Poświąteczne migawki

Kiedyś niespecjalnie lubiłam Wielkanoc. Zdecydowanie jako dziecko wolałam grudniowe święta. Bo Mikołaj, bo choinka, bo barszczyk z uszkami, bo tak radośnie, miło i chociaż na zewnątrz zimno i ciemno, to mimo wszystko przyjemnie i fajnie. Wielkanoc oznaczała krótsze ferie, i długie godziny spędzone w kościele, na uroczystościach smutnych, a do tego takich, których jako dziecko nie rozumiałam. Pamiętam raz jedną Wielką Sobotę, miałam z 8 lat, rodzice zabrali nas na wieczorne nabożeństwo, trafiliśmy do Archikatedry, gdzie arcybiskup przez 3,5 godziny odprawiał Mszę. Dla 8 latki to był koszmar. Już sama ilość godzin, ale i fakt, że pół Mszy było po łacinie. Chyba wtedy solidnie znielubiłam Święta, te wiosenne. Do tego stopnia,. że od tamtego czasu przez 8 lat rok w rok, z zegarkiem w ręku w Wielki Piątek budziłam się z …… gorączką. Dosłownie i prawdziwie. Każdego roku w piątek miałam 39 stopni z groszami. Choroba dziwnie malała w sobotę, a w niedzielę znikała w ogóle. Fenomenu tego zjawiska nie udało mi się pojąć. Dopiero kiedy stopniowo oswajałam Wielkanoc, choroba piątkowa zniknęła. A ja w końcu polubiłam te Święta.

Być może po prostu dojrzałam do tych paru dni zadumy i refleksji? Dostrzegłam,że po tych smutniejszych dniach, nadchodzi po prostu radość i nadzieja? Tak, zdecydowanie taka postawa wymaga pewnej dojrzałości. Ja w pełni polubiłam te Święta chyba dopiero po studiach. Co dziwne, dopiero wtedy polubiłam w pełni malowanie jajek, dekorowanie kwiatami, polubiłam świąteczne biesiadowanie, poranne niedzielne wstawanie na Rezurekcję- od 8 lat nie opuściłam żadnej 🙂 Tak, w pełni polubiłam ten czas. I odkrywam i przeżywam go na wielu poziomach. Naprawdę Wielkanoc to dla mnie symboliczne zamknięcie zimy, ponurej aury, nie tylko dookoła, ale i tej we mnie. I chociaż pogoda nie nastraja, na stole ląduje znienawidzony barszcz, a babcia nadmiernie ekscytuje się ciążą mojej kuzynki i perspektywą zostania prababcią, to jest miło. Nawet jak potem rodzice przeżywają ciążę kuzynki jest miło. Nawet jak walczą sami z sobą by nie powiedzieć jak oni też by chcieli, a tu nic, cisza, zero szans. Jest miło.

Jest miło jak na moment wychodzi słońce. Jak udaje się wyjść na spacer, a potem biec, byleby zdążyć przed kolejnym atakiem zimy. Jest miło kiedy dochodzi do niespodziewanych świątecznych spotkań. Przyjechał chrzestny z całą rodziną. Dawno niewidziane kuzynki, plotki, długie rozmowy, żarty. 2 godziny gry w Czarne Historie, jeszcze większa porcja śmiechu i dziesiątki nieporozumień. I tak do nocy.

A rano potworne niewyspanie. I okropne zderzenie z rzeczywistością- to już koniec, już po Świętach?

Ścieżka dźwiękowa- Depeche Mode- Policy of truth

Rozliczenie

Nie będzie o podatkach, będzie o weekendzie. Skoro zaprosiłam Was do mojego wyzwania poświęconego lutowemu weekendowi dla siebie, to nie mogę zamknąć tematu,nie omawiając jak było u mnie.

Jako,że tamten tydzień był paskudny,potrzebowałam tych dwóch dni spędzonych na słuchaniu samej siebie i robieniu tego na co mam największą ochotę. Posłuchałam więc mojego wewnętrznego głosu i w końcu mogę powiedzieć- to był udany i bardzo mój weekend. Niby tylko dwa dni, sobota i niedziela, a zastrzyk pozytywnej energii na pewno pomoże mi przetrwać najbliższe dni z większym uśmiechem na buzi.

W sobotę rano zachciało mi się pączków, nie ze sklepu a takich domowych, z moją konfiturą z płatków róży. Zagniotłam więc drożdżowe ciasto i z zachwytem patrzyłam jak rośnie. A jak mi się znudziło poszłam na spacer, taki długi. 3 kilometry w jedną stronę, doszłam do jednej z dzielnic Gdańska i cóż, pewnie szłabym dalej gdyby nie to,że skończyła się ścieżka, a skakać przez rzekę zdecydowanie mi się nie chciało. Poza tym siostra nieco marudziła,że czas wracać. Wróciłam więc do swoich pączków. Po drodze zrobiłam jednak zakupy, postanowiłam ponieść się fantazji i kupić parę rzeczy, które za mną chodziły, a było mi szkoda ich kupić. Spokojnie, nic drogiego. Same zdrowe produkty do zjedzenia.

