I już tęsknię…

Nie, nie. Znowu nie będzie o tym jak to się zakochałam, poszłam na przecudowną randkę, typu kino na dachu teatru, potem lody, spacer po Starym Mieście a to wszystko zakończone podziwianiem wschodu słońca na plaży. Nie, nie. Nie będzie o tym to jak to tęsknię za weekendową labą, i narzekania, że znów przyszedł poniedziałek. Nie będzie narzekania, że tęsknie za spokojem jaki dawał mi tydzień bez siostry. A teraz wróciła, okropnie chora ( miks zapalenia krtani i zapalenia ucha) i swoim zachowaniem doprowadza mnie do szewskiej pasji. Nie, i jeszcze raz nie.

W piątek było po 23 już. Leżałam od kwadransa w łóżku. Jak na mnie była to już późna pora. Jako człowiek co rano wstaje, a to rano to dla niego 5 rano, powinnam już całkiem smacznie sobie drzemać. A ja dopiero co wzięłam relaksującą kąpiel. Zaszalałam. I kiedy tak próbowałam jednak nadrobić -choć przez chwilę, literackie zaległości, usłyszałam w radiu, że dzisiaj właśnie jest dzień przyjaciela. W zasadzie to już się kończy. Ale pani psycholog w materiale zapytała – czy pamiętaliście państwo dziś o swoich przyjaciołach? Pomyśleliście przez chwilę o nich. Szczerze się uśmiechnęłam.

Ten piątkowy dzień, ściśle rzecz ujmując popołudnie, spędziłam bowiem ze swoją przyjaciółką z podstawówki. Znamy się 22 lata. Szmat czas, aż nie chce mi się w to wierzyć. I wiecie co? Nie widziałyśmy się rok. Dokładnie 14 miesięcy. Mamy ciągły kontakt  przez telefon, maile, wiadomości, ale wiadomo, ona ma masę spraw swoich, ja swoich, ciężko nam zgrać termin. Co się umawiamy, to któraś musi przełożyć i odwołać. I zupełnie przypadkiem spotkałyśmy się właśnie w dzień przyjaciela. Miało być skromnie, szybko, trochę na wariata. Miała być szybka kawa. Zaczęło się jednak od plotek u mnie w domu. Jako, że sok nie zaspokoił naszego apetytu poszłyśmy do knajpy na obiad. Knajpa była na drugim końcu miasta. Szłyśmy i gadałyśmy jak szalone. Zamówiłyśmy to samo, zupełnie nieświadomie. Pasta z pesto i parmezanem. Kiedy dania wylądowały na stoliku przypomniałyśmy sobie, że obie nie lubimy parmezanu. I znów zagadałyśmy się tak, że właścicielka przytulnego bistro musiała nas wyprosić. Po prostu pół godziny temu powinna zamknąć knajpkę, a nam się przecież nigdzie nie śpieszyło. Potem spacer. Dziwna część, trafiliśmy na cmentarz. Spontanicznie moja przyjaciółka mówi – wiesz co chodźmy odwiedzić moją babcię, ona tak ciebie lubiła, na pewno będzie zadowolona, że wpadniemy do niej razem. Szalenie lubiłam jej babcię, ona mnie też. To była taka ciepła i życzliwa mi osoba. Niedawno zmarła, a , że praktycznie wychowywała moją przyjaciółkę były sobie szalenie bliskie i   ona bardzo przeżyła jej odejście. I tak stoimy na cmentarzu, a ona mówi – cześć babcia, przyprowadziłam ci Magdę, twoją trzecią wnuczkę. I chociaż moment był niezbyt radosny, to głowę daję, zrobiło mi się radośnie na sercu.

Wracałyśmy do domu okrężną drogą. Potem siedziałyśmy u mnie na kanapie, piłyśmy zieloną herbatkę i jadłyśmy tosty z masłem orzechowym i czekoladą. Moja przyjaciółka mówi mi – wiesz co , ja muszę przyjaźnić się z tobą do końca życia. Dlaczego? Bo jesteś jedyną osobą, która widziała jak sikam w majtki. I jedyną osobą od której pożyczyłam czyste majtki. Lepiej mieć ciebie po swojej stronie. Mamy prawie 30 lat, śmiejemy się jak te 8 latki na przerwie co grały w gumę i kupowały malinowe żelki po 5 groszy za sztukę. I ta siedzimy i gadamy, i mija nam kolejna godzina. I tak się ciężko rozstać. Ale trzeba.

I tak leżę w tym łóżku i słyszę jak pani psycholog mówi – przyjaźń jest wtedy, kiedy po spotkaniu, często po sporym czasie niewidzenia, tęskni się bardziej niż przed. Bo tyle jeszcze chciałoby się powiedzieć, tyle ważnych spraw omówić i podzielić się swoimi przemyśleniami.

Dokładnie tak się czułam. Zawsze tak mam. Po każdym spotkaniu, czuję ogromny niedosyt. Ale przez ten niedosyt przedziera się takie poczucie więzi. Takiej dziwnej. Bo nie musimy widzieć się często, ale wiemy, że jesteśmy sobie bliskie jak własne siostry. A czasem i bardziej….

d96136e8976e57d1a701b317de9ac530

W sobotę miałam zaś kolejne spotkanie. Tym razem okres niewidzenia się znacznie przekraczał rok. Mojego bardzo bliskiego kuzyna (moja babcia i jego dziadek to rodzeństwo) nie widziałam całe 9 lat. Nie dziwić to powinno, bo urodził się w Kanadzie i przyjeżdżał do kraju na zmianę z braćmi. Ostatnie spotkanie wypadło dokładnie 9 lat temu. Wtedy przyjechał dzieciak. Teraz dorosły facet po studiach. Towarzyszyła mu narzeczona, Kanadyjka o norwesko-belgijsko-irlandzkich korzeniach. Mieliśmy spotkać się na krótko, w końcu oni w Trójmieście byli tylko 5 dni, ale jak weszli to wyszli po ponad 5 godzinach. Chciałabym mieć jego luz, i otwartość. Wydaje mi się, że jednak nie jest to nasza rodzinna cecha, a rzecz nabyta. W każdym razie okazało się , że nie liczy się Ocean i lata rozłąki. Nie mogliśmy się nagadać.

