy na długi spacer wiosennym jeszcze Gdańskiem. Zachowywałyśmy się troszkę jak te urocze wariatki. Śmiałyśmy jak idiotki, robiłyśmy setki zdjęć i każda z nas palnęła niejedną głupotę. Dawałyśmy sobie rady, dzieliłyśmy sekretami i dylematami. Wszystko na wesoło. Nie wiedząc kiedy zrobił się późny wieczór. Wracałam z Kasią autem. Mówiłyśmy,że musimy częściej się spotykać. W tym samym momencie dostałam wiadomość od Ewki – kiedy nasze następne spotkanie? Nie mogę się doczekać.

Ja też nie mogę.

ac91e481ffc29b306de761e5fd01c71f

 

Ścieżka dźwiękowa – Fisz Emade Tworzywo – Telefon

I już tęsknię…

Nie, nie. Znowu nie będzie o tym jak to się zakochałam, poszłam na przecudowną randkę, typu kino na dachu teatru, potem lody, spacer po Starym Mieście a to wszystko zakończone podziwianiem wschodu słońca na plaży. Nie, nie. Nie będzie o tym to jak to tęsknię za weekendową labą, i narzekania, że znów przyszedł poniedziałek. Nie będzie narzekania, że tęsknie za spokojem jaki dawał mi tydzień bez siostry. A teraz wróciła, okropnie chora ( miks zapalenia krtani i zapalenia ucha) i swoim zachowaniem doprowadza mnie do szewskiej pasji. Nie, i jeszcze raz nie.

W piątek było po 23 już. Leżałam od kwadransa w łóżku. Jak na mnie była to już późna pora. Jako człowiek co rano wstaje, a to rano to dla niego 5 rano, powinnam już całkiem smacznie sobie drzemać. A ja dopiero co wzięłam relaksującą kąpiel. Zaszalałam. I kiedy tak próbowałam jednak nadrobić -choć przez chwilę, literackie zaległości, usłyszałam w radiu, że dzisiaj właśnie jest dzień przyjaciela. W zasadzie to już się kończy. Ale pani psycholog w materiale zapytała – czy pamiętaliście państwo dziś o swoich przyjaciołach? Pomyśleliście przez chwilę o nich. Szczerze się uśmiechnęłam.

Ten piątkowy dzień, ściśle rzecz ujmując popołudnie, spędziłam bowiem ze swoją przyjaciółką z podstawówki. Znamy się 22 lata. Szmat czas, aż nie chce mi się w to wierzyć. I wiecie co? Nie widziałyśmy się rok. Dokładnie 14 miesięcy. Mamy ciągły kontakt  przez telefon, maile, wiadomości, ale wiadomo, ona ma masę spraw swoich, ja swoich, ciężko nam zgrać termin. Co się umawiamy, to któraś musi przełożyć i odwołać. I zupełnie przypadkiem spotkałyśmy się właśnie w dzień przyjaciela. Miało być skromnie, szybko, trochę na wariata. Miała być szybka kawa. Zaczęło się jednak od plotek u mnie w domu. Jako, że sok nie zaspokoił naszego apetytu poszłyśmy do knajpy na obiad. Knajpa była na drugim końcu miasta. Szłyśmy i gadałyśmy jak szalone. Zamówiłyśmy to samo, zupełnie nieświadomie. Pasta z pesto i parmezanem. Kiedy dania wylądowały na stoliku przypomniałyśmy sobie, że obie nie lubimy parmezanu. I znów zagadałyśmy się tak, że właścicielka przytulnego bistro musiała nas wyprosić. Po prostu pół godziny temu powinna zamknąć knajpkę, a nam się przecież nigdzie nie śpieszyło. Potem spacer. Dziwna część, trafiliśmy na cmentarz. Spontanicznie moja przyjaciółka mówi – wiesz co chodźmy odwiedzić moją babcię, ona tak ciebie lubiła, na pewno będzie zadowolona, że wpadniemy do niej razem. Szalenie lubiłam jej babcię, ona mnie też. To była taka ciepła i życzliwa mi osoba. Niedawno zmarła, a , że praktycznie wychowywała moją przyjaciółkę były sobie szalenie bliskie i   ona bardzo przeżyła jej odejście. I tak stoimy na cmentarzu, a ona mówi – cześć babcia, przyprowadziłam ci Magdę, twoją trzecią wnuczkę. I chociaż moment był niezbyt radosny, to głowę daję, zrobiło mi się radośnie na sercu.

Wracałyśmy do domu okrężną drogą. Potem siedziałyśmy u mnie na kanapie, piłyśmy zieloną herbatkę i jadłyśmy tosty z masłem orzechowym i czekoladą. Moja przyjaciółka mówi mi – wiesz co , ja muszę przyjaźnić się z tobą do końca życia. Dlaczego? Bo jesteś jedyną osobą, która widziała jak sikam w majtki. I jedyną osobą od której pożyczyłam czyste majtki. Lepiej mieć ciebie po swojej stronie. Mamy prawie 30 lat, śmiejemy się jak te 8 latki na przerwie co grały w gumę i kupowały malinowe żelki po 5 groszy za sztukę. I ta siedzimy i gadamy, i mija nam kolejna godzina. I tak się ciężko rozstać. Ale trzeba.

