Sobotnie obrazki

Nareszcie weekend. O ile początek tygodnia był dość leniwy, i dzięki temu naprawdę przyjemny. Bo w pracy atmosfera zrobiła się bardzo luźna, a brak nadmiaru pracy wprowadzał w niemal wakacyjny nastrój-szczególnie w połączeniu z pogodą za oknem. Ale wszystko dobre szybko się kończy. Końcówka tygodnia to masy pracy, pośpiech, niemal chaos. Do tego zaatakowało mnie zaziębienie. Tak to jest, kiedy latem ktoś zachoruje, przyjdzie do pracy, i chociaż nic nie robi konstruktywnego to będzie prychał i kichał na wszystkich dookoła. I bach, paskudny wirus zaatakował moje gardło. Dawno mnie tak nie bolało. Do tego stopnia, że musiałam przełożyć wizytę u fryzjera. Brzmi banalnie? Do tego geniusza nożyczek zapisałam się…. Na początku kwietnia. Więc wyobraźcie sobie jak musiało mnie boleć, skoro nie znalazłam w sobie sił by podreptać na wymarzoną majową metamorfozę. Ledwo chodziłam do pracy. To znaczy ledwo mówiłam. Popijałam masę syropów i wyssałam dziesiątki tabletek. Z takim oto skutkiem.

Nijakim. Dlatego też dzisiejsza sobota jest leniwa i domowa. Czas zregenerować siły i podreperować zdrowie. Będzie dużo miodu, czosnku i witamin. Będzie zero wysiłku, a po prostu relaks, książki, seriale i zero wyrzutów sumienia.

Będzie za to teraz wspomnienie ostatniej niedzieli. Pięknej, nadmorskiej, nieco wietrznej, ale uroczej. Wiecie, że kocham to swoje geograficzne położenie? Ja nie mogłabym się urodzić w innym miejscu. Nie i kropka. Ja tutaj należę całym sercem.

Na jutro planuję małe porządki w szafie. Ostatnio zaszalałam. Nie wiem, to chyba przychodzącego przeziębienia, ale kupiłam nieco za dużo. Na przykład szorty. Po prostu uznałam,że będę się w nich opalać. W domu źle się czułam z tym zakupem. Nawet chciałam je oddać, ale ostatecznie uznałam,że będą idealne na plażę,bo ja nie znoszę kostiumów kąpielowych. Spodenki zakupiłam rano, przed pracą w…. Biedronce. Po pracy zaś stałam się dumną posiadaczką sukienki w kwiatki. W zasadzie to małej czarnej w kwiatki. Jest wspaniała, czuję się  w niej jakbym była wyjęta ze zdjęcia zrobionego w 1952 roku. Nieco przypominam w niej moją babcię. I koszulka. Z założenia kupiłam ją…. Nie wiem po co? Albo wiem, kupiłam ją bo taki miałam kaprys. Przedchorobowy. Do tego za dużo kosmetyków. I trzy bukiety konwalii. Aha, zapomniałam kupić lekarstw.

18742556_1719397238076466_1200162343_o

W Biedronce -kiedy kupowałam spodenki, a poszłam tylko po wodę mineralną, spotkałam kolegę z liceum. Moją pierwszą wielką sympatię. Był na mnie zły. Bo nie przyszłam na spotkanie klasowe i on się strasznie nudził. Ponoć mogłam go chociaż uprzedzić i on się biedak zastanawiał dwa tygodnie co się ze mną stało. Wspominał coś o grillu.  Eh, gdybym była 10 lat młodsza…. To bym dostała rumieńców i zapraszała gości na wesele. A dziś mnie to nie rusza. Nic a nic. Jestem ostra jak ból gardła. I znieczulona po tabletkach.

Aha. Zapomniałabym. Zaraziłam brata. Ale wmówiłam mu,że to on zaraził mnie. Uwierzył, więc mnie nie wydajcie.

Aha. Wczoraj do pracy wpadł mój chrzestny. Byłam zdziwiona, bo na co dzień wujek pracuje za granicą. Wpadł z sękaczem. 1,4 kg sękaczowej przyjemności tylko dla mnie. No dobra. Kawałek dałam mamie. I bratu. Za ten katar. Ale tylko po kawałeczku. Reszta dla mnie.

Wyłączam się. Włączam serial.

Zdrowego weekendu. Bez kichania.

 

Ścieżka dźwiękowa- Depeche Mode – Happiest Girl

1 dzień na Mazurach. Mój patent.

Tak, tak, bezczelnie się chwalę. Tak. tak, mam piękną pogodę. W końcu. Nareszcie. Nie pada, nie wieje. Świeci słońce, jest ciepło, majowo, cudownie. Aż żal siedzieć w domu.

Jako, że moją majówkę opisałam dość pobieżnie, postanowiłam teraz wrócić do 1 maja i opisać szczegółowo plan idealnego dnia na Mazurach. Czyli zapraszam na wycieczkę wersję rozszerzoną. Idealną na weekend.