89ae1aededcea51fc7ba3e09dbd19bbe

Tak, to był weekend pełen spotkań, wspomnień i pozytywnych uczuć.

Tęsknię do każdej chwili jaka minęła.

Ścieżka dźwiękowa –  Led Zeppelin – Good Times Bad Times

Tajemnice czterech ścian

Jakiś czas temu bardzo głośno było o sprawie rodziny pewnego radnego. Radny ten miał wyjątkowo konserwatywne poglądy, i szczycił się katolickimi wartościami. Jego żona pokazała jednak światu, że to tylko fasada, a za tą fasadą po prostu kryje się tyran i kat. Kat, który latami dręczy żonę i dzieci. Dla świata jest idealnym mężem, ojcem i głową rodziny. Dla najbliższych jest źródłem lęku, gniewu i strachu. Kiedy wyszły na jaw przerażające taśmy nagrane podczas kłótni, wielu z nas zadawało sobie pytanie – dlaczego latami można godzić się na coś takiego? Czemu po pierwszym podniesieniu ręki nie pakuje się dzieci, nie trzaska drzwiami i mówi do widzenia? Czemu nie zaczyna nowego życia, nie bierze rozwodu i wymazuje z pamięci największej pomyłki jaką był chory związek? Dlaczego zarówno Pani Karolina jak i inne kobiety latami godzą się być ofiarami?

Nie powiem, łatwo jest powiedzieć, że ja na jej miejscu od razu zadzwoniłabym na policję i kopnęła faceta w cztery litery. Ale pewnie większość z nas nie jest i nie była na miejscu pokrzywdzonej osoby. Sama zastanawiałam się  dlaczego inteligentna kobieta nie ma w sobie tyle odwagi by przerwać spiralę przemocy? Zastanawiałam się dlaczego nikt jej nie pomógł? Czytałam wywiad z Panią Karoliną i szczerze jej współczułam. Ale jeszcze nie do końca rozumiałam.

Przypadkiem na moim czytniku znalazła się książka Dlatego mnie kochasz. Książka, która opowiada właśnie o toksycznym związku, chociaż idealnym z zewnątrz.

4d8265d6cf0b793a4bd37fd4c12c5490

Agata miała kilkanaście lat jak poznała Marcina, licealna miłość. Owszem, może i nieco szczeniacka, i naiwna, ale jak silna. Oni od początku wiedzieli, że są dla siebie stworzeni. Te mityczne połówki pomarańczy czy też jabłka. Jest im dobrze, są randki,odkrywanie siebie, wspólne wakacje, coraz większe plany,ale odległe. Najpierw matura, potem studia, praca itp. Ale jej rodzina nalega na sformalizowanie związku, bo nie wypada tak chodzić z sobą bez poważnych deklaracji. Marcin powinien kupić skromny pierścionek, i bukiet róż, paść na kolana i błagać Agatę by została jego żoną na wieki wieków. A potem powinien odbyć się skromny,ale piękny ślub i żyli długo i szczęśliwie. Matka Agaty była praktyczna i bardzo tradycyjna. Były więc zaręczyny, był i ślub. Oboje jeszcze studiowali, byli młodzi, biedni, mieli tylko miłość. Czy przed ślubem coś wskazywało, że będzie im razem źle? Czasem się kłócili, czasem Marcin był obrażalski, denerwował się bez powodu, był wymagający, a raz zażądał zbyt wiele, co tam zażądał on wziął siłą to co chciał. Ale przeprosił. A ona uznała, że skoro czuje się winny i przyszedł skruszony to nie ma tematu.

Był więc ślub. I piękne zdjęcia. I dorosłe życie. Marcin wiele decyzji podejmował sam. Uważał,że tak właśnie robi, czy też powinien robić prawdziwy facet. Jego rodzice byli rozwiedzeni, więc Agata uważała, że Marcin po prostu bardzo się stara. A, że czasem bywa nadgorliwy, że stara się za bardzo i źle znosi krytykę to nic złego. W końcu ma na względzie dobro ich rodziny. Rodziny powiększającej się, bo po ślubie dość szybko pojawiła się Zuzia. Agata musiała przerwać studia, zająć się małą i jeszcze budową domu. Wszystko zrzucił na jej barki mąż, musiał pracować na to wszystko, było jej ciężko, ale czuła dumę. Dała radę.

Nowy dom, piękna okolica, las, idealne miejsce dla młodej i kochającej się rodziny. Bajka i sielanka. Młody, przystojny mąż, który zbudował żonie dom, kocha córkę, ba jest w niej zakochany, no ideał po prostu. Wzór męża.