Co prawda po usmażeniu 41 pączków czułam się jakbym wzięła kąpiel we frytownicy,ale byłam zadowolona. Na fali zadowolenia i entuzjazmu umyłam wszystkie okna. Po drodze przeczytałam 2 książki, i posiedziałam nad kolorowankami. Myślałam,że ten dzień powinien się kończyć, ale nie, on miał przyjemne zakończenie. Ale o tym zakończeniu będzie nieco później. W każdym razie w sobotę poszłam późno spać. Rozbudziłam ciekawość? Trudno, poćwiczmy cierpliwość.

W niedzielę marzyło mi się spokojne śniadanie, i parę godzin totalnego lenistwa. A potem mój wewnętrzny głos oznajmił,że dość leżenia, czas działania. Zadzwoniłam do Asi i spontanicznie zaproponowałam spotkanie. Okazało się,że ma wolne popołudnie, więc chętnie się spotka. Umówiłyśmy się w bardzo klimatycznej knajpce, piłyśmy czekoladową kawę zbożową, w kominku paliło się drewno, obok wypoczywał wielki Mops. Gadałyśmy, śmiałyśmy się i planowałyśmy kolejne ciekawe spotkania i atrakcje. Kiedy szłam na przystanek by dostać się do domu,dostałam telefon od mamy,że jadą do centrum miasta,bez większego celu,ale mogą mnie zabrać autem. Jako,że zaczęło padać chętnie przystanęłam na ich propozycję i pojeździłam po wieczornym Gdańsku. Zupełnie bez celu, byle przed siebie. A wieczorem, ocalone pączki, książka i serial.

Totalnie oczyściłam umysł, odpoczęłam, zresetowałam złe emocje. Poczułam się sto razy lepiej niż w piątkowe popołudnie. Coś czuję,że częściej będę sobie aplikować takie weekendy. Zdecydowanie częściej.

A Wy jak spędziliście ten weekend?

Ścieżka dźwiękowa-   Fats domino – Blueberry hill

 

 

Święta, święta i znów po.

Nie będę nadmiernie oryginalna jeżeli powiem,że po raz kolejny Święta minęły zdecydowanie zbyt szybko. Tak o trzy dnia za szybko. Jak zwykle było za dużo jedzenia, za dużo przygotowań, za mało czasu by wszystkim się nacieszyć. Owszem, świąteczna atmosfera będzie jeszcze unosić się w powietrzu i przypominać te magiczne chwile.

Wigilia zaczęła się jak zwykle-zamieszana. Każdy pędził, każdy się złościł na każdego. Każdy zaczynał być zmęczony i poirytowany. Czy można wpisać nasze wigilijne zamieszanie na listę produktów tradycyjnie towarzyszących Świętom? Pewnie tak. Ale im bliżej godziny zero tym panował większy spokój. Chyba na przekór kiszkom,które grały nam wszystkim niezłego marsza. Niespodziewanie wpadła babcia. Nie została co prawda na całą Wigilię, ale przyszła z opłatkiem i prezentami. Nie mogła też odczepić się od mojej piernikowej krajanki. W pewnym momencie musiałam po prostu zamknąć słój bo zjadłaby chyba wszystko,a  przecież była przed kolacją. Ach ta babcia.

Na właściwą Wigilię poczekaliśmy jednak  nieco. Wszystko przez mamy siostrę, która się spóźniała. Ale dotarła i zachwyciła ją nasza choinka. Dość szybko okazało się,że zachwyciło ją to,że choinka jest dziwnie pochylona w jedną stronę. Ciocia uznała,że to zamierzony efekt. Po krótkich oględzinach okazało się,że nasza choinka postanawia położyć się na stole. W niemal ostatniej chwili postawiona ją do pionu. Krótka zmiana dekoracji i przestała  straszyć upadkiem. A byłoby szkoda,bo choinka wyglądała pięknie. W moim odczuciu oczywiście, a to odczucie jest szalenie subiektywne, bo sama ją stroiłam. Po bardzo udanej kolacji, przyszedł czas na bardzo udane prezenty. W tym roku zdecydowanie rządziły książki. Moje okazały się trafione w 10. A ponoć nie było łatwo odgadnąć jakiej książki Pamuka jeszcze nie przeczytałam. Jak dobrze,że jest Lubimy Czytać. Czy może być piękniejszy wieczór w ciągu roku,niż ten wigilijny? Chyba nie.

Drugi dzień świętowania. Całkowicie nieplanowy. Tłoczny, gwarny, nieco mroźny. Ale jak uroczy. Zwiedzanie szopek. Tradycyjnie, ciągle mnie to cieszy. Chociaż szopki są dokładnie takie same jak rok temu. Widać się starzeję. Tradycyjny spacer po spokojnej Starówce, jakże pustej i jakże uroczej. A potem zupełnie nieplanowane spotkanie rodzinne. To istny świąteczny cud,że moje dwie kuzynki, które na co dzień mieszkają w różnych częściach świata spotkać mogłam jednocześnie. Ogrzani herbatą, poznaliśmy narzeczonego mojej kuzynki. Carlos zaskoczył mnie świetną znajomością polskiego i mojego imienia, które z hiszpańskim akcentem brzmi tak pięknie,że chyba je polubię. No dobra, gdyby Carlos miał brata złamałabym swoje panieńskie śluby. Ale to jedynak. Świąteczny obiad o 21? Deserowy piernik o 23.15? Nie ma problemu, tak to u nas wyglądało.

