Ale to już było…

Choć w papierach lat przybyło to naprawdę,
Wciąż jesteśmy tacy sami…..

Tak. 10 lat temu kończyłam liceum. Matura. Kwitły kasztany i bzy. Pachniało wiosną, a my młodzi, eleganccy i przerażeni. Staliśmy pod salami i czekaliśmy na wejście na egzamin. Do ostatniej chwili powtarzaliśmy ważne daty i słówka. Głowy mieliśmy pełne marzeń o dorosłości. Czy myśleliśmy o tym co będzie za 10 lat? 10 lat to wtedy była wieczność. Coś tak odległego, tak dalekiego, że nie warto było tym  zaprzątać sobie głowy. Liczyło się tu i teraz. Matura, potem najdłuższe wakacje życia. Co z tego, że czekała nas rekrutacja na studia, trudne wybory, gorzkie rozczarowania i  może wielka radość? Nie patrzyliśmy, nie myśleliśmy o tym. Głowy pełne marzeń, serca pełne nadziei….

Kiedy patrzę hen za siebie
W tamte lata co minęły
Kiedy myślę co przegrałam
A co diabli wzięli
Co straciłam z własnej woli
A co przeciw sobie
Co wyliczę to wyliczę
Ale zawsze wtedy powiem,
Że najbardziej mi żal…

10 lat temu wyobrażałam sobie takie spotkanie po maturze. Z portfela wyjmę dwa zdjęcia, nie, wróć, trzy. Dwa będą przedstawiać moją uroczą dwójkę dzieci, synek lat 4,5 i córeczka, roczna panienka, która właśnie zaczęła chodzić. Trzecie zdjęcie będzie przedstawiać niezwykle przystojnego męża. Będę opowiadać o moich dzieciach, mojej małej kawiarence, budowie domu z ogrodem i ogólnie, o radosnym życiu. Owszem, mówiłabym,że czasem kłócę się z mężem o muzykę, a synek jest alergikiem i nie wiem gdzie wyjechać na wakacje….

Och, jaka byłam naiwna. Jaka beznadziejna była ze mnie optymistka. Jaka głupia byłam. Ot, nastolatka co ma w głowie wyłącznie  różową watę cukrową.

Wczoraj było spotkanie pod hasłem – 10 lat po maturze.

Wybrałam makijaż, lekki fiolet, w zasadzie to kombinacja trzech odcieni. Wybrałam przepiękną sukienkę, moja mama w kółko chodziła i mówiła- moja piękna córeczka. Siostra szczękę zbierała z podłogi- ależ ty masz figurę. Brat nie mógł wyjść z podziwu – ależ mam uroczą siostrę. Pomalowałam paznokcie, lekki,letni błękit z nutą pieprzu. Wybrałam perfumy, bergamotka, róża, piwonia, piżmo i cedrowe drzewo. Zabójczo piękna mieszanka. Wskoczyłam przekornie w granatowe trampki, co by było bardziej na luzie. Usta podkreśliłam matową szminką o idealnej trwałości. Spojrzałam w lustro i…..

Ale to już było i nie wróci więcej

I choć tyle się zdarzyło to do przodu
Wciąż wyrywa głupie serce.

W liceum byłam taką szarą niewidzialną myszką. Zawsze pomocna, uśmiechnięta. Niezwykle cicha, do bólu spokoju, zwyczajna, nudna. Książki, rockowa muzyka , ambitne filmy. Precyzja. Idealnie zdana matura, potem studia. Plany. Nie rozpraszały mnie imprezy, koledzy, latanie po sklepach. Wagary, papierosy, alkohol? Nigdy. Nawet na studniówce zabrakło dla mnie lampki szampana. Przypadek? Wątpię. Lubiłam swoją klasę. Ale pojedynczo. To znaczy na forum klasy nie istniałam. Ale podczas prywatnych rozmów każdy się dziwił – ty jesteś tą samą cichą Madzią? Nie wierzę. Typowy bliźniak, dwie natury i te sprawy.

 

Tyle spraw już mam za sobą.
Coraz bliżej jesień płowa
Już tak wiele przeszło obok
Już jest co żałować
Małym rzeczom zostajemy
W pamiętaniu wierni
Zamiast serca noszę chyba
Odpustowy piernik…

Spotkanie. Restauracja, wychowawca, obecność potwierdziło 18 osób. W ciągu dnia liczba chętnych się zmieniała, zmniejszała. Nie wiedziałam co robić, iść czy nie ma sensu? Odpadały fajne i bliskie mi wtedy osoby. Ostatecznie przyszło 6 osób. Tak zwana grupa wzajemnej adoracji. Najbardziej imprezowi.Nie moja bajka. Bawili się ponoć świetnie. Beze mnie. Do knajpy poszłam, ale na imprezę nie trafiłam. Wszyscy byli w jeansach. Podpici już o 20, opowiadali sprośne historie. Zupełnie jak w liceum. Z uśmiechem zamknęłam drzwi. Nikt mnie nie widział. Wolę zostawić w głowie inne wspomnienia i tyle.

Może kiedyś. Za kolejne 10 lat…..?

d976e292154ba0ef910e2095cc8b6b22

 

 

Ścieżka dźwiękowa- King Dude- Be free

Rozliczenie

Nie będzie o podatkach, będzie o weekendzie. Skoro zaprosiłam Was do mojego wyzwania poświęconego lutowemu weekendowi dla siebie, to nie mogę zamknąć tematu,nie omawiając jak było u mnie.

Jako,że tamten tydzień był paskudny,potrzebowałam tych dwóch dni spędzonych na słuchaniu samej siebie i robieniu tego na co mam największą ochotę. Posłuchałam więc mojego wewnętrznego głosu i w końcu mogę powiedzieć- to był udany i bardzo mój weekend. Niby tylko dwa dni, sobota i niedziela, a zastrzyk pozytywnej energii na pewno pomoże mi przetrwać najbliższe dni z większym uśmiechem na buzi.

