Spotkanie

Możemy zaklinać rzeczywistość. Obiecywać sobie dobry humor mimo wszystko. Cudowne dni i to, że nic nie wyprowadzi nas z równowagi. To, że każdy dzień będzie wyjątkowy i w ogóle, że to my decydujemy o tym jakie będzie nasze życie i nasze dni. I to my decydujemy czy będzie pięknie, czy nijako i szaro. I takie tam bzdety.

Ale bywa tak, że nie możesz spać. Budzisz się o 4 nad ranem bo sąsiad wyprowadza psa na spacer. I ten pies okropnie szczeka. I z całego domu budzisz się tylko ty. Wiercisz się, miotasz w lewo i prawo. Z boku na bok. Z przodu na tył i z powrotem. Irytuje ciebie każdy dźwięk wskazówki zegara. Irytuje świadomość, że mijają cenne minuty, a tyś wybity ze snu ani myślisz wrócić do krainy błogiego spokoju. Sąsiad wrócił ze spaceru. Minuty mijają i mijają i mijają…. Zegar wybija piątą rano. Bierzesz do ręki książkę i wyłączasz budzik. Bo skoro nie śpisz to po co ci on? Więc bierzesz książkę, wyłączasz budzik i ….

Budzisz się 90 minut później. Urywany sen nie przyniósł za wiele relaksu. A o relaksie nie może być mowy kiedy patrzysz na zegar. Gdzie tu zmieścić trening jogi, planowane umycie włosów ( wewnętrznie drzesz się na siebie,że wieczorem pokpiło się sprawę, i przeniosło tę czynność na poranek ), a gdzie spokojne pójście po pieczywo i czytanie gazetek? Gdzie przejrzenie informacji wirtualnych, kiedy poczytać trochę książek, w co się ubrać, kiedy zapomniało się uprasować połowy szafy? I złościsz się i używasz na zmianę o cholercia i o kurczaki pieczone, bo to te dwa słowa jakich używasz jako największe przekleństwa. Więc jest źle.

Postanawiasz wziąć oddech, pomedytować. Włączasz jednak za skomplikowany program jogicznych wygibasów i nie mija 5 minut a masz zakwasy i mięśnie niezdolne do współpracy. Człapiesz do łazienki w poszukiwaniu suchego szamponu, pryskasz i ze zdumieniem odkrywasz, że na głowie masz 15 centymetrów pianki do włosów. Także tego. W lodówce grzebiesz i grzebiesz i znów kurczaki pieczone, zapomniałaś po świętach uzupełnić jogurtowych zapasów. Postanawiasz zjeść płatki, a pal cię licho, mleko skwaśniało.

Idziesz suszyć włosy, w zasadzie uważasz, że można było je umyć. Ale nie myjesz. Wyglądasz dziwnie. Podchodzisz więc do lusterka, wyglądasz jeszcze dziwniej. Okazuje się, że wieczorem leżąc w łóżku,nie powinno się regulować brwi. Pozbycie się jednego, strategicznego włoska, okazuje się być gwoździem do trumny. Wyglądasz co najmniej nieadekwatnie. W sumie i tak wyglądasz idiotycznie po aplikacji pianki, ale brwi do kompletu? To już przesada. Doprowadzam się do jako takiego ładu. Z naciskiem na jako takiego.

Pędzisz do piekarni,ubrana w jeansy i sweter, którego nie znosisz, ale jego kolor idealnie współgra z twoim humorem. I klops. Nie, nie, w piekarni nie zaczęli sprzedawać klopsów. Klops, nie ma twoich ukochanych porannych paluchów. Idealnie chrupiących i wypieczonych na rumiano. No nie ma. W zasadzie nie powinno  to dziwić. Bierzesz byle jakie bułki, niestety nie tak chrupiące, pachnące i smaczne. Lecisz do domu. I bach. Coś spadło. Nie, nie są to bułki, te masz w ręku. Zasadniczo w siatce. To co spadło było  torebką. Opadło takie coś na czym trzymał się pasek. I było bum. Bum było wielkie. Wielkie, bo w pośpiechu mądry ty nie zapiąłeś  torebki, toteż na ulicy znalazła się paczka tabletek nawilżających gardełko, dwa długopisy jakby ktoś prosił o autograf, różowa parasoleczka, czarny portfel, który oczywiście nie był zapięty, stąd na ulicy znalazło się  22, 76 zł w różnych monetach. Na uliczną wycieczkę wybrała się też twoja jedyna czerwona szminka, której odpadło to coś co ją zamyka, stąd była to jej ostatnia wycieczka. Świat poszły też zwiedzać okulary przeciwsłoneczne (przy czym nie wiem czemu masz je w torbie,skoro szaro jak w listopadzie), a także krem do rąk, żel do dezynfekcji i saszetka maseczki ( o ile obecność okularów jestem w stanie sobie wytłumaczyć to po co ci ta  maseczka? ). W każdym razie po jakichś 5 minutach zbierasz swoje niezbędne rzeczy i z torbą w obu rękach, niesioną niczym niemowlę, wracasz do domu. Robisz kanapki z nielubianą bułką i serem. Wypijasz łyk herbaty i ruszasz na przystanek. Po drodze jeszcze przepakowujesz wszystkie niezbędne rzeczy z torebki A do torebki B. Chwaląc siebie w duchu, że posiadasz torebkę B. Jak i za to, że tę kremową, płócienną torbę się wyprało. A ganisz siebie za to, że świąteczną premię będziesz musiała wydać na nową torebkę. Czego oczywiście w planie nie masz

Idziesz więc na przystanek. Pędzisz. Mimo to spóźniasz się na autobus A,zamyka ci drzwi przed nosem. Doświadczenie ciebie nauczyło, że jeżeli jest autobus A, jest i B. Idziesz więc popatrzeć na rozkład. Przy rozkładzie stoi….

ce9d46c3027b35e239d4217b38a73a61

Stoi starszy pan. W kurtce w kratę, z torbą przewieszoną przez ramię.  Z niezwykłym uśmiechem. Nie musisz patrzeć na ten rozkład, bo pan od razu mówi- spokojnie, zaraz przyjedzie Autobus B.

