Ludzie ludziom…..

Gdańsk. To takie piękne miejsce na ziemi. Tutaj się urodziłam, w pewnym szpitalu, z okien widać morze. Chociaż to zależy z jakiej strony ma się pokój, można trafić i na blokowisko. Ten Gdańsk jaki znam od urodzenia jest piękny, ale i obciążony historią. Tworzący ją. Jedyny i niepowtarzalny. Doceniający przeszłość, czerpiący z niej to co cenne, kształtujący tysiące, setki, jak nie miliony, umysłów i serc innych ludzi. Uwielbiam spacerować Długim Targiem, patrzeć na zachwycone twarze turystów. Turystów, którzy idą standardowo pod Neptuna, zrobić sobie zdjęcie z tą piękną fontanną. Albo idących nad Motławę, by podziwiać panoramę nadbrzeża. Lubię patrzeć na tysiące ludzi, całych rodzin, singli i par, które zajmują kawiarniane i restauracyjne ogródki, cieszący się sobą, spokojem, urlopem, magią miejsca.

Solidarność. To takie słowo, które na stałe kojarzy się z Gdańskiem. Stocznia, pomnik Trzech Krzyży i Europejskie Centrum Solidarności, miejsce, które opowiada o wspaniałym dziele, o Solidarności. Ileż było protestów, że budynek nie taki, że za duży, że wystawa nie taka, a powinna być taka. Dziś Centrum tętni życiem, turystami, i świadkami historii, którzy przychodzą  tutaj z całego świata. Poznają najnowszą historię. I dzięki temu wspaniałemu muzeum mają szansę ją poznać wyjątkowo szczegółowo.

Wojna. Gdańsk to miasto wojny, ileż to moje rodzinne miasto przeszło. W każdym kącie, w każdej cegle, w każdym kawałku bruku są ślady historii. Tej okrutnej. Gdańsk to miasto, którego wojna nie oszczędziła. Wręcz przeciwnie, tutaj wojnę czuć do dziś. Dziś to nie jest wojna przy użyciu czołgów i rakiet, oraz armii żołnierzy. Dziś to wojna na słowa, sądowe wyroki i przekonania. Przekonania, że skoro Muzeum II Wojny Światowej stworzył ktoś kogo nie lubimy, to musimy je zniszczyć, zmienić i usunąć z pola widzenia świata. Ale się udało. Mi też się udało. Udało zobaczyć Muzeum przed jego niepewną przyszłością. Możliwe, że za parę dni odwołają dyrektora, połączą dwa muzea, zamkną to otwarte ledwie tydzień temu i zmienią wystawę. Bo podobno ta obecna za mało podkreśla pozytywne skutki wojny. Ha, można konkurs ogłosić jakież to są te pozytywne skutki wojny? Może zapytać 8 letniego chłopca ze zdjęcia, który rozpacza na ruinach swojego domu? Albo 9 letnia Ania, która klęczy nad zwłokami swojej siostry Marylki? Marylkę zabiła niemiecka wojna, miała 11 lat. No jak Marylko, czego dobrego dowiedziałaś się o ludziach i świecie dzięki wojnie? Albo może warto wejść do sali poświęconej Holocaustowi i przejść wśród tysięcy twarzy ofiar? Może warto zapytać tej pani o cudownym uśmiechu, albo dziadka z wnuczką, którzy wprost ze spaceru trafili do Oświęcimia, co im  dobrego przyniosła wojenna zawierucha?

Nie ma pozytywnych aspektów wojny. Nie ma i nikt ich nie znajdzie. Wizyta w Muzeum II Wojny powinna być pozycją obowiązkową dla każdego z nas. Polaka, Niemca czy Rosjanina. Kiedy tak szłam po tym muzeum, obok mnie w ciszy szła babcia z dwójką wnuków, młodych Niemców. Za nimi dreptał wsparty o lasce staruszek z córką, sama ledwie szła, ale podtrzymywała ojca. On miał łzy w oczach. Niemcy, Polacy, obok siebie. Któż by pomyślał. Połączyło ich to niezwykłe miejsce. O niesamowitym klimacie. Bardzo ciemne, mroczne, brutalne. Bez światła, sama wystawa znajduje się 14 metrów pod ziemią, jakbyśmy wpadli do leja po bombie. Im bardziej zagłębiamy się w czasy wojny tym jest ciemniej. Prawie nie ma światła, beton, czerń i mrok. I tak przez 18 sekcji. Po prawie 4 godzinach wychodzi się na powierzchnie i tak łaknie słońca! W końcu człowiek oddycha pełną piersią i z taką ulgą idzie po schodach ku światu. Temu normalnemu, z jaką ulgą,można zostawić za sobą całe to piekło wojny. I wsiąść do wygodnego auta, pojechać do domu i zjeść obiad przy wygodnym stole…

