Poświąteczne migawki

Kiedyś niespecjalnie lubiłam Wielkanoc. Zdecydowanie jako dziecko wolałam grudniowe święta. Bo Mikołaj, bo choinka, bo barszczyk z uszkami, bo tak radośnie, miło i chociaż na zewnątrz zimno i ciemno, to mimo wszystko przyjemnie i fajnie. Wielkanoc oznaczała krótsze ferie, i długie godziny spędzone w kościele, na uroczystościach smutnych, a do tego takich, których jako dziecko nie rozumiałam. Pamiętam raz jedną Wielką Sobotę, miałam z 8 lat, rodzice zabrali nas na wieczorne nabożeństwo, trafiliśmy do Archikatedry, gdzie arcybiskup przez 3,5 godziny odprawiał Mszę. Dla 8 latki to był koszmar. Już sama ilość godzin, ale i fakt, że pół Mszy było po łacinie. Chyba wtedy solidnie znielubiłam Święta, te wiosenne. Do tego stopnia,. że od tamtego czasu przez 8 lat rok w rok, z zegarkiem w ręku w Wielki Piątek budziłam się z …… gorączką. Dosłownie i prawdziwie. Każdego roku w piątek miałam 39 stopni z groszami. Choroba dziwnie malała w sobotę, a w niedzielę znikała w ogóle. Fenomenu tego zjawiska nie udało mi się pojąć. Dopiero kiedy stopniowo oswajałam Wielkanoc, choroba piątkowa zniknęła. A ja w końcu polubiłam te Święta.

Być może po prostu dojrzałam do tych paru dni zadumy i refleksji? Dostrzegłam,że po tych smutniejszych dniach, nadchodzi po prostu radość i nadzieja? Tak, zdecydowanie taka postawa wymaga pewnej dojrzałości. Ja w pełni polubiłam te Święta chyba dopiero po studiach. Co dziwne, dopiero wtedy polubiłam w pełni malowanie jajek, dekorowanie kwiatami, polubiłam świąteczne biesiadowanie, poranne niedzielne wstawanie na Rezurekcję- od 8 lat nie opuściłam żadnej 🙂 Tak, w pełni polubiłam ten czas. I odkrywam i przeżywam go na wielu poziomach. Naprawdę Wielkanoc to dla mnie symboliczne zamknięcie zimy, ponurej aury, nie tylko dookoła, ale i tej we mnie. I chociaż pogoda nie nastraja, na stole ląduje znienawidzony barszcz, a babcia nadmiernie ekscytuje się ciążą mojej kuzynki i perspektywą zostania prababcią, to jest miło. Nawet jak potem rodzice przeżywają ciążę kuzynki jest miło. Nawet jak walczą sami z sobą by nie powiedzieć jak oni też by chcieli, a tu nic, cisza, zero szans. Jest miło.

Jest miło jak na moment wychodzi słońce. Jak udaje się wyjść na spacer, a potem biec, byleby zdążyć przed kolejnym atakiem zimy. Jest miło kiedy dochodzi do niespodziewanych świątecznych spotkań. Przyjechał chrzestny z całą rodziną. Dawno niewidziane kuzynki, plotki, długie rozmowy, żarty. 2 godziny gry w Czarne Historie, jeszcze większa porcja śmiechu i dziesiątki nieporozumień. I tak do nocy.

A rano potworne niewyspanie. I okropne zderzenie z rzeczywistością- to już koniec, już po Świętach?

Ścieżka dźwiękowa- Depeche Mode- Policy of truth

Seriale świąteczne

Zgodnie z prognozą pogody ten świąteczny czas ma być bardzo rodzinny, domowy, stołowy i telewizyjny. Niestety, chociaż połowa kwietnia za nami, aura postanowiła być kapryśna i czeka nas deszcz. Oczywiście bardzo by mnie cieszył jego brak-vivat idealnie wymyte okna,ale z naturą się nie wygra. Od paru lat mam suche i przyjemne Boże Narodzenie. I nieciekawą Wielkanoc. Ostatnią piękną i ciepłą, pamiętam sprzed 7 laty, kiedy to wyjechaliśmy i cieszyliśmy spacerami, brakiem obowiązków i piękną pogodą. Jak miło było mieć wszystko podane, zabrane i przygotowane. Ja miałam tylko o odpowiedniej porze zejść na posiłki na dół i cieszyć magią świątecznych dni.

Tegoroczne Święta będą domowe. Jeżeli prognozy się sprawdzą będą książkowo-telewizyjne. Polecam więc maraton serialowy oglądany w dobrym towarzystwie. W końcu obecne serialowe produkcje niejeden raz okazują się dużo lepsze niż hollywódzkie superprodukcje. Rodzina,przyjaciele, albo samotność. Sernik, jajko w majonezie, talerz żurku. Nieważne, zapraszam na mój maraton.