A w ogóle to dziecko widzę bardzo się śpieszysz. I po co? I po co ta smutna mina? Spokojnie, człowiek się nie spóźnia, tylko czas go trochę wyprzedza. A w ogóle to Stanisław jestem. 60 lat pracowałem w kinie, operatorem byłem. Teraz od 2 lat na emeryturze każą mi być. Ale nie mogę się przyzwyczaić. Jadę do kolegi, żonę ma po wylewie to pomogę ile mogę, bo moja Danusia to już 5 rok jak odeszła. Nie ode mnie, bo ja dobrym mężem byłem, ale w ogóle z tego świata.

O, nasz autobusem, mówiłem,że zaraz przyjedzie. Wolisz dziecko miejsce przy oknie, czy przy drzwiach? Tutaj będzie nam wygodnie, usiądź dziecko. No to na czym skończyłem? Aha, syn w Niemczech pracuje, żonę tam ma, i córkę. A ja tu sam. Czasem są dni, że nie mam z kim porozmawiać. To jadę do kolegi, i trochę tam pomogę, obiad ugotuję, o dziś będą flaczki. Danusia mnie nauczyła, sekretem jest to by dać dużo imbiru. A Ty w ogóle to lubisz flaczki? Bo moja wnuczka nie lubiła nigdy.

 

Sekretem życia jest to, żeby niczego nie brać zbyt poważnie. I starać się nie śpieszyć za bardzo. Starość i tak nas dogoni. Ja mam 83 lata, i jak patrzę na was, młodych to nie żałuję, że swoje już przeżyłem. Bo wy za rzadko się cieszycie. Ciągle tylko spóźnieni, ciągle tylko pędzicie ze smutną miną…

O, mój przystanek. Pamiętaj, nie bierz życia zbyt poważnie.

Nie bierzesz więc na poważnie. Uśmiechasz się. Najpierw do pana, który zza szybki autobusu ci macha. Potem do siebie. Do tej pianki na włosach, urwanej torby, niesmacznej kanapki i wyrwanej brwi. I do tego, że przypadkiem przejechałeś 4 przystanki za daleko. Idziesz do pracy. I w ogóle się nie śpieszysz….

ae480d32b5bbf937c25665b8591283ea

Ścieżka dźwiękowa- New Order – Singularity 

Carpe Diem, czyli co z tą teraźniejszością?

Nadchodzące święta to takie idealne chwile do małej refleksji. Wyciszenia się, a także pożegnania gorszych zimowych miesięcy i otwarcia na nowe, bardziej zielone i milsze dla ciała i duszy. Święta pełne nadziei. Ja je właśnie tak odczuwam. Jako spotkanie z nadzieją. Święta to też idealna okazja by skupić się na tym co tu i teraz. Celebrować teraźniejszość.

667d2c4736be6883cf89aa5f16d8821f

Rodzinne malowanie jajek, pochlapanie całej kuchni farbkami i kłótnie o najładniejsze pisanki. Pieczenie ciast i wspólne plotkowanie. Powolne śniadanie w rodzinnym gronie. Spokojne spacery, wspólne oglądanie filmów. Granie w gry, opowiadanie rodzinnych historii podczas przeglądania zdjęć? To tak ważne być tu i teraz. Z ludźmi, których się kocha, lubi i ceni. Z którymi czujemy się dobrze. W święta nie myślimy o przyszłości. Nie zastanawiamy się co będzie na stole za rok, albo czy za 10 lat dopnę się w sukienkę, którą mam na sobie. W święta cieszymy się teraźniejszością. I warto tę zasadę stosować cały rok, każdego dnia. Być tu i teraz.

W pełni doceniać dzisiaj, dany moment i daną chwilę. Cieszyć. Czasem jak dziecko, czasem na przekór. Tak wiem, to najbardziej banalna rzecz na świecie, ale każdy dzień jest zupełnie inny. Chociaż bywa, że dni, tygodnie całe, czy nawet miesiące, zlewają nam się w jedną wielką plamę. Śniadanie-praca-zakupy-kolacja-sen. I tak trwamy. Od weekendu do weekendu. Od soboty do niedzielnego południa. Bo w piątek bywamy za bardzo zmęczeni, a w niedzielę po 16,  już czujemy, że zbliża się nowy tydzień pełen obowiązków.

Już w niedzielny wieczór planujemy co też zrobimy za tydzień. Pomijamy pozostałe dni, bo przecież są takie nudne i takie same. I powtarzalne. I nijakie. I zdecydowanie nie warte większej uwagi. Z takim podejściem naprawdę wiele tracimy. Wiele.

Każdy dzień jest cenny. Jak to odkryłam to mam wrażenie, że zaczęłam zdecydowanie mniej narzekać , a i  bardziej doceniać. Podczas moich spacerów do pracy codziennie tą samą trasą, codziennie widzę jak bardzo zmienia się otoczenie. Jak budzi się wiosna. Owszem,mogę maszerować ze znudzoną miną i przeklinać fakt, że dopiero jest wtorkowy poranek. Ale wolę patrzeć na kwiaty, drzewa, na ludzi. Na to jak zmieniają się ich ubrania na coraz lżejsze, jak są coraz bardziej pogodni. Jak kwitną magnolie. Jak pojawiają się krokusy, fiołki, jak coraz bardziej zielona robi się trawa. Jak zmieniają się mijane podwórka, jak pięknieją ogródki, jak wesoły robi się park. Bardzo lubię po pracy nieco zbłądzić. Co z tego, że odkurzę kwadrans później? Albo, że na obiad będą pierogi z dobrego garmażu? Idę na spacer. Idę do parku. Idę do kawiarni. Idę na ryneczek, kupuję kwiaty, dużo owoców, z przyjemnością jestem tu i teraz. Nauczyłam się celebrować codzienność.

Nawet taka głupota jak herbata w pracy. Biorę kubek, miód, dobrą herbatę, plaster pomarańczy. Odchodzę od biurka, siadam na parapecie, patrzę przez okno, chłonę wszystkie smaki i zapachy. Takie 5 minut, parę chwil przed południem. Do tego kostka gorzkiej czekolady. Celebruję drobną przerwę w pracy. Niby nic, a jak wspaniale się potem pracuje, jak to genialnie odświeża umysł i dodaje energii do dalszych działań. Mała zmiana, wielki efekt.

Odkąd przestałam żyć od weekendu do weekendu, zauważyłam,że pośrodku tygodnia jest wiele pięknych dni, wspaniałych okazji i przyjemnych chwil. Tak niewiele trzeba by docenić teraźniejszość i czerpać z niej to co najlepsze.

