Jest maj, jest majówka

Skończył się ten wielki weekend, który potocznie zwie się majówką. Rzeczywiście w tym roku był wyjątkowo długi, z tego co zauważyłam wiele naszych współpracowników zrobiło sobie wolne w czwartek i piątek, i miało naprawdę solidne wakacje. Owszem, jeżeli ktoś nie wypuścił się do dalekich krain mógł narzekać na pogodę, ale bądźmy szczerzy, nawet podczas wyjątkowo zimnego maja można fajnie spędzić czas. Trzeba po prostu ciepło się ubrać, zabrać dodatkowy szalik i pewnie termosik z herbatką.

Tegorocznej majówki nie planowałam. Mówiąc szczerze miałam kiepski piątek, byłam pewna, że rozkłada mnie jakaś choroba i nawet się ucieszyłam, że nie mam planów. Przynajmniej nie muszę niczego odwoływać ani żałować. Z takim nastawieniem poszłam spać w piątkowy wieczór i zaczęłam weekend. Długi weekend.

W sobotę nastawienie mi się nie zmieniło. Dalej dokuczał mi ból głowy, zatkany nos i ogólne rozbicie. Zabrałam się więc za nadrabianie domowych zaległości. Akcja porządki, wiosenne, naiwnie liczyłam,że to może przywołać wiosnę. Posprzątałam tam i tu, i jeszcze tu i tam gdzie nikt nie zagląda. Upiekłam ciasto i doznałam olśnienia- spróbuj wziąć podwójną dawkę leku na alergię, a nuż pomoże i nieco mnie ożywi łamane na otrzeźwi. Wzięłam tabletki i poszłam spać.

W niedzielny ranek o mało nie umarłam. Naprawdę miałam wrażenie, że los się na mnie uwziął i o ile niektórzy mają szczęście w miłości, inni w finansach, to ja mam szczęście w nieszczęściu. Co się stało? Okazało się, że nie powinno się brać tabletek tuż przed snem. Co prawda moje tabletki miały wyraźnie napisane, że rozpuszczają się same w buzi,ale to niekoniecznie jest prawda. Moje tabletki nie do końca się rozpuściły, i o mało mnie nie zabiły. Na szczęście nie doszło do zejścia z tego świata. Po ataku duszności z radością odkryłam, że żyję. I z radością odkryłam,że nie mam już tak męczącego kataru. Wzięłam kolejną tabletkę i zaczęłam dzień. Najpierw długi spacer, co z tego,że paskudnie wiało, było słonecznie, radośnie i wiosennie. Tym bardziej,że spacer zakończyłam w Lidlu. W Lidlu tym poczyniłam zapasy amerykańskich lodów, które teraz są tam na stałe |( więc nie wiem po co robiłam zapasy?). Czasem jednak marzenia się spełniają. Jako, że słońce nie zamierzało nas opuszczać ruszyłam na Starówkę. Malinowa herbata, ulubiona kawiarnia, spacer wśród tysięcy turystów. Jak mi tego było trzeba. To była porcja energii, bardzo pozytywnej. W domu zaś bezwstydnie jadłam późną porą lody w łóżku, zajadając je ciastem i popijając cydrem. Czyż życie może być piękniejsze?

Może. W poniedziałek szybka pobudka. Nie ma wylegiwania się w łóżku, co z tego,że majówka, o 6 koniec laby. Trzeba się ogarnąć, porządnie najeść, upiększyć co nieco , wybrać stosowny ciuch-wygodny, ciepły i niebrudzący się. Przygotować wałówkę i w drogę. Dokąd? Ludzie z nad morza jadą nad wodę. Tym razem jednak słone zasoby, zamieniamy na te słodkie, śródlądowe. W niedzielę z powodu braku planu na dzień następny, a także  w powodu mojego uwolnienia od zatkanego nosa wpadłam spontanicznie-podczas spaceru, na pomysł całodniowej wycieczki. Przekonałam rodzinę i w drogę. Ten dzień zaczęliśmy w Ostródzie, a skończyliśmy w Olsztynie. Moim wyborem okazał się rejs po kanale Elbląskim statkiem wycieczkowym. Kontakt z  naturą, zielenią, totalny relaks. Trzygodzinny detoks dla duszy i w zasadzie dla ciała też. Przez trzy godziny można siedzieć i podziwiać widoki. Zero książek, telefonów, cywilizacji. Nic tylko woda i zieleń. Potem Olsztyn, miasto, które bardzo lubię, i które powoli staje się moim majówkowym must have. Spacer, obiad,  chałwowe lody. Do domu wróciłam bardzo, bardzo późno. Ale za to bardzo, bardzo zadowolona.

