Szata zdobi człowieka – czyli o sztuce doboru garderoby.

Kiedyś nie znosiłam zakupów. Wybierałam coś na szybko, byleby uzupełnić garderobę i tyle. Często okazywało się, że moje zakupy są po prostu porażką. Totalną. Miałam siedem takich samych bluzek, niestety,byle jakich, ale za to kupionych z zamkniętymi oczami.

To nie tak, że ja się modą i tym co mam na sobie nie interesowałam. Nie, od małego miałam swój styl i w zasadzie niewiele się on zmienił. Ale nie znosiłam chodzić do sklepów z ubraniami. Dużo osób się dziwiło-jakbym miała twoją figurę, to bym non stop chodziła na zakupy. A ja zawsze się wstydziłam. Czego? No właśnie mojej chłopięcej figury. I w ogóle nie wiedziałam co mam wybierać by czuć się dobrze. Do mojej twarzy i sylwetki nie pasowały bowiem poważne kroje, zaś źle czułam się w tych młodzieżowych. Tak, ten etap ,zaraz po studiach był dość ciężki. Wydawało mi się,że o pewnych rzeczach powinnam zapomnieć, zaś na inne nie byłam chyba gotowa. Ale na szczęście posłuchałam mądrzejszych od siebie. Był taki etap,że oglądałam jak nałogowiec program modowy za programem. Skupiłam się na tych prowadzonych przez fachowców, głównie na zagranicznych kanałach. Zbierałam branżowe artykuły i porady, i jest. Moja szafa dziś jest prawie idealna. Prawie, bo zawsze brakuje mi jednej, czy dwóch dodatkowych sukienek, które kocham miłością szaloną.

Co więc jest w mojej szafie?

Od małego kochałam nadmorski klimat i ubrania rodem z Riwiery. Paski, biel, granat, trampki, rozkloszowane spódnice i wąskie spodnie 3/4. Lubię też kwiatowe wzory, ale uwaga,tylko na sukienkach. Nigdy nie lubiłam zresztą wzorów. No poza paskami. Groszków zaś nie akceptowałam. nie widziałam sensu w noszeniu bluz w pączki czy banany. Dla mnie ubranie musi być uniwersalne, czyli praktyczne. Stąd wzory są niepożądane. Wyłączając sukienki. One nie muszą być praktyczne. One mają być po prostu piękne. I mogą wisieć w szafie latami czekając na swój wielki debiut. W kwestii sukienek nie mam żadnych wyrzutów sumienia, że coś jest piękne, ale kompletnie niepraktyczne.

caf5205d21bc351c335b8a7aa310d543

Natomiast inne stroje…

W mojej szafie zawsze muszą być:

Kardigany. Nie wyobrażam sobie bez nich życia. Pewnie wyjdzie na to, że mam za dużo tych klasycznych sweterków, ale nie wyobrażam sobie bez nich życia. Zimą wybieram te maksymalnie ciepłe, latem lżejsze. Koniecznie muszą mieć kieszenie, i mieć neutralne kolory. Szary, granatowy, khaki. Owszem śmieją się nieco ze mnie, że tak je lubię. Ale nie zamierzam zmieniać nic w moich uczuciach, miłość do zapinanych na guziczki sweterków, jest stała i silna. Nudnie? Możliwie, ale to moja nuda.

f3bd5dc10c92e6cc16de9befb0eaa7e4
Sweterki rządzą.

Jeansy. Jestem stałą fanką, podobnie jak w przypadku kardiganów. Aczkolwiek pamiętam,że moje jeansy nie zawsze były takie idealne. Ot, kiedyś miałam fazę na dzwony. Dzwony z rzemykami. Albo dzwony z kieszonką na kolanach-bardzo praktyczną zresztą-ściągi na fizykę i te okolice. Miałam też jeansy z kwiatkami. Ale, ale. Jakoś tak w 3 liceum stałam się nudna. Do kwadratu. Zaczęłam nosić rurki i tak trwam. Zmieniają się tylko kolory. Poza jedną parą spodni z tą niby dziurą typu boyfriend, moje spodnie są praktycznie identyczne. To spodnie w stylu znajdź 5 różnić między odcieniem. Najbardziej lubię te ciemne, nie czarne, ale bardzo, bardzo ciemne. W nich czuję się i wyglądam najlepiej. I co z tego, że to szalenie nudne połączenie-sweterek i jeansy?

a284808353ba9995897a336433454d6c
Ukochana nuda, jeansy i luźniejszy t-shirt.

Nie, nie noszę sweterków na guziczki bez bazy. Bazą są koszulki. Najchętniej białe. Choć lubię też szarości. Matko i córko, ja naprawdę jestem nudna. Mam parę czarnych muzycznych koszulek. Nie powiem jakich bo to oczywista oczywistość. Tak więc mam takie koszulki, kupuję je w zasadzie nałogowo. Bo noszę non stop. Zimą pod sweterek, latem zamiast sweterka. Najbardziej lubię te luźniejsze, nieco dłuższe.  Nuda i nuda.