Zaczniemy od pomysłu. Co mnie podkusiło by 1 maja spędzić na Mazurach? Luty. Tak, w lutym spędziłam cudowny weekend w spa w Miłomłynie. Podczas spaceru bardzo mroźnego i słonecznego dnia doszłam na przystań. I wtedy obiecałam sobie, że latem na pewno przyjadę tutaj by podziwiać piękno tego miejsca. I na pewno popłynę w rejs po kanale. Ale po co czekać do lata? Początek maja, chociaż niezbyt ciepły, okazał się ciekawą datą na taką wycieczką. Chociaż oczywiście letni rejs ma ten duży plus, że po prostu jest ciepło i płynie się odrobinkę milej. Nie trzeba otulać się dwoma szalami. W każdym razie od maja do września można popłynąć, więc każdy znajdzie termin idealny dla siebie. Bilety najlepiej kupić przez internet, liczba rejsów jest ograniczona, tak samo jak miejsc. A jako, że taki rejs to spora atrakcja, to bilety rozchodzą się bardzo szybko. Do wyboru mamy rejs z Miłomłyna do Ostródy, albo z Ostródy do Miłomłyna. W każdej opcji możemy skorzystać z autokaru, który zawiezie nas z Ostródy do Miłomłyna na rejs,albo odwrotnie,po końcu rejsu w Miłomłynie zawiezie do Ostródy. Ja wybrałam rejs z Miłomłyna  z prostego powodu, zaczyna się o 12. 30, a nie o 10, co ma znaczenie, jeżeli na rejs trzeba dojechać z takiego Gdańska. Aczkolwiek przyznać trzeba, jedzie się sprawnie, to w końcu tylko 120 km.

Ok, jak już jesteśmy w tej Ostródzie to parkujemy, w pośpiechu szukamy przystanku skąd ma zabrać nas autokar- od razu mówię, znajduje się przy muzeum, w samym centrum, niech inni nie błądzą jak my. Następnie komfortowym autokarem pokonujemy zawrotną odległość 10 kilometrów i bach, jesteśmy na przystani. Tam czekała już na nas Czapla, stateteczek taki. Mały, zgrabny, z dachem, i osłonkami od wiatru, co ma znaczenie kiedy podróżuje się w zimowym maju. Każdy zajmuje wygodne miejsce i ruszamy. Nie ma co nastawiać się na ogromne emocje i walkę z falami. Płynie się bowiem jak po maśle. Po prostu sunie bez przeszkód po wąskim kanale. Atrakcją jest to, że natrafiamy na różnice poziomów wody. W zależności więc od wybranej trasy będziemy się wznosić albo opadać. Jak akurat sunęłam w dół, prawie 3 metry. Jest to wydarzenie, które szczególnie ciekawi dzieci. Ale nie tylko. Dorośli też mają niezłą frajdę w kontrolowanym „tonięciu”. Dodatkowo kanał w miejscu śluz jest wyjątkowo wąski, można dotknąć palcem betonowych zapór. Obijanie się od ścian też ma swoje uroki. A w międzyczasie po prostu płyniemy, podziwiamy cudowne widoki, resetujemy umysł, pozbywamy się napięcia i cieszymy błogą i dziką naturą. Taki rejs jest wspaniałym antidotum na codzienny pośpiech i stres. Genialnie odpręża. Na taki rejs polecam zabrać z sobą butelkę z wodą i drobne przekąski. To siedzenie i powolne wpatrywanie się w naturę wyzwala głód. Taki rejs polecam mieszczuchom i rodzicom z malutkimi dziećmi. Te w przedziale 2-6 lat, będą odczuwały po pół godzinie monotonię i zaczną męczyć i rodziców i pasażerów. Starsze dzieci zaś na pewno będą zadowolone z wycieczki, o ile rodzice nie zapomną o przekąskach i aparacie, którym dziecko będzie mogło robić zdjęcia. Cena biletów to temat rzeka. Niestety, ceny są dość wysokie. Za niespełna trzygodzinny rejs trzeba zapłacić 50 zł od osoby ( cena do czerwca, potem rośnie ). No i trzeba dokupić bilet na autokar w stałej cenie 6 złotych. Czy warto? Oczywiście.

This slideshow requires JavaScript.

Kiedy już rejs się skończy i wysiądziemy w Ostródzie ( albo do niej wrócimy autokarem) koniecznie trzeba się przespacerować wzdłuż jeziora Drwęckiego, które jest przepiękne, ogromne i naprawdę robi wrażenie-szerokość w najszerszym miejscu to aż kilometr, a głębokość 21 metrów. Podobnie jak sama Ostróda, niezbyt duże miasteczko, ale zdecydowanie z klimatem. I ogromną ilością łabędzi. Jeżeli macie ochotę na pyszny rosół to polecam wstąpić do Lalo, lokalu nad samym jeziorem. Możecie coś przekąsić, odpocząć, nasycić oczy zielenią oraz oddać błogiej przyjemności z jedzenia najlepszego rosołu z kaczki w Waszym życiu.

Teraz trzeba zatrzasnąć drzwi od auta i w drogę. Ledwie 40 kilometrów od Ostródy znajduje się Olsztyn. Piękne i chyba nieco niedocenione miejsce na naszej mapie. Ja Olsztyn polubiłam tak na poważnie, kiedy dostarczaliśmy okucia do najlepszego hotelu w mieście. Pojechałam z inspekcją po otwarciu i przepadłam. Co prawda na nocleg w tym hotelu mnie wciąż (jeszcze) nie stać, ale miasto szczerze polubiłam. Po drodze można zrobić sobie małą przerwę w Gietrzwałdzie. Ci wierzący mogą nabrać wody ze źródełka, a ci co niekoniecznie wierzą po prostu mogą podziwiać przepiękne mazurskie widoki i przepiękny kościół.

This slideshow requires JavaScript.

