I już tęsknię…

Nie, nie. Znowu nie będzie o tym jak to się zakochałam, poszłam na przecudowną randkę, typu kino na dachu teatru, potem lody, spacer po Starym Mieście a to wszystko zakończone podziwianiem wschodu słońca na plaży. Nie, nie. Nie będzie o tym to jak to tęsknię za weekendową labą, i narzekania, że znów przyszedł poniedziałek. Nie będzie narzekania, że tęsknie za spokojem jaki dawał mi tydzień bez siostry. A teraz wróciła, okropnie chora ( miks zapalenia krtani i zapalenia ucha) i swoim zachowaniem doprowadza mnie do szewskiej pasji. Nie, i jeszcze raz nie.

W piątek było po 23 już. Leżałam od kwadransa w łóżku. Jak na mnie była to już późna pora. Jako człowiek co rano wstaje, a to rano to dla niego 5 rano, powinnam już całkiem smacznie sobie drzemać. A ja dopiero co wzięłam relaksującą kąpiel. Zaszalałam. I kiedy tak próbowałam jednak nadrobić -choć przez chwilę, literackie zaległości, usłyszałam w radiu, że dzisiaj właśnie jest dzień przyjaciela. W zasadzie to już się kończy. Ale pani psycholog w materiale zapytała – czy pamiętaliście państwo dziś o swoich przyjaciołach? Pomyśleliście przez chwilę o nich. Szczerze się uśmiechnęłam.

Ten piątkowy dzień, ściśle rzecz ujmując popołudnie, spędziłam bowiem ze swoją przyjaciółką z podstawówki. Znamy się 22 lata. Szmat czas, aż nie chce mi się w to wierzyć. I wiecie co? Nie widziałyśmy się rok. Dokładnie 14 miesięcy. Mamy ciągły kontakt  przez telefon, maile, wiadomości, ale wiadomo, ona ma masę spraw swoich, ja swoich, ciężko nam zgrać termin. Co się umawiamy, to któraś musi przełożyć i odwołać. I zupełnie przypadkiem spotkałyśmy się właśnie w dzień przyjaciela. Miało być skromnie, szybko, trochę na wariata. Miała być szybka kawa. Zaczęło się jednak od plotek u mnie w domu. Jako, że sok nie zaspokoił naszego apetytu poszłyśmy do knajpy na obiad. Knajpa była na drugim końcu miasta. Szłyśmy i gadałyśmy jak szalone. Zamówiłyśmy to samo, zupełnie nieświadomie. Pasta z pesto i parmezanem. Kiedy dania wylądowały na stoliku przypomniałyśmy sobie, że obie nie lubimy parmezanu. I znów zagadałyśmy się tak, że właścicielka przytulnego bistro musiała nas wyprosić. Po prostu pół godziny temu powinna zamknąć knajpkę, a nam się przecież nigdzie nie śpieszyło. Potem spacer. Dziwna część, trafiliśmy na cmentarz. Spontanicznie moja przyjaciółka mówi – wiesz co chodźmy odwiedzić moją babcię, ona tak ciebie lubiła, na pewno będzie zadowolona, że wpadniemy do niej razem. Szalenie lubiłam jej babcię, ona mnie też. To była taka ciepła i życzliwa mi osoba. Niedawno zmarła, a , że praktycznie wychowywała moją przyjaciółkę były sobie szalenie bliskie i   ona bardzo przeżyła jej odejście. I tak stoimy na cmentarzu, a ona mówi – cześć babcia, przyprowadziłam ci Magdę, twoją trzecią wnuczkę. I chociaż moment był niezbyt radosny, to głowę daję, zrobiło mi się radośnie na sercu.

Wracałyśmy do domu okrężną drogą. Potem siedziałyśmy u mnie na kanapie, piłyśmy zieloną herbatkę i jadłyśmy tosty z masłem orzechowym i czekoladą. Moja przyjaciółka mówi mi – wiesz co , ja muszę przyjaźnić się z tobą do końca życia. Dlaczego? Bo jesteś jedyną osobą, która widziała jak sikam w majtki. I jedyną osobą od której pożyczyłam czyste majtki. Lepiej mieć ciebie po swojej stronie. Mamy prawie 30 lat, śmiejemy się jak te 8 latki na przerwie co grały w gumę i kupowały malinowe żelki po 5 groszy za sztukę. I ta siedzimy i gadamy, i mija nam kolejna godzina. I tak się ciężko rozstać. Ale trzeba.

I tak leżę w tym łóżku i słyszę jak pani psycholog mówi – przyjaźń jest wtedy, kiedy po spotkaniu, często po sporym czasie niewidzenia, tęskni się bardziej niż przed. Bo tyle jeszcze chciałoby się powiedzieć, tyle ważnych spraw omówić i podzielić się swoimi przemyśleniami.

Dokładnie tak się czułam. Zawsze tak mam. Po każdym spotkaniu, czuję ogromny niedosyt. Ale przez ten niedosyt przedziera się takie poczucie więzi. Takiej dziwnej. Bo nie musimy widzieć się często, ale wiemy, że jesteśmy sobie bliskie jak własne siostry. A czasem i bardziej….

d96136e8976e57d1a701b317de9ac530

W sobotę miałam zaś kolejne spotkanie. Tym razem okres niewidzenia się znacznie przekraczał rok. Mojego bardzo bliskiego kuzyna (moja babcia i jego dziadek to rodzeństwo) nie widziałam całe 9 lat. Nie dziwić to powinno, bo urodził się w Kanadzie i przyjeżdżał do kraju na zmianę z braćmi. Ostatnie spotkanie wypadło dokładnie 9 lat temu. Wtedy przyjechał dzieciak. Teraz dorosły facet po studiach. Towarzyszyła mu narzeczona, Kanadyjka o norwesko-belgijsko-irlandzkich korzeniach. Mieliśmy spotkać się na krótko, w końcu oni w Trójmieście byli tylko 5 dni, ale jak weszli to wyszli po ponad 5 godzinach. Chciałabym mieć jego luz, i otwartość. Wydaje mi się, że jednak nie jest to nasza rodzinna cecha, a rzecz nabyta. W każdym razie okazało się , że nie liczy się Ocean i lata rozłąki. Nie mogliśmy się nagadać.