I tak leżę w tym łóżku i słyszę jak pani psycholog mówi – przyjaźń jest wtedy, kiedy po spotkaniu, często po sporym czasie niewidzenia, tęskni się bardziej niż przed. Bo tyle jeszcze chciałoby się powiedzieć, tyle ważnych spraw omówić i podzielić się swoimi przemyśleniami.

Dokładnie tak się czułam. Zawsze tak mam. Po każdym spotkaniu, czuję ogromny niedosyt. Ale przez ten niedosyt przedziera się takie poczucie więzi. Takiej dziwnej. Bo nie musimy widzieć się często, ale wiemy, że jesteśmy sobie bliskie jak własne siostry. A czasem i bardziej….

d96136e8976e57d1a701b317de9ac530

W sobotę miałam zaś kolejne spotkanie. Tym razem okres niewidzenia się znacznie przekraczał rok. Mojego bardzo bliskiego kuzyna (moja babcia i jego dziadek to rodzeństwo) nie widziałam całe 9 lat. Nie dziwić to powinno, bo urodził się w Kanadzie i przyjeżdżał do kraju na zmianę z braćmi. Ostatnie spotkanie wypadło dokładnie 9 lat temu. Wtedy przyjechał dzieciak. Teraz dorosły facet po studiach. Towarzyszyła mu narzeczona, Kanadyjka o norwesko-belgijsko-irlandzkich korzeniach. Mieliśmy spotkać się na krótko, w końcu oni w Trójmieście byli tylko 5 dni, ale jak weszli to wyszli po ponad 5 godzinach. Chciałabym mieć jego luz, i otwartość. Wydaje mi się, że jednak nie jest to nasza rodzinna cecha, a rzecz nabyta. W każdym razie okazało się , że nie liczy się Ocean i lata rozłąki. Nie mogliśmy się nagadać.

89ae1aededcea51fc7ba3e09dbd19bbe

Tak, to był weekend pełen spotkań, wspomnień i pozytywnych uczuć.

Tęsknię do każdej chwili jaka minęła.

Ścieżka dźwiękowa –  Led Zeppelin – Good Times Bad Times

Matka Polka. Wersja restauracyjna.

Tak,tak to ja. Ta co lubi wkładać kij w mrowisko. Znowu będę poruszać związany z macierzyństwem. I będzie poruszać go ta co nie ma dzieci, i mieć nie będzie. Czyli można powiedzieć, panienka przemądrzała, wymądrza się i krytykuje. Bo się po prostu nie zna.

Trudno. Do podjęcia tego tematu sprowokowała mnie sytuacja sprzed paru dni.

Moja siostra kończyła 30 lat. Z tej okazji udaliśmy się rodzinnie do knajpy celem zjedzenia rodzinnego obiadu i wzniesienia toastu jagodową lemoniadą za szacowną jubilatkę. Dostaliśmy rodzinny stolik, na 5 osób. Wygodnie usiedliśmy, przejrzeliśmy karty, chcieliśmy składać zamówienie, i wtedy obok pojawiła się młoda rodzina z na oko 2,5-3 letnim dzieckiem. Wyglądali miło i bardzo sympatycznie. Zajęli stolik. Dziecko w kurteczce sobie spało. Pomyślałam, że pewnie zasnęło w aucie i rodzicom szkoda szkraba budzić. Mały grzecznie spał. Uroczy widok.

Złożyliśmy zamówienie. Obudził się i mały człowiek. Swoje niezadowolenie z powodu nadmiaru hałasów i obcego miejsca zamanifestował wrzaskiem i płaczem. Zaraz potem zaczął przeraźliwie kasłać. Istnie gruźliczo. Miałam wrażenie, że ma ochotę wypluć płuca. Chłopca nikt nie uspokajał, rodzice przeglądali karty i dyskutowali co wybrać. W końcu jednak wrzask ich obudził. Mama pogładziła loczki synka i rzekła na głos, donośny głos – Kazimierz tak krzyczy, bo mu gorączka spada. Zdrowiejesz synku.

I maluch postanowił chyba ostatecznie rozprawić się z chorobą, bo wpadł w dziki szał. Rodzice dalej wybierali napoje, spokojnie, w końcu Super Niania radziła olewać takie sytuacje. Patrzę na malucha, ma nienaturalnie czerwone policzki i szkliste oczy. Ta gorączka to tak niekoniecznie szybko spada. Nie dziwię się, że płacze i krzyczy. W końcu matka znajduje remedium na boleści maluszka, prowadzi go….