Poniedziałek to dzień totalnej swobody i luźnego świętowania. Samotny spacer w mżawce. Dużo przeczytanych książek, kolejny raz obejrzałam To właśnie miłość i kolejny raz płakałam ze wzruszenia w wiadomym momencie. Głupia Keira, no głupia. Dzień szwedzkiego stołu, leniwego podjadania i grania w Czarne Historie. Nieskromnie powiem,że mój prezent dla mego brata okazał się prawdziwym hitem. Tę grę polecam każdemu. Nie tylko od święta. W te zaś święta o mało się udało. Udało się uciec od pytań o stan cywilny. Wczoraj, gdzieś tak koło 21 zadzwonił wuj z Litwy do ojca. Składał spóźnione świąteczne życzenia i gratulował zamążpójścia córki. Tata ze smutkiem przyznał,że to córka jego brata wyszła za mąż. Niestety jego córki planów małżeńskich nie posiadają. Ale wiecie co? Wrażenia to na mnie już nie zrobiło. W końcu. Nawet się uśmiechnęłam.

A dziś wracamy do rzeczywistości. Witaj praco.

Ścieżka dźwiękowa-    Pulp- I spy

 

I po wakacjach,czyli ostatnia część mojej podróży

Ostatnia część mojej wakacyjnej podróży. Trochę mi szkoda.Wakacje zawsze są zdecydowanie za krótkie. Szczególnie kiedy są ciekawe. Ale nie będę tutaj zanudzać narzekaniem i marudzeniem,dlaczego urlop nie trwa 3 miesięcy. Każdy by tak chciał przecież.

Tego dnia żegnałam się z upalnym Krakowem,ubrałam się więc w bardzo lekką i bardzo zwiewną spódnicę maxi  z rozcięciem. Jako,że dzień był świąteczny wybrałam się Sanktuarium Miłosierdzia na Mszę.A jako,że lubię stać przy drzwiach to sobie stanęłam. Na wprost Ołtarza i księdza. Pech chciał,że nagle zrobił się przeciąg. Marylin,ha,pamiętacie jej podwianą spódnicę?No to to był pikuś. Moja spódnica praktycznie nałożyła mi się na głowę. I tak przez połowę Mszy. Tłum był ogromny,nie bardzo miałam gdzie się przesunąć, bo otoczyła nas wycieczka z dziećmi niepełnosprawnymi,więc cóż,stałam tak z odsłaniającą co chwilę,co nieco spódnicą i gorszyłam księdza. W pewnym momencie zabrakło mi rąk. Brat i siostra musieli pożyczać swoje. I wiecie co? Msza się skończyła i,bach koniec wiatru.

Wsiadamy do auta, jest cieplej niż wczoraj,więc bierzemy większą butelkę wody i w drogę. Mamy do pokonania około 200 km. Jedziemy malowniczą trasą. Siostra na szczęście śpi.Brat dalej gra w zgadnij o czym myślę.Raz zgaduję. Po dwóch pytaniach- Czy to muzyk?Tak jakby. Gra na czymś? Tak jakby. Andy Fletcher.

Dojechaliśmy.A nie,to stacja paliw. Celem naszej podróży jest bowiem rodzinna miejscowość mojej mamy. Musimy więc kupić wódkę dla wuja. Tata nie pija zbyt wiele,więc nie wie jakie są smaczne trunki,wybór butelki trwa 17 minut i 38 sekund. Na szczęście piekielna woda wybrana, w drogę. Zanim bowiem dojedziemy do celu,mamy przystanek. Ja po nim sobie wiele obiecuję.

Jesteśmy tam gdzie liczba morderstw na jedną osobę wynosi już z 4. Trup ściele się gęsto,a dzielny ojciec Mateusz pedałuje na rowerze. Tak,tak,odkrywam Sandomierz.Mam spędzić 3,5 godziny w tym sielskim i anielskim miejscu. Tłum prawie jak w Krakowie.  W serialu-którego nie oglądałam,a widziałam jakieś opisy czy też reklamy miasto wyglądało wspaniale. A jak było na żywo?