No dobrze, jesteśmy w Olsztynie, kierujemy się ku starówce. Parkujemy pod starymi murami, parę kroków i reprezentacyjna część miasta stoi przed nami otworem. Nie wiem czemu, ale Rynek w Olsztynie skradł moje serce. Jest w sam raz, ani za przytłaczający, ani za mały. Jest tu masa knajpek, sporo uśmiechniętych ludzi i niezwykły klimat. Do tego naprawdę dużo zieleni, która w połączeniu ze starymi budynkami jest ciekawa i dla duszy i dla oka. Na obiad polecam wpaść do Pierogarni Bruner. Ciekawe, a co najważniejsze pyszne miejsce. Jeżeli znajdziecie miejsce po obiedzie, to koniecznie idźcie na lody, polecam Kroczka. Lody naturalne w szalenie oryginalnych smakach. Szpinak? Marchewka? Bazylia? Dla  tych mniej odważnych chałwa i domowe ciasteczko. Niebo w gębie. A po miejskim spacerze koniecznie trzeba pojechać na obrzeża, nad jezioro Długie. Fantastycznie odremontowany miejski teren, gdzie w zasadzie nie można się nudzić.

This slideshow requires JavaScript.

I w ten oto sposób po 10 godzinach wycieczki możemy zapakować głowę pełną wrażeń i ruszyć do domu.

Pamiętajmy, piękne wiosenne i letnie dni są idealne by ruszyć się z domu. Nie siedźmy więc na kanapie, tylko odkrywajmy okolicę.

Ścieżka dźwiękowa- Depeche Mode- The dead of night

Jest maj, jest majówka

Skończył się ten wielki weekend, który potocznie zwie się majówką. Rzeczywiście w tym roku był wyjątkowo długi, z tego co zauważyłam wiele naszych współpracowników zrobiło sobie wolne w czwartek i piątek, i miało naprawdę solidne wakacje. Owszem, jeżeli ktoś nie wypuścił się do dalekich krain mógł narzekać na pogodę, ale bądźmy szczerzy, nawet podczas wyjątkowo zimnego maja można fajnie spędzić czas. Trzeba po prostu ciepło się ubrać, zabrać dodatkowy szalik i pewnie termosik z herbatką.

Tegorocznej majówki nie planowałam. Mówiąc szczerze miałam kiepski piątek, byłam pewna, że rozkłada mnie jakaś choroba i nawet się ucieszyłam, że nie mam planów. Przynajmniej nie muszę niczego odwoływać ani żałować. Z takim nastawieniem poszłam spać w piątkowy wieczór i zaczęłam weekend. Długi weekend.

W sobotę nastawienie mi się nie zmieniło. Dalej dokuczał mi ból głowy, zatkany nos i ogólne rozbicie. Zabrałam się więc za nadrabianie domowych zaległości. Akcja porządki, wiosenne, naiwnie liczyłam,że to może przywołać wiosnę. Posprzątałam tam i tu, i jeszcze tu i tam gdzie nikt nie zagląda. Upiekłam ciasto i doznałam olśnienia- spróbuj wziąć podwójną dawkę leku na alergię, a nuż pomoże i nieco mnie ożywi łamane na otrzeźwi. Wzięłam tabletki i poszłam spać.

W niedzielny ranek o mało nie umarłam. Naprawdę miałam wrażenie, że los się na mnie uwziął i o ile niektórzy mają szczęście w miłości, inni w finansach, to ja mam szczęście w nieszczęściu. Co się stało? Okazało się, że nie powinno się brać tabletek tuż przed snem. Co prawda moje tabletki miały wyraźnie napisane, że rozpuszczają się same w buzi,ale to niekoniecznie jest prawda. Moje tabletki nie do końca się rozpuściły, i o mało mnie nie zabiły. Na szczęście nie doszło do zejścia z tego świata. Po ataku duszności z radością odkryłam, że żyję. I z radością odkryłam,że nie mam już tak męczącego kataru. Wzięłam kolejną tabletkę i zaczęłam dzień. Najpierw długi spacer, co z tego,że paskudnie wiało, było słonecznie, radośnie i wiosennie. Tym bardziej,że spacer zakończyłam w Lidlu. W Lidlu tym poczyniłam zapasy amerykańskich lodów, które teraz są tam na stałe |( więc nie wiem po co robiłam zapasy?). Czasem jednak marzenia się spełniają. Jako, że słońce nie zamierzało nas opuszczać ruszyłam na Starówkę. Malinowa herbata, ulubiona kawiarnia, spacer wśród tysięcy turystów. Jak mi tego było trzeba. To była porcja energii, bardzo pozytywnej. W domu zaś bezwstydnie jadłam późną porą lody w łóżku, zajadając je ciastem i popijając cydrem. Czyż życie może być piękniejsze?

Może. W poniedziałek szybka pobudka. Nie ma wylegiwania się w łóżku, co z tego,że majówka, o 6 koniec laby. Trzeba się ogarnąć, porządnie najeść, upiększyć co nieco , wybrać stosowny ciuch-wygodny, ciepły i niebrudzący się. Przygotować wałówkę i w drogę. Dokąd? Ludzie z nad morza jadą nad wodę. Tym razem jednak słone zasoby, zamieniamy na te słodkie, śródlądowe. W niedzielę z powodu braku planu na dzień następny, a także  w powodu mojego uwolnienia od zatkanego nosa wpadłam spontanicznie-podczas spaceru, na pomysł całodniowej wycieczki. Przekonałam rodzinę i w drogę. Ten dzień zaczęliśmy w Ostródzie, a skończyliśmy w Olsztynie. Moim wyborem okazał się rejs po kanale Elbląskim statkiem wycieczkowym. Kontakt z  naturą, zielenią, totalny relaks. Trzygodzinny detoks dla duszy i w zasadzie dla ciała też. Przez trzy godziny można siedzieć i podziwiać widoki. Zero książek, telefonów, cywilizacji. Nic tylko woda i zieleń. Potem Olsztyn, miasto, które bardzo lubię, i które powoli staje się moim majówkowym must have. Spacer, obiad,  chałwowe lody. Do domu wróciłam bardzo, bardzo późno. Ale za to bardzo, bardzo zadowolona.

