Spotkanie

Możemy zaklinać rzeczywistość. Obiecywać sobie dobry humor mimo wszystko. Cudowne dni i to, że nic nie wyprowadzi nas z równowagi. To, że każdy dzień będzie wyjątkowy i w ogóle, że to my decydujemy o tym jakie będzie nasze życie i nasze dni. I to my decydujemy czy będzie pięknie, czy nijako i szaro. I takie tam bzdety.

Ale bywa tak, że nie możesz spać. Budzisz się o 4 nad ranem bo sąsiad wyprowadza psa na spacer. I ten pies okropnie szczeka. I z całego domu budzisz się tylko ty. Wiercisz się, miotasz w lewo i prawo. Z boku na bok. Z przodu na tył i z powrotem. Irytuje ciebie każdy dźwięk wskazówki zegara. Irytuje świadomość, że mijają cenne minuty, a tyś wybity ze snu ani myślisz wrócić do krainy błogiego spokoju. Sąsiad wrócił ze spaceru. Minuty mijają i mijają i mijają…. Zegar wybija piątą rano. Bierzesz do ręki książkę i wyłączasz budzik. Bo skoro nie śpisz to po co ci on? Więc bierzesz książkę, wyłączasz budzik i ….

Budzisz się 90 minut później. Urywany sen nie przyniósł za wiele relaksu. A o relaksie nie może być mowy kiedy patrzysz na zegar. Gdzie tu zmieścić trening jogi, planowane umycie włosów ( wewnętrznie drzesz się na siebie,że wieczorem pokpiło się sprawę, i przeniosło tę czynność na poranek ), a gdzie spokojne pójście po pieczywo i czytanie gazetek? Gdzie przejrzenie informacji wirtualnych, kiedy poczytać trochę książek, w co się ubrać, kiedy zapomniało się uprasować połowy szafy? I złościsz się i używasz na zmianę o cholercia i o kurczaki pieczone, bo to te dwa słowa jakich używasz jako największe przekleństwa. Więc jest źle.

Postanawiasz wziąć oddech, pomedytować. Włączasz jednak za skomplikowany program jogicznych wygibasów i nie mija 5 minut a masz zakwasy i mięśnie niezdolne do współpracy. Człapiesz do łazienki w poszukiwaniu suchego szamponu, pryskasz i ze zdumieniem odkrywasz, że na głowie masz 15 centymetrów pianki do włosów. Także tego. W lodówce grzebiesz i grzebiesz i znów kurczaki pieczone, zapomniałaś po świętach uzupełnić jogurtowych zapasów. Postanawiasz zjeść płatki, a pal cię licho, mleko skwaśniało.

Idziesz suszyć włosy, w zasadzie uważasz, że można było je umyć. Ale nie myjesz. Wyglądasz dziwnie. Podchodzisz więc do lusterka, wyglądasz jeszcze dziwniej. Okazuje się, że wieczorem leżąc w łóżku,nie powinno się regulować brwi. Pozbycie się jednego, strategicznego włoska, okazuje się być gwoździem do trumny. Wyglądasz co najmniej nieadekwatnie. W sumie i tak wyglądasz idiotycznie po aplikacji pianki, ale brwi do kompletu? To już przesada. Doprowadzam się do jako takiego ładu. Z naciskiem na jako takiego.

Pędzisz do piekarni,ubrana w jeansy i sweter, którego nie znosisz, ale jego kolor idealnie współgra z twoim humorem. I klops. Nie, nie, w piekarni nie zaczęli sprzedawać klopsów. Klops, nie ma twoich ukochanych porannych paluchów. Idealnie chrupiących i wypieczonych na rumiano. No nie ma. W zasadzie nie powinno  to dziwić. Bierzesz byle jakie bułki, niestety nie tak chrupiące, pachnące i smaczne. Lecisz do domu. I bach. Coś spadło. Nie, nie są to bułki, te masz w ręku. Zasadniczo w siatce. To co spadło było  torebką. Opadło takie coś na czym trzymał się pasek. I było bum. Bum było wielkie. Wielkie, bo w pośpiechu mądry ty nie zapiąłeś  torebki, toteż na ulicy znalazła się paczka tabletek nawilżających gardełko, dwa długopisy jakby ktoś prosił o autograf, różowa parasoleczka, czarny portfel, który oczywiście nie był zapięty, stąd na ulicy znalazło się  22, 76 zł w różnych monetach. Na uliczną wycieczkę wybrała się też twoja jedyna czerwona szminka, której odpadło to coś co ją zamyka, stąd była to jej ostatnia wycieczka. Świat poszły też zwiedzać okulary przeciwsłoneczne (przy czym nie wiem czemu masz je w torbie,skoro szaro jak w listopadzie), a także krem do rąk, żel do dezynfekcji i saszetka maseczki ( o ile obecność okularów jestem w stanie sobie wytłumaczyć to po co ci ta  maseczka? ). W każdym razie po jakichś 5 minutach zbierasz swoje niezbędne rzeczy i z torbą w obu rękach, niesioną niczym niemowlę, wracasz do domu. Robisz kanapki z nielubianą bułką i serem. Wypijasz łyk herbaty i ruszasz na przystanek. Po drodze jeszcze przepakowujesz wszystkie niezbędne rzeczy z torebki A do torebki B. Chwaląc siebie w duchu, że posiadasz torebkę B. Jak i za to, że tę kremową, płócienną torbę się wyprało. A ganisz siebie za to, że świąteczną premię będziesz musiała wydać na nową torebkę. Czego oczywiście w planie nie masz

Idziesz więc na przystanek. Pędzisz. Mimo to spóźniasz się na autobus A,zamyka ci drzwi przed nosem. Doświadczenie ciebie nauczyło, że jeżeli jest autobus A, jest i B. Idziesz więc popatrzeć na rozkład. Przy rozkładzie stoi….

ce9d46c3027b35e239d4217b38a73a61

Stoi starszy pan. W kurtce w kratę, z torbą przewieszoną przez ramię.  Z niezwykłym uśmiechem. Nie musisz patrzeć na ten rozkład, bo pan od razu mówi- spokojnie, zaraz przyjedzie Autobus B.

A w ogóle to dziecko widzę bardzo się śpieszysz. I po co? I po co ta smutna mina? Spokojnie, człowiek się nie spóźnia, tylko czas go trochę wyprzedza. A w ogóle to Stanisław jestem. 60 lat pracowałem w kinie, operatorem byłem. Teraz od 2 lat na emeryturze każą mi być. Ale nie mogę się przyzwyczaić. Jadę do kolegi, żonę ma po wylewie to pomogę ile mogę, bo moja Danusia to już 5 rok jak odeszła. Nie ode mnie, bo ja dobrym mężem byłem, ale w ogóle z tego świata.

O, nasz autobusem, mówiłem,że zaraz przyjedzie. Wolisz dziecko miejsce przy oknie, czy przy drzwiach? Tutaj będzie nam wygodnie, usiądź dziecko. No to na czym skończyłem? Aha, syn w Niemczech pracuje, żonę tam ma, i córkę. A ja tu sam. Czasem są dni, że nie mam z kim porozmawiać. To jadę do kolegi, i trochę tam pomogę, obiad ugotuję, o dziś będą flaczki. Danusia mnie nauczyła, sekretem jest to by dać dużo imbiru. A Ty w ogóle to lubisz flaczki? Bo moja wnuczka nie lubiła nigdy.