Najpierw jednak powiem czego nie polecam, co zdecydowanie warto ominąć. Tak, tak, opowiem o serialu, który bardzo mnie rozczarował. Świat się nim zachwycił, a ja jak zwykle, stoję w kontrze. No może finałowy odcinek był ciekawy w 5 procentach czasu, ale kurczę żółciutkie, to troszkę za mało. O czym mówię? Westworld. Nie dość, że mnie nie zachwycił to jeszcze naprawdę znużył i zmęczył. Dzielnie jednak trwałam do samego końca-fanfary, oklaski i ukłony. O czym jest ten serial? Kojarzycie Jurassic Park? Miejsce gdzie można pospacerować i porobić zdjęcia miłym dinozaurom? Zamysł jest podobny. Wizjoner-grany przez samego Anthony’go Hopkinsa (nomen omen świetnie grającego), założył futurystyczny park rozrywki. Zgodnie z nazwą akcja dzieje się na Dzikim Zachodzie. Za słoną ilość gotówki można wykupić sobie pobyt, pochodzić od Saloonu do Saloonu, pobawić się z prostytutką robotem-zawsze chętną i gotową, a potem sobie postrzelać i pozabijać kogo się chce. Wszystko na niby, postrzelonego robota odda się wszakże do naprawy, zaś w człowieku pozostaje wielka radość. Pierwotne instynkty zostały zaspokojone, można sobie wrócić do domu, do normalnego życia. Do korporacji, do dzieci i małżonki. Problem się robi, gdy to roboty ulegają awarii-czytaj psuje się system. Teraz to roboty przejmują władzę nad parkiem, a żądzą nimi mordercze myśli. Albo nie myśli nie, programy. W każdym razie teraz to ludzie są w niebezpieczeństwie,bo zabawa wymyka się znanym scenariuszom. I wiecie co? Z zewnątrz wszystko wygląda genialnie. Świetni aktorzy, wspaniała realizacja, przyjemna muzyka, klimat, zdjęcia itp. Ale, ale, to tylko wydmuszka. Wydmuszka, piękna, pomalowana setkami barwnych i misternych wzorków, ale wydmuszka. Popatrzeć można, ale pożytku żadnego z tego nie ma. Zdecydowanie przerost formy nad treścią. Bo jak rozumiem w zamierzeniu twórców serial miał spore ambicje, również te intelektualne. Nie wyszło. Przynajmniej w moim  odczuciu ten serial jest bez sensu. Trochę jak twórczość Paolo Coehlo – Ile dasz, tyle otrzymasz, czasem z najbardziej niespodziewanej strony-cytat mistrza . Można się zachwycać, szukać głębi i wcielać w życie. Można się pośmiać z banałów. I ja się śmieję. Jeżeli macie ochotę poczuć wspólnotę z  okropną pogodą, i narzekać po obejrzeniu maratonu z tym serialem, to polecam.

037d28547c7cde2b659bcc0f24b42d81

Teraz będzie coś dla tych co zamiast Dzikiego Zachodu i robotów, lubią historię. A leżąc w łóżku, wyobrażają sobie,że to królewskie łoże. Że na nocnym stoliczku dumnie spoczywa wypolerowana korona, służba wygrzała nam kołderkę, a usłużny lokaj przyniesie nam mleczko z miodem gdy boli nas gardełko. W końcu czego się nie robi dla królowej. Tak, dla miłośników luksusów i królewskich klimatów, zapraszam na królewskie święta z The Crown. O czym jest ten serial? O królowej Elżbiecie II, którą poznajemy jako młodą dziewczynę, szykującą się do małżeństwa, uwaga nowość na królewskim dworze, z miłości. Elżbieta jak każda młoda mężatka miała plany na najbliższe lata. Oczywiście, wiedziała,że jest następczynią tronu, ale chciała skupić się na rodzinie, poświęcić się rodzinnemu szczęściu, pasjom i planom męża, a także dzieciom. Wszyscy (albo prawie wszyscy) wiemy jednak, że Elżbieta nie mogła długo pozostać jedynie pretendentką do tronu. Śmierć jej ojca kazała jej usiąść na tronie, i zacząć wieść życie, na które nie była jeszcze gotowa. Chociaż była od lat do niego przygotowywana. Dziewczyna, bo przecież Elżbieta w chwili śmierci ojca miała 26 lat, musiała stać się najważniejszą osobą w państwie, głową kościoła i przykładem dla milionów poddanych. A przecież chciała inaczej, miało być inaczej. Tyle chciała przeżyć, zobaczyć, poczuć,nim nadejdzie ten dzień. Zamknięto jednak ją w sztywnych konwenansach, wiele wymagano, i jeszcze więcej oczekiwano,od tej drobnej dziewczyny. Mogłoby się wydawać, że serial opowiadający o życiu królowej będzie nudny, oczywisty, nijaki, przesłodzony, aż mdły. Ale zdecydowanie taki nie jest. Przede wszystkim widzimy w niej Elżbietę z krwi i kości. Ze swoimi lękami, niepewnościami i słabościami. A do tego bliżej poznajemy jej męża, Philipa-polecam popatrzeć na królewski dwór jego oczyma ( na marginesie pięknymi oczyma). Serial z klimatem. Owszem, fani szybkiej akcji, niezwykłych efektów specjalnych i zaskoczeń będą zawiedzeni. Ale Ci co szukają chwili wytchnienia, spokoju, pięknych dekoracji i przyjemnej dla oka scenerii, a do tego nienarzucającego się scenariusza, który służy odpoczynkowi znajdą w tym serialu wszystko o czym marzą. Polecam oglądać z zapasem ciasta i imbryczkiem dobrej, angielskiej herbatki. Klimat retro gwarantowany.

