Minął miesiąc – maj

Uwielbiam maj. I z żalem go żegnam. To dla mnie jeden z dwóch najpiękniejszych miesięcy w roku. Ale jako, że kocham tak samo czerwiec, to jestem obecnie w dobrym położeniu. Przynajmniej mam nadzieję, że jestem w dobrym położeniu.

Maj, piękny miesiąc. Przyroda rozkwita, jest pięknie. Początek tegorocznego maja był jednak zaprzeczeniem piękna. Było zimno, śnieżnie, paskudnie. Pojawił się mróz, ciągle padało. Było po prostu koszmarnie. Gdzie te bzy? Kwitnące kasztany i zieleń? 8 maja sypał śnieg, i było – 0,2 stopnia. Mimo to miesiąc zaczął się aktywnie – od majówki, która pomimo zimowych kurtek i czapek, udała się wyjątkowo. I jeszcze długo będę ją miło wspominać. W ogóle ten miesiąc był aktywny. Z dużą chęcią chodziłam do pracy, coraz bardziej lubię to co robię. Owszem, chwilami dalej nie rozumiem co sprzedaję i co chce ode mnie klient, ale takich sytuacji jest już coraz mniej i mniej. Po pracy starałam się by każdy weekend był ciekawy. A jako, że pogoda zrobiła się nie tyle wiosenna, co letnia, to były spacery, dużo spacerów po plaży, gofry na molo i relaks na bulwarze. W ogóle maj to czas spacerów, zachwytu nad przyrodą i szukania bzu. Zapełniłam parapety i balkon kwiatami. Rosną jak szalone! W końcu udało mi się zorganizować spotkanie z przyjaciółką i moją ukochaną Zuzią, którą kocham rozpieszczać. Maj byłby dużo bardziej aktywny towarzysko gdyby to spotkanie klasowe nie rozlazło się w szwach, albo gdyby plany z minionego weekendu wypaliły. Niestety, majowa pogoda nie była dla mnie do końca łaskawa i zamiast miłego weekendu spędzonego w kinie z koleżanką na ambitnym filmie i byczeniu się na plaży, byczyłam się na łóżku i walczyłam z ogromnym przeziębieniem. Mimo gorszej końcówki ogólnie maj był przyjemny. Staram się nie pamiętać tej pierwszej części, zimowej. Ta druga była przepiękna pogodowo. I chociaż zdarzały się gorsze dni, to mimo wszystko będę je miło wspominać. Bo kiedy kwitnie bez to ja nie mogę mieć złego humoru. Przecież to oczywiste.

W maju udało mi się załatwić jedną ciężką sprawę, dodatkowo odwiedziłam mojego seksownego dentystę, który chyba obraził się, że zamiast za anonsowane pół roku, wpadłam po 10 miesiącach i po minucie kazał mi sobie iść. I zlecił kontrolę za pół roku. Ale ja nie  z tych, zapisałam się na wymianę plomby. Wymiękłam, musiałam wziąć znieczulenie, pierwszy raz w życiu. Jak ja potem tego żałowałam! Byłam sparaliżowana przez dwa dni. Ale chociaż spędziłam 25 minut w rękach najpiękniejszego i pachnącego najbardziej seksownymi perfumami dentysty. Warte to było każdego bólu.
W maju rządziły pierogi. Byłam w trzech pierogarniach. I tak, razem z bratem ulepiłam 178 sztuk pierogów z płuckami. Zrobiliśmy to w 3 kwadranse w pewien piątek,miałam na sobie wyjściową sukienkę. Siła rodzeństwa.

Hitem maja…. Hitem maja zostaje Acatar. Tak, tak, wiem to dziwaczne, ale tak jest. Przez 6 dni przetestowałam 3 leki na katar, i dopiero czwarty, kupiony w akcie desperacji dał radę okiełznać infekcję. Także ogłaszam go moim hitem. Naprawdę działa zgodnie z tym co obiecuje= w ciągu kilkudziesięciu sekund po aplikacji. I jaką daje ulgę! Przywraca chęć do życia. To mój największy hit.

