Matka Polka. Wersja restauracyjna.

Tak,tak to ja. Ta co lubi wkładać kij w mrowisko. Znowu będę poruszać związany z macierzyństwem. I będzie poruszać go ta co nie ma dzieci, i mieć nie będzie. Czyli można powiedzieć, panienka przemądrzała, wymądrza się i krytykuje. Bo się po prostu nie zna.

Trudno. Do podjęcia tego tematu sprowokowała mnie sytuacja sprzed paru dni.

Moja siostra kończyła 30 lat. Z tej okazji udaliśmy się rodzinnie do knajpy celem zjedzenia rodzinnego obiadu i wzniesienia toastu jagodową lemoniadą za szacowną jubilatkę. Dostaliśmy rodzinny stolik, na 5 osób. Wygodnie usiedliśmy, przejrzeliśmy karty, chcieliśmy składać zamówienie, i wtedy obok pojawiła się młoda rodzina z na oko 2,5-3 letnim dzieckiem. Wyglądali miło i bardzo sympatycznie. Zajęli stolik. Dziecko w kurteczce sobie spało. Pomyślałam, że pewnie zasnęło w aucie i rodzicom szkoda szkraba budzić. Mały grzecznie spał. Uroczy widok.

Złożyliśmy zamówienie. Obudził się i mały człowiek. Swoje niezadowolenie z powodu nadmiaru hałasów i obcego miejsca zamanifestował wrzaskiem i płaczem. Zaraz potem zaczął przeraźliwie kasłać. Istnie gruźliczo. Miałam wrażenie, że ma ochotę wypluć płuca. Chłopca nikt nie uspokajał, rodzice przeglądali karty i dyskutowali co wybrać. W końcu jednak wrzask ich obudził. Mama pogładziła loczki synka i rzekła na głos, donośny głos – Kazimierz tak krzyczy, bo mu gorączka spada. Zdrowiejesz synku.

I maluch postanowił chyba ostatecznie rozprawić się z chorobą, bo wpadł w dziki szał. Rodzice dalej wybierali napoje, spokojnie, w końcu Super Niania radziła olewać takie sytuacje. Patrzę na malucha, ma nienaturalnie czerwone policzki i szkliste oczy. Ta gorączka to tak niekoniecznie szybko spada. Nie dziwię się, że płacze i krzyczy. W końcu matka znajduje remedium na boleści maluszka, prowadzi go….

Tak, prowadzi go do kącika zabaw. W tym kąciku 6 dzieci w wieku od roczku do 5 lat bawi się wspaniale. I nagle wchodzi do nich gorączkujący Kazio z zapaleniem oskrzeli – na co wskazywał kaszel. 6 dzieci wyglądało na zdrowych. Mama pokazała Kaziowi zabawki i radośnie wróciła do stolika. Problem z głowy. Można dalej wybierać pyszności z menu. Dziecko okazało się jednak mądrzejsze. Na tym etapie nie chciało palić mostów i czuć na sobie gniew rodziców tych 6 maluchów i wróciło do swojego stolika. Weszło ojcu na kolana i postanowiło być grzeczne. Czyli grzecznie dostawać ataków kaszlu.

Co z tego,że dziecko się dusi. Rodzice zamawiają obiad. I wmuszają w malucha zupę. Mały Kazio apetytu nie ma, ale mama na siłę go karmi. Jak tłumaczy Kaziu musi wziąć antybiotyk. Bo jak nie weźmie niesmacznego syropu,to dostanie zastrzyk. Kaziu się boi i idzie na kompromis, zje sam makaron z zupy, byleby nie dostać zastrzyku. Je, i płacze. I tak non stop. Całą godzinę płakał i krzyczał.

Cały pobyt w restauracji upłynął pod hasłem – mamo do domu. Tak bowiem Kaziu krzyczał całe 1, 5 godziny. Mama w pewnym momencie powiedziała do syna – zaplanowałam sobie obiad i go zjem. A ty się uspokój i dostosuj.

No właśnie, mama zaplanowała sobie miłą i rodzinną niedzielę. Niestety życie z małym dzieckiem jest nieprzewidywalne, dziecko dostało gorączki i zachorowało. Mama nie zmieniła jednak planów. Obiad na mieście najważniejszy. Co z tego, że dziecko cierpi, mama musi się zrelaksować.  I nic jej w tym nie przeszkadzało, nawet gorączka jej dziecka.

Może jestem jakaś dziwna, ale wydaje mi się, że miejsce chorego dziecka z gorączką jest jego pokoju, w łóżeczku, pod kołderką. A nie w restauracji pełnej ludzi, gdzie jest głośno, duszno i nieprzyjaźnie dla chorego dziecka.

Bardzo lubię kiedy rodzice zabierają swoje dzieci w różne miejsca, nie przeszkadza mi to. Nie złoszczę się gdy maluch coś rozleje, zaszaleje, czy zareaguje zbyt entuzjastycznie. Ale nie będę udawać, chore, marudne i zmęczone dziecko powinno zostać w domu. Nie mówię już o komforcie reszty gości z uwagi na hałas, ale przecież w tym lokalu były inne dzieci, które mogą się łatwo zarazić.  To jest koronny argument. Drugi najważniejszy, to dziecko, rodzice, cała rodzina była szalenie zmęczona przez te ciągłe krzyki. Wyjście do restauracji to nie jest wylot na drugi koniec świata, nie trzeba planować tego z półrocznym wyprzedzeniem, śmiało można to przełożyć i wybrać się kiedy dziecko pokona chorobę.

Kiedy ja mam gorączkę leżę po kocem. Często nie mam siły by obejrzeć ze zrozumiem serial, nie w głowie mi wyjścia z domu. Nawet do lekarza, a co dopiero do restauracji.

 

A jakie jest Wasze zdanie. Chore dziecko  i restauracja pełna ludzi ? Za,  a może przeciw?

screamkidrest

Ścieżka dźwiękowa- Leonard Cohen – First we take Manhattan 

Tajemnice czterech ścian

Jakiś czas temu bardzo głośno było o sprawie rodziny pewnego radnego. Radny ten miał wyjątkowo konserwatywne poglądy, i szczycił się katolickimi wartościami. Jego żona pokazała jednak światu, że to tylko fasada, a za tą fasadą po prostu kryje się tyran i kat. Kat, który latami dręczy żonę i dzieci. Dla świata jest idealnym mężem, ojcem i głową rodziny. Dla najbliższych jest źródłem lęku, gniewu i strachu. Kiedy wyszły na jaw przerażające taśmy nagrane podczas kłótni, wielu z nas zadawało sobie pytanie – dlaczego latami można godzić się na coś takiego? Czemu po pierwszym podniesieniu ręki nie pakuje się dzieci, nie trzaska drzwiami i mówi do widzenia? Czemu nie zaczyna nowego życia, nie bierze rozwodu i wymazuje z pamięci największej pomyłki jaką był chory związek? Dlaczego zarówno Pani Karolina jak i inne kobiety latami godzą się być ofiarami?