Dla mnie te najbliższe Święta będą zdecydowanie w duchu celebrowania codzienności i przyjemności. Choćby miało to być leżenie na kanapie i zajadanie 4 dokładki sałatki z tuńczykiem.

Nie myślmy,że mamy tylko dwa dni wolne, że we wtorek będzie nawał pracy, że pogoda jest fatalna, a odkąd skończyliśmy 12 lat zajączek przestał kicać z prezentami. Niech to będzie nasz czas. Pełen skupienia i radości.

W końcu wiosna i Wielkanoc to idealny czas by zrewidować stare przyzwyczajenia i otworzyć się na radość.

Nie czekajmy na jakąś wielką radość. Szczęście to wynikowa tysiąca drobiazgów. Nie warto ich tracić z oczu i duszy.

 

 

b961188ec3219a4c271ccb434f1161a2

Aby jeszcze bardziej poczuć się dobrze tu i teraz, Rabble proponuje kuszące kody rabatowe do Sephory. A co tam, sami bądźmy dla siebie zajączkiem 🙂

Ścieżka dźwiękowa- The Vaccines- I wish I was a girl

O tym jak stałam się spontaniczną

Tak, wszyscy co mnie znajdą zawsze mogą mnie określić jako osobę spontaniczną, pewną siebie, emanującą wiecznym optymizmem z niezwykłym apetytem na codzienne przygody i wyzwania.

Wróć, to nie o mnie. Ja jestem do bólu zorganizowana, kochająca mieć nad wszystkim kontrolę i lubię wiedzieć co gdzie i kiedy. Nie znoszę, po prostu nie znoszę być spontaniczną.

Ale dość spontanicznie podjęłam ważną decyzję dotyczącą mojej przyszłości. Bardzo ważną decyzję. I bardzo, bardzo spontanicznie.

Może to nie było tak spontanicznie jak myślałam? Przecież te plany podjęłam już dawno, dawno temu. No może nie aż tak dawno? Ale rok temu, nie rok z górką. W każdym razie przez te kilkanaście miesięcy plany zostały planami. Nie zrobiłam kroku do realizacji. I pewnie bym ich nie podjęła, bo ciągle wydawało mi się, że fajnie tak sobie planować. I tylko planować. I sobie dumać. Dumać o tym,że kiedyś to ja się zdecyduję, kiedyś. Czyli wieczne nigdy. Kiedyś czyli znów chciałam by ktoś lub coś podjęło za mnie decyzję. Zdjęło ze mnie całą odpowiedzialność, postanowiło co i jak i tyle.

Aż nagle mnie olśniło. Jak nie teraz to kiedy? Trzeba się ruszać, działać, sprawiać by plany przestały być planami, które nie mają konkretnych ram. Ruch, działanie. Owszem kiedy stoi się w miejscu to się człowiek nie cofa. Ale i zasadniczo nie idzie naprzód. W pewnych sytuacjach nie jest to żadna wada. Ale w tej sytuacji, zaletą nie mogłam tego nazwać.

Zawsze lubiłam wcześniej wszystko wiedzieć. Dokładnie, mieć na papierze, przeliczyć sto milionów razy, a na końcu zrezygnować. Bo nie warto, bo się nie opłaca, bo jest więcej minusów i plusów. Ja chyba naprawdę lubiłam ten stan bycia w ciągłym zawieszeniu. Niby coś tam planuję, jestem niby do przodu, a tak naprawdę od lat nie idę naprzód. Czemu to lubiłam? Sama nie wiem. Brakowało mi i spontaniczności i chyba samodzielności.

Co jest cholernie dziwnie. Tak, dziwne, bo jestem niesamowicie samodzielna w myśleniu. Aż za bardzo i uparta jak ze dwa stada osłów. Ale chyba boję się dużych decyzji. Wolę by ktoś coś za mnie zdecydował, ja mogę wtedy tupnąć nogą, pokazać rogi i pazurki. Ale w  gruncie rzeczy cieszy mnie gdy to ktoś inny dokonuje wyboru. I zdejmuje problem z głowy. Ot, zabiera z sobą wszystkie troski, a ja mogę przestać rozmyślać. Po prostu działam.

Bo ja lubię działać. Ale nie lubię podejmować decyzji.

Teraz to się zmieniło. Podjęłam decyzję. Ważną. Powiedziałam A, powiedziałam B. Czeka mnie jeszcze cały alfabet. Nie będzie lekko. To dopiero początek, ale jakiej drogi!

Jak pewnie wiecie-albo i nie, za dwa miesiące i kilka dni ( jak ten czas leci, dopiero co poszłam zerówki przecież i pokłóciłam z Gosią o kredeczki), kończę 29 lat. W zasadzie wiosen, bo urodziłam się ostatniego dnia wiosny. W każdym razem osiągam wiek stateczny. To ostatni rok kiedy pełne 365 dni mam dwójkę z przodu.  Czas na poważne decyzje. Chyba najwyższy moment.

No cóż, moje życie wygląda jak wygląda. Z pewnymi kwestiami się pogodziłam. Kiedyś myślałam,że będąc na progu trzydziestki będę doglądać budowy własnego domu, rozmyślać gdzie posadzę krzaki malin,a  gdzie stanie huśtawka dla dzieciaków i codziennie kłóciłabym z mężem o kolor ścian w dużym pokoju i obraz, który koniecznie musiałby wisieć w wielkiej jadalni, W tych moich planach 10 lat wstecz przyszłość była naprawdę ciekawa. I taka kolorowa. Jest jak jest. Nie mogę narzekać, ale plany należało zweryfikować.

Nie będzie domu z 4 przestronnymi sypialniami i przeszklonym salonem. Będą skromne dwa pokoiki. W zasadzie jeden będzie jednocześnie kuchnią, jadalnią, salonem i moim kącikiem. Nie będzie ogródka z owocowymi krzewami i oczkiem wodnym. Będzie balkonik, zapewniam będzie tonąć w kwiatach i ziołach. Choć pewnie czasem zamieni się suszarnię, i miejsce gdzie będą odpoczywać koty. A może i Pinky? Mój piesek. Z mojego domu będę miała maksymalnie 5 minut spacerkiem do pracy. Jak dobrze wychylę głowę to zobaczę biuro. Obok jest park, naprawdę, 10 metrów od domu jest park,nowy, śliczny i wielki. 100 metrów od domu sklepiki, troszeczkę dalej centrum handlowe, duże markety, przystanek….