Tak, prowadzi go do kącika zabaw. W tym kąciku 6 dzieci w wieku od roczku do 5 lat bawi się wspaniale. I nagle wchodzi do nich gorączkujący Kazio z zapaleniem oskrzeli – na co wskazywał kaszel. 6 dzieci wyglądało na zdrowych. Mama pokazała Kaziowi zabawki i radośnie wróciła do stolika. Problem z głowy. Można dalej wybierać pyszności z menu. Dziecko okazało się jednak mądrzejsze. Na tym etapie nie chciało palić mostów i czuć na sobie gniew rodziców tych 6 maluchów i wróciło do swojego stolika. Weszło ojcu na kolana i postanowiło być grzeczne. Czyli grzecznie dostawać ataków kaszlu.

Co z tego,że dziecko się dusi. Rodzice zamawiają obiad. I wmuszają w malucha zupę. Mały Kazio apetytu nie ma, ale mama na siłę go karmi. Jak tłumaczy Kaziu musi wziąć antybiotyk. Bo jak nie weźmie niesmacznego syropu,to dostanie zastrzyk. Kaziu się boi i idzie na kompromis, zje sam makaron z zupy, byleby nie dostać zastrzyku. Je, i płacze. I tak non stop. Całą godzinę płakał i krzyczał.

Cały pobyt w restauracji upłynął pod hasłem – mamo do domu. Tak bowiem Kaziu krzyczał całe 1, 5 godziny. Mama w pewnym momencie powiedziała do syna – zaplanowałam sobie obiad i go zjem. A ty się uspokój i dostosuj.

No właśnie, mama zaplanowała sobie miłą i rodzinną niedzielę. Niestety życie z małym dzieckiem jest nieprzewidywalne, dziecko dostało gorączki i zachorowało. Mama nie zmieniła jednak planów. Obiad na mieście najważniejszy. Co z tego, że dziecko cierpi, mama musi się zrelaksować.  I nic jej w tym nie przeszkadzało, nawet gorączka jej dziecka.

Może jestem jakaś dziwna, ale wydaje mi się, że miejsce chorego dziecka z gorączką jest jego pokoju, w łóżeczku, pod kołderką. A nie w restauracji pełnej ludzi, gdzie jest głośno, duszno i nieprzyjaźnie dla chorego dziecka.

Bardzo lubię kiedy rodzice zabierają swoje dzieci w różne miejsca, nie przeszkadza mi to. Nie złoszczę się gdy maluch coś rozleje, zaszaleje, czy zareaguje zbyt entuzjastycznie. Ale nie będę udawać, chore, marudne i zmęczone dziecko powinno zostać w domu. Nie mówię już o komforcie reszty gości z uwagi na hałas, ale przecież w tym lokalu były inne dzieci, które mogą się łatwo zarazić.  To jest koronny argument. Drugi najważniejszy, to dziecko, rodzice, cała rodzina była szalenie zmęczona przez te ciągłe krzyki. Wyjście do restauracji to nie jest wylot na drugi koniec świata, nie trzeba planować tego z półrocznym wyprzedzeniem, śmiało można to przełożyć i wybrać się kiedy dziecko pokona chorobę.

Kiedy ja mam gorączkę leżę po kocem. Często nie mam siły by obejrzeć ze zrozumiem serial, nie w głowie mi wyjścia z domu. Nawet do lekarza, a co dopiero do restauracji.

 

A jakie jest Wasze zdanie. Chore dziecko  i restauracja pełna ludzi ? Za,  a może przeciw?

screamkidrest

Ścieżka dźwiękowa- Leonard Cohen – First we take Manhattan 

Z czerwonego dywanu

Jest weekend. Wiadomo, podczas weekendu nie ma czasu na trudne tematy, które są trudne, i dlatego, że wszyscy wiemy jak są trudne, to trzeba je omówić, by przekonać się jak bardzo są trudne. Ja od razu zajmę się tematem lekkim, ładnym i przyjemnym. Jak wiecie, na modzie znam się tyle o ile. To znaczy wiem co mi się podoba a co nie. Czyli podstawy mam. Lubię obejrzeć z moją mamą ładne sukienki. Dlatego też wieczorami mama często mnie woła by pokazać jakąś kreację wprost z czerwonego z dywanu. Omawiamy, wymieniamy spostrzeżenia, oceniamy. Dlatego dziś, z okazji weekendu, przeniesiemy się do słonecznego Cannes i pooglądamy sukienki. Nie powiem, że piękne sukienki, bo niektóre potrafią sprawić, że człowiek traci wzrok i docenia swój domowy dres. Nudny, zwykły, ale z jaką klasą! Także popatrzmy na wielkie aktorki, sławne modelki i malutkie gwiazdeczki, które przyjechały tam by oglądać filmy, promować kosmetyki, albo same siebie.

Zacząć od tych pięknych, czy tych co mnie szczerze przerażają? Zacznę od tych drugich. A czemu by nie? Miejmy to za sobą.