 

Sekretem życia jest to, żeby niczego nie brać zbyt poważnie. I starać się nie śpieszyć za bardzo. Starość i tak nas dogoni. Ja mam 83 lata, i jak patrzę na was, młodych to nie żałuję, że swoje już przeżyłem. Bo wy za rzadko się cieszycie. Ciągle tylko spóźnieni, ciągle tylko pędzicie ze smutną miną…

O, mój przystanek. Pamiętaj, nie bierz życia zbyt poważnie.

Nie bierzesz więc na poważnie. Uśmiechasz się. Najpierw do pana, który zza szybki autobusu ci macha. Potem do siebie. Do tej pianki na włosach, urwanej torby, niesmacznej kanapki i wyrwanej brwi. I do tego, że przypadkiem przejechałeś 4 przystanki za daleko. Idziesz do pracy. I w ogóle się nie śpieszysz….

ae480d32b5bbf937c25665b8591283ea

Ścieżka dźwiękowa- New Order – Singularity 

Poświąteczne migawki

Kiedyś niespecjalnie lubiłam Wielkanoc. Zdecydowanie jako dziecko wolałam grudniowe święta. Bo Mikołaj, bo choinka, bo barszczyk z uszkami, bo tak radośnie, miło i chociaż na zewnątrz zimno i ciemno, to mimo wszystko przyjemnie i fajnie. Wielkanoc oznaczała krótsze ferie, i długie godziny spędzone w kościele, na uroczystościach smutnych, a do tego takich, których jako dziecko nie rozumiałam. Pamiętam raz jedną Wielką Sobotę, miałam z 8 lat, rodzice zabrali nas na wieczorne nabożeństwo, trafiliśmy do Archikatedry, gdzie arcybiskup przez 3,5 godziny odprawiał Mszę. Dla 8 latki to był koszmar. Już sama ilość godzin, ale i fakt, że pół Mszy było po łacinie. Chyba wtedy solidnie znielubiłam Święta, te wiosenne. Do tego stopnia,. że od tamtego czasu przez 8 lat rok w rok, z zegarkiem w ręku w Wielki Piątek budziłam się z …… gorączką. Dosłownie i prawdziwie. Każdego roku w piątek miałam 39 stopni z groszami. Choroba dziwnie malała w sobotę, a w niedzielę znikała w ogóle. Fenomenu tego zjawiska nie udało mi się pojąć. Dopiero kiedy stopniowo oswajałam Wielkanoc, choroba piątkowa zniknęła. A ja w końcu polubiłam te Święta.

Być może po prostu dojrzałam do tych paru dni zadumy i refleksji? Dostrzegłam,że po tych smutniejszych dniach, nadchodzi po prostu radość i nadzieja? Tak, zdecydowanie taka postawa wymaga pewnej dojrzałości. Ja w pełni polubiłam te Święta chyba dopiero po studiach. Co dziwne, dopiero wtedy polubiłam w pełni malowanie jajek, dekorowanie kwiatami, polubiłam świąteczne biesiadowanie, poranne niedzielne wstawanie na Rezurekcję- od 8 lat nie opuściłam żadnej 🙂 Tak, w pełni polubiłam ten czas. I odkrywam i przeżywam go na wielu poziomach. Naprawdę Wielkanoc to dla mnie symboliczne zamknięcie zimy, ponurej aury, nie tylko dookoła, ale i tej we mnie. I chociaż pogoda nie nastraja, na stole ląduje znienawidzony barszcz, a babcia nadmiernie ekscytuje się ciążą mojej kuzynki i perspektywą zostania prababcią, to jest miło. Nawet jak potem rodzice przeżywają ciążę kuzynki jest miło. Nawet jak walczą sami z sobą by nie powiedzieć jak oni też by chcieli, a tu nic, cisza, zero szans. Jest miło.

Jest miło jak na moment wychodzi słońce. Jak udaje się wyjść na spacer, a potem biec, byleby zdążyć przed kolejnym atakiem zimy. Jest miło kiedy dochodzi do niespodziewanych świątecznych spotkań. Przyjechał chrzestny z całą rodziną. Dawno niewidziane kuzynki, plotki, długie rozmowy, żarty. 2 godziny gry w Czarne Historie, jeszcze większa porcja śmiechu i dziesiątki nieporozumień. I tak do nocy.

A rano potworne niewyspanie. I okropne zderzenie z rzeczywistością- to już koniec, już po Świętach?

Ścieżka dźwiękowa- Depeche Mode- Policy of truth

Seriale świąteczne

Zgodnie z prognozą pogody ten świąteczny czas ma być bardzo rodzinny, domowy, stołowy i telewizyjny. Niestety, chociaż połowa kwietnia za nami, aura postanowiła być kapryśna i czeka nas deszcz. Oczywiście bardzo by mnie cieszył jego brak-vivat idealnie wymyte okna,ale z naturą się nie wygra. Od paru lat mam suche i przyjemne Boże Narodzenie. I nieciekawą Wielkanoc. Ostatnią piękną i ciepłą, pamiętam sprzed 7 laty, kiedy to wyjechaliśmy i cieszyliśmy spacerami, brakiem obowiązków i piękną pogodą. Jak miło było mieć wszystko podane, zabrane i przygotowane. Ja miałam tylko o odpowiedniej porze zejść na posiłki na dół i cieszyć magią świątecznych dni.

Tegoroczne Święta będą domowe. Jeżeli prognozy się sprawdzą będą książkowo-telewizyjne. Polecam więc maraton serialowy oglądany w dobrym towarzystwie. W końcu obecne serialowe produkcje niejeden raz okazują się dużo lepsze niż hollywódzkie superprodukcje. Rodzina,przyjaciele, albo samotność. Sernik, jajko w majonezie, talerz żurku. Nieważne, zapraszam na mój maraton.

Najpierw jednak powiem czego nie polecam, co zdecydowanie warto ominąć. Tak, tak, opowiem o serialu, który bardzo mnie rozczarował. Świat się nim zachwycił, a ja jak zwykle, stoję w kontrze. No może finałowy odcinek był ciekawy w 5 procentach czasu, ale kurczę żółciutkie, to troszkę za mało. O czym mówię? Westworld. Nie dość, że mnie nie zachwycił to jeszcze naprawdę znużył i zmęczył. Dzielnie jednak trwałam do samego końca-fanfary, oklaski i ukłony. O czym jest ten serial? Kojarzycie Jurassic Park? Miejsce gdzie można pospacerować i porobić zdjęcia miłym dinozaurom? Zamysł jest podobny. Wizjoner-grany przez samego Anthony’go Hopkinsa (nomen omen świetnie grającego), założył futurystyczny park rozrywki. Zgodnie z nazwą akcja dzieje się na Dzikim Zachodzie. Za słoną ilość gotówki można wykupić sobie pobyt, pochodzić od Saloonu do Saloonu, pobawić się z prostytutką robotem-zawsze chętną i gotową, a potem sobie postrzelać i pozabijać kogo się chce. Wszystko na niby, postrzelonego robota odda się wszakże do naprawy, zaś w człowieku pozostaje wielka radość. Pierwotne instynkty zostały zaspokojone, można sobie wrócić do domu, do normalnego życia. Do korporacji, do dzieci i małżonki. Problem się robi, gdy to roboty ulegają awarii-czytaj psuje się system. Teraz to roboty przejmują władzę nad parkiem, a żądzą nimi mordercze myśli. Albo nie myśli nie, programy. W każdym razie teraz to ludzie są w niebezpieczeństwie,bo zabawa wymyka się znanym scenariuszom. I wiecie co? Z zewnątrz wszystko wygląda genialnie. Świetni aktorzy, wspaniała realizacja, przyjemna muzyka, klimat, zdjęcia itp. Ale, ale, to tylko wydmuszka. Wydmuszka, piękna, pomalowana setkami barwnych i misternych wzorków, ale wydmuszka. Popatrzeć można, ale pożytku żadnego z tego nie ma. Zdecydowanie przerost formy nad treścią. Bo jak rozumiem w zamierzeniu twórców serial miał spore ambicje, również te intelektualne. Nie wyszło. Przynajmniej w moim  odczuciu ten serial jest bez sensu. Trochę jak twórczość Paolo Coehlo – Ile dasz, tyle otrzymasz, czasem z najbardziej niespodziewanej strony-cytat mistrza . Można się zachwycać, szukać głębi i wcielać w życie. Można się pośmiać z banałów. I ja się śmieję. Jeżeli macie ochotę poczuć wspólnotę z  okropną pogodą, i narzekać po obejrzeniu maratonu z tym serialem, to polecam.