 

Nudne nie są sukienki w kwiatki. Tutaj pozwalam sobie na fantazję. Lubię sukienki w stylu, który czyni je uniwersalnymi. Takimi, które można nosić do pracy, jak i pójść na rodzinną imprezę. Przyznaję, ciężko mi takie znaleźć. Ale próbuję. A próby te kończą się często tym, że ląduje w mojej szafie  kolejna urocza sukienka, która czeka na swój wielki debiut,niczym debiutantka z dobrego domu. Ale cóż, jestem uzależniona. Do sukienek noszę trampki,baletki, albo sandałki. Wszystko płaskie i wygodne.

7332ef46319ee8e13a42e1a48b768123
Długa sukienka, kwiatki i sweterek. Zestaw idealny.

Osobą kategorią są oczywiście małe czarne. Mam sześć. Z czego cztery nigdy nie noszone,ale nie kupione, a dostane w prezencie. Moja mama się z tego śmieje. I ma rację.  Ale ja uwielbiam czerń. Czerń na sukienkach. Moje małe czarne są podobne, ale zupełnie inne. Najczęściej noszę je do teatru. Ze sweterkiem oczywiście. P.S. Pisząc te słowa przeglądam szafę. Znalazłam siódmą małą czarną.

 

Spódnice. Długie spódnice. Z tymi krótkimi mam problem, za to te długie… Wiosną, latem i wczesną jesienią noszę je prawie codziennie. Koniecznie powinny mieć kieszenie i ciemny kolor. Jedna nawet ma wzór. Jest szaro-czarna, półprzeźroczysta. Takie uwielbiam, są lekkie, pasujące na każdą niemal okazję, i eleganckie. Chociaż do pracy również świetnie się nadają. I co  z tego, że mam tylko 167 centymetrów wzrostu? Uwielbiam je. Do tego t-shirt i sweterek. Tak dla pewności i bezpieczeństwa. W końcu nigdy nie wiemy kiedy zawieje wiatr….

e4a25bdee27569010dc7289a73ad6716

Buty. Jestem dziwna. Ba, na pytanie buty czy torebka, odpowiem nowa książka. Nie kręcą mnie w ogóle. Mają być wygodne, płaskie, stabilne i niedrogie. Nie znoszę wysokich obcasów. Jestem pokręcona, wiem, ale na mojej studniówce miałam 5 centymetrowe, stabilne obcasiki i myślałam,że umieram. Od tej pory nie noszę nic co ma więcej niż 1,5 centymetra ponad ziemię. Owszem, nie jestem miss wysokości i pewnie przydałoby mi się dorzucić parę centymetrów obcasika,ale hola, hola, moje samopoczucie i komfort są najważniejsze. Tak więc rządzą u mnie trampki, tenisówki, balerinki…

Moi modowi idole? Hmm. Lubię codzienny styl  Reese Witherspoon. Lubię wysoką modę w wykonaniu księżnej Kate,  lubię te niepraktyczne sukienki . Z polskich gwiazdek lubię to jak ubiera Magdalena Boczarska i Maja Ostaszewska.

Czego nie lubię? Hmm, krótkich szortów, bo mam  za chude nogi. Krótkich spódniczek, bo czuję się jakbym miała 7 lat i szła na początek szkoły. Nie lubię marynarek i sztywnych materiałów. Krótkich i obcisłych górnych części garderoby. Nadmiaru kolorów, cekinów, wszystkiego co ładnie wygląda, ale jest nieprzyjemne w noszeniu, niepraktyczne i drogie. Nie znoszę legginsów, szpilek i krótkich kurtek. Jakichkolwiek dekoltów, głupowatych wzorów i napisów w stylu Jestem seksi. Odkąd skończyłam studia, liczy się dla mniej jakość. Wolę kupić raz jedną rzecz,ale porządną. A nie cztery,ale byle jakie. Wyleczyłam się z nadmiaru. No dobra, nie w kwestii sukienek. Ale jakiegoś bzika mieć trzeba. Tak dla zdrowia.

db811b7eb86b7ec2f77222ae16a51d53
W czymś takim nigdy mnie nie zobaczycie. A jak chcecie zobaczyć fajny film, to Rabble zaprasza na Festiwal Filmowy, gdzie można wybrać bilety do kina

Ścieżka dźwiękowa- Leonard Cohen- First we take Manhattan 

Carpe Diem, czyli co z tą teraźniejszością?

Nadchodzące święta to takie idealne chwile do małej refleksji. Wyciszenia się, a także pożegnania gorszych zimowych miesięcy i otwarcia na nowe, bardziej zielone i milsze dla ciała i duszy. Święta pełne nadziei. Ja je właśnie tak odczuwam. Jako spotkanie z nadzieją. Święta to też idealna okazja by skupić się na tym co tu i teraz. Celebrować teraźniejszość.

667d2c4736be6883cf89aa5f16d8821f

Rodzinne malowanie jajek, pochlapanie całej kuchni farbkami i kłótnie o najładniejsze pisanki. Pieczenie ciast i wspólne plotkowanie. Powolne śniadanie w rodzinnym gronie. Spokojne spacery, wspólne oglądanie filmów. Granie w gry, opowiadanie rodzinnych historii podczas przeglądania zdjęć? To tak ważne być tu i teraz. Z ludźmi, których się kocha, lubi i ceni. Z którymi czujemy się dobrze. W święta nie myślimy o przyszłości. Nie zastanawiamy się co będzie na stole za rok, albo czy za 10 lat dopnę się w sukienkę, którą mam na sobie. W święta cieszymy się teraźniejszością. I warto tę zasadę stosować cały rok, każdego dnia. Być tu i teraz.