7b49ffae9491b04fd2c8ebb2c8dbbedb

 

Teraz coś dla tych co lubią styl glamour. Co lubią rezydencje nad oceanem, przeszklone salony, urocze wnętrza wprost z katalogu. Sukienki przed kolano, idealnie ułożone włosy i dużo, dużo kłamstwa. Tak, kłamstwa. Tak bowiem żyją bohaterki serialu Wielkie Kłamstewka. Z pozoru jest idealnie. Celeste ma zabójczo przystojnego męża, rozkoszne bliźniaki, przepiękny dom, nie musi pracować, a jako, że była prawniczką, to ma też co nieco w głowie i ogólny szacunek. Jest też Madeline, ma fantastyczny dom, dwie córki, zakochanego na zabój męża, wielką pasję czyli teatr i niezwykły dar zjednywania sobie sympatii innych. Jest Renata, zimna, zdystansowana, kobieta sukcesu, późna matka małej Amabelli, zakochana w córce do szaleństwa. A jej dom, dobry zajączku wielkanocny, toż to arcydzieło dizajnu. Jest i Bonnie, obecna żona pierwszego męża Maddie. Młodziutka fanka jogi, zdrowego stylu życia i wyluzowanego podejścia do wychowania dzieci. W ten świat wchodzi Jane Chapman, młodziutka matka Ziggy’go. Ewidentnie dziewczyna z przeszłością. Jane zdecydowanie przed czymś ucieka, dlatego też jako miejsce do życia wybiera sobie to idylliczne miasteczko. Idealne by zapomnieć o wszystkim i zacząć od nowa. No dobrze, ale o co chodzi? W pierwszej kolejności możecie pomyśleć, że to serial o idealnym życiu paru kobiet, które w życiu niewiele mają do roboty, spotykają się więc na kawkach i herbatkach, plotkują, udają się na masaże i niekończące się seanse w spa. Ale, to tylko pozory. Pierwszego dnia szkoły mały Ziggy zostaje wskazany jako osoba, która dokucza Amabelli Klein, córce Renaty. Renata nie pozwoli zaś by Ziggy nie poniósł kary, w końcu jej słoneczka nie można skrzywdzić… Serial oparty jest na książce Liane Moriarty, kiedy przeczytała ją Reese Whiterspoon postanowiła wyprodukować serial. Zaprosiła do udziału wspaniałe aktorki- Celeste gra Nicole Kidman, Renatę Laura Dern, a Jane Shailene Woodley. Sama zaś gra Maddie. Z początku sądziłam,że ten serial będzie niestrawnym czymś w stylu Gotowych na wszystko. Ależ to tylko pozory. Wielkie kłamstewka są po prostu genialnym serialem. Serialem, który polecam dosłownie każdemu. Dwutorowa akcja- wiemy, że w miasteczku wydarzyła się zbrodnia, ktoś nie żyje, prawdy powoli dowiadujemy się przesłuchań i rekonstrukcji paru ostatnich dni przed katastrofą. Widzimy jak upada fasada idealnego życia, jak pokazuj się prawdziwe oblicze głównych postaci. Widzimy wszystkie cienie ich życia. I krok po kroku odkrywamy prawdę o „bajkowym ” życiu mieszkanek miasteczka nad wielką wodą…

cfc997eb0e702fe6f30cd75546fedea2

W ten wielkanocny poranek życzę Wam masy serdeczności i dużo nadziei.

Również tej pogodowej. Dziś, pierwszy raz od 6 dni nie padał deszcz. Kiedy szłam na Rezurekcję powitał mnie poranek z ….  śnieżną zamiecią.

e1a76d04b8187f51f195fd3dedcf1a5c

Ścieżka dźwiękowa- Belle & Sebastian- Judy and the dream horses

Carpe Diem, czyli co z tą teraźniejszością?