Tak, tak. Podjęłam decyzję. Nie tylko ja, siostra też. Papiery złożone. Oficjalnie figurujemy w TBS-ie, zapisałyśmy się jak tylko dowiedziałam się, że w drugiej połowie roku zaczną się prace nad nowym budynkiem. Pod koniec przyszłego roku o ile wszystko dobrze pójdzie jedno dwupokojowe mieszkanie będzie nasze.

Okazało się, że formalności są proste, parę zaświadczeń i dwie wizyty w biurze, parę podpisów i dużo cierpliwości. Bo jednak mieszkanie będzie oddane za 18-20 miesięcy. Trzeba mieć dużo cierpliwości. I cóż, oszczędzać, oszczędzać, jeszcze raz oszczędzać. Przed wprowadzeniem się musimy wpłacić 30 % wartości mieszkania. I kaucję rocznego czynszu. Ale po szybkich kalkulacjach okazało się ( nietrudno zresztą było dojść do takich wniosków), że dużo prościej będzie nam zebrać te 30 %, plus mały kredyt na meble, niż wziąć kredyt na mieszkanie w całości. Mamy czas, plan oszczędnościowy wdrożony. Pozostało czekanie.

I planowanie. To najlepsza część planu. Już 4 razy pokłóciłam się z siostrą o wystrój. I wiecie co? Te kłótnie szalenie mi się podobają.

4cc71540ce0d1ad5fb29efb3f5b66c78

Ścieżka dźwiękowa- Depeche Mode – Precious

Spirit. Po prostu.

We’re going backwards
Turning back our history
Going backwards
Piling on the misery

Nie chciałam opisywać swoich wrażeń tak od razu. Tak na szybko, nie chciałam opisywać pierwszych wrażeń, po pierwszym pełnym odsłuchaniu. Dziś. kiedy minęło trochę czasu, i na koncie mam 7 odsłuchań od pierwszej do ostatniej nuty,mogę powiedzieć coś więcej. Na tę płytę czekałam od ostatnich 3 lat. Od momentu kiedy Deltę przesłuchałam wzdłuż, wszerz i w poprzek. I czekałam na coś więcej. A kiedy doszły mnie słuchy o tym, że panowie wrócili do studia moja ekscytacja rosła z dnia na dzień. Aż osiągnęła poziom plus milion. I rozładowała ją dopiero premiera nowego albumu. Spirit.

We’ve been walking far too long this icy road
My broken heart is colder than a stone
I know you’ve never ever be a friend
Now you’ve pushed me to the end

Fanką Depeche Mode jestem chyba od zawsze, bo w moim domu słuchało się Trójki, a w Trójce leciało sporo, sporo Depeszy. A moi rodzice nie uznawali dziecięcych piosenek typu Szorujemy ząbki i Tulimy różowe misie. Z moją mamą bez krępacji śpiewałam o pewnej Peggy, co niewielu mogło pokochać. Pamiętam jak w zerówce każdy miał przynieść swoją ulubioną płytę na bal karnawałowy. Ja przyniosłam Phila Collinsa. Z powodu podobieństwa do mojego taty. Naprawdę wierzyłam,że mój tatko za dnia jest moim tatką, a nocami jest Philem i śpiewa. Co prawda tata głosu nie posiada jak Phil, ale jako mała dziewczynka szczerze wierzyłam,że fałszuje bo się droczy. A zresztą w ogóle mi to nie przeszkadzało. Najważniejsza była dobra muzyka.

Pull the trigger
Hey scum, hey scum
Pull the trigger

Pamiętam pierwszy raz, bardzo,bardzo świadomy. To był rok 2000, końcówka i pojawiła się zapowiedź nowej płyty, coś przemknęło mi przez ucho i nie mogłam przestać myśleć kiedy już płyta się ukaże i co na niej będzie. Pamiętam jak każdego dnia czekałam przed telewizorem by w kąciku muzycznym w Teleekspresie powiedzieli- jest. Wtedy nie było internetu w domach, to wiadomość dla tych młodszych. I pamiętam jak moje czekanie się opłaciło i jak obejrzałam teledysk, jaki tam teledysk, fragmencik, może z 10 sekund, Dream On. Wtedy czułam się jak w niebie. Od tamtej pory przed każdą płytą odczuwam taką samą ekscytację, to w ogóle nie opada. Ba, z wiekiem chyba rośnie. Bo ja jestem coraz bardziej świadoma. Świadoma wpływu ich muzyki na moje życie. Wiem, wiem, brzmi to idiotycznie, ale tak jest. Bo Depeche Mode zawsze było tym zespołem, o którym mogę powiedzieć- soundtrack mojego życia. Po prostu.

You can forsake me
Try to break me
But you can’t shake me
No
You can despise me
Demonise me
It satisfies me so

Spirit. To ta nowa płyta. Panowie dojrzeli. Nie ma tu już nadmiaru wielkich pieśni o miłości, tych pięknych i subtelnych gier. Tej delikatności,wszyscy wiedzą o co chodzi, ale nie pada żadne jednoznaczne słowo. Jest za to to co zajmuje teraz świat, zmiany, zmiany, nie zawsze te dobre. Jest taka teoria, że muzyka ma służyć zapomnieniu i odcięciu się od świata. Dlatego też nie powinna ona poruszać tematów społecznych, powinna tyczyć uczucia zakochania, radości, względnie rozterek, że on kocha ją, ona jego, ale nie mogą się spotkać,a  na końcu i tak on trafia pod jej wypielęgnowane stópki. Muzyka ma być lekka, łatwa i przyjemna. Inni myślą inaczej. Muzyka powinna reagować na to co dzieje się na świecie, polemizować, albo się zgadzać. Zmuszać do reakcji, albo wręcz przeciwnie, utwierdzać w przekonaniu, że to co się dzieje jest tym czego oczekujemy i potrzebujemy. Możemy się identyfikować z poglądami zespołu, a szerzej fanów. Panowie z Depeche Mode wybrali drugą drogę. Postanowili opowiedzieć o swoich obawach, rozczarowaniach i wlać nieco fermentu w serca i umysły swoich słuchaczy.