W sobotę rano zachciało mi się pączków, nie ze sklepu a takich domowych, z moją konfiturą z płatków róży. Zagniotłam więc drożdżowe ciasto i z zachwytem patrzyłam jak rośnie. A jak mi się znudziło poszłam na spacer, taki długi. 3 kilometry w jedną stronę, doszłam do jednej z dzielnic Gdańska i cóż, pewnie szłabym dalej gdyby nie to,że skończyła się ścieżka, a skakać przez rzekę zdecydowanie mi się nie chciało. Poza tym siostra nieco marudziła,że czas wracać. Wróciłam więc do swoich pączków. Po drodze zrobiłam jednak zakupy, postanowiłam ponieść się fantazji i kupić parę rzeczy, które za mną chodziły, a było mi szkoda ich kupić. Spokojnie, nic drogiego. Same zdrowe produkty do zjedzenia.

Co prawda po usmażeniu 41 pączków czułam się jakbym wzięła kąpiel we frytownicy,ale byłam zadowolona. Na fali zadowolenia i entuzjazmu umyłam wszystkie okna. Po drodze przeczytałam 2 książki, i posiedziałam nad kolorowankami. Myślałam,że ten dzień powinien się kończyć, ale nie, on miał przyjemne zakończenie. Ale o tym zakończeniu będzie nieco później. W każdym razie w sobotę poszłam późno spać. Rozbudziłam ciekawość? Trudno, poćwiczmy cierpliwość.

W niedzielę marzyło mi się spokojne śniadanie, i parę godzin totalnego lenistwa. A potem mój wewnętrzny głos oznajmił,że dość leżenia, czas działania. Zadzwoniłam do Asi i spontanicznie zaproponowałam spotkanie. Okazało się,że ma wolne popołudnie, więc chętnie się spotka. Umówiłyśmy się w bardzo klimatycznej knajpce, piłyśmy czekoladową kawę zbożową, w kominku paliło się drewno, obok wypoczywał wielki Mops. Gadałyśmy, śmiałyśmy się i planowałyśmy kolejne ciekawe spotkania i atrakcje. Kiedy szłam na przystanek by dostać się do domu,dostałam telefon od mamy,że jadą do centrum miasta,bez większego celu,ale mogą mnie zabrać autem. Jako,że zaczęło padać chętnie przystanęłam na ich propozycję i pojeździłam po wieczornym Gdańsku. Zupełnie bez celu, byle przed siebie. A wieczorem, ocalone pączki, książka i serial.

Totalnie oczyściłam umysł, odpoczęłam, zresetowałam złe emocje. Poczułam się sto razy lepiej niż w piątkowe popołudnie. Coś czuję,że częściej będę sobie aplikować takie weekendy. Zdecydowanie częściej.

A Wy jak spędziliście ten weekend?

Ścieżka dźwiękowa-   Fats domino – Blueberry hill

 

 

Mija czas, płynie czas

Listopad płynął dostojnie. Zbyt dostojnie. Za to nim się obejrzałam, nim odwróciłam głowę do tyłu minęła 1/3 grudnia. O ile w pracy bywają momenty, że zerkam na zegarek i z przerażeniem stwierdzam fakt, że minął dopiero kwadrans mojej obecności, a ja już zrobiłam tyle jakbym siedziała tutaj cały dzień, ale zasadniczo dni uciekają. Wychodzę ciemno, wracam ciemno. Nie wiem gdzie i kiedy podziewa się cały dzień?

Weekend tak samo, przeminął szybciej niż pstryknięcie palcem. Mam nadzieję,że najbliższe dwa dni miną jednak dość szybko. W piątek o 16 zaczynam swoją świąteczną przerwę. 11 dni bez pracy. No dobrze, bez pracy zawodowej. Tej związanej z gotowaniem i pucowaniem będę mieć po kokardki. Ale przynajmniej odpocznę do klientów, faktur i nękania dłużników. Jestem pewna jednak,że o ile pierwsza połowa miesiąca pędziła niczym Pendolino na dopingu, to czas do wolnego będzie się ciągnął i ciągnął. Jak spaghetii.

Od paru dni okropnie męczyła mnie pogoda. Wysokie temperatury zimą równają się z bólem głowy, osłabieniem i niechęcią do wszystkiego po prostu. W sobotę byłam jedynie w markecie, no ok, w dwóch. W jednym zakupiłam  produkty potrzebne do korzennego ciasta, w tym drugim kupiłam „świąteczny wystrój”. Razem z mamą ustaliłyśmy,że w tym roku rządzić u nas będzie biel na choince. Mama upiera się,że to modny kolor, więc będzie biało. Ciągle trwa dyskusja czy w dużym pokoju stanie żywa jodła, czy ta sztuczna. Optuję za żywą. W oczekiwaniu na decyzję w pokoju postawiłam świerk. Ma z 50 cm centymetrów, ślicznie rośnie sobie w doniczce, a wczoraj doczekał się lampek. W każdym razie w sobotę mój ból głowy nie pozwolił mi na wiele. Byłam pewna, że albo to zwiastun problemów z zatokami,albo nadejdzie gwałtowny atak zimy. Poszłam spać, a raczej poległam w walce ze snem koło 21. Nie wiem czy była 20.30, czy 20.55. Wiem,że dzień z radością zakończyłam nie wiem kiedy.