Pani Emily Ratajkowski. Swojskie brzmiące nazwisko i to tyle. Nie wiem kim ta pani jest. Wiem, że jest ładna, a dzięki internetowi wiem, że potrząsała pupcią w jakimś teledysku. Ładna, zgrabna, potrafi potrząsać, uwaga, może zatrząść światem. Czy światem mody? Patrząc na tę kreację nie sądzę. Emily wygląda bowiem jakby zapomniała do końca się ubrać i przywdziała na prędce koronkowe body, które nosi po domu gdy czeka na narzeczonego. Ale poszła w nim na czerwony dywan. Te dwa coś-naprawdę nie wiem jak to nazwać, przypomina mi nieco jaszczurkę. To znaczy Emily odziana w body przysiadła na jaszczurce. Wiele jestem w stanie zrozumieć, ale konstrukcji tego czegoś zupełnie nie łapię. Ale jak mówiłam, nie znam się widocznie. Suknię stworzył niejaki Peter Dundas. Przyznaję, chłop ma ogromną wyobraźnię.

all-ons_1063006172-dsc

Aishwarya Rai. Tak, nie jest to kopciuszek, a słynna Hinduska. Pamiętam jak dawno temu oglądałam dokument o ślubach amerykańskich Romów. I była tam panna, która miała bardzo, bardzo, bardzo szeroką suknię. Tak szeroką, że nie zmieściła się w przejściu między ławkami i do ołtarza musiała iść bokiem. A i tak zahaczała o gości. Widać Aishwarya też oglądała ten dokument i postanowiła pobić tamtą pannę młodą. Udało się jej. Wiecie, ja wszystko rozumiem, ale jeżeli metryka wskazuje 44 lata, pakowanie w sukienkę, która mówi- jestem zakochana w Belli i chętnie ubieram sukieneczki księżniczek z Disneya jest trochę śmieszne. Poza tym mam wrażenie, że w środku tej sukienki dwóch asystentów piękności z czerwonego dywanu dzielnie podtrzymuje kreację i pomaga jej iść.

 

aishwarya-rai-bachchan-in-michael-cinco-2

Kendal Jenner. Nie będę udawała, że jej nie znam, bo przecież sama pisałam, że w chwilach braku energii życiowej, oglądam ich reality show w ramach terapii. Zawsze myślałam,że to jest ta najbardziej rozsądna siostra. Czy modowo również? No właśnie chyba nie. W przypadku tej kreacji mam wrażenie, że autor ( Giambatista Valli ) zaczął od trenu i tego czegoś na ramieniu. A potem po prostu zabrakło mu materiału. I wyszło takie dziwne, dziwne coś. Do tego jeżeli dobrze widzę, na nogach widzę skarpetki. Nie wiem, może zimno było?  Myślę, że mogłabym zaprojetkować podobną kreację. Jakby co polecam się na przyszłość.

kendall-jenner-nude-sandals-cannes-film-festival-03

Do grona najgorzej ubranych muszę dołożyć trzy panie, które bardzo lubię i smutno mi, że je  krytykuję. Wyobrażam sobie jak Salma dzwoni do Jessiki a tam sięga po telefon i wyznaje Robin, że Magdalena je skrytykowała i postanawiają w związku z tym podciąć sobie żyły mydłem w płynie. Drogie panie, wstyd. Salma wygląda jakby pożyczyła sukienkę od swojej 9 letniej córki. Jessica za bardzo przypomina żabę, a  Robin ma niepokojąco olbrzymie ramiona…. Mam nadzieję,że panie po prostu przegrały jakiś zakład i musiały tak się ubrać.

Chciałam pominąć pannę Bellę Hadid, ale nie mogę. Kiedy widzi się coś takiego, to szczęka opada. Przypomnę , że dziewczyna ma 19 lat. Musi być bardzo, bardzo zdeterminowana by świat mówił tylko o niej. Nie wiem jednak czy noszenie wyjściowych majtek na festiwal to najlepszy wybór? Z drugiej strony gdybyśmy wszystkie chodziły tylko w majtkach, względnie z firanką w roli przyzwoitki, to pomyślcie, jakież to oszczędności byśmy poczyniły?

cannes-red-carpet-best-dressed-2017-day-9-ss02

Teraz ta milsza dla oka część, czyli piękne sukienki, które mnie zachwycają i wprawiają w lekką zazdrość. Bo jak wiecie ja po prostu kocham sukienki.