Poważne problemy zaczynają się gdy Marcin ogłasza,że nie chce więcej dzieci. Zakochany jest w Zuzi,ale uważa,że jedna córka im starczy. Agata jest zła, że to on podejmuje taką decyzję. Kiedyś ustalili,że marzy im się duża rodzina, a teraz on uznaje,że mają jedno i starczy. Agata jest rozczarowana. A potem przerażona, bo odkrywa, że jest w drugiej ciąży. Zosia ma niespełna półtotrej roku, ona wciąż nie wróciła na studia, a tutaj kolejne dziecko. Boi się reakcji męża, więc postanawia ukrywać ten fakt przed mężem. Zamiast wspólnie dzielić radość i obawy, ona musi trzymać tajemnicę w sobie i nabrać odwagi do konfrontacji.

bf81e0189638609d1768fca1b594de42

W końcu przychodzi taki moment, że nie można dłużej udawać, Agata mówi mężowi, jej zdaniem radosną nowinę. On się nie cieszy, przecież ogłosił- więcej dzieci nie chce. Wtedy bije ją po raz pierwszy. Kobietę w ciąży, matkę swojego dziecka. Tradycyjnie w takich sytuacjach winna jest kobieta, powinna wiedzieć co i jak robić by dziecka nie było, a skoro będzie to jej problem i jej wina. Agata jest zaskoczona, zdruzgotana i przerażona. Boi się o siebie, Zuzię i nienarodzone dziecko. Ale Marcin przeprasza, godzi się z tym,że po raz drugi będzie tatą. Kupuje bukiet kwiatów i przeprasza. I snuje wizje idealnej rodziny. Agata mu wierzy. W końcu miał prawo ją uderzyć, wyraźnie mówił,że nie chce dziecka. Może naprawdę ta ciąża to tak mu na złość? Godzi się z tym co zrobił, postanawia zapomnieć i szuka winy w sobie. Bo przecież Marcin tak kocha ich Zuzię, że nie zrobiłby krzywdy maluszkowi w jej ciele…

Rodzi się Zosia. Marcin szaleje z radości. Jest naprawdę idealnym ojcem. Zuzia go uwielbia, pomaga Agacie przy dziecku, ale między nimi nie jest dobrze. Coraz częściej się kłócą. Marcin ma ogromne wymagania wobec żony, uważa,że skoro mają dom i dzieci, Agata powinna być zachwycona, nie rozumie, że ona chciałaby pracować, skończyć studia, że ma marzenia. Marcin przestaje być w jej oczach ideałem. Agata jest zmęczona, oczekuje czegoś innego. Poznaje sąsiada, młody, przystojny, docenia ją i szczerze kocha. Uwielbia dziewczynki. Marcin coraz częściej się irytuje, wpada w gniew, wyładowuje swoje emocje na żonie. Używa coraz częściej siły, zarówno nie przebiera w słowach, jak i w sile swoich rąk. Agata coraz częściej ma dosyć. Związek z innym mężczyzną, jest spełnieniem jej marzeń, wie, że jej małżeństwo się sypie, ale nie potrafi odejść. Bo widzi miłość między córkami a ojcem i nie potrafi jej przerwać. Poza tym nikt nie uwierzył, że Marcin jest damskim bokserem. Wina spadłaby na nią, wyrodną żonę, która ma romans, co nie docenia męża, która rozbija rodzinę dla kaprysu, chwilowej miłostki.

Agata staje w rozkroku. Nie wie co ma robić. Nowy związek jest stabilny, ale jaka to stabilność? Spotkania w jego domu, seks, i rozmowy. Nie ma codzienności. Może Agata się boi, że on nie sprosta temu co niesie zwykły dzień? Próbuje ratować związek z Marcinem. Ale czy jest co sklejać?

Marcin kontroluje każdy jej ruch, ma jasne oczekiwania, wspólny obiad, zabawa z dziećmi i wieczór z żoną. Wszystko na jego warunkach. Agata wraca na studia, ale nie może liczyć na pomoc męża. Wręcz przeciwnie. Robi on wszystko by jego żona żałowała tej decyzji. Pewnego dnia po prostu gwałci swoją żonę. Ale potem znów przeprasza, ona ma wyrzuty sumienia za ten romans, więc znów wybacza. Ale w środku czuje ogromną pustkę. On ją tak bardzo skrzywdził, ale dla niej najważniejsze jest to, że on jest dobrym ojcem. Że gwarantuje jej stabilną sytuację finansową, a w ogóle to ona jest winna, bo odkąd ma romans to nie jest dobrą żoną. Postanawia więc skończyć romans i wybaczyć mężowi.

A potem on ją bije. Wszędzie. Katuje ją na oczach dzieci. Przerażonym córkom mówi, że z mamusią się bawi, to tylko wygłupy dorosłych. I w końcu ona nie wytrzymuje, wewnętrzna siła każe jej to wszystko skończyć. Pakuje dzieci i wyprowadza się. Zaczyna nowe życie. Chce rozwodu, i spokoju. Nie chce by jej córki patrzyły na zniekształcony model rodziny, nie chce by nabrały przekonania, że kobieta nie ma praw, a mąż może ją katować i traktować jak śmiecia. Spotkała odpowiednich ludzi na swojej drodze i poczuła moc ludzkiej życzliwości.

I kiedy wszystko zmierzało do szczęśliwego finału mąż nie dał jej rozwodu. Bo ją kocha, podjął terapię, nie można rozbijać rodziny i takie tam. I  on naprawdę się zmienił, stał się wyrozumiały, czuły i wrażliwy. Zaczął terapię. Spędzali z sobą coraz więcej czasu. A ona widząc radość córek z ich wspólnego spędzania czasu gotowa była mu wybaczyć i rozważała kolejną próbę sklejenia rodziny. Tym bardziej, że dziewczynki nie akceptują nowej sytuacji, tęsknią za domem i robią wszystko by scalić rodzinę. Może on naprawdę się zmienił? Może nie będzie jej bił, poniżał i krytykował każdego jej kroku i każdej decyzji? W końcu czego nie robi się dla dzieci?