Nadchodzące święta to takie idealne chwile do małej refleksji. Wyciszenia się, a także pożegnania gorszych zimowych miesięcy i otwarcia na nowe, bardziej zielone i milsze dla ciała i duszy. Święta pełne nadziei. Ja je właśnie tak odczuwam. Jako spotkanie z nadzieją. Święta to też idealna okazja by skupić się na tym co tu i teraz. Celebrować teraźniejszość.

667d2c4736be6883cf89aa5f16d8821f

Rodzinne malowanie jajek, pochlapanie całej kuchni farbkami i kłótnie o najładniejsze pisanki. Pieczenie ciast i wspólne plotkowanie. Powolne śniadanie w rodzinnym gronie. Spokojne spacery, wspólne oglądanie filmów. Granie w gry, opowiadanie rodzinnych historii podczas przeglądania zdjęć? To tak ważne być tu i teraz. Z ludźmi, których się kocha, lubi i ceni. Z którymi czujemy się dobrze. W święta nie myślimy o przyszłości. Nie zastanawiamy się co będzie na stole za rok, albo czy za 10 lat dopnę się w sukienkę, którą mam na sobie. W święta cieszymy się teraźniejszością. I warto tę zasadę stosować cały rok, każdego dnia. Być tu i teraz.

W pełni doceniać dzisiaj, dany moment i daną chwilę. Cieszyć. Czasem jak dziecko, czasem na przekór. Tak wiem, to najbardziej banalna rzecz na świecie, ale każdy dzień jest zupełnie inny. Chociaż bywa, że dni, tygodnie całe, czy nawet miesiące, zlewają nam się w jedną wielką plamę. Śniadanie-praca-zakupy-kolacja-sen. I tak trwamy. Od weekendu do weekendu. Od soboty do niedzielnego południa. Bo w piątek bywamy za bardzo zmęczeni, a w niedzielę po 16,  już czujemy, że zbliża się nowy tydzień pełen obowiązków.

Już w niedzielny wieczór planujemy co też zrobimy za tydzień. Pomijamy pozostałe dni, bo przecież są takie nudne i takie same. I powtarzalne. I nijakie. I zdecydowanie nie warte większej uwagi. Z takim podejściem naprawdę wiele tracimy. Wiele.

Każdy dzień jest cenny. Jak to odkryłam to mam wrażenie, że zaczęłam zdecydowanie mniej narzekać , a i  bardziej doceniać. Podczas moich spacerów do pracy codziennie tą samą trasą, codziennie widzę jak bardzo zmienia się otoczenie. Jak budzi się wiosna. Owszem,mogę maszerować ze znudzoną miną i przeklinać fakt, że dopiero jest wtorkowy poranek. Ale wolę patrzeć na kwiaty, drzewa, na ludzi. Na to jak zmieniają się ich ubrania na coraz lżejsze, jak są coraz bardziej pogodni. Jak kwitną magnolie. Jak pojawiają się krokusy, fiołki, jak coraz bardziej zielona robi się trawa. Jak zmieniają się mijane podwórka, jak pięknieją ogródki, jak wesoły robi się park. Bardzo lubię po pracy nieco zbłądzić. Co z tego, że odkurzę kwadrans później? Albo, że na obiad będą pierogi z dobrego garmażu? Idę na spacer. Idę do parku. Idę do kawiarni. Idę na ryneczek, kupuję kwiaty, dużo owoców, z przyjemnością jestem tu i teraz. Nauczyłam się celebrować codzienność.

Nawet taka głupota jak herbata w pracy. Biorę kubek, miód, dobrą herbatę, plaster pomarańczy. Odchodzę od biurka, siadam na parapecie, patrzę przez okno, chłonę wszystkie smaki i zapachy. Takie 5 minut, parę chwil przed południem. Do tego kostka gorzkiej czekolady. Celebruję drobną przerwę w pracy. Niby nic, a jak wspaniale się potem pracuje, jak to genialnie odświeża umysł i dodaje energii do dalszych działań. Mała zmiana, wielki efekt.

Odkąd przestałam żyć od weekendu do weekendu, zauważyłam,że pośrodku tygodnia jest wiele pięknych dni, wspaniałych okazji i przyjemnych chwil. Tak niewiele trzeba by docenić teraźniejszość i czerpać z niej to co najlepsze.

Dla mnie te najbliższe Święta będą zdecydowanie w duchu celebrowania codzienności i przyjemności. Choćby miało to być leżenie na kanapie i zajadanie 4 dokładki sałatki z tuńczykiem.