Na miejscu się pogubiliśmy. Zaparkowaliśmy pod Rynkiem,ale nie wiedzieliśmy,że to tam trzeba iść.To znaczy ja wiedziałam,ale nikt mi nie wierzył. Poszliśmy więc w drugą stronę,po kwadransie ustaliliśmy,że miałam rację ( jak zwykle) i poszliśmy ku centrum. Pod górę. Ojciec Mateusz ma kondycję,oj ma.Pędzi na tym rowerku po rynku,a ja po 2,5 godzinach w aucie miałam tak zastane kości,że ledwo szłam.Oj ledwo. Wystarczy wejść na Rynek by zrozumieć fenomen tego miejsca. To miasteczko jest tak piękne,takie po prostu serialowe. Urocze, kolorowe,ale nie jarmarczne. Ma niezwykły klimat. Wspaniale się po nim spaceruje. Jest bardzo romantyczne. Okoliczne knajpki kuszą by wstąpić do środka i w spokoju wypić pyszną lemoniadę.Spacerowanie,podziwianie widoków,ten niezwykły klimat,z Sandomierza w ogóle nie chce się wyjeżdżać.  Na pewno tam wrócę,ale nieco na dłużej. Jest tam tyle do odkrycia. I nawet ten paskudny rosół  z torebki,który imitował domowy nie zmieni mojego zachwytu nad tym urokliwym miastem.

Swoją podróż zakończyłam pod Warszawą u rodziny. Siedzieliśmy niemal całą noc w ogrodzie przy stole pełnym pyszności. Naśmialiśmy się, nagadaliśmy za wszystkie czasy, a ja nie mogłam uwierzyć,że moja ukochana kuzynka Weroniczka tak wyrosła. Już jest wyższa ode mnie. No dobra,jest prawie jak mój brat.A ma dopiero 15 lat. Po tym jednym dniu przez tydzień mogłabym nie  jeść tylko żywić zapasami. Wiecie jak to jest,my jeszcze jemy śniadanie,a ciocia już obiera ziemniaczki na obiad. To był wspaniały wyjazd.

Niestety był wspaniały. Bo teraz chciałabym tam wszędzie wrócić. Tylko skąd ja znajdę tyle czasu? Chyba muszę uśmiechnąć się do ukochanego Doktorka Who…..

Ścieżka dźwiękowa- Blur- Luminous

 

I mamy część trzecią

Jak ja mam wolny dzień to zawsze pochmurny i chłodny. Czwartek był piękny, słoneczny i ciepły. A piątek? Hmm, okropny. Szary, ponury i męczący. Musiałam załatwić parę spraw na mieście i nie rozstawałam się z parasolem. Trudno. Uznałam, że przynajmniej nic nie będzie mnie rozpraszać przy przygotowaniach do przeprowadzki. Zaczęłam się pakować. Zaczęłam od góry szafy, tam zaglądam bardzo, bardzo rzadko. Praktycznie prawie nigdy. Wiecie co znalazłam jako pierwsze? Katalogi biur podróży z sezonu 2000/2001. Wtedy bowiem szykowałam projekt o Meksyku na lekcje geografii. Wtedy też, mając 12 lat przygotowałam sobie w tym katalogu listę miejsc, które muszę odwiedzić w wakacje. Lista hoteli wciąż była zaznaczona w katalogach. Kto by pomyślał, że 16 lat wstecz uważałam,że jak wakacje to tylko na Dominikanie, albo w Kenii. Z planów nic nie wyszło, wręcz nie chciałabym by się spełniły- lot samolotem? Ależ byłam odważna. Bez żalu wyrzuciłam część dzieciństwa. No dobrze, nieco żalu było. W ogóle ten remont to masa zamieszania. Mój dom chwilowo wygląda tragicznie. Nie ma już połowy mebli, większość rzeczy leży luzem na podłodze co jak wiecie dla pedantki jest niemal równoznaczne z wielokrotnym zawałem. Smutno patrzeć na łyse ściany i kurz dookoła. A jeszcze zadzwoniła cioteczka z gór, że właśnie wybiera się do sanatorium nad morze, i wpadnie z mężem nas odwiedzić. Na szczęście wybito jej ten pomysł z głowy.

Kiedy tak już opróżniłam górą część szafy logicznym krokiem była wyprawa na śmietnik. Wzięłam jeden wielki worek śmieci papierowych i od razu drugi worek śmieci codziennych. Ledwo co wyszłam na klatkę, stanęłam u szczytu 6 schodków i bach,pękły mi worki. Na moje/swoje nieszczęście akurat drzwi wejściowe otworzyły się i młoda, elegancka sąsiadka wchodziła na klatkę. Ostatkiem rozsądku upuściłam worek z papierami, zaś normalny skierowałam na siebie. Sąsiadka i tak wykonała dziki taniec przerażanie i oburzona krzyczała,że atakuje ją papier. Tymczasem ja stałam i chciałam być niewidzialna. Mówiłam sobie-Boże spraw bym była niewidzialna, proszę, proszę.Niestety, otworzyłam oczy i to nie był sen. Dość powiedzieć, że był piątek, na obiad miałam łososia, tacki po rybie i łuski spoczywały sobie na moich spodniach. I wiecie? Naprawdę żałowałam,że nie posłuchałam mamy i z tych pofarbowanych nie zrobiłam sobie domowych dresików. Teraz stałam śmierdzącą rybami i próbowałam zachować dobrą minę do złej gry. Sąsiadka zaczęła się śmiać, ja również, w końcu co więcej może zrobić osoba, która ma na sobie nowoczesne ubranko złożone z tony śmieci? No cóż, pozbierałam co miałam, swoją godność włożyłam do fioletowego worka pachnącego truskawką i poszłam na śmietnik.