Ostatecznie do podjęcia radykalnego rozwiązania przekonuje ją teściowa. Jej mąż, a ojciec Marcina był dokładnie taki sam. Prosi synową by dbała o szczęście córek, i nie popełniała jej błędów. Jak każda matka kocha swoje dziecko, ale nie widzi szans na to by mógł się zmienić na tyle, by znów byli szczęśliwą rodziną.

Agata z nowym partnerem zaczyna szczęśliwe życie. Nowy rozdział. Po 10 latach. Tyle czasu zajęło jej przekonanie samej siebie, że da sobie radę. Że ma siłę. Że nie musi godzić się na cierpienie. Że związek powinien wyglądać inaczej. Że ma prawo do szczęścia. Że dobro dzieci jest najważniejsze, że pełna rodzina to skarb, ale nie zawsze da się ją utrzymać. Że spokój, poczucie bezpieczeństwa i godność mogą być i jej udziałem.

Mam nadzieję,że Pani Karolinie się uda poskładać życie na nowo. Tak jak Agacie.

Ścieżka dźwiękowa- Rolling Stones – Ride „Em on down

Jest maj, jest majówka

Skończył się ten wielki weekend, który potocznie zwie się majówką. Rzeczywiście w tym roku był wyjątkowo długi, z tego co zauważyłam wiele naszych współpracowników zrobiło sobie wolne w czwartek i piątek, i miało naprawdę solidne wakacje. Owszem, jeżeli ktoś nie wypuścił się do dalekich krain mógł narzekać na pogodę, ale bądźmy szczerzy, nawet podczas wyjątkowo zimnego maja można fajnie spędzić czas. Trzeba po prostu ciepło się ubrać, zabrać dodatkowy szalik i pewnie termosik z herbatką.

Tegorocznej majówki nie planowałam. Mówiąc szczerze miałam kiepski piątek, byłam pewna, że rozkłada mnie jakaś choroba i nawet się ucieszyłam, że nie mam planów. Przynajmniej nie muszę niczego odwoływać ani żałować. Z takim nastawieniem poszłam spać w piątkowy wieczór i zaczęłam weekend. Długi weekend.

W sobotę nastawienie mi się nie zmieniło. Dalej dokuczał mi ból głowy, zatkany nos i ogólne rozbicie. Zabrałam się więc za nadrabianie domowych zaległości. Akcja porządki, wiosenne, naiwnie liczyłam,że to może przywołać wiosnę. Posprzątałam tam i tu, i jeszcze tu i tam gdzie nikt nie zagląda. Upiekłam ciasto i doznałam olśnienia- spróbuj wziąć podwójną dawkę leku na alergię, a nuż pomoże i nieco mnie ożywi łamane na otrzeźwi. Wzięłam tabletki i poszłam spać.

W niedzielny ranek o mało nie umarłam. Naprawdę miałam wrażenie, że los się na mnie uwziął i o ile niektórzy mają szczęście w miłości, inni w finansach, to ja mam szczęście w nieszczęściu. Co się stało? Okazało się, że nie powinno się brać tabletek tuż przed snem. Co prawda moje tabletki miały wyraźnie napisane, że rozpuszczają się same w buzi,ale to niekoniecznie jest prawda. Moje tabletki nie do końca się rozpuściły, i o mało mnie nie zabiły. Na szczęście nie doszło do zejścia z tego świata. Po ataku duszności z radością odkryłam, że żyję. I z radością odkryłam,że nie mam już tak męczącego kataru. Wzięłam kolejną tabletkę i zaczęłam dzień. Najpierw długi spacer, co z tego,że paskudnie wiało, było słonecznie, radośnie i wiosennie. Tym bardziej,że spacer zakończyłam w Lidlu. W Lidlu tym poczyniłam zapasy amerykańskich lodów, które teraz są tam na stałe |( więc nie wiem po co robiłam zapasy?). Czasem jednak marzenia się spełniają. Jako, że słońce nie zamierzało nas opuszczać ruszyłam na Starówkę. Malinowa herbata, ulubiona kawiarnia, spacer wśród tysięcy turystów. Jak mi tego było trzeba. To była porcja energii, bardzo pozytywnej. W domu zaś bezwstydnie jadłam późną porą lody w łóżku, zajadając je ciastem i popijając cydrem. Czyż życie może być piękniejsze?

Może. W poniedziałek szybka pobudka. Nie ma wylegiwania się w łóżku, co z tego,że majówka, o 6 koniec laby. Trzeba się ogarnąć, porządnie najeść, upiększyć co nieco , wybrać stosowny ciuch-wygodny, ciepły i niebrudzący się. Przygotować wałówkę i w drogę. Dokąd? Ludzie z nad morza jadą nad wodę. Tym razem jednak słone zasoby, zamieniamy na te słodkie, śródlądowe. W niedzielę z powodu braku planu na dzień następny, a także  w powodu mojego uwolnienia od zatkanego nosa wpadłam spontanicznie-podczas spaceru, na pomysł całodniowej wycieczki. Przekonałam rodzinę i w drogę. Ten dzień zaczęliśmy w Ostródzie, a skończyliśmy w Olsztynie. Moim wyborem okazał się rejs po kanale Elbląskim statkiem wycieczkowym. Kontakt z  naturą, zielenią, totalny relaks. Trzygodzinny detoks dla duszy i w zasadzie dla ciała też. Przez trzy godziny można siedzieć i podziwiać widoki. Zero książek, telefonów, cywilizacji. Nic tylko woda i zieleń. Potem Olsztyn, miasto, które bardzo lubię, i które powoli staje się moim majówkowym must have. Spacer, obiad,  chałwowe lody. Do domu wróciłam bardzo, bardzo późno. Ale za to bardzo, bardzo zadowolona.