89ae1aededcea51fc7ba3e09dbd19bbe

Tak, to był weekend pełen spotkań, wspomnień i pozytywnych uczuć.

Tęsknię do każdej chwili jaka minęła.

Ścieżka dźwiękowa –  Led Zeppelin – Good Times Bad Times

Matka Polka. Wersja restauracyjna.

Tak,tak to ja. Ta co lubi wkładać kij w mrowisko. Znowu będę poruszać związany z macierzyństwem. I będzie poruszać go ta co nie ma dzieci, i mieć nie będzie. Czyli można powiedzieć, panienka przemądrzała, wymądrza się i krytykuje. Bo się po prostu nie zna.

Trudno. Do podjęcia tego tematu sprowokowała mnie sytuacja sprzed paru dni.

Moja siostra kończyła 30 lat. Z tej okazji udaliśmy się rodzinnie do knajpy celem zjedzenia rodzinnego obiadu i wzniesienia toastu jagodową lemoniadą za szacowną jubilatkę. Dostaliśmy rodzinny stolik, na 5 osób. Wygodnie usiedliśmy, przejrzeliśmy karty, chcieliśmy składać zamówienie, i wtedy obok pojawiła się młoda rodzina z na oko 2,5-3 letnim dzieckiem. Wyglądali miło i bardzo sympatycznie. Zajęli stolik. Dziecko w kurteczce sobie spało. Pomyślałam, że pewnie zasnęło w aucie i rodzicom szkoda szkraba budzić. Mały grzecznie spał. Uroczy widok.

Złożyliśmy zamówienie. Obudził się i mały człowiek. Swoje niezadowolenie z powodu nadmiaru hałasów i obcego miejsca zamanifestował wrzaskiem i płaczem. Zaraz potem zaczął przeraźliwie kasłać. Istnie gruźliczo. Miałam wrażenie, że ma ochotę wypluć płuca. Chłopca nikt nie uspokajał, rodzice przeglądali karty i dyskutowali co wybrać. W końcu jednak wrzask ich obudził. Mama pogładziła loczki synka i rzekła na głos, donośny głos – Kazimierz tak krzyczy, bo mu gorączka spada. Zdrowiejesz synku.

I maluch postanowił chyba ostatecznie rozprawić się z chorobą, bo wpadł w dziki szał. Rodzice dalej wybierali napoje, spokojnie, w końcu Super Niania radziła olewać takie sytuacje. Patrzę na malucha, ma nienaturalnie czerwone policzki i szkliste oczy. Ta gorączka to tak niekoniecznie szybko spada. Nie dziwię się, że płacze i krzyczy. W końcu matka znajduje remedium na boleści maluszka, prowadzi go….

Tak, prowadzi go do kącika zabaw. W tym kąciku 6 dzieci w wieku od roczku do 5 lat bawi się wspaniale. I nagle wchodzi do nich gorączkujący Kazio z zapaleniem oskrzeli – na co wskazywał kaszel. 6 dzieci wyglądało na zdrowych. Mama pokazała Kaziowi zabawki i radośnie wróciła do stolika. Problem z głowy. Można dalej wybierać pyszności z menu. Dziecko okazało się jednak mądrzejsze. Na tym etapie nie chciało palić mostów i czuć na sobie gniew rodziców tych 6 maluchów i wróciło do swojego stolika. Weszło ojcu na kolana i postanowiło być grzeczne. Czyli grzecznie dostawać ataków kaszlu.

Co z tego,że dziecko się dusi. Rodzice zamawiają obiad. I wmuszają w malucha zupę. Mały Kazio apetytu nie ma, ale mama na siłę go karmi. Jak tłumaczy Kaziu musi wziąć antybiotyk. Bo jak nie weźmie niesmacznego syropu,to dostanie zastrzyk. Kaziu się boi i idzie na kompromis, zje sam makaron z zupy, byleby nie dostać zastrzyku. Je, i płacze. I tak non stop. Całą godzinę płakał i krzyczał.

Cały pobyt w restauracji upłynął pod hasłem – mamo do domu. Tak bowiem Kaziu krzyczał całe 1, 5 godziny. Mama w pewnym momencie powiedziała do syna – zaplanowałam sobie obiad i go zjem. A ty się uspokój i dostosuj.

No właśnie, mama zaplanowała sobie miłą i rodzinną niedzielę. Niestety życie z małym dzieckiem jest nieprzewidywalne, dziecko dostało gorączki i zachorowało. Mama nie zmieniła jednak planów. Obiad na mieście najważniejszy. Co z tego, że dziecko cierpi, mama musi się zrelaksować.  I nic jej w tym nie przeszkadzało, nawet gorączka jej dziecka.

Może jestem jakaś dziwna, ale wydaje mi się, że miejsce chorego dziecka z gorączką jest jego pokoju, w łóżeczku, pod kołderką. A nie w restauracji pełnej ludzi, gdzie jest głośno, duszno i nieprzyjaźnie dla chorego dziecka.

Bardzo lubię kiedy rodzice zabierają swoje dzieci w różne miejsca, nie przeszkadza mi to. Nie złoszczę się gdy maluch coś rozleje, zaszaleje, czy zareaguje zbyt entuzjastycznie. Ale nie będę udawać, chore, marudne i zmęczone dziecko powinno zostać w domu. Nie mówię już o komforcie reszty gości z uwagi na hałas, ale przecież w tym lokalu były inne dzieci, które mogą się łatwo zarazić.  To jest koronny argument. Drugi najważniejszy, to dziecko, rodzice, cała rodzina była szalenie zmęczona przez te ciągłe krzyki. Wyjście do restauracji to nie jest wylot na drugi koniec świata, nie trzeba planować tego z półrocznym wyprzedzeniem, śmiało można to przełożyć i wybrać się kiedy dziecko pokona chorobę.