W pełni doceniać dzisiaj, dany moment i daną chwilę. Cieszyć. Czasem jak dziecko, czasem na przekór. Tak wiem, to najbardziej banalna rzecz na świecie, ale każdy dzień jest zupełnie inny. Chociaż bywa, że dni, tygodnie całe, czy nawet miesiące, zlewają nam się w jedną wielką plamę. Śniadanie-praca-zakupy-kolacja-sen. I tak trwamy. Od weekendu do weekendu. Od soboty do niedzielnego południa. Bo w piątek bywamy za bardzo zmęczeni, a w niedzielę po 16,  już czujemy, że zbliża się nowy tydzień pełen obowiązków.

Już w niedzielny wieczór planujemy co też zrobimy za tydzień. Pomijamy pozostałe dni, bo przecież są takie nudne i takie same. I powtarzalne. I nijakie. I zdecydowanie nie warte większej uwagi. Z takim podejściem naprawdę wiele tracimy. Wiele.

Każdy dzień jest cenny. Jak to odkryłam to mam wrażenie, że zaczęłam zdecydowanie mniej narzekać , a i  bardziej doceniać. Podczas moich spacerów do pracy codziennie tą samą trasą, codziennie widzę jak bardzo zmienia się otoczenie. Jak budzi się wiosna. Owszem,mogę maszerować ze znudzoną miną i przeklinać fakt, że dopiero jest wtorkowy poranek. Ale wolę patrzeć na kwiaty, drzewa, na ludzi. Na to jak zmieniają się ich ubrania na coraz lżejsze, jak są coraz bardziej pogodni. Jak kwitną magnolie. Jak pojawiają się krokusy, fiołki, jak coraz bardziej zielona robi się trawa. Jak zmieniają się mijane podwórka, jak pięknieją ogródki, jak wesoły robi się park. Bardzo lubię po pracy nieco zbłądzić. Co z tego, że odkurzę kwadrans później? Albo, że na obiad będą pierogi z dobrego garmażu? Idę na spacer. Idę do parku. Idę do kawiarni. Idę na ryneczek, kupuję kwiaty, dużo owoców, z przyjemnością jestem tu i teraz. Nauczyłam się celebrować codzienność.

Nawet taka głupota jak herbata w pracy. Biorę kubek, miód, dobrą herbatę, plaster pomarańczy. Odchodzę od biurka, siadam na parapecie, patrzę przez okno, chłonę wszystkie smaki i zapachy. Takie 5 minut, parę chwil przed południem. Do tego kostka gorzkiej czekolady. Celebruję drobną przerwę w pracy. Niby nic, a jak wspaniale się potem pracuje, jak to genialnie odświeża umysł i dodaje energii do dalszych działań. Mała zmiana, wielki efekt.

Odkąd przestałam żyć od weekendu do weekendu, zauważyłam,że pośrodku tygodnia jest wiele pięknych dni, wspaniałych okazji i przyjemnych chwil. Tak niewiele trzeba by docenić teraźniejszość i czerpać z niej to co najlepsze.

Dla mnie te najbliższe Święta będą zdecydowanie w duchu celebrowania codzienności i przyjemności. Choćby miało to być leżenie na kanapie i zajadanie 4 dokładki sałatki z tuńczykiem.

Nie myślmy,że mamy tylko dwa dni wolne, że we wtorek będzie nawał pracy, że pogoda jest fatalna, a odkąd skończyliśmy 12 lat zajączek przestał kicać z prezentami. Niech to będzie nasz czas. Pełen skupienia i radości.

W końcu wiosna i Wielkanoc to idealny czas by zrewidować stare przyzwyczajenia i otworzyć się na radość.

Nie czekajmy na jakąś wielką radość. Szczęście to wynikowa tysiąca drobiazgów. Nie warto ich tracić z oczu i duszy.

 

 

b961188ec3219a4c271ccb434f1161a2

Aby jeszcze bardziej poczuć się dobrze tu i teraz, Rabble proponuje kuszące kody rabatowe do Sephory. A co tam, sami bądźmy dla siebie zajączkiem 🙂