 

Wtorek zostawiłam sobie bez planu. Bezwstydnie (słowo klucz) wstałam o 6.45 i spokojnie weszłam w ten wolny dzień. Pyszne śniadanie, porcja jogi, prasówka, kubek zielonej herbaty. Jak fajnie nigdzie się nie śpieszyć. Szczególnie jeżeli jest to wtorek. Po śniadaniu uzupełniłam na spokojnie braki w bibliotece, i wróciwszy wyrwałam siostrę z łóżka. Jako, że dzień wcześniej gdzieś pomiędzy rejsem statkiem, a Olsztynem zgubiłam swój szal, musiałam więc kupić nowy. A jako,że niezdecydowana ze mnie bestia siostra miała dokonać ostatecznego wyboru. Spokojny spacer, długie zakupy i dużo słońca – tego mi było trzeba. Mojego humoru nie popsuło nawet to, że sklepowa kasa miała potężną awarię, i dopiero po 30 minutach udało mi się zapłacić za to co wybrałam. I tu się chwalę, pomimo 30 minutowego obchodu po sklepie, do koszyka nie dodałam nic ponad ten szal i wiosenne rajstopy. Brawo ja. Reszta dnia zapowiadała się bardzo leniwie. Tak leniwie, że na obiad zrobiłam jedynie jajka sadzone, z odsmażanym makaronem i marchewką mrożoną. To znaczy jednak ją ugotowałam. Jakoś moment po obiedzie, gdzieś tak koło 16.30 mój brat mówi-wczoraj umówiliśmy się do kina, zbieraj się. Halo,halo, ja i kino? Śmiech na sali, gdzie,kiedy się niby zgodziłam? No mówiłem, że mamy do wyboru 2, 3, albo 4, wybrałaś  drugi maja. Aha, pamiętam. Byłam wtedy otumaniona przez chałwowe lody i w ogóle śpiąca bo było coś przed 22, a my wciąż wracaliśmy do domu. Spojrzałam na brata, a on rzekł- no jak nie chcesz to zrozumiem, nie będzie mi przykro. Mi się zrobiło przykro i zebrałam swoje drobne w kości i w drogę. W tym roku biję kinowy rekord, 5 miesiąc  a ja byłam dwa razy. Dość powiedzieć, że do tego roku, przez ostatnie 5 lat byłam jeden raz. Szaleję jak nigdy. Wypad udał się wyśmienicie. Byłam zachwycona. Tym bardziej,że byliśmy w kinie studyjnym. Małe kino, gdzie przychodzi się na film, a nie do kina. Nie ma popcornu i coli. Nikt nie siorbie, rozmawia, nie ma intymnych randek. Jest za to niezwykła atmosfera, stare fotele i chwilowa wspólnota. Ha, pewnie czekacie na tytuł filmu? A to poczekacie jeszcze. To taki film, o którym muszę powiedzieć nieco więcej. A jak teraz powiem tytuł i zapamiętacie,że byłam zachwycona, to nikt nie przeczyta recenzji i nie dowie się dlaczego. Tak więc drugi maja zakończyłam gdzieś koło 23. A następnego dnia….

18339627_1698268703522653_827901588_o

Następnego dnia znów pobudka wcześnie rano. Co prawda pogoda była kiepska, ale to nie był powód by siedzieć w domu. Spontanicznie postanowiliśmy pojechać na spacer i obiad do…. Torunia. Autostradą to w końcu tylko 90 minut. Na miejscu okazało się,że jest jeszcze zimniej niż u nas. A logika podpowiadała,że im bardziej w głąb lądu tym cieplej, niestety. Było szaro i zimno. Ale co to dla nas? Były pyszny obiad, był długi spacer, były obowiązkowe lody u Lenkiewiczów, poprzedzone kwadransową kolejką i wielkie dylematy-sernikowe, piernikowe czy Oreo? Były dobre nastroje, pozytywne zmęczenie i poczucie,że cały weekend był nadzwyczaj udany.

A potem przyszła męcząca codzienność. Taka codzienność kiedy pogoda dobija i dobija. A praca irytuje. No cóż, nie zawsze ma się długi weekend.

Ścieżka dźwiękowa – Depeche Mode – Love, In Itself

Wspaniały weekend

Pamiętacie hasło sprzed paru tygodni- wszystko mogę, nic nie muszę? Postanowiłam wcielić je w życie jeszcze bardziej. Inspiracji dostarczyło mi spotkanie z Asią, i jej opowieść o spontanicznie podjętej decyzji o spędzeniu weekendu w Mediolanie. Znalazła tanie loty, darmowy nocleg, zrobiła plan zwiedzania i aktualnie spaceruje mediolańskim brukiem. Do jej postawy jeszcze mi sporo brakuje. Ale i ja pokusiłam się o małe szaleństwo. Na moją miarę i moje możliwości.