037d28547c7cde2b659bcc0f24b42d81

Teraz będzie coś dla tych co zamiast Dzikiego Zachodu i robotów, lubią historię. A leżąc w łóżku, wyobrażają sobie,że to królewskie łoże. Że na nocnym stoliczku dumnie spoczywa wypolerowana korona, służba wygrzała nam kołderkę, a usłużny lokaj przyniesie nam mleczko z miodem gdy boli nas gardełko. W końcu czego się nie robi dla królowej. Tak, dla miłośników luksusów i królewskich klimatów, zapraszam na królewskie święta z The Crown. O czym jest ten serial? O królowej Elżbiecie II, którą poznajemy jako młodą dziewczynę, szykującą się do małżeństwa, uwaga nowość na królewskim dworze, z miłości. Elżbieta jak każda młoda mężatka miała plany na najbliższe lata. Oczywiście, wiedziała,że jest następczynią tronu, ale chciała skupić się na rodzinie, poświęcić się rodzinnemu szczęściu, pasjom i planom męża, a także dzieciom. Wszyscy (albo prawie wszyscy) wiemy jednak, że Elżbieta nie mogła długo pozostać jedynie pretendentką do tronu. Śmierć jej ojca kazała jej usiąść na tronie, i zacząć wieść życie, na które nie była jeszcze gotowa. Chociaż była od lat do niego przygotowywana. Dziewczyna, bo przecież Elżbieta w chwili śmierci ojca miała 26 lat, musiała stać się najważniejszą osobą w państwie, głową kościoła i przykładem dla milionów poddanych. A przecież chciała inaczej, miało być inaczej. Tyle chciała przeżyć, zobaczyć, poczuć,nim nadejdzie ten dzień. Zamknięto jednak ją w sztywnych konwenansach, wiele wymagano, i jeszcze więcej oczekiwano,od tej drobnej dziewczyny. Mogłoby się wydawać, że serial opowiadający o życiu królowej będzie nudny, oczywisty, nijaki, przesłodzony, aż mdły. Ale zdecydowanie taki nie jest. Przede wszystkim widzimy w niej Elżbietę z krwi i kości. Ze swoimi lękami, niepewnościami i słabościami. A do tego bliżej poznajemy jej męża, Philipa-polecam popatrzeć na królewski dwór jego oczyma ( na marginesie pięknymi oczyma). Serial z klimatem. Owszem, fani szybkiej akcji, niezwykłych efektów specjalnych i zaskoczeń będą zawiedzeni. Ale Ci co szukają chwili wytchnienia, spokoju, pięknych dekoracji i przyjemnej dla oka scenerii, a do tego nienarzucającego się scenariusza, który służy odpoczynkowi znajdą w tym serialu wszystko o czym marzą. Polecam oglądać z zapasem ciasta i imbryczkiem dobrej, angielskiej herbatki. Klimat retro gwarantowany.

7b49ffae9491b04fd2c8ebb2c8dbbedb

 

Teraz coś dla tych co lubią styl glamour. Co lubią rezydencje nad oceanem, przeszklone salony, urocze wnętrza wprost z katalogu. Sukienki przed kolano, idealnie ułożone włosy i dużo, dużo kłamstwa. Tak, kłamstwa. Tak bowiem żyją bohaterki serialu Wielkie Kłamstewka. Z pozoru jest idealnie. Celeste ma zabójczo przystojnego męża, rozkoszne bliźniaki, przepiękny dom, nie musi pracować, a jako, że była prawniczką, to ma też co nieco w głowie i ogólny szacunek. Jest też Madeline, ma fantastyczny dom, dwie córki, zakochanego na zabój męża, wielką pasję czyli teatr i niezwykły dar zjednywania sobie sympatii innych. Jest Renata, zimna, zdystansowana, kobieta sukcesu, późna matka małej Amabelli, zakochana w córce do szaleństwa. A jej dom, dobry zajączku wielkanocny, toż to arcydzieło dizajnu. Jest i Bonnie, obecna żona pierwszego męża Maddie. Młodziutka fanka jogi, zdrowego stylu życia i wyluzowanego podejścia do wychowania dzieci. W ten świat wchodzi Jane Chapman, młodziutka matka Ziggy’go. Ewidentnie dziewczyna z przeszłością. Jane zdecydowanie przed czymś ucieka, dlatego też jako miejsce do życia wybiera sobie to idylliczne miasteczko. Idealne by zapomnieć o wszystkim i zacząć od nowa. No dobrze, ale o co chodzi? W pierwszej kolejności możecie pomyśleć, że to serial o idealnym życiu paru kobiet, które w życiu niewiele mają do roboty, spotykają się więc na kawkach i herbatkach, plotkują, udają się na masaże i niekończące się seanse w spa. Ale, to tylko pozory. Pierwszego dnia szkoły mały Ziggy zostaje wskazany jako osoba, która dokucza Amabelli Klein, córce Renaty. Renata nie pozwoli zaś by Ziggy nie poniósł kary, w końcu jej słoneczka nie można skrzywdzić… Serial oparty jest na książce Liane Moriarty, kiedy przeczytała ją Reese Whiterspoon postanowiła wyprodukować serial. Zaprosiła do udziału wspaniałe aktorki- Celeste gra Nicole Kidman, Renatę Laura Dern, a Jane Shailene Woodley. Sama zaś gra Maddie. Z początku sądziłam,że ten serial będzie niestrawnym czymś w stylu Gotowych na wszystko. Ależ to tylko pozory. Wielkie kłamstewka są po prostu genialnym serialem. Serialem, który polecam dosłownie każdemu. Dwutorowa akcja- wiemy, że w miasteczku wydarzyła się zbrodnia, ktoś nie żyje, prawdy powoli dowiadujemy się przesłuchań i rekonstrukcji paru ostatnich dni przed katastrofą. Widzimy jak upada fasada idealnego życia, jak pokazuj się prawdziwe oblicze głównych postaci. Widzimy wszystkie cienie ich życia. I krok po kroku odkrywamy prawdę o „bajkowym ” życiu mieszkanek miasteczka nad wielką wodą…

cfc997eb0e702fe6f30cd75546fedea2

W ten wielkanocny poranek życzę Wam masy serdeczności i dużo nadziei.