Lily Rose Depp. Prawie równolatka Belli. Gdybym była złośliwa, powiedziałabym znajdź pięć różnic? 18 letnia panna Depp wygląda adekwatnie do wieku, świeżo, dziewczęco, naturalnie. Wie, że jej atutem jest niebanalna uroda. Nie musi pokazywać światu swoich majtek. A sukienka jest przepiękna. Sprawdziłaby się jako ślubna sukienka na wesele na plaży.

lily-rose-depp-ddaa7bc6-c1ac-400b-8774-2d0e29cf33bf

Uma Thurman, nie wiem co w sobie ma, ale ja ją uwielbiam. Na tegorocznym festiwalu pokazała parę przepięknych sukienek, mniej najbardziej porwała jednak ta. Ta sukienka pokazuje- tak, Bella, palec mam skierowany na ciebie, że prześwity nie muszą wcale być równoznaczne z byciem wulgarną i tandetną.

uma-thurman-xlarge_trans_nvbqzqnjv4bqimq0gsbkzch_-jhfxstkol9t1pg2vdixv7okycowklu

Kolejne wyróżnienie wędruje do Doutzen Kroes. Jak to mówią ładnemu we wszystkim ładnie. Doutzen, eteryczna blondynka w czerwieni? Dobry, bardzo dobry wybór. Właściwie to nie mam nic do dodania. Poza tym ,że jestem zachwycona.

rs_720x1024-170525111717-634-doutzen-kroes-amfar-cannes

Świat zachwycał się kolejną czerwoną sukienkę. Tę należącą do Julienne Moore. Owszem, była ładna, ale dla mnie nieco za bardzo obfita w pióra. Nie mam nic do ptactwa, a Julienne tamta sukienka pasowała, ale moje serce podpiła ta biała, też z piórami! Nieco skromniejsza jak na standardy czerwonego dywanu, ale robiąca wielkie wrażenie.

cannes-red-carpet-best-dressed-2017-224208-1495135508917-image-600x0c

Na koniec moja ulubienica Nicole. Z Nicole Kidman łączy mnie data urodzenia, co sprawia, że na pewno bardzo się lubimy. W każdym razie Nicole w tej sukience wygląda wspaniale. I chociaż na co dzień nie uznaję tego co się błyszczy, to na czerwonym dywanie….

40c076dc00000578-0-image-m-31_1495650314506

Ścieżka dźwiękowa- Depeche Mode – All that’s mine.

Sobotnie obrazki

Nareszcie weekend. O ile początek tygodnia był dość leniwy, i dzięki temu naprawdę przyjemny. Bo w pracy atmosfera zrobiła się bardzo luźna, a brak nadmiaru pracy wprowadzał w niemal wakacyjny nastrój-szczególnie w połączeniu z pogodą za oknem. Ale wszystko dobre szybko się kończy. Końcówka tygodnia to masy pracy, pośpiech, niemal chaos. Do tego zaatakowało mnie zaziębienie. Tak to jest, kiedy latem ktoś zachoruje, przyjdzie do pracy, i chociaż nic nie robi konstruktywnego to będzie prychał i kichał na wszystkich dookoła. I bach, paskudny wirus zaatakował moje gardło. Dawno mnie tak nie bolało. Do tego stopnia, że musiałam przełożyć wizytę u fryzjera. Brzmi banalnie? Do tego geniusza nożyczek zapisałam się…. Na początku kwietnia. Więc wyobraźcie sobie jak musiało mnie boleć, skoro nie znalazłam w sobie sił by podreptać na wymarzoną majową metamorfozę. Ledwo chodziłam do pracy. To znaczy ledwo mówiłam. Popijałam masę syropów i wyssałam dziesiątki tabletek. Z takim oto skutkiem.

Nijakim. Dlatego też dzisiejsza sobota jest leniwa i domowa. Czas zregenerować siły i podreperować zdrowie. Będzie dużo miodu, czosnku i witamin. Będzie zero wysiłku, a po prostu relaks, książki, seriale i zero wyrzutów sumienia.

Będzie za to teraz wspomnienie ostatniej niedzieli. Pięknej, nadmorskiej, nieco wietrznej, ale uroczej. Wiecie, że kocham to swoje geograficzne położenie? Ja nie mogłabym się urodzić w innym miejscu. Nie i kropka. Ja tutaj należę całym sercem.

Na jutro planuję małe porządki w szafie. Ostatnio zaszalałam. Nie wiem, to chyba przychodzącego przeziębienia, ale kupiłam nieco za dużo. Na przykład szorty. Po prostu uznałam,że będę się w nich opalać. W domu źle się czułam z tym zakupem. Nawet chciałam je oddać, ale ostatecznie uznałam,że będą idealne na plażę,bo ja nie znoszę kostiumów kąpielowych. Spodenki zakupiłam rano, przed pracą w…. Biedronce. Po pracy zaś stałam się dumną posiadaczką sukienki w kwiatki. W zasadzie to małej czarnej w kwiatki. Jest wspaniała, czuję się  w niej jakbym była wyjęta ze zdjęcia zrobionego w 1952 roku. Nieco przypominam w niej moją babcię. I koszulka. Z założenia kupiłam ją…. Nie wiem po co? Albo wiem, kupiłam ją bo taki miałam kaprys. Przedchorobowy. Do tego za dużo kosmetyków. I trzy bukiety konwalii. Aha, zapomniałam kupić lekarstw.