Ścieżka dźwiękowa- The Vaccines- I wish I was a girl

Doceń siłę natury

Hanka od dziecka uważała, że nie jest tak atrakcyjna jak jej mama i starsza siostra. Gabrysia była idealna, szczupła, o bujnych kręconych włosach w kolorze winnego brązu. Do tego miała twarz aniołka. Każdy na jej widok od urodzenia mdlał i wzdychał i tracił rezon. No, ok, Hania bardziej przypominała babcię Danusię, czyli miała solidne kości, miała też po niej rude, proste włosy i piegi. Ale czy to czyniło ją mniej atrakcyjną? Hania była ładną, wesołą i mądrą dziewczynką o wspaniałym charakterze. Mimo wszystko ciągle zazdrościła siostrze, uważała,że zdecydowanie Matka Natura się nie postarała. Od gimnazjum podkradła siostrze kosmetyki byleby zatuszować za małe -jej zdaniem usta, i za wydatne oczy. Wiecznie była na diecie, głód oszukiwała litrami wypijanej wody z listkami mięty i plasterkami cytryny, ale waga nie chciała ani drgnąć. I słusznie, bo dość trudno jest schudnąć z kości. Hania zaczęła farbować włosy, nakładała na twarz tony za ciemnego podkładu, byleby ukryć złociste plamki na nosie. Godzinami szukała informacji o typie sylwetki i sposobach na dodanie sobie paru centymetrów- ach, jaka szkoda, że mama krzyczała na nią za każdym razem gdy próbowała wyjść do szkoły w butach na niebotycznie wysokich koturnach. Albo gdy 10 raz w miesiącu wyciągała mamę na zakupy po jeansy, które idealnie uniosą jej zapadnięte pośladki, a jednocześnie „znikną” jej zdaniem mało zgrabne łydki. W liceum Hania zapisała się na zumbę, biegała, jeździła godzinami na rowerze i rolkach, wydawała całe kieszonkowe na suplementy diety, i kosmetyki. Byleby schudnąć i osiągnąć magiczne 48 kilogramów. Byleby jej włosy zaczęły się kręcić, a pupa wyglądała jak u amerykańskiej celebrytki. No i ten biust, Hania marzyła by zmniejszył się połowę. Hania latami dążyła do ideału. Nigdy się sobie nie podobała. Bo jak to, piegowaty rudzielec, który ma grube łydki, za długie palce, i dziwne szare oczy może być atrakcyjny? Hania nie czuła się kobieco, pięknie i odpowiednio. Ciągle walczyła z Matką Naturą. I chociaż ma dziś 25 lat ciągle wierzy, że ją przechytrzy i będzie wyglądać jak sobie wymarzyła.

Gabrysia, tak, ta urocza, śliczna, z puszystym brąz lokiem i idealną figurką. Gabrysia wyglądała jak modelka, taka wysoka, taka patykowata, o buzi, o której namalowaniu mógłby marzyć sam mistrz Leonardo. Gabrysia wiedziała, że od dziecka się podoba. Innym. Bo kiedy ona patrzyła w lustro nie widziała nic pięknego, wręcz przeciwnie. Gabrysię irytowały jej anielskie rysy, te niebieskie oczka, pełne usta i wydatne policzki. Jej zdaniem usta były za duże, wyglądające na sztucznie, a oczy zaś za banalne. Gabrysi nie podobały się jej włosy, loki są w końcu takie trudne w utrzymaniu. Z zazdrością patrzyła na proste i rude włosy siostry. Marzyła by jej włosy przestały się skręcać w niekontrolowane loki, których nie znosiła i godzinami prostowała. Gabrysia zazdrościła też siostrze kobiecych kształtów, kuszących bioder i pełnego biustu. Odkąd straciła nadzieję,że naturalnie wszystko urośnie i się zaokrągli tu i ówdzie, została mistrzynią w kreowaniu sztucznej talii i tricków na powiększenie biustu. Nie kupowała tego co się jej podoba, tylko to co zatuszuje jej braki. Dziewczyna nie znosiła też swoich stóp. Uważała, że są za duże. Gabi nosiła rozmiar 42. Nigdy, dosłownie nigdy, nie założyła sandałów. Uważała, że wygląda jak kosmita, albo co najmniej nurek. Dziś Gabrysia zamieniła się w Gabrielę. Ma dobrą i odpowiedzialną pracę, udany związek, ale wciąż uważa, że nie jest atrakcyjna. Zupełnie nie rozumie jak ktoś może ją podziwiać, oglądać się za nią na ulicy i prawić komplementy, czy świat naprawdę nie widzi, że ona ma tyle wad i tyle walki musi stoczyć z Matką Naturą by wyglądać jako tako. Jedynie jako tako.

Wiele z nas jest jak Hania i Gabrysia. Bądźmy szczere, lubimy szukać w sobie wad i narzekać. Na za krótkie nogi, nieidealną wagę, za cienkie włosy, niezbyt pełne usta i lekko odstające uszy. Lubimy same siebie krytykować, same dla siebie jesteśmy niemiłe. Same sobie jesteśmy wrogami. Za często. Pamiętam tę scenę, miałam 7 lat, mama była u fryzjera, nie miała co ze mną zrobić, albo raczej nie miała co zrobić z moim paromiesięcznym bratem, poszłam z nią do tego fryzjera,by bawić brata w wózku. Mamy fryzjerka zachwycała się nami, ale powiedziała – taka urocza córeczka, a ma takie mysie włosy. No taka mysza, szczur czy inny gryzoń. Wiecie co? Nigdy, przenigdy, a mam już praktycznie 29 lat,nie pomalowałam włosów. Nie zmieniłam koloru, chociaż jest totalnie nijaki. Ale za to jaki wyjątkowy. Zimą robi się ciemniejszy, latem tańczy w nim słońce. Pewnie, mogę zazdrościć siostrze naturalnego ciemnego brązu, albo czerni bratu, ale co mi to da? Jestem chodzącą myszą. I dobrze mi z tym.