W poniedziałek, dzień po spotkaniu z |Asią, w pracy poranek zaczął się leniwie. Leniwie więc zaczęłam przeglądać pewien portal, który oferuje atrakcyjne zniżki na różne wyjazdy. Marzyłam o czymś co oderwie mnie od rzeczywistości, totalnie zrelaksuje, pozwoli odpocząć i zapomnieć na moment o codziennej bieganinie i powtarzalności. Szybko znalazłam to czego szukałam. Zadzwoniłam, i wyobraźcie sobie, że na wybrany przeze mnie termin czekał jeden wolny pokój. Tylko jeden. Szybko skonsultowałam się więc z siostrą, ale ona nie była zainteresowana wyjazdem. To znaczy nawet była,ale wybrała wyjazd w inny koniec kraju w celu popracowania nad doktoratem. Ale mojej mamusi dwa razy namawiać nie trzeba było. Do wyjazdu swój akces zgłosił mój brat i tata. O dziwo tatko sam powiedział- Spa? Marzyłem o tym. Dwa kliknięcia, jeden przelew, i czekamy do piątku.

A w piątek, Mazury. Spa na Mazurach.

Z pracy wyszłam 40 minut wcześniej, ostatnie zakupy, pakowanie, obiad w postaci tłustoczwartkowego pączka z wiśnią i w drogę. Miłomłyn, dokąd zmierzaliśmy, leży 120 km od Trójmiasta. To urocza, mała i klimatyczna miejscowość. Maleńka, raczej jak wieś, ale naprawdę urokliwa. Bardzo zielona, i otoczona wodą. Taka typowo mazurska. Wspaniale się po niej spacerowało, tym bardziej,że sobotnia pogoda jak najbardziej dopisała, i mimo mrozu, słońce nie przestawało świecić ani na sekundę.

Chociaż spacer był szalenie udany, to jednak ciężko było opuścić hotel. Czemu ciężko? Bo w ofercie pobytu dla zestresowanych był nieograniczony dostęp do strefy spa. Basen, jacuzzi, sauny, sala gimnastyczna i moje odkrycie ping pong. Na poważnie pokochałam-na powrót, tę grę. Co prawda seriami przegrywałam, ale nie było tak ważne. Najważniejsze było wspaniałe samopoczucie, jakie towarzyszyło mi mimo przegranych partii, a te szły w dziesiątki. Dość łatwo człowiek przyzwyczaja się też do takich przyjemności jak moczenie w jacuzzi i relaks w saunie. Naprawdę mogłabym w ogóle z nich nie wychodzić, tylko leżeć w jacuzzi i patrzeć na las. Miałam wrażenie, że w tej mokrej części spa zostawiłam cały bagaż stresów, napięć i niepokojów ostatnich tygodni. Odżyłam, maksymalnie się zrelaksowałam i poczułam jak nowo narodzona.

Znalazłam też czas na leżenie, czytanie, albo po prostu gapienie się w telewizor na Przyjaciół. To było wspaniale nie musieć gotować, sprzątać i zmywać. Albo wkładać do zmywarki i potem wyjmować z niej naczyń. Jedzenie było wprost przepyszne. Uzależniłam się od ich jajecznicy i porannego twarożku. Dzielnie robię go w domu, ale niestety, jeszcze nie smakuje tak idealnie jak w Miłomłynie. A ich naleśniki, filet z dorsza, i śniadaniowe kiełbaski…  I znów mi cieknie ślinka! I znów robię się głodna. A jak mi żal było tych z salki obok, którzy przyjechali schudnąć parę kilo i jedli tarte marchewki i selery, kiedy mnie kusiło tyle pyszności. Ach, jak bym chciała zejść piętro niżej i nacieszyć oczy bogactwem szwedzkiego stołu. Niestety, dziś śniadanie muszę przygotować sobie sama.

Wracając zrobiliśmy sobie małą wycieczkę. Były mniejsze ( deszczowe) spacery i te nieco większe ( bez deszczu, ale pod wiatr). Było testowanie nowych, ciekawych restauracji i planowanie kolejnych regenerujących weekendów. O ile lubię zwiedzać, poznawać nowe miejsca, to zawsze wydawało mi się, że taki bardzo leniwy weekend, poświęcony samej sobie,szybko mnie zanudzi. Ale wręcz przeciwnie, ja już tęsknię do tych pięknych, jakże leniwych chwil. Gdybym mogła to przynajmniej raz na miesiąc oddawałabym się takim wyjazdowym rozkoszom. W każdym razie przynajmniej dwa razy do roku będę wyjeżdżać na taki wspaniały weekend. Bez wyrzutów sumienia. A do Miłomłyna muszę pojechać cieplejszą porą, gdy będzie zielono, ciepło i jeszcze piękniej.

A na razie karmię się wspomnieniami i energią, pozytywną energią, która wciąż mi towarzyszy.

Ścieżka dźwiękowa- Pink Floyd- TBS9

Serce w promocji

No tak, ja miałam Walentynki daleko w poważaniu. Denerwował mnie ten dzień. Szczególnie pytanie od bliskiej koleżanki, która doskonale zna moje położenie, czy też raczej stan cywilny i wie,że nie mam żadnych przyległości,ale nie,musiała się niby to życzliwie podpytać z kim spędzam popołudnie. Jak usłyszała,że w domu będę odpoczywać uznała,że nie mogę być w domu. Bo taki dzień, taka noc,tylko raz w roku. Muszę iść, byle gdzie, byleby iść i szukać partnera. No dajcie spokój. Ludzie powariowali.

