Z pamiętnika 29 latki.

Kiedy masz 28 lat zasypiasz o 23. Żegnasz ten ładny wiek i idziesz spać.

d892f9f028979291dfeba1c884c68dd3

 

4.20. Budzi się twoja 29 letniość. I teraz masz do wyboru  – starcza bezsenność, dorosłość i poczucie obowiązku, które podświadomie mówią- działaj, nie trać czasu, rozpacz za utraconą młodością, albo banalnie – włączona zmywarka.

5.00. Nie śpisz bo zapomniało się wieczorem ( witaj starości) zaciągnąć żaluzję. W związku z tym poranne, ostre słońce nie pozwala zasnąć.

5.45. Ćwiczysz jogę. O dziwo potrafisz zrobić te same pozycje co dzień wcześniej. Czyli vivat stare kości, dają radę.

6.34. Jesz śniadanie. Narzekasz na ból głowy. Pewnie skutek niewyspania. Solidna czarna herbata z cytryną może doda ci energii?

6.55. Szykujesz kanapkę do pracy, chcesz sięgnąć po pasztet wegetariański, zamiast tego trącasz musztardę. Gorczycowa lawa bucha po kuchni.  Mości się na to twoich ukochanych letnich spodniach. Lata robią swoje, ruchy nie te, koodrynacja siada.

7.35. Wychodzisz do pracy. Świat wygląda dokładnie tak samo jak wczoraj. Miłe to odkrycie. Ups.

7.36. To ups okazuje się gwoździem. Tak, nadeptujesz na jakiś metalowy twór, który, o spieczone ciasto, przecina ci podeszwę wygodnych trampek.

7.40. Wybiegasz z kiosku, gdzie próbowałaś kupić bilet na autobus. Wymyślasz, że przejazd autobusem będzie rozsądniejszy, spacer może w końcu nadwyrężyć podeszwę i w połowie drogi możesz zostać bez buta. Niestety, w kiosku biletów brak.

7.41. Spóźniasz się sekundy na bezpłatny autobus.

7.43. Podjeżdża busik, ale pan nie ma jak wydać ci z 50 złotych, a ty za nic nie uzbierasz w portfelu 1,5 zł,masz ledwie 45 groszy i 50 eurocentów.  Tak więc wysiadasz. Co z tego, że masz urodziny. Na marginesie jako 29 latka nie noszę drobnych. Jestem taka bogata!

7.45. Nadjeżdża miejski autobus, dokonujesz desperackiego aktu wejścia do środka bez biletu. Oczywiście kierowca nie ma jak wydać ci z 50 złotych reszty, a ty nie uzbierasz rozbójniczej kwoty 3,80 za przejazd jednego przystanku. Trudno jedziesz na gapę. Pierwszy raz w 29 letnim już życiu. Czujesz lekki dreszczyk napięcia i trochę ci wstyd.

7.47. Z tyłu autobusu dobiega cię niespieszny głos – bileciki do kontroli. Myśli plączą ci się w głowie. Po pierwsze wstyd, ogromny, po drugie żenująca sytuacja bo nie masz dowodu przy sobie, więc nie obędzie się bez policji, a po trzecie, kurcze mam urodziny, co to za prezent, mandat? A po czwarte, jeździsz tym autobusem tyle lat, i zawsze masz bilet. I nigdy nie ma kontroli. I jak nie masz raz biletu to od razu kontrola?

7.48. Pan przechodzi obok ciebie.

7.49. Pan przeszedł i tyle.

7.50. Wysiadasz. Nikt za tobą nie goni. Uff. Jest ci tak wstyd, że następnym razem kupisz dwa bilety. I dwa skasujesz.

7.55. Jesteś w pracy. Byłabyś dwie minuty temu, ale spotkałaś po drodze ulewę. Skąd? Przecież na niebie nie było ani jednej chmurki? Nie wiesz. Jesteś mokra. Bo parasol włożyłaś do tej drugiej torebki. Jak zwykle. Pech.

8. 00. Jesteś w pracy. Nie ma konfetti, banerów z napisem – Madzi 100 lat. Balonów też nie ma. Nie ma tortu, hawajskich spódniczek i imprezy. Urywa się za to telefon. Jest awaria komputera, duchota i ból głowy. Witajcie w 29 roku życia.

9.14. Praca, praca, praca. Jest ci źle. Na szczęście znajomi pamiętają i ślą miłe wiadomości. Ale i tak czytasz to po łebkach bo pieczone szparagi nie masz czasu. Nad głową masz zdenerwowanego szefa.

9.39. Szef je kanapkę. Ser, ogórki małosolne i razowy chleb. Korzystasz więc z chwili wolności i robisz sobie malutki prezencik. Wysyłasz pewnego maila.

11.50. Ciągle w pracy. Tak, tak, bycie 29 latką to nie to samą co bycie 17 latką. O tej porze roku w moje urodziny miałam już wakacyjny luz. A teraz pracuję.

12.00. Trochę się niepokoisz czy dojdzie twój prezent dla samej siebie. Boli ciebie głowa. Klienci sa coraz bardziej męczący. Do tego dzwoni kierowca, popsuło mu się auto, stoi 120 km dalej i nie wie co robić ? Towar nierozwieziony, auto trzeba holować. Uff, pracy nadmiar.

13.00. Czas na sekundę przerwy. Herbata i tyle. A raczej łyk herbaty. Ten dzień jest tak męczący, że mam ochotę by się już skończył. Wszystko idzie nie tak. Jako 28 latka zdecydowanie miałaś mniej pracy! Jedyne pocieszenie. Od dziś bliżej do emerytury.

13.30. Jest, jest, jest mój prezent. Co tam te wszystkie nerwy i stresy. W końcu mi się udało. W końcu, po paru latach usłyszałam  te słowa – dla Magdy w dniu urodzin Depeche Mode – Walking in my shoes. Prawie jakby panowie zagrali dla mnie osobisty koncert. Taki króciutki, na jeden utwór. Muzyczna poczta UKF działa.

14.55. Pakujesz manatki, koniec pracy. Dziś krócej o dwa kwadranse, idziesz na zakupy.

15.15. Stoisz w absurdalnej kolejce. Rozmyślasz nad sensem życia w towarzystwie kurczkowych nóżek.

16.00. Odbierasz prezenty. Gustowny wisiorek od rodziców, kolczyki i książkę od rodzeństwa. W sumie jest ci miło.

16.10. Dostajesz kolejne miłe życzenia. Wszyscy nagle chcą ci przypomnieć, że się zestarzałaś. Ale nie powiem, jest miło. Kiedy biorę telefon do ręki, przypadkiem, całkiem przypadkiem dostaję prezent od losu.

16.11. Tak tak, 11 lutego Depeche Mode zagra w Gdańsku koncert!

16.13. Co z tego, że lipcowy koncert jeszcze się nie odbył, ty już planujesz następne wyjście!

16.15. Rozważna część twojej 29 letniej osoby każe ci przystopować, wydasz teraz 250 zł na kolejny bilet?

16.17. Odpłyń rozsądku. Ja myślę sercem.

16.19. Analiza wpływów i odpływów. Przed zbliżającym się koncertowym weekendem nie stać mnie na zakup biletu. Jestem w urodzinowej rozpaczy.