 

Wtorek zostawiłam sobie bez planu. Bezwstydnie (słowo klucz) wstałam o 6.45 i spokojnie weszłam w ten wolny dzień. Pyszne śniadanie, porcja jogi, prasówka, kubek zielonej herbaty. Jak fajnie nigdzie się nie śpieszyć. Szczególnie jeżeli jest to wtorek. Po śniadaniu uzupełniłam na spokojnie braki w bibliotece, i wróciwszy wyrwałam siostrę z łóżka. Jako, że dzień wcześniej gdzieś pomiędzy rejsem statkiem, a Olsztynem zgubiłam swój szal, musiałam więc kupić nowy. A jako,że niezdecydowana ze mnie bestia siostra miała dokonać ostatecznego wyboru. Spokojny spacer, długie zakupy i dużo słońca – tego mi było trzeba. Mojego humoru nie popsuło nawet to, że sklepowa kasa miała potężną awarię, i dopiero po 30 minutach udało mi się zapłacić za to co wybrałam. I tu się chwalę, pomimo 30 minutowego obchodu po sklepie, do koszyka nie dodałam nic ponad ten szal i wiosenne rajstopy. Brawo ja. Reszta dnia zapowiadała się bardzo leniwie. Tak leniwie, że na obiad zrobiłam jedynie jajka sadzone, z odsmażanym makaronem i marchewką mrożoną. To znaczy jednak ją ugotowałam. Jakoś moment po obiedzie, gdzieś tak koło 16.30 mój brat mówi-wczoraj umówiliśmy się do kina, zbieraj się. Halo,halo, ja i kino? Śmiech na sali, gdzie,kiedy się niby zgodziłam? No mówiłem, że mamy do wyboru 2, 3, albo 4, wybrałaś  drugi maja. Aha, pamiętam. Byłam wtedy otumaniona przez chałwowe lody i w ogóle śpiąca bo było coś przed 22, a my wciąż wracaliśmy do domu. Spojrzałam na brata, a on rzekł- no jak nie chcesz to zrozumiem, nie będzie mi przykro. Mi się zrobiło przykro i zebrałam swoje drobne w kości i w drogę. W tym roku biję kinowy rekord, 5 miesiąc  a ja byłam dwa razy. Dość powiedzieć, że do tego roku, przez ostatnie 5 lat byłam jeden raz. Szaleję jak nigdy. Wypad udał się wyśmienicie. Byłam zachwycona. Tym bardziej,że byliśmy w kinie studyjnym. Małe kino, gdzie przychodzi się na film, a nie do kina. Nie ma popcornu i coli. Nikt nie siorbie, rozmawia, nie ma intymnych randek. Jest za to niezwykła atmosfera, stare fotele i chwilowa wspólnota. Ha, pewnie czekacie na tytuł filmu? A to poczekacie jeszcze. To taki film, o którym muszę powiedzieć nieco więcej. A jak teraz powiem tytuł i zapamiętacie,że byłam zachwycona, to nikt nie przeczyta recenzji i nie dowie się dlaczego. Tak więc drugi maja zakończyłam gdzieś koło 23. A następnego dnia….

18339627_1698268703522653_827901588_o

Następnego dnia znów pobudka wcześnie rano. Co prawda pogoda była kiepska, ale to nie był powód by siedzieć w domu. Spontanicznie postanowiliśmy pojechać na spacer i obiad do…. Torunia. Autostradą to w końcu tylko 90 minut. Na miejscu okazało się,że jest jeszcze zimniej niż u nas. A logika podpowiadała,że im bardziej w głąb lądu tym cieplej, niestety. Było szaro i zimno. Ale co to dla nas? Były pyszny obiad, był długi spacer, były obowiązkowe lody u Lenkiewiczów, poprzedzone kwadransową kolejką i wielkie dylematy-sernikowe, piernikowe czy Oreo? Były dobre nastroje, pozytywne zmęczenie i poczucie,że cały weekend był nadzwyczaj udany.