Nie myślmy,że mamy tylko dwa dni wolne, że we wtorek będzie nawał pracy, że pogoda jest fatalna, a odkąd skończyliśmy 12 lat zajączek przestał kicać z prezentami. Niech to będzie nasz czas. Pełen skupienia i radości.

W końcu wiosna i Wielkanoc to idealny czas by zrewidować stare przyzwyczajenia i otworzyć się na radość.

Nie czekajmy na jakąś wielką radość. Szczęście to wynikowa tysiąca drobiazgów. Nie warto ich tracić z oczu i duszy.

 

 

b961188ec3219a4c271ccb434f1161a2

Aby jeszcze bardziej poczuć się dobrze tu i teraz, Rabble proponuje kuszące kody rabatowe do Sephory. A co tam, sami bądźmy dla siebie zajączkiem 🙂

Ścieżka dźwiękowa- The Vaccines- I wish I was a girl

6 piosenek bez różowych motylków

Walentynki. Moje wspomnienia? Zawsze parę dni przed szłam z koleżanką do sklepu papierniczego, kupowałyśmy parę kartek i wysyłałyśmy je walentynkową pocztą do naszych sióstr. Zawsze podpisane Tajemniczy Nieznajomy. Nie wiem czy powinnam głośno o tym mówić, ale nigdy nie dostałam walentynkowej kartki. Ba, złamanego ,czekoladowego serduszka też nie. Ale nie oszukujmy się, nie znoszę takich sztucznych świąt. Więc nie zamierzam nigdy go obchodzić. Choćby sam Brad Pitt ( w garniturze), Dave Gahan( bez koszulki) czy też Jude Law ( w sutannie) błagali na klęczkach. Nie i już.

Ale na fali tego jakże różowego, radosnego i pełnego miłości święta,zapraszam na szybki przegląd piosenek o miłości, albo zupełnie nie o miłości, które pomogą tym, którzy jutrzejszego święta nie spędzą na romantycznej kolacji, w blasku świec. Nie założą czerwonej sukienki i nowej niewygodnej ,acz seksownej bielizny. Nie kupią, albo nie dostaną dwóch tuzinów róż.

Zapraszam na walentynkową imprezę po mojemu.

Zaczynam na ostro. A co tam. To moja impreza,i moje prawa.

You’re killing me again
Am I still in your head?
You used to light me up
Now you shut me down….

Again, Archive. Prawie 16 minut rozdzierającego serce utworu o miłości, która zdecydowanie nie dodaje skrzydeł. Wielkie uczucie, wielkie cierpienie, ogromny ból, żal, złość, smutek. Epicki utwór, w sam raz dla tych, którzy niedawno zostali sami i mają w sobie masę negatywnych uczuć. Gwarantuję, po przesłuchaniu tego utworu od pierwszej do ostatniej sekundy, nie będziecie w stanie stać na dwóch nogach i to bez użycia środków procentowych. Leżąc na podłodze będziecie płakać, rwać zdjęcia i zaraz je sklejać a także błagać go/ją by wróciła i znów było różowo i słonecznie. Utwór zdecydowanie dla tych, którzy świeże,jeszcze krwawiące rany lubią posypywać solą.

6d5d15957fa3c858d7f03cf12297e867

To się zdołowaliśmy. Jako,że ciągle tkwimy w tym beznadziejnym stanie,gdy chce się podciąć sobie żyły przy pomocy mydła w płynie, a trwamy jedynie dzięki kolejnym filiżankom szatańsko mocnej kawy,pośpiewamy z Portishead.

Cos nobody loves me
Its true
Not like you do

Who oo am I, what and why
Cos all I have left is my memories of yesterday
Ohh these sour times

Tak, witaj gorzki czasie, tak gorzki jak kawa zrobiona z 5 łyżeczek granulatu bez ani grama cukru. Gorzki smak uderza do głowy, paraliżuje mięśnie, w tym ten najważniejszy co pompuje krew, a z okazji święta przedstawiany jest tak jako różowo-czerwone radosne,serduszko. Tak więc tkwimy w rozpaczy i żałości. I nucimy dopóki nie zacznie się kolejny etap. Ciężko w to uwierzyć, ale on przyjdzie.