Również tej pogodowej. Dziś, pierwszy raz od 6 dni nie padał deszcz. Kiedy szłam na Rezurekcję powitał mnie poranek z ….  śnieżną zamiecią.

e1a76d04b8187f51f195fd3dedcf1a5c

Ścieżka dźwiękowa- Belle & Sebastian- Judy and the dream horses

Książkowo-filmowy marzec

Z grubej rury, zaczynamy od filmów. Bez zbędnych wstępów. W marcu 6 filmów. Byłoby 8, ale niestety podczas oglądania dwóch po prostu zasnęłam, stąd też wciąż nie wiem jak się skończyły,a  tym samym nie wiem jak je ocenić. Zważywszy na to, że na pierwszym filmie zasnęłam w pierwszych dniach marca, musiałabym  już chyba oglądać go od początku,a  jako,że na to szkoda mi czasu, to nie wiem czy kiedykolwiek do niego wrócę.

Ale do rzeczy. W tym miesiącu obejrzałam 2 dobre filmy, dwa kiepskie, i jeden o którym  wciąż nie wiem co myśleć. Postanowiłam tego filmowego sandwicha zacząć właśnie od środka, czyli od sera i sałaty. Kamper. Polski film o 30 latkach, współczesnych. Młodzi, zdolni, żyjący w wielkim mieście. Ona  i on, para, małżeństwo, dość niedobrane zresztą. Ona lubi gotować i ma duże ambicje, on w prac gra w gry komputerowe. Mają wygodne mieszkanie z naprawdę ładną kuchnią. On jest przedstawiany jako niedojrzały, dziecinny i obdarzony nadmiarem kiepskiego poczucia humoru. Ona ma być jego przeciwieństwem, marzycielka, śliczna blondynka o bogatej duszy i romantycznym usposobieniu. W tej parze on jest przedstawiany jako szukający swojego miejsca niedojrzały typ, a ona zaś szukająca stabilizacji i pewności . Ale było chyba na odwrót. W każdym razie standardowo jak to bywa w polskim filmie, pomysł ciekawy, aktorstwo ciekawe, ale te problemy naszych rówieśników zdecydowanie od czapy. Maksymalnie przejaskrawione i cóż, nużące się stały w pewnym momencie. Dla mnie za mało tutaj realizmu,a  za dużo zabawy. Film miał być czymś świeżym ,a  wyszedł mocno, mocno średni.

626819_1-1

Lobster, nic z niego nie zrozumiałam, i chyba mi z tym dobrze. Nie chcę tego zmieniać, więc wybaczcie, dłuższej recenzji nie będzie.

Dzień matki. Dosiadłam się do mamy co go oglądała. To była tortura. Duszy i ciała. Maksymalnie żenujący film. Sama nie wiem kto wpada na takie pomysły, i jeszcze znajduje kogoś kto zatrudnia gwiazdy, czyli daje na to wszystko pieniądze. A gwiazdy grają w takim filmie i mówią,że to zabawne, ciepłe i mądre. Akurat. Po seansie powinni płacić temu kto dotrwał do końca. Ja dotrwałam. I żałuję. Nie wiem czy jakakolwiek suma zrównoważy straty na mojej duszy.

dzien-matki-9

Teraz plusy. Sierpień w Hrabstwie Osage. O ile Dzień matki z Julią Roberts uznaję za film żenujący, o tym ten z jej udziałem szczerze podziwiam. I chociaż głównym powodem dla którego obejrzałam ten obraz, była raczej Meryl Streep to szczerze zauroczyła mnie tutaj właśnie Julia. O czym jest ten film? Mamy rodzinę, ciężko chorą matkę i ojca, który właśnie znika. Te wydarzenia łączą zwaśnioną rodzinę przy wspólnym stole wyrzutów. Stole dramatów, tajemnic, złośliwości, pretensji i konfliktu pokoleń. Film , który w zasadzie sam się ogląda. Doborowa obsada, genialne aktorstwo, i chociaż chwilami mam wrażenie, że parę wątków jest albo zbytecznych, albo niepotrzebnie rozbuchanych, to przy końcu miałam poczucie, że obejrzałam naprawdę świetne kino.

augustosage-650x284

Najpierw przeczytałam książkę. Potem sięgnęłam po film. Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął, to nie jest kino wysokich lotów. Ale coś w sobie ma. Niezwykły urok, oczywiście wszystko za sprawą głównego bohatera. Niesamowicie pechowego, ale i uroczego staruszka, któremu niejedno „przypadkowe” morderstwo można wybaczyć. Zdecydowanie film na ponury wieczór, poprawa nastroju gwarantowana.

doc_6415_0

Książki. W marcu było ich 12. Było dziwnie. Trzy książki mogę szczerze polecić, jedna wciąż czeka na moją ocenę, i chyba nigdy nie powiem w pełni przekonana, czy mi się podobało, czy to gniot totalny. Zaś kolejne trzy to książki do, których aż wstyd się przyznać. Przyznaję, że sama nie wiem jak książeczki Mai Banks znalazły się na moim czytniku. Ale się znalazły. A ja przeczytałam historię trzech braci- tak, tak, każdy brat i jego ukochana, dostali własny tomik. Więc przeczytałam niesamowicie idiotyczne historyjki o tym,że ona go kocha, on też, ale jest jakieś „ale” i kiedy wydaje się, że to koniec, to wszystko kończy się wspaniale. Dzieci się rodzą, brzuchy rosną, szczęście płynie jak rzeka z landrynek, a motylki skaczą z radością ku różowym balonikom. Uff, ulżyło mi. To znaczy poczułam się jak  nałogowy zjadacz czekoladek na spotkaniu Kwandransowych Grubasów. Zgrzeszyłam, ale przyznaję się do błędu, obiecuję więcej nie czytać takich głupot.

Teraz coś co polecam. Zacznę od mocnego tytułu. Fioletowy hibiskus –Chimamanda Ngozi Adichie . Tak, wiem, brzmi to nawet dość przyjemnie i jakoś tak radośnie i wiosennie. Albo kojąco, jak kubek herbatki w zimowy wieczór. Ale pozory mylą. Dokładnie, pozory mylą, to całe sedno tej książki i puenta. Porządna rodzina, majętna, rodzice, dwójka dzieci, prywatna szkoła, coniedzielna Msza Święta, szanowani przez lokalną społeczność. Bajka. Ale za fasadą domu dzieje się prawdziwy dramat. Bardzo poruszająca i przejmująca historia cierpienia jakiego doznaje się od najbliższej nam osoby.

Czasem dobrze jest się zbuntować. Bunt jest jak marihuana, w odpowiednich dawkach bywa pożyteczny.

Pustkowie- Blake Crouch. To książka dla tych co naprawdę lubią się bać. Trup ściele się gęsto, krew tryska po ścianach i sufitach, a napięcia i emocji tu tyle, że nawet powiew wiatru mrozi krew żyłach i nie pozwala spokojnie nocą spać. Tak,to nie jest książka dla ludzi o  słabych nerwach. Andrew to autor kryminałów, jego książki dobrze się sprzedają, on sam ma sporą wyobraźnię,ale nawet on nie mógł sobie wyobrazić tego co dane mu będzie przeżyć. Bardzo dobre tempo akcji, brutalna, trzymająca w napięciu. Kto ma nerwy i stali, i lubi kryminały,musi przeczytać.

Zobaczyłem odrzutowiec, kreślący długą białą smugę nad pustynią. „Czy mnie widzisz?”, pomyślałem, mrużąc oczy, by dojrzeć odbicie słońca na dalekiej metalicznej tubie. „Czy ktoś patrzy w dół, na mnie, ze swojego maleńkiego okienka, kiedy ja patrzę na niego? Czy widzisz mnie i to, co zrobiłem?