A potem przyszła męcząca codzienność. Taka codzienność kiedy pogoda dobija i dobija. A praca irytuje. No cóż, nie zawsze ma się długi weekend.

Ścieżka dźwiękowa – Depeche Mode – Love, In Itself

Wspaniały weekend

Pamiętacie hasło sprzed paru tygodni- wszystko mogę, nic nie muszę? Postanowiłam wcielić je w życie jeszcze bardziej. Inspiracji dostarczyło mi spotkanie z Asią, i jej opowieść o spontanicznie podjętej decyzji o spędzeniu weekendu w Mediolanie. Znalazła tanie loty, darmowy nocleg, zrobiła plan zwiedzania i aktualnie spaceruje mediolańskim brukiem. Do jej postawy jeszcze mi sporo brakuje. Ale i ja pokusiłam się o małe szaleństwo. Na moją miarę i moje możliwości.

W poniedziałek, dzień po spotkaniu z |Asią, w pracy poranek zaczął się leniwie. Leniwie więc zaczęłam przeglądać pewien portal, który oferuje atrakcyjne zniżki na różne wyjazdy. Marzyłam o czymś co oderwie mnie od rzeczywistości, totalnie zrelaksuje, pozwoli odpocząć i zapomnieć na moment o codziennej bieganinie i powtarzalności. Szybko znalazłam to czego szukałam. Zadzwoniłam, i wyobraźcie sobie, że na wybrany przeze mnie termin czekał jeden wolny pokój. Tylko jeden. Szybko skonsultowałam się więc z siostrą, ale ona nie była zainteresowana wyjazdem. To znaczy nawet była,ale wybrała wyjazd w inny koniec kraju w celu popracowania nad doktoratem. Ale mojej mamusi dwa razy namawiać nie trzeba było. Do wyjazdu swój akces zgłosił mój brat i tata. O dziwo tatko sam powiedział- Spa? Marzyłem o tym. Dwa kliknięcia, jeden przelew, i czekamy do piątku.

A w piątek, Mazury. Spa na Mazurach.

Z pracy wyszłam 40 minut wcześniej, ostatnie zakupy, pakowanie, obiad w postaci tłustoczwartkowego pączka z wiśnią i w drogę. Miłomłyn, dokąd zmierzaliśmy, leży 120 km od Trójmiasta. To urocza, mała i klimatyczna miejscowość. Maleńka, raczej jak wieś, ale naprawdę urokliwa. Bardzo zielona, i otoczona wodą. Taka typowo mazurska. Wspaniale się po niej spacerowało, tym bardziej,że sobotnia pogoda jak najbardziej dopisała, i mimo mrozu, słońce nie przestawało świecić ani na sekundę.

Chociaż spacer był szalenie udany, to jednak ciężko było opuścić hotel. Czemu ciężko? Bo w ofercie pobytu dla zestresowanych był nieograniczony dostęp do strefy spa. Basen, jacuzzi, sauny, sala gimnastyczna i moje odkrycie ping pong. Na poważnie pokochałam-na powrót, tę grę. Co prawda seriami przegrywałam, ale nie było tak ważne. Najważniejsze było wspaniałe samopoczucie, jakie towarzyszyło mi mimo przegranych partii, a te szły w dziesiątki. Dość łatwo człowiek przyzwyczaja się też do takich przyjemności jak moczenie w jacuzzi i relaks w saunie. Naprawdę mogłabym w ogóle z nich nie wychodzić, tylko leżeć w jacuzzi i patrzeć na las. Miałam wrażenie, że w tej mokrej części spa zostawiłam cały bagaż stresów, napięć i niepokojów ostatnich tygodni. Odżyłam, maksymalnie się zrelaksowałam i poczułam jak nowo narodzona.