Kiedy ja mam gorączkę leżę po kocem. Często nie mam siły by obejrzeć ze zrozumiem serial, nie w głowie mi wyjścia z domu. Nawet do lekarza, a co dopiero do restauracji.

 

A jakie jest Wasze zdanie. Chore dziecko  i restauracja pełna ludzi ? Za,  a może przeciw?

screamkidrest

Ścieżka dźwiękowa- Leonard Cohen – First we take Manhattan 

Tajemnice czterech ścian

Jakiś czas temu bardzo głośno było o sprawie rodziny pewnego radnego. Radny ten miał wyjątkowo konserwatywne poglądy, i szczycił się katolickimi wartościami. Jego żona pokazała jednak światu, że to tylko fasada, a za tą fasadą po prostu kryje się tyran i kat. Kat, który latami dręczy żonę i dzieci. Dla świata jest idealnym mężem, ojcem i głową rodziny. Dla najbliższych jest źródłem lęku, gniewu i strachu. Kiedy wyszły na jaw przerażające taśmy nagrane podczas kłótni, wielu z nas zadawało sobie pytanie – dlaczego latami można godzić się na coś takiego? Czemu po pierwszym podniesieniu ręki nie pakuje się dzieci, nie trzaska drzwiami i mówi do widzenia? Czemu nie zaczyna nowego życia, nie bierze rozwodu i wymazuje z pamięci największej pomyłki jaką był chory związek? Dlaczego zarówno Pani Karolina jak i inne kobiety latami godzą się być ofiarami?

Nie powiem, łatwo jest powiedzieć, że ja na jej miejscu od razu zadzwoniłabym na policję i kopnęła faceta w cztery litery. Ale pewnie większość z nas nie jest i nie była na miejscu pokrzywdzonej osoby. Sama zastanawiałam się  dlaczego inteligentna kobieta nie ma w sobie tyle odwagi by przerwać spiralę przemocy? Zastanawiałam się dlaczego nikt jej nie pomógł? Czytałam wywiad z Panią Karoliną i szczerze jej współczułam. Ale jeszcze nie do końca rozumiałam.

Przypadkiem na moim czytniku znalazła się książka Dlatego mnie kochasz. Książka, która opowiada właśnie o toksycznym związku, chociaż idealnym z zewnątrz.

4d8265d6cf0b793a4bd37fd4c12c5490

Agata miała kilkanaście lat jak poznała Marcina, licealna miłość. Owszem, może i nieco szczeniacka, i naiwna, ale jak silna. Oni od początku wiedzieli, że są dla siebie stworzeni. Te mityczne połówki pomarańczy czy też jabłka. Jest im dobrze, są randki,odkrywanie siebie, wspólne wakacje, coraz większe plany,ale odległe. Najpierw matura, potem studia, praca itp. Ale jej rodzina nalega na sformalizowanie związku, bo nie wypada tak chodzić z sobą bez poważnych deklaracji. Marcin powinien kupić skromny pierścionek, i bukiet róż, paść na kolana i błagać Agatę by została jego żoną na wieki wieków. A potem powinien odbyć się skromny,ale piękny ślub i żyli długo i szczęśliwie. Matka Agaty była praktyczna i bardzo tradycyjna. Były więc zaręczyny, był i ślub. Oboje jeszcze studiowali, byli młodzi, biedni, mieli tylko miłość. Czy przed ślubem coś wskazywało, że będzie im razem źle? Czasem się kłócili, czasem Marcin był obrażalski, denerwował się bez powodu, był wymagający, a raz zażądał zbyt wiele, co tam zażądał on wziął siłą to co chciał. Ale przeprosił. A ona uznała, że skoro czuje się winny i przyszedł skruszony to nie ma tematu.

Był więc ślub. I piękne zdjęcia. I dorosłe życie. Marcin wiele decyzji podejmował sam. Uważał,że tak właśnie robi, czy też powinien robić prawdziwy facet. Jego rodzice byli rozwiedzeni, więc Agata uważała, że Marcin po prostu bardzo się stara. A, że czasem bywa nadgorliwy, że stara się za bardzo i źle znosi krytykę to nic złego. W końcu ma na względzie dobro ich rodziny. Rodziny powiększającej się, bo po ślubie dość szybko pojawiła się Zuzia. Agata musiała przerwać studia, zająć się małą i jeszcze budową domu. Wszystko zrzucił na jej barki mąż, musiał pracować na to wszystko, było jej ciężko, ale czuła dumę. Dała radę.

Nowy dom, piękna okolica, las, idealne miejsce dla młodej i kochającej się rodziny. Bajka i sielanka. Młody, przystojny mąż, który zbudował żonie dom, kocha córkę, ba jest w niej zakochany, no ideał po prostu. Wzór męża.

Poważne problemy zaczynają się gdy Marcin ogłasza,że nie chce więcej dzieci. Zakochany jest w Zuzi,ale uważa,że jedna córka im starczy. Agata jest zła, że to on podejmuje taką decyzję. Kiedyś ustalili,że marzy im się duża rodzina, a teraz on uznaje,że mają jedno i starczy. Agata jest rozczarowana. A potem przerażona, bo odkrywa, że jest w drugiej ciąży. Zosia ma niespełna półtotrej roku, ona wciąż nie wróciła na studia, a tutaj kolejne dziecko. Boi się reakcji męża, więc postanawia ukrywać ten fakt przed mężem. Zamiast wspólnie dzielić radość i obawy, ona musi trzymać tajemnicę w sobie i nabrać odwagi do konfrontacji.