Amy Stewart w swojej książce Dziewczyna z rewolwerem opowiada historię pierwszej kobiety szeryfa. Trzy siostry Knoop mieszkają na uboczu, mają farmę i wydawać by się mogło ustabilizowane życie. Do pewnego dnia, do dnia wypadku. Wóz sióstr zostaje uderzony przez pojazd lokalnego bogacza. Constance postanawia walczyć o odszkodowanie, nie wie jednak, że naturalna prośba staje się początkiem niezwykłej przygody sióstr,oraz początkiem zmiany  dotychczasowego życia. Wspaniale napisana, z dużą dawką humoru i lekkością, oparta na faktach. Poza tym przepięknie wydana, szczerze zakochałam się w okładce. Polecam każdej damie, która w skrytości ducha marzy o odznace…

Teraz będzie o książce, co do której mam solidne wątpliwości. Będzie o Królu Szczepana Twardocha. Ok, zacznę od plusów. Twarodch rewelacyjnie odtworzył przedwojenną Warszawę, genialnie oddaje wręcz klimat miasta, gdzie obok siebie mieszkali Polacy i Żydzi. Jednak sam temat…. No cóż, narkotyki, seks, boks, porachunki…. Dla mnie to zdecydowanie męska książka. O ile nie mam nic przeciwko ostrym i soczystym pozycją-patrz Pustkowie, to Król mi nie podszedł. Nie wiem czemu? Znów na wielki plus wspaniałe wydanie, prawdziwa ozdoba półki. Ale mówiąc szczerze, po przeczytaniu nie czułam,że miałam do czynienia z jedną lepiej ocenianych polskich książek ubiegłego roku. Być może po prostu to książka nie dla mnie. O ile momentami mnie zachwyciła, to chwilami miałam ochotę rzucić Królem o ścianę. No ok, o miękkie łóżko.  To jest po prostu męska książka,pełna przekleństw, nadmiaru chuci i irytującego męskiego spojrzenia na kobiety. Jakoś ten cały półświatek nie kręci mnie jak innych. Sorry Szczepan.

Gdzie zaczyna się jeden człowiek, a kończy drugi?
Zaprawdę, powiadam wam, nie ma czegoś takiego jak człowiek.”.

 

Marzec to również bardzo serialowy czas. Ale o tym będzie później. Czas myć, pucować i szorować. Czas wpaść w przedświąteczną gorączkę.

Ścieżka dźwiękowa- Miles Kane-  Give up

Ludzie ludziom…..

Gdańsk. To takie piękne miejsce na ziemi. Tutaj się urodziłam, w pewnym szpitalu, z okien widać morze. Chociaż to zależy z jakiej strony ma się pokój, można trafić i na blokowisko. Ten Gdańsk jaki znam od urodzenia jest piękny, ale i obciążony historią. Tworzący ją. Jedyny i niepowtarzalny. Doceniający przeszłość, czerpiący z niej to co cenne, kształtujący tysiące, setki, jak nie miliony, umysłów i serc innych ludzi. Uwielbiam spacerować Długim Targiem, patrzeć na zachwycone twarze turystów. Turystów, którzy idą standardowo pod Neptuna, zrobić sobie zdjęcie z tą piękną fontanną. Albo idących nad Motławę, by podziwiać panoramę nadbrzeża. Lubię patrzeć na tysiące ludzi, całych rodzin, singli i par, które zajmują kawiarniane i restauracyjne ogródki, cieszący się sobą, spokojem, urlopem, magią miejsca.

Solidarność. To takie słowo, które na stałe kojarzy się z Gdańskiem. Stocznia, pomnik Trzech Krzyży i Europejskie Centrum Solidarności, miejsce, które opowiada o wspaniałym dziele, o Solidarności. Ileż było protestów, że budynek nie taki, że za duży, że wystawa nie taka, a powinna być taka. Dziś Centrum tętni życiem, turystami, i świadkami historii, którzy przychodzą  tutaj z całego świata. Poznają najnowszą historię. I dzięki temu wspaniałemu muzeum mają szansę ją poznać wyjątkowo szczegółowo.

Wojna. Gdańsk to miasto wojny, ileż to moje rodzinne miasto przeszło. W każdym kącie, w każdej cegle, w każdym kawałku bruku są ślady historii. Tej okrutnej. Gdańsk to miasto, którego wojna nie oszczędziła. Wręcz przeciwnie, tutaj wojnę czuć do dziś. Dziś to nie jest wojna przy użyciu czołgów i rakiet, oraz armii żołnierzy. Dziś to wojna na słowa, sądowe wyroki i przekonania. Przekonania, że skoro Muzeum II Wojny Światowej stworzył ktoś kogo nie lubimy, to musimy je zniszczyć, zmienić i usunąć z pola widzenia świata. Ale się udało. Mi też się udało. Udało zobaczyć Muzeum przed jego niepewną przyszłością. Możliwe, że za parę dni odwołają dyrektora, połączą dwa muzea, zamkną to otwarte ledwie tydzień temu i zmienią wystawę. Bo podobno ta obecna za mało podkreśla pozytywne skutki wojny. Ha, można konkurs ogłosić jakież to są te pozytywne skutki wojny? Może zapytać 8 letniego chłopca ze zdjęcia, który rozpacza na ruinach swojego domu? Albo 9 letnia Ania, która klęczy nad zwłokami swojej siostry Marylki? Marylkę zabiła niemiecka wojna, miała 11 lat. No jak Marylko, czego dobrego dowiedziałaś się o ludziach i świecie dzięki wojnie? Albo może warto wejść do sali poświęconej Holocaustowi i przejść wśród tysięcy twarzy ofiar? Może warto zapytać tej pani o cudownym uśmiechu, albo dziadka z wnuczką, którzy wprost ze spaceru trafili do Oświęcimia, co im  dobrego przyniosła wojenna zawierucha?

Nie ma pozytywnych aspektów wojny. Nie ma i nikt ich nie znajdzie. Wizyta w Muzeum II Wojny powinna być pozycją obowiązkową dla każdego z nas. Polaka, Niemca czy Rosjanina. Kiedy tak szłam po tym muzeum, obok mnie w ciszy szła babcia z dwójką wnuków, młodych Niemców. Za nimi dreptał wsparty o lasce staruszek z córką, sama ledwie szła, ale podtrzymywała ojca. On miał łzy w oczach. Niemcy, Polacy, obok siebie. Któż by pomyślał. Połączyło ich to niezwykłe miejsce. O niesamowitym klimacie. Bardzo ciemne, mroczne, brutalne. Bez światła, sama wystawa znajduje się 14 metrów pod ziemią, jakbyśmy wpadli do leja po bombie. Im bardziej zagłębiamy się w czasy wojny tym jest ciemniej. Prawie nie ma światła, beton, czerń i mrok. I tak przez 18 sekcji. Po prawie 4 godzinach wychodzi się na powierzchnie i tak łaknie słońca! W końcu człowiek oddycha pełną piersią i z taką ulgą idzie po schodach ku światu. Temu normalnemu, z jaką ulgą,można zostawić za sobą całe to piekło wojny. I wsiąść do wygodnego auta, pojechać do domu i zjeść obiad przy wygodnym stole…

Do tej pory jestem pod wrażeniem, wielkim wrażeniem Muzeum i czasu jaki tam spędziłam. Uważam,że wizyta w tym miejscu powinna być punktem obowiązkowym dla każdego, kto przybywa do mojego miasta. Koniecznie trzeba tam być. Mam oczywiście nadzieję,że będzie można dalej oglądać tę wystawę, właśnie w takim kształcie i w takiej formie. Mówię to Wam ja, niepraktykujący historyk, który jednak jakieś pojęcie o temacie ma.