16.30. Tak, jestem w punkcie Lotto. Mam urodziny, zawsze wtedy puszczam kupon, nigdy nie wygrałam, ale może dziś? Pani do pełnego rachunku dodaje zdrapkę, Słonik na szczęście.

16.32. Drapię. Zamiast słonika znajduję lwa i dwie żyrafy. Jest też małpa.

17.00. Pogrążam się w rozpaczy. Dzwoni babcia, chce życzenia złożyć osobiście. Będzie za kwadrans.

17.05. Jestem w monopolowym. Drugi raz w życiu. Mama mi kazała! Naprawdę. Mam kupić Advocat na przyjście babci.

17.06. Pani pyta mnie o dowód na ukończenie 18 lat. Śmieje się gdy mówię, że dziś kończę 29 lat. Nie wierzy, chyba z ciekawości bierze dowód. Zastanawiam się czemu teraz mam dowód, a rano go nie miałam?

17.40. Przybywa babcia, daje mi torebeczkę, widzę czekoladki, pytam się więc siostry, jakie są szanse, że w czekoladkach ukryty jest bilet na Depeche Mode w Gdańsku? Siostra nie zostawia złudzeń. Szanse ocenia marnie.

17.45. W czekoladkach nie było biletu. Była za to koperta. W środku połowa mojej pensji. Babcia zaszalała! Dosłownie i w przenośni. Sprawa koncertu się wyjaśnia! Jestem w siódmyn niebie.

19.00. Zaraz zaraz, gdzie to niebo? Kiepsko się czuję. Nie, nie piłam tego Advocata.

21.55. Leżę w łóżku. Jest mi na zmianę zimno, to ciepło. Okropnie boli mnie głowa. Starość nie radość.

W drugi dzień mojego 29 lecia, mogłam się zorientować, że mam już zacny wiek. Doczłapałam się do pracy, i siedząc przy biurku, popijając herbatkę umówiłam się do lekarza. O ile jako 28 latka na wizytę czekać musiałam minimum 2 dni robocze, teraz zostaję zapisana na ten sam dzień. W gabinecie pani też wykazała więcej troski. Poprosiła o objawy, a następnie wzięła malutką walizeczkę i dokonała oględzin wewnętrznych. Otóż drodzy Państwo,w  wieku 29 lat nadrobiłam dziecięce zaległości i pierwszy raz w swoim 29 letnim żywocie zachorowałam na zapalenie ucha. Prawego konkretnie. Boli jak diabli. Dostałam krople z antybiotykiem i nakaz relaksu. Także tego, mieć 29 lat to nie przelewki. Starość nie radość.

Cóż mogę dodać. Mieć 29 lat jest nieco bardziej zwariowane niż mieć ich 28.

dee5a6d699a5215c8574f69c48e01ef5

Ścieżka dźwiękowa-  Red Hot Chili Peppers – Under the bridge

Było ich trzech…

Było nas trzech, w każdym z  nas inna krew, ale jeden przyświecał nam cel..

Za kilka mieć u stóp cały świat, wszystkiego w bród.

 

No dobrze, nie było ich trzech. Były one trzy. Poznały się prawie 10 lat wstecz. Nie, to była wielka sympatia od pierwszego wejrzenia. Ani nawet od tego drugiego. Nie było tańczących motylków i trzęsącej się posadzki. Nie. Było dziwnie. Pamiętam jak stałam z moją przyjaciółką z dzieciństwa w wielkiej auli. Tę część początku roku akademickiego miałyśmy wspólną, potem ona poszła piętro wyżej, ja zostałam na parterze. W tłumie, dzikim tłumie, zobaczyłam mojego kolegę z podstawówki. Zrządzeniem losu mieliśmy studiować razem. Kolega? Dziwne to było. On doszedł do naszej klasy na ostatni rok. Był wyjątkowo dziwny. Bardzo dziwny. Zresztą dziwny został do dziś. Wtedy nie wiedziałam tak do końca czemu jest dziwny, ale dziś czytając chociażby w gazetach, czy si jego rodzinie już wiem czemu był i jest dziwny. Sama się dziwię, że mogliśmy rozmawiać i nie doszło ani razu do rękoczynów. Z mojej strony oczywiście. W każdym razie wracam do tematu. Obok kolegi stała dziewczyna, okazało się,że razem będziemy studiować, a oni razem chodzili do liceum. Przedstawił nas sobie, ale szczerze? Byłam wściekła, że los postawił na drodze jakąś życzliwą duszę z takim „dodatkiem”. Ona ubierała się dziwnie, cała na czarno, kolczyki wszędzie gdzie się da,non stop paliła papierosy i opowiadała o jakiejś dziwacznej muzyce. Do tego miała dziwne pasje, i tak naprawdę nie było chyba nic co mogłoby nas połączyć. Zero, kompletne zero. Następnego dnia wracaliśmy razem tramwajem, kolega wyszedł pierwszy, w zasadzie to gdzieś się śpieszył i po 2 przystankach nas zostawił. Nas czekała jeszcze 20 minutowa podróż. Oho, będzie miło pomyślałam sobie. I wtedy ona coś powiedziała, to było tak absurdalne, że aż śmieszne. Zaczęłyśmy rozmawiać i zamiast do domu poszłyśmy do kawiarni. Okazało się, że najbardziej lubi rumiankową herbatkę i mini pączki. Że ma fenomenalne poczucie humoru, że po szkole jest wolontariuszką w domu dziecka, że kocha piec ciasta, i gdy nikt nie widzi to parodiuje Stachursky’go. Okazała się zupełnie inną osobą! Ciepłą, życzliwą, sympatyczną, otwartą na innych. Owszem, dalej paliła jak smok, czasem nie wiedziałam o czym mówi kiedy wpadała na temat – mordercze gry komputerowe, ale połączyło nas tyle przygód. To Ewa zatrzymała tramwaj kiedy złodziej ukradł mi portfel i w spódniczce rzuciła się w pościg – krzycząc bez sensu- oddaj  bilet. To z Ewą „podrywałyśmy” co ciekawych studentów, rzucając im pod nogi chusteczki. Oczywiście nasze łowy były zupełnie nieskuteczne, ale za to nawiązałyśmy bliskie relacje z paniami woźnymi. To z Ewą zapomniałam raz przez cały semestr chodzić na wykład. Tak, zapomniałam, nie wiem jak, nie wiem. Naprawdę mi wstyd, ale tak było. Zapomniałyśmy o pewnym przedmiocie i bach, wydało się w czerwcu. Niezrażone postanowiłyśmy jednak iść po wpis do indeksu. Wiedziałyśmy tyle – pani nazywa się Jolanta i ma ciemne włosy. Dziarsko pojechałyśmy na inny wydział, znalazłyśmy pokój numer 15 i zapukałyśmy. W środku była pani, ciemne włosy, nazywała się Jolanta co potwierdził ktoś z kim była w tym pokoju, nazywając ją Jolą. Dzielnie więc poszłyśmy do jej biurka i powiedziałyśmy, że i owszem zapomniałyśmy przyjść na 8 wykładów, ale nie zrobiłyśmy tego celowo. Po prostu jesteśmy gapy i tyle. I słyszałyśmy, że pani zażądała od tych co nie przyszli po wpis by zdawali jakiś test, i jesteśmy gotowe go zdawać, byleby dostać wpis. Pani miała nietęgą minę, zaczęła nas przepraszać, tłumaczyć, że jej wykłady są nieobowiązkowe, nawet się zapytała kto nas nastraszył tym testem. Kiedy kolejny raz usłyszałyśmy – przykro mi, że panie straciły poranek by tutaj przyjechać po ten wpis, mogłyśmy się umówić u pań na wydziale, dałyśmy szybko indeksy, licząc na szybki wpis. Pani spojrzała na rok i kierunek studiów i wpadła w dziki śmiech. Powiedziała głośno – Jolu, te panie są do ciebie. Jaka Jola? Halo, halo. Zza szafy wyszła pani Jola, nasza pani Jola. Której wzrok mroził. Pani Jola powiedziała,że skoro już jesteśmy to może zrobimy sobie teścik. Pani nie chciała Ewy przepuścić, bo dziewczę przygotowane nie było, ja zdałam koncertowo. Ewa wtedy rzekła – ale czemu pani się gniewa, że pani nie poznałam, skoro nie byłam na wykładzie to chyba naturalne, że się nie znamy? Szybko wzięłam swój indeks i wyleciałam z pokoju byleby nie dostać przekreślenia zaliczenia i wyrzucenia ze studiów. Nie wiem jak ona to zrobiła, ale wpis dostała. Po tej historii przez 3 dni nie mogłyśmy na siebie patrzeć. Nie, żeby były jakieś waśnie. Płakałyśmy ze śmiechu wspominając panią Jolę. Tak, z Ewą mam masę wspomnień.