Do tej pory jestem pod wrażeniem, wielkim wrażeniem Muzeum i czasu jaki tam spędziłam. Uważam,że wizyta w tym miejscu powinna być punktem obowiązkowym dla każdego, kto przybywa do mojego miasta. Koniecznie trzeba tam być. Mam oczywiście nadzieję,że będzie można dalej oglądać tę wystawę, właśnie w takim kształcie i w takiej formie. Mówię to Wam ja, niepraktykujący historyk, który jednak jakieś pojęcie o temacie ma.

Teraz czas na mały spacer po Muzeum. Wiem, że nie każdy ma możliwość by szybko kupić bilet. Stąd też zapraszam na wizytę. Wystawa składa się z 18 sekcji. Czas jaki trzeba poświęcić na wizytę to minimum 4 godziny. Ja przyznaję, część elementów pominęłam. Ale skoro studiowałam historię to darowałam sobie interaktywne punkty z opisem historii, typu data,miejsca i nazwiska, chociaż przy paru i tak przystanęłam. Dla dzieci mamy osobną salę, wiadomo, nie każde dziecko da radę i fizycznie i emocjonalnie znieść wystawę główną. Dorośli zaś mimo spędzonych tutaj godzin zauważają,że czas płynie w środku inaczej. W ogóle nie odczujecie ilości minut jakie spędzicie pod ziemią. Wystawa jest bardzo interaktywna, zrozumiała dla każdego i dopracowana w każdym,nawet najmniejszym szczególe.

Zanim zjedziemy windą 3 piętra w dół, odwiedzimy budynek z zewnątrz. Imponujące, o niezwykłej formie, nowoczesne, oddziałujące na wyobraźnię. Takie właśnie jest Muzeum, tuż nad Motławą, niedaleko Stoczni, bardzo blisko ścisłego centrum naszego Starego Miasta. Wbity w ziemię element, samolot, bomba, może część budynku? Każdy może mieć swoją interpretację.

 

A teraz wnętrze. Nie będę dużo pisać, podpiszę po prostu każde zdjęcie. Są miejsca gdzie powinna rządzić cisza.

17622803_1648789868470537_974261343_o

Przerażające betonowe wnętrze Muzeum z maleńkimi świetlikami.

Ku wojnie.

Przedwojenna uliczka. W oknach świecą się światła,na wystawach śliwki w czekoladzie, kawa, napoje. Tętni tutaj życie, goście z błyskiem w oku zaglądają w sklepowe wystawy, czytają nagłówki gazet, spacerują tą uliczką i chłoną niezwykły klimat.

Zaczęła się wojna.

Głód. Chleb wypieczony według tradycyjnej receptury prosto z Petersburga ogarniętego Wielkim Głodem. Pieczony na trocinach i otrębach drzewnych.

Wojenna rzeczywistość. Schron w Londynie, wysiedlenia i masa cierpienia.

Samolot, codzienność, zabawka małej Niemki, która do schronu zabrała domek dla lalek…

17670507_1649760625040128_1717361817_o

Koniec. Pamiętacie uliczkę z pierwszych zdjęć? Tyle zostało z niej po wojnie. Ku przestrodze. O ile na tej samej uliczce z sprzed wojny jest głośno i tłoczno, tutaj panuje cisza, nostalgia, goście idą z zadumą na twarzach, widać smutek i złość.

Ścieżka dźwiękowa- Mando Diao- To China with love

Wspaniały weekend

Pamiętacie hasło sprzed paru tygodni- wszystko mogę, nic nie muszę? Postanowiłam wcielić je w życie jeszcze bardziej. Inspiracji dostarczyło mi spotkanie z Asią, i jej opowieść o spontanicznie podjętej decyzji o spędzeniu weekendu w Mediolanie. Znalazła tanie loty, darmowy nocleg, zrobiła plan zwiedzania i aktualnie spaceruje mediolańskim brukiem. Do jej postawy jeszcze mi sporo brakuje. Ale i ja pokusiłam się o małe szaleństwo. Na moją miarę i moje możliwości.