 

Wtorek zostawiłam sobie bez planu. Bezwstydnie (słowo klucz) wstałam o 6.45 i spokojnie weszłam w ten wolny dzień. Pyszne śniadanie, porcja jogi, prasówka, kubek zielonej herbaty. Jak fajnie nigdzie się nie śpieszyć. Szczególnie jeżeli jest to wtorek. Po śniadaniu uzupełniłam na spokojnie braki w bibliotece, i wróciwszy wyrwałam siostrę z łóżka. Jako, że dzień wcześniej gdzieś pomiędzy rejsem statkiem, a Olsztynem zgubiłam swój szal, musiałam więc kupić nowy. A jako,że niezdecydowana ze mnie bestia siostra miała dokonać ostatecznego wyboru. Spokojny spacer, długie zakupy i dużo słońca – tego mi było trzeba. Mojego humoru nie popsuło nawet to, że sklepowa kasa miała potężną awarię, i dopiero po 30 minutach udało mi się zapłacić za to co wybrałam. I tu się chwalę, pomimo 30 minutowego obchodu po sklepie, do koszyka nie dodałam nic ponad ten szal i wiosenne rajstopy. Brawo ja. Reszta dnia zapowiadała się bardzo leniwie. Tak leniwie, że na obiad zrobiłam jedynie jajka sadzone, z odsmażanym makaronem i marchewką mrożoną. To znaczy jednak ją ugotowałam. Jakoś moment po obiedzie, gdzieś tak koło 16.30 mój brat mówi-wczoraj umówiliśmy się do kina, zbieraj się. Halo,halo, ja i kino? Śmiech na sali, gdzie,kiedy się niby zgodziłam? No mówiłem, że mamy do wyboru 2, 3, albo 4, wybrałaś  drugi maja. Aha, pamiętam. Byłam wtedy otumaniona przez chałwowe lody i w ogóle śpiąca bo było coś przed 22, a my wciąż wracaliśmy do domu. Spojrzałam na brata, a on rzekł- no jak nie chcesz to zrozumiem, nie będzie mi przykro. Mi się zrobiło przykro i zebrałam swoje drobne w kości i w drogę. W tym roku biję kinowy rekord, 5 miesiąc  a ja byłam dwa razy. Dość powiedzieć, że do tego roku, przez ostatnie 5 lat byłam jeden raz. Szaleję jak nigdy. Wypad udał się wyśmienicie. Byłam zachwycona. Tym bardziej,że byliśmy w kinie studyjnym. Małe kino, gdzie przychodzi się na film, a nie do kina. Nie ma popcornu i coli. Nikt nie siorbie, rozmawia, nie ma intymnych randek. Jest za to niezwykła atmosfera, stare fotele i chwilowa wspólnota. Ha, pewnie czekacie na tytuł filmu? A to poczekacie jeszcze. To taki film, o którym muszę powiedzieć nieco więcej. A jak teraz powiem tytuł i zapamiętacie,że byłam zachwycona, to nikt nie przeczyta recenzji i nie dowie się dlaczego. Tak więc drugi maja zakończyłam gdzieś koło 23. A następnego dnia….

18339627_1698268703522653_827901588_o

Następnego dnia znów pobudka wcześnie rano. Co prawda pogoda była kiepska, ale to nie był powód by siedzieć w domu. Spontanicznie postanowiliśmy pojechać na spacer i obiad do…. Torunia. Autostradą to w końcu tylko 90 minut. Na miejscu okazało się,że jest jeszcze zimniej niż u nas. A logika podpowiadała,że im bardziej w głąb lądu tym cieplej, niestety. Było szaro i zimno. Ale co to dla nas? Były pyszny obiad, był długi spacer, były obowiązkowe lody u Lenkiewiczów, poprzedzone kwadransową kolejką i wielkie dylematy-sernikowe, piernikowe czy Oreo? Były dobre nastroje, pozytywne zmęczenie i poczucie,że cały weekend był nadzwyczaj udany.

A potem przyszła męcząca codzienność. Taka codzienność kiedy pogoda dobija i dobija. A praca irytuje. No cóż, nie zawsze ma się długi weekend.

Ścieżka dźwiękowa – Depeche Mode – Love, In Itself

Ludzie ludziom…..

Gdańsk. To takie piękne miejsce na ziemi. Tutaj się urodziłam, w pewnym szpitalu, z okien widać morze. Chociaż to zależy z jakiej strony ma się pokój, można trafić i na blokowisko. Ten Gdańsk jaki znam od urodzenia jest piękny, ale i obciążony historią. Tworzący ją. Jedyny i niepowtarzalny. Doceniający przeszłość, czerpiący z niej to co cenne, kształtujący tysiące, setki, jak nie miliony, umysłów i serc innych ludzi. Uwielbiam spacerować Długim Targiem, patrzeć na zachwycone twarze turystów. Turystów, którzy idą standardowo pod Neptuna, zrobić sobie zdjęcie z tą piękną fontanną. Albo idących nad Motławę, by podziwiać panoramę nadbrzeża. Lubię patrzeć na tysiące ludzi, całych rodzin, singli i par, które zajmują kawiarniane i restauracyjne ogródki, cieszący się sobą, spokojem, urlopem, magią miejsca.

Solidarność. To takie słowo, które na stałe kojarzy się z Gdańskiem. Stocznia, pomnik Trzech Krzyży i Europejskie Centrum Solidarności, miejsce, które opowiada o wspaniałym dziele, o Solidarności. Ileż było protestów, że budynek nie taki, że za duży, że wystawa nie taka, a powinna być taka. Dziś Centrum tętni życiem, turystami, i świadkami historii, którzy przychodzą  tutaj z całego świata. Poznają najnowszą historię. I dzięki temu wspaniałemu muzeum mają szansę ją poznać wyjątkowo szczegółowo.