Znalazłam też czas na leżenie, czytanie, albo po prostu gapienie się w telewizor na Przyjaciół. To było wspaniale nie musieć gotować, sprzątać i zmywać. Albo wkładać do zmywarki i potem wyjmować z niej naczyń. Jedzenie było wprost przepyszne. Uzależniłam się od ich jajecznicy i porannego twarożku. Dzielnie robię go w domu, ale niestety, jeszcze nie smakuje tak idealnie jak w Miłomłynie. A ich naleśniki, filet z dorsza, i śniadaniowe kiełbaski…  I znów mi cieknie ślinka! I znów robię się głodna. A jak mi żal było tych z salki obok, którzy przyjechali schudnąć parę kilo i jedli tarte marchewki i selery, kiedy mnie kusiło tyle pyszności. Ach, jak bym chciała zejść piętro niżej i nacieszyć oczy bogactwem szwedzkiego stołu. Niestety, dziś śniadanie muszę przygotować sobie sama.

Wracając zrobiliśmy sobie małą wycieczkę. Były mniejsze ( deszczowe) spacery i te nieco większe ( bez deszczu, ale pod wiatr). Było testowanie nowych, ciekawych restauracji i planowanie kolejnych regenerujących weekendów. O ile lubię zwiedzać, poznawać nowe miejsca, to zawsze wydawało mi się, że taki bardzo leniwy weekend, poświęcony samej sobie,szybko mnie zanudzi. Ale wręcz przeciwnie, ja już tęsknię do tych pięknych, jakże leniwych chwil. Gdybym mogła to przynajmniej raz na miesiąc oddawałabym się takim wyjazdowym rozkoszom. W każdym razie przynajmniej dwa razy do roku będę wyjeżdżać na taki wspaniały weekend. Bez wyrzutów sumienia. A do Miłomłyna muszę pojechać cieplejszą porą, gdy będzie zielono, ciepło i jeszcze piękniej.

A na razie karmię się wspomnieniami i energią, pozytywną energią, która wciąż mi towarzyszy.

Ścieżka dźwiękowa- Pink Floyd- TBS9

Serce w promocji

No tak, ja miałam Walentynki daleko w poważaniu. Denerwował mnie ten dzień. Szczególnie pytanie od bliskiej koleżanki, która doskonale zna moje położenie, czy też raczej stan cywilny i wie,że nie mam żadnych przyległości,ale nie,musiała się niby to życzliwie podpytać z kim spędzam popołudnie. Jak usłyszała,że w domu będę odpoczywać uznała,że nie mogę być w domu. Bo taki dzień, taka noc,tylko raz w roku. Muszę iść, byle gdzie, byleby iść i szukać partnera. No dajcie spokój. Ludzie powariowali.

Wracam do domu po okropnie męczącym i irytującym dniu w  pracy. Mimo, że była dopiero 15.30 ja już myślami byłam w piżamie i pod kocem. Bolała mnie głowa, ach te spadki ciśnienia. W pokoju na łóżku znalazłam ptasie mleczko, parę kuchennych gadżetów i książki, z biblioteki, które przyniosła mi siostra. Głupio mi się zrobiło bo ja nie miałam dla niej nic. Nie wiedziałam,że tak się bawimy. Gdybym wiedziała to bym coś miała, a tak lipa. Postanowiłam więc polecieć po jakieś ciasto, jako,że moje niedzielne się skończyło, uznałam,że dobre ciacho to będzie miła niespodzianka. Obeszłam 3 piekarnie, w żadnej nie było normalnego ciasta, same tam serduszka, aniołki, czy kiczowate wyznania I Love You. W końcu się poddałam, weszłam do 4 cukierni i uznałam,że wezmę co będzie. Choćby był to nagi amorek. Były dwa rodzaje słodkości, bezy -serca, albo piernikowe serca. Jako,że piernikowe serducha zawierały w sobie czekoladę, poprosiłam o takie duże, duże serce. Pan za ladą, tak z 60 wiosen powiedział:

-Ale nie może pani go kupić.

Nieco zgłupiałam. Albo nieświeże, albo zarezerwowane. Popatrzyłam nań dziwnie i czekałam na dalsze tłumaczenie. Nie zawiodłam się.

-Pani nie może kupić serca, to mężczyzna powinien je pani podarować. A pani sama w sobie powinna być dla niego prezentem.

Chciało mi się śmiać, bo wyobraziłam sobie siebie ubraną jedynie we wstążkę, jako prezent. A kysz, aż mi się zimno zrobiło, zima, lekki mróz, a pan mi prezentach mówi. Byłam szczera.