Nie powiem, łatwo jest powiedzieć, że ja na jej miejscu od razu zadzwoniłabym na policję i kopnęła faceta w cztery litery. Ale pewnie większość z nas nie jest i nie była na miejscu pokrzywdzonej osoby. Sama zastanawiałam się  dlaczego inteligentna kobieta nie ma w sobie tyle odwagi by przerwać spiralę przemocy? Zastanawiałam się dlaczego nikt jej nie pomógł? Czytałam wywiad z Panią Karoliną i szczerze jej współczułam. Ale jeszcze nie do końca rozumiałam.

Przypadkiem na moim czytniku znalazła się książka Dlatego mnie kochasz. Książka, która opowiada właśnie o toksycznym związku, chociaż idealnym z zewnątrz.

4d8265d6cf0b793a4bd37fd4c12c5490

Agata miała kilkanaście lat jak poznała Marcina, licealna miłość. Owszem, może i nieco szczeniacka, i naiwna, ale jak silna. Oni od początku wiedzieli, że są dla siebie stworzeni. Te mityczne połówki pomarańczy czy też jabłka. Jest im dobrze, są randki,odkrywanie siebie, wspólne wakacje, coraz większe plany,ale odległe. Najpierw matura, potem studia, praca itp. Ale jej rodzina nalega na sformalizowanie związku, bo nie wypada tak chodzić z sobą bez poważnych deklaracji. Marcin powinien kupić skromny pierścionek, i bukiet róż, paść na kolana i błagać Agatę by została jego żoną na wieki wieków. A potem powinien odbyć się skromny,ale piękny ślub i żyli długo i szczęśliwie. Matka Agaty była praktyczna i bardzo tradycyjna. Były więc zaręczyny, był i ślub. Oboje jeszcze studiowali, byli młodzi, biedni, mieli tylko miłość. Czy przed ślubem coś wskazywało, że będzie im razem źle? Czasem się kłócili, czasem Marcin był obrażalski, denerwował się bez powodu, był wymagający, a raz zażądał zbyt wiele, co tam zażądał on wziął siłą to co chciał. Ale przeprosił. A ona uznała, że skoro czuje się winny i przyszedł skruszony to nie ma tematu.

Był więc ślub. I piękne zdjęcia. I dorosłe życie. Marcin wiele decyzji podejmował sam. Uważał,że tak właśnie robi, czy też powinien robić prawdziwy facet. Jego rodzice byli rozwiedzeni, więc Agata uważała, że Marcin po prostu bardzo się stara. A, że czasem bywa nadgorliwy, że stara się za bardzo i źle znosi krytykę to nic złego. W końcu ma na względzie dobro ich rodziny. Rodziny powiększającej się, bo po ślubie dość szybko pojawiła się Zuzia. Agata musiała przerwać studia, zająć się małą i jeszcze budową domu. Wszystko zrzucił na jej barki mąż, musiał pracować na to wszystko, było jej ciężko, ale czuła dumę. Dała radę.

Nowy dom, piękna okolica, las, idealne miejsce dla młodej i kochającej się rodziny. Bajka i sielanka. Młody, przystojny mąż, który zbudował żonie dom, kocha córkę, ba jest w niej zakochany, no ideał po prostu. Wzór męża.

Poważne problemy zaczynają się gdy Marcin ogłasza,że nie chce więcej dzieci. Zakochany jest w Zuzi,ale uważa,że jedna córka im starczy. Agata jest zła, że to on podejmuje taką decyzję. Kiedyś ustalili,że marzy im się duża rodzina, a teraz on uznaje,że mają jedno i starczy. Agata jest rozczarowana. A potem przerażona, bo odkrywa, że jest w drugiej ciąży. Zosia ma niespełna półtotrej roku, ona wciąż nie wróciła na studia, a tutaj kolejne dziecko. Boi się reakcji męża, więc postanawia ukrywać ten fakt przed mężem. Zamiast wspólnie dzielić radość i obawy, ona musi trzymać tajemnicę w sobie i nabrać odwagi do konfrontacji.

bf81e0189638609d1768fca1b594de42

W końcu przychodzi taki moment, że nie można dłużej udawać, Agata mówi mężowi, jej zdaniem radosną nowinę. On się nie cieszy, przecież ogłosił- więcej dzieci nie chce. Wtedy bije ją po raz pierwszy. Kobietę w ciąży, matkę swojego dziecka. Tradycyjnie w takich sytuacjach winna jest kobieta, powinna wiedzieć co i jak robić by dziecka nie było, a skoro będzie to jej problem i jej wina. Agata jest zaskoczona, zdruzgotana i przerażona. Boi się o siebie, Zuzię i nienarodzone dziecko. Ale Marcin przeprasza, godzi się z tym,że po raz drugi będzie tatą. Kupuje bukiet kwiatów i przeprasza. I snuje wizje idealnej rodziny. Agata mu wierzy. W końcu miał prawo ją uderzyć, wyraźnie mówił,że nie chce dziecka. Może naprawdę ta ciąża to tak mu na złość? Godzi się z tym co zrobił, postanawia zapomnieć i szuka winy w sobie. Bo przecież Marcin tak kocha ich Zuzię, że nie zrobiłby krzywdy maluszkowi w jej ciele…

Rodzi się Zosia. Marcin szaleje z radości. Jest naprawdę idealnym ojcem. Zuzia go uwielbia, pomaga Agacie przy dziecku, ale między nimi nie jest dobrze. Coraz częściej się kłócą. Marcin ma ogromne wymagania wobec żony, uważa,że skoro mają dom i dzieci, Agata powinna być zachwycona, nie rozumie, że ona chciałaby pracować, skończyć studia, że ma marzenia. Marcin przestaje być w jej oczach ideałem. Agata jest zmęczona, oczekuje czegoś innego. Poznaje sąsiada, młody, przystojny, docenia ją i szczerze kocha. Uwielbia dziewczynki. Marcin coraz częściej się irytuje, wpada w gniew, wyładowuje swoje emocje na żonie. Używa coraz częściej siły, zarówno nie przebiera w słowach, jak i w sile swoich rąk. Agata coraz częściej ma dosyć. Związek z innym mężczyzną, jest spełnieniem jej marzeń, wie, że jej małżeństwo się sypie, ale nie potrafi odejść. Bo widzi miłość między córkami a ojcem i nie potrafi jej przerwać. Poza tym nikt nie uwierzył, że Marcin jest damskim bokserem. Wina spadłaby na nią, wyrodną żonę, która ma romans, co nie docenia męża, która rozbija rodzinę dla kaprysu, chwilowej miłostki.