18742556_1719397238076466_1200162343_o

W Biedronce -kiedy kupowałam spodenki, a poszłam tylko po wodę mineralną, spotkałam kolegę z liceum. Moją pierwszą wielką sympatię. Był na mnie zły. Bo nie przyszłam na spotkanie klasowe i on się strasznie nudził. Ponoć mogłam go chociaż uprzedzić i on się biedak zastanawiał dwa tygodnie co się ze mną stało. Wspominał coś o grillu.  Eh, gdybym była 10 lat młodsza…. To bym dostała rumieńców i zapraszała gości na wesele. A dziś mnie to nie rusza. Nic a nic. Jestem ostra jak ból gardła. I znieczulona po tabletkach.

Aha. Zapomniałabym. Zaraziłam brata. Ale wmówiłam mu,że to on zaraził mnie. Uwierzył, więc mnie nie wydajcie.

Aha. Wczoraj do pracy wpadł mój chrzestny. Byłam zdziwiona, bo na co dzień wujek pracuje za granicą. Wpadł z sękaczem. 1,4 kg sękaczowej przyjemności tylko dla mnie. No dobra. Kawałek dałam mamie. I bratu. Za ten katar. Ale tylko po kawałeczku. Reszta dla mnie.

Wyłączam się. Włączam serial.

Zdrowego weekendu. Bez kichania.

 

Ścieżka dźwiękowa- Depeche Mode – Happiest Girl

1 dzień na Mazurach. Mój patent.

Tak, tak, bezczelnie się chwalę. Tak. tak, mam piękną pogodę. W końcu. Nareszcie. Nie pada, nie wieje. Świeci słońce, jest ciepło, majowo, cudownie. Aż żal siedzieć w domu.

Jako, że moją majówkę opisałam dość pobieżnie, postanowiłam teraz wrócić do 1 maja i opisać szczegółowo plan idealnego dnia na Mazurach. Czyli zapraszam na wycieczkę wersję rozszerzoną. Idealną na weekend.

Zaczniemy od pomysłu. Co mnie podkusiło by 1 maja spędzić na Mazurach? Luty. Tak, w lutym spędziłam cudowny weekend w spa w Miłomłynie. Podczas spaceru bardzo mroźnego i słonecznego dnia doszłam na przystań. I wtedy obiecałam sobie, że latem na pewno przyjadę tutaj by podziwiać piękno tego miejsca. I na pewno popłynę w rejs po kanale. Ale po co czekać do lata? Początek maja, chociaż niezbyt ciepły, okazał się ciekawą datą na taką wycieczką. Chociaż oczywiście letni rejs ma ten duży plus, że po prostu jest ciepło i płynie się odrobinkę milej. Nie trzeba otulać się dwoma szalami. W każdym razie od maja do września można popłynąć, więc każdy znajdzie termin idealny dla siebie. Bilety najlepiej kupić przez internet, liczba rejsów jest ograniczona, tak samo jak miejsc. A jako, że taki rejs to spora atrakcja, to bilety rozchodzą się bardzo szybko. Do wyboru mamy rejs z Miłomłyna do Ostródy, albo z Ostródy do Miłomłyna. W każdej opcji możemy skorzystać z autokaru, który zawiezie nas z Ostródy do Miłomłyna na rejs,albo odwrotnie,po końcu rejsu w Miłomłynie zawiezie do Ostródy. Ja wybrałam rejs z Miłomłyna  z prostego powodu, zaczyna się o 12. 30, a nie o 10, co ma znaczenie, jeżeli na rejs trzeba dojechać z takiego Gdańska. Aczkolwiek przyznać trzeba, jedzie się sprawnie, to w końcu tylko 120 km.