W niedzielę obudziłam się cała radosna. Na tyle radosna,że o 7 rano powędrowałam na Mszę. Myślałam,że to będzie cudowny dzień. Ale nim dzień dobrze się rozpoczął zaczęło okropnie lać. I tak dzień cały. Snułam się po domu i męczyłam w czterech ścianach. Po prostu czułam jak wzywa mnie świat,a  wstrzymuje deszcz. I w momencie największego ataku deszczu dostałam telefon, od Asi, blogowej znajomej, której na oczy nie dane mi było widzieć. Miałyśmy się już spotkać parę razy,ale jej coś wypadało, albo mi, zaproponowała spontanicznie herbatę. Popatrzyłam na pogodę za oknem, wyobraziłam sobie siebie wychodzącą na deszcz, walczącą z wiatrem i szarością. O nie, nie mogłam się na to zgodzić. Nie mogłam się zgodzić na zostanie w domu oczywiście. Wykorzystałam okazję,że moi rodzice planowali odwiedziny u cioteczki, zabrałam się z nimi do centrum. Asia wybrała wspaniałe miejsce na nasze pierwsze spotkanie, nie przeszkodziło jej moje spóźnienie. W pubie/kawiarni/klubie, po prostu u Józefa K. nawiązała się między nami serdeczna nić porozumienia. Okazało się,że tyle nas łączy. Obie jesteśmy cholernie nieśmiałymi damami bez partnerów. Obie lubimy lipową herbatkę z miodem, mamy te same muzyczne i filmowe gusta, obu nam zaświeciły się oczy gdy usłyszałyśmy piosenkę Depeche Mode w tle. Przekonałam nawet Asię by pojechała na ich koncert. Obie kochamy gry planszowe i nie lubimy sieciowego kina, za to cenimy jogę i kochamy operę. Obie uwielbiamy dzieci, choć swoich nie mamy. I tak nad tą rumiankową herbatką z Depeszami w tle, w tę paskudną niedzielę narodziła się bardzo ciekawa znajomość. Obie wyraziłyśmy chęć dalszego spotykania się i spędzania razem weekendowych wieczorów. Ha, w końcu trafiła mi się herbata z ciągiem dalszym 🙂 Jako,że nie miałam dość herbaty udałam się na świąteczny jarmark. Herbatki na Święta o nazwach Worek Mikołaja i Tajemnica grudniowego wieczoru zostały zakupione i czekają na swoją porę. Nie mogłam też nie skusić się na stempelki do ciastek. Marzył mi się jeszcze wytłaczany wałek. Ten w gdańskie kamieniczki. Uznałam,że wspaniałe byłoby zrobić Starówkę z ciasteczek. Ale cena za sztukę mnie onieśmieliła. Trudno, może Mikołaj znajdzie drogę na to stoisko? Poza stoiskiem z wałkami i drewnianymi stempelkami nasz jarmark,choć mały, ma w sobie ogrom uroku. Pamiętam czasy gdy za jarmark robił piwny namiot z grillem. Teraz kuszą nas piękne dekoracje, grzane wino, i drewniane domki z tradycyjnymi produktami. Taki wieczór nie mógł być nieudany.

Ścieżka dźwiękowa- Mando Diao-Dance with Somebody 

Relacja. Porażka czy sukces?

Sobota 11.00 Udało mi się dostać do fryzjera, relaks na fotelu, na 20 minut zostawiłam garnki, blaszki i piekarnik. Zamiast się relaksować męczyłam się strasznie, natłok myśli i spraw do załatwienia. Fryzjerka mogłaby mnie odciąć na zero. Nie zauważyłabym.

Sobota 16.00 Wciąż nie mamy menu. Wiadomo drukarnie już nie działają. Jestem w kropce. Ups, ciasto woła. Czas wyjąć brownie z pieca.

Sobota 18.00 Zaczęłam robić drożdżowe. Topię masło, dodaję mleko, a gdzie rozczyn? Halo halo, rozczyn, odbiór. Nie ma rozczynu bo nie ma drożdży. Myślę,że zwariuję albo strzeli mnie piorun. Cudem zdobywam drożdże.

Sobota 22.00. Siłą woli wyciągam blachy drożdżowych bułeczek z pieca. Dobrze, że w tle lecą mi Przyjaciele. Akurat Chandler postanawia rzucić palenie i zamienia się w kobietę. Śmiechy trzymają mnie przy życiu. W końcu kładę się do łóżka.

Niedziela 1.30. Nie mogę spać. To znaczy śpię,ale budzę się co kwadrans sprawdzając czy już czas wstawać. W środku jestem trzęsącą się galaretą wieprzową.

Niedziela 5.15. Ok, wstaję. Robię podwójną sesję jogi. Sprawdzam ostatnie ważne kwestie. Czytam. Nie mogę się na niczym skupić. Ratunku.

Niedziela 7.30. Jestem w kościele na rannej Mszy. Wszystko w środku mi się trzęsie. Godzina zero coraz bliżej, modlę się o szeroko pojęty spokój.

Niedziela 8.15. Przebrałam się 3 razy. Wciąż nie wiem czy wybrać asymetryczną spódnicę, prostą sukienkę w kwiatki, czy sukienkę wersję wypasioną?

Niedziela 8.35. Wybrałam wersję numer dwa. Czas szykować się do wyjścia.

Niedziela 8.45. Wybrałam wersję numer trzy.

Niedziela 8.47. Wracam do wersji numer dwa.

Niedziela 8.50. Tata pogania, czas znosić rzeczy do samochodu. Zamiast pakować ciasta do kartonów zmieniam wersję numer dwa na numer trzy. Mam sukienkę w której mogłabym zatańczyć z Johnem Travoltą w Grease. Jest lekko kremowa w niebieskie kwiaty, dopasowana na górze z kołnierzykiem, a mocno rozkloszowana na dole. Jak szaleć, to szaleć.

Niedziela 9.15. Wychodzę z domu. Sąsiedzi zmierzają na Mszę o 9.30. Dziwi ich mój widok. Niosę bowiem w ręku bukiecik. W wazonie. W wazonie jest woda. Z tym bukietem, wazonem i wodą wsiadam do auta.

Niedziela 9.35. Jesteśmy na miejscu. Bukiet żyje. Wazonik też. Nie uleciała ni kropelka wody. Sukces.

Niedziela 9.37. Dzwoni Nastka, zgubiłam się.

Niedziela 9.38. Dzwoni Nastka. Wiem jak jechać.

Niedziela 9.38 sekund 25. Niestety nie wiem gdzie jestem.

Niedziela 9. 38. sekund 31. Tata przejmuje stery i zastępuje GPS. Dziewczyny są na dobrej drodze.

Niedziela 9.40. Stary Maneż, wchodzę do środka. Ktoś mi macha, ale kto to? Tak, to koleżanka ze studiów, kulinarna blogerka, mamy stoiska obok siebie. Zaraz zaraz, to nie jest kąt, dostałam idealne miejsce przy dwóch drzwiach, jestem zaskoczona, mile.

Niedziela 9.43. Znosimy kartony, dekorujemy stoisko, pracy jest nadmiar. Nie wiem w co ręce włożyć. Mija godzina. Stres zniknął, nie ma na niego czasu. Sorry panie stresie. Został za drzwiami.

Niedziela 10.55. Odliczamy sekundy do początku imprezy. Ostatnie poprawki, motywujące zdjęcie, klepiemy się po udach i zacieramy ręce.