Gdy mija ten stan wielkiej rozpaczy, przychodzi złość i chęć działania. Bo gdy On, czy też Ona na ostatnią chwilę zmieniają swoje/nasze walentynkowe plany, albo co gorsza w ogóle nas zostawiają na pastwę losu, to człowiek chciałby coś zrobić. Może pociąć zdjęcia (tak,te starannie posklejane), wyrzucić przez okno doniczkę ze storczykiem(przekwitniętym) który dostało się na drugiej randce, albo maksymalnie wyciętą piżamkę, z która nigdy nie wiadomo było co i gdzie się wkłada. Wtedy jest maksymalna złość i chęć wykrzyczenia światu tego bólu. Na mojej imprezie śpiewamy więc:
There’s a look on your face I would like to knock out
See the sin in your grin and the shape of your mouth
All I want is to see you in terrible pain
Though we won’t ever meet I remember your name
Can’t believe you were once just like anyone else
Then you grew and became like the devil himself
Pray to god I think of a nice thing to say
But I don’t think I can so fuck you anyway

Tak, to znów piosenka Archive,ale my słuchamy jak śpiewa Brian Molko z Placebo. Wiem ,że to nie jest piosenka miłosna, w założeniu twórców dotyczy polityków i mediów. Ale co tam, moja impreza, moje prawa. To piosenka z dedykacją za wszystkie nieudane randki, za złamane serca, beznadziejne prezenty i obietnice bez pokrycia. To co, robimy głośniej? Od razu lżej na serduchu prawda?

363b379c2606858549501b8289247aa6

Zrobiło się lżej, spokojniej, może nawet nieco sentymentalnie? Oczywiście dalej jest nam źle i smutno. Świat jest taki niesprawiedliwy. Inni są szczęśliwie zakochani, a my nie. Tak więc właśnie z tej okazji siedzimy schowani/schowane pod kocem. Ciepłym kocem w misie, ale zdecydowanie nie różowe. Jemy 4 pojemnik lodów o smaku czekolady z kawałkami ciastek o smaku czekoladowym i popijamy to wszystko mlekiem. Z czekoladą oczywiście. I nucimy sobie głośno tak.
I’m walking in the rain
Tears are falling and I feel the pain
Wishing you were here by me
To end this misery and I wonder
I won-won-won-won wonder
Why why why why why why she ran away
And I wonder where she will stay
My little runaway run-run-run-run runaway.

Del Shannon nuci, a my mamy ochotę na jeszcze większą porcję lodów. A to łotr jeden, nie dość, że uciekł ( w pośpiechu z kochanką), czy też po prostu sobie poszedł ( na mecz z kolegami), to zostawił zamrażarkę pełną lodów. Szuja jedna.

Szuja. I szczeżuja nawet.

Ale nie dręczmy biednych panów, oni też potrafią cierpieć. Na przykład pewien pan umówił się na szybko z jakąś panią. No szczęścia w miłości to mu brak. Szybkie randki, brak zaangażowania, bolesne wspomnienia. I kiedy on tak czeka na tę blondynkę o internetowym pseudonimie Filigranowa Judysia Ptysia 407, dostrzega swoją pierwszą i prawdziwą miłość. Swoje wielkie uczucie, które zaprzepaścił.Gotowy jest podarować jej nie dwa, a trzy tuziny róż i nie jedną, a dwie zamrażarki lodów. Ale ona nie chce go znać i dumnie odchodzi. Pan zaczyna nucić, a ja zapraszam go na imprezę-chodź kolego, pocierpmy razem. Johnny Cash to specjalista od miłosnych problemów.
I thought she loved me with a love that wouldn’t die
Looking at her now I can’t believe she said good-bye
She just left me stading in there, I never been so shocked
She used to love me a lot
She used to love me a lot
She used to love me a lot

Pan płacze, stęka i marudzi. Ale my go zostawmy, za parę chwil, przejdzie i on do innego etapu.

Etapu pełnego radości, szczęścia i wiary w swoje możliwości. Bo przecież wina leży po tej drugiej stronie. Jeżeli ona czy też on nie potrafi docenić naszych wad, jakże uroczych, a także zakochać się w  naszych zaletach,to jego/jej strata. Nasze ramiona są pojemne, możemy nimi objąć cały świat. Również cały klub ze striptizem. Ale pojechała sobie myślicie. Klub ze striptizem? Ano tak. Ostatnim etapem mojej imprezy jest to poczucie, że ok, jesteśmy solo,ale gotowi na podbój świata. Może być i klub ze striptizem. Może być kawiarnia, dyskoteka, albo praca. Byle co, ubieramy się, malujemy, perfumujemy, albo wręcz przeciwnie, stawiamy na nasze naturalne piękno i czujemy się jak władcy świata. Ja wybieram striptiz bo cóż, pamiętacie gdzie Chandler z Przyjaciół poszedł leczyć złamane serducho? I co wtedy leciało w tle? To co, śpiewamy? Depeche Mode, musiało się pojawić.

Don’t say you want me
Don’t say you need me
Don’t say you love me
It’s understood
Don’t say you’re happy
Out there without me
I know you can’t be
‚Cause it’s no good

00bd9b36f913f8267f62c3fac65beb5b

I w ten oto sposób poczuliśmy się jak nowo narodzeni. Z moją playlistą przeżyliście skrajne emocje, ale chociaż wiecie, że Walentynki niekoniecznie muszą tonąć w różu i kiczu.