Teraz czas na mały spacer po Muzeum. Wiem, że nie każdy ma możliwość by szybko kupić bilet. Stąd też zapraszam na wizytę. Wystawa składa się z 18 sekcji. Czas jaki trzeba poświęcić na wizytę to minimum 4 godziny. Ja przyznaję, część elementów pominęłam. Ale skoro studiowałam historię to darowałam sobie interaktywne punkty z opisem historii, typu data,miejsca i nazwiska, chociaż przy paru i tak przystanęłam. Dla dzieci mamy osobną salę, wiadomo, nie każde dziecko da radę i fizycznie i emocjonalnie znieść wystawę główną. Dorośli zaś mimo spędzonych tutaj godzin zauważają,że czas płynie w środku inaczej. W ogóle nie odczujecie ilości minut jakie spędzicie pod ziemią. Wystawa jest bardzo interaktywna, zrozumiała dla każdego i dopracowana w każdym,nawet najmniejszym szczególe.

Zanim zjedziemy windą 3 piętra w dół, odwiedzimy budynek z zewnątrz. Imponujące, o niezwykłej formie, nowoczesne, oddziałujące na wyobraźnię. Takie właśnie jest Muzeum, tuż nad Motławą, niedaleko Stoczni, bardzo blisko ścisłego centrum naszego Starego Miasta. Wbity w ziemię element, samolot, bomba, może część budynku? Każdy może mieć swoją interpretację.

 

A teraz wnętrze. Nie będę dużo pisać, podpiszę po prostu każde zdjęcie. Są miejsca gdzie powinna rządzić cisza.

17622803_1648789868470537_974261343_o

Przerażające betonowe wnętrze Muzeum z maleńkimi świetlikami.

Ku wojnie.

Przedwojenna uliczka. W oknach świecą się światła,na wystawach śliwki w czekoladzie, kawa, napoje. Tętni tutaj życie, goście z błyskiem w oku zaglądają w sklepowe wystawy, czytają nagłówki gazet, spacerują tą uliczką i chłoną niezwykły klimat.

Zaczęła się wojna.

Głód. Chleb wypieczony według tradycyjnej receptury prosto z Petersburga ogarniętego Wielkim Głodem. Pieczony na trocinach i otrębach drzewnych.

Wojenna rzeczywistość. Schron w Londynie, wysiedlenia i masa cierpienia.

Samolot, codzienność, zabawka małej Niemki, która do schronu zabrała domek dla lalek…

17670507_1649760625040128_1717361817_o

Koniec. Pamiętacie uliczkę z pierwszych zdjęć? Tyle zostało z niej po wojnie. Ku przestrodze. O ile na tej samej uliczce z sprzed wojny jest głośno i tłoczno, tutaj panuje cisza, nostalgia, goście idą z zadumą na twarzach, widać smutek i złość.

Ścieżka dźwiękowa- Mando Diao- To China with love

Ze zgagą jej do twarzy

Dzisiaj będzie o filmowym weekendzie. W ten weekend zachęcam Was do obejrzenia filmów z moją ulubioną, wróć, ukochaną aktorką. Tak, powiem to głośno,nie wstydzę się. Kocham Cię Meryl. Uff, ulżyło mi.

Nie wiem kiedy uznałam,że Meryl jest genialna? Może to przez połączenie wielkiego talentu i takiej zwyczajności? Meryl jest intrygująca, ale nie jest klasyczną pięknością, taką za którą odwróciłby się każdy i rzucił do kolan wyznając wieczną miłość. Meryl Streep ma też coś do powiedzenia i kiedy chce to po prostu to mówi. Nie patrzy przy tym ani na innych, ani na to czy to chce powiedzieć jest akurat modne. Ma swoje zdanie i je ceni. A do tego jest taka normalna, nudne i udane małżeństwo, czwórka dzieci i genialne role.

Dziś będzie więc krótki przegląd moich ulubionych, wróć, ukochanych filmów z Meryl w roli głównej. Będzie chronologicznie.

Manhatthan. To jeden z moich ulubionych filmów Woody’go Allena. Tym razem zabiera on widzów do swojego miasta i opowiada jak zwykle niezwykle pokręconą i ironiczną historię. Meryl Streep gra tutaj pokręconą lesbijkę, bardzo kłótliwą, głośną i energiczną. Całą fabułę można zaś skrócić do tego,że Issack Davis, którego gra Allen jest dwukrotnie rozwiedziony, bezrobotny i właśnie zakochuje się w dziewczynie swojego przyjaciela. Meryl, która gra tutaj byłą żoną Davisa, jako nowo nawrócona lesbijka, postanawia napisać książkę o swoim małżeństwie, co niekoniecznie podoba się byłemu mężowi. Film jest niebanalny, dialogi to istne perełki,  akcja dzieje się szybko, w tym filmie wszystko gra idealnie. A już na pewno wspaniale gra Meryl. Nastrój filmu potęgują biało-czarne zdjęcia i hipnotyczna Meryl. Ona naprawdę wyglądała wtedy przepięknie.

merylmanhattan

Wybór Zofii. Mocny film,  na pewno nie do obejrzenia kiedy mamy świetny humor i chcemy go podkręcić czymś radosnym. Albo gdy szukamy pocieszenia. Zofia Zawistkowska- grana przez Meryl, jest Polką, która przeżyła dramat obozu koncentracyjnego. Obecnie mieszka w Nowym Jorku i zmaga z tragicznymi wspomnieniami, w których dominują śmierć i cierpienie. Film opowiada o skomplikowanej relacji między Zofią, a Nathanem, z którym mieszka i dzieli życie. Nathan jest Żydem, o maniakalnej obsesji zbierania dowodów o zbrodniach na swoich rodakach. Za ścianą mieszka Stingo, pisarz, którego nieustanne kłótnie młodych ludzi, wzbudzają ciekawość i prowadzą do przyjaźni, oraz do poznania historii tych dwojga ludzi… Więcej nie powiem. Obejrzyjcie. Ale warto, szczególnie,że Meryl przygotowując się do roli uczyła się polskiego i moim zdaniem lekcje odrabiała bardzo solidnie. A Oskar za tę rolę jest jak najbardziej zasłużony.