W kwietniowej promocji w wiadomym sklepie kupiłam podkład. O dziwo, po zakupie dowiedziałam się, że ten podkład w wielu kręgach uznawany jest produkt kultowy. Zdziwiłam się, niełatwo będzie w końcu oceniać legendę. Ale zabrałam się testowania. Mój wybór padł na Lirene City Matt. Produkt zgodnie z nazwą, ma matować skórę i to robi. Ale nie jest przy tym nienaturalny, jest bardzo delikatny. Nie ma bowiem mocnego krycia, więc raczej nie jest dla osób, które wiele mają do ukrycia. Mi bardzo pasuje w ciepłe dni, bo jest lekki, cera wygląda naturalnie. a sam efekt matowienia nie jest zbyt mocny. To znaczy, nie wygląda sztucznie. To co mnie zachwyciło w tym podkładzie to genialne wygładzenie skóry, naprawdę mam wrażenie, że staje się jedwabista. Plusem jest też kolor, idealnie jasny dla mojej białej cery. Cenę ma fantastyczną. Minusem jak dla mnie będzie wydajność. Nie wiem czemu, ale inne podkłady starczają mi naprawdę na dużo, dużo dłużej. A tutaj po miesiącu-i to niecodziennego używania, zniknęło mi 3/4 opakowania. Nie rozpaczam za bardzo, bo w letnie miesiące i tak używam kremów CC bądź BB. Ale jednak znika za szybko, co czyni go mało ekonomicznych, mimo umiarkowanej ceny. Ale myślę,że warto spróbować.

Wiadomo, latem człowiek większą atencją darzy stopy, bo zaraz będziemy ubierać sandałki i w ogóle, jakoś tak wypada zadbać o te rejony. Jeżeli nie macie jak ja dużej cierpliwości to polecam genialny krem Perfecty – skarpetki złuszczające. Wystarczy posmarować sobie wieczorem stópki, a rano ich nie poznacie. Ja używam go prawie codziennie i jestem zachwycona. Cena jest śmieszna, 7,99 zł w najbardziej popularnej drogerii w kraju. Mam właśnie 4 tubkę tego kremu, więc o czymś to świadczy.

Zapach. W maju, tej cieplejszej części, odkryłam,że w pracy kiepsko mi się nosi moje ulubione mocne zapachy. W okolicach południa byłam już znużona zimowym aromatem. Dlatego też kupiłam sobie zapach do pracy. Bardziej wiosenny, delikatny, niemęczący. Nie chciałam wydawać za dużo, wybór padł więc na Avon Cherish. Mamy tutaj wiśnię, delikatne nuty drzwne i trochę piżma. Całość jest lekko owocowa, o dziwo bardzo przyjemna. Nie przesłodzona, w pracy jak znalazł. O dziwo spodobał się nawet mojej mamie, która uwielbia perfumy z wyższej półki. Te urzekły je lekkością, w ciepły dzień jak znalazł.

Minusem będzie szampon do włosów. Ja naprawdę w żaden sposób nie jestem wybredna, szampon ma myć i tyle.  Kiedyś przeczytałam, że szampon ma tak krótki kontakt z włosami, że nie warto przepłacać. Za to warto kupić lepszą odżywkę czy maskę. Od dłuższego już czasu byłam wierna jednemu szamponowi, który kocham i uważam,że jest świetny. Teraz jednak skusiłam się na nowość od Elseve, szampon z magiczną glinką. Kupiłam go bez promocji za 14,99 zł. Liczyłam na wiele, bo ten mój szampon to właśnie mieszanka glinki i cytryny. Ten jest droższy i myślałam,że będzie lepszy. A gdzie tam. To znaczy on oczyszcza włosy, ale po pierwsze o ile mój Ultra Doux naprawdę zapewnia 3 dni świeżości, to ten niecałe dwa – a obiecuje trzy. W południe następnego dnia po umyciu włosy wyglądają już nieciekawie.  A dodatkowo zabiera włosom cały połysk. Po umyciu są lekkie i świeże, ale za to matowe i wyglądają paskudnie. To znaczy moje wyglądają przez to paskudnie. Oddałam go bratu. Sama pokornie wróciłam do mojego ideału. Z opinii jakie znalazłam w internecie większość osób narzeka na to, że zostawia matowe włosy i wcale nie odświeża na długo. Niektórym wręcz nasilił problem. Nie dziwię się, że teraz w popularnej drogerii jego cena pikuje i można go już kupić za 8 zł. Taniej niż mój ideał.

Koniec laby. Dwa dni chorobowego. Ciężko się wraca do życia. Tym bardziej, że moje chorobowe dni były upalne. A teraz jest burzowo. Buu.