8243dc567766bc5752c38ea3aa7b1b21

Ścieżka dźwiękowa-  Syd Barrett Octopus

Święta, święta i znów po.

Nie będę nadmiernie oryginalna jeżeli powiem,że po raz kolejny Święta minęły zdecydowanie zbyt szybko. Tak o trzy dnia za szybko. Jak zwykle było za dużo jedzenia, za dużo przygotowań, za mało czasu by wszystkim się nacieszyć. Owszem, świąteczna atmosfera będzie jeszcze unosić się w powietrzu i przypominać te magiczne chwile.

Wigilia zaczęła się jak zwykle-zamieszana. Każdy pędził, każdy się złościł na każdego. Każdy zaczynał być zmęczony i poirytowany. Czy można wpisać nasze wigilijne zamieszanie na listę produktów tradycyjnie towarzyszących Świętom? Pewnie tak. Ale im bliżej godziny zero tym panował większy spokój. Chyba na przekór kiszkom,które grały nam wszystkim niezłego marsza. Niespodziewanie wpadła babcia. Nie została co prawda na całą Wigilię, ale przyszła z opłatkiem i prezentami. Nie mogła też odczepić się od mojej piernikowej krajanki. W pewnym momencie musiałam po prostu zamknąć słój bo zjadłaby chyba wszystko,a  przecież była przed kolacją. Ach ta babcia.

Na właściwą Wigilię poczekaliśmy jednak  nieco. Wszystko przez mamy siostrę, która się spóźniała. Ale dotarła i zachwyciła ją nasza choinka. Dość szybko okazało się,że zachwyciło ją to,że choinka jest dziwnie pochylona w jedną stronę. Ciocia uznała,że to zamierzony efekt. Po krótkich oględzinach okazało się,że nasza choinka postanawia położyć się na stole. W niemal ostatniej chwili postawiona ją do pionu. Krótka zmiana dekoracji i przestała  straszyć upadkiem. A byłoby szkoda,bo choinka wyglądała pięknie. W moim odczuciu oczywiście, a to odczucie jest szalenie subiektywne, bo sama ją stroiłam. Po bardzo udanej kolacji, przyszedł czas na bardzo udane prezenty. W tym roku zdecydowanie rządziły książki. Moje okazały się trafione w 10. A ponoć nie było łatwo odgadnąć jakiej książki Pamuka jeszcze nie przeczytałam. Jak dobrze,że jest Lubimy Czytać. Czy może być piękniejszy wieczór w ciągu roku,niż ten wigilijny? Chyba nie.

Drugi dzień świętowania. Całkowicie nieplanowy. Tłoczny, gwarny, nieco mroźny. Ale jak uroczy. Zwiedzanie szopek. Tradycyjnie, ciągle mnie to cieszy. Chociaż szopki są dokładnie takie same jak rok temu. Widać się starzeję. Tradycyjny spacer po spokojnej Starówce, jakże pustej i jakże uroczej. A potem zupełnie nieplanowane spotkanie rodzinne. To istny świąteczny cud,że moje dwie kuzynki, które na co dzień mieszkają w różnych częściach świata spotkać mogłam jednocześnie. Ogrzani herbatą, poznaliśmy narzeczonego mojej kuzynki. Carlos zaskoczył mnie świetną znajomością polskiego i mojego imienia, które z hiszpańskim akcentem brzmi tak pięknie,że chyba je polubię. No dobra, gdyby Carlos miał brata złamałabym swoje panieńskie śluby. Ale to jedynak. Świąteczny obiad o 21? Deserowy piernik o 23.15? Nie ma problemu, tak to u nas wyglądało.

Poniedziałek to dzień totalnej swobody i luźnego świętowania. Samotny spacer w mżawce. Dużo przeczytanych książek, kolejny raz obejrzałam To właśnie miłość i kolejny raz płakałam ze wzruszenia w wiadomym momencie. Głupia Keira, no głupia. Dzień szwedzkiego stołu, leniwego podjadania i grania w Czarne Historie. Nieskromnie powiem,że mój prezent dla mego brata okazał się prawdziwym hitem. Tę grę polecam każdemu. Nie tylko od święta. W te zaś święta o mało się udało. Udało się uciec od pytań o stan cywilny. Wczoraj, gdzieś tak koło 21 zadzwonił wuj z Litwy do ojca. Składał spóźnione świąteczne życzenia i gratulował zamążpójścia córki. Tata ze smutkiem przyznał,że to córka jego brata wyszła za mąż. Niestety jego córki planów małżeńskich nie posiadają. Ale wiecie co? Wrażenia to na mnie już nie zrobiło. W końcu. Nawet się uśmiechnęłam.

A dziś wracamy do rzeczywistości. Witaj praco.