Set of

Zgaga. Meryl Streep zagrała w genialnej, autobiograficznej historii Nory Ephron, która opisała swój związek z dziennikarzem Carlem Bernsteinem-w tej roli wspaniały Jack Nicholson. Meryl gra tutaj Rachel, dziennikarkę kulinarną, która poznaje na ślubie znajomych Marka. Łączy ich wielkie uczucie,a  scena kiedy to Meryl karmi Jacka spaghetti po upojnej nocy jest kultową. No dobrze dla mnie jest kultową. W każdym razie odkąd obejrzałam ten film, pokochałam makaron jeszcze bardziej. Wkrótce Rachel i Mark biorą ślub, remontują dom, rodzi im się dziecko, a kiedy ona spodziewa się drugiego, okazuje się,że on ma romans. Banał? Być może. Ale dla mnie to naprawdę genialny film i genialna rola Meryl. Tym razem jest tutaj brunetką o krótkich włosach. Granie matki, mistrzyni kuchni, kulinarnej dziennikarki, wiecznie jakby w ciąży wyszło Meryl po prostu genialnie. Jako wierna fanka Meryl i tego filmu mam już na liczniku 5 pokazów i serdecznie Wam polecam.

heartburn

Ze śmiercią jej do twarzy. Zdecydowanie zmieniam klimat. Będzie komediowo. Jestem beznadziejnym przypadkiem fanki tego filmu, jeżeli leci w telewizji, nie ma bata, nieważne co się dzieje, ja siadam i oglądam. Do znudzenia. I tak w kółko. Rok bez duetu Meryl i Goldie jest dla mnie rokiem straconym. Miłość do tego obrazu przekazała mi mama, która pierwszy raz pokazała mi go jak miałam 7 lat. Od tamtej pory pokochałam fabułę i cóż, chyba pokochałam Meryl na poważnie. W tym filmie Meryl gra piękną aktorkę, Maddison, która ostatnio zamiast wielkich ról , zajmuje się głównie tropieniem nowych  zmarszczek na swej twarzy. Jej mąż Ernest to chirurg plastyczny,utalentowany,ale dziś zajmujący się makijażem pośmiertnym, wbrew pozorom branżą z perspektywą. Historia zaczyna się, kiedy dawna przyjaciółka Maddison, Helen Sharp po kilkunastu latach postanawia wziąć odwet na Maddie za wszystkie krzywdy jakich doznała od przyjaciółki. Ten film ośmiesza światek show biznesu, dążenie do wiecznego piękna i kult młodości. Tak, jest przerysowany i karykaturalny,ale genialny w swojej kategorii. No i ten film to popis wspaniałej gry aktorskiej. Meryl pokazuje tutaj niesamowity talent komediowy. Jest po prostu genialna, nawet z przekręconą na drugą stronę głową .

M8DDEBE EC002

Mamma Mia.  O ile jestem uzależniona od Meryl Streep, to jestem tak samo uzależniona od tego filmu. Odkąd go pierwszy raz obejrzałam,miałam ochotę rzucić wszystko, polecieć, ewentualnie pojechać i popłynąć, na pierwszą lepszą wyspę i razem z Meryl założyć pensjonat na górzystym terenie. Całe dnie byśmy śpiewały, uroczo przy tym fałszując i wyciskały sok z pomarańczy. A wieczorami urządzały wielkie greckie uczty. Ten film jest okropnie wręcz kiczowaty, kto słyszał popisy wokalnie Pierce’a Brosmana, ten to wie. Ale niesie z sobą tyle radości, uroku i dobrej zabawy. Głównie dzięki obsadzie. Meryl nie boi się fałszować, tańczyć bez ładu i składu i świetnie się bawić, nie bacząc na wszystko. Nie każda aktorka chciałaby zagrać w takim filmie i obnażyć swoje słabości. Meryl jest wielka, więc może. I chwała jej za to.

z5457673ihmeryl-streep-i-pierce-brosnan

Wątpliwość.  To taki film, który nie zrobił olbrzymiej światowej kariery. A szkoda, bo to film intymny, duszny i budzący wiele emocji. Głównie za sprawą kolejnej genialnej roli Meryl Streep. Rzecz dzieje się w katolickiej szkoły, którą prowadzi siostra Alojzyna- w tej roli Meryl. Zdecydowanie ma ona konserwatywne poglądy na świat i ludzi. Wyjątkowo też drażni ją postępowy ksiądz proboszcz, w tej roli zmarły niestety Philip Seymour Hoffman. Siostra Alojzyna nabiera podejrzeń co do relacji księdza Flynna z jednym z uczniów, i chociaż brak jej dowodów, stawia mocne oskarżenia. Czy ksiądz Flynn jest otwarty i bezpośredni,bo w głowie mu niecne czyny? Czy za fasadą zimnej i nie mającej uczuć Alojzyny kryje się osoba, gotowa zgrzeszyć kłamstwem by ochronić swoich podopiecznych?  Ten film to mistrzowski popis gry Meryl Streep.  Potwierdzenie jej niezwykłego talentu.

7275f3878388a634758a5647ae8e50b1

Julie& Julia. Film kulinarny, nie mogłam o nim nie wspomnieć, skoro tyle czasu spędzam w kuchennych okolicznościach. Ciepły- i to ciepło,wcale nie bije z rozpalonego piekarnika. Kobiecy, smakowity, okraszony idealnym aktorstwem i humorem. Ten film to przepis na udany wieczór. Julia Child, jedna z ciekawszych postaci kulinarnego świata, w tym filmie została brawurowo wręcz zagrana przez Meryl. Meryl po prostu stała się Julią Child, każde jej słowo, gest, ruch, wszystko jest idealne. Ten film opowiada o wielkiej pasji, przyjemności i spełnieniu. I zdecydowanie oglądając ten film można pozbyć się dosłownie każdej troski dnia codziennego. Głównie dzięki Meryl, która w tym obrazie pokazuje swój kunszt. Nie musi mieć nie wiadomo jak ambitnego scenariusza by zagrać po prostu fenomenalnie.

mc-julia-child

Ścieżka dźwiękowa – Dpeche Mode- You move

O matczycznym braku konsekwencji

Tak, wiem, dziwny tytuł. I mylący. Bo nie będę teraz opisywać tych matek, które mówią,że ich dzieci chodzą spać dzień dnia, albo raczej wieczór w wieczór zaraz po 19-a tak naprawdę chadzają spać kiedy mają ochotę,często po 2 w nocy. Albo, że chociaż pociecha ma 17 lat nigdy nie zjadła kawałka ciasteczka, a tak naprawdę mamusia 5 razy w tygodniu kupuje tuzin pączków z budyniem.

Będzie o matkach i ich braku konsekwencji. Ale nie wobec dzieci. A wobec samych siebie. O kluczeniu, a może nawet zakłamaniu. Zdecydowanie o zakłamaniu i klice. Tak, o klice.

Brat parę miesięcy temu namówił mnie na założenie konta na Instagramie. Najpierw uważałam,że to bez sensu,ale skoro brat prosi? W sumie nie wiem czemu prosiła,ale ok. Ostatecznie spodobało mi się to. Aczkolwiek nie popadłam w paranoję. Mam wrażenie,że niektórzy ludzie przynajmniej 20 godzin na dobę nie robią nic ponad szykowaniem posiłków, strojów, i miejsc,które koniecznie trzeba pokazać na tym portalu. Przyznaję, nie rozumiem tego,ale miło popatrzeć. Podpatruję też parę profili młodych mam. Jedne pracują, inne nie. Ale umówmy się, bycie mamą to praca, tak więc każda matka pracuje. I kiedy patrzę na niektóre profile młodych matek, i to nie jednego a kilkorga pociech to odczuwam zazdrość. Nie, nie chodzi o posiadanie dzieci, a o to,że matki mają tyle czasu. Dokładnie, tyle czasu i takie idealne życie.