Niedziela 11.00. Zaczęło się, wchodzą goście. Gdzie jest stres? Nie ma. Cieszymy się jak dzieci. Chłopak Nastki w ostatniej chwili przynosi nam piękne menu. Spokój, ogarnia nas słodki spokój.

Niedziela 11.10. Jest mój pierwszy klient, dobry kolega. Sprzedaję pierwszy kawałek Leśnego Mchu. Robi wrażenie, pierwsze komplementy, pierwsza 50. Ups, muszę wydać prawie wszystkie drobne. A w ogóle to gdzie jest moja puszka na pieniądze? Halo, halo, obsługa, obsługa na pomoc. Siostry nie widzę. Gdzie jest moja puszka?

Niedziela 11.15. Drugi klient, miły pan kupuje dwie drożdżówki kokosowe. Płaci stówką. Pożyczam drobne od Nastki, moja siostra zniknęła. Dalej nie wiem gdzie jest moja puszka na pieniądze. Wyjść nie mogę jej poszukać, zostałyśmy uwięzione w słodkim więzieniu stoisk.

Niedziela 11.20. Znalazłam siostrę, mam puszkę. Kolejny klient. Znów chce drożdżówkę. Znów płaci grubą gotówką. Proszę siostrę o rozmienienie pieniędzy. Daje mi 3 złote. Dzięki.

Niedziela 11.45. Zeszła połowa leśnego mchu. Ludzie robią sobie z nim zdjęcia, dopytują o przepis. Jeden pan pyta się mnie jaką przyprawą jest Ricotta-wyrazistą czy słodką?. Rozmowy z gośćmi idą mi prosto. A przecież jestem na co dzień osobą nieśmiałą. Ale mówienie o zaletach szpinakowego ciasta i orzechowych batoników bez pieczenia idzie mi zaskakująco płynnie. Uwaga klient.

Niedziela 12.12. Klientem okazał się pan, bardzo miły, szalenie miły. No dobra, okropnie przystojny. Rozumiecie skąd ta przerwa, musiałam zaczerpnąć tchu. Nastka mi szepce- jakby on cię tutaj poprosił byś dla niego okradła bank to byś to zrobiła nie? Bez wahania odpowiadam tak. Te niesamowicie niebieskie oczy. Oczy, czy one mnie nie mylą? Jezusie słodki, dobrze widzę? Tak, tak, to prawda. Szybko poprawiam włosy, ćwiczę uśmiech nr 76.I…

Niedziela 12.25. Ledwo stoję. Muszę usiąść. Wachlarz, potrzeba mi wachlarza. Czy ja na pewno siedzę? Czuję jakbym unosiła się minimum 5 metrów nad dachem Maneżu. Te błękitne oczy mają na imię,  dajmy na  to, Teodor. I ten oto Teodor kupił kolejne ciasto. I wiecie co dostał gratis do tego ciasta? Mój telefon. No dobra numer, telefon sobie zatrzymałam. Tak ja wiem, że wyobraźnia podpowiada by teraz w tle poleciał Marsz Mendelsona, gołąbki powinny latać w powietrzu, a konfetti powinno spadać w ilości hurtowej. Ale nie. Otóż te błękitne oczęta, wróć Teodor zauroczony został naszymi słodkościami. Wypiekami znaczy się i jako właściciel knajpy szukał na festiwalu dostawców ciast do jego małej i kameralnej knajpy. I jakoś tak uznał,że jestem najlepsza. Wody, wachlarza, wody, powietrza. Ja latam.

Niedziela 12.45. Trzeba wziąć się do pracy. Koniec z lataniem w powietrzu. Lądujemy. Chciałabym powiedzieć,że z leśnego mchu zostały ino okruszki,ale to nie prawda. O ostatni kawałek toczyła się walka. Przegrana kupiła okruszki. Dobrze słyszycie, okruszki. Ja latam.

Niedziela 13.00. Przychodzi,a  raczej przyjeżdża na rowerze moja Agnieszka, czyli przyjaciółka. Niemal w biegu łapie małe babeczki, ma wyjątkowo mało czasu,ale powiedziała,że w tak ważnym dla mnie dniu nie może jej nie być ze mną. Choć na chwilę. Słodko.

Niedziela 13.10. Okropnie burczy mi w brzuchu. Rano 20 minut debatowałam z jogurtem zjeść go nie czy nie zjeść? Teraz zjadłabym konia z kopytami, na razie starczyć mi musi kawałek ciasta. Robimy z Nastką handel wymienny, ja ci moje, ty mi swoje.

Niedziela 13.22. Było jedzenie, popiłoby się czymś. Obydwie jesteśmy niewyspane i nieco zmęczone, a przecież tyle przed nami. Ustalamy, że przehandlujemy ciacha za kawę. Za nami stoisko ma dwóch chłopaków, niezwykle przystojnych chłopaków. Robimy miłe minki, oferujemy co mamy najlepszego w ofercie, a w zamian dostajemy wyjątkowo pyszną kawę z pięknym wzorkiem. Łyk kawy i  klient.

Niedziela 13.50. Ten klient zabrał nam dużo czasu. Pani ma kawiarnię i tak jej się wszystko spodobało, że robiła zdjęcia, pytała jak robimy ciacha i znów wzięła namiary. Słodki pudrze, czemu nie zrobiłam jakichś wizytówek?

Niedziela 14.00. Jeden pan kupił właśnie dwie siatki naszych słodkości. Wróciła pani, o jejku, czyżby reklamacja? Znalazła palec w batoniku orzechowym?

Niedziela 14.03. Nie, palca nie było. Gorzej. Pani się obraziła. Obraziła kiedy dowiedziała się, że nie można regularnie kupować naszych wyrobów. Jeden pan powiedział, że to nie fair, że ciasta może sobie jedynie pooglądać w internecie. To pytanie -a gdzie panie na co dzień mają swoją kawiarnię/cukiernię padnie jeszcze 10 razy. I za każdym razem pojawi się żal, że jestem tylko blogerką a Nastka mi dziś jedynie pomaga.

Niedziela 14.18. Przyjeżdża mój tata, moja mama i babcia. Babcia prosi o największy kawałek brownie, jest zachwycona. W ogóle impreza zrobiła na niej wielkie wrażenie. Tyle, że, no właśnie. Babcia zapomniała zapłacić. Nie dała też napiwku. Własna babcia. Wstyd.