Agata staje w rozkroku. Nie wie co ma robić. Nowy związek jest stabilny, ale jaka to stabilność? Spotkania w jego domu, seks, i rozmowy. Nie ma codzienności. Może Agata się boi, że on nie sprosta temu co niesie zwykły dzień? Próbuje ratować związek z Marcinem. Ale czy jest co sklejać?

Marcin kontroluje każdy jej ruch, ma jasne oczekiwania, wspólny obiad, zabawa z dziećmi i wieczór z żoną. Wszystko na jego warunkach. Agata wraca na studia, ale nie może liczyć na pomoc męża. Wręcz przeciwnie. Robi on wszystko by jego żona żałowała tej decyzji. Pewnego dnia po prostu gwałci swoją żonę. Ale potem znów przeprasza, ona ma wyrzuty sumienia za ten romans, więc znów wybacza. Ale w środku czuje ogromną pustkę. On ją tak bardzo skrzywdził, ale dla niej najważniejsze jest to, że on jest dobrym ojcem. Że gwarantuje jej stabilną sytuację finansową, a w ogóle to ona jest winna, bo odkąd ma romans to nie jest dobrą żoną. Postanawia więc skończyć romans i wybaczyć mężowi.

A potem on ją bije. Wszędzie. Katuje ją na oczach dzieci. Przerażonym córkom mówi, że z mamusią się bawi, to tylko wygłupy dorosłych. I w końcu ona nie wytrzymuje, wewnętrzna siła każe jej to wszystko skończyć. Pakuje dzieci i wyprowadza się. Zaczyna nowe życie. Chce rozwodu, i spokoju. Nie chce by jej córki patrzyły na zniekształcony model rodziny, nie chce by nabrały przekonania, że kobieta nie ma praw, a mąż może ją katować i traktować jak śmiecia. Spotkała odpowiednich ludzi na swojej drodze i poczuła moc ludzkiej życzliwości.

I kiedy wszystko zmierzało do szczęśliwego finału mąż nie dał jej rozwodu. Bo ją kocha, podjął terapię, nie można rozbijać rodziny i takie tam. I  on naprawdę się zmienił, stał się wyrozumiały, czuły i wrażliwy. Zaczął terapię. Spędzali z sobą coraz więcej czasu. A ona widząc radość córek z ich wspólnego spędzania czasu gotowa była mu wybaczyć i rozważała kolejną próbę sklejenia rodziny. Tym bardziej, że dziewczynki nie akceptują nowej sytuacji, tęsknią za domem i robią wszystko by scalić rodzinę. Może on naprawdę się zmienił? Może nie będzie jej bił, poniżał i krytykował każdego jej kroku i każdej decyzji? W końcu czego nie robi się dla dzieci?

Ostatecznie do podjęcia radykalnego rozwiązania przekonuje ją teściowa. Jej mąż, a ojciec Marcina był dokładnie taki sam. Prosi synową by dbała o szczęście córek, i nie popełniała jej błędów. Jak każda matka kocha swoje dziecko, ale nie widzi szans na to by mógł się zmienić na tyle, by znów byli szczęśliwą rodziną.

Agata z nowym partnerem zaczyna szczęśliwe życie. Nowy rozdział. Po 10 latach. Tyle czasu zajęło jej przekonanie samej siebie, że da sobie radę. Że ma siłę. Że nie musi godzić się na cierpienie. Że związek powinien wyglądać inaczej. Że ma prawo do szczęścia. Że dobro dzieci jest najważniejsze, że pełna rodzina to skarb, ale nie zawsze da się ją utrzymać. Że spokój, poczucie bezpieczeństwa i godność mogą być i jej udziałem.

Mam nadzieję,że Pani Karolinie się uda poskładać życie na nowo. Tak jak Agacie.

Ścieżka dźwiękowa- Rolling Stones – Ride „Em on down

Paczka w podróży

Jak widać nie potrafię do końca pożegnać tematu podróży. Tym razem będzie o podróży pewnej paczki. Paczki, którą wysłałam klientowi. Czynność tę wykonuję około 5 razy dziennie, tyle paczek wysyłam. Ale taka historia w historii mojej pracy zdarzyła mi się pierwszy raz. Mam nadzieję,że ostatni. Zapraszam na podróż z klamką w tle.

Nasz największy klient zajmuje się budową hotelu, a  raczej kwestią okien i drzwi. Obiekt jest ogromny i stanowi spore wyzwanie. Także dlatego,że inwestor chciałby połączyć niezwykły styl i klasę, z jak najmniejszymi kosztami. Wiadomo, niełatwo jest to połączyć. W każdym razie inwestor odrzucił 4 propozycje klamek, każda była nieodpowiednia jak na rangę hotelu. Niestety przy okazji nie chciał zwiększyć budżetu choćby o złotówkę. Udało się jednak przekonać producenta, żeby sprzedał nam ostatecznie wybrane przez niego klamki w bardzo promocyjnej cenie, bo ilość 400 sztuk robi wrażenie. Na szczęście się udało. Klient w piątkowe przedpołudnie zażyczył sobie dostać klamkę we wtorkowy poranek. I nie byłoby w tym nic trudnego, gdyby nie fakt, że owej klamki nie posiadaliśmy. Na szczęście producent niechętnie,ale ostatecznie się zgodził wysłać klamkę wprost do naszego klienta.