Z kategorii jeżeli ulicą idzie 20 osób to pijany nastolatek musi akurat wybrać ciebie by podzielić się  całym alkoholem jaki przyjął podczas weekendu? Jak to dobrze, że posiadam po prostu genialny refleks, dzięki temu uchroniłam buty-tak, te nowe, i kolejną parę spodni przed nieprzyjemnym spotkaniem z wnętrznościami młodzieńca. Niestety takie widoki są ostatnie w kolejce na mojej liście marzeń. Może jestem dziwna, ale nie znoszę wymiotowania w mojej bliskiej obecności. Dlatego też wczoraj pobiłam wszystkie rekordy świata w kategorii jak w 0,0003 sekundy uciec w lewo. A w ogóle to uważam,że ta dzisiejsza młodzież jest w sporej części dysfunkcyjna. Kiedy patrzę na dziewczyny z bloku obok, które w wieku 16 lat śpią w weekendy na ławce bo nie wiedzą jak trafić do domu 15 metrów dalej to mi się ręce załamują. Czy tylko ja byłam grzeczną dziewczynką, która nigdy nie miała kaca i nigdy nie przesadziła z alkoholem? Macie mnie, nigdy nie piłam, to nie miałam jak przesadzić. Chyba,że można upić się zieloną herbatką?

Przejdźmy do dużo przyjemniejszych rzeczy. Bo takie były.

Nauczona doświadczeniem w sobotę wieczorem wyruszyłam z odpowiednim zapasem z domu by nabyć bilety na Kino na Szekspirowskim. Udało się bez problemu. No,została mi jedynie wolna godzinka. Ale nie oszukujmy się, jesteśmy w centrum Gdańska bez problemu można zająć sobie czas. Ja wybrałam małą knajpkę z muzyką na żywo, gdzie piłam bardzo pikantną herbatkę po żydowsku. Szczerze mówiąc, aż szkoda było mi wstawać i ruszać na dach. Ale ruszyłam. Film- Taxi Teheran, podbił moje serce. Prosty, taki codzienny obraz życia w Iranie, pokazany przez reżysera, który ma zakaz kręcenia filmów. W związku z tym film nakręcił nielegalnie, jeżdżąc taksówką. Całe show moim zdaniem skradła jego urocza siostrzenica Hana, dziewczynka ma olbrzymi talent. Jestem pewna, że może zostać wielką aktorką. Ale chwilami ciężko było mi skupić się na filmie. Wystarczył rzut oka w bok i podziwiałam nocną Starówkę . Po prostu bajka. Chwilami nie wiedziałam gdzie patrzeć. Gdyby tylko komary mnie kąsały, a krzesła miały miększe oparcie mogłabym nigdy nie schodzić schodami w dół ku normalności…..

W niedzielę pogoda znów się nie popisała. Zupełnie nie rozumiem czemu na trzy dni zapomniało o nas słońce? Owszem, mogłam założyć letnią sukienkę, wybrałam tę w kwiatki, i dokonałam zaskakującego odkrycia. Ona nie jest w kwiatki a liście. Wpadłam w konsternację i z zaskoczenia nie mogłam wyjść przez kwadrans. Byłam pewna,że kupowałam sukienkę w kwiatki, ale cóż, starość nie radość. Wracamy do pogody, która była szara i ponura. Ciągle nie wiedziałam-zacznie lać czy też nie? Nie padało. Pewnie dlatego,że wzięłam z sobą dwie parasolki. Gdybym tylko wyszła bez, od razu by lało. W sobotni wieczór nie miałam za wiele planów na niedzielę. Ale około 9 rano plany się pojawiły. Moja babcia chciała wpaść złożyć podwójnie imieninowe życzenia-mi spóźnione, mamie przyśpieszone. Ale warunki mieszkaniowe, a raczej ich brak, spowodował,że postanowiliśmy pojechać do naszej pierogarni i tam poświętować. Ale, ale, w końcu w Trójmieście była też Ania, a nie mogłam sobie odpuścić choć krótkiego spotkania. Spotkanie było za krótkie, ale było. Szkoda, że pogoda nie dopisała tym razem,ale postaram się za rok zabukować lepszą. Po uroczym, choć krótkim spotkaniu ruszyłam na rodzinną fiestę. Kiedy babcia mieszkała razem z nami było dziwnie. Często działaliśmy sobie na nerwy i mieliśmy siebie dość. A tutaj takie zaskoczenie, było wyjątkowo miło. Wszyscy dzielili się pierogami, żartowali i miło spędzili czas. A do tego okazało się, że moja babcia bardziej ceni imieniny od urodzin, dowiedziałam się tego po dwukrotnie większej zawartości koperty. A pierogi? O jejku, Oreo podbiły moje serce. Ale i sama nie wiem czy lepsze były te z bobem, czy z gęsiną i cebulową konfiturą? Do tego miła kelnerka powiedziała mojemu bratu, że jeżeli szuka Pokemonów to są w kąciku dziecięcym i ona dziś tam dużo nałapała. No obsługa idealna.