Niedziela 14.45. Jestem znów głodna. Gdzie jest moja siostra? Siostro proszę poleć do pewnego Fast Foodu po nuggetsty dla mnie. Proszę.

Niedziela 15.20. Ależ jestem zmęczona, a wciąż do końca prawie 4 godziny. O, jest moja ulubiona klientka, mała Zuzia z rodzicami, moją przyjaciółką. Uciekli z rodzinnej imprezy by być ze mną, choć na chwilę. Robimy sobie zdjęcie. Przyjaciółka jest dumna. A mi jest miło, że wpadli. Okropnie miło.

Niedziela 15.50. Z poślizgiem wpada na salę mój kurczak, już widelec zatapia w chrupiącej panierce gdy słyszę Cześć. Podnoszę wzrok, tak, dobrze widzę. To pan od tulipanów. Na FB dowiedział się o moim stoisku i udziale czynnym w imprezie. Kupuje brownie, targuje 20 groszy zniżki. Chce pogadać, a ja chcę jeść, a po drugie nie mam ochoty na rozmowy. Na szczęście….

Niedziela 16.00. Na szczęście widzę moją ciocię. Moje kuzynki nie mogły przyjechać, ale wysłały kochaną ciocię na festiwal. Ciocia wzięła przyjaciółkę. Przy okazji dostaję prezent na urodziny od nieobecnego chrzestnego. Ciocia jest pod wielkim wrażeniem. A mi znów jest okropnie miło.

Niedziela 16.10. Siostra się pyta co to za przystojny chłopak tak długo stał przy stoisku. Nie chce mi się opowiadać. A znów klient.

Niedziela 17.00. Udaje mi się zjeść pierwszy z 3 kawałków kurczaka. Idę po obłędną lemoniadę pomarańczową. Nie czuję nóg. Albo na odwrót, czuję każdy kawałek mięśnia. Wszystko mnie boli.

Niedziela 17.30. Zaczyna robić się spokojniej. Dostajemy jednak z Nastką głupawki. Efekt zmęczenia. Uznałyśmy, że wszystkie głupoty powiedziane i poczynione w tym czasie zostają w Starym Maneżu.

Niedziela 19.00. Koniec. Zaczynamy powoli się pakować. Mimo to wchodzą ostatni goście. Kupują ciastka, dajemy gratisy. Jesteśmy tak zmęczone, i tak zadowolone, że działamy jak automat.

Niedziela 19.20. Stoisko posprzątane. Wszystko z powrotem trafia do kartonu. Przyjeżdża tata. Pakujemy blaszki, blachy, tortownice i materiały pomocnicze. Znów trzymam wazonik w ręku. Od nadmiaru emocji zaczyna kręcić mi się w głowie. Zdecydowanie był to cudowny dzień.

Niedziela 23.45. Jestem maksymalnie zmęczona. Jestem tak zmęczona, że nie mogę zasnąć. Jestem maksymalnie zadowolona.

Poniedziałek 8.00. Czuję się jak zombie. Niewyspana, nie czuję nóg. Albo znów, czuję je w nadmiarze. Boli mnie wszystko. Ale jestem szczęśliwa.

Poniedziałek 22.30. Dalej wszystko mnie boli. Powoli zaczynają opadać emocje.

Wtorek 5.45. Jak te nogi mnie bolą. Przydałby mi się masaż. Na wspomnienie niedzieli…. Po prostu się uśmiecham.

Jeszcze podziękowania. Nastce za cudowną współpracę. Tacie za logistykę. Siostrze za to, że swoje urodziny spędziła całościowo na tej imprezie i wynosiła non stop śmieci. Przyjaciołom za obecność. I Wam,że powiedzieliście-idź.

Bez zdjęć raport byłby niepełny. Oto i one.

Ścieżka dźwiękowa- Leonard Cohen- Seems so long ago, Nancy. 

 

 

 

 

Niebieskie oczko i rozmyślania cukiernika

Ha, ten tytuł wiele mówi, prawdaż?

Niebieskie oczko. Niebieskie oczko to marzenie mojej mamy. Tak, moja mama odkąd książę Karol podarował Dianie pierścionek z niebieskim oczkiem przepadła. Mój tato oświadczając się mamie wybrał czerwone. Mama co prawda pierścionek przyjęła, ale to nie znaczy, że nie zapomniała o niebieskich kamykach. Marzyła o nich całe życie. To marzenie odkąd William oświadczył się Kate przy użyciu niebieskiego pierścionka rosło i rosło. Od paru tygodni zaś osiągnęło fazę krytyczną. Dzień dnia po 79 razy słyszałam- jak nie wiecie co kupić na dzień matki to kupcie mi pierścionek Diany vel Kate. Tam na górze u jubilera, już przymierzałam i wiedzą jaki wam dać. Oczywiście mamie powtarzałam,że dostanie to co uznamy za stosowne, ale dla świętego spokoju poszłam obejrzeć pierścień. Dla wyjaśnienia, on mi się w ogóle nie podobał na zdjęciach, nie lubię odcieni niebieskiego. Ale jak weszłam, poprosiłam o ten książęcy model i przymierzyłam na placu…. przepadłam. On był tak śliczny,że nie chciałam zdejmować go z palca. Nie i koniec. Cudo. Uznałam,że skoro mama zachwycona moimi nowymi butami natychmiast pobiegła do sklepu celem zakupu takiej samej pary, ja mogę sobie sprawić taki pierścień. I trwałam w tym postanowieniu dopóki nie zobaczyłam metki z ceną. Moja mama bardzo sobie ceni trud włożony w wychowanie dzieci. Marzenie o swoim pierścionku odłożyłam na czas posiadania własnego teoretycznego potomstwa. Im będę od niemowlęctwa śpiewać-mamusia chce pierścionek, taki sam jak u babuni, i księżnej Kate. Kiedy ja myślami wybiegałam do lata 2030 roku kiedy to zostałam mamą po raz pierwszy i ostatni, ekspedientka uznała,że mama moja zasługuje na więcej, bez kozery wyjęła wisiorek i kolczyki, do kompletu. Oj jak zachwalała,że tylko w kompleciku mamcia będzie wyglądać idealnie, i wszystko wzajemnie się pięknie uzupełni i w ogóle, bez wisiorka nie ma Dnia Matki. Grzecznie się zachwyciłam, po czym powiedziałam,że mama posiada też dwójkę pociech różnych ode mnie i oni też powinni się pozachwycać ta biżuterią i podarować mamie. Oczywiście cena pierścionka, samego pierścionka przekraczała budżet, więc mama na resztę musi poczekać. Albo zasłużyć. Zależy jak patrzeć.