Ok, jak już jesteśmy w tej Ostródzie to parkujemy, w pośpiechu szukamy przystanku skąd ma zabrać nas autokar- od razu mówię, znajduje się przy muzeum, w samym centrum, niech inni nie błądzą jak my. Następnie komfortowym autokarem pokonujemy zawrotną odległość 10 kilometrów i bach, jesteśmy na przystani. Tam czekała już na nas Czapla, stateteczek taki. Mały, zgrabny, z dachem, i osłonkami od wiatru, co ma znaczenie kiedy podróżuje się w zimowym maju. Każdy zajmuje wygodne miejsce i ruszamy. Nie ma co nastawiać się na ogromne emocje i walkę z falami. Płynie się bowiem jak po maśle. Po prostu sunie bez przeszkód po wąskim kanale. Atrakcją jest to, że natrafiamy na różnice poziomów wody. W zależności więc od wybranej trasy będziemy się wznosić albo opadać. Jak akurat sunęłam w dół, prawie 3 metry. Jest to wydarzenie, które szczególnie ciekawi dzieci. Ale nie tylko. Dorośli też mają niezłą frajdę w kontrolowanym „tonięciu”. Dodatkowo kanał w miejscu śluz jest wyjątkowo wąski, można dotknąć palcem betonowych zapór. Obijanie się od ścian też ma swoje uroki. A w międzyczasie po prostu płyniemy, podziwiamy cudowne widoki, resetujemy umysł, pozbywamy się napięcia i cieszymy błogą i dziką naturą. Taki rejs jest wspaniałym antidotum na codzienny pośpiech i stres. Genialnie odpręża. Na taki rejs polecam zabrać z sobą butelkę z wodą i drobne przekąski. To siedzenie i powolne wpatrywanie się w naturę wyzwala głód. Taki rejs polecam mieszczuchom i rodzicom z malutkimi dziećmi. Te w przedziale 2-6 lat, będą odczuwały po pół godzinie monotonię i zaczną męczyć i rodziców i pasażerów. Starsze dzieci zaś na pewno będą zadowolone z wycieczki, o ile rodzice nie zapomną o przekąskach i aparacie, którym dziecko będzie mogło robić zdjęcia. Cena biletów to temat rzeka. Niestety, ceny są dość wysokie. Za niespełna trzygodzinny rejs trzeba zapłacić 50 zł od osoby ( cena do czerwca, potem rośnie ). No i trzeba dokupić bilet na autokar w stałej cenie 6 złotych. Czy warto? Oczywiście.

This slideshow requires JavaScript.

Kiedy już rejs się skończy i wysiądziemy w Ostródzie ( albo do niej wrócimy autokarem) koniecznie trzeba się przespacerować wzdłuż jeziora Drwęckiego, które jest przepiękne, ogromne i naprawdę robi wrażenie-szerokość w najszerszym miejscu to aż kilometr, a głębokość 21 metrów. Podobnie jak sama Ostróda, niezbyt duże miasteczko, ale zdecydowanie z klimatem. I ogromną ilością łabędzi. Jeżeli macie ochotę na pyszny rosół to polecam wstąpić do Lalo, lokalu nad samym jeziorem. Możecie coś przekąsić, odpocząć, nasycić oczy zielenią oraz oddać błogiej przyjemności z jedzenia najlepszego rosołu z kaczki w Waszym życiu.

Teraz trzeba zatrzasnąć drzwi od auta i w drogę. Ledwie 40 kilometrów od Ostródy znajduje się Olsztyn. Piękne i chyba nieco niedocenione miejsce na naszej mapie. Ja Olsztyn polubiłam tak na poważnie, kiedy dostarczaliśmy okucia do najlepszego hotelu w mieście. Pojechałam z inspekcją po otwarciu i przepadłam. Co prawda na nocleg w tym hotelu mnie wciąż (jeszcze) nie stać, ale miasto szczerze polubiłam. Po drodze można zrobić sobie małą przerwę w Gietrzwałdzie. Ci wierzący mogą nabrać wody ze źródełka, a ci co niekoniecznie wierzą po prostu mogą podziwiać przepiękne mazurskie widoki i przepiękny kościół.

This slideshow requires JavaScript.

No dobrze, jesteśmy w Olsztynie, kierujemy się ku starówce. Parkujemy pod starymi murami, parę kroków i reprezentacyjna część miasta stoi przed nami otworem. Nie wiem czemu, ale Rynek w Olsztynie skradł moje serce. Jest w sam raz, ani za przytłaczający, ani za mały. Jest tu masa knajpek, sporo uśmiechniętych ludzi i niezwykły klimat. Do tego naprawdę dużo zieleni, która w połączeniu ze starymi budynkami jest ciekawa i dla duszy i dla oka. Na obiad polecam wpaść do Pierogarni Bruner. Ciekawe, a co najważniejsze pyszne miejsce. Jeżeli znajdziecie miejsce po obiedzie, to koniecznie idźcie na lody, polecam Kroczka. Lody naturalne w szalenie oryginalnych smakach. Szpinak? Marchewka? Bazylia? Dla  tych mniej odważnych chałwa i domowe ciasteczko. Niebo w gębie. A po miejskim spacerze koniecznie trzeba pojechać na obrzeża, nad jezioro Długie. Fantastycznie odremontowany miejski teren, gdzie w zasadzie nie można się nudzić.

This slideshow requires JavaScript.

I w ten oto sposób po 10 godzinach wycieczki możemy zapakować głowę pełną wrażeń i ruszyć do domu.

Pamiętajmy, piękne wiosenne i letnie dni są idealne by ruszyć się z domu. Nie siedźmy więc na kanapie, tylko odkrywajmy okolicę.

Ścieżka dźwiękowa- Depeche Mode- The dead of night

Ale to już było…

Choć w papierach lat przybyło to naprawdę,
Wciąż jesteśmy tacy sami…..