Tradycyjnie parę majowym ujęć. W maju moja siostra kupiła lustrzankę. Zrobiła mi sesję w golfie.

Ścieżka dźwiękowa- Tame Impala – Nangs

Minął miesiąc-kwiecień.

I tak, i tak, proszę państwa minął kolejny miesiąc. Nie wiem sama czy minął niczym biczem strzelić, czy jednak pozwolił delektować się sobą? Mam mieszane odczucia.

Podobnie mieszane odczucia mam wobec samego kwietnia.

W moim horoskopie napisali, że będzie to miesiąc rozwijania swoich talentów i skupienia uwagi czy to na hobby, czy na pracy. Szef miał mnie docenić i miałam zyskać uznanie otoczenia-tego w pracy. To się sprawdziło. Dostałam sporą premię na święta, za to, że rozwiązałam parę problemów. I wiecie co? Coraz bardziej lubię tę swoją pracę, coraz bardziej wkręcam się w świat zawiasów. Zauważam u siebie początki fachowego oka. Kiedy miałam przedświąteczny urlop na przygotowanie świąt, było mi smutno,że nie jestem w biurze, zastanawiałam kto co zamawia i w ogóle, co tam słychać. Paliwa starczyło mi jedynie na połowę miesiąca. I tutaj znów horoskop ogłosił hamowanie. Więcej nerwów, stresu, gorszego samopoczucia i napięcia. Duży wpływ miała na to niestety fatalna pogoda. W zasadzie od świąt padało, na zmianę ni to deszcz ni śnieg. Wiało, było przeraźliwie zimno, każdego ranka żałowałam,że już się obudziłam. Wystarczyło spojrzeć za okno i miało się dość wszystkiego.

Mimo tego hamowania i gorszej drugiej połowy miesiąca nie mogę powiedzieć,że to był nieudany miesiąc. Ale nie był też jakoś szczególnie pomyślny. Ot, typowo kwietniowa przeplatanka.

Starałam się być aktywną na przekór pogodzie, odwiedziłam 4 fajne knajpki, zjadłam najlepszą i najdroższą rybę w moim życiu. Do tego była to chyba najmniejsza porcja jaką przyszło mi konsumować. W każdym razie zjadłam jadalną ziemią, na której szef kuchni położył pstrąga i okazało się,że jest to smaczne i naprawdę jadalne. Odkryłam nową genialną pierogarnię,  a w niedzielne poranki razem z siostrą chodziłyśmy na miodowe latte, które choć na moment odganiało chmury. Plan oszczędzania mi się udał. Choć biorą pod uwagę pewną kosmetyczną promocję, i przywoływanie wiosny zakupem nowych, a jakże marynarskich trampek, oraz nowej torebki,to jestem szczerze zdziwiona,że mi się udało.

Towarzysko kwiecień leżał. Owszem, w ramach akcji miłych weekendów spędzałam je miło, i poza domem, ale jednak w towarzystwie siostry i rodziny. Nasze niedzielne wyjścia, są owszem bardzo fajne, ale znów widzę,że moje koleżanki na wiosnę, wolą spędzać czas ze swoją rodziną i dziećmi na różnych aktywnościach. Oczywiście temu się nie dziwię, ale muszę nad tym punktem programu popracować i w maju być aktywniejsza.

W kwestii aktywności pamiętacie jak w lutym byłam zachwycona ping pongiem? W kwietniu kupiłam paletki, i wróciłam do gry. Najpierw próby w domu-da się grać. Ale lepiej korzystać ze stołu, a stół mam pod balkonem. Pierwsze gry za mną. Wspaniały relaks i masa śmiechu.

Kwiecień. W sumie to chyba dobrze, że się już skończył. Jego ostatnie dwa tygodnie były kiepskie. Z miesiąca na miesiąc, z tygodnia na tydzień, z dnia na dzień, jestem coraz bardziej podatna na pogodę. Kiepską pogodę dodajmy. Im więcej deszczu, szarości i wiatru, tym mniej mnie w mojej głowie i ciele. Zaczynam rozumieć moją kuzynkę i powody jej wyprowadzki do Hiszpanii – czytaj pogoda. Ostatnio żaliła mi się, że mają ochłodzenie. Z 26 na 20 stopni. A u mnie wciąż mniej niż 10 kresek. Liczę na ciebie drogi maju, przynieś słońce u upragnione ciepłe dni. I dużo, dużo bzu.