Minął weekend. W poniedziałek dostaję informację z firmy kurierskiej,że dziś dostarczą mi paczkę od pewnej firmy. Byłam zdziwiona bo dopiero planowałam zrobić zamówienie do nich, ale, ale… Nie, ale jednak tak. Zamiast do klienta, klamkę wysłali do nas. Ponoć nowy magazynier nie ogarnął sprawy i się pomylił. I klops. Bo jutro na 9 rano jest spotkanie z inwestorem i klamka być musi. A jest 400 km od siedziby firmy. Ostatecznie po paru nerwowych telefonach ustalamy, szybko wysyłamy towar, a oni odbierają go prosto z siedziby firmy kurierskiej o 8 rano, 50 km dalej.  Aby nie wysyłać jednej pokazowej klamki, do paczki wkładamy dwa inne zamówienia. Faktura opiewa na niemal 2 tysiące złotych.

Rano dzwoni telefon. Otóż inwestora coś zatrzymało za granicą, i przybędzie w środę. Można odetchnąć. Spokojnie czekają na kuriera.odetchnąć

Czekają, czekają, a kuriera nie ma. Sprawdzam w firmie kurierskiej, niestety przesyłka nocowała u nas w centrum przeładunkowym. Odłożyła sobie podróż i będzie w środę po południu. No, ok, niechętnie,ale nasz klient zdecydował się rano pojechać do siedziby firmy po paczkę. Wiadomo, prestiżowego inwestora się nie drażni.

Środa. Klient pojechał po paczkę. Można? Można . Trzymamy kciuki by klamki mu się podobały na żywo tak samo jak w katalogu, bo już nie wiemy co dalej możemy polecić, nie zwiększając ceny. Paczka odebrana.  Spokojnie wracam do swojej pracy. Dzwoni telefon. Miła pani pyta się czemu robię sobie z niej żarty? Takiego dnia? Zaraz ma przyjechać inwestor, ciasteczka na stole, kawa się grzeje, a ona, ona jest w dramatycznej sytuacji. Otworzyła bowiem paczkę i …

I w środku znalazła pokaźną sadzonkę. Po analizie dołączonej do sadzonki karteczki wiadomo, że zielone coś jest dumnym Rdestem Aubertą. Pani jest przerażona. Po chwili wybucha śmiechem. Nam do śmiechu nie jest. Oj nie jest.  Szybko kontaktuję się z producentem klamki, wysyła kolejną już paczkę błyskawicznie,ale choćby nie wiem co , dojdzie dopiero w czwartek. Los nam jednak sprzyja, inwestor zgadza się przełożyć spotkanie. Ponoć za bardzo nie krzyczy. Uradowani pracownicy postanawiają nieco nawodnić sadzonkę i postawić ją w słońcu. Uff. Ale, ale. Skoro do tej firmy przyszła sadzonka, to gdzie jest nasza paczka? Gdyby w środku była tylko jedna klamka, to już tam pal licho, machnęłoby się ręką. Ale przecież tam jest drogi towar, nie można jej zgubić. Dość szybko dochodzimy do wniosku,że w sortowni musiało dojść do pomyłki, nasz karton dostał list przewozowy roślinki, a roślinka w swoim kartonie powędrowała z naszym listem. Nie bardzo jednak wiemy czego się uczepić?  Na szczęście na „metce” roślinki jest nazwa szkółki. Uff. Teraz tylko zadzwonić, zapytać komu był wysłany owy rdest, i pokierować kuriera po odbiór. Proste? Proste.

Niekoniecznie.  Tego dnia bowiem pani wysyłała 78 paczek i naprawdę nie wie komu mogła wysłać dorodny rdest. Ale podpowiada by poszukać paragonu. Pani na drugim końcu kraju szuka paragonu i mamy go. Dostaję zdjęcie, przesyłam go dalej i po godzinie wiemy gdzie miała jechać sadzonka, mam numer listu przewozowego.

Na stronie firmy kurierskiej widać, że paczka została zatrzymana w sortowni, na marginesie, w zupełniej innej części kraju. Uznaję , że to dobry znak, może ktoś się połapał już co do pomyłki? Dzwonię na infolinię, pani przyjmuje zgłoszenie, obiecuje, że zadzwoni jeszcze dziś i będzie monitorować sprawę. Wierzę jej.

Mija 14 godzin, brak reakcji. Strona internetowa mówi,że paczka ciągle jest w sortowni. Dzwonię na infolinię, pani jest niemiła. Mówi,że skoro zgłoszenie zostało przyjęte mam czekać. Proponuję by ktoś z tej sortowni wziął tę paczkę, otworzył i sprawdził co jest w środku, dokładnie opisuję zawartość, wydaje mi się,że to jedyny najszybszy sposób by się upewnić,że ta paczka to ta paczka. Pani na mnie krzyczy, oni lepiej wiedzą co robić, mają swoje procedury. W ciągu godziny, góra dwóch będzie kontakt z ich strony. Grzecznie czekam.

Mija 5 godzin, znów dzwonię na infolinię. Rozmawiam oczywiście z inną panią, która jest milsza. Przekonuje mnie,że paczka jest w sortowni i na pewno pracownicy sprawdzą jej zawartość. Jeszcze raz bierze ode mnie dokładne dane co jest w środku. Obiecuje, że obejmie nadzór nad sprawą i pośpieszy koleżankę, która od początku zajęła się sprawą. Zapewnia mnie, że skoro paczka jest w sortowni, to znaczy, że nie ma się czego obawiać. Panowie zaraz ją otworzą, potwierdzą co zawiera, i przekierują do właściwego klienta. Czuję się uspokojona. Tym bardziej mi miło,że inwestor zaakceptował klamkę, podoba się. Pani z tamtej firmy dodatkowo zapewnia mnie, że dbają o sadzonkę, podlali ją solidnie i nawóz kupili i doświetlają ją na trawniku. Ponoć jest śliczny. Ten rdest.

Oczywiście w piątek rano nie było żadnego kontaktu. Wchodzę na stronę firmy kurierskiej i doznaję dużego zaskoczenia. Paczka opuściła bezpieczną sortownię, przejechała kolejne pół kraju i została…. dostarczona do odbiorcy. Tego, co zamawiał sadzonkę. Dzwonię nieźle poirytowana na infolinię. Teraz rozmawiam z bardzo niemiłą panią, ja też jestem niemiła. Pytam się jak to możliwe, że wczoraj rano paczka została dostarczona, skoro trzy godziny po rzekomym dostarczeniu pani mnie przekonywała,że jest w sortowni i jest wstrzymana jej dalsza droga? Pani nic nie wie. Z jej strony wszystko się zgadza, zgłoszenie przyjęte, są pewne procedury i koniec tematu. Mam czekać.