bf81e0189638609d1768fca1b594de42

W końcu przychodzi taki moment, że nie można dłużej udawać, Agata mówi mężowi, jej zdaniem radosną nowinę. On się nie cieszy, przecież ogłosił- więcej dzieci nie chce. Wtedy bije ją po raz pierwszy. Kobietę w ciąży, matkę swojego dziecka. Tradycyjnie w takich sytuacjach winna jest kobieta, powinna wiedzieć co i jak robić by dziecka nie było, a skoro będzie to jej problem i jej wina. Agata jest zaskoczona, zdruzgotana i przerażona. Boi się o siebie, Zuzię i nienarodzone dziecko. Ale Marcin przeprasza, godzi się z tym,że po raz drugi będzie tatą. Kupuje bukiet kwiatów i przeprasza. I snuje wizje idealnej rodziny. Agata mu wierzy. W końcu miał prawo ją uderzyć, wyraźnie mówił,że nie chce dziecka. Może naprawdę ta ciąża to tak mu na złość? Godzi się z tym co zrobił, postanawia zapomnieć i szuka winy w sobie. Bo przecież Marcin tak kocha ich Zuzię, że nie zrobiłby krzywdy maluszkowi w jej ciele…

Rodzi się Zosia. Marcin szaleje z radości. Jest naprawdę idealnym ojcem. Zuzia go uwielbia, pomaga Agacie przy dziecku, ale między nimi nie jest dobrze. Coraz częściej się kłócą. Marcin ma ogromne wymagania wobec żony, uważa,że skoro mają dom i dzieci, Agata powinna być zachwycona, nie rozumie, że ona chciałaby pracować, skończyć studia, że ma marzenia. Marcin przestaje być w jej oczach ideałem. Agata jest zmęczona, oczekuje czegoś innego. Poznaje sąsiada, młody, przystojny, docenia ją i szczerze kocha. Uwielbia dziewczynki. Marcin coraz częściej się irytuje, wpada w gniew, wyładowuje swoje emocje na żonie. Używa coraz częściej siły, zarówno nie przebiera w słowach, jak i w sile swoich rąk. Agata coraz częściej ma dosyć. Związek z innym mężczyzną, jest spełnieniem jej marzeń, wie, że jej małżeństwo się sypie, ale nie potrafi odejść. Bo widzi miłość między córkami a ojcem i nie potrafi jej przerwać. Poza tym nikt nie uwierzył, że Marcin jest damskim bokserem. Wina spadłaby na nią, wyrodną żonę, która ma romans, co nie docenia męża, która rozbija rodzinę dla kaprysu, chwilowej miłostki.

Agata staje w rozkroku. Nie wie co ma robić. Nowy związek jest stabilny, ale jaka to stabilność? Spotkania w jego domu, seks, i rozmowy. Nie ma codzienności. Może Agata się boi, że on nie sprosta temu co niesie zwykły dzień? Próbuje ratować związek z Marcinem. Ale czy jest co sklejać?

Marcin kontroluje każdy jej ruch, ma jasne oczekiwania, wspólny obiad, zabawa z dziećmi i wieczór z żoną. Wszystko na jego warunkach. Agata wraca na studia, ale nie może liczyć na pomoc męża. Wręcz przeciwnie. Robi on wszystko by jego żona żałowała tej decyzji. Pewnego dnia po prostu gwałci swoją żonę. Ale potem znów przeprasza, ona ma wyrzuty sumienia za ten romans, więc znów wybacza. Ale w środku czuje ogromną pustkę. On ją tak bardzo skrzywdził, ale dla niej najważniejsze jest to, że on jest dobrym ojcem. Że gwarantuje jej stabilną sytuację finansową, a w ogóle to ona jest winna, bo odkąd ma romans to nie jest dobrą żoną. Postanawia więc skończyć romans i wybaczyć mężowi.

A potem on ją bije. Wszędzie. Katuje ją na oczach dzieci. Przerażonym córkom mówi, że z mamusią się bawi, to tylko wygłupy dorosłych. I w końcu ona nie wytrzymuje, wewnętrzna siła każe jej to wszystko skończyć. Pakuje dzieci i wyprowadza się. Zaczyna nowe życie. Chce rozwodu, i spokoju. Nie chce by jej córki patrzyły na zniekształcony model rodziny, nie chce by nabrały przekonania, że kobieta nie ma praw, a mąż może ją katować i traktować jak śmiecia. Spotkała odpowiednich ludzi na swojej drodze i poczuła moc ludzkiej życzliwości.

I kiedy wszystko zmierzało do szczęśliwego finału mąż nie dał jej rozwodu. Bo ją kocha, podjął terapię, nie można rozbijać rodziny i takie tam. I  on naprawdę się zmienił, stał się wyrozumiały, czuły i wrażliwy. Zaczął terapię. Spędzali z sobą coraz więcej czasu. A ona widząc radość córek z ich wspólnego spędzania czasu gotowa była mu wybaczyć i rozważała kolejną próbę sklejenia rodziny. Tym bardziej, że dziewczynki nie akceptują nowej sytuacji, tęsknią za domem i robią wszystko by scalić rodzinę. Może on naprawdę się zmienił? Może nie będzie jej bił, poniżał i krytykował każdego jej kroku i każdej decyzji? W końcu czego nie robi się dla dzieci?

Ostatecznie do podjęcia radykalnego rozwiązania przekonuje ją teściowa. Jej mąż, a ojciec Marcina był dokładnie taki sam. Prosi synową by dbała o szczęście córek, i nie popełniała jej błędów. Jak każda matka kocha swoje dziecko, ale nie widzi szans na to by mógł się zmienić na tyle, by znów byli szczęśliwą rodziną.

Agata z nowym partnerem zaczyna szczęśliwe życie. Nowy rozdział. Po 10 latach. Tyle czasu zajęło jej przekonanie samej siebie, że da sobie radę. Że ma siłę. Że nie musi godzić się na cierpienie. Że związek powinien wyglądać inaczej. Że ma prawo do szczęścia. Że dobro dzieci jest najważniejsze, że pełna rodzina to skarb, ale nie zawsze da się ją utrzymać. Że spokój, poczucie bezpieczeństwa i godność mogą być i jej udziałem.

Mam nadzieję,że Pani Karolinie się uda poskładać życie na nowo. Tak jak Agacie.