W poniedziałek, dzień po spotkaniu z |Asią, w pracy poranek zaczął się leniwie. Leniwie więc zaczęłam przeglądać pewien portal, który oferuje atrakcyjne zniżki na różne wyjazdy. Marzyłam o czymś co oderwie mnie od rzeczywistości, totalnie zrelaksuje, pozwoli odpocząć i zapomnieć na moment o codziennej bieganinie i powtarzalności. Szybko znalazłam to czego szukałam. Zadzwoniłam, i wyobraźcie sobie, że na wybrany przeze mnie termin czekał jeden wolny pokój. Tylko jeden. Szybko skonsultowałam się więc z siostrą, ale ona nie była zainteresowana wyjazdem. To znaczy nawet była,ale wybrała wyjazd w inny koniec kraju w celu popracowania nad doktoratem. Ale mojej mamusi dwa razy namawiać nie trzeba było. Do wyjazdu swój akces zgłosił mój brat i tata. O dziwo tatko sam powiedział- Spa? Marzyłem o tym. Dwa kliknięcia, jeden przelew, i czekamy do piątku.

A w piątek, Mazury. Spa na Mazurach.

Z pracy wyszłam 40 minut wcześniej, ostatnie zakupy, pakowanie, obiad w postaci tłustoczwartkowego pączka z wiśnią i w drogę. Miłomłyn, dokąd zmierzaliśmy, leży 120 km od Trójmiasta. To urocza, mała i klimatyczna miejscowość. Maleńka, raczej jak wieś, ale naprawdę urokliwa. Bardzo zielona, i otoczona wodą. Taka typowo mazurska. Wspaniale się po niej spacerowało, tym bardziej,że sobotnia pogoda jak najbardziej dopisała, i mimo mrozu, słońce nie przestawało świecić ani na sekundę.

Chociaż spacer był szalenie udany, to jednak ciężko było opuścić hotel. Czemu ciężko? Bo w ofercie pobytu dla zestresowanych był nieograniczony dostęp do strefy spa. Basen, jacuzzi, sauny, sala gimnastyczna i moje odkrycie ping pong. Na poważnie pokochałam-na powrót, tę grę. Co prawda seriami przegrywałam, ale nie było tak ważne. Najważniejsze było wspaniałe samopoczucie, jakie towarzyszyło mi mimo przegranych partii, a te szły w dziesiątki. Dość łatwo człowiek przyzwyczaja się też do takich przyjemności jak moczenie w jacuzzi i relaks w saunie. Naprawdę mogłabym w ogóle z nich nie wychodzić, tylko leżeć w jacuzzi i patrzeć na las. Miałam wrażenie, że w tej mokrej części spa zostawiłam cały bagaż stresów, napięć i niepokojów ostatnich tygodni. Odżyłam, maksymalnie się zrelaksowałam i poczułam jak nowo narodzona.

Znalazłam też czas na leżenie, czytanie, albo po prostu gapienie się w telewizor na Przyjaciół. To było wspaniale nie musieć gotować, sprzątać i zmywać. Albo wkładać do zmywarki i potem wyjmować z niej naczyń. Jedzenie było wprost przepyszne. Uzależniłam się od ich jajecznicy i porannego twarożku. Dzielnie robię go w domu, ale niestety, jeszcze nie smakuje tak idealnie jak w Miłomłynie. A ich naleśniki, filet z dorsza, i śniadaniowe kiełbaski…  I znów mi cieknie ślinka! I znów robię się głodna. A jak mi żal było tych z salki obok, którzy przyjechali schudnąć parę kilo i jedli tarte marchewki i selery, kiedy mnie kusiło tyle pyszności. Ach, jak bym chciała zejść piętro niżej i nacieszyć oczy bogactwem szwedzkiego stołu. Niestety, dziś śniadanie muszę przygotować sobie sama.

Wracając zrobiliśmy sobie małą wycieczkę. Były mniejsze ( deszczowe) spacery i te nieco większe ( bez deszczu, ale pod wiatr). Było testowanie nowych, ciekawych restauracji i planowanie kolejnych regenerujących weekendów. O ile lubię zwiedzać, poznawać nowe miejsca, to zawsze wydawało mi się, że taki bardzo leniwy weekend, poświęcony samej sobie,szybko mnie zanudzi. Ale wręcz przeciwnie, ja już tęsknię do tych pięknych, jakże leniwych chwil. Gdybym mogła to przynajmniej raz na miesiąc oddawałabym się takim wyjazdowym rozkoszom. W każdym razie przynajmniej dwa razy do roku będę wyjeżdżać na taki wspaniały weekend. Bez wyrzutów sumienia. A do Miłomłyna muszę pojechać cieplejszą porą, gdy będzie zielono, ciepło i jeszcze piękniej.