Czekam. Zero kontaktu. Znów dzwonię, ale efekt ten sam- mamy swoje procedury, wszystko wiemy lepiej, trzeba czekać. Biorę sprawy w swoje ręce, a raczej telefon. Dzwonię do szkółki roślin, proszę o telefon kontaktowy do pani co kupiła sadzonkę. Pani chętnie mi go podaje, na szczęście ona nie była zobligowana dziwnymi procedurami. Ale sama jest zdziwiona, że pani nie zgłosiła reklamacji, że zamiast drzewka dostała okucia. No cóż, dzwonię.

Nie dodzwoniłam się. Przez cały weekend pani miała wyłączony telefon.

W poniedziałek znów dzwonię do firmy kurierskiej. Rozmawiam z panem, konkretny typ. Mówi, że sprawa jest trudna, z jego strony wszystko się zgadza. Ciężko coś tutaj zadziałać. No fajnie. Telefon.

Dzwoni pani od sadzonki. Wyjaśniam jej całą sprawę, mówię,że przez pomyłkę dostała okucia i proszę by podała kiedy może przyjechać kurier zabrać od niej tę paczkę. Nie pozwalałam pani dojść do głosu, a jak już pozwoliłam, usłyszałam,że żadnego kuriera nie było. Pani cały tydzień siedziała w domu z dzieckiem i nie było kuriera. Napisała już trzy maile do szkółki roślin gdzie jej rdest? Pani zaprzecza by przyjechał do niej kurier. Radzi zapytać w firmie kurierskiej kto odebrał paczkę, kto się podpisał? Dzwonię, może to coś pomoże?

Na szczęście połączyło mnie z  tym samym miłym panem. Pan sprawdza protokoły internetowe, jest tam wyraźnie napisane – odbiorca paczki podpisał się nieczytelnie. Papierowej wersji nie ma, telefonu do kuriera podać nie może. I jest pat, bo pani twierdzi i przysięga na wszystko, że kuriera nie było. A firma twierdzi, że paczkę dostarczyła. A z racji tego, że są firmą kurierską,a  nie mafią, nie wpadną do domu tej pani i nie będą szukać paczek ukrytych w piwnicy. Z ich punktu widzenia wszystko się zgadza. Odbiorca otrzymał swoją paczkę.

Zonk w tym, że ja na 100 % pewna nie jestem czy to na pewno była nasza paczka. Nie da się tego sprawdzić bo firma kurierska twierdzi, że paczka została skutecznie dostarczona, zaś odbiorca zarzeka się, że kurier jej nie odwiedził. Reklamacja napisana, ale jak uczciwie powiedział konsultant, z ich strony dopełniono wszystkich procedur. Paczka zgodnie z listem przewozowym została dostarczona odbiorcy. I koniec tematu.

I w ten oto sposób straciliśmy prawie 2 tysiące złotych. Dalej nie wiemy gdzie jest nasza paczka. I pewnie nigdy się nie dowiemy.

main

Ścieżka dźwiękowa- Baio – The names

Rozmyślania przy chorobie

Choroba ma to dobrego w sobie,że zapewnia człowiekowi dużo czasu. Czasu na różnego rodzaju przemyślenia. Tak więc mama zwróciła uwagę na pewną kwestię, kwestię, której nie brałam pod uwagę. To znaczy nie wzięłam jej pod uwagę i muszę w moim super planie dokonać drobnej korekty.

Co prawda chwilowo nie wiem jak ta korekta powinna wyglądać, ale wiem,że korekta winna być musi.

Kiedy tak leżałam w gorączce, nie bardzo kojarzyłam co się dzieje dookoła. Wiedziałam jednak,że bardzo chce mi się pić. Wiedzieć należy, że w gorączce znacząca wzrasta chęć na płyny. Miałam więc obok siebie dwa kubki z herbatą i dwie butelki z wodą mineralną, zaopatrzona byłam nawet, nawet. W każdym razie sięgnęłam po kubek, bo gorąca lipa z cytryną kusiła.

Niby czynność bardzo prosta, ale kiedy ma się ileś tam godzin te 39,7 stopni, zamiast trzymać kubek prosto, ciepły napój ucieka z naczynia i ląduje na pościeli i częściowo na piżamce delikwenta. Na szczęście twoje żałosne o niesprawiedliwym życiu słyszy ktoś bliski, przychodzi, prawidłowo podaje kubeczek i jeszcze przynosi piżamkę na przebranie. I czeka dyskretnie z tyłu,bo trzeba sprawdzić czy aby na pewno kubeczek, a raczej zawartość kubeczka nie wyląduje z powrotem tam gdzie nie powinna.

Jak wiecie dobrze podjęłam znaczącą decyzję parę miesięcy temu. Chcę być samodzielną kobietą, której związki nie w głowie. Chcę cieszyć się swoim życiem i robić to co najbardziej chcę. Bez nieudanych randek i oczekiwań. W swoim planie nie uwzględniłam jednak stanu choroby. O ile z taką anginą dałabym radę, to z grypą będzie gorzej. Zaczęłam się zastanawiać ile takich gryp mogę zaliczyć w przyszłości? Zostają szczepienia, ale i one nie uchronią w 100 % kobiet samodzielnych przed zarażeniem. Dowiedziałam się,że kiedy przychodzi czterodniowa gorączka na nic zda się życzliwy, najbardziej nawet życzliwy sąsiad, który wpadnie z zakupami. Albo brat, który między dyżurem, a odebraniem dziecka z przedszkola przyjdzie zobaczyć swoją siostrę, oceni zdrowie i przyniesie parę pomarańczy. Kiedy bowiem pojawia się taki stan jaki mnie dopadł, potrzebny jest ktoś kto nie wpadnie przelotnie, ale posiedzi, zrobi i poda obiad, pardon wmusi talerzyki zupy. O 3 nocy przygotuje chłodny kompres na czoło, o 6 rano poda kubek herbatki, a na podwieczorek zrobi budyń waniliowy z wiśniową konfiturką. Tak jak lubię najbardziej.

Moja mama pytała się mnie w tych dniach bardzo,bardzo często – teraz masz fajnie,bo masz nas, my się tobą zajmiemy. Ale potem, kto ci pomoże? Ach, jak dobrze byłoby gdybyś miała kogoś obok. Byłabym spokojniejsza. Bo ja to nie mogę spokojnie spać myśląc,że nie będziesz mieć opieki.