Początek tygodnia był piękny. Ale jak zrobił się wolny dzień oczywiście pogoda zrobiła sobie wolne. Chmury zawitały nad Trójmiastem i groziły deszczem. Ten dojrzał dopiero do pokazania się światu dnia następnego. Ale brak słońca natychmiast poskutkował znaczącym obniżeniem temperatury. Moje plany wyjazdu nad morze na szczęście były bardzo luźne, więc brak ich realizacji nie wywołał większego żalu. Zamiast tego poszłam na procesję. Tatko tak prosił, że w końcu mu uległam. Ostatni raz byłam dawno, dawno temu. Zapomniałam parasola-a byłam pewna,że miałam go w dłoni przed wyjściem, więc patrzyłam z niepokojem w niebo zastanawiając się kiedy lunie. Nie lunęło. Za to parafialny ksiądz bez głosu postanowił całą drogę umilać swoim śpiewem, marnej, oj marnej jakości. Cierpię do dziś. Ponoć kto się śpiewem modli, modli się dwa razy. Kto słucha tego księdza, od razu powinien iść do nieba.

Po procesji miało miejsce dalsze świętowanie dnia matki-po wręczeniu pierścionka i niekończących się okrzyków radości, zabraliśmy mamę na pierożki. Tym razem w kolejce po stolik czekaliśmy jedynie 30 minut, a na jedzenie 65 minut z lekkim wąsem. Ale warto było, pierwszy raz próbowałam chinkali i przepadłam.

Czy wspominałam, że moi rodzice są idealnie dobrani? Kiedy tata zachorował na serce, u mamy zdiagnozowali również sercowe problemy. Tata zachorował na cukrzycę, i mama postanowiła sprawdzić również swoje poziomy cukru, i proszę, ona też ma cukrzycę. Zbyt dosłownie potraktowali słowa by się wspierać w chorobie.

Teraz nie będzie o chorobie, chociaż moja alergia mnie dobija, a lemoniada niestety nadwątliła moje gardło zbyt dużą ilością lodu. Ale nie o tym. Otóż dostałam propozycję wzięcia udziału w największym wojewódzkim festiwalu kulinarnym, jako wystawca. Ja, skromna kulinarna blogerka miałabym stanąć wśród znawców tematu i znanych nazwisk, przynieść moje wypieki i je sprzedawać? W ogóle liczyć na to, że ktoś to kupi? No nie żartujmy. Powiedziałam,że się zastanowię. Pierwszy dowiedział się brat, powiedziałam mu to w formie żartu, on uważał,że to nie żart a wspaniała okazja. Siostra podtrzymała entuzjazm brata. Tatko obrósł w piórka, jego córka miałaby stanąć wśród profesjonalistów, ktoś uznał,że się nada, no super, już zaczął organizować wszystko logistycznie, i tylko ja nie skakałam z radości. Poszłam do mamy, miałam u niej znaleźć wsparcie, czyli usłyszeć-dziecko daj sobie spokój, zostań w domu, nie wygłupiaj się. Mama zaś nieco myślała, i ostatecznie rzekła, wiesz co, ja tam stanę i będę mówić, że to wszystkie jest pyszne, no co prawda w pieczeniu ci nie pomogę, bo robisz to lepiej, i w ogóle ja nie lubię, ale już tam ci klientów nagaję.

Zaczął się więc mój słynny dylemat-iść czy nie? Co chwilę zmieniałam zdanie. Zaczynałam widzieć plusy, by zobaczyć jeden wielki powód by zostać w domu i się nie wygłupiać. Wstyd mi było za swój brak pewności siebie.Bo przecież takie festiwale to mój żywioł, marzyłam o tym, to spełnienie marzeń, które miałam od dziecka. Magda cukiernik. Zaczęłam radzić się dwóch koleżanek, oczywiście uznały moje rozterki za wprost idiotyczne. Jak los daje szansę,trzeba korzystać. W końcu nie wiem kto spróbuje tego ciasta, komu posmakuje? Poznam nowych ludzi, zdobędę doświadczenie, będą promować mojego bloga, i w ogóle to będzie przygoda. Problem w tym,że ja nie lubię przygód. Cenię sobie stałość,nawet nudną. Widziałam już oczyma wyobraźni puste inne stoiska, i moje, kiedy to nikt nie podszedł i wszystko nadawało się do wyrzucenia. I wtedy moja siostra rzuciła pewien pomysł, tak, ta bałaganiara miała dobry, ba świetny pomysł.

Jeden telefon, jedno pytanie i czekanie na odpowiedź. Nerwowo chodziłam po kafelkach w łazience. To było najdłuższe 45 sekund w tym roku. Przyszła pozytywna odpowiedź. Tak, wielkie tak, pewnie, że tak. To tak zaczęło wielką falę optymizmu, że może jednak warto spróbować i nie będzie to największa porażka mojego życia.

Za tak kryje się Nastka, która zawsze towarzyszy mi w najciekawszych momentach mojego życia. Ma ona ogromny talent kulinarny do pieczenia zdrowych i oryginalnych rzeczy. Pomoże mi w pieczeniu, stanie tam ze mną, doda mi odwagi. Będziemy we dwie martwić się i cieszyć. A jej dziecięca wręcz wiara w nasze możliwości sprawiła, że mniej się boję. Ba, uznałam,że to może być naprawdę świetna przygoda.

Do festiwalu został ledwie tydzień z jednym dniem. Tyle spraw do ogarnięcia, tyle jeszcze muszę zrobić. Ale mam pomocników z super pomysłami. Już dziś trzymajcie kciuki!