You go your way, I’ll go mine
We’ve walked this line together for the longest time
We’ve climbed the mountain in so many days
You reached the top then slowly fade away

Pierwsze co nasuwa się po przesłuchaniu tej płyty, to to, że to nie jest zbiór singli. To nie są piosenki, które zrobią tyle co zrobiło Enjoy the silence czy I feel you. Owszem, pojedynczo są świetne,ale ta płyta to całość. I każda piosenka jest częścią szerszej całości. Bez numeru przed i numer po, nieco blaknie. Stąd też za 40 lat ktoś kto będzie wspominał tę płytę nie powie od razu, bez zastanowienia- o, to był hit. Nie, tutaj gra całość.Dlatego tę płytę trzeba słuchać od początku do końca, skupić się, tak, to nie jest płyta, której słucha się cudownie jakoś tak mimochodem. Przy gotowaniu czy porannej krzątaninie. Nie jest to płyta przy której się tańczy, albo nuci się poszczególne piosenki podczas wieszania świeżo upranej pościeli na balkonie. Ja słucham jej wieczorem, kiedy mam wolny czas. I maksymalną koncentrację, poddaję się jej w pełni.

 

Where’s the revolution
Come on people
You’re letting me down
Where’s the revolution
Come on people
You’re letting me down

W tej całości są perełki, piosenki, które brzmią wręcz groźnie. Tak jak otwierający płytę Going Backwards. Zadziwiająco elektronicznie, mocno, zaskakująco ofensywnie. Potem jest nie lżej. Scum, mocno do kwadratu, ściana dźwięku, ostry, uliczny tekst, pokręcona muzyka, wykrzyczany refren. Aż ma się ochotę wziąć spray i wymalować coś na murze. W akcie protestu. Znane  już z radia Where’s the revelotion, mocny, zaangażowany tekst i genialny teledysk. Solidna dawka stadionowej wręcz energii. You move, So much love i No more. Utwory, które są nieco lżejsze, z nieco inną energią, takie bardziej Depeszowe z ostatnich lat, ale mimo wszystko bardzo intensywne. Poisoned heart, czysty blues. Do tego genialnie zaśpiewany, chwyta za serce i za gardło. Cover me, bardzo osobisty utwór, smutny, refleksyjny, nostalgiczny. Czyż nie można się wzruszyć słysząc takie wyznanie?

I pictured us in another life
Where we’re all super stars

 

Na płycie są też dwie piosenki, które jak mnie śmiało można by pominąć. O ile wielbię Martina jako twórcę, to jako wykonawcę już nie darzę go nieustanną miłością. Piosenki z tej płyty w jego wykonaniu są dla mnie zbyt rzewne, zbyt balladowe, nieco nijakie. Myślę, ale to tylko moja opinia, że bez Eternal i Fail płyta by nie straciła, a wręcz przeciwnie. Zyskała pełną spójność.
Hey, he’s down the street
Lying in the snow and sleet
Begging for something to eat
And looking beat

Nie jest to płyta tak genialna jak SOFAD, czy tak przebojowa jak Violator. Ale, ale. Jesteśmy dwie dekady dalej. Nie można wymagać, że każda piosenka będzie murowanym hitem i będzie hulać po radiach jak Stoch po skoczni. Że każda piosenka będzie wpadać w ucho momentalnie. Że każda płyta przyniesie miliony nowych, wiernych fanów. Mam wrażenie, że panowie gdzieś daleko za sobą mają już cały ten blichtr muzycznego światka Że znów są chłopakami w czarnych skórach. Że po prostu kręci ich tworzenie muzyki. Że im się chce. Że chcą powiedzieć coś ważnego, i nie martwią się o liczbę sprzedanych płyt. Dla mnie tą płytą wrócili do przeszłości, znów założyli skórzane kurtki , metalowe bransoletki i znów głośno mówią to co chcą.

A ja chcę ich słuchać. I mogę to robić bez końca.

9a7dde2776b684182622e4624a698365

Ścieżka dźwiękowa- Depeche Mode- So much love

 

 

Ze zgagą jej do twarzy

Dzisiaj będzie o filmowym weekendzie. W ten weekend zachęcam Was do obejrzenia filmów z moją ulubioną, wróć, ukochaną aktorką. Tak, powiem to głośno,nie wstydzę się. Kocham Cię Meryl. Uff, ulżyło mi.

Nie wiem kiedy uznałam,że Meryl jest genialna? Może to przez połączenie wielkiego talentu i takiej zwyczajności? Meryl jest intrygująca, ale nie jest klasyczną pięknością, taką za którą odwróciłby się każdy i rzucił do kolan wyznając wieczną miłość. Meryl Streep ma też coś do powiedzenia i kiedy chce to po prostu to mówi. Nie patrzy przy tym ani na innych, ani na to czy to chce powiedzieć jest akurat modne. Ma swoje zdanie i je ceni. A do tego jest taka normalna, nudne i udane małżeństwo, czwórka dzieci i genialne role.

Dziś będzie więc krótki przegląd moich ulubionych, wróć, ukochanych filmów z Meryl w roli głównej. Będzie chronologicznie.

Manhatthan. To jeden z moich ulubionych filmów Woody’go Allena. Tym razem zabiera on widzów do swojego miasta i opowiada jak zwykle niezwykle pokręconą i ironiczną historię. Meryl Streep gra tutaj pokręconą lesbijkę, bardzo kłótliwą, głośną i energiczną. Całą fabułę można zaś skrócić do tego,że Issack Davis, którego gra Allen jest dwukrotnie rozwiedziony, bezrobotny i właśnie zakochuje się w dziewczynie swojego przyjaciela. Meryl, która gra tutaj byłą żoną Davisa, jako nowo nawrócona lesbijka, postanawia napisać książkę o swoim małżeństwie, co niekoniecznie podoba się byłemu mężowi. Film jest niebanalny, dialogi to istne perełki,  akcja dzieje się szybko, w tym filmie wszystko gra idealnie. A już na pewno wspaniale gra Meryl. Nastrój filmu potęgują biało-czarne zdjęcia i hipnotyczna Meryl. Ona naprawdę wyglądała wtedy przepięknie.

merylmanhattan

Wybór Zofii. Mocny film,  na pewno nie do obejrzenia kiedy mamy świetny humor i chcemy go podkręcić czymś radosnym. Albo gdy szukamy pocieszenia. Zofia Zawistkowska- grana przez Meryl, jest Polką, która przeżyła dramat obozu koncentracyjnego. Obecnie mieszka w Nowym Jorku i zmaga z tragicznymi wspomnieniami, w których dominują śmierć i cierpienie. Film opowiada o skomplikowanej relacji między Zofią, a Nathanem, z którym mieszka i dzieli życie. Nathan jest Żydem, o maniakalnej obsesji zbierania dowodów o zbrodniach na swoich rodakach. Za ścianą mieszka Stingo, pisarz, którego nieustanne kłótnie młodych ludzi, wzbudzają ciekawość i prowadzą do przyjaźni, oraz do poznania historii tych dwojga ludzi… Więcej nie powiem. Obejrzyjcie. Ale warto, szczególnie,że Meryl przygotowując się do roli uczyła się polskiego i moim zdaniem lekcje odrabiała bardzo solidnie. A Oskar za tę rolę jest jak najbardziej zasłużony.