Pamiętacie jak w sklepie usłyszałam, że mam super figurkę, ale w ogóle nie mam biustu? Tak, jestem wagi piórkowej, do tego nie posiadam żadnych kobiecych atrybutów. Można mnie pomylić z gimnazjalistą. Nie przeszkadza mi to jednak nosić do pracy dresowej, bardzo luźnej bluzy, na przekór chyba wszystkim zasadom. Bo powinnam nosić dopasowane rzeczy, koniecznie wzorki na górze, a na dole buty i spodnie w jednym kolorze. Zdecydowanie odrzucam wszystkie zasady. Jestem myszą. Taką małą, drobną myszką, co bywa niewidzialna. A to, że mało kobieca? Matka Natura wiedziała co robi, gdybym była posiadaczką biustu Salmy Hayek i chłopięcych chudości wyglądałabym hmm, nieadekwatnie z każdej strony. A tak jestem myszą.

Gdzieś usłyszałam,że powinnam schować swoje piegi. Bo to takie dziecinne. Możliwe, ale ja je uwielbiam. Uwielbiam letnią porę gdy pojawia się ich jeszcze więcej. Nie mogę się doczekać gdy znów moją buzię rozświetli masa złocistych plamek.

Uwielbiam moje oczy. Są takie dziwne, nikt nie wie, zielone one czy brązowe? Kto tam wie, i co z tego? Może nie mają określonego koloru,ale są moje. Łączą dwie rodziny. Zieleń mamy, i brąz taty. Do tego bujne rzęsy, które same z siebie wyglądają jak pomalowane dobrym tuszem. I brwi, które są tak czarne, że aż lśnią.

Nie będę kłamać, nie lubię bladości swojego lica. Nie dlatego, że mi nie pasuje,bo pasuje idealnie , tylko dlatego, że żadna firma nie wymyśliła tak trupiego koloru podkładu do twarzy. Jeżeli kiedyś traficie na  odcień- Magdalena, to znaczy, że ta biel jest moja, inspirowaną moją trupią karnacją. Na poważnie mam z tym problem. Słońce mnie nie muska, lato czy zima, wyglądam jak szczur. Szczur, mysz, jeden gryzoń.

Nie mówię byśmy porzuciły wszystkie kosmetyki i zapomniały o pewnych trikach, które pozwalają nam ukryć jakiś mankament. Ale by nie popadać w przesadę i nie spędzić życia na dążeniu do ideału, którego nie ma. Zawsze zazdrościłam mamie pięknych loków. Niestety moje włosy są najbardziej prostymi włosami na świecie, moim włosom nawet prostownica się kłania z szacunkiem. Nic to, na studniówkę zamarzyłam sobie burzy loków. poszłam  do fryzjera. Wróciłam do domu, głowa pod kran, i po fryzurze. Wyglądałam jakby strzelił mnie piorun, albo nie, dwa pioruny. Matka Natura wiedziała co robi.

Spójrzmy na siebie życzliwiej. Znajdźmy swoje atuty i cieszmy się swoim naturalnym pięknem.Bo jesteśmy piękne.  I te w lokach, i te z krzywymi nogami. I zamiast szukać kolejnych wpadek Matki Natury uśmiechnijmy się do siebie w lustrze. Zamieńmy nasze drobne niedoskonałości w zalety. Siła tkwi w naturalności.

fdd2e8cfcf62427eb33ea9fd604c3003

Rabble proponuje kod rabatowy do Sephory. Nowy, wiosenny zapach idealnie będzie kontrastował z naturalnym makijażem 🙂

Ścieżka dźwiękowa-  Maanam – Lipstick On The Glass

Czas ucieka a dobre samopoczucie czeka

Styczeń, grudzień i listopad, no i ta końcówka października. To były dla mnie ciężkie i męczące miesiące. Ciągłe choroby, antybiotyki, jesień, potem zima. Ciągłe osłabienie, zmęczenie, niemrawość. Fizycznie i psychicznie czułam się źle. Nawet chwilami bardziej niż źle. Luty był czasem powrotu do normalności, albo raczej stabilizacji. Natomiast marzec…

Marzec postanowiłam spędzić nieco inaczej. Zacząć na poważnie dbać o siebie, o swoją formę, samopoczucie i zdrowie. A także urodę. Znaleźć więcej czasu na to wszystko co czyni,że czujemy się dobrze i mamy energię do pracy i odpoczynku. Nie chcę po  godzinie 17 padać ze zmęczenia, chcę korzystać z lepszej pogody, większej dawki słońca i obserwować budzącą się do życia naturą. Pewnie zabrzmi to całkowicie tandetnie,ale niczym uśpione rośliny,chcę wrócić do życia na 100 % i powitać nową porę roku z radością i w zdecydowanie lepszej formie.

Zaczęłam od…. zakupów. Od paru dni przechodząc obok sklepu obuwniczego widziałam na wystawie sportowe buty. Szare, z różowymi sznurówkami, wyglądały uroczo. Wspaniale. Ale nie pasowały mi do pogody, myślałam ja i różowy? A w sumie to po jakie licho mi sportowe buty?  Nie będę przecież startować w konkursie na najbardziej perfekcyjny marsz do busika, który podrzuci mnie do pracy. Ale w pewnym momencie poczułam impuls. Kupiłam te buty. I to one stają się początkiem zmian.

Skoro mam sportowe buty, potrzebny mi….