Ścieżka dźwiękowa- Rolling Stones – Ride „Em on down

Ale to już było…

Choć w papierach lat przybyło to naprawdę,
Wciąż jesteśmy tacy sami…..

Tak. 10 lat temu kończyłam liceum. Matura. Kwitły kasztany i bzy. Pachniało wiosną, a my młodzi, eleganccy i przerażeni. Staliśmy pod salami i czekaliśmy na wejście na egzamin. Do ostatniej chwili powtarzaliśmy ważne daty i słówka. Głowy mieliśmy pełne marzeń o dorosłości. Czy myśleliśmy o tym co będzie za 10 lat? 10 lat to wtedy była wieczność. Coś tak odległego, tak dalekiego, że nie warto było tym  zaprzątać sobie głowy. Liczyło się tu i teraz. Matura, potem najdłuższe wakacje życia. Co z tego, że czekała nas rekrutacja na studia, trudne wybory, gorzkie rozczarowania i  może wielka radość? Nie patrzyliśmy, nie myśleliśmy o tym. Głowy pełne marzeń, serca pełne nadziei….

Kiedy patrzę hen za siebie
W tamte lata co minęły
Kiedy myślę co przegrałam
A co diabli wzięli
Co straciłam z własnej woli
A co przeciw sobie
Co wyliczę to wyliczę
Ale zawsze wtedy powiem,
Że najbardziej mi żal…

10 lat temu wyobrażałam sobie takie spotkanie po maturze. Z portfela wyjmę dwa zdjęcia, nie, wróć, trzy. Dwa będą przedstawiać moją uroczą dwójkę dzieci, synek lat 4,5 i córeczka, roczna panienka, która właśnie zaczęła chodzić. Trzecie zdjęcie będzie przedstawiać niezwykle przystojnego męża. Będę opowiadać o moich dzieciach, mojej małej kawiarence, budowie domu z ogrodem i ogólnie, o radosnym życiu. Owszem, mówiłabym,że czasem kłócę się z mężem o muzykę, a synek jest alergikiem i nie wiem gdzie wyjechać na wakacje….

Och, jaka byłam naiwna. Jaka beznadziejna była ze mnie optymistka. Jaka głupia byłam. Ot, nastolatka co ma w głowie wyłącznie  różową watę cukrową.

Wczoraj było spotkanie pod hasłem – 10 lat po maturze.

Wybrałam makijaż, lekki fiolet, w zasadzie to kombinacja trzech odcieni. Wybrałam przepiękną sukienkę, moja mama w kółko chodziła i mówiła- moja piękna córeczka. Siostra szczękę zbierała z podłogi- ależ ty masz figurę. Brat nie mógł wyjść z podziwu – ależ mam uroczą siostrę. Pomalowałam paznokcie, lekki,letni błękit z nutą pieprzu. Wybrałam perfumy, bergamotka, róża, piwonia, piżmo i cedrowe drzewo. Zabójczo piękna mieszanka. Wskoczyłam przekornie w granatowe trampki, co by było bardziej na luzie. Usta podkreśliłam matową szminką o idealnej trwałości. Spojrzałam w lustro i…..

Ale to już było i nie wróci więcej

I choć tyle się zdarzyło to do przodu
Wciąż wyrywa głupie serce.

W liceum byłam taką szarą niewidzialną myszką. Zawsze pomocna, uśmiechnięta. Niezwykle cicha, do bólu spokoju, zwyczajna, nudna. Książki, rockowa muzyka , ambitne filmy. Precyzja. Idealnie zdana matura, potem studia. Plany. Nie rozpraszały mnie imprezy, koledzy, latanie po sklepach. Wagary, papierosy, alkohol? Nigdy. Nawet na studniówce zabrakło dla mnie lampki szampana. Przypadek? Wątpię. Lubiłam swoją klasę. Ale pojedynczo. To znaczy na forum klasy nie istniałam. Ale podczas prywatnych rozmów każdy się dziwił – ty jesteś tą samą cichą Madzią? Nie wierzę. Typowy bliźniak, dwie natury i te sprawy.

 

Tyle spraw już mam za sobą.
Coraz bliżej jesień płowa
Już tak wiele przeszło obok
Już jest co żałować
Małym rzeczom zostajemy
W pamiętaniu wierni
Zamiast serca noszę chyba
Odpustowy piernik…

Spotkanie. Restauracja, wychowawca, obecność potwierdziło 18 osób. W ciągu dnia liczba chętnych się zmieniała, zmniejszała. Nie wiedziałam co robić, iść czy nie ma sensu? Odpadały fajne i bliskie mi wtedy osoby. Ostatecznie przyszło 6 osób. Tak zwana grupa wzajemnej adoracji. Najbardziej imprezowi.Nie moja bajka. Bawili się ponoć świetnie. Beze mnie. Do knajpy poszłam, ale na imprezę nie trafiłam. Wszyscy byli w jeansach. Podpici już o 20, opowiadali sprośne historie. Zupełnie jak w liceum. Z uśmiechem zamknęłam drzwi. Nikt mnie nie widział. Wolę zostawić w głowie inne wspomnienia i tyle.

Może kiedyś. Za kolejne 10 lat…..?

d976e292154ba0ef910e2095cc8b6b22

 

 

Ścieżka dźwiękowa- King Dude- Be free

Mały człowiek. Wielka siła.

Co się tak krzywisz? To najlepsza kawa na całej Pradze – Turek! Zawiera domieszkę kawy naturalnej, jęczmień palony, ekstrakty smakowe i… tak dalej…..

Na wstępie cytat z pewnego serialu. Serialu, który ma ścisły związek z tym co dalej.

Zmiennicy.

W ubiegłą sobotę poszłam na ważne dla mnie spotkanie. W bibliotece odbyło się spotkanie z panią Ewą Błaszczyk.

Zna ją chyba każdy.  Z jedną strony jako aktorkę. Z drugiej jako matkę walczącą o zdrowie córki. Jako nieustępliwą obrończynię swojego dziecka. Kobietę po wielu przejściach. Bardzo silną osobę. Silną, zaklętą w drobnym ciele.