A na razie karmię się wspomnieniami i energią, pozytywną energią, która wciąż mi towarzyszy.

Ścieżka dźwiękowa- Pink Floyd- TBS9

I po wakacjach,czyli ostatnia część mojej podróży

Ostatnia część mojej wakacyjnej podróży. Trochę mi szkoda.Wakacje zawsze są zdecydowanie za krótkie. Szczególnie kiedy są ciekawe. Ale nie będę tutaj zanudzać narzekaniem i marudzeniem,dlaczego urlop nie trwa 3 miesięcy. Każdy by tak chciał przecież.

Tego dnia żegnałam się z upalnym Krakowem,ubrałam się więc w bardzo lekką i bardzo zwiewną spódnicę maxi  z rozcięciem. Jako,że dzień był świąteczny wybrałam się Sanktuarium Miłosierdzia na Mszę.A jako,że lubię stać przy drzwiach to sobie stanęłam. Na wprost Ołtarza i księdza. Pech chciał,że nagle zrobił się przeciąg. Marylin,ha,pamiętacie jej podwianą spódnicę?No to to był pikuś. Moja spódnica praktycznie nałożyła mi się na głowę. I tak przez połowę Mszy. Tłum był ogromny,nie bardzo miałam gdzie się przesunąć, bo otoczyła nas wycieczka z dziećmi niepełnosprawnymi,więc cóż,stałam tak z odsłaniającą co chwilę,co nieco spódnicą i gorszyłam księdza. W pewnym momencie zabrakło mi rąk. Brat i siostra musieli pożyczać swoje. I wiecie co? Msza się skończyła i,bach koniec wiatru.

Wsiadamy do auta, jest cieplej niż wczoraj,więc bierzemy większą butelkę wody i w drogę. Mamy do pokonania około 200 km. Jedziemy malowniczą trasą. Siostra na szczęście śpi.Brat dalej gra w zgadnij o czym myślę.Raz zgaduję. Po dwóch pytaniach- Czy to muzyk?Tak jakby. Gra na czymś? Tak jakby. Andy Fletcher.

Dojechaliśmy.A nie,to stacja paliw. Celem naszej podróży jest bowiem rodzinna miejscowość mojej mamy. Musimy więc kupić wódkę dla wuja. Tata nie pija zbyt wiele,więc nie wie jakie są smaczne trunki,wybór butelki trwa 17 minut i 38 sekund. Na szczęście piekielna woda wybrana, w drogę. Zanim bowiem dojedziemy do celu,mamy przystanek. Ja po nim sobie wiele obiecuję.

Jesteśmy tam gdzie liczba morderstw na jedną osobę wynosi już z 4. Trup ściele się gęsto,a dzielny ojciec Mateusz pedałuje na rowerze. Tak,tak,odkrywam Sandomierz.Mam spędzić 3,5 godziny w tym sielskim i anielskim miejscu. Tłum prawie jak w Krakowie.  W serialu-którego nie oglądałam,a widziałam jakieś opisy czy też reklamy miasto wyglądało wspaniale. A jak było na żywo?

Na miejscu się pogubiliśmy. Zaparkowaliśmy pod Rynkiem,ale nie wiedzieliśmy,że to tam trzeba iść.To znaczy ja wiedziałam,ale nikt mi nie wierzył. Poszliśmy więc w drugą stronę,po kwadransie ustaliliśmy,że miałam rację ( jak zwykle) i poszliśmy ku centrum. Pod górę. Ojciec Mateusz ma kondycję,oj ma.Pędzi na tym rowerku po rynku,a ja po 2,5 godzinach w aucie miałam tak zastane kości,że ledwo szłam.Oj ledwo. Wystarczy wejść na Rynek by zrozumieć fenomen tego miejsca. To miasteczko jest tak piękne,takie po prostu serialowe. Urocze, kolorowe,ale nie jarmarczne. Ma niezwykły klimat. Wspaniale się po nim spaceruje. Jest bardzo romantyczne. Okoliczne knajpki kuszą by wstąpić do środka i w spokoju wypić pyszną lemoniadę.Spacerowanie,podziwianie widoków,ten niezwykły klimat,z Sandomierza w ogóle nie chce się wyjeżdżać.  Na pewno tam wrócę,ale nieco na dłużej. Jest tam tyle do odkrycia. I nawet ten paskudny rosół  z torebki,który imitował domowy nie zmieni mojego zachwytu nad tym urokliwym miastem.