Wojna. Gdańsk to miasto wojny, ileż to moje rodzinne miasto przeszło. W każdym kącie, w każdej cegle, w każdym kawałku bruku są ślady historii. Tej okrutnej. Gdańsk to miasto, którego wojna nie oszczędziła. Wręcz przeciwnie, tutaj wojnę czuć do dziś. Dziś to nie jest wojna przy użyciu czołgów i rakiet, oraz armii żołnierzy. Dziś to wojna na słowa, sądowe wyroki i przekonania. Przekonania, że skoro Muzeum II Wojny Światowej stworzył ktoś kogo nie lubimy, to musimy je zniszczyć, zmienić i usunąć z pola widzenia świata. Ale się udało. Mi też się udało. Udało zobaczyć Muzeum przed jego niepewną przyszłością. Możliwe, że za parę dni odwołają dyrektora, połączą dwa muzea, zamkną to otwarte ledwie tydzień temu i zmienią wystawę. Bo podobno ta obecna za mało podkreśla pozytywne skutki wojny. Ha, można konkurs ogłosić jakież to są te pozytywne skutki wojny? Może zapytać 8 letniego chłopca ze zdjęcia, który rozpacza na ruinach swojego domu? Albo 9 letnia Ania, która klęczy nad zwłokami swojej siostry Marylki? Marylkę zabiła niemiecka wojna, miała 11 lat. No jak Marylko, czego dobrego dowiedziałaś się o ludziach i świecie dzięki wojnie? Albo może warto wejść do sali poświęconej Holocaustowi i przejść wśród tysięcy twarzy ofiar? Może warto zapytać tej pani o cudownym uśmiechu, albo dziadka z wnuczką, którzy wprost ze spaceru trafili do Oświęcimia, co im  dobrego przyniosła wojenna zawierucha?

Nie ma pozytywnych aspektów wojny. Nie ma i nikt ich nie znajdzie. Wizyta w Muzeum II Wojny powinna być pozycją obowiązkową dla każdego z nas. Polaka, Niemca czy Rosjanina. Kiedy tak szłam po tym muzeum, obok mnie w ciszy szła babcia z dwójką wnuków, młodych Niemców. Za nimi dreptał wsparty o lasce staruszek z córką, sama ledwie szła, ale podtrzymywała ojca. On miał łzy w oczach. Niemcy, Polacy, obok siebie. Któż by pomyślał. Połączyło ich to niezwykłe miejsce. O niesamowitym klimacie. Bardzo ciemne, mroczne, brutalne. Bez światła, sama wystawa znajduje się 14 metrów pod ziemią, jakbyśmy wpadli do leja po bombie. Im bardziej zagłębiamy się w czasy wojny tym jest ciemniej. Prawie nie ma światła, beton, czerń i mrok. I tak przez 18 sekcji. Po prawie 4 godzinach wychodzi się na powierzchnie i tak łaknie słońca! W końcu człowiek oddycha pełną piersią i z taką ulgą idzie po schodach ku światu. Temu normalnemu, z jaką ulgą,można zostawić za sobą całe to piekło wojny. I wsiąść do wygodnego auta, pojechać do domu i zjeść obiad przy wygodnym stole…

Do tej pory jestem pod wrażeniem, wielkim wrażeniem Muzeum i czasu jaki tam spędziłam. Uważam,że wizyta w tym miejscu powinna być punktem obowiązkowym dla każdego, kto przybywa do mojego miasta. Koniecznie trzeba tam być. Mam oczywiście nadzieję,że będzie można dalej oglądać tę wystawę, właśnie w takim kształcie i w takiej formie. Mówię to Wam ja, niepraktykujący historyk, który jednak jakieś pojęcie o temacie ma.

Teraz czas na mały spacer po Muzeum. Wiem, że nie każdy ma możliwość by szybko kupić bilet. Stąd też zapraszam na wizytę. Wystawa składa się z 18 sekcji. Czas jaki trzeba poświęcić na wizytę to minimum 4 godziny. Ja przyznaję, część elementów pominęłam. Ale skoro studiowałam historię to darowałam sobie interaktywne punkty z opisem historii, typu data,miejsca i nazwiska, chociaż przy paru i tak przystanęłam. Dla dzieci mamy osobną salę, wiadomo, nie każde dziecko da radę i fizycznie i emocjonalnie znieść wystawę główną. Dorośli zaś mimo spędzonych tutaj godzin zauważają,że czas płynie w środku inaczej. W ogóle nie odczujecie ilości minut jakie spędzicie pod ziemią. Wystawa jest bardzo interaktywna, zrozumiała dla każdego i dopracowana w każdym,nawet najmniejszym szczególe.

Zanim zjedziemy windą 3 piętra w dół, odwiedzimy budynek z zewnątrz. Imponujące, o niezwykłej formie, nowoczesne, oddziałujące na wyobraźnię. Takie właśnie jest Muzeum, tuż nad Motławą, niedaleko Stoczni, bardzo blisko ścisłego centrum naszego Starego Miasta. Wbity w ziemię element, samolot, bomba, może część budynku? Każdy może mieć swoją interpretację.

 

A teraz wnętrze. Nie będę dużo pisać, podpiszę po prostu każde zdjęcie. Są miejsca gdzie powinna rządzić cisza.

17622803_1648789868470537_974261343_o

Przerażające betonowe wnętrze Muzeum z maleńkimi świetlikami.

Ku wojnie.