Powiem szczerze, że spotkanie z Nią zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Bo bądźmy szczerze ilość nieszczęść jakie spadły na jej barki, spokojnie mogłoby przypaść w udziale kilku rodzinom, a i tak miałyby prawo narzekać na swój los. Co mnie uderzyło, to to, że Ewa Błaszczyk nie narzekała, nie mówiła,że los ją niesprawiedliwie potraktował. Opowiadała o swoim życiu bez nadmiernego epatowania smutkiem i wzbudzaniem litości. Popatrzcie, jestem smutną wdową z córką, która tyle lat leży w śpiączce, macie mi współczuć i wzruszać się na każde moje słowo.

Owszem,  wszyscy na spotkaniu się wzruszali. Bo pewnie przypominali sobie trudne, smutne, często dramatyczne momenty w życiu, ale i swoją postawę, reakcję, myśli i emocje. I pewnie pamiętali też, że podobne emocje towarzyszą nam na co dzień. Ot, zaspałam, spóźniłam się na autobus, poleciało mi oczko w rajstopach, mąż krzywo spojrzał, dziecko się guzdrze, pies chce iść na spacer a tu pada, szef coś odburknął, a pani w mięsnym nie dała mi ładniejszego kawałka schabu. No istna tragedia, czarna rozpacz, dno, kaplica. Koniec świata. Nic tylko skoczyć z mostu, albo z balkonu.

Tymczasem Ewa Błyszczyk swój dramat przełożyła w działanie. Nie skupiła się tylko na sobie i swoim cierpieniu, ale i na pomocy innym. Bo nie od dziś wiadomo, że stagnacja tylko pogłębia gorszy nastrój. Trzeba działać, mieć cel, otrzepać zabrudzone kolana i ruszyć do przodu.

Podziw. Podziwiam jej odwagę. Energię. Życiową pasję. Optymizm. Radość z życia. Wiarę. Siłę.

Po tym spotkaniu postanowiłam sobie, że będę mniej narzekać. Wiem, że nie zawsze mi to będzie wychodziło. I czasem dla zdrowia trzeba. Ale postaram się przynajmniej nie wymyślić powodów do narzekania. I postaram się by patrząc dookoła widzieć więcej jasnych barw. I bardziej doceniać życie. Tak po prostu.

I z takim nastawieniem zostawiam Was na początek weekendu. Pozytywnego weekendu.

Nie to,że się chwalę, ale po dwóch dnia majowej zimy mamy piękną wiosnę od rana. Czapka leży w domu. A na nogach mam trampki. W końcu pachnie majem. I tym szalonym bzem.

P.S. Jutro mam dziesięciolecie matury. Nie wiem jak się ubrać na takie spotkanie w restauracji. Pomocy.

bc582aszczyk

Ścieżka dźwiękowa- Arctic Monkeys – I Bet You Look Good On The Dancefloor

Nowa miłość na wiosnę

Tak, zdarza się. Ludzie wiosną ponoć częściej się zakochują. Nie wiem, czy to zapach kwitnących kwiatów, czy to efekt nieśmiałego słońca, kusząco odsłoniętych kostek, albo po prostu efekt komercyjnego przekazu- jest wiosna, pokochaj innych.

Rady tej posłuchała pewna dama. Ciemne włosy, szczupła, chyba sympatyczna. Uśmiechnięta. Randka. Wiosenny płaszczyk, co z tego,że pogoda nieciekawa, rozgrzewa ją myśl, że zaraz spotka tego, którego chciałaby nazwać tym jedynym. Delikatny makijaż, dziewczęca fryzura, odrobina ulubionych perfum. Knajpka, spacer, kino? Niespodzianka, po prostu niespodzianka. Musi być więc gotową na wszystko. Czuje motyle w brzuchu i lekkie podenerwowanie. Kwitną magnolie, i jest tak pięknie. I to zakochanie. Akurat na wiosnę. Nie ma to tamto. Poszczęściło się jej.

Jest i on. Brunet, wysoki, pewny siebie. On chyba wierzy w prognozy bo przywdział zimową kurtkę. Spryciarz. Taki seksowny trzydniowy zarost. . Ach, jest pięknie. Jej  różowy płaszczyk. Róż w sercu.

Wiosna wiosna w koło. Zakwitły bzy….

Śpiewa skowronek nad nami,
Drzewa strzeliły pąkami,
Wszystko kwitnie w koło, i ja, i Ty.

7ea5bddfc6b52890b2165009cd716806

No pewnie, że kwitną. Zakochani jak nic. No ok, może to jeszcze nie wielka miłość, może nawet nie zakochanie, może zauroczenie? Ależ to nieważne. Najważniejsze, że znów jest wiosna, bzy, ptaszki śpiewają, pąki strzelają, a oni zdecydowanie mają się ku sobie!

Gdy samotnej zimy masz już całkiem dość
Czekasz aż nadejdzie nowy maj, hej, hej, hej!
Przyjdzie z nim ktoś inny, całkiem inny ktoś
I znowu wszystko jest naj….

818078103457532506e9757b9659035e

Tak, po długich miesiącach w końcu zaświeciło słoneczko. Po zimie w sercu i takiej na ulicy przyszedł piękny czas. Idą, nieśmiało rozmawiają, ot takie banały, jak minął tydzień? Napoleonka czy kremówka? Kawa czy herbata? Disco polo czy  polski rap? Och ja miło gubić się w gąszczu pytań, czuć zmieszanie i lekkie podenerwowanie – lubi kawę? Nie, chyba herbatę? Sama już nie wie co ma powiedzieć. Ale wiecie co? Pewnie w ogóle jej to nie przeszkadza.

To był maj,
pachniała Saska Kępa
szalonym, zielonym bzem.
To był maj,
gotowa była ta sukienka
i noc się stawała dniem.