-A wie pan,że ja to dla siebie kupuję?

Pan pogłaskał się po lichej brodzie.

-Ja jestem człowiek starej daty, niech pani weźmie to serce. Ode mnie, nie może pani go kupić, musi je pani dziś dostać.

Zrobiło mi się okropnie głupio. Ale mimo wszystko odrobinę miło. Nawet bardziej niż odrobinkę.

Uznałam,że nie mogę wziąć tego wielkiego serca za darmo, ot tak, jako walentynki. Zapłaciłam pół ceny,po długich negocjacjach. Pan starannie zapakował serduszko. I pożyczył smacznego wieczoru.

Był smaczny. To był naprawdę pyszny piernik. Bo miał w sobie czekoladę doprawioną ludzką życzliwością.

294bc0e2cf252fa50d949275ac75d2c3

Ścieżka dźwiękowa-  Dave Matthews Band – Rooftop

Raport

Miałam napisać  to zupełnie inaczej,ale chwilowo wyparowała mi wena, energia, kreatywność, siła i moc. Będzie więc napisane nudno, bez polotu, nijako, i tak zwyczajnie, że aż smutno będzie to czytać.

Siostra jest po operacji. Operacja się udała, chociaż jak to bywa w naszej rodzinie,musiały być problemy. Nie, nie z siostrą. Na szczęście nie. Jakieś dziecko postanowiło się urodzić przez cesarskie cięcie i operacja siostry została przesunięta. Jako, że siostra wybrała szpital powiatowy, 60 km od domu, za to z polecenia, nie mogliśmy być tam podczas zabiegu. Został telefon i liczenie na życzliwość pani po drugiej stronie. A ta na mój telefon, o tym jak udała się operacja powiedziała tylko-są komplikacje, nie było jeszcze zabiegu. I teraz człowiek się zastanawia jakie komplikacje? I zgaduje, i się stresuje i snuje teorie spiskowe. Dzwoni więc jeszcze raz  i dowiaduje się,że nie musi się stresować, bo to po prostu był poród i potrzebowali anestezjologa. Uff, siostrę zabrali na salę. Znów dzwonię, i już po. Rodzicom przekazałam dobre wieści, wszystko się udało, grapefruit wyjęty, 20 szwów zostało w środku. Tak, grapefruit. Bo takiej wielkości był ten guz. Teraz go badają i za 3 tygodnie podadzą ostateczny werdykt.

U siostry byłam dwa razy. Szpital jak szpital, dalej ich nie lubię. Czy tylko ja czuję tam taki specyficzny zapaszek?No dobrze, trochę za bardzo polubiłam taki płyn do dezynfekcji dłoni, genialnie nawilżał skórę, chociaż to sam alkohol. Gdzie takie coś można kupić,bo nosiłabym tę butlę zawsze z sobą i psikała na wirusy? W każdym razie pokój na dwie osoby z łazienką, marne jedzenie,trzeba sobie zamawiać z restauracji,inaczej głodówka, ale za to czysto, a pielęgniarki miłe. Trzymali siostrę cały tydzień, zdjęli szwy i odesłali do domu na rekonwalescencję.

A ta nie idzie jak siostra siostra założyła. Jako,że ja założyłam grypowy obóz,siostra śpi u brata. Od jej powrotu do domu jeszcze jej nie widziałam, czasem tylko słyszę, że nadmiernie się z sobą cacka. Ma chodzić, nie ma chodzić jedynie wtedy kiedy śpi. A ona nie chodzi, tylko leży. Widać zazdrości mi. Jak wstanę to się za nią wezmę na poważnie. Ale jeszcze nie dziś.

Lekarka zdiagnozowała mi piękną grypę. Pocieszyła,że to bardzo ekonomiczna przypadłość, trzeba leżeć i pić. Rzeczywiście , w porównaniu z anginą nie kosztuje mnie więcej niż opakowanie Polopirynki. Wczoraj wieczorem z radością odkryłam,że posiadam jedynie 37.3 stopni gorączki, co po moich 5 dniowych przejściach jest niczym. Najgorszy jest kaszel, ciągły ból głowy i potworne osłabienie, które nie pozwala zrobić coś ponad umycie zębów. Nie, nie, najgorsze jest to co się dzieje z moim apetytem. Normalnie jem 5, a nawet 6 posiłków w ciągu dnia. Teraz po połówce banana z rana spokojnie czekam na obiad, na który zjadam pół łyżeczki krupniku i 2 kęsy mięsa. I jestem taka najedzona…. W sumie mam już 4 kilogramy mniej. Na poważnie myślę by wysłać rodzinę po jakiś syrop dla niejadka… Jeszcze dwa dni i zniknę zupełnie z pola widzenia.