Z Kasią też nie poszło nam tak gładko. O ile szybko przekonałam się do Ewy, to z Kasią było inaczej. Chodziłyśmy do jednej grupy na zajęcia. Ale ja zaprzyjaźniłam się z Ewą, a ona jakoś nie pasowała do nas. Była za ładna jak na nas dwie, nosiła się tak poważnie, miała już narzeczonego i w ogóle, wydawała się sztywna i takie ą i ę. Mówiłyśmy sobie cześć i tyle było z naszej relacji. Aż pewien pan doktor nie wymyślił sobie, że mamy we trzy napisać referat. Cieszyłam się, że mamy go pisać we trzy, bo sama z Kasią chyba bym nie dała rady. Lekko mnie onieśmielała, z tą idealną kreską na oku i perfekcją w oku. Pech chciał, że w umówionym dniu Ewce coś wypadło i musiałam sama z Kasią siedzieć w bibliotece. Najpierw podchodziłyśmy do siebie jak do jeża, ja bałam się odezwać, a ona chyba nie wiedziała o czym ze mną rozmawiać. Ale po nitce do kłębka. Nie wiem która z nas powiedziała – to jest strasznie nudne, mam ochotę na gorącą czekoladę, idziesz? W każdym razie od tamtej pory stałyśmy się nierozłączne. Za tymi idealnymi kardiganami i kreską na powiece kryła się moja bratnia dusza. Szybko okazało się, że wszystkie trzy nadajemy na tych samych falach. No ok, to były trzy różne pasma, ale zdecydowanie łączyły się w jedno. Sama nie wiem jak to poszło, i kiedy uznałyśmy, że jesteśmy stworzone do bycia przyjaciółkami. Jadąc na uczelnię wysiadałam z tramwaju 4 przystanki wcześniej, i grzecznie czekałam aż Kasia dojdzie na przystanek. Ten ostatni odcinek musiałyśmy pokonać razem, ustalić plan dnia i opowiedzieć co się działo, kiedy się nie widziałyśmy. Czyli co działo się poprzedniego wieczora. Sama już nie wiem kiedy Kasia poprosiła bym została świadkiem na jej ślubie. Nie wiem kiedy polubiłam jej męża jak brata. Nie wiem kiedy poznałam całą rodzinę i stałam się jej częścią. Taką częścią, że kiedy jej tata widział mnie na mieście, stojącą na przystanku, zatrzymywał się by mnie podwieźć do domu. Nie wiem kiedy moi rodzice polubili Kasię na tyle by iść na jej ślub i codziennie dopytywać co słychać u ich córeczki. Jej córka mówi, że jestem jej ukochaną ciotką, i jak nie widzi mnie dwa tygodnie i wpada w złość. Jestem na wszystkich ich rodzinnych imprezach, bo stałam się jakoś tak po prostu częścią ich rodziny. Nie, nie myślcie, że było zawsze tak różowo i kolorowo. Oj, kiedyś pokłóciłyśmy się na śmierć. Nie odzywałyśmy do siebie i uznałyśmy, że ta druga to świnia po wsze czasy. Ale nie wytrzymałyśmy bez siebie. Co było to było,  a ile przed nami. I skupiłyśmy na przyszłości. Bo życie wydawało nam się krótkie czy spotkać się dopiero na cmentarzu, na grobie jednej i ta druga w gustownym czarnym płaszczu, kapeluszu, wsparta o laskę, miałaby wylewać gorzkie łzy i zadawać pytania -dlaczego nie pogodziłyśmy się wcześniej, ach dlaczego? Owszem, pewnie Ania Shirley uznałaby to za bardzo widowiskowe,ale nam było szkoda wspólnego czasu. Zjadłyśmy więc czekoladę pokoju i od 7 lat nie kłócimy się nic a nic. Za to nauczyłyśmy się mówić sobie otwarcie o wszystkim.

e8983f928586c2cda983ca71c58d7e25

Po studiach wiadomo, codzienność. O ile z Kasią kontakt mamy częsty i osobisty, bo po ślubie mieszka ledwie 3 kilometry ode mnie, to o tyle z Ewą było gorzej. Owszem, często rozmawiałyśmy drogą komputer, komputer, ale przez to mocno się od siebie oddalałyśmy. Brakowało nam naszych wygłupów, śmiechów i bycia razem. Tego czasu kiedy nie patrzymy co wypada a co nie. Cieszymy się sobą i swoją obecnością. Pamiętam nasze czwartki. W każdy czwartek miałyśmy 3 godzinne okienko,. które spędzałyśmy plotkując i omawiając najważniejsze sprawy dla młodych dziewczyn. Kto, z kim i po co. Albo dlaczego? Wiosną chodziłyśmy do parku oliwskiego i skakałyśmy po kamieniach. Szłyśmy nad morze, w mniej przyjazną aurę, za miejsce spotkań robił nam parapet. Wszyscy nam zazdrościli naszej relacji. Mówili o nas – słodkie wariatki. Ale wiadomo, koniec studiów, początek dorosłego życia.

Każda z nas tęskniła, ale nigdy nie było okazji. A z czasem pewnie i chęci. Bo z każdym miesiącem i rokiem, coraz więcej nas dzieli, a  nie łączy. Nasza trójka skurczyła się do dwójki. Ale i tak 99 % naszych spotkań to były spotkania u niej w domu, bo dziecko. I wszystko kręciło się wokół małej. Owszem, kocham ją jak swoją córkę, ale gdzieś te trzy szalone dziewczyny całkiem zniknęły. I wtedy powiedziałam sobie dość. Trzeba coś z tym zrobić, póki można. Szybko umówiłam nam spotkanie. I chociaż zaczęły marudzić, przekładać terminy, to byłam nieugięta. Spotkanie dograne. Co prawda nie czwartek, a środowy wieczór.