Rower. Owszem, macie mnie, mam rower w piwnicy. Ale nie mogę na nim jeździć. Niby działa,ma 2 sprawne koła i nawet kierownicę, która skręca i komplet przerzutek,ale zupełnie do mnie nie pasuje. Bo ja bym chciała rowerem jechać do pracy,zabrać torebkę, włożyć do koszyka,a wracając zrobić małe zakupy i móc je gdzieś włożyć. A nie prowadzić rower jedną ręką, a w drugiej nosić siatki. I torebkę,  i przeklinać pomysł przejażdżki rowerem do pracy. Bo ja mam rower górski, zupełnie niepraktyczny w mieście. Źle mi się na nim jeździ. Ale 12 lat temu dostałam rower górski i tyle.  Marzyłam lata całe o miejskim, uroczym i bardzo kobiecym rowerze. Ale zawsze szkoda mi było pieniędzy. Ostatnio jednak szukałam rano drobnych na busika, i szybko przeliczyłam,że codziennie wydaję 3 złote. Ja policzę sobie to w skali miesiąca, to się okazuje,że 60 złotych wydaję na marne. Uznałam więc,że wolę te 60 złotych przeznaczyć co miesiąc na ratę za rower. Wymarzony. W kolorze cappuccino. Z koszykiem. Maksymalnie uroczy. I niezwykle wygodny. Postanowiłam,że minimum 5 razy w tygodniu będzie w użyciu. Nie tylko dlatego,że jest taki piękny, ale po moich zimowych chorobowych przejściach, potrzebuję radykalnej zmiany. Zdrowej zmiany.

472e00eb5c036a999c43fce083ae6ce0

Poza rowerem zdecydowanie zwiększam ilość jogi. Zdecydowanie. Kosztem jednej książki w miesiącu zapewne, ale ileż doda mi to pozytywnej energii z rana, a wieczorem tak potrzebnego wyciszenia.

Zmieniłam moje śniadania. Zamiast zimnego jogurtu i płatków, codziennie szykuję sobie coś ciepłego i zdrowego. Przestałam uznawać poranną kuchenną krzątaninę za stratę czasu. W końcu moje zdrowie jest ważniejsze. Tak więc na nowo polubiłam manny z owocami, jaglanki z bakaliami i tosty z twarożkiem i miodem.

Wczoraj -jak zwykle pędząc po pracy na szybkie zakupy, zobaczyłam pierwsze przebiśniegi. Ja walczyłam z deszczem i rozwalającą się parasolką,ale te parę kwiatuszków dodało mi zdecydowanie pozytywnej energii. Co prawda do wiosny zostało jeszcze parę tygodni, i patrząc na kolejny deszczowy dzień, nie liczę,że nadejdzie ona szybciej, ale ja będę gotowa. Mój plan to mniej chorować, a codziennie mieć coraz więcej energii. Tej fizycznej i psychicznej.

4f38f2db7737c44886e7b880d11b5599

Dzięki Rabble i kodom promocyjnym do Zalando , na pewno znajdę dla siebie jakieś fajne wiosenne sukienki. Pasujące do roweru w kolorze cappuccino.

Ścieżka dźwiękowa-    Led Zeppelin – Stairway To Heaven

 

,,Od dziś – już nic nie muszę!

 

Każdy z nas każdego dnia musi zrobić wiele rzeczy. Musimy być dobrymi pracownikami, organizatorami życia-swojego i rodziny, kucharzami, matkami, siostrami, idealnymi dziećmi i super rodzeństwem.

Robimy wiele rzeczy, które musimy. Rzeczy i czynności, które wymaga od nas codzienność. Powiem Wam szczerze,że  i wiele jest punktów na mojej liście pod hasłem robię bo muszę,ale najchętniej bym zrobiła coś co daje mi prawdziwą przyjemność. Ale mus to mus. Pewnie i Wy tak macie. Nasza wspólna lista byłaby długa i odnosiłaby się do tych drobnych codziennych kwestii-nie znoszę prasować, ale to robię,bo dzieci nie mogą spać w pościeli, której nie uprasuję co najmniej trzy razy. Nie znoszę gotować, ale gotuję obiady z trzech dań,by mąż mnie kochał po ostatnią deskę z trumny. Nie znoszę zdrowej kuchni,ale katuję się marchewką na parze,bo wstyd się przyznać,że jadłam na obiad podwójną porcję mrożonej lazanii. Ale i tych większych. Nie znoszę swojej pracy,ale tkwię w niej i pogłębiam poczucie beznadziei. Nie znoszę życia w mieście, ale muszę w nim  tkwić bo tak jest łatwiej, a naprawdę marzy mi się wieś. Albo na odwrót, wydaje mi się,że muszę żyć w małym mieście, chociaż tak naprawdę marzy mi się miasto, praca w centrum, i ruch za oknem. Ale tkwię i tylko marzę.I tak dalej i tak dalej. Takie przykłady z życia można mnożyć.

Mieliśmy już tydzień skakania po dach. A teraz ogłaszam weekend kiedy nie musimy nic,a  możemy wszystko.

Możemy zrobić sobie cały weekend robienia tego co naprawdę chcemy i na co naprawdę mamy ochotę. Albo jeden dzień, albo pół dnia, albo chociaż jedną czynność.