Idealnej obsługi nie miałam u fryzjera. Szalenie mi się spodobała fryzura pewnej aktorki. Dokładnie pani z serialu Night Menager. Pokazałam ją wczoraj fryzjerce, a ona zaskoczona rzekła-Madziu ja ciebie tak ścinam od pół roku. No widocznie ze mną kiepsko,bo tego nie zauważyłam,ale miło mi. Problem tylko jest taki, że tym razem moja ukochana fryzjerka ostrzygła mnie zupełnie inaczej niż pani z serialu. Jaka tam pani serialu, niż ja. Ale plusem był fakt, że pani Basia w ogóle nie zauważyła nadpalenia grzywki. Wręcz chwaliła miękkość włosów-padło pytanie czy nie zmieniłam oby szamponu. Nie, nie zmieniłam. Tak więc wszem i wobec ogłaszam- Dziewczyny, podpalajmy sobie końcóweczki.

Jako, że wczoraj kupiłam sobie sandałki, z racji upału oczywiście, dziś śmiało mogę odwołać upał i wakacyjne klimaty. Wybór odpowiedniego modelu zajął mi jedynie 40 minut. Wszystkie modele były albo na wskroś hipisowskie i posiadały setki, jak nie tysiące rzemyków. Albo świeciły się niczym diamenty w królewskiej koronie i krzyczały-kocham cekiny i brokacik. W końcu znalazłam te klasyczne, proste i eleganckie. I co? W kartoniku znalazłam jedynie jeden but. Po kolejnych 20 minutach pani znalazła drugiego, na wystawie w dziale dziecięcym…. Czyżby dziewczynki nosiły bardziej spokojne modele niż ich matki?

Dziś rano pomyliły mi się tubki z kremami. Zamiast tym pod oczy 25 plus, posmarowałam sobie solidnie delikatne okolice żelem punktowym na trądzik, własność mojej siostry. Nie polecam, chyba,że chcecie straszyć otoczenie swoim posępnym spojrzeniem i płakać z powodu pieczenia oczu. Tą dobrą radą kończę. Dziś zaczyna się przeprowadzka, a jeszcze tyle do zrobienia…..

7406308db190498b7343271935b07a71

 

Ścieżka dźwiękowa- Dave Matthews Band- Seven

 

Bracia Cohen szaleją część druga

Gdy się człowiek śpieszy to…. Traci włosy. No może nie wszystkie, ale zawsze. Otóż zajęta byłam konfiturami, uznałam,że póki mieszkam u siebie to zrobię zapas wiśniowej konfitury. Takiej z kakao. No pyszna po prostu. Wyjadłam z cały kubek na marginesie. Tłumaczyłam sobie, że na bieżąco muszę kontrolować poziom jednostek smakowych. Niestety, zorientowałam się,że coś ogień mi nierównomiernie działa. Odsunęłam garnek, nachyliłam się-do bezpiecznej wysokości i bach, naprawiłam gaz, ale i przypaliłam sobie grzywkę. Jak na ironię parę dni wcześniej przeczytałam, że panie płacą by fryzjer przypalił im końcówki włosów. Ponoć to hit wśród modelek. Wystarczy przypalić sobie włosy, a potem odżyją i będą po prostu piękne. W tańszej wersji możecie połączyć robienie przetworów z dbaniem o idealny wygląd. Na razie ciężko mi powiedzieć coś więcej na temat skuteczności tej metody, ale będziemy w kontakcie.

Czasami mam pecha. Czasami to peszek. Ot, zamarzyła mi się projekcja filmu na dachu Teatru Szekspirowskiego. Wiecie taki seans pod gwiazdami z cudownym widokiem na nocny Gdańsk. Kto uważa,że to nie jest bajka proszę wyjść. Dobrze, zostali wszyscy. W planie było Wielkie piękno. Piękny film i piękne okoliczności pokazu. Seans miał się zacząć o 21.30. Wiedziałam,że liczba miejsc jest ograniczona, dlatego też zaplanowałam wczesny przyjazd na miejsce zdarzenia. Uzbroiłam się w koc i ciepłe skarpetki-o tych letnich nocach gdy satynowa koszulka wydaje się grzać zbyt mocno możemy zapomnieć. W każdym razie byłam 45 minut przed projekcją i co? Pani mi powiedziała,że właśnie sprzedała dwa ostatnie bilety. A ja dwóch potrzebowałam, dla mnie i dla mamy. No cóż, moją mamę wzięło na spacer. Wieczorny spacer po centrum. Nie byłoby to takie złe gdyby nie fakt, że nałożyłam nowe tenisówki. W końcu miałam grzecznie leżeć/siedzieć i oglądać film. Po 1,5 godzinnym spacerze dorobiłam się odcisków dosłownie na każdym kawałeczku stóp. Nawet nie wiedziałam,że człowiek jest tak odciskogenny.