Set of

Zgaga. Meryl Streep zagrała w genialnej, autobiograficznej historii Nory Ephron, która opisała swój związek z dziennikarzem Carlem Bernsteinem-w tej roli wspaniały Jack Nicholson. Meryl gra tutaj Rachel, dziennikarkę kulinarną, która poznaje na ślubie znajomych Marka. Łączy ich wielkie uczucie,a  scena kiedy to Meryl karmi Jacka spaghetti po upojnej nocy jest kultową. No dobrze dla mnie jest kultową. W każdym razie odkąd obejrzałam ten film, pokochałam makaron jeszcze bardziej. Wkrótce Rachel i Mark biorą ślub, remontują dom, rodzi im się dziecko, a kiedy ona spodziewa się drugiego, okazuje się,że on ma romans. Banał? Być może. Ale dla mnie to naprawdę genialny film i genialna rola Meryl. Tym razem jest tutaj brunetką o krótkich włosach. Granie matki, mistrzyni kuchni, kulinarnej dziennikarki, wiecznie jakby w ciąży wyszło Meryl po prostu genialnie. Jako wierna fanka Meryl i tego filmu mam już na liczniku 5 pokazów i serdecznie Wam polecam.

heartburn

Ze śmiercią jej do twarzy. Zdecydowanie zmieniam klimat. Będzie komediowo. Jestem beznadziejnym przypadkiem fanki tego filmu, jeżeli leci w telewizji, nie ma bata, nieważne co się dzieje, ja siadam i oglądam. Do znudzenia. I tak w kółko. Rok bez duetu Meryl i Goldie jest dla mnie rokiem straconym. Miłość do tego obrazu przekazała mi mama, która pierwszy raz pokazała mi go jak miałam 7 lat. Od tamtej pory pokochałam fabułę i cóż, chyba pokochałam Meryl na poważnie. W tym filmie Meryl gra piękną aktorkę, Maddison, która ostatnio zamiast wielkich ról , zajmuje się głównie tropieniem nowych  zmarszczek na swej twarzy. Jej mąż Ernest to chirurg plastyczny,utalentowany,ale dziś zajmujący się makijażem pośmiertnym, wbrew pozorom branżą z perspektywą. Historia zaczyna się, kiedy dawna przyjaciółka Maddison, Helen Sharp po kilkunastu latach postanawia wziąć odwet na Maddie za wszystkie krzywdy jakich doznała od przyjaciółki. Ten film ośmiesza światek show biznesu, dążenie do wiecznego piękna i kult młodości. Tak, jest przerysowany i karykaturalny,ale genialny w swojej kategorii. No i ten film to popis wspaniałej gry aktorskiej. Meryl pokazuje tutaj niesamowity talent komediowy. Jest po prostu genialna, nawet z przekręconą na drugą stronę głową .

M8DDEBE EC002

Mamma Mia.  O ile jestem uzależniona od Meryl Streep, to jestem tak samo uzależniona od tego filmu. Odkąd go pierwszy raz obejrzałam,miałam ochotę rzucić wszystko, polecieć, ewentualnie pojechać i popłynąć, na pierwszą lepszą wyspę i razem z Meryl założyć pensjonat na górzystym terenie. Całe dnie byśmy śpiewały, uroczo przy tym fałszując i wyciskały sok z pomarańczy. A wieczorami urządzały wielkie greckie uczty. Ten film jest okropnie wręcz kiczowaty, kto słyszał popisy wokalnie Pierce’a Brosmana, ten to wie. Ale niesie z sobą tyle radości, uroku i dobrej zabawy. Głównie dzięki obsadzie. Meryl nie boi się fałszować, tańczyć bez ładu i składu i świetnie się bawić, nie bacząc na wszystko. Nie każda aktorka chciałaby zagrać w takim filmie i obnażyć swoje słabości. Meryl jest wielka, więc może. I chwała jej za to.

z5457673ihmeryl-streep-i-pierce-brosnan

Wątpliwość.  To taki film, który nie zrobił olbrzymiej światowej kariery. A szkoda, bo to film intymny, duszny i budzący wiele emocji. Głównie za sprawą kolejnej genialnej roli Meryl Streep. Rzecz dzieje się w katolickiej szkoły, którą prowadzi siostra Alojzyna- w tej roli Meryl. Zdecydowanie ma ona konserwatywne poglądy na świat i ludzi. Wyjątkowo też drażni ją postępowy ksiądz proboszcz, w tej roli zmarły niestety Philip Seymour Hoffman. Siostra Alojzyna nabiera podejrzeń co do relacji księdza Flynna z jednym z uczniów, i chociaż brak jej dowodów, stawia mocne oskarżenia. Czy ksiądz Flynn jest otwarty i bezpośredni,bo w głowie mu niecne czyny? Czy za fasadą zimnej i nie mającej uczuć Alojzyny kryje się osoba, gotowa zgrzeszyć kłamstwem by ochronić swoich podopiecznych?  Ten film to mistrzowski popis gry Meryl Streep.  Potwierdzenie jej niezwykłego talentu.