Przedwojenna uliczka. W oknach świecą się światła,na wystawach śliwki w czekoladzie, kawa, napoje. Tętni tutaj życie, goście z błyskiem w oku zaglądają w sklepowe wystawy, czytają nagłówki gazet, spacerują tą uliczką i chłoną niezwykły klimat.

Zaczęła się wojna.

Głód. Chleb wypieczony według tradycyjnej receptury prosto z Petersburga ogarniętego Wielkim Głodem. Pieczony na trocinach i otrębach drzewnych.

Wojenna rzeczywistość. Schron w Londynie, wysiedlenia i masa cierpienia.

Samolot, codzienność, zabawka małej Niemki, która do schronu zabrała domek dla lalek…

17670507_1649760625040128_1717361817_o

Koniec. Pamiętacie uliczkę z pierwszych zdjęć? Tyle zostało z niej po wojnie. Ku przestrodze. O ile na tej samej uliczce z sprzed wojny jest głośno i tłoczno, tutaj panuje cisza, nostalgia, goście idą z zadumą na twarzach, widać smutek i złość.

Ścieżka dźwiękowa- Mando Diao- To China with love

Wspaniały weekend

Pamiętacie hasło sprzed paru tygodni- wszystko mogę, nic nie muszę? Postanowiłam wcielić je w życie jeszcze bardziej. Inspiracji dostarczyło mi spotkanie z Asią, i jej opowieść o spontanicznie podjętej decyzji o spędzeniu weekendu w Mediolanie. Znalazła tanie loty, darmowy nocleg, zrobiła plan zwiedzania i aktualnie spaceruje mediolańskim brukiem. Do jej postawy jeszcze mi sporo brakuje. Ale i ja pokusiłam się o małe szaleństwo. Na moją miarę i moje możliwości.

W poniedziałek, dzień po spotkaniu z |Asią, w pracy poranek zaczął się leniwie. Leniwie więc zaczęłam przeglądać pewien portal, który oferuje atrakcyjne zniżki na różne wyjazdy. Marzyłam o czymś co oderwie mnie od rzeczywistości, totalnie zrelaksuje, pozwoli odpocząć i zapomnieć na moment o codziennej bieganinie i powtarzalności. Szybko znalazłam to czego szukałam. Zadzwoniłam, i wyobraźcie sobie, że na wybrany przeze mnie termin czekał jeden wolny pokój. Tylko jeden. Szybko skonsultowałam się więc z siostrą, ale ona nie była zainteresowana wyjazdem. To znaczy nawet była,ale wybrała wyjazd w inny koniec kraju w celu popracowania nad doktoratem. Ale mojej mamusi dwa razy namawiać nie trzeba było. Do wyjazdu swój akces zgłosił mój brat i tata. O dziwo tatko sam powiedział- Spa? Marzyłem o tym. Dwa kliknięcia, jeden przelew, i czekamy do piątku.

A w piątek, Mazury. Spa na Mazurach.

Z pracy wyszłam 40 minut wcześniej, ostatnie zakupy, pakowanie, obiad w postaci tłustoczwartkowego pączka z wiśnią i w drogę. Miłomłyn, dokąd zmierzaliśmy, leży 120 km od Trójmiasta. To urocza, mała i klimatyczna miejscowość. Maleńka, raczej jak wieś, ale naprawdę urokliwa. Bardzo zielona, i otoczona wodą. Taka typowo mazurska. Wspaniale się po niej spacerowało, tym bardziej,że sobotnia pogoda jak najbardziej dopisała, i mimo mrozu, słońce nie przestawało świecić ani na sekundę.

Chociaż spacer był szalenie udany, to jednak ciężko było opuścić hotel. Czemu ciężko? Bo w ofercie pobytu dla zestresowanych był nieograniczony dostęp do strefy spa. Basen, jacuzzi, sauny, sala gimnastyczna i moje odkrycie ping pong. Na poważnie pokochałam-na powrót, tę grę. Co prawda seriami przegrywałam, ale nie było tak ważne. Najważniejsze było wspaniałe samopoczucie, jakie towarzyszyło mi mimo przegranych partii, a te szły w dziesiątki. Dość łatwo człowiek przyzwyczaja się też do takich przyjemności jak moczenie w jacuzzi i relaks w saunie. Naprawdę mogłabym w ogóle z nich nie wychodzić, tylko leżeć w jacuzzi i patrzeć na las. Miałam wrażenie, że w tej mokrej części spa zostawiłam cały bagaż stresów, napięć i niepokojów ostatnich tygodni. Odżyłam, maksymalnie się zrelaksowałam i poczułam jak nowo narodzona.

Znalazłam też czas na leżenie, czytanie, albo po prostu gapienie się w telewizor na Przyjaciół. To było wspaniale nie musieć gotować, sprzątać i zmywać. Albo wkładać do zmywarki i potem wyjmować z niej naczyń. Jedzenie było wprost przepyszne. Uzależniłam się od ich jajecznicy i porannego twarożku. Dzielnie robię go w domu, ale niestety, jeszcze nie smakuje tak idealnie jak w Miłomłynie. A ich naleśniki, filet z dorsza, i śniadaniowe kiełbaski…  I znów mi cieknie ślinka! I znów robię się głodna. A jak mi żal było tych z salki obok, którzy przyjechali schudnąć parę kilo i jedli tarte marchewki i selery, kiedy mnie kusiło tyle pyszności. Ach, jak bym chciała zejść piętro niżej i nacieszyć oczy bogactwem szwedzkiego stołu. Niestety, dziś śniadanie muszę przygotować sobie sama.