Nie, nie zmienię swoich planów. Nie zwiążę się z kimś tylko dlatego,że nikt mi nie zrobi budyniu. Albo nie ugotuje rosołku-na marginesie mama i tak robi najlepszy. Albo nie zmoczy ręczniczka w zimnej wodzie. Albo nie odczyta ilości kresek na termometrze. ( tak wciąż używam tego z rtęcią. tylko on działa idealnie).

Ale wiem,że choroby nie zaplanuję z półrocznym wyprzedzeniem. Może przyjść kiedy ona będzie chciała. A niekoniecznie ja będę na nią gotowa. Albo mój brat będzie miał urlop w górach. Albo siostra nie będzie „wyjechana” w świecie. Nie zaplanuję pewnych kwestii.

Powiedziałam mamie,że kogoś wynajmę. Ale kogo? W jakiej rubryce szuka się kogoś od podania herbaty? Pan na godziny? Pani na godziny? Niania czy raczej pielęgniarka?

Nie, nie zwiążę się z kimś bo mi zabraknie kogoś kto poda herbatę. Nie ma mowy.

Ale i sama nie chcę mieszkać. Licho nie śpi, raczej czuwa  przyczajone. A samej chwilami ciężko. Tak ciężko jak ciężko w gorączce utrzymać w pionie kubek z herbatą.

Wiem,że lubię samą być. Odkąd odrzuciłam ten cały damsko-męski świat randkowania i czekania na Pana choć w części Idealnego jest mi lżej i spokojniej. Ale widzę też,że nie chcę sama mieszkać.

Co innego być samodzielną w codzienności, a co innego mieć blisko życzliwą duszę.

Myślę,że w moim planie musi pojawić się drobna korekta. Ale jaka?

Zamieszkać z samotną koleżanką? Fajnie, ale ona jest tak absorbująca,męczy mnie już kiedy 15 raz dziennie pisze- a wiesz,że przed domem mam kwiatka….. Zamieszkać z kuzynką, która ma podobny charakter do mojego? Fajnie, ale ona  prawie nic nie mówi dla równowagi.Na pytanie co chce na obiad odpowiada dwa dni. Zamieszkać z siostrą? Okazało się,że dla niej bycie singielką to etap. Ona koniecznie chce mieć rodzinę, nie mogę więc planować całej swojej przyszłości w oparciu o nią.

Hmm. Sama nie wiem. Czy nauczę się sobie radzić w chorobie? Nie sądzę. Ba, ja chciałabym by ktoś zrobił mi wtedy budyń, zajrzał przed snem i upewnił się,że wszystko ok, ogarnął dom, był obok w razie czego.

Nie mówię tutaj o mężczyźnie, nie. Ale kurczaki i pisklaki, ja chyba nie chciałabym, nie, nie chyba, ja nie chciałabym mieszkać sama i być skazana w takiej chwili tylko na siebie. Chcę w przyszłości mieć kogoś obok. Ale jak i kogo?

Chciałabym zamieszkać z  bratem. Z nim byłoby mi najlepiej. Nie wygląda on na takiego co chciałby zakładać rodzinę. Myślę,że byłoby nam razem fajnie,bo dogadujemy się idealnie. Ale on ma 22 lata. A ja prawie 30. Jemu może się wiele w życiu zmienić.

Jak widzicie w życiu nie można sobie coś raz na zawsze postanowić. Muszę skorygować mój plan o samotnym mieszkaniu.

Kuzynka, brat, przyjaciółka, ktoś z castingu?

Z kim spędzę resztę życia?

Oto jest pytanie.

977fab4f89615c51e284d0483f39e6a3

Ścieżka dźwiękowa-   Placebo Bright Lights

 

 

Raport

Miałam napisać  to zupełnie inaczej,ale chwilowo wyparowała mi wena, energia, kreatywność, siła i moc. Będzie więc napisane nudno, bez polotu, nijako, i tak zwyczajnie, że aż smutno będzie to czytać.

Siostra jest po operacji. Operacja się udała, chociaż jak to bywa w naszej rodzinie,musiały być problemy. Nie, nie z siostrą. Na szczęście nie. Jakieś dziecko postanowiło się urodzić przez cesarskie cięcie i operacja siostry została przesunięta. Jako, że siostra wybrała szpital powiatowy, 60 km od domu, za to z polecenia, nie mogliśmy być tam podczas zabiegu. Został telefon i liczenie na życzliwość pani po drugiej stronie. A ta na mój telefon, o tym jak udała się operacja powiedziała tylko-są komplikacje, nie było jeszcze zabiegu. I teraz człowiek się zastanawia jakie komplikacje? I zgaduje, i się stresuje i snuje teorie spiskowe. Dzwoni więc jeszcze raz  i dowiaduje się,że nie musi się stresować, bo to po prostu był poród i potrzebowali anestezjologa. Uff, siostrę zabrali na salę. Znów dzwonię, i już po. Rodzicom przekazałam dobre wieści, wszystko się udało, grapefruit wyjęty, 20 szwów zostało w środku. Tak, grapefruit. Bo takiej wielkości był ten guz. Teraz go badają i za 3 tygodnie podadzą ostateczny werdykt.

U siostry byłam dwa razy. Szpital jak szpital, dalej ich nie lubię. Czy tylko ja czuję tam taki specyficzny zapaszek?No dobrze, trochę za bardzo polubiłam taki płyn do dezynfekcji dłoni, genialnie nawilżał skórę, chociaż to sam alkohol. Gdzie takie coś można kupić,bo nosiłabym tę butlę zawsze z sobą i psikała na wirusy? W każdym razie pokój na dwie osoby z łazienką, marne jedzenie,trzeba sobie zamawiać z restauracji,inaczej głodówka, ale za to czysto, a pielęgniarki miłe. Trzymali siostrę cały tydzień, zdjęli szwy i odesłali do domu na rekonwalescencję.

A ta nie idzie jak siostra siostra założyła. Jako,że ja założyłam grypowy obóz,siostra śpi u brata. Od jej powrotu do domu jeszcze jej nie widziałam, czasem tylko słyszę, że nadmiernie się z sobą cacka. Ma chodzić, nie ma chodzić jedynie wtedy kiedy śpi. A ona nie chodzi, tylko leży. Widać zazdrości mi. Jak wstanę to się za nią wezmę na poważnie. Ale jeszcze nie dziś.