7275f3878388a634758a5647ae8e50b1

Julie& Julia. Film kulinarny, nie mogłam o nim nie wspomnieć, skoro tyle czasu spędzam w kuchennych okolicznościach. Ciepły- i to ciepło,wcale nie bije z rozpalonego piekarnika. Kobiecy, smakowity, okraszony idealnym aktorstwem i humorem. Ten film to przepis na udany wieczór. Julia Child, jedna z ciekawszych postaci kulinarnego świata, w tym filmie została brawurowo wręcz zagrana przez Meryl. Meryl po prostu stała się Julią Child, każde jej słowo, gest, ruch, wszystko jest idealne. Ten film opowiada o wielkiej pasji, przyjemności i spełnieniu. I zdecydowanie oglądając ten film można pozbyć się dosłownie każdej troski dnia codziennego. Głównie dzięki Meryl, która w tym obrazie pokazuje swój kunszt. Nie musi mieć nie wiadomo jak ambitnego scenariusza by zagrać po prostu fenomenalnie.

mc-julia-child

Ścieżka dźwiękowa – Dpeche Mode- You move

Minął luty

Po bardzo trudnym i ciężkim styczniu, przyszedł luty. Pamiętam jak 1 lutego trafiłam gdzieś na horoskop na cały miesiąc. Przeczytałam i nie mogłam przestać się śmiać, ileż tam było zapowiedzi miłych chwil. Luty miał kusić ciekawymi spotkaniami, okazją do wyjazdu, niespodziankami i dobrym samopoczuciem. Jak ja się wtedy śmiałam. Zdecydowanie nie mogłam przestać. Kiedy skończył się styczeń, który ledwo przeżyłam moje założenie co do lutego,było dokładnie takie samo. Przeżyć i tyle.

Ale patrząc wstecz na ten miesiąc muszę powiedzieć, że horoskop miał 100 % racji. Po stagnacji coś się ruszyło. Luty to miesiąc napiętej pracy, rzeczywiście zajęć w pracy był nadmiar, a dodatkowo atmosfera w miejscu pracy była chwilami wprost nie do zniesienia, ale po burzy przyszło słońce. Być może to oczyszczenie emocji, które gromadziły się i gromadziły w powietrzu,było po prostu potrzebne? W każdym razie nauczyłam się dystansować. Widzę,że moje przeżywanie ich nieporozumień na mnie fatalny wpływ, a nie przynosi żadnej zmiany. Po cóż więc tracić czas i zdrowie? To moja ważna zmiana w lutym. Ale nie ta jedyna. W ogóle zaczęłam inaczej patrzeć na siebie i innych. Ustaliłam na nowo swoje priorytety i okazało się, że ja jestem całkiem wysoko na tej liście. W lutym jakbym odżyła, głównie psychicznie.

Trzy babskie spotkania i ploteczki, i te w kawiarni, i te w domowym zaciszu. Tak dawno nie widziałam moje ukochanej Zuzi, jak ona się zmienia. Jak wspaniale było rzucić wszystko i pojechać do przyjaciółki, pobawić się z jej córką i znów poczuć dziecięcą radość. Cudownie było spotkać się z ważnymi dla mnie dziewczynami, i nie znaleźć wymówki by odłożyć spotkanie w czasie. W lutym nadrobiłam więc wszystkie towarzyskie zaległości i odkryłam nową kawiarnię.

W lutym wróciły moje ciekawe weekendy. Znów był pierogowy obiad w Mandu i znów zabrało dla mnie pierogów miesiąca. Jak pech to pech. Były sobotnie solidne spacery z siostrą. Początek miesiąca był nadzwyczaj imprezowy. W 5 dni zmieścić się musiały taty urodziny, imieniny i 31 rocznica ślubu rodziców. Tym razem wymyśliłam dla nich zaproszenie na najprawdziwszy gdański bal w Filharmonii. Rodzice byli zachwyceni i do tej pory wspominają mój pomysł, wyjątkowo ciepło. W tym miesiącu również odbył się wypad do spa i ładowanie akumulatorów. Ten wyjazd będę długo, długo wspominać. Oczywiście jak najmilej.

Zdjęciowy miks. Spacerki, dobre jedzenie, herbatka i ploteczki, i dużo smacznego jedzenia:)

 

W lutym musiałam zainwestować w specyfiki do twarzy, po chorobie moja cera zmieniła się o 180 %. Zaczęłam wyglądać podobnie do mojej 16 letniej sąsiadki, nie poznawałam samej siebie, skóra była tłusta, nawiedził mnie trądzik, okropność. Za radą pani w aptece skusiłam się na zestaw kosmetyków Pharmaceris, na noc krem z 10 % kwasem migdałowym, na dzień krem przeciwtrądzikowy. Wydałam 80 złotych i byłam pewna,że za parę dni będę wyglądać wspaniale. No nie, minął tydzień, potem dwa i trzy i wyglądałam tak samo. No przepraszam, tak samo minus 80 złotych. Ale po miesiącu w końcu zobaczyłam efekty. Te kremy wymagają cierpliwości, po miesiącu spełniły swoje zadanie. I ostatecznie nie żałuję,że je kupiłam, aczkolwiek jeżeli ktoś szuka czegoś skutecznego od razu,to nie będę polecać. Krem dla cierpliwych.

Od razu działa za to serum do paznokci Regenerum. To nie tylko mój hit lutego,ale ogólnie,całego roku. Zawsze mam tubkę i używam parę razy w tygodniu. Ale kiedy miałam grypę nie używałam, po grypie obiecywałam sobie,że na wieczór będę dzielnie smarować płytki,obietnice obietnicami,ale sen snem. Nic nie robiłam. A osłabienie i zła dieta, a raczej kompletny brak apetytu okropnie osłabiły moje paznokcie, które łamały się od wiatru, albo z  samego wrażenia. W każdym razie po paru użyciach paznokcie znów wyglądają dobrze. Dla mnie olbrzymim plusem jest forma aplikacji-olejek, bez zmywacza, bez konieczności dokładania warstw i zmywania. Dla mnie bomba.

W grudniu kupiłam sobie perfumy i dopiero w lutym je otworzyłam. Chodzi o zapach z Avonu. Matko i córko, ostatni raz zapach z tej firmy kupiłam pod koniec liceum. Teraz nie wiem co mnie podkusiło? Na półce mam uznane marki, i słynne wonie, i nagle Avon. I wielkie zaskoczenie. Otóż zapach sygnowany przez Justynę Steczkowską(której na marginesie nie lubię) okazał się wspaniały. Attraction, tak się zowie i naprawdę jest atrakcyjny. Wyraziste, bardzo kobiece, świetne na zimowe wieczory i ranki. Ciepłe, otulające, najpierw czuć mroźną jeżynę, potem wanilię i piżmo. Całość jest dziwnie mroźna, nieoczywista. 4 osoby zapytały się mnie czym pachnę, co nie zdarzyło mi się nigdy. Nawet wtedy kiedy miałam na sobie wonie słynne i bolące kieszeń. Nikt nie wierzył,że to Avon. Trwałość ma dużą lepszą niż Chloe, a kupiłam za 50 zł w promocji. Jeżeli ktoś lubi mocniejsze zapachy, to warto go poznać.