9e0ca6c08d4a2779025411e15daa8eea

Ścieżka dźwiękowa-Annie Lennox- Shining light

 

 

Miks poniedziałkowy

Zawsze i wszędzie prześladują mnie dziwne wypadki i przypadki. Byłam w bibliotece, gdzie uzupełniałam książkowe zapasy na całe dwa tygodnie. Udało mi się zdobyć w końcu Wszystko co lśni, co wywołało na mej buzi wielki uśmiech. Oczywiście obok tej książki leżały trzy inne- Wyjdź za mnie, Greckie zaręczyny i Poradnik jak wziąć ślub idealny. Nie dałam się, uśmiech, proszę uśmiech. Z tym też uśmiechem wyszłam z biblioteki i postanowiłam zajść do kościoła, który mieście dokładnie 3 kroki do biblioteki. Zanim weszłam zainteresowała mnie tablica z ogłoszeniami, a, że czytać to ja kocham to zaczęłam podczytywać. Na tej tablicy mieściły się zapowiedzi. Naprawdę było ich sporo,więc miałam co czytać. A, że były to zapowiedzi parafii mojej kuzynki postanowiłam sprawdzić czy już tam jest i w końcu sprawdzić nazwisko jej narzeczonego. Gdy tak czytałam i czytałam poczułam czyjąś rękę na mym ramieniu. Nieźle się wystraszyłam, odwróciłam głowę, będąc pewną, że spotkam wzrokiem profesjonalnego zabójcę, który to zaraz zgrabnym cięciem odejmie mi głowę. Niestety nie był to pan z siekierą. Był to ksiądz, proboszcz. Zapytał- szukasz siebie tu na liście, gratuluję.

Ha, szukam, szukam, ale jako, że nikt nie zapowiadał chęci ożenku ze mną, logicznym byłby fakt, że nie mogę siebie znaleźć. Szybko powiedziałam, nieco z humorem w głosie- Ja? Broń Boże. Dopiero po chwili naszła mnie refleksja, że rozmawiam z księdzem proboszczem. Na szczęście ksiądz nie ekskomunikował mnie na miejscu, a westchnął- no tak wy młodzi to lubicie te wolne związki. Kusi was ta kocia łapa, ale przyjdź z partnerem, pomódlcie się, na pewno zmienicie zdanie.

No z tym może być kłopot-odrzekłam.

A niewierzący-rzekł ksiądz. Tutaj podrapał się po głowie, ale jak kocha to go przekonasz do ślubu w kościele.

On właśnie nie kocha…-rzekłam z nutką żalu.

Nie kocha? Oj dziecko, dziecko, to go rzuć. Nie wierzy i nie kocha. To nie będzie dobry mąż z niego. A dzieci macie?

No nie, nie możemy-by czy ktoś słyszał o dziecku zrodzonej z platonicznej miłości do faceta, którego kobieta widziała raz w życiu i dzieliło ich z 500 metrów? No ja wiem ksiądz słyszał, więc tego nie dodałam. Rozmowa mnie zmęczyła, nie chciało mi się ciągnąć pełnej nieporozumień wymiany zdań, rzekłam więc po prostu – to ja już sobie pójdę, Szczęść Boże. Ksiądz serdecznie mnie pożegnał i szczerze się zamartwiał moim marnotrawnym narzeczonym, co nie chce wziąć ze mną ślubu w kościele.

No nic idę. Spotykam kiedyś moją najlepszą gimnazjalną koleżankę, może wtedy i przyjaciółkę? Mieszka dwa bloki ode mnie, a szczerze to ostatnio nawet nie odpowiada na moje cześć. Dlatego też zdziwiłam się gdy podbiegła do mnie i  z uśmiechem na buzi. Ja wiedziałam o co chodzi, albo bierze ślub, albo jest w kolejnej ciąży. Bingo, ślub. Zaprasza by przyjść do kościoła, bo przecież tak się lubimy i inne bla bla. Wyszło na to, że beze mnie nie złoży przysięgi na wierność i uczciwość. Łezka pociekła. Założę się,że gdybym była szczęśliwą mężatką z czwórką brzdąców dalej omijałaby moje „cześć” z daleka. A tak może się pochwalić ślubem i chrzcinami. Jak mówił mój licealny wychowawca, Head& Shoulders.

Piątek udało mi się załatwić wolnym dniem od pracy. Spędziłam go z moją przyjaciółką i jej córeczką. Czy mówiłam jak się wzruszam gdy mała mówi do mnie „ciocia”. Ja tak się łatwo wzruszam, szczególnie jeśli chodzi o dzieci. Do tego Zuzia bardzo chciała iść koniecznie ze mną, rączka w rączkę. Matko, ależ mi się instynkt macierzyński włącza. Powinnam szerokim łukiem omijać dzieci, kobiety w ciąży i sklepiki z gadżetami dla maluszków. Tego samego dnia moja przyjaciółka, w zasadzie dwa kwadranse po spotkaniu zadzwoniła i rzekła- Madzia ratuj, zrób mi tort, to znaczy dla Zuzi, na jutro, ja się wracam i zaraz daję Ci pieniądze. Cukiernia zgubiła zamówienie, przyjaciółka nie piecze nic a nic, jej mama na urodziny przyjedzie prosto z sanatorium z gór,a  teściowa ma migrenę zawsze kiedy trzeba w czymś pomóc. Także musiałam. No i chciałam. Nie, nie chciałam. Nie jem tortów, nie lubię, nie znoszę ich piec. Poza tym to tort dla dziecka, jakaś dekoracja by się przydała. Żaden problem, chętnie zrobię. No właśnie nie zrobię, jak mam zrobić tort na ostatnią chwilę bez grosza tortowego zacięcia?