Dnia następnego znów wybrałam się na naszą śliczną Starówkę. Chcę się nią nacieszyć przed Jarmarkiem. Owszem jest sporo turystów, są koloniści, ale wciąż mam wrażenie,że to moje miasto, a nie tysięcy obcych, którzy w biegu robią zdjęcia i nie doceniają piękna na każdym kroku. Irytują mnie ludzie, którzy na wakacjach nie spacerują, a pędzą, od zabytku do zabytku. Zrobią sobie zdjęcie i lecą dalej. Ja siedziałam w uroczej kawiarence, piłam prawdziwie domową mrożoną herbatę, jadłam wegańskie lody na mleku ryżowym o smaku lukrecji i kiedy tak spokojnie sobie siedziałam odkryłam,że czuję się w tym miejscu wspaniale. I nie chodziło o to, że siedzę sobie na Starym Mieście i oddaję relaksowi, a o to,że jestem tak zrelaksowana. I odkryłam,że jakby mniej mi dokuczają te odciski, i w ogóle czuję się świetnie. Uznałam,że winnym jest kolor ścian. Pierwotnie uzgodniłam z siostrą,że nasz pokój będzie w  kolorze szarości, jasnej szarości. Chłodny, bezpieczny, nienachalny. Ale zmieniłam błyskawicznie koncepcję. Chcę mieć pokój w kolorze bardzo mocno rozbielonej jagody. Coś jak jagodowy koktajl, wspomnienie lata.W ostatniej chwili zmieniłam koncepcję-cała ja. Wegańskie lody nie były smaczne. Były dziwne. Ale za to odkryłam swój idealny kolor do sypialni. Fajnie nie?

Kiedy taka zrelaksowana wyszłam z kawiarni postanowiłam otoczyć się sztuką. Akurat obok była galeria, gdzie wystawiały się młode artystki.Byłam z tatą i chętnie weszliśmy pooglądać jakie teraz trendy są modne w malarstwie. Szczególnie zainteresował mnie jeden obraz, połączenie szarości z niebieskim paskiem, a raczej paseczkiem, nieco większym od plamki. Dłużej przy nim przystanęłam, dołączył do mnie mój tata. Popatrzył i powiedział- wiesz ja nie bardzo rozumiem tę sztukę współczesną, albo coś jest ładne, albo nie. To jest ładne, ale nie wiem co to jest. Już miałam powiedzieć tacie co autor miał na myśli, gdy pomóc postanowiła sama autorka, która z oddali powiedziała o czym jest obraz. Tata usłyszał, zmarszczył czoło i mówi- aha, to już wiem, niebieski odcień to Bóg, ten obraz ma być alegorią Boga, ciekawie, ciekawie. Pani podeszła nieco bliżej, i rzekła- nie to nie Bóg, to Bug, wie pan rzeka, woda, płynie sobie powoli…. Tata nie stracił rezonu choć ja wewnętrznie płakałam ze śmiechu. Tata odrzekł- Bóg, czy Bug, nieważne, mi się podoba. Na marginesie ja od razu wiedziałam, że to niebieskie to rzeka. Może niekoniecznie odkryłam,że to Bug, ale zaliczam sobie wysoką znajomość sztuki współczesnej.

Z remontowego boju. Szef firmy, który miał nam robić remont zapowiedział, że przed 1 września bardzo ciężko będzie mu wejść do mieszkania. Może się wyrobi na 25,sierpnia oczywiście, ale to zrobi jedynie z tego faktu, że zna tatkę.1 września nie wchodzi w grę, bo nie przeżyję jesieni na wsi-deszcz, wiatr i ciemne wieczory, brr, październik. Znów na wariata trzeba było szukać nowego wykonawcy. Ten obiecał zająć się remontem maksymalnie 5 sierpnia. A znów myślałam, że wszystko pójdzie w łeb. Ale u nas to normalne. Szykuję się na 245 komplikacji po drodze.

P. S. Truskawki znów są po 6,5 zł za kilogram. Lecę na szybkie zakupy. Może zdążę uzupełnić zapasy bazyliowej konfitury z truskawkami? W końcu w tym tygodniu weekend zaczęłam już w piątek.

fdbdf15f2e188171faef0c96fa29b715

 

 

 

Ścieżka dźwiękowa- Pink Floyd- Mudmen

 

 

Urlop od urlopu

Zdecydowanie należy mi się teraz urlop od urlopu. Teraz pragnę ciszy, spokoju, nic nierobienia, i maksimum relaksu. Marzy mi się całe popołudnie na tarasie, do tego duża porcja mrożonej herbaty z miętą i miseczka truskawek. Bosko prawda?  Nie, mój urlop był zupełnie inny niż sobie zaplanowałam. Gorszy?

Wyruszyłam w sobotę, po 3 godzinach byłam prawie na miejscu. Zamiast autostradą jechaliśmy zwykłą drogą. Po drodze napotkaliśmy konwój żołnierzy Nato. Rok temu kontrolowałam przejazd wojsk z dalekiej Ameryki, teraz padło na Niemcy i Anglię. Przypadek? Wątpię. Po drodze przerwa na obiad. Na obiad zjadłam dwie gałki lodów o smaku białej i super gorzkiej czekolady. W końcu ważna jest zbilansowana dieta. Po obiedzie, w zasadzie to kolacji, połączonej z małym spacerem po toruńskim rynku znów w drogę i bach, rodzinne spotkanie. Mój urlop został bowiem przyśpieszony z ważnych przyczyn rodzinnych. Moja ukochana ciocia i wujo spędzali bowiem czas w Ciechocinku na turnusie w sanatorium. A jako,że dzieli nas pół kraju postanowiliśmy spotkać się w połowie drogi i spędzić w sumie 5 wspaniałych dni. Już tego pierwszego wybraliśmy się na długi spacer, zakończony meczem hokeja. Przegrałam, a do tego zgubiłam krążek. Uciekłam z miejsca zdarzenia z dużym poczuciem wstydu.