Umówiłyśmy się na Starówce w miłej kawiarni, było ciepło, siedziałyśmy więc w ogródku. Jedna jadła wegańskie lody, druga popijała mrożoną herbatę bez lodu,a  trzecia jadła czy też piła deserową kawę z bananem i czekoladą. Bałam się,że początek będzie sztywny, ale Ewka od razu rzuciła nam się w ramiona. Od razu też złapałyśmy swój rytm. Obgadywałyśmy przystojnych facetów, i tych troszkę mniej też. Śmiałyśmy się z naszych problemów, które nagle przestały być problemami. Rozmawiałyśmy tak jakbyśmy rozstały się ledwie wczoraj pod uczelnią.

19204900_1689625391077500_1196759608_o

Poszłyśmy na długi spacer wiosennym jeszcze Gdańskiem. Zachowywałyśmy się troszkę jak te urocze wariatki. Śmiałyśmy jak idiotki, robiłyśmy setki zdjęć i każda z nas palnęła niejedną głupotę. Dawałyśmy sobie rady, dzieliłyśmy sekretami i dylematami. Wszystko na wesoło. Nie wiedząc kiedy zrobił się późny wieczór. Wracałam z Kasią autem. Mówiłyśmy,że musimy częściej się spotykać. W tym samym momencie dostałam wiadomość od Ewki – kiedy nasze następne spotkanie? Nie mogę się doczekać.

Ja też nie mogę.

ac91e481ffc29b306de761e5fd01c71f

 

Ścieżka dźwiękowa – Fisz Emade Tworzywo – Telefon

Zaplątana

Dzisiejszy wpis zainspirował wczorajszy dzień, wróć, przedwczorajszy. Wczoraj miałam wolne. A raczej droga do pracy. I 12 razy przesłuchany ten sam utwór. Tak, tak, zaplątałam się. Zapętliłam. Czasem tak mam. Są takie piosenki, których nie potrafię słuchać jeden raz. Ledwie się zacznie a ja zaczynam żałować, że upłynęło już 5 czy 10 cennych sekund i piosenka pędzi. A ja bym chciała ją zatrzymać. I zatrzymuję ją przy sobie w oryginalny sposób. Czyli po prostu puszczam sobie non stop. I o dziwo, są takie utwory, które mimo tego puszczania od nowa i raz jeszcze, nigdy mi się nudzą. Dziw to wielki, ale tak jest. Raz tak się zapętliłam , że całą drogę na wakacje – 300 km, słuchałam tylko jednej piosenki. Dalej ją lubię!

Zapraszam więc na przegląd moich zapętleń.

Na pierwszym miejscu będzie moje ostatnie zapętlenie. Piosenka wpadła mi w ucho ponad rok temu. Ot, czekałam na Fakty, leciała reklama, Jude Law wsiadał do super auta, w tle leciała ta piosenka, a ja przepadłam. Od razu zaczęłam szukać tego utworu, znalazłam i słuchałam jak zaczarowana. Potem na trochę mi przeszło. A ostatnio znów wróciło. Ze zdwojoną siłą. Nie ma możliwości bym nie zrobiła sobie codziennie seansu z tą piosenką. I jest to o tyle dziwne, że ten utwór nie jest jakoś specjalnie w moim stylu. Ale ma w sobie olbrzymią moc! I ta moc zdecydowanie mi pasuje i wprawia we wspaniały nastrój. Z pewnością nie kojarzycie tego nazwiska, więc przedstawiam Jimi Charles Moody. Tajemniczy młody Brytyjczyk, który dosłownie i w przenośni skradł moje serce.

Jimi Charles Moody – House of Moody

Następny utwór jest spokojniejszy. Ale dużo, dużo smutniejszy w odbiorze. Nie przeszkadza mi to jednak iść ulicą i śpiewać. I musi wyglądać co najmniej idiotycznie kiedy tak sobie drepcze w radosnej sukience w kwiatki i śpiewam, że w zasadzie to samobójstwo nie jest tak bolesne jak się mówi. Może już niektórzy będą kojarzyć. Ale nie powiem od razu, kto,co i dlaczego. Otóż ten zespół nie tylko tworzy wspaniałe piosenki swoje, własne, i osobiste, ale i genialnie działa w kwestii coverów. Ich interpretacje znanych utworów są często dużo, dużo lepsze niż oryginały-tak Rihanno, patrzę na ciebie. Nie inaczej jest i z tą samobójczą piosenką. Zasadniczo, na przekór, im częściej jej słucham, tym mam lepszy humor ! Duża w tym zasługa głosu wokalisty, po prostu mnie urzeka i wprawia w ekscytację. W pewnym momencie tej piosenki po prostu mam dreszcze. I mam ochotę spacerować, chłonąć piękno świata i nigdy nie wyłączać tego utworu. Najgorzej jak usłyszę ją rano w radiu, wtedy cały dzień chodzi mi po głowie. A gdzie tam po głowie, po całym ciele ! I non stop ją sobie nucę. Panie i Panowie., Manic Street Preachers.

Manic Street Preachers – Suicide is painless ( Thehe from MASH)

Będzie po polsku. Młoda wokalistka, piosenka  o nieco pokręconym tekście, mocny głos i dziwna energia. Ta energia dosłownie wsiąka mi w mózg. Zdecydowanie nie mogę poprzestać na jednym odtworzeniu. Jak na nią trafię to katuję bez ustanku. Uwielbiam ją śpiewać. Tak, szalenie podoba mi się jej tekst. Szczególnie ten fragment mówiący o tym, że bohaterka pieśni,chce oglądać całą gamę złości w kości i chce poczuć z kimś tlen. Wiem, wiem,dla kogoś może to być idiotyczne, ale ja nie potrafię się powstrzymać i słucham  tej piosenki aż mi padnie bateria w telefonie. Daria Zawiałow i jej Malinowy Chruśniak. Uwaga, z tym utworem jak z malinami, trudno poprzestać na jednym razie!

Daria Zawiałow – Malinowy Chruśniak

Teraz zmieniam klimat. Będzie parę panów w średnim wieku. Kiedy oni zaczynali to pani Darii nie było jeszcze na świecie. Panowie są z Polski, pewnie każdy ich dobrze zna. Nie musi lubić oczywiście, ale znać zna. I pewnie ma jakieś wspomnienia związane z ich muzyką. Ja mam. Mam takie, że oczywiście ciężko mi wyłączyć ich piosenkę. To jest śmieszne, ale moja mama kochała ten utwór. Tak bardzo, że przeszło na mnie. Miałam parę lat i śpiewałam razem z wokalistą, że znowu pada deszcz. I tak mi zostało. Potrafię kilkanaście razy z rzędu się zapomnieć i śpiewać ( za głośno), że jak się nie umie kochać wprost to kpi los i pada deszcz. Szczególnie jest to groźne kiedy mam zły nastrój. Wtedy nie odpuszczam. Katuję ten utwór do upadłego! Przepraszam sąsiadów, ale kiedy słyszę Lady Pank włącza się we mnie dzikie zwierzę i śpiewam jakby ktoś mi za to płacił.