Swoją podróż zakończyłam pod Warszawą u rodziny. Siedzieliśmy niemal całą noc w ogrodzie przy stole pełnym pyszności. Naśmialiśmy się, nagadaliśmy za wszystkie czasy, a ja nie mogłam uwierzyć,że moja ukochana kuzynka Weroniczka tak wyrosła. Już jest wyższa ode mnie. No dobra,jest prawie jak mój brat.A ma dopiero 15 lat. Po tym jednym dniu przez tydzień mogłabym nie  jeść tylko żywić zapasami. Wiecie jak to jest,my jeszcze jemy śniadanie,a ciocia już obiera ziemniaczki na obiad. To był wspaniały wyjazd.

Niestety był wspaniały. Bo teraz chciałabym tam wszędzie wrócić. Tylko skąd ja znajdę tyle czasu? Chyba muszę uśmiechnąć się do ukochanego Doktorka Who…..

Ścieżka dźwiękowa- Blur- Luminous

 

Powakacyjne wspomnienia, część trzecia. Ostatnia. No prawie.

Byliśmy już w uzdrowisku, byliśmy już w Krakowie. Jedziemy dalej. Gdzie? Wsiadamy do auta,zapinamy pasy, bierzemy butelkę z wodą, bo ciepło,cierpliwość do korków, i tak wysiadamy za 2,5 godziny wysiadamy. Gdzie?

Nowy Targ. Mój tato wiedziony nostalgią za młodością postanowił pokazać nam okolice, które odkrywał jako młody człowiek.Autostopem. Niestety droga wiodła przez słynną od złej strony Zakopiankę. Korek,korek, korek. Moja siostra non stop narzekała, ciągle za gorąco,albo za zimno,nie ta muzyka, a to głośno, a to cicho,a  to siusiu, a to piciu. Jakbym znów miała 5 lat, tak się czułam. Do tego mój brat postanowił umilić czas jazdy zabawą, zgadnij o czym myślę. Nie zgadłam ani razu. Bo jak można zgadnąć kominek zapachowy?

Nowy Targ. Chcieliśmy coś zjeść bo nagle zrobiło się około 14. Naszło nas na coś góralskiego. W okolicy same włoskie knajpy,pizze, makarony,albo z włoska pasty. W karczmie w weekendy obiadów zaś nie serwują. To znaczy w letnie weekendy mają mrożoną pizzę-a jakże, oraz frytki. W końcu znaleźliśmy lokal z bardziej tradycyjną kuchnią. Była góralska zapiekanka, placki, mięsiwa w stylu odpowiednim. Najedzeni poszliśmy się  przejść po rynku, po 3 minutach-bo taki jest rynek, poszliśmy na lody. Mój tata uważał,że to najlepsze lody świata. Sposób wydawania nie zmienił się do dziś, kupuje się je na wagę, nie na gałki. Wybrałam czekoladowe, które smakowały jak kakao. Słodkie, mocno mleczne i kakaowe. Specjalnie całego kraju bym dla nich nie przejechała,ale przy okazji warto. Ciekawostka tam wszędzie lodziarnie zwą się tak samo, Nowotarskie lody tradycyjne. Traf do właściwych lodów, ot zagwostka.

Posileni w kalorie ruszyliśmy w drogę. A gdzie? trasa wybitnie turystyczna, Pieniny. Wspaniałe góry, byłam zachwycona, widoki zapierały dech( no oczywiście było duszno z upału,ale jednak widoki sprawiały,że człowiek czuł potęgę natury i się zachwycał). Przystanek mieliśmy w pięknym Czorsztynie. Mieliśmy do wyboru dwie atrakcje, wejście na zamek, albo przepłynięcie po zalewie Dunajca i obserwacja dwóch zamków, w Czorsztynie i Niedzicy. Wybraliśmy rejs. Miało to być zajęcie relaksujące, ale, ale. Aby dotrzeć do przystani trzeba było przespacerować się górskim szlakiem, mocno stromym i błotnistym, oraz przejść po dziurawym moście. Autorka tych słów miała na sobie sukienkę, śliczną, ale sukienkę, która do górskiego spaceru pasowała jak śmietana do frytek. No i autorka musiała też wpaść w mostkową dziurę. nikt nie wpadł. Tylko ja. Na przystani okazało się,że stateczek właśnie odpłynął,dostaliśmy więc szansę podziwiania pięknych widoków. Przepiękne widoki zakłóciły czarne chmury,o nie,pojawiły się grzmoty. Akurat jak dopłynął nasz stateczek zaczęło kropić. Już widziałam sztorm na zalewie,już widziałam fale wdzierające się na pokład,już widziałam moją przegraną walkę o ratunkową kamizelkę i smutny koniec w Dunaju.Wyłowią mnie za rok i będzie po sprawie. Burza poszła jednak bokiem,a mi zostało upajanie się widokami, a było na co popatrzeć. Zupełnie nie rozumiem ludzi,którzy wolą tracić czas by pędzić,czy też raczej wlec się do Zakopanego,kiedy w bok są takie cuda przyrody. W drodze powrotnej moja mama odmówiła marszu po nieco mokrej ziemi. Szła więc 3 kilometry dalej po asfalcie. Był więc czas by dłużej podziwiać widoki, napić się miniaturowego kubka,sporo przepłaconej herbaty i uznać,że zakochałam się w Pieninach.Dosłownie od pierwszego wejrzenia.