Tak. 10 lat temu kończyłam liceum. Matura. Kwitły kasztany i bzy. Pachniało wiosną, a my młodzi, eleganccy i przerażeni. Staliśmy pod salami i czekaliśmy na wejście na egzamin. Do ostatniej chwili powtarzaliśmy ważne daty i słówka. Głowy mieliśmy pełne marzeń o dorosłości. Czy myśleliśmy o tym co będzie za 10 lat? 10 lat to wtedy była wieczność. Coś tak odległego, tak dalekiego, że nie warto było tym  zaprzątać sobie głowy. Liczyło się tu i teraz. Matura, potem najdłuższe wakacje życia. Co z tego, że czekała nas rekrutacja na studia, trudne wybory, gorzkie rozczarowania i  może wielka radość? Nie patrzyliśmy, nie myśleliśmy o tym. Głowy pełne marzeń, serca pełne nadziei….

Kiedy patrzę hen za siebie
W tamte lata co minęły
Kiedy myślę co przegrałam
A co diabli wzięli
Co straciłam z własnej woli
A co przeciw sobie
Co wyliczę to wyliczę
Ale zawsze wtedy powiem,
Że najbardziej mi żal…

10 lat temu wyobrażałam sobie takie spotkanie po maturze. Z portfela wyjmę dwa zdjęcia, nie, wróć, trzy. Dwa będą przedstawiać moją uroczą dwójkę dzieci, synek lat 4,5 i córeczka, roczna panienka, która właśnie zaczęła chodzić. Trzecie zdjęcie będzie przedstawiać niezwykle przystojnego męża. Będę opowiadać o moich dzieciach, mojej małej kawiarence, budowie domu z ogrodem i ogólnie, o radosnym życiu. Owszem, mówiłabym,że czasem kłócę się z mężem o muzykę, a synek jest alergikiem i nie wiem gdzie wyjechać na wakacje….

Och, jaka byłam naiwna. Jaka beznadziejna była ze mnie optymistka. Jaka głupia byłam. Ot, nastolatka co ma w głowie wyłącznie  różową watę cukrową.

Wczoraj było spotkanie pod hasłem – 10 lat po maturze.

Wybrałam makijaż, lekki fiolet, w zasadzie to kombinacja trzech odcieni. Wybrałam przepiękną sukienkę, moja mama w kółko chodziła i mówiła- moja piękna córeczka. Siostra szczękę zbierała z podłogi- ależ ty masz figurę. Brat nie mógł wyjść z podziwu – ależ mam uroczą siostrę. Pomalowałam paznokcie, lekki,letni błękit z nutą pieprzu. Wybrałam perfumy, bergamotka, róża, piwonia, piżmo i cedrowe drzewo. Zabójczo piękna mieszanka. Wskoczyłam przekornie w granatowe trampki, co by było bardziej na luzie. Usta podkreśliłam matową szminką o idealnej trwałości. Spojrzałam w lustro i…..

Ale to już było i nie wróci więcej

I choć tyle się zdarzyło to do przodu
Wciąż wyrywa głupie serce.

W liceum byłam taką szarą niewidzialną myszką. Zawsze pomocna, uśmiechnięta. Niezwykle cicha, do bólu spokoju, zwyczajna, nudna. Książki, rockowa muzyka , ambitne filmy. Precyzja. Idealnie zdana matura, potem studia. Plany. Nie rozpraszały mnie imprezy, koledzy, latanie po sklepach. Wagary, papierosy, alkohol? Nigdy. Nawet na studniówce zabrakło dla mnie lampki szampana. Przypadek? Wątpię. Lubiłam swoją klasę. Ale pojedynczo. To znaczy na forum klasy nie istniałam. Ale podczas prywatnych rozmów każdy się dziwił – ty jesteś tą samą cichą Madzią? Nie wierzę. Typowy bliźniak, dwie natury i te sprawy.

 

Tyle spraw już mam za sobą.
Coraz bliżej jesień płowa
Już tak wiele przeszło obok
Już jest co żałować
Małym rzeczom zostajemy
W pamiętaniu wierni
Zamiast serca noszę chyba
Odpustowy piernik…

Spotkanie. Restauracja, wychowawca, obecność potwierdziło 18 osób. W ciągu dnia liczba chętnych się zmieniała, zmniejszała. Nie wiedziałam co robić, iść czy nie ma sensu? Odpadały fajne i bliskie mi wtedy osoby. Ostatecznie przyszło 6 osób. Tak zwana grupa wzajemnej adoracji. Najbardziej imprezowi.Nie moja bajka. Bawili się ponoć świetnie. Beze mnie. Do knajpy poszłam, ale na imprezę nie trafiłam. Wszyscy byli w jeansach. Podpici już o 20, opowiadali sprośne historie. Zupełnie jak w liceum. Z uśmiechem zamknęłam drzwi. Nikt mnie nie widział. Wolę zostawić w głowie inne wspomnienia i tyle.

Może kiedyś. Za kolejne 10 lat…..?

d976e292154ba0ef910e2095cc8b6b22

 

 

Ścieżka dźwiękowa- King Dude- Be free