Lekarka zdiagnozowała mi piękną grypę. Pocieszyła,że to bardzo ekonomiczna przypadłość, trzeba leżeć i pić. Rzeczywiście , w porównaniu z anginą nie kosztuje mnie więcej niż opakowanie Polopirynki. Wczoraj wieczorem z radością odkryłam,że posiadam jedynie 37.3 stopni gorączki, co po moich 5 dniowych przejściach jest niczym. Najgorszy jest kaszel, ciągły ból głowy i potworne osłabienie, które nie pozwala zrobić coś ponad umycie zębów. Nie, nie, najgorsze jest to co się dzieje z moim apetytem. Normalnie jem 5, a nawet 6 posiłków w ciągu dnia. Teraz po połówce banana z rana spokojnie czekam na obiad, na który zjadam pół łyżeczki krupniku i 2 kęsy mięsa. I jestem taka najedzona…. W sumie mam już 4 kilogramy mniej. Na poważnie myślę by wysłać rodzinę po jakiś syrop dla niejadka… Jeszcze dwa dni i zniknę zupełnie z pola widzenia.

4501d9a96a8c7d64f3b1cb28e8722f66

Ścieżka dźwiękowa- Editors- The phone book

Próba sił

Kto ma siostrę ten zrozumie, od miłości do nienawiści jest bardzo bliska droga.Szczególnie jeżeli z siostrą dzieli ciebie równe 12 miesięcy i nie zna się życia bez niej.

Nie dało się nas wziąć za bliźniaczki, ja zawsze byłam dwa razy mniejsza, ta cicha, ta nieśmiała, ta spokojniutka, rozważna, zachowawcza. Zawsze byłam w cieniu siostry. Jak mi to przeszkadzało…..

Ciężko być z sobą non stop blisko, kiedy ma się dwa tak odmienne charaktery. Jej bałagan nie tyle nie przeszkadza, co ona go lubi. Chaos to jej przyjaciel. Ja kocham porządek, i niczym Monika z Przyjaciół odkurzałabym odkurzacz. Moja siostra całą sobą tworzy chaos. Złości się gdy sprzątam. Ja się złoszczę gdy ona nie sprząta. Wiele rzeczy nas różni, wiele złości, irytuje, czasami wręcz odrzuca od siebie. Mamy swoje gorsze chwile. Bywało,że biłyśmy się niczym zawodowe zawodniczki MMA. Było ostro, a parę pęków włosów zostało w ręce przegranej. Nie każdy dzień był przykładem książkowej miłości siostry do siostry. Zdecydowanie nie. Ja woda, ona ogień. Ja powietrze, ona ziemia. Ale od miłości do nienawiści droga bardzo krótka. Pięć minut po tym jak się „mordowałyśmy” dzielnie ręka w ręka układałyśmy puzzle, albo bawiłyśmy się Barbie.  Chociaż mogłyśmy się nienawidzić to zawsze, w każdej trudnej sytuacji stałyśmy za sobą murem. I to był mur nie do rozbicia.

Teraz musimy stanąć razem.

Mówiłam,że fajnie,że zaraz Nowy Rok,że to będzie fajny rok. Odwołuję to. Całkowicie to odwołuję.

Nie wiem czy chcę konfrontować się z Nowym Rokiem. Po prostu się go boję. Wiem,że nie będzie taki jakim go chciałam zaplanować. Wiem,wiem, nie można zaplanować nic, choćby o sekundę naprzód. Ale liczyłam,że dobry los ześle mi choć odrobinkę -pozytywnych wiadomości. Pozwoli odetchnąć, nie denerwować na zapas i wejść spokojnym krokiem w Nowy Rok. Ale wiem,że to się nie uda.

2 stycznia. Będzie nerwowo. 3 stycznia. Dzień w którym moje nerwy sięgną zenitu. Potem dwa tygodnie. Czekanie, nerwowość i niepewność.

Do kitu zacznie się ten rok.

Moja siostra. Pisałam już o tym. Jest guz. Jest nowotwór. Będzie operacja. Czekanie na wynik badań. Łagodny, czy złośliwy?

Ponoć to praktycznie nie występuje u tak młodych dziewczyn. Pech. Fatum. Ja się przebadałam. Dwa razy, jest ok. Dwa razy ok. Czemu u mojej siostry nie jest? Czemu jest 5,8 centymetra głupiego nowotworu?

Łagodny, łagodny, łagodny. Powtarzam to jak mantrę i zaklinam rzeczywistość. Może się uda?

 

Ścieżka dźwiękowa- Metallica Whiskey in the Jar

Biednemu śnieg w oczy

Śnieg, nie deszcz. Bo ostatnio pada u mnie właśnie śnieg. Szkoda,że nie ma mrozu, niestety śnieg szybko znika, ale dostarcza mi nieco radości podczas spadania na chodnik. Ale czasami tego śniegu, czyli pecha jest za dużo.

Jak wiadomo od przeprowadzki mam popsuty aparat,to znaczy niezdolny do ładowania przez zagubienie części kabelka.

Postanowiłam jednak jakoś załagodzić smutek związany z brakiem aparatu i kupić w końcu ten zagubiony kabelek. I zonk. Gotowa byłam kupić nową ładowarkę,bo domyślałam się,że tego kawałeczka kabelka solo nie sprzedają. Nie sprzedają solo. Ale nie tylko solo, bo i w ładowarce go nie ma. Ten kabelek mogę tylko kupić z nowym aparatem. Aparat mam, nie mogę go po prostu naładować. Pech.

I taki to następny pech ostatnio  mnie spotkał. Latem mój telefon zwariował, padła kompletnie bateria. Za nic nie chciała się ładować, a że bateria była niewymienna, musiałam wymienić telefon. Wzięłam telefon mojego taty, dość przyjemny, miał chyba 2,5 roku. Niestety miał taki sobie aparat,ale dało się to przeżyć. W grudniu miałam bowiem przedłużyć umowę i planowałam wybór nowego telefonu,ten na 3 miesiące się nadawał. Takie miałam założenie. I po prostu uzbroiłam się w cierpliwość.

Ale, ale,ja sobie coś założę, a życie zakłada coś innego. Popsuł mi się aparat. Z 30 wykonanych zdjęć pokazywał jedno, o ile wcześniej mocno się pomodliłam. Reszta była wielką czarną plamą. Z początku pomyślałam-ok,popsuł się aparat. Ale nie, za chwilę popsuł się cały telefon.Co jakiś czas się wyłączał, parę razy na dzień, zawsze w momencie kiedy ktoś do mnie dzwonił, albo ja chciałam dzwonić. Przestawały działać kolejne aplikacje, złośliwość rzeczy martwych jak nic. W serwisie pan uczciwie przyznał,że po tych 3 latach wartość telefonu znacznie spadła, i naprawa w zasadzie będzie równowartością jego wartości.No nic, poszłam do mojego operatora, bo skoro zaraz zbliża się ten grudzień to może już teraz będę mogła wymienić telefon.