W drodze powrotnej,bardzo,bardzo,chciało mi się spać. Ale nie mogłam.Wjechaliśmy w tę górską burzę. Wrażenia kosmiczne.Nie chciałabym tego powtarzać. Chociaż udało mi się dostrzec koniec łamane na początek tęczy. Tak,tak,przepiękne zjawisko. Ten dzień zakończyłam najprawdziwszym czulentem w żydowskiej knajpce.A następnego dnia czekała mnie podróż do…..

O tym za moment. Czuwajcie i ze mną podziwiajcie te cuda natury.

Ścieżka dźwiękowa-Carl Barat-Run with the boys

 

Wakacje część druga

Była część pierwsza wakacji. Ta bardzo spokojna, bardzo leniwa,typowo relaksująca. Taka kiedy spałam do ……7 rano,a z łóżka wstawałam o rekordowej porze,czyli o 8 rano.Żeby nie było,że moje tempo życia na wakacjach przypominało ślimaka na emeryturze podkręcam tempo i wracam myślami do przeszłości.

fbe9cfbf7ab5084e145373f00a92fbc3

W tym roku wakacje były dziwne, nie wiedziałam do końca kiedy i gdzie jadę. Wszystko było załatwiane bardziej niż na wariata i bardziej niż spontanicznie. Po drodze i tak plany ulegały modyfikacjom. W każdym razie w niedzielę ustaliliśmy-w piątek wstajemy wcześnie rano, przepakowujemy się, chowamy walizy do piwnicy pani Trudzi i bach, w drogę.Wzywał nas Kraków.Ostatni raz byłam tam 6 lat temu, zupełnie na wariackich papierach. Było to moment przed ślubem mojej przyjaciółki, co chwilę dostawałam od niej niepokojące wiadomości typu-a czy ja w ogóle nadaję się na żonę? Po 20 sekundach-czemu nie odbierasz? Po 6 kolejnych- odpowiedz do jasnej cholery,odwoływać ślub? Do tego zdrowotnie było ze mną wtedy nijako.Chorowałam i tak naprawdę odczułam radość kiedy po 2 dniach wsiadłam z powrotem do pociągu. Teraz czekałam na ten wyjazd z ogromną niecierpliwością i lekkim pobudzeniem- bardzo chciałam by wszystko się udało. Tak bardzo,że w czwartkowy wieczór musiałam wypić kubek melisy,napięcie we mnie rosło. Przede mną 5 godzin jazdy z moją rodziną. Wiadomo,będzie gorąco.No i zdradzę Wam pewien sekret. Na basenie solankowym poznałam pewnego aktora, z teatru i telewizji. Pan przebywał razem z kolegą z branży w sanatorium,niestety obydwaj jeżdżą na dziś na wózkach. W każdym razie panowie okazali się fascynującymi rozmówcami,wybitnie elokwentnymi,inteligentnymi i ciekawymi. Pan aktor powiedział mi,że co prawda nie chce siać mi zamętu w głowie,ale powinnam pomyśleć o pracy na scenie. Tak,jako aktorka,bo mam oryginalną osobowość,odpowiednią dawkę urody(tutaj na przemian płakałam ze śmiechu i krztusiłam się cytrynową herbatą z automatu),a do tego jestem taka młodziutka. Kiedy wyznałam,że ja już skończyłam studia pan nie chciał wierzyć. A jak się śmiał kiedy zdradziłam swój wiek.Chyba mam zadatki na artystkę? W każdym razie jechałam do Krakowa,takiego artystycznego miasta. A nóż/widelec dostanę angaż w teatrze,tudzież kabarecie?