Za to zawiodłam się na pewnym podkładzie. Dokładnie na mojej sprawdzonej marce Maybelline w tej kwestii-jestem fanką wierną Super Stay. Teraz coś mnie podkusiło i kupiłam Better Skin, pewnie podkusił mnie stan skóry i obietnice poprawy jej jakości. Błąd, wielki błąd. Wydałam 40 zł na coś co prawie nie ma zalet. Mówię tutaj o wersji w kompakcie, jedynym plusem jest lusterko w opakowaniu. Zero krycia, zero działania, dosłownie nic. Dodatkowo po 4 użyciach całość mi się pokruszyła, nie z mojej winy, tudzież upadku z wysokości, ot, takie to suche. Jeżeli komuś za bardzo ciąży 40 złotych w portfelu, to bardzo polecam.

 

I tym kosmetycznym akcentem kończę.

Ścieżka dźwiękowa- Editors-All the kings

Wspaniały weekend

Pamiętacie hasło sprzed paru tygodni- wszystko mogę, nic nie muszę? Postanowiłam wcielić je w życie jeszcze bardziej. Inspiracji dostarczyło mi spotkanie z Asią, i jej opowieść o spontanicznie podjętej decyzji o spędzeniu weekendu w Mediolanie. Znalazła tanie loty, darmowy nocleg, zrobiła plan zwiedzania i aktualnie spaceruje mediolańskim brukiem. Do jej postawy jeszcze mi sporo brakuje. Ale i ja pokusiłam się o małe szaleństwo. Na moją miarę i moje możliwości.

W poniedziałek, dzień po spotkaniu z |Asią, w pracy poranek zaczął się leniwie. Leniwie więc zaczęłam przeglądać pewien portal, który oferuje atrakcyjne zniżki na różne wyjazdy. Marzyłam o czymś co oderwie mnie od rzeczywistości, totalnie zrelaksuje, pozwoli odpocząć i zapomnieć na moment o codziennej bieganinie i powtarzalności. Szybko znalazłam to czego szukałam. Zadzwoniłam, i wyobraźcie sobie, że na wybrany przeze mnie termin czekał jeden wolny pokój. Tylko jeden. Szybko skonsultowałam się więc z siostrą, ale ona nie była zainteresowana wyjazdem. To znaczy nawet była,ale wybrała wyjazd w inny koniec kraju w celu popracowania nad doktoratem. Ale mojej mamusi dwa razy namawiać nie trzeba było. Do wyjazdu swój akces zgłosił mój brat i tata. O dziwo tatko sam powiedział- Spa? Marzyłem o tym. Dwa kliknięcia, jeden przelew, i czekamy do piątku.

A w piątek, Mazury. Spa na Mazurach.

Z pracy wyszłam 40 minut wcześniej, ostatnie zakupy, pakowanie, obiad w postaci tłustoczwartkowego pączka z wiśnią i w drogę. Miłomłyn, dokąd zmierzaliśmy, leży 120 km od Trójmiasta. To urocza, mała i klimatyczna miejscowość. Maleńka, raczej jak wieś, ale naprawdę urokliwa. Bardzo zielona, i otoczona wodą. Taka typowo mazurska. Wspaniale się po niej spacerowało, tym bardziej,że sobotnia pogoda jak najbardziej dopisała, i mimo mrozu, słońce nie przestawało świecić ani na sekundę.

Chociaż spacer był szalenie udany, to jednak ciężko było opuścić hotel. Czemu ciężko? Bo w ofercie pobytu dla zestresowanych był nieograniczony dostęp do strefy spa. Basen, jacuzzi, sauny, sala gimnastyczna i moje odkrycie ping pong. Na poważnie pokochałam-na powrót, tę grę. Co prawda seriami przegrywałam, ale nie było tak ważne. Najważniejsze było wspaniałe samopoczucie, jakie towarzyszyło mi mimo przegranych partii, a te szły w dziesiątki. Dość łatwo człowiek przyzwyczaja się też do takich przyjemności jak moczenie w jacuzzi i relaks w saunie. Naprawdę mogłabym w ogóle z nich nie wychodzić, tylko leżeć w jacuzzi i patrzeć na las. Miałam wrażenie, że w tej mokrej części spa zostawiłam cały bagaż stresów, napięć i niepokojów ostatnich tygodni. Odżyłam, maksymalnie się zrelaksowałam i poczułam jak nowo narodzona.

Znalazłam też czas na leżenie, czytanie, albo po prostu gapienie się w telewizor na Przyjaciół. To było wspaniale nie musieć gotować, sprzątać i zmywać. Albo wkładać do zmywarki i potem wyjmować z niej naczyń. Jedzenie było wprost przepyszne. Uzależniłam się od ich jajecznicy i porannego twarożku. Dzielnie robię go w domu, ale niestety, jeszcze nie smakuje tak idealnie jak w Miłomłynie. A ich naleśniki, filet z dorsza, i śniadaniowe kiełbaski…  I znów mi cieknie ślinka! I znów robię się głodna. A jak mi żal było tych z salki obok, którzy przyjechali schudnąć parę kilo i jedli tarte marchewki i selery, kiedy mnie kusiło tyle pyszności. Ach, jak bym chciała zejść piętro niżej i nacieszyć oczy bogactwem szwedzkiego stołu. Niestety, dziś śniadanie muszę przygotować sobie sama.

Wracając zrobiliśmy sobie małą wycieczkę. Były mniejsze ( deszczowe) spacery i te nieco większe ( bez deszczu, ale pod wiatr). Było testowanie nowych, ciekawych restauracji i planowanie kolejnych regenerujących weekendów. O ile lubię zwiedzać, poznawać nowe miejsca, to zawsze wydawało mi się, że taki bardzo leniwy weekend, poświęcony samej sobie,szybko mnie zanudzi. Ale wręcz przeciwnie, ja już tęsknię do tych pięknych, jakże leniwych chwil. Gdybym mogła to przynajmniej raz na miesiąc oddawałabym się takim wyjazdowym rozkoszom. W każdym razie przynajmniej dwa razy do roku będę wyjeżdżać na taki wspaniały weekend. Bez wyrzutów sumienia. A do Miłomłyna muszę pojechać cieplejszą porą, gdy będzie zielono, ciepło i jeszcze piękniej.

A na razie karmię się wspomnieniami i energią, pozytywną energią, która wciąż mi towarzyszy.

Ścieżka dźwiękowa- Pink Floyd- TBS9