Wracam do domu po okropnie męczącym i irytującym dniu w  pracy. Mimo, że była dopiero 15.30 ja już myślami byłam w piżamie i pod kocem. Bolała mnie głowa, ach te spadki ciśnienia. W pokoju na łóżku znalazłam ptasie mleczko, parę kuchennych gadżetów i książki, z biblioteki, które przyniosła mi siostra. Głupio mi się zrobiło bo ja nie miałam dla niej nic. Nie wiedziałam,że tak się bawimy. Gdybym wiedziała to bym coś miała, a tak lipa. Postanowiłam więc polecieć po jakieś ciasto, jako,że moje niedzielne się skończyło, uznałam,że dobre ciacho to będzie miła niespodzianka. Obeszłam 3 piekarnie, w żadnej nie było normalnego ciasta, same tam serduszka, aniołki, czy kiczowate wyznania I Love You. W końcu się poddałam, weszłam do 4 cukierni i uznałam,że wezmę co będzie. Choćby był to nagi amorek. Były dwa rodzaje słodkości, bezy -serca, albo piernikowe serca. Jako,że piernikowe serducha zawierały w sobie czekoladę, poprosiłam o takie duże, duże serce. Pan za ladą, tak z 60 wiosen powiedział:

-Ale nie może pani go kupić.

Nieco zgłupiałam. Albo nieświeże, albo zarezerwowane. Popatrzyłam nań dziwnie i czekałam na dalsze tłumaczenie. Nie zawiodłam się.

-Pani nie może kupić serca, to mężczyzna powinien je pani podarować. A pani sama w sobie powinna być dla niego prezentem.

Chciało mi się śmiać, bo wyobraziłam sobie siebie ubraną jedynie we wstążkę, jako prezent. A kysz, aż mi się zimno zrobiło, zima, lekki mróz, a pan mi prezentach mówi. Byłam szczera.

-A wie pan,że ja to dla siebie kupuję?

Pan pogłaskał się po lichej brodzie.

-Ja jestem człowiek starej daty, niech pani weźmie to serce. Ode mnie, nie może pani go kupić, musi je pani dziś dostać.

Zrobiło mi się okropnie głupio. Ale mimo wszystko odrobinę miło. Nawet bardziej niż odrobinkę.

Uznałam,że nie mogę wziąć tego wielkiego serca za darmo, ot tak, jako walentynki. Zapłaciłam pół ceny,po długich negocjacjach. Pan starannie zapakował serduszko. I pożyczył smacznego wieczoru.

Był smaczny. To był naprawdę pyszny piernik. Bo miał w sobie czekoladę doprawioną ludzką życzliwością.

294bc0e2cf252fa50d949275ac75d2c3

Ścieżka dźwiękowa-  Dave Matthews Band – Rooftop

Raport

Miałam napisać  to zupełnie inaczej,ale chwilowo wyparowała mi wena, energia, kreatywność, siła i moc. Będzie więc napisane nudno, bez polotu, nijako, i tak zwyczajnie, że aż smutno będzie to czytać.

Siostra jest po operacji. Operacja się udała, chociaż jak to bywa w naszej rodzinie,musiały być problemy. Nie, nie z siostrą. Na szczęście nie. Jakieś dziecko postanowiło się urodzić przez cesarskie cięcie i operacja siostry została przesunięta. Jako, że siostra wybrała szpital powiatowy, 60 km od domu, za to z polecenia, nie mogliśmy być tam podczas zabiegu. Został telefon i liczenie na życzliwość pani po drugiej stronie. A ta na mój telefon, o tym jak udała się operacja powiedziała tylko-są komplikacje, nie było jeszcze zabiegu. I teraz człowiek się zastanawia jakie komplikacje? I zgaduje, i się stresuje i snuje teorie spiskowe. Dzwoni więc jeszcze raz  i dowiaduje się,że nie musi się stresować, bo to po prostu był poród i potrzebowali anestezjologa. Uff, siostrę zabrali na salę. Znów dzwonię, i już po. Rodzicom przekazałam dobre wieści, wszystko się udało, grapefruit wyjęty, 20 szwów zostało w środku. Tak, grapefruit. Bo takiej wielkości był ten guz. Teraz go badają i za 3 tygodnie podadzą ostateczny werdykt.

U siostry byłam dwa razy. Szpital jak szpital, dalej ich nie lubię. Czy tylko ja czuję tam taki specyficzny zapaszek?No dobrze, trochę za bardzo polubiłam taki płyn do dezynfekcji dłoni, genialnie nawilżał skórę, chociaż to sam alkohol. Gdzie takie coś można kupić,bo nosiłabym tę butlę zawsze z sobą i psikała na wirusy? W każdym razie pokój na dwie osoby z łazienką, marne jedzenie,trzeba sobie zamawiać z restauracji,inaczej głodówka, ale za to czysto, a pielęgniarki miłe. Trzymali siostrę cały tydzień, zdjęli szwy i odesłali do domu na rekonwalescencję.

A ta nie idzie jak siostra siostra założyła. Jako,że ja założyłam grypowy obóz,siostra śpi u brata. Od jej powrotu do domu jeszcze jej nie widziałam, czasem tylko słyszę, że nadmiernie się z sobą cacka. Ma chodzić, nie ma chodzić jedynie wtedy kiedy śpi. A ona nie chodzi, tylko leży. Widać zazdrości mi. Jak wstanę to się za nią wezmę na poważnie. Ale jeszcze nie dziś.