Ścieżka dźwiękowa-    Pulp- I spy

 

Świąteczne Życzenia

Odrobiny ciepła dzięki ludzkiej
życzliwości, odrobiny światła w
mroku dzięki szczeremu
uśmiechowi, radości w smutku
dzięki ludzkiej miłości i nadziei
na lepsze jutro w chwilach
niepokoju

Niech będzie pięknie. Każdemu inaczej. Rodzinnie, albo samotnie. W spokoju, albo w gwarze. Wegańsko, albo bez liczenia kalorii. Po naszemu. Po swojemu. Magicznie.

 

f4c20f890ba8b91d3f588761abe7338a

Ścieżka dźwiękowa- Placebo You Don’t Care About Us

Mój sposób na Święta

Wyjątkowo się cieszę,że moment Święta. Bo te wszystkie proste prace kuchenne i sprzątające zajmują czas i głupich myśli jakby mniej. Mycie kuchennych szafek, układanie wszystkiego na nowo, pakowanie prezentów. Ostatnie zakupy, dają mi dużą ulgę.

Parę lat temu Święta były po prostu przerwą. Od szkoły, od studiów. Musiało minąć parę lat bym na nowo je doceniła. To był dziwny czas. Takie kiedy człowiek wchodzi w wiek, kiedy choinka nie wywołuje takich emocji,jak wtedy gdy miało się 8 lat. Ani ten wiek, kiedy człowiek docenia fakt, że kolejne święta spędza się w tym samym gronie. Ba, ta powtarzalność mi ciążyła. Co roku to samo. Choinka w tym samym miejscu, kolacja o tej samej porze, te same twarze przy stole, te same żarty i ten sam scenariusz wieczoru i następnym dwóch dni.

Zmieniło mi się w głowie wszystko. W tej powtarzalności odnalazłam prawdziwe piękno i radość. Wiem,że wszyscy się pokłócą przy karpiu. Bo skoro jest na stole to jeść go trzeba, a nikt nie chce. Będzie walka o resztki z miski po tuńczykowej sałatce, którą i tak wygra mój brat. Będzie wspólne smażenie uszek i dobre rady taty, które zamiast pomagać irytują. Będzie dekorowanie choinki i fałszowanie przy świątecznym karaoke kolęd. Będzie wieczorne zamieszanie, bo wszyscy głodni, tak głodni,że wyjadają groszek z galarety rybnej, ale mama wciąż niegotowa. Będę ja w roli Mikołajki. Będę rozdawać prezenty i na pewno, jak zwykle będę sypać głupimi żartami. Będzie narzekanie,że wszystkiego jest za dużo. W pierwszy dzień pojedziemy oglądać szopki. Co roku dokładnie te same. Dokładnie tak samo wrócimy głodni i zmarznięci.

Będzie też wielka radość. Bo jesteśmy wszyscy. Ciążyło mi kiedyś,że my wciąż w tym samym gronie. Że innych rodziny są większe, że jest gwarniej, że dzieciaki wnoszą w świąteczny czas masę radości, a u nas dostojnie, poważnie. Ale odkryłam,że to jest piękne. Nie muszę sobie w duchu obiecywać,że za rok „powiększę ” rodzinę o kawalera z życzeń babci. Że za jakiś czas będzie nas więcej. Że będzie fajniej. Głośniej, bardziej brudno, że będzie brakowało krzeseł. U nas jest naprawdę fajnie. Atmosferę tworzymy sami. I wiem,że w naszym małym gronie jest to co najważniejsze w te dni. Wiele, wiele miłości i rodzinnego ciepła.

Pierniki gotowe. Duży piernik już w piecu. Będzie domowy chleb,pieczony na kamieniu. Przede mną pakowanie prezentów. Czy tylko ja zupełnie nie potrafię tego zrobić? Czy tylko ja kolejny raz zapomniałam,że brak mi talentu i zamiast torebek kolejny raz kupiłam zwoje papieru, wstążek, kokardek i naklejek, licząc na to,że obudzę w sobie ducha wielkiej artystki? A potem płaczę patrząc na dzieło swoich dwóch lewych rąk? Przyda mi się dziś i jutro wieczorem aromatyczna i długa kąpiel. Muszę kupić płyn do kąpieli o świątecznym zapachu . To będzie mój prezent dla samej siebie na te ostatnie męczące godziny.

Oczywiście pamiętam o tym co najważniejsze w te Święta. Kolejny raz udało mi się przypadkiem trafić u spowiedzi na szalenie mądrego księdza. Takich dziś ze świecą szukać,ale ja mam dziwne szczęście.

Nie składam jeszcze życzeń. One będą. Nieco później.

0233e72e0c30f71cc69f50e523106109

Ścieżka dźwiękowa- Lady Punk-Zostawcie Titanica