Lady Pank – Znowu pada

Teraz czas na piosenkę samochodową. Nie wiem czemu, ale lubię ją sobie posłuchać jadąc autem. Potrafię tak non stop jej słuchać, aż dojadę do celu. O dziwo, ta piosenka w wersji niekoncertowej nie bierze mnie w ogóle, ot poleci, i koniec. Ale kiedy słyszę wersję z koncertu w Łodzi, to nie ma zmiłuj. Męczę samą siebie! I tak do upadłego. Non stop, aż pękają opony. No, może nie aż tak. Ale parę razy zirytowany kierowca chciał się mnie pozbyć z auta, mówiąc,a  raczej grożąc – jeszcze raz, a ciebie wysadzę. I wracaj sobie pieszo. Nie daję się. Tylko razem z wokalistą śpiewam, że trzeba trzymać fason. I klasę. Zawsze i w każdej sytuacji. Tak, tak, ten zespół to…. Toto.

Toto – Hold the line

I sam koniec. Wisienka na torcie. Nie mogło w zestawieniu nie znaleźć się moje ukochane Depeche Mode. Ta piosenka nie znalazła się na żadnej płycie jako jedna z 10-12 utworów, które znajdowały szersze uznanie i lądowały na płycie. To jest b-side, który moim zdaniem,, skromnym zdaniem, jest po prostu genialny. Sama nie wiem czemu nie znalazł się na płycie, ale liczę, że kiedyś tę tajemnicę wyjawią mi panowie, przy jakiejś herbatce. W każdym razie, kiedy zacznę słuchać tej piosenki to mam dreszcze. Uwielbiam napięcie, emocje, głos, muzykę, po prostu wszystko. Kiedy jej słucham zapominam, o całym świecie. Raz poszłam z nią na ustach na zakupy. Zapomniałam co miałam kupić, kupiłam zupełnie coś innego,ale zasadniczo w ogóle mi to nie przeszkadzało. Nic a nic. Kiedy tylko słyszę, że jeden dotyk, jeden pocałunek, a ona teraz ściga cienie jego ciała w swoim łóżku i jestem w niebie. Chociaż ta piosenka, no kurczaki pieczone, elektryzuje, zniewala, po prostu się rozpływam….

Depeche Mode – Ghost

Uwaga. Słuchacie na własną odpowiedzialność. Umywam się od wszelkiej odpowiedzialności, jeżeli i Was zapętli.

8c7c08a6017ba380dc19a264a44d4759

Chociaż na zdjęciu nie jestem oczywiście ja, to tak, mam w pokoju gramofon. Nie, nie kupiłam go w Biedronce. Używam codziennie. Tak, mam winyle. Zaskoczeni?

Ścieżka dźwiękowa –   Depeche Mode – A Pain That I’m Used To

I już tęsknię…

Nie, nie. Znowu nie będzie o tym jak to się zakochałam, poszłam na przecudowną randkę, typu kino na dachu teatru, potem lody, spacer po Starym Mieście a to wszystko zakończone podziwianiem wschodu słońca na plaży. Nie, nie. Nie będzie o tym to jak to tęsknię za weekendową labą, i narzekania, że znów przyszedł poniedziałek. Nie będzie narzekania, że tęsknie za spokojem jaki dawał mi tydzień bez siostry. A teraz wróciła, okropnie chora ( miks zapalenia krtani i zapalenia ucha) i swoim zachowaniem doprowadza mnie do szewskiej pasji. Nie, i jeszcze raz nie.

W piątek było po 23 już. Leżałam od kwadransa w łóżku. Jak na mnie była to już późna pora. Jako człowiek co rano wstaje, a to rano to dla niego 5 rano, powinnam już całkiem smacznie sobie drzemać. A ja dopiero co wzięłam relaksującą kąpiel. Zaszalałam. I kiedy tak próbowałam jednak nadrobić -choć przez chwilę, literackie zaległości, usłyszałam w radiu, że dzisiaj właśnie jest dzień przyjaciela. W zasadzie to już się kończy. Ale pani psycholog w materiale zapytała – czy pamiętaliście państwo dziś o swoich przyjaciołach? Pomyśleliście przez chwilę o nich. Szczerze się uśmiechnęłam.

Ten piątkowy dzień, ściśle rzecz ujmując popołudnie, spędziłam bowiem ze swoją przyjaciółką z podstawówki. Znamy się 22 lata. Szmat czas, aż nie chce mi się w to wierzyć. I wiecie co? Nie widziałyśmy się rok. Dokładnie 14 miesięcy. Mamy ciągły kontakt  przez telefon, maile, wiadomości, ale wiadomo, ona ma masę spraw swoich, ja swoich, ciężko nam zgrać termin. Co się umawiamy, to któraś musi przełożyć i odwołać. I zupełnie przypadkiem spotkałyśmy się właśnie w dzień przyjaciela. Miało być skromnie, szybko, trochę na wariata. Miała być szybka kawa. Zaczęło się jednak od plotek u mnie w domu. Jako, że sok nie zaspokoił naszego apetytu poszłyśmy do knajpy na obiad. Knajpa była na drugim końcu miasta. Szłyśmy i gadałyśmy jak szalone. Zamówiłyśmy to samo, zupełnie nieświadomie. Pasta z pesto i parmezanem. Kiedy dania wylądowały na stoliku przypomniałyśmy sobie, że obie nie lubimy parmezanu. I znów zagadałyśmy się tak, że właścicielka przytulnego bistro musiała nas wyprosić. Po prostu pół godziny temu powinna zamknąć knajpkę, a nam się przecież nigdzie nie śpieszyło. Potem spacer. Dziwna część, trafiliśmy na cmentarz. Spontanicznie moja przyjaciółka mówi – wiesz co chodźmy odwiedzić moją babcię, ona tak ciebie lubiła, na pewno będzie zadowolona, że wpadniemy do niej razem. Szalenie lubiłam jej babcię, ona mnie też. To była taka ciepła i życzliwa mi osoba. Niedawno zmarła, a , że praktycznie wychowywała moją przyjaciółkę były sobie szalenie bliskie i   ona bardzo przeżyła jej odejście. I tak stoimy na cmentarzu, a ona mówi – cześć babcia, przyprowadziłam ci Magdę, twoją trzecią wnuczkę. I chociaż moment był niezbyt radosny, to głowę daję, zrobiło mi się radośnie na sercu.

Wracałyśmy do domu okrężną drogą. Potem siedziałyśmy u mnie na kanapie, piłyśmy zieloną herbatkę i jadłyśmy tosty z masłem orzechowym i czekoladą. Moja przyjaciółka mówi mi – wiesz co , ja muszę przyjaźnić się z tobą do końca życia. Dlaczego? Bo jesteś jedyną osobą, która widziała jak sikam w majtki. I jedyną osobą od której pożyczyłam czyste majtki. Lepiej mieć ciebie po swojej stronie. Mamy prawie 30 lat, śmiejemy się jak te 8 latki na przerwie co grały w gumę i kupowały malinowe żelki po 5 groszy za sztukę. I ta siedzimy i gadamy, i mija nam kolejna godzina. I tak się ciężko rozstać. Ale trzeba.