Lekarka zdiagnozowała mi piękną grypę. Pocieszyła,że to bardzo ekonomiczna przypadłość, trzeba leżeć i pić. Rzeczywiście , w porównaniu z anginą nie kosztuje mnie więcej niż opakowanie Polopirynki. Wczoraj wieczorem z radością odkryłam,że posiadam jedynie 37.3 stopni gorączki, co po moich 5 dniowych przejściach jest niczym. Najgorszy jest kaszel, ciągły ból głowy i potworne osłabienie, które nie pozwala zrobić coś ponad umycie zębów. Nie, nie, najgorsze jest to co się dzieje z moim apetytem. Normalnie jem 5, a nawet 6 posiłków w ciągu dnia. Teraz po połówce banana z rana spokojnie czekam na obiad, na który zjadam pół łyżeczki krupniku i 2 kęsy mięsa. I jestem taka najedzona…. W sumie mam już 4 kilogramy mniej. Na poważnie myślę by wysłać rodzinę po jakiś syrop dla niejadka… Jeszcze dwa dni i zniknę zupełnie z pola widzenia.

4501d9a96a8c7d64f3b1cb28e8722f66

Ścieżka dźwiękowa- Editors- The phone book

Święta, święta i znów po.

Nie będę nadmiernie oryginalna jeżeli powiem,że po raz kolejny Święta minęły zdecydowanie zbyt szybko. Tak o trzy dnia za szybko. Jak zwykle było za dużo jedzenia, za dużo przygotowań, za mało czasu by wszystkim się nacieszyć. Owszem, świąteczna atmosfera będzie jeszcze unosić się w powietrzu i przypominać te magiczne chwile.

Wigilia zaczęła się jak zwykle-zamieszana. Każdy pędził, każdy się złościł na każdego. Każdy zaczynał być zmęczony i poirytowany. Czy można wpisać nasze wigilijne zamieszanie na listę produktów tradycyjnie towarzyszących Świętom? Pewnie tak. Ale im bliżej godziny zero tym panował większy spokój. Chyba na przekór kiszkom,które grały nam wszystkim niezłego marsza. Niespodziewanie wpadła babcia. Nie została co prawda na całą Wigilię, ale przyszła z opłatkiem i prezentami. Nie mogła też odczepić się od mojej piernikowej krajanki. W pewnym momencie musiałam po prostu zamknąć słój bo zjadłaby chyba wszystko,a  przecież była przed kolacją. Ach ta babcia.

Na właściwą Wigilię poczekaliśmy jednak  nieco. Wszystko przez mamy siostrę, która się spóźniała. Ale dotarła i zachwyciła ją nasza choinka. Dość szybko okazało się,że zachwyciło ją to,że choinka jest dziwnie pochylona w jedną stronę. Ciocia uznała,że to zamierzony efekt. Po krótkich oględzinach okazało się,że nasza choinka postanawia położyć się na stole. W niemal ostatniej chwili postawiona ją do pionu. Krótka zmiana dekoracji i przestała  straszyć upadkiem. A byłoby szkoda,bo choinka wyglądała pięknie. W moim odczuciu oczywiście, a to odczucie jest szalenie subiektywne, bo sama ją stroiłam. Po bardzo udanej kolacji, przyszedł czas na bardzo udane prezenty. W tym roku zdecydowanie rządziły książki. Moje okazały się trafione w 10. A ponoć nie było łatwo odgadnąć jakiej książki Pamuka jeszcze nie przeczytałam. Jak dobrze,że jest Lubimy Czytać. Czy może być piękniejszy wieczór w ciągu roku,niż ten wigilijny? Chyba nie.

Drugi dzień świętowania. Całkowicie nieplanowy. Tłoczny, gwarny, nieco mroźny. Ale jak uroczy. Zwiedzanie szopek. Tradycyjnie, ciągle mnie to cieszy. Chociaż szopki są dokładnie takie same jak rok temu. Widać się starzeję. Tradycyjny spacer po spokojnej Starówce, jakże pustej i jakże uroczej. A potem zupełnie nieplanowane spotkanie rodzinne. To istny świąteczny cud,że moje dwie kuzynki, które na co dzień mieszkają w różnych częściach świata spotkać mogłam jednocześnie. Ogrzani herbatą, poznaliśmy narzeczonego mojej kuzynki. Carlos zaskoczył mnie świetną znajomością polskiego i mojego imienia, które z hiszpańskim akcentem brzmi tak pięknie,że chyba je polubię. No dobra, gdyby Carlos miał brata złamałabym swoje panieńskie śluby. Ale to jedynak. Świąteczny obiad o 21? Deserowy piernik o 23.15? Nie ma problemu, tak to u nas wyglądało.

Poniedziałek to dzień totalnej swobody i luźnego świętowania. Samotny spacer w mżawce. Dużo przeczytanych książek, kolejny raz obejrzałam To właśnie miłość i kolejny raz płakałam ze wzruszenia w wiadomym momencie. Głupia Keira, no głupia. Dzień szwedzkiego stołu, leniwego podjadania i grania w Czarne Historie. Nieskromnie powiem,że mój prezent dla mego brata okazał się prawdziwym hitem. Tę grę polecam każdemu. Nie tylko od święta. W te zaś święta o mało się udało. Udało się uciec od pytań o stan cywilny. Wczoraj, gdzieś tak koło 21 zadzwonił wuj z Litwy do ojca. Składał spóźnione świąteczne życzenia i gratulował zamążpójścia córki. Tata ze smutkiem przyznał,że to córka jego brata wyszła za mąż. Niestety jego córki planów małżeńskich nie posiadają. Ale wiecie co? Wrażenia to na mnie już nie zrobiło. W końcu. Nawet się uśmiechnęłam.

A dziś wracamy do rzeczywistości. Witaj praco.

Ścieżka dźwiękowa-    Pulp- I spy