Marzy Wam się spacer zamiast sprzątania? Kurteczka, czapeczka i ruszajcie. Marzy Wam się godzina w wannie z maseczką na twarzy i zapachową świeczką zamiast latania po sklepie i robienia zakupów na niedzielny obiad? Zróbcie to na co macie ochotę, a w niedzielę idźcie do knajpki. Albo usmażcie jajecznicę. Może marzy Wam się od miesiąca kino,ale nawał pracy sprawia,że marzenie odkładacie w czasie? Praca na bok, idziemy do kina. A może marzy Wam się nie robić nic? Tak zupełnie nic, leżeć na kanapie i liczyć rysy na suficie? Proszę bardzo, leżcie, i relaksujcie się. Przy okazji możecie pomyśleć o tym jak sprawić by większe marzenia się spełniły. Jak zmienić nielubianą pracę, jak rozwinąć swoje hobby, jak więcej czasu poświęcać każdego dnia samej sobie. Dla zdrowa, dobrego samopoczucia i higieny psychicznej to wyjątkowo ważne.

Piszę o tym bo miniony pracowniczy tydzień był okropny. Stres w pracy, nawał zleceń, zła atmosfera, większe i mniejsze konflikty. Świetna atmosfera siadła, ba,była gęsta jak twaróg. Rano żałowałam,że się budziłam, wieczorem na myśl o pracy miałam dreszcze. Wszystko to odchorowałam bólem brzucha i zmęczeniem. Nie miałam czasu dla siebie. Po pracy wpadałam w wir codzienności-zajętości, zapomniałam by zadbać o siebie. W efekcie w pracy byłam rozkojarzona i podatniejsza na stresy. Do tego zmiana pogody, ciągły ból głowy. Błędne koło. I tak przez calutki tydzień.

 

Ten weekend poświęcę na spełnianie swoich małych marzeń. Śniadanie na mieście. Długi spacer. Pieczenie ciasta. Wieczorny seans filmowy. Wszystko czynione bez pośpiechu, w zgodzie z samą sobą.

a63b4207f8c7e3c463e04756ae1af807

Zacznijmy drobne zmiany od tego weekendu. Spróbujmy słuchać tego co mówi nam nasz organizm, zwolnijmy,albo wręcz przeciwnie, zróbmy coś na no naprawdę mamy ochotę. Zadbajmy o swoje potrzeby. Mam nadzieję,że po takim weekendzie z przyjemnością zaczniemy nowy weekend. I będziemy milsi dla samych siebie.

To co zaczynamy nasze weekendowe wyzwanie?

6787445fb9b27e75916da339e21a2136

P. S. Dziś wieczorem koniecznie znajdę czas na zadbanie o siebie. Pokochałam ostatnio płyny do kąpieli z Avonu, konkretnie ten o zapachu pomarańczy i czekolady. Czuję się jakbym kąpała się w wannie wypełnionej po brzegi Delicjami. Jeżeli też macie ochotę na taką słodką kąpiel to kod rabatowy do Avon Wam pomoże 🙂

 

Ścieżka dźwiękowa- Editors- No harm

I ty możesz skakać po dachach

Ryzyko. Jako dziecko nie znałam takiego słowa. Robiłam setki rzeczy, na których wspomnienie dziś dostaję gęsiej skórki. Nie bałam się chyba niczego. Nawet gniewu mamy. Pamiętam,że raz o mało nie padła na zawał,kiedy to w deszczowy marcowy deszcz przyszłam do domu w skarpetkach. Dokładnie,bez butów. Skakałam z koleżanką po budowie, robotników wystraszył deszcz, ale nie nas. Myśmy testowały granice naszych wątłych 8 letnich ciał.Chciałyśmy udowodnić kolegom,że jesteśmy silniejsze i skoczymy z wyższych konstrukcji Jeden z moich kozaczków utknął jednak w błocie. Mądrze wymyśliłam,że mama na pewno zada mi pytanie co się stało z twoim lewym butem? I co ja powiem? Że wessało go błoto? Rozsądniej wydawało mi się wrócić do domu bez butów. Myślałam,że to będzie się mniej rzucało w oczy. Niestety mama zauważyła od razu brak obuwia. Awanturę pamiętam do dziś. Na dwa tygodnie miałam zostać też pozbawiona deserów. Ale jako,że jadłam jedynie budyń raz dziennie, mama musiała odstąpić od kary. Dodatkowo dostałam spore zaziębienie i miałam tydzień wolnego od szkoły. Upiekło mi się, i dostałam jeszcze nowe buty. Takie nieco kowbojskie, brązowe. Ryzyko się opłaciło,bo zyskałyśmy szacunek. A ja dodatkowo ksywkę Herkulesa.

Pamiętam też, że dwa  lata później podjęłam ryzyko, a raczej podjęłam wyzwanie od kuzynki. Że wejdę do studni na działce babci i się nie utopię. Weszłam, wyszłam. Ot tak, jakbym robiła to co najmniej 5 razy dziennie. No ok, wracałam przez miasto bez spodni. Bo jednak w studni jest woda, a jak woda to i mokro. A jak zanurzasz nogi w studni to szybko przemakasz. Babcia założyła mi swój działkowy szlafrok, tata pękał ze śmiechu gdy mnie zobaczył wracającą do domu. Ale wyzwanie podjęłam, ryzyko się opłaciło. Kuzynka przez miesiąc kupowała mi lody.