Dnia następnego dokonałam przerażającego odkrycia. Zniknął mi cały katar. Wystarczył jeden spacer połączony z wdychaniem solanki i bach, jestem wolna od alergii. Z tej okazji postanowiłam poświętować, udałam się solo do kawiarni, gdzie piłam herbatę, czytałam książkę i odbyłam jedyną próbę relaksu. Jako, że moja ciocia to osoba gościnna ponad miarę zaprosiła nas na obiad do sanatorium. Popędziłam więc ku reszcie familii, przy okazji zahaczając o pokaz starych samochodów. Niestety na obiad był zestaw rzeczy, których nie lubię. Ale ciocia przygotowana była i na to. W pokoju czekał barszczyk, który pieczałowicie szykowała w czajniczku. No powiedzcie kto ma lepszą ciocię? Pewnie, że nikt. Następnie udaliśmy się do kawiarni w celu nastrojenia się mecz poprzez wypicie mrożonej herbaty i taktyczne rozpracowanie przeciwnika. Pożegnaliśmy też dwójkę z nas, którzy pognali autostradą ku domowi, a same z mamą poszłyśmy do naszego tymczasowego domu oglądać mecz. Ciocia i wujek choć kochani dysponowali malutkim odbiornikiem, który przy całej sympatii do nich nie spełniał warunków do komfortowego oglądania. Niestety plan taktyczny nie został zrealizowany po mej myśli. Panowie bowiem wygrali. Ja byłam za tymi w zielonych koszulkach.

Dwa następne dni były upalne. Streścić je można w ten sposób-wyszłam rano z domku, wróciłam bardzo, bardzo późno. Przerobiłam po 15 kilometrów na mych wątłych nogach. Do dziś odczuwam skutku spacerów. Wieczorami robiliśmy postoje w sanatoryjnym pokoju u cioci i wuja, gdzie imprezowaliśmy przy parówkach z czajniczka. Żadne tak dobrze nie smakują jak te. Gwarantuję. Było upalnie, bez deszczu, rodzinnie, nieco męcząco, ale szalenie miło. Dzięki własnej głupocie idąc na diabelską kąpiel w spa zwiedziłam hotelową pralnię. Spełniłam jedno ze swoich marzeń, których spełniać nie chciałam. Jestem w ciemnej piwnicy, otwieram jedne drzwi, potem drugie,trzecie, czwarte, one się nie kończą. I zaczynają być coraz mniejsze i mniejsze. Takie atrakcje tylko ze mną.

I nadszedł jeszcze bardziej upalny dzień powrotu. Od rana latałam jak nakręcona na baterię. Okropnie żałowałam,że muszę wracać, najchętniej zostałabym do końca tygodnia. Ale praca wzywała. Nasz transport się spóźnił, co  z jednej strony dało nam nieco więcej czasu na swobodne pakowanie, bo w końcu wróciłam z większą ilością bagażu-kostium kąpielowy, bo może się przyda, nie przydał się,ale jest. Czekoladowy makaron,bo skoro jest,to wezmę trzy paczki. Kosmetyki, które spokojnie kupię w domu, ale po cóż, skoro mogę już dziś?A  z drugiej przerażał mnie fakt kiepsko przespanej nocy i poranka w pracy. Oczywiście musiałam obiecać cioci, że w tym roku nie ma bata, jedziemy te 500 km do nich na pierogi. I nie odpuszczę.

Jako, że po powrocie musiałam się rozpakować i liczyć straty związane rządzeniem w domu mojej siostry następnego dnia ledwo żyłam. Do teraz jestem niewyspana, zmęczona, i obolała. No i nieco wściekła. Któż bowiem inny niż moja siostra potrafiłby w parę dni zasuszyć aż 4 kwiaty i powitać siatką spleśniałych pomidorów, której nie miał kto wyrzucić? No i ta pogoda. Chłodno, pada, w zasadzie to leje, wieje, burze dodajmy do kompletu. Paskudnie.

Mimo tego, że wyjazd był zupełnie inny niż go sobie zaplanowałam to jestem naprawdę zadowolona. Odpocznę sobie kiedy indziej. Od kataru też, bo ten wrócił gdy tylko opuściłam Kujawy. A na razie pozostaję w nieutulonym żalu za faktem, że akurat najlepsza część mojej rodziny mieszka tak daleko ode mnie. Tam nikogo nie obchodzi kiedy biorę ślub i dlaczego jeszcze nie mam dzieci. A może tak ich lubię bo są tak daleko i każde spotkanie jest wielkim świętem?

Ścieżka dźwiękowa- Kasabian- Where did all the love go?