Kasiu, robię, wyzwanie podjęte. Tak, to było wielkie wyzwanie. Uznałam,że tort zrobię w prezencie. Przyjaciółka się jednak obraziła. Nie może być w prezencie, zapłaci za składniki, i tak ratuję jej życie. Niechętnie się zgodziłam. Przyjaciółka wróciła z pieniędzmi i prośbą o owocowy tort z jakąś małą dekoracją. Dała mi też w podzięce wielką książkę kucharską Hanny Szymanderskiej. Poczułam się cholernie głupio. Poszłam więc po maliny do tortu, a jednocześnie do zabawkowego po prezent dla małej. Ale co lubią dwulatki? Po 40 minutach z wąsem zakupiłam puzzle ze świnką, którą ponoć dzieci kochają. Zaczęłam też robić tort. Tęczowy biszkopt, malinowy krem z borówkami i truskawkowe motylki a’la robaczki. Pełno różu. Sam tort wyglądał jakby zrobił go równolatek Zuzi, nieco raził moje poczucie estetyki-tak, posiadam takie, i nie raził tak różem, jak ogólnym wyglądem-patrz zdjęcie. I uwaga mam na koncie 4 wygrane konkursy plastyczne. Ewidentnie dano mi je bo moje rysunki wywołały łzy wzruszenia komisji- czy ktoś może nie mieć aż tak talentu? Może, witam się.

photomania-9fd92dae0a225b24f7c053ff7bd59c0a

Ale ogólnie poczułam się nieco dumna. W końcu mój tort miał wylądować na obcym stole. Miałam ogromną tremę, tym bardziej,że zostałam zaproszona na te urodzinowe przyjęcie.Do podania tortu nie dotrwałam, może to i lepiej? Już w domu dostałam telefon od przyjaciółki,że wszyscy zażądali dokładki i ona jest w kłopocie, bo został się jeden kawałek i w ogóle wszystkim tak smakowało,że nikt nie uwierzył,że to domowy tort. Nie powiem było mi miło jak nigdy.  W ogóle to podczas tej imprezy uświadomiłam sobie jak bardzo tęsknię do takich chwil w przyszłości. Dzieci biegające w ogrodzie, mąż przy grillu, cała rodzina przy stole. Eh, wiosna w pełni a ja tu lecę z melancholią.

Właśnie jest cudowna wiosna. Ciężko wytrzymać w biurze, tak chciałabym spacerować wśród kwitnącego bzu i cieszyć słońcem, ale nic, trzeba pracować. Siostra wyjechała do Berlina, ja muszę zostać na posterunku. Niestety mamy paskudny czas w pracy. Czeka nas wizyta Inspekcji Pracy, parę trudnych tematów do ogarnięcia i zakończenia. A ile czeka na rozpoczęcie. Sama myśl o pracy wywołuje we mnie dreszcz, i nie jest to dreszcz rozkoszy.

Dreszcz przyjemności zapewnia mi ten pan. Ten pan świętuje dziś swoje urodziny. A ja z nim. Tak, zamierzamy razem spędzić ten wieczór.

6c8fd9b5f51fe838931b5536441c17d6

 

Ścieżka dźwiękowa- Mando Diao – Gloria

 

 

W poniedziałek o weekendzie

Kiedy w listopadzie zakładam sobie, że choć raz  w miesiącu postaram się spędzić jakiś weekend inaczej niż czytając książki na zmianę z piciem herbaty i oglądaniem seriali,wydawało mi się,że ciężko będzie mi porzucić stare nawyki. Owszem letnią porą rzadko kiedy kiszę się w domowych pieleszach, ale moja aktywność na „wychodne” z domu zaczynała się w maju i kończyła we wrześniu. Resztę czasu spędzałam w ciepłym domu, kokosząc się pod kocem. W ogóle była ze mnie domatorka pierwsza klasa. Teraz kiedy patrzę wstecz na marcowe weekendy, to nie było żadnego, który w pełni spędziłabym w domu. A plan powzięty w listopadzie zrealizowałam z nawiązką. Od dłuższego już czasu mnie nosi, na nowo pokochałam spacery, odkrywanie dalszej i bliższej okolicy, przesiadywanie w kawiarniach, bycie wśród ludzi.

Ten weekend zaczęłam spokojnie. Sobotę zaplanowałam bowiem po staremu, domowo. Musiałam bowiem posadzić piękne fioletowo-pomarańczowe bratki, upiec rodzinie ciasto, zrobić porządki, i wynieść zimowe akcesoria do piwnicy. Nie powiem całkiem miło było wieczorem pokosić się pod kocem. Ale niedzielą mnie nosiło.

Niedzielę zaczęłam od spaceru, a jakże. Po kościele, takie 20 minutowe wędrowanie w poszukiwaniu mleka. Ostatecznie okazało się,że okoliczne sklepy otwierają się od 9, jak na komendę. Byłam więc przy momencie otwarcia Biedronkowych progów dla klientów. Szczerze zdziwił mnie fakt, że w niedzielny ranek przed sklepem od 8.45 ustawią się tłumy żądne bułeczek, szamponów do włosów i bananów.

Ale to było za mało. Jako,że z każdą minutą pogoda rozkręcała się coraz bardziej namówiłam siostrę na spacer. Tym razem wiejskim szlakiem, naprawdę szłam jakimś polem, ciągle narzekałam na zapadające się w błocie buty, a to na za ciepłą kurtkę wiosenną,  ale zieleń, słońce, czyste powietrze skutecznie poprawiły mi nastrój. Poza tym nie sądziłam,że z moją siostrą mogę tak otwarcie porozmawiać. Ponoć wielkim szczęściem jest mieć przyjaciela. Jest cudownie jeżeli to mąż jest twoim najlepszym przyjacielem. Ale z siostrą nie da się rozwieść, więc taka przyjaźń jest najcenniejsza. Widać to było podczas naszych powrotnych zakupów. Nie ma to jak doradzanie sobie w kwestii wyboru skarpetek i debatowanie nad wyborem mleka roślinnego. Sojowe? Ryżowo-kokosowe? A może owsiane? Wybrałam migdałowe.

Jako, że słońca wciąż było mi mało po chwilowym odpoczynku w domu wybrałam się do Sopotu. Z dwóch powodów. Po pierwsze ostatnio pokazywałam Wam gdańską część nadmorską, była też ta gdyńska, aby być w pełni trójmiejskim zabrakło mi sopockiego odcinka. Mam więc dla Was parę zdjęć z otwarcia sezonu anno domini 2016. Ludzi tłum, nad morze nie doszłam, ten tłum na molo odstraszał. Ale nie doszłam też tam  z innego powodu. Tego dnia odbywał się bowiem w Sopocie Marsz poparcia dla Słońca Narodu, oraz inauguracja Ruchu poparcia zaparcia, stąd też utknęłam na dwie godziny w okolicach mola. Było warto. W nowy tydzień wchodzę z zapasem pozytywnej energii.

5154d764f5789fb6fe1385f1b2048df8

Ścieżka dźwiękowa- Depeche Mode- A photograpf of you