I tak leżę w tym łóżku i słyszę jak pani psycholog mówi – przyjaźń jest wtedy, kiedy po spotkaniu, często po sporym czasie niewidzenia, tęskni się bardziej niż przed. Bo tyle jeszcze chciałoby się powiedzieć, tyle ważnych spraw omówić i podzielić się swoimi przemyśleniami.

Dokładnie tak się czułam. Zawsze tak mam. Po każdym spotkaniu, czuję ogromny niedosyt. Ale przez ten niedosyt przedziera się takie poczucie więzi. Takiej dziwnej. Bo nie musimy widzieć się często, ale wiemy, że jesteśmy sobie bliskie jak własne siostry. A czasem i bardziej….

d96136e8976e57d1a701b317de9ac530

W sobotę miałam zaś kolejne spotkanie. Tym razem okres niewidzenia się znacznie przekraczał rok. Mojego bardzo bliskiego kuzyna (moja babcia i jego dziadek to rodzeństwo) nie widziałam całe 9 lat. Nie dziwić to powinno, bo urodził się w Kanadzie i przyjeżdżał do kraju na zmianę z braćmi. Ostatnie spotkanie wypadło dokładnie 9 lat temu. Wtedy przyjechał dzieciak. Teraz dorosły facet po studiach. Towarzyszyła mu narzeczona, Kanadyjka o norwesko-belgijsko-irlandzkich korzeniach. Mieliśmy spotkać się na krótko, w końcu oni w Trójmieście byli tylko 5 dni, ale jak weszli to wyszli po ponad 5 godzinach. Chciałabym mieć jego luz, i otwartość. Wydaje mi się, że jednak nie jest to nasza rodzinna cecha, a rzecz nabyta. W każdym razie okazało się , że nie liczy się Ocean i lata rozłąki. Nie mogliśmy się nagadać.

89ae1aededcea51fc7ba3e09dbd19bbe

Tak, to był weekend pełen spotkań, wspomnień i pozytywnych uczuć.

Tęsknię do każdej chwili jaka minęła.

Ścieżka dźwiękowa –  Led Zeppelin – Good Times Bad Times

Minął miesiąc – maj

Uwielbiam maj. I z żalem go żegnam. To dla mnie jeden z dwóch najpiękniejszych miesięcy w roku. Ale jako, że kocham tak samo czerwiec, to jestem obecnie w dobrym położeniu. Przynajmniej mam nadzieję, że jestem w dobrym położeniu.

Maj, piękny miesiąc. Przyroda rozkwita, jest pięknie. Początek tegorocznego maja był jednak zaprzeczeniem piękna. Było zimno, śnieżnie, paskudnie. Pojawił się mróz, ciągle padało. Było po prostu koszmarnie. Gdzie te bzy? Kwitnące kasztany i zieleń? 8 maja sypał śnieg, i było – 0,2 stopnia. Mimo to miesiąc zaczął się aktywnie – od majówki, która pomimo zimowych kurtek i czapek, udała się wyjątkowo. I jeszcze długo będę ją miło wspominać. W ogóle ten miesiąc był aktywny. Z dużą chęcią chodziłam do pracy, coraz bardziej lubię to co robię. Owszem, chwilami dalej nie rozumiem co sprzedaję i co chce ode mnie klient, ale takich sytuacji jest już coraz mniej i mniej. Po pracy starałam się by każdy weekend był ciekawy. A jako, że pogoda zrobiła się nie tyle wiosenna, co letnia, to były spacery, dużo spacerów po plaży, gofry na molo i relaks na bulwarze. W ogóle maj to czas spacerów, zachwytu nad przyrodą i szukania bzu. Zapełniłam parapety i balkon kwiatami. Rosną jak szalone! W końcu udało mi się zorganizować spotkanie z przyjaciółką i moją ukochaną Zuzią, którą kocham rozpieszczać. Maj byłby dużo bardziej aktywny towarzysko gdyby to spotkanie klasowe nie rozlazło się w szwach, albo gdyby plany z minionego weekendu wypaliły. Niestety, majowa pogoda nie była dla mnie do końca łaskawa i zamiast miłego weekendu spędzonego w kinie z koleżanką na ambitnym filmie i byczeniu się na plaży, byczyłam się na łóżku i walczyłam z ogromnym przeziębieniem. Mimo gorszej końcówki ogólnie maj był przyjemny. Staram się nie pamiętać tej pierwszej części, zimowej. Ta druga była przepiękna pogodowo. I chociaż zdarzały się gorsze dni, to mimo wszystko będę je miło wspominać. Bo kiedy kwitnie bez to ja nie mogę mieć złego humoru. Przecież to oczywiste.

W maju udało mi się załatwić jedną ciężką sprawę, dodatkowo odwiedziłam mojego seksownego dentystę, który chyba obraził się, że zamiast za anonsowane pół roku, wpadłam po 10 miesiącach i po minucie kazał mi sobie iść. I zlecił kontrolę za pół roku. Ale ja nie  z tych, zapisałam się na wymianę plomby. Wymiękłam, musiałam wziąć znieczulenie, pierwszy raz w życiu. Jak ja potem tego żałowałam! Byłam sparaliżowana przez dwa dni. Ale chociaż spędziłam 25 minut w rękach najpiękniejszego i pachnącego najbardziej seksownymi perfumami dentysty. Warte to było każdego bólu.
W maju rządziły pierogi. Byłam w trzech pierogarniach. I tak, razem z bratem ulepiłam 178 sztuk pierogów z płuckami. Zrobiliśmy to w 3 kwadranse w pewien piątek,miałam na sobie wyjściową sukienkę. Siła rodzeństwa.

Hitem maja…. Hitem maja zostaje Acatar. Tak, tak, wiem to dziwaczne, ale tak jest. Przez 6 dni przetestowałam 3 leki na katar, i dopiero czwarty, kupiony w akcie desperacji dał radę okiełznać infekcję. Także ogłaszam go moim hitem. Naprawdę działa zgodnie z tym co obiecuje= w ciągu kilkudziesięciu sekund po aplikacji. I jaką daje ulgę! Przywraca chęć do życia. To mój największy hit.

W kwietniowej promocji w wiadomym sklepie kupiłam podkład. O dziwo, po zakupie dowiedziałam się, że ten podkład w wielu kręgach uznawany jest produkt kultowy. Zdziwiłam się, niełatwo będzie w końcu oceniać legendę. Ale zabrałam się testowania. Mój wybór padł na Lirene City Matt. Produkt zgodnie z nazwą, ma matować skórę i to robi. Ale nie jest przy tym nienaturalny, jest bardzo delikatny. Nie ma bowiem mocnego krycia, więc raczej nie jest dla osób, które wiele mają do ukrycia. Mi bardzo pasuje w ciepłe dni, bo jest lekki, cera wygląda naturalnie. a sam efekt matowienia nie jest zbyt mocny. To znaczy, nie wygląda sztucznie. To co mnie zachwyciło w tym podkładzie to genialne wygładzenie skóry, naprawdę mam wrażenie, że staje się jedwabista. Plusem jest też kolor, idealnie jasny dla mojej białej cery. Cenę ma fantastyczną. Minusem jak dla mnie będzie wydajność. Nie wiem czemu, ale inne podkłady starczają mi naprawdę na dużo, dużo dłużej. A tutaj po miesiącu-i to niecodziennego używania, zniknęło mi 3/4 opakowania. Nie rozpaczam za bardzo, bo w letnie miesiące i tak używam kremów CC bądź BB. Ale jednak znika za szybko, co czyni go mało ekonomicznych, mimo umiarkowanej ceny. Ale myślę,że warto spróbować.