Wracając zrobiliśmy sobie małą wycieczkę. Były mniejsze ( deszczowe) spacery i te nieco większe ( bez deszczu, ale pod wiatr). Było testowanie nowych, ciekawych restauracji i planowanie kolejnych regenerujących weekendów. O ile lubię zwiedzać, poznawać nowe miejsca, to zawsze wydawało mi się, że taki bardzo leniwy weekend, poświęcony samej sobie,szybko mnie zanudzi. Ale wręcz przeciwnie, ja już tęsknię do tych pięknych, jakże leniwych chwil. Gdybym mogła to przynajmniej raz na miesiąc oddawałabym się takim wyjazdowym rozkoszom. W każdym razie przynajmniej dwa razy do roku będę wyjeżdżać na taki wspaniały weekend. Bez wyrzutów sumienia. A do Miłomłyna muszę pojechać cieplejszą porą, gdy będzie zielono, ciepło i jeszcze piękniej.

A na razie karmię się wspomnieniami i energią, pozytywną energią, która wciąż mi towarzyszy.

Ścieżka dźwiękowa- Pink Floyd- TBS9

I po wakacjach,czyli ostatnia część mojej podróży

Ostatnia część mojej wakacyjnej podróży. Trochę mi szkoda.Wakacje zawsze są zdecydowanie za krótkie. Szczególnie kiedy są ciekawe. Ale nie będę tutaj zanudzać narzekaniem i marudzeniem,dlaczego urlop nie trwa 3 miesięcy. Każdy by tak chciał przecież.

Tego dnia żegnałam się z upalnym Krakowem,ubrałam się więc w bardzo lekką i bardzo zwiewną spódnicę maxi  z rozcięciem. Jako,że dzień był świąteczny wybrałam się Sanktuarium Miłosierdzia na Mszę.A jako,że lubię stać przy drzwiach to sobie stanęłam. Na wprost Ołtarza i księdza. Pech chciał,że nagle zrobił się przeciąg. Marylin,ha,pamiętacie jej podwianą spódnicę?No to to był pikuś. Moja spódnica praktycznie nałożyła mi się na głowę. I tak przez połowę Mszy. Tłum był ogromny,nie bardzo miałam gdzie się przesunąć, bo otoczyła nas wycieczka z dziećmi niepełnosprawnymi,więc cóż,stałam tak z odsłaniającą co chwilę,co nieco spódnicą i gorszyłam księdza. W pewnym momencie zabrakło mi rąk. Brat i siostra musieli pożyczać swoje. I wiecie co? Msza się skończyła i,bach koniec wiatru.

Wsiadamy do auta, jest cieplej niż wczoraj,więc bierzemy większą butelkę wody i w drogę. Mamy do pokonania około 200 km. Jedziemy malowniczą trasą. Siostra na szczęście śpi.Brat dalej gra w zgadnij o czym myślę.Raz zgaduję. Po dwóch pytaniach- Czy to muzyk?Tak jakby. Gra na czymś? Tak jakby. Andy Fletcher.

Dojechaliśmy.A nie,to stacja paliw. Celem naszej podróży jest bowiem rodzinna miejscowość mojej mamy. Musimy więc kupić wódkę dla wuja. Tata nie pija zbyt wiele,więc nie wie jakie są smaczne trunki,wybór butelki trwa 17 minut i 38 sekund. Na szczęście piekielna woda wybrana, w drogę. Zanim bowiem dojedziemy do celu,mamy przystanek. Ja po nim sobie wiele obiecuję.

Jesteśmy tam gdzie liczba morderstw na jedną osobę wynosi już z 4. Trup ściele się gęsto,a dzielny ojciec Mateusz pedałuje na rowerze. Tak,tak,odkrywam Sandomierz.Mam spędzić 3,5 godziny w tym sielskim i anielskim miejscu. Tłum prawie jak w Krakowie.  W serialu-którego nie oglądałam,a widziałam jakieś opisy czy też reklamy miasto wyglądało wspaniale. A jak było na żywo?

Na miejscu się pogubiliśmy. Zaparkowaliśmy pod Rynkiem,ale nie wiedzieliśmy,że to tam trzeba iść.To znaczy ja wiedziałam,ale nikt mi nie wierzył. Poszliśmy więc w drugą stronę,po kwadransie ustaliliśmy,że miałam rację ( jak zwykle) i poszliśmy ku centrum. Pod górę. Ojciec Mateusz ma kondycję,oj ma.Pędzi na tym rowerku po rynku,a ja po 2,5 godzinach w aucie miałam tak zastane kości,że ledwo szłam.Oj ledwo. Wystarczy wejść na Rynek by zrozumieć fenomen tego miejsca. To miasteczko jest tak piękne,takie po prostu serialowe. Urocze, kolorowe,ale nie jarmarczne. Ma niezwykły klimat. Wspaniale się po nim spaceruje. Jest bardzo romantyczne. Okoliczne knajpki kuszą by wstąpić do środka i w spokoju wypić pyszną lemoniadę.Spacerowanie,podziwianie widoków,ten niezwykły klimat,z Sandomierza w ogóle nie chce się wyjeżdżać.  Na pewno tam wrócę,ale nieco na dłużej. Jest tam tyle do odkrycia. I nawet ten paskudny rosół  z torebki,który imitował domowy nie zmieni mojego zachwytu nad tym urokliwym miastem.

Swoją podróż zakończyłam pod Warszawą u rodziny. Siedzieliśmy niemal całą noc w ogrodzie przy stole pełnym pyszności. Naśmialiśmy się, nagadaliśmy za wszystkie czasy, a ja nie mogłam uwierzyć,że moja ukochana kuzynka Weroniczka tak wyrosła. Już jest wyższa ode mnie. No dobra,jest prawie jak mój brat.A ma dopiero 15 lat. Po tym jednym dniu przez tydzień mogłabym nie  jeść tylko żywić zapasami. Wiecie jak to jest,my jeszcze jemy śniadanie,a ciocia już obiera ziemniaczki na obiad. To był wspaniały wyjazd.