4501d9a96a8c7d64f3b1cb28e8722f66

Ścieżka dźwiękowa- Editors- The phone book

Święta, święta i znów po.

Nie będę nadmiernie oryginalna jeżeli powiem,że po raz kolejny Święta minęły zdecydowanie zbyt szybko. Tak o trzy dnia za szybko. Jak zwykle było za dużo jedzenia, za dużo przygotowań, za mało czasu by wszystkim się nacieszyć. Owszem, świąteczna atmosfera będzie jeszcze unosić się w powietrzu i przypominać te magiczne chwile.

Wigilia zaczęła się jak zwykle-zamieszana. Każdy pędził, każdy się złościł na każdego. Każdy zaczynał być zmęczony i poirytowany. Czy można wpisać nasze wigilijne zamieszanie na listę produktów tradycyjnie towarzyszących Świętom? Pewnie tak. Ale im bliżej godziny zero tym panował większy spokój. Chyba na przekór kiszkom,które grały nam wszystkim niezłego marsza. Niespodziewanie wpadła babcia. Nie została co prawda na całą Wigilię, ale przyszła z opłatkiem i prezentami. Nie mogła też odczepić się od mojej piernikowej krajanki. W pewnym momencie musiałam po prostu zamknąć słój bo zjadłaby chyba wszystko,a  przecież była przed kolacją. Ach ta babcia.

Na właściwą Wigilię poczekaliśmy jednak  nieco. Wszystko przez mamy siostrę, która się spóźniała. Ale dotarła i zachwyciła ją nasza choinka. Dość szybko okazało się,że zachwyciło ją to,że choinka jest dziwnie pochylona w jedną stronę. Ciocia uznała,że to zamierzony efekt. Po krótkich oględzinach okazało się,że nasza choinka postanawia położyć się na stole. W niemal ostatniej chwili postawiona ją do pionu. Krótka zmiana dekoracji i przestała  straszyć upadkiem. A byłoby szkoda,bo choinka wyglądała pięknie. W moim odczuciu oczywiście, a to odczucie jest szalenie subiektywne, bo sama ją stroiłam. Po bardzo udanej kolacji, przyszedł czas na bardzo udane prezenty. W tym roku zdecydowanie rządziły książki. Moje okazały się trafione w 10. A ponoć nie było łatwo odgadnąć jakiej książki Pamuka jeszcze nie przeczytałam. Jak dobrze,że jest Lubimy Czytać. Czy może być piękniejszy wieczór w ciągu roku,niż ten wigilijny? Chyba nie.

Drugi dzień świętowania. Całkowicie nieplanowy. Tłoczny, gwarny, nieco mroźny. Ale jak uroczy. Zwiedzanie szopek. Tradycyjnie, ciągle mnie to cieszy. Chociaż szopki są dokładnie takie same jak rok temu. Widać się starzeję. Tradycyjny spacer po spokojnej Starówce, jakże pustej i jakże uroczej. A potem zupełnie nieplanowane spotkanie rodzinne. To istny świąteczny cud,że moje dwie kuzynki, które na co dzień mieszkają w różnych częściach świata spotkać mogłam jednocześnie. Ogrzani herbatą, poznaliśmy narzeczonego mojej kuzynki. Carlos zaskoczył mnie świetną znajomością polskiego i mojego imienia, które z hiszpańskim akcentem brzmi tak pięknie,że chyba je polubię. No dobra, gdyby Carlos miał brata złamałabym swoje panieńskie śluby. Ale to jedynak. Świąteczny obiad o 21? Deserowy piernik o 23.15? Nie ma problemu, tak to u nas wyglądało.