7d7ebe0dbaef632b579c67fec07335d6

Tak, maj, wiosna, wszystko pachnie bzem. Pachnie jak szalone. Czy to była Saska Kępa? Nie, nie była. Ale co z tego, że nie była? Majem pachnie nie tylko na Saskiej. Sukienka? Nie, ona miała spodnie. Na sukienkę było nieco za zimno. Sukienka będzie na później. W kwiatki, może w bzy? A może cała w bieli? No cóż, dziewczyny tak mają, pierwsze randki, a one już wybierają białe sukienki, koronki, treny, satyna czy tafta, a może muślin? Kościół czy urząd? Wesele na 100 par, czy skromnie dla najbliższych? Parka czy trójka dzieci? Rysiu czy Grześ? A może Hania bądź Weronika? Ach, ten szalony maj, co pachnie bzem…

Piękny dzień, naprawdę piękny dzień
Wiosna tuż, pachnie w krąg majem
Chyba ktoś zawołał imię jej
Może tak tylko się zdaje….

5cfe92cc262d2d60120736627d399cb1

I tak idą, idą. I jest pięknie. W ręku mają kubki z jaśminową herbatą na wynos . W zasadzie nie wiedzą gdzie idą. Chyba mieli jakieś plany,ale one już są nieważne. Nie idą do kina, do kawiarni, galerii, teatru itp. Skoro jest tak piękny dzień, pachnie już majem. A za każdym razem kiedy on mówi jej imię ona czuje się wspaniale. Tak miło, wyjątkowo. Tak, zdecydowanie czuje się jak jedyna dziewczyna na świecie. Chwilo trwaj. Nie znikaj.

I znowu wiosna wiosna wiosna wokół nas!
I znowu wiosną wiosną najlepiej tracę czas!

0b4b88a68d9066ab37c6cde33315e7a7

Tak, tracą czas. Nie, że tracą go w swoim towarzystwie. Nie, oni po prostu spacerują tak bez celu i po prostu cieszą wiosną i swoją obecnością. Pewnie po cichu liczą na jakieś dalsze spotkania. Układają w głowie plan wiosennego marnowania czasu. Oczywiście we dwoje. Bo wiosna, bo bzy, bo powietrze przesycone jest szaleństwem i buzującymi hormonami. I co z tego,że czasy gimnazjalno-licealne mają już dawno za sobą. Są piękni, prawie trzydziestoletni i tak pięknie tracą czas.

Nie wiem co będzie dalej. Pewne jest to, że po maju, przyjdzie czerwiec. Co z naszą wiosenną parą?

Sama nie wiem. Ale będę na bieżąco informować.

Jak tylko czegoś się dowiem dam znać.

Jak tylko przeczytam więcej o tej parze.

Tak przeczytam. Nie….

Nie mówcie, żeście myśleli, że to o mnie?

No, kto tak pomyślał?

Nie, naprawdę?

Ok, to tylko zbiór majowych piosenek ( Zbyszku tym razem specjalnie dla Ciebie same polskie utwory) inspirowane miłosnym spacerem pewnej pary. W pewnym brukowcu znalazłam bowiem  ekskluzywną relację z randki niejakiej Klaudii H. z nie wiem kim. Napisali, że to nowa miłość. Także tego, zainspirowałam się, i poczyniłam taki wiosenny wpis. Muzyczno-rozrywkowo-wiosenny. Tak na przywołanie wiosny, na przekór, wyczekując majowych dni, chcąc wyprosić czapkę i szalik.

Bo wiecie u mnie to będzie…

Wyjątkowo zimny maj

Zimny kraj, zimny maj …

dc8174f9e8b59dd1bbf4aefb63ad5266

Wiecie alergia w natarciu.

Ścieżka dźwiękowa- New Order – Angel Dust

Spotkanie

Możemy zaklinać rzeczywistość. Obiecywać sobie dobry humor mimo wszystko. Cudowne dni i to, że nic nie wyprowadzi nas z równowagi. To, że każdy dzień będzie wyjątkowy i w ogóle, że to my decydujemy o tym jakie będzie nasze życie i nasze dni. I to my decydujemy czy będzie pięknie, czy nijako i szaro. I takie tam bzdety.

Ale bywa tak, że nie możesz spać. Budzisz się o 4 nad ranem bo sąsiad wyprowadza psa na spacer. I ten pies okropnie szczeka. I z całego domu budzisz się tylko ty. Wiercisz się, miotasz w lewo i prawo. Z boku na bok. Z przodu na tył i z powrotem. Irytuje ciebie każdy dźwięk wskazówki zegara. Irytuje świadomość, że mijają cenne minuty, a tyś wybity ze snu ani myślisz wrócić do krainy błogiego spokoju. Sąsiad wrócił ze spaceru. Minuty mijają i mijają i mijają…. Zegar wybija piątą rano. Bierzesz do ręki książkę i wyłączasz budzik. Bo skoro nie śpisz to po co ci on? Więc bierzesz książkę, wyłączasz budzik i ….

Budzisz się 90 minut później. Urywany sen nie przyniósł za wiele relaksu. A o relaksie nie może być mowy kiedy patrzysz na zegar. Gdzie tu zmieścić trening jogi, planowane umycie włosów ( wewnętrznie drzesz się na siebie,że wieczorem pokpiło się sprawę, i przeniosło tę czynność na poranek ), a gdzie spokojne pójście po pieczywo i czytanie gazetek? Gdzie przejrzenie informacji wirtualnych, kiedy poczytać trochę książek, w co się ubrać, kiedy zapomniało się uprasować połowy szafy? I złościsz się i używasz na zmianę o cholercia i o kurczaki pieczone, bo to te dwa słowa jakich używasz jako największe przekleństwa. Więc jest źle.

Postanawiasz wziąć oddech, pomedytować. Włączasz jednak za skomplikowany program jogicznych wygibasów i nie mija 5 minut a masz zakwasy i mięśnie niezdolne do współpracy. Człapiesz do łazienki w poszukiwaniu suchego szamponu, pryskasz i ze zdumieniem odkrywasz, że na głowie masz 15 centymetrów pianki do włosów. Także tego. W lodówce grzebiesz i grzebiesz i znów kurczaki pieczone, zapomniałaś po świętach uzupełnić jogurtowych zapasów. Postanawiasz zjeść płatki, a pal cię licho, mleko skwaśniało.