Rano powitało mnie słońce  i pozytywna energia. No niestety, jak to u nas bywa, nic nie może pójść zgodnie z planem.Zgodnie z planem o 11 mieliśmy wyjechać. O 11,owszem auto wyjechało, ale z 2 pasażerami,mamą i tatą. Kierunek lokalny szpital. Powód? Łóżko wodne masujące. Moją mamę zafascynowała bowiem ta uzdrowiskowa nowość i wykupiła serię zabiegów. Ja również się skusiłam. W połowie zabiegu zlazłam z tego łoża nie przyjemności a boleści. Myślałam,że kręgosłup mi pęknie,następnego dnia nie wyszłam z pokoju dalej niż na taras,bolało mnie okropnie. Moja mama zaś uznała,że skoro wykupiła cały pakiet, a zwrotów nie ma, to dokończy tę serię. I akurat w piątek doszło do kumulacji bólu całego ciała. Jako,że musieliśmy zwolnić pokój przez prawie 4 godziny chodziłam z rodzeństwem po mieście,niepewni swego losu. W końcu doszła do nas wiadomość o diagnozie i skutkach leczenia. Po kroplówce z lekami przeciwbólowymi i nawadniającej,wypisaniu recept i obietnicy, że mama nie położy się nigdy na podobnym łożu dostała zielone światło do podróży. Także już na starcie mieliśmy ponad 4 godziny opóźnienia i narzekającą mamę na pokładzie. Ale ruszyliśmy w drogę.

5 godzin i 10 pogubień się po drodze wydawało się,że jesteśmy pod naszym apartamentem.Oczywiście w międzyczasie wszyscy się kłócili kto lepiej zna drogę.Ja zachowałam stoicki spokój. A niech się złoszczą. Mnie nic nie rusza. W końcu znalazło się wolne miejsce pod samą kamienicą, pięknie, 22 druga,ciemno, jestem głodna, biorę wszystkie torby i pakunki jakie zdołam unieść i dziarsko ruszam. Coś się nie zgadza. Ano to nie ta ulica. Nocleg mieliśmy ledwie dwie przecznice dalej. Mój spokój gdzieś się ulotnił.Ciskałam gromami na prawo i na lewo. Ale doszłam,ledwie wejść na trzecie piętro i można iść pod prysznic. Marzyłam by ten dzień skończył się jak najszybciej.

Rano obudziło mnie piękne słońce i spory apetyt. Jako, że mieszkaliśmy na Kazimierzu postanowiłam to wykorzystać i przed 7 rano zabrałam siostrę na spacer po sobotnim,bardzo porannym Krakowie. Było śniadanie na rynku, herbata w żydowskiej knajpie.Był spacer na Wawel,a po drodze zwiedziłam wiele cudownych kościołów. Był Wawel, było wdrapywanie się by znów dotknąć Dzwonu Zygmunta, zniknął mój lęk wysokości i lekka klaustrofobia. Jak ręką odjął,żwawo pokonywałam kolejne ciasne i strome korytarze i popędzałam marudne włoskie dzieci przed sobą. Okazało się,że wycieczki przybywają dziś na Wawel by podejść do grobu Kaczyńskich i posłuchać opowieści o rodzaju trumny.Co kto lubi. Niektórzy idą dalej i robią sobie selfie z grobem,tak jak pewna mamusia,która najpierw zrobiła sobie mini sesję z grobem Piłsudskiego,a następnie ustawiła synka i zachęcała- Nikosiu uśmiechnij się,i przytul się do nagrobka….

Potem tętniący życiem Rynek,okropny tłok, dzikie tłumy turystów, do tego to ciepło i  parę kilometrów w nogach. A mi wciąż było mało i mało. Jak urzeczona spacerowałam tymi uliczkami, wstąpiłam na jarmark,skąd wyszłam ze słoiczkami miodu z orzechami, cieszyłam zmysły na festynie pierogów i chłonęłam niezwykły klimat.Bo wiecie, Gdańsk jest przepiękny,ale wojenne zniszczenia i odbudowa(choć bardzo pieczałowita)sprawiły,że miasto urzeka, kusi, zniewala,ale brakuje mu tego czegoś. I to coś znalazłam wśród starych murów.A szczególnie na Kazimierzu. Tam dosłownie czułam historię.Wiem,wiem, nudzę, ale w końcu jako magister historii mam prawo trochę się pozachwycać. Więc spacerowałam,podziwiałam, jadłam pyszne śniadania,piłam wspaniałe herbaty w uroczych kawiarenkach,cieszyłam pogodą, pozytywnym nastrojem, pięknym widokiem z okna apartamentu. Nie przeszkadzało mi zmęczenie, ciepło, gwar i tłum. Było prawie idealnie. Nie powiem,że było idealnie,bo wtedy nie musiałabym tam wracać. A wrócić muszę. Muszę wrócić i nieco więcej czasu poświęcić na Nową Hutę, muszę znaleźć czas na snucie się bez celu,a nie wedle planu,i muszę wrócić by powiedzieć pewnemu kelnerowi,że ma wspaniały uśmiech.