Wiadomo, latem człowiek większą atencją darzy stopy, bo zaraz będziemy ubierać sandałki i w ogóle, jakoś tak wypada zadbać o te rejony. Jeżeli nie macie jak ja dużej cierpliwości to polecam genialny krem Perfecty – skarpetki złuszczające. Wystarczy posmarować sobie wieczorem stópki, a rano ich nie poznacie. Ja używam go prawie codziennie i jestem zachwycona. Cena jest śmieszna, 7,99 zł w najbardziej popularnej drogerii w kraju. Mam właśnie 4 tubkę tego kremu, więc o czymś to świadczy.

Zapach. W maju, tej cieplejszej części, odkryłam,że w pracy kiepsko mi się nosi moje ulubione mocne zapachy. W okolicach południa byłam już znużona zimowym aromatem. Dlatego też kupiłam sobie zapach do pracy. Bardziej wiosenny, delikatny, niemęczący. Nie chciałam wydawać za dużo, wybór padł więc na Avon Cherish. Mamy tutaj wiśnię, delikatne nuty drzwne i trochę piżma. Całość jest lekko owocowa, o dziwo bardzo przyjemna. Nie przesłodzona, w pracy jak znalazł. O dziwo spodobał się nawet mojej mamie, która uwielbia perfumy z wyższej półki. Te urzekły je lekkością, w ciepły dzień jak znalazł.

Minusem będzie szampon do włosów. Ja naprawdę w żaden sposób nie jestem wybredna, szampon ma myć i tyle.  Kiedyś przeczytałam, że szampon ma tak krótki kontakt z włosami, że nie warto przepłacać. Za to warto kupić lepszą odżywkę czy maskę. Od dłuższego już czasu byłam wierna jednemu szamponowi, który kocham i uważam,że jest świetny. Teraz jednak skusiłam się na nowość od Elseve, szampon z magiczną glinką. Kupiłam go bez promocji za 14,99 zł. Liczyłam na wiele, bo ten mój szampon to właśnie mieszanka glinki i cytryny. Ten jest droższy i myślałam,że będzie lepszy. A gdzie tam. To znaczy on oczyszcza włosy, ale po pierwsze o ile mój Ultra Doux naprawdę zapewnia 3 dni świeżości, to ten niecałe dwa – a obiecuje trzy. W południe następnego dnia po umyciu włosy wyglądają już nieciekawie.  A dodatkowo zabiera włosom cały połysk. Po umyciu są lekkie i świeże, ale za to matowe i wyglądają paskudnie. To znaczy moje wyglądają przez to paskudnie. Oddałam go bratu. Sama pokornie wróciłam do mojego ideału. Z opinii jakie znalazłam w internecie większość osób narzeka na to, że zostawia matowe włosy i wcale nie odświeża na długo. Niektórym wręcz nasilił problem. Nie dziwię się, że teraz w popularnej drogerii jego cena pikuje i można go już kupić za 8 zł. Taniej niż mój ideał.

Koniec laby. Dwa dni chorobowego. Ciężko się wraca do życia. Tym bardziej, że moje chorobowe dni były upalne. A teraz jest burzowo. Buu.

Tradycyjnie parę majowym ujęć. W maju moja siostra kupiła lustrzankę. Zrobiła mi sesję w golfie.

Ścieżka dźwiękowa- Tame Impala – Nangs

Sobotnie obrazki

Nareszcie weekend. O ile początek tygodnia był dość leniwy, i dzięki temu naprawdę przyjemny. Bo w pracy atmosfera zrobiła się bardzo luźna, a brak nadmiaru pracy wprowadzał w niemal wakacyjny nastrój-szczególnie w połączeniu z pogodą za oknem. Ale wszystko dobre szybko się kończy. Końcówka tygodnia to masy pracy, pośpiech, niemal chaos. Do tego zaatakowało mnie zaziębienie. Tak to jest, kiedy latem ktoś zachoruje, przyjdzie do pracy, i chociaż nic nie robi konstruktywnego to będzie prychał i kichał na wszystkich dookoła. I bach, paskudny wirus zaatakował moje gardło. Dawno mnie tak nie bolało. Do tego stopnia, że musiałam przełożyć wizytę u fryzjera. Brzmi banalnie? Do tego geniusza nożyczek zapisałam się…. Na początku kwietnia. Więc wyobraźcie sobie jak musiało mnie boleć, skoro nie znalazłam w sobie sił by podreptać na wymarzoną majową metamorfozę. Ledwo chodziłam do pracy. To znaczy ledwo mówiłam. Popijałam masę syropów i wyssałam dziesiątki tabletek. Z takim oto skutkiem.

Nijakim. Dlatego też dzisiejsza sobota jest leniwa i domowa. Czas zregenerować siły i podreperować zdrowie. Będzie dużo miodu, czosnku i witamin. Będzie zero wysiłku, a po prostu relaks, książki, seriale i zero wyrzutów sumienia.

Będzie za to teraz wspomnienie ostatniej niedzieli. Pięknej, nadmorskiej, nieco wietrznej, ale uroczej. Wiecie, że kocham to swoje geograficzne położenie? Ja nie mogłabym się urodzić w innym miejscu. Nie i kropka. Ja tutaj należę całym sercem.

Na jutro planuję małe porządki w szafie. Ostatnio zaszalałam. Nie wiem, to chyba przychodzącego przeziębienia, ale kupiłam nieco za dużo. Na przykład szorty. Po prostu uznałam,że będę się w nich opalać. W domu źle się czułam z tym zakupem. Nawet chciałam je oddać, ale ostatecznie uznałam,że będą idealne na plażę,bo ja nie znoszę kostiumów kąpielowych. Spodenki zakupiłam rano, przed pracą w…. Biedronce. Po pracy zaś stałam się dumną posiadaczką sukienki w kwiatki. W zasadzie to małej czarnej w kwiatki. Jest wspaniała, czuję się  w niej jakbym była wyjęta ze zdjęcia zrobionego w 1952 roku. Nieco przypominam w niej moją babcię. I koszulka. Z założenia kupiłam ją…. Nie wiem po co? Albo wiem, kupiłam ją bo taki miałam kaprys. Przedchorobowy. Do tego za dużo kosmetyków. I trzy bukiety konwalii. Aha, zapomniałam kupić lekarstw.

18742556_1719397238076466_1200162343_o

W Biedronce -kiedy kupowałam spodenki, a poszłam tylko po wodę mineralną, spotkałam kolegę z liceum. Moją pierwszą wielką sympatię. Był na mnie zły. Bo nie przyszłam na spotkanie klasowe i on się strasznie nudził. Ponoć mogłam go chociaż uprzedzić i on się biedak zastanawiał dwa tygodnie co się ze mną stało. Wspominał coś o grillu.  Eh, gdybym była 10 lat młodsza…. To bym dostała rumieńców i zapraszała gości na wesele. A dziś mnie to nie rusza. Nic a nic. Jestem ostra jak ból gardła. I znieczulona po tabletkach.