Ostatnio jedna matka z Instagrama napisała,że była w szoku kiedy jej koleżanka po odwiedzinach u niej stwierdziła- zazdroszczę Ci. Jak to,czego? No tego,że spotkałaś idealnego faceta, z którym stworzyłaś ciepły i wspaniały dom, że masz cudowne dzieci, a przy tym masz czas na własne pasje i projekty. I tutaj matka z Instagrama nie wytrzymała. Bo jak ktoś śmie jej zazdrościć, jeszcze obcy człowiek,ale koleżanka? Własna koleżanka, singielka. Żmija, bez serca. Czy ona nie wie, że…

Ano pewnie,że nie wie, bo jest bezdzietną singielką. Ona więc nie wie, że życie matki jest okropne. Bo dzieci chorują, po ciąży ma się dodatkowe kilogramy, mąż ma 888 irytujących wad, ona na nic nie ma czasu, nic nie może zaplanować, bo jest matką. W ogóle to matka wszystkiego zazdrości singielce, bo standardowo bycie singlem oznacza życie bez problemów, trosk i kłopotów dnia codziennego. Ma się nad wszystkim kontrolę, masę pieniędzy i dom tylko dla siebie, gdzie hula łagodząca umysł cisza i pustka. A takie singielki wiedzę o tym jak to jest być matką i żoną czerpią z Instagramów, i potem zazdroszczą. Koleżanka usłyszała więc mniej więcej,że na matkę nadają się tylko te panie, które lubią cierpieć i poświęcać się dla narodu. Bo bycie matką to chyba najgorszy zawód świata. I ta biedna matka była oburzona,że jej koleżanka, singielka, dodajmy, ogląda te Instagramy, i uważa,że Instamatki są super, że Instadzieci są idealnie grzeczne, a w ogóle posiadanie rodziny to najlepsza rzecz pod słońcem. I tutaj matka z radością oznajmiła,że jej koleżance zrobiło się głupio, przeprosiła, wyszła i plany powiększania rodziny odłożyła na 20 lat naprzód. Aż zbierze odpowiednią porcję siły. Inne idealne Instamatki były zachwycone i biły wirtualnie brawo.

e4bb5e197b361b281b395fc2bba2c446

I teraz z ciekawości spójrzmy na profil tej wymęczonej matki. Co tam znajdziemy? Sądząc po wpisie na blogu można się spodziewać ruin domu, wybitych okien, albo co najmniej tony śmieci,prania i zabawek w salonie. Ale nie. Dzień matki, która uważa,że bycie matką to pasmo wiecznych nieszczęść.

Matka o 6.15 pisze,że nocka minęła cudownie, je Bubuś spał ciurkiem 8 godzin, a ona z nudów wstała o 4.20 i zaczęła ugniatać chlebek dla rodziny 100 % ziaren, bez glutenu,laktozy, cukru i niezdrowych tłuszczy. O 7.30 dostajemy zdjecie jak Bubuś i starsza pociecha Dziubdziuś jedzą chlebek, do tego popijają koktajl z domowego jogurtu ( kupne naturalne są wszakże pełne chemii,a  w ogóle to nie wiemy gdzie pasła się krowa, więc jogurt jest z mleka konopnego), biały stół, idealnie czysta biała kuchnia, biała podłoga, czerwony koktajl, czarny chleb, zielona pasta z awokado i ani jednej plamy. Duma rośnie. Ja,mam dowód w kieszeni tyle lat, a bałaganię jak niemowlę przy robieniu jedzenia. Mamy 9.00 i kolejny raport. Dzieci po przespanej nocy, i sytym śniadaniu poszły spać. Mamusia pokazuje urocze zdjęcie, dzieci śpią, a ona czyta, na twarzy ma maseczkę, piję cappuccino, z nudów posprzątała czystą kuchnię i może ( w przerwie czytania) zaplanować cały przyszły tydzień. 11. 14. Tęskniliście? Mamusia bardzo, właśnie raportuje z kawiarni przyjaznej matce i dzieciom. Była już na spacerku po lesie, wrócili do cywilizacji i poszli na drugie śniadanko. Bez szemrania dzieci wcinają koktajle z jarmużu i tosty ze szpinakiem. Mamusia spotkała kolejną instamatkę i plotkują. Dzieci super się bawią. Ach, jak miło. 14.23. Młodsze dziecko znów śpi, zmęczone pewnie trawieniem szpinaku. Starsze z matką robi obiad. Będzie domowy rosół na kurze, którą wczoraj kupili na eko targu, domowy makaron. A jako,że fajnie się wałkowało to postanowiła wałkować dalej, i ulepiła pierożki z kaszą gryczaną i soczewicą.O 15.10 mamy aktualizację, młodsze ciągle śpi, starsze grzecznie się bawi samo, a jako,że matka okropnie się nudzi piecze dla męża ciasto. Będzie domowa drożdżówka z jeżynami. O 17.09 mamy relację z obiadu. Wszystko wspaniale smakowało, mąż zachwycony,a  dzieci jeszcze bardziej. 18.21. Matka tęskni. Czyżby tęskniła za wolnością i czasem bez dzieci? Nie, ona tęskni do dzieci. Mąż, zabrał dzieci na spacerek i ona ma godzinkę wolną i w ogóle nie wie co ma robić. Ostatecznie dzieli się informacją, że snuje się po Instagramie, ogląda dzieciowe zdjęcia i tak tęskni za noworodkiem, bo Bobuś ma już prawie roczek. O 19.33 dzieci śpią. A jakże, po takim dniu też bym padła,nie ma to tamto. Widać teraz słodkie buźki, które tak grzecznie śpią w idealnie odprasowanej pościeli, w idealnie stylowym pokoju, w którym jest tak czysto,że sama Małgosia Rozenek by dostała palpitacji serca z zachwytu. O 21 matka życzy nam dobranoc. Informuje, że zrobiła sobie mini spa, nastawiła ciasto na rano, na bułeczki,nowy przepis, mąż czyta, a ona właśnie idzie obejrzeć kolejny odcinek ulubionego serialu. I przeprasza, że jutro będzie jej tutaj mniej,ale jadą rodzinką całą na weekend na wieś. Agroturystyka, więc może nie być wi fi w odpowiednim standardzie.

1ccac08464c60e31ae9f358e2160830f

Przyznaję,że niewiele rozumiem z tego co czyni owa matka. Jeżeli uważa, że macierzyństwo jest takim dramatem, to po cóż tyle energii poświęca na pokazanie światu, że jej życie jest idealne a posiadanie rodziny dostarcza jej tyle radości? Dlaczegóż więc ma pretensję do samotnej koleżanki, że jej zazdrości bo naoglądała się pięknych zdjęć w internetach? Po cóż sama tworzy nierealną rzeczywistość i kreuje świat, który nie istnieje? Ileż musi wydać środków by dzień dnia mieć świeże kwiaty, tysiące dekoracji do zdjęć, i innych cudów i wianków? Potem dekoruje, aranżuje i robi sesje. Albo, jest szalenie zadowolona ze swojego życia i naprawdę jest tak jak na zdjęciach. Tyle, że nie potrafi przyjąć komplementu. Bo nie potrafi przyznać, że ma fajne życie i chociaż macierzyństwo to również cienie, to blaski zdecydowanie rozjaśnią mroczne momenty? Sama nie wiem, może to takie tradycyjne poczucie, że matce zawsze i wszędzie trzeba tylko i wyłącznie współczuć? Że chociaż nie ma źle to i tak ma źle i jeszcze gorzej? I koniec i kropeczka. Skoro już była w ciąży i rodziła, to może sobie narzekać na bycie matką ile mi się podoba. A singielce nic do tego.

Przyznaję szczerze, gubię się. Mam wrażenie, że niektórym powinno się zabrać internet. I uwaga, nie byłyby to wcale dzieciaki.

A Wy jak patrzycie na wirtualną rzeczywistość super mam?

a14baac974133d05d31031f6119de691

Ścieżka dźwiękowa- Depeche Mode- No more (this is a last time)