Teraz standardowo, moje kosmetyczne odkrycia kwietnia. Wiadomo, w Rossmannie była promocja kosmetyczna, kupiłam co chciałam, rozsądnie, z listą. Wpadłam z siostrą- a jakże, o 8 rano w czwartek, wzięłam co miałam-zgodnie z listą, po 3 minutach byłam przy kasie. Można? Można.  W każdym razie moja siostra kupiła sobie genialną matową pomadkę pewnej firmy na B. Mi było jednak szkoda nawet po promocji ją sobie zafundować. Pamiętacie, ja oszczędzam, a uwaga posiadam 26 mazideł do ust. Walczyłam sama z sobą, ale ta  Lena sknera wygrała. Ale, ale. Na pocieszenie dwa dni później w pewnym markecie na B., zobaczyłam matową szminkę, pewnej firmy na B. W cenie, zabójczej cenie 8,89 zł za sztukę. Włożyłam ją do koszyka pomiędzy 4 pomidorami, jednym ogórkiem, sokiem z jabłek i dwoma islandzkimi jogurtami. Więc wzięłam ją i pomalowałam od niechcenia. Ku mojemu zdziwieniu za każdym razem przechodząc obok lustra odnotowywałam obecność pomadki na ustach. Mało tego, pomimo zjedzenia dwóch kanapek, kubeczka truskawek, 3 herbat i jogurtu o smaku bzu, pomadka dalej trwała. Dnia następnego zrobiłam testy porównawcze z moją siostrą i jej pomadką 6 razy droższą. I tu szok, obie mają taką samą trwałość – 6 godzin. Tak, 6 godzin. Owszem, mój Bell ma brzydsze opakowanie, mniejszy wybór kolorów i poddał się kwadrans wcześniej,ale za to nie wysuszył ust jak jej koleżanka. I wiecie co? To był mój największy kosmetyczny hit. Idąc do Biedronki upolujcie matową pomadkę w płynie Bell. Szczerze polecam.

Czasami mam pecha. No na przykład podkład do twarzy idealnie skończył się dwa tygodnie przed ową promocją w sklepie na R. Nie chciałam kupować tego, na który polowałam w regularnej cenie, więc kupiłam podkład na przeczekanie. Taki byle jaki, tak myślałam. Znów marki Bell, podkład korygująco-rozświetlający. Cena śmieszna, kolor bardzo dobrze dopasowany do mojej cery, mogłam próbować, niewiele w końcu traciłam. I kolejne zaskoczenie, ten podkład okazał się bardzo dobry. Bałam się,że efekt rozświetlenia polegać będzie na napakowaniu do środka masy brokatowych drobinek,ale nie. Ten podkład nadaje cerze wygląda jakby naturalnie rozświetlonej przez słońce. Elegancki i naturalny. Idealny na co dzień, nie kryje za mocno,ale zasłania to i owo, nie wysusza, trzyma się parę godzin bez skazy, wytrzymuje cały czas w pracy. Jak na cenę moim zdaniem jest naprawdę świetnym wyborem. Jeżeli nie widać różnicy z droższymi produktami to po co przepłacać?

Nie przepłacam też za krem pod oczy. O x lat- bliżej 10, niż mniej, stosuję jeden. Dokładnie to z Ziaji  z bławatkiem, rozjaśniający cienie. Jak dla mnie krem idealny, robi wszystko to co obiecuje, a nawet więcej. Do tego kosztuje prawdziwe grosze i jest obłędnie wręcz wydajny. Ziaja ma różne kosmetyki, lepsze i gorsze, ale ten krem to mój osobisty hit nad hitami. Nigdy go nie zmienię. Nigdy.

Porażką okazał się dla mnie nowy szampon z glinką Elseve. Nabrałam się na reklamy, i na to,że kocham szampon z glinką i cytryną z Ultra Doux i cóż, za zdradę się płaci. Płaci rozczarowaniem  i dokładnie 15, 99 zł brutto. To nie to, że ten szampon nie oczyszcza. Oczyszcza, ale pozbawia włosy blasku, życia i energii. W gruncie rzeczy zaraz po umyciu wyglądają nijako. Kupiłam, to męczę się z całą butelką, ale nigdy więcej go nie kupię. Szampon z Ultra Doux kosztuje dwa razy mniej,a  działa milion razy lepiej. Także nie polecam.

 

 

Ścieżka dźwiękowa- Lady Pank- Tacy sami