Sama się sobie dziwię.Bo przecież z 70 razy gubiliśmy drogę, ze 100 razy walczyliśmy o miejsce do parkowania, musieliśmy na ostatnią noc się przenieść do innego miejsca,ulice były strasznie brudne,za dużo imprezowiczów i w ogóle było zbyt dużo wrażeń jak na tak mało czasu. Ale te 4 krakowskie poranki były po prostu wspaniałe.To będzie tylko w części drugiej.Będzie część trzecia,więc czuwajcie.Teraz porcja zdjęć i powrót wspomnień.

 

Ścieżka dźwiękowa- Depeche Mode- A Question of Time

Po wakacjach. Część pierwsza.

Po kilkakrotnym przekładaniu terminu w końcu się udało. W końcu mogłam spakować swoje torby,wsiąść do auta i ruszyć w drogę. Cel wyprawy od paru lat pozostawał niezmienny.

Tym razem było tak samo jak poprzednimi razy. Czekała na nas pyszna szarlotka i pyszna herbatka. Dwa tarasy i mój ukochany bujany fotel,na którym spędzałam ranki i wieczory. Wszystko toczyło się dobrze znanym rytmem, wśród dobrze znanych ludzi. Były ranne spacery,a potem parę godzin lenistwa. Był basen solankowy,parę zabiegów spa i moje włóczenie się po parkowych alejkach. Była masa zjedzonych wspaniałych pierogów w wyjątkowo przytulnej knajpce. Były popołudniowe herbaty w kawiarniach i masa czasu na książki,lenistwo i  totalny reset. Z tego resetu parę razy straciłam rozum. Jak wtedy kiedy umyłam włosy płynem micelarnym ( da się drogie panie, nigdy nie miałam tak miękkich włosów,aczkolwiek na jedno mycie schodzi 3/4 opakowania, więc słabo się opłaca). Albo wtedy kiedy złożyłam się razem z leżakiem,zamiast samego leżaka. Żyję i o dziwo jestem w całości. W całości nie jest za to mój aparat. Tata zgubił mi przy przeprowadzce kabelek do ładowarki. Można go kupić jedynie w autoryzowanym salonie, w kuszącej cenie odpowiadającej połowie ceny aparatu. Nie odpuszczę tacie, o nie.

Tradycyjnie pogryzła mnie setka komarów, tradycyjnie rozwaliłam sobie palca chodząc cały dzień w nowych sandałkach. Tradycyjnie wzięłam za dużo rzeczy.Dużo za dużo. Większości nawet nie wyjęłam z walizek.Tak,miałam dwie.

Wczoraj pierwszy raz od 16 dni zobaczyłam mieszkanie. Kiedy stanę w kuchni w miejscu gdzie stanie zmywarka widzę łazienkę, mój przyszły nowy pokój i sąsiedni blok. Zawsze chciałam mieć kuchnię z ładnym widokiem,więc mam. Garderoba stoi, co miało być wyburzone zniknęło, co dodane już jest. Łazienka jest powiększona jak i kuchnia.Wszystkie instalacje są już wymienione. Ściany zryte do  cegieł już mają nowe tynki,trwa cekolowanie. Wszystko wygląda surowo, dziwacznie, ale panowie pracują 6 dni w tygodniu po 10 godzin, trzymajcie kciuki za to tempo.

To było bardzo słonecznych i ciepłych 9 dni. Padało tylko raz, wczoraj.W zasadzie to nie padało,lało. Ha, 9 dni,a przecież nie było jej 14.Co się działo w pozostałe? O tym później.Towarzysze facebookowi wiedzą,ale nic nie mówcie. Relację z czasu poza moim uzdrowiskiem przygotuję za parę dni.

607cf35824fc3cd6a2944bb943d9031e

 

Ścieżka dźwiękowa- Franz Ferdinand- Do you want to.