Ryzyko podjęłam na studiach. N a egzamin musiałam wybrać 5 książek, dostępnych jedynie w naszej  uczelnianej czytelni. Wybrałam te z kategorii kawiarni i cukierni w XIX wiecznej Polsce. . Szkoda tylko,że okazało się,że  3 książki  i owszem, dostępne są w czytelni,ale w czytelni w Krakowie. Nie mogłam już ich wykreślić,bo deklaracje wypełnialiśmy i oddawaliśmy jednego dnia, a ja o braku dostępności dowiedziałam się dwa dni po. Poszłam na egzamin, licząc na to,że mam kilkadziesiąt procent szans na to,że dostanę pytania z książek, które przeczytałam. Szło mi świetnie, do czasu. Dostałam pytanie o książkę z Krakowa. Przełykałam ślinę i debatowałam sama z sobą co robić? Podjęłam ryzyko. Przyznałam się,że te pozycje są dostępne jedynie w Krakowie i nie miałam możliwości ich przeczytać. Profesor wziął kartkę z książkami, które zaproponował do wyboru,sprawdził coś w komputerze i …. Przeprosił, bo przecież nie powinny się znaleźć w wykazie.Dostałam wtedy piątkę. Nie wiem co by się stało gdybym nie podjęła ryzyka i nie powiedziała dlaczego nie mogłam przeczytać tych książek? Może zaczęłabym wymyślać treść nieprzeczytanych książek? Albo powiedziałabym,że nie przeczytałam tych książek, ale zabrakłoby mi odwagi,żeby powiedzieć profesorowi,że to on popełnił błąd i w efekcie dostałabym burę, albo nie zdałabym po prostu. Podjęłam ryzyko.

Ryzyko dzisiaj?

Hmm. Jestem bardzo asekuracyjna. Żyję tak by nie upaść. Unikam ryzyka. Uciekam od niego. Idę znaną mi drogą. Nie podejmuję ryzykownych decyzji. I nie chodzi tu wcale o skok ze spadochronem, czy nurkowanie na główkę. Chodzi o codzienność. Unikam ryzyka w prostych czynnościach, w prostych decyzjach. Mam swoją strefę komfortu i niezbyt lubię wychodzić poza jej granice. Lubię te granice, lubię bo je znam. A może warto znów poczuć dziecięcą radość i podjąć ryzyko?

Ogłaszam tydzień skakania po dachach. Zróbmy coś co chcemy,ale uważamy,że nie warto. Marzy nam się wieczór w spa,ale uznajemy,że dzieci/mąż/praca są ważniejsze? Umówmy się na relaksujący wieczór w spa i zróbmy coś nowego. Wieczór poza domem,czas tylko dla nas. Po cichu jesteśmy fanami disco polo, i marzy nam się koncert Mega Zenka i  Giga Pawełka? Kupmy bilet, i świetnie się bawmy. Podobają nam się super buty na wiosnę,ale kosztują 1/3 pensji? Kupmy je i podziwiajmy co wieczór. Istnieje szansa,że będziemy musiały nasycić się tym zachwytem do końca miesiąca,ale co tam, najemy się później. A może po prostu marzycie o wielkich podróżach? Nie mówię byście kupowali od razu bilet na podróż,dajmy na to na Bali, ale wracając z pracy wejdźcie do pierwszego autobusu czy tramwaju jaki podjedzie. Nie patrzcie na numer, spokojnie wejdźcie, przejedźcie trzy czy cztery przystanki, przejdźcie się po okolicy. Może odkryjecie nową knajpkę, nowy park, romantyczne zaułki? Owszem, możecie też przejechać się do dzielnicy przemysłowej, ale czy tylko komfort gwarantuje szczęście? Podejmijcie ryzyko i poczujcie radość.

Ja też oczywiście wychodzę poza swoją strefę komfortu. Robię coś dla mnie szalonego. Podejmuję ryzyko. Zadzwoniłam do swojego instruktora nauki jazdy. Umówiłam się na godzinną jazdę. Tak dla przypomnienia, czy w ogóle potrafię jeszcze jeździć? Czy wiem gdzie jest gaz a gdzie hamulec? Czy potrafię ustawić lusterka i najważniejsze, czy wiem gdzie wkłada się kluczyk by w ogóle ruszyć? Dla mnie to wielkie wyzwanie, wielkie ryzyko. Ale podjęłam je. I w środku bardzo się z tego cieszę.

W tym tygodniu razem przekroczmy pewne granice, poskaczmy wspólnie po dach. Podejmijmy pewne ryzyko, rozszerzajmy swoją strefę komfortu i świetnie się bawmy.

de3c2f72b36857394390a406fbf04194

Ja w nagrodę za tę lekcję jazdy ( o ile nikogo nie zabiję czy też nie uszkodzę mienia i ludzi) zafunduję sobie drobiazg. Mam ochotę na duże, domowe latte. Muszę tylko kupić dobrą kawę, najlepiej z kuponem rabatowym do Thibo. 

Ścieżka dźwiękowa- Belle And Sebastian – Passion Fruit