Rozmawiałam z miłą panią, która najpierw w ogóle nie wiedziała o co mi chodzi, i czemu w ogóle zawracam jej głowę. W ogóle to ona chciałaby żebym jej poleciła jakiegoś dobrego fryzjera, bo ona tutaj nowa. Kiedy już omówiłyśmy kwestię jej fryzury, tego czy lepsze są hybrydy od akrylu ( Dobry Boże,ja nie wiem nawet co to jest) i gdzie można spędzić romantyczny wieczór z narzeczonym ( o tym wiem jeszcze mniej niż o niejakiej hybrydzie) pani w końcu zajęła się kwestią przedłużenia mojej umowy. Najpierw zła wiadomość. Zgubiłam rok, ale jest i ta dobra. Od razu go znalazłam. Okazało się,że moja umowa jest umową o rok dłuższą niż mi się wydawało. Tak więc zamiast w 2016, kończy się w  2017 roku. Okazało się,że mam problem z liczeniem do trzech. Albo po prostu te dwa lata minęły jak trzy? Sama nie wiem. W każdym razie opcja pod tytułem-zamieniam telefon w ramach przedłużenia umowy okazała się chwilowo niedostępna.

No ja to mam pecha. I nie mam telefonu i nie mam aparatu.

Moja siostra zasugerowała bym kupiła sobie po prostu telefon. Zaczęłam o tym myśleć. Co prawda dotychczas uważałam,że skoro mam abonament kupowanie telefonu na wolnym rynku jest bez sensu,bo kupię go sobie za złotówkę, ale uznałam,że chwilowo to jedyne rozsądne wyjście. Zaczęłam od małego C. To znaczy patrzyłam na takie telefony, które są z małej łamane na średnią półkę cenową. Ale wtedy moja siostra zasugerowała, że nie warto się ograniczać i kupować czegoś sprzed paru lat.I zaczęła mi pokazywać coraz droższe i w jej mniemaniu lepsze modele. W końcu jeden mnie zauroczył,bo posiadał profesjonalny aparat,lepszy niż ten, który mi się popsuł. Ten od kabelka oczywiście. Cena nieco przerażała,ale uznałam,że od czego są raty. Zaufałam siostrze, wysłałam zamówienie, kredyt przyznany. Jako,że ciężko było mi żyć bez sprawnego telefonu wybrałam błyskawiczną dostawę, za 20 złotych pan kurier miał dostarczyć mi zamówienie w 24 godziny.

Minęły 24 godziny,telefonu nie było. Ale nie stresowałam się zbytnio, bo w końcu mamy 1 listopada. 2 listopada telefonu nie było,ale przyjęłam to na spokojnie,przez to wolne,pewnie wysłali dopiero tego 2. Wieczorem dostałam maila, że telefon przyjdzie następnego dnia.

Następnego dnia nie działo się nic. Zero wiadomości od kuriera,kiedy nie dojechał do wieczora zadzwoniłam na infolinię sklepu. Tam przez 15 minut pani mnie przekonywała,że zamówienie zostało anulowane. I według jej wiedzy to ja kliknęłam opcję anuluj. Jako żywo nie przypominałam sobie tej czynności. I ostatecznie gotowa byłam uznać swą niepoczytalność,ale ostatecznie pani doszła do wniosku,że faktycznie,anulacji nie było. System jej mówi,że kurier właśnie odebrał moją paczkę. Przepraszają za kłopot, jutro dostanę zamówienie.

Czekam cały piątek. Zero informacji od kuriera, zero kuriera, a na stronie sklepu widnieje informacja, że zamówienie zostało zrealizowane, a paczka dostarczona dzień wcześniej. Znów telefon do firmy. Tym razem rozmawiałam z panem. Nie bardzo wiedział o co chodzi,bo w systemie wyraźnie ma napisane, że telefon został wysłany i ba, został przeze mnie odebrany. Byłam bliska rozpłakania się. Takie rzeczy mogą zdarzyć się dwóm osobom na ziemi, jedną z nich na pewno będę ja. Zostanę z kredytem na telefon widmo, który rzekomo odebrałam i będę sobie w innym świecie prowadzić rozmowy i robić zdjęcia. Po 10 minutach pan jednak doszedł do podobnego wniosku, który wysuwałam ja. Nie mam jednak telefonu. Kolejny raz zwariował system. On zaraz daje sygnał do magazynu i jako,że wysyłają do 21 godziny, zaraz telefon wyślą i będzie w poniedziałek.

Minął poniedziałek, minął wtorek i przyszła środa. Siostra zadzwoniła,że był kurier i przywiózł telefon. O dziwo w kartoniku znajdował się kupiony sprzęt. Naprawdę się zdziwiłam. Bo przez trzy kolejne dni telefon nie raczył przyjść do domu, a ponoć w piątek został ekspresowo wysłany. Jeszcze bardziej się zdziwiłam kiedy pobrano opłatę w wysokości 20 złotych za ekspresową dostawę w 24 godziny. Jako,że dość mocno mnie zabolała ta opłata,bo mój jeden dzień przeciągnął się  do 9 dni, postanowiłam złożyć reklamację. I tutaj usłyszałam,że w tej cenie jest gwarancja dostawy w ciągu 24 godzin od daty wysłania. A ona  w systemie widzi,że telefon został wysłany dopiero we wtorek. Co z tego,że tydzień później niż powinni. Zachowali 24 godziny. Nie chciałam pani mówić co ja myślę o tym ich systemie,ale co myślę to myślę. System napisał,że reklamacja w toku. A jak wiadomo z systemem się nie dyskutuje.

Telefon nie okazał się atrapą. Był i jest dość ładny i praktyczny w swoich funkcjach. Co prawda po drodze okazało się,że moja karta Sim na nim nie działa i muszę ją wymienić. Nie czytał też mojej karty pamięci, i tutaj też musiałam kupić nową. I teraz,ledwie po 2 tygodniach mam pełni działający telefon.

979d901768b79a9870ea8266c8679651

Ścieżka dźwiękowa- Florence +The Machine- How big,how blue, how beatiful