Idziesz suszyć włosy, w zasadzie uważasz, że można było je umyć. Ale nie myjesz. Wyglądasz dziwnie. Podchodzisz więc do lusterka, wyglądasz jeszcze dziwniej. Okazuje się, że wieczorem leżąc w łóżku,nie powinno się regulować brwi. Pozbycie się jednego, strategicznego włoska, okazuje się być gwoździem do trumny. Wyglądasz co najmniej nieadekwatnie. W sumie i tak wyglądasz idiotycznie po aplikacji pianki, ale brwi do kompletu? To już przesada. Doprowadzam się do jako takiego ładu. Z naciskiem na jako takiego.

Pędzisz do piekarni,ubrana w jeansy i sweter, którego nie znosisz, ale jego kolor idealnie współgra z twoim humorem. I klops. Nie, nie, w piekarni nie zaczęli sprzedawać klopsów. Klops, nie ma twoich ukochanych porannych paluchów. Idealnie chrupiących i wypieczonych na rumiano. No nie ma. W zasadzie nie powinno  to dziwić. Bierzesz byle jakie bułki, niestety nie tak chrupiące, pachnące i smaczne. Lecisz do domu. I bach. Coś spadło. Nie, nie są to bułki, te masz w ręku. Zasadniczo w siatce. To co spadło było  torebką. Opadło takie coś na czym trzymał się pasek. I było bum. Bum było wielkie. Wielkie, bo w pośpiechu mądry ty nie zapiąłeś  torebki, toteż na ulicy znalazła się paczka tabletek nawilżających gardełko, dwa długopisy jakby ktoś prosił o autograf, różowa parasoleczka, czarny portfel, który oczywiście nie był zapięty, stąd na ulicy znalazło się  22, 76 zł w różnych monetach. Na uliczną wycieczkę wybrała się też twoja jedyna czerwona szminka, której odpadło to coś co ją zamyka, stąd była to jej ostatnia wycieczka. Świat poszły też zwiedzać okulary przeciwsłoneczne (przy czym nie wiem czemu masz je w torbie,skoro szaro jak w listopadzie), a także krem do rąk, żel do dezynfekcji i saszetka maseczki ( o ile obecność okularów jestem w stanie sobie wytłumaczyć to po co ci ta  maseczka? ). W każdym razie po jakichś 5 minutach zbierasz swoje niezbędne rzeczy i z torbą w obu rękach, niesioną niczym niemowlę, wracasz do domu. Robisz kanapki z nielubianą bułką i serem. Wypijasz łyk herbaty i ruszasz na przystanek. Po drodze jeszcze przepakowujesz wszystkie niezbędne rzeczy z torebki A do torebki B. Chwaląc siebie w duchu, że posiadasz torebkę B. Jak i za to, że tę kremową, płócienną torbę się wyprało. A ganisz siebie za to, że świąteczną premię będziesz musiała wydać na nową torebkę. Czego oczywiście w planie nie masz

Idziesz więc na przystanek. Pędzisz. Mimo to spóźniasz się na autobus A,zamyka ci drzwi przed nosem. Doświadczenie ciebie nauczyło, że jeżeli jest autobus A, jest i B. Idziesz więc popatrzeć na rozkład. Przy rozkładzie stoi….

ce9d46c3027b35e239d4217b38a73a61

Stoi starszy pan. W kurtce w kratę, z torbą przewieszoną przez ramię.  Z niezwykłym uśmiechem. Nie musisz patrzeć na ten rozkład, bo pan od razu mówi- spokojnie, zaraz przyjedzie Autobus B.

A w ogóle to dziecko widzę bardzo się śpieszysz. I po co? I po co ta smutna mina? Spokojnie, człowiek się nie spóźnia, tylko czas go trochę wyprzedza. A w ogóle to Stanisław jestem. 60 lat pracowałem w kinie, operatorem byłem. Teraz od 2 lat na emeryturze każą mi być. Ale nie mogę się przyzwyczaić. Jadę do kolegi, żonę ma po wylewie to pomogę ile mogę, bo moja Danusia to już 5 rok jak odeszła. Nie ode mnie, bo ja dobrym mężem byłem, ale w ogóle z tego świata.

O, nasz autobusem, mówiłem,że zaraz przyjedzie. Wolisz dziecko miejsce przy oknie, czy przy drzwiach? Tutaj będzie nam wygodnie, usiądź dziecko. No to na czym skończyłem? Aha, syn w Niemczech pracuje, żonę tam ma, i córkę. A ja tu sam. Czasem są dni, że nie mam z kim porozmawiać. To jadę do kolegi, i trochę tam pomogę, obiad ugotuję, o dziś będą flaczki. Danusia mnie nauczyła, sekretem jest to by dać dużo imbiru. A Ty w ogóle to lubisz flaczki? Bo moja wnuczka nie lubiła nigdy.

 

Sekretem życia jest to, żeby niczego nie brać zbyt poważnie. I starać się nie śpieszyć za bardzo. Starość i tak nas dogoni. Ja mam 83 lata, i jak patrzę na was, młodych to nie żałuję, że swoje już przeżyłem. Bo wy za rzadko się cieszycie. Ciągle tylko spóźnieni, ciągle tylko pędzicie ze smutną miną…

O, mój przystanek. Pamiętaj, nie bierz życia zbyt poważnie.

Nie bierzesz więc na poważnie. Uśmiechasz się. Najpierw do pana, który zza szybki autobusu ci macha. Potem do siebie. Do tej pianki na włosach, urwanej torby, niesmacznej kanapki i wyrwanej brwi. I do tego, że przypadkiem przejechałeś 4 przystanki za daleko. Idziesz do pracy. I w ogóle się nie śpieszysz….

ae480d32b5bbf937c25665b8591283ea

Ścieżka dźwiękowa- New Order – Singularity