Niestety był wspaniały. Bo teraz chciałabym tam wszędzie wrócić. Tylko skąd ja znajdę tyle czasu? Chyba muszę uśmiechnąć się do ukochanego Doktorka Who…..

Ścieżka dźwiękowa- Blur- Luminous

 

Powakacyjne wspomnienia, część trzecia. Ostatnia. No prawie.

Byliśmy już w uzdrowisku, byliśmy już w Krakowie. Jedziemy dalej. Gdzie? Wsiadamy do auta,zapinamy pasy, bierzemy butelkę z wodą, bo ciepło,cierpliwość do korków, i tak wysiadamy za 2,5 godziny wysiadamy. Gdzie?

Nowy Targ. Mój tato wiedziony nostalgią za młodością postanowił pokazać nam okolice, które odkrywał jako młody człowiek.Autostopem. Niestety droga wiodła przez słynną od złej strony Zakopiankę. Korek,korek, korek. Moja siostra non stop narzekała, ciągle za gorąco,albo za zimno,nie ta muzyka, a to głośno, a to cicho,a  to siusiu, a to piciu. Jakbym znów miała 5 lat, tak się czułam. Do tego mój brat postanowił umilić czas jazdy zabawą, zgadnij o czym myślę. Nie zgadłam ani razu. Bo jak można zgadnąć kominek zapachowy?

Nowy Targ. Chcieliśmy coś zjeść bo nagle zrobiło się około 14. Naszło nas na coś góralskiego. W okolicy same włoskie knajpy,pizze, makarony,albo z włoska pasty. W karczmie w weekendy obiadów zaś nie serwują. To znaczy w letnie weekendy mają mrożoną pizzę-a jakże, oraz frytki. W końcu znaleźliśmy lokal z bardziej tradycyjną kuchnią. Była góralska zapiekanka, placki, mięsiwa w stylu odpowiednim. Najedzeni poszliśmy się  przejść po rynku, po 3 minutach-bo taki jest rynek, poszliśmy na lody. Mój tata uważał,że to najlepsze lody świata. Sposób wydawania nie zmienił się do dziś, kupuje się je na wagę, nie na gałki. Wybrałam czekoladowe, które smakowały jak kakao. Słodkie, mocno mleczne i kakaowe. Specjalnie całego kraju bym dla nich nie przejechała,ale przy okazji warto. Ciekawostka tam wszędzie lodziarnie zwą się tak samo, Nowotarskie lody tradycyjne. Traf do właściwych lodów, ot zagwostka.

Posileni w kalorie ruszyliśmy w drogę. A gdzie? trasa wybitnie turystyczna, Pieniny. Wspaniałe góry, byłam zachwycona, widoki zapierały dech( no oczywiście było duszno z upału,ale jednak widoki sprawiały,że człowiek czuł potęgę natury i się zachwycał). Przystanek mieliśmy w pięknym Czorsztynie. Mieliśmy do wyboru dwie atrakcje, wejście na zamek, albo przepłynięcie po zalewie Dunajca i obserwacja dwóch zamków, w Czorsztynie i Niedzicy. Wybraliśmy rejs. Miało to być zajęcie relaksujące, ale, ale. Aby dotrzeć do przystani trzeba było przespacerować się górskim szlakiem, mocno stromym i błotnistym, oraz przejść po dziurawym moście. Autorka tych słów miała na sobie sukienkę, śliczną, ale sukienkę, która do górskiego spaceru pasowała jak śmietana do frytek. No i autorka musiała też wpaść w mostkową dziurę. nikt nie wpadł. Tylko ja. Na przystani okazało się,że stateczek właśnie odpłynął,dostaliśmy więc szansę podziwiania pięknych widoków. Przepiękne widoki zakłóciły czarne chmury,o nie,pojawiły się grzmoty. Akurat jak dopłynął nasz stateczek zaczęło kropić. Już widziałam sztorm na zalewie,już widziałam fale wdzierające się na pokład,już widziałam moją przegraną walkę o ratunkową kamizelkę i smutny koniec w Dunaju.Wyłowią mnie za rok i będzie po sprawie. Burza poszła jednak bokiem,a mi zostało upajanie się widokami, a było na co popatrzeć. Zupełnie nie rozumiem ludzi,którzy wolą tracić czas by pędzić,czy też raczej wlec się do Zakopanego,kiedy w bok są takie cuda przyrody. W drodze powrotnej moja mama odmówiła marszu po nieco mokrej ziemi. Szła więc 3 kilometry dalej po asfalcie. Był więc czas by dłużej podziwiać widoki, napić się miniaturowego kubka,sporo przepłaconej herbaty i uznać,że zakochałam się w Pieninach.Dosłownie od pierwszego wejrzenia.

W drodze powrotnej,bardzo,bardzo,chciało mi się spać. Ale nie mogłam.Wjechaliśmy w tę górską burzę. Wrażenia kosmiczne.Nie chciałabym tego powtarzać. Chociaż udało mi się dostrzec koniec łamane na początek tęczy. Tak,tak,przepiękne zjawisko. Ten dzień zakończyłam najprawdziwszym czulentem w żydowskiej knajpce.A następnego dnia czekała mnie podróż do…..

O tym za moment. Czuwajcie i ze mną podziwiajcie te cuda natury.

Ścieżka dźwiękowa-Carl Barat-Run with the boys