Poniedziałek to dzień totalnej swobody i luźnego świętowania. Samotny spacer w mżawce. Dużo przeczytanych książek, kolejny raz obejrzałam To właśnie miłość i kolejny raz płakałam ze wzruszenia w wiadomym momencie. Głupia Keira, no głupia. Dzień szwedzkiego stołu, leniwego podjadania i grania w Czarne Historie. Nieskromnie powiem,że mój prezent dla mego brata okazał się prawdziwym hitem. Tę grę polecam każdemu. Nie tylko od święta. W te zaś święta o mało się udało. Udało się uciec od pytań o stan cywilny. Wczoraj, gdzieś tak koło 21 zadzwonił wuj z Litwy do ojca. Składał spóźnione świąteczne życzenia i gratulował zamążpójścia córki. Tata ze smutkiem przyznał,że to córka jego brata wyszła za mąż. Niestety jego córki planów małżeńskich nie posiadają. Ale wiecie co? Wrażenia to na mnie już nie zrobiło. W końcu. Nawet się uśmiechnęłam.

A dziś wracamy do rzeczywistości. Witaj praco.

Ścieżka dźwiękowa-    Pulp- I spy

 

Mój sposób na Święta

Wyjątkowo się cieszę,że moment Święta. Bo te wszystkie proste prace kuchenne i sprzątające zajmują czas i głupich myśli jakby mniej. Mycie kuchennych szafek, układanie wszystkiego na nowo, pakowanie prezentów. Ostatnie zakupy, dają mi dużą ulgę.

Parę lat temu Święta były po prostu przerwą. Od szkoły, od studiów. Musiało minąć parę lat bym na nowo je doceniła. To był dziwny czas. Takie kiedy człowiek wchodzi w wiek, kiedy choinka nie wywołuje takich emocji,jak wtedy gdy miało się 8 lat. Ani ten wiek, kiedy człowiek docenia fakt, że kolejne święta spędza się w tym samym gronie. Ba, ta powtarzalność mi ciążyła. Co roku to samo. Choinka w tym samym miejscu, kolacja o tej samej porze, te same twarze przy stole, te same żarty i ten sam scenariusz wieczoru i następnym dwóch dni.

Zmieniło mi się w głowie wszystko. W tej powtarzalności odnalazłam prawdziwe piękno i radość. Wiem,że wszyscy się pokłócą przy karpiu. Bo skoro jest na stole to jeść go trzeba, a nikt nie chce. Będzie walka o resztki z miski po tuńczykowej sałatce, którą i tak wygra mój brat. Będzie wspólne smażenie uszek i dobre rady taty, które zamiast pomagać irytują. Będzie dekorowanie choinki i fałszowanie przy świątecznym karaoke kolęd. Będzie wieczorne zamieszanie, bo wszyscy głodni, tak głodni,że wyjadają groszek z galarety rybnej, ale mama wciąż niegotowa. Będę ja w roli Mikołajki. Będę rozdawać prezenty i na pewno, jak zwykle będę sypać głupimi żartami. Będzie narzekanie,że wszystkiego jest za dużo. W pierwszy dzień pojedziemy oglądać szopki. Co roku dokładnie te same. Dokładnie tak samo wrócimy głodni i zmarznięci.

Będzie też wielka radość. Bo jesteśmy wszyscy. Ciążyło mi kiedyś,że my wciąż w tym samym gronie. Że innych rodziny są większe, że jest gwarniej, że dzieciaki wnoszą w świąteczny czas masę radości, a u nas dostojnie, poważnie. Ale odkryłam,że to jest piękne. Nie muszę sobie w duchu obiecywać,że za rok „powiększę ” rodzinę o kawalera z życzeń babci. Że za jakiś czas będzie nas więcej. Że będzie fajniej. Głośniej, bardziej brudno, że będzie brakowało krzeseł. U nas jest naprawdę fajnie. Atmosferę tworzymy sami. I wiem,że w naszym małym gronie jest to co najważniejsze w te dni. Wiele, wiele miłości i rodzinnego ciepła.

Pierniki gotowe. Duży piernik już w piecu. Będzie domowy chleb,pieczony na kamieniu. Przede mną pakowanie prezentów. Czy tylko ja zupełnie nie potrafię tego zrobić? Czy tylko ja kolejny raz zapomniałam,że brak mi talentu i zamiast torebek kolejny raz kupiłam zwoje papieru, wstążek, kokardek i naklejek, licząc na to,że obudzę w sobie ducha wielkiej artystki? A potem płaczę patrząc na dzieło swoich dwóch lewych rąk? Przyda mi się dziś i jutro wieczorem aromatyczna i długa kąpiel. Muszę kupić płyn do kąpieli o świątecznym zapachu . To będzie mój prezent dla samej siebie na te ostatnie męczące godziny.

Oczywiście pamiętam o tym co najważniejsze w te Święta. Kolejny raz udało mi się przypadkiem trafić u spowiedzi na szalenie mądrego księdza. Takich dziś ze świecą szukać,ale ja mam dziwne szczęście.

Nie składam jeszcze życzeń. One będą. Nieco później.

0233e72e0c30f71cc69f50e523106109

Ścieżka dźwiękowa- Lady Punk-Zostawcie Titanica 

Próba sił

Kto ma siostrę ten zrozumie, od miłości do nienawiści jest bardzo bliska droga.Szczególnie jeżeli z siostrą dzieli ciebie równe 12 miesięcy i nie zna się życia bez niej.

Nie dało się nas wziąć za bliźniaczki, ja zawsze byłam dwa razy mniejsza, ta cicha, ta nieśmiała, ta spokojniutka, rozważna, zachowawcza. Zawsze byłam w cieniu siostry. Jak mi to przeszkadzało…..

Ciężko być z sobą non stop blisko, kiedy ma się dwa tak odmienne charaktery. Jej bałagan nie tyle nie przeszkadza, co ona go lubi. Chaos to jej przyjaciel. Ja kocham porządek, i niczym Monika z Przyjaciół odkurzałabym odkurzacz. Moja siostra całą sobą tworzy chaos. Złości się gdy sprzątam. Ja się złoszczę gdy ona nie sprząta. Wiele rzeczy nas różni, wiele złości, irytuje, czasami wręcz odrzuca od siebie. Mamy swoje gorsze chwile. Bywało,że biłyśmy się niczym zawodowe zawodniczki MMA. Było ostro, a parę pęków włosów zostało w ręce przegranej. Nie każdy dzień był przykładem książkowej miłości siostry do siostry. Zdecydowanie nie. Ja woda, ona ogień. Ja powietrze, ona ziemia. Ale od miłości do nienawiści droga bardzo krótka. Pięć minut po tym jak się „mordowałyśmy” dzielnie ręka w ręka układałyśmy puzzle, albo bawiłyśmy się Barbie.  Chociaż mogłyśmy się nienawidzić to zawsze, w każdej trudnej sytuacji stałyśmy za sobą murem. I to był mur nie do rozbicia.

Teraz musimy stanąć razem.

Mówiłam,że fajnie,że zaraz Nowy Rok,że to będzie fajny rok. Odwołuję to. Całkowicie to odwołuję.

Nie wiem czy chcę konfrontować się z Nowym Rokiem. Po prostu się go boję. Wiem,że nie będzie taki jakim go chciałam zaplanować. Wiem,wiem, nie można zaplanować nic, choćby o sekundę naprzód. Ale liczyłam,że dobry los ześle mi choć odrobinkę -pozytywnych wiadomości. Pozwoli odetchnąć, nie denerwować na zapas i wejść spokojnym krokiem w Nowy Rok. Ale wiem,że to się nie uda.

2 stycznia. Będzie nerwowo. 3 stycznia. Dzień w którym moje nerwy sięgną zenitu. Potem dwa tygodnie. Czekanie, nerwowość i niepewność.

Do kitu zacznie się ten rok.

Moja siostra. Pisałam już o tym. Jest guz. Jest nowotwór. Będzie operacja. Czekanie na wynik badań. Łagodny, czy złośliwy?

Ponoć to praktycznie nie występuje u tak młodych dziewczyn. Pech. Fatum. Ja się przebadałam. Dwa razy, jest ok. Dwa razy ok. Czemu u mojej siostry nie jest? Czemu jest 5,8 centymetra głupiego nowotworu?

Łagodny, łagodny, łagodny. Powtarzam to jak mantrę i zaklinam rzeczywistość. Może się uda?

 

Ścieżka dźwiękowa- Metallica Whiskey in the Jar