Aha. Zapomniałabym. Zaraziłam brata. Ale wmówiłam mu,że to on zaraził mnie. Uwierzył, więc mnie nie wydajcie.

Aha. Wczoraj do pracy wpadł mój chrzestny. Byłam zdziwiona, bo na co dzień wujek pracuje za granicą. Wpadł z sękaczem. 1,4 kg sękaczowej przyjemności tylko dla mnie. No dobra. Kawałek dałam mamie. I bratu. Za ten katar. Ale tylko po kawałeczku. Reszta dla mnie.

Wyłączam się. Włączam serial.

Zdrowego weekendu. Bez kichania.

 

Ścieżka dźwiękowa- Depeche Mode – Happiest Girl

Paczka w podróży

Jak widać nie potrafię do końca pożegnać tematu podróży. Tym razem będzie o podróży pewnej paczki. Paczki, którą wysłałam klientowi. Czynność tę wykonuję około 5 razy dziennie, tyle paczek wysyłam. Ale taka historia w historii mojej pracy zdarzyła mi się pierwszy raz. Mam nadzieję,że ostatni. Zapraszam na podróż z klamką w tle.

Nasz największy klient zajmuje się budową hotelu, a  raczej kwestią okien i drzwi. Obiekt jest ogromny i stanowi spore wyzwanie. Także dlatego,że inwestor chciałby połączyć niezwykły styl i klasę, z jak najmniejszymi kosztami. Wiadomo, niełatwo jest to połączyć. W każdym razie inwestor odrzucił 4 propozycje klamek, każda była nieodpowiednia jak na rangę hotelu. Niestety przy okazji nie chciał zwiększyć budżetu choćby o złotówkę. Udało się jednak przekonać producenta, żeby sprzedał nam ostatecznie wybrane przez niego klamki w bardzo promocyjnej cenie, bo ilość 400 sztuk robi wrażenie. Na szczęście się udało. Klient w piątkowe przedpołudnie zażyczył sobie dostać klamkę we wtorkowy poranek. I nie byłoby w tym nic trudnego, gdyby nie fakt, że owej klamki nie posiadaliśmy. Na szczęście producent niechętnie,ale ostatecznie się zgodził wysłać klamkę wprost do naszego klienta.

Minął weekend. W poniedziałek dostaję informację z firmy kurierskiej,że dziś dostarczą mi paczkę od pewnej firmy. Byłam zdziwiona bo dopiero planowałam zrobić zamówienie do nich, ale, ale… Nie, ale jednak tak. Zamiast do klienta, klamkę wysłali do nas. Ponoć nowy magazynier nie ogarnął sprawy i się pomylił. I klops. Bo jutro na 9 rano jest spotkanie z inwestorem i klamka być musi. A jest 400 km od siedziby firmy. Ostatecznie po paru nerwowych telefonach ustalamy, szybko wysyłamy towar, a oni odbierają go prosto z siedziby firmy kurierskiej o 8 rano, 50 km dalej.  Aby nie wysyłać jednej pokazowej klamki, do paczki wkładamy dwa inne zamówienia. Faktura opiewa na niemal 2 tysiące złotych.

Rano dzwoni telefon. Otóż inwestora coś zatrzymało za granicą, i przybędzie w środę. Można odetchnąć. Spokojnie czekają na kuriera.odetchnąć

Czekają, czekają, a kuriera nie ma. Sprawdzam w firmie kurierskiej, niestety przesyłka nocowała u nas w centrum przeładunkowym. Odłożyła sobie podróż i będzie w środę po południu. No, ok, niechętnie,ale nasz klient zdecydował się rano pojechać do siedziby firmy po paczkę. Wiadomo, prestiżowego inwestora się nie drażni.

Środa. Klient pojechał po paczkę. Można? Można . Trzymamy kciuki by klamki mu się podobały na żywo tak samo jak w katalogu, bo już nie wiemy co dalej możemy polecić, nie zwiększając ceny. Paczka odebrana.  Spokojnie wracam do swojej pracy. Dzwoni telefon. Miła pani pyta się czemu robię sobie z niej żarty? Takiego dnia? Zaraz ma przyjechać inwestor, ciasteczka na stole, kawa się grzeje, a ona, ona jest w dramatycznej sytuacji. Otworzyła bowiem paczkę i …

I w środku znalazła pokaźną sadzonkę. Po analizie dołączonej do sadzonki karteczki wiadomo, że zielone coś jest dumnym Rdestem Aubertą. Pani jest przerażona. Po chwili wybucha śmiechem. Nam do śmiechu nie jest. Oj nie jest.  Szybko kontaktuję się z producentem klamki, wysyła kolejną już paczkę błyskawicznie,ale choćby nie wiem co , dojdzie dopiero w czwartek. Los nam jednak sprzyja, inwestor zgadza się przełożyć spotkanie. Ponoć za bardzo nie krzyczy. Uradowani pracownicy postanawiają nieco nawodnić sadzonkę i postawić ją w słońcu. Uff. Ale, ale. Skoro do tej firmy przyszła sadzonka, to gdzie jest nasza paczka? Gdyby w środku była tylko jedna klamka, to już tam pal licho, machnęłoby się ręką. Ale przecież tam jest drogi towar, nie można jej zgubić. Dość szybko dochodzimy do wniosku,że w sortowni musiało dojść do pomyłki, nasz karton dostał list przewozowy roślinki, a roślinka w swoim kartonie powędrowała z naszym listem. Nie bardzo jednak wiemy czego się uczepić?  Na szczęście na „metce” roślinki jest nazwa szkółki. Uff. Teraz tylko zadzwonić, zapytać komu był wysłany owy rdest, i pokierować kuriera po odbiór. Proste? Proste.

Niekoniecznie.  Tego dnia bowiem pani wysyłała 78 paczek i naprawdę nie wie komu mogła wysłać dorodny rdest. Ale podpowiada by poszukać paragonu. Pani na drugim końcu kraju szuka paragonu i mamy go. Dostaję zdjęcie, przesyłam go dalej i po godzinie wiemy gdzie miała jechać sadzonka, mam numer listu przewozowego.

Na stronie firmy kurierskiej widać, że paczka została zatrzymana w sortowni, na marginesie, w zupełniej innej części kraju. Uznaję , że to dobry znak, może ktoś się połapał już co do pomyłki? Dzwonię na infolinię, pani przyjmuje zgłoszenie, obiecuje, że zadzwoni jeszcze dziś i będzie monitorować sprawę. Wierzę jej.

Mija 14 godzin, brak reakcji. Strona internetowa mówi,że paczka ciągle jest w sortowni. Dzwonię na infolinię, pani jest niemiła. Mówi,że skoro zgłoszenie zostało przyjęte mam czekać. Proponuję by ktoś z tej sortowni wziął tę paczkę, otworzył i sprawdził co jest w środku, dokładnie opisuję zawartość, wydaje mi się,że to jedyny najszybszy sposób by się upewnić,że ta paczka to ta paczka. Pani na mnie krzyczy, oni lepiej wiedzą co robić, mają swoje procedury. W ciągu godziny, góra dwóch będzie kontakt z ich strony. Grzecznie czekam.

Mija 5 godzin, znów dzwonię na infolinię. Rozmawiam oczywiście z inną panią, która jest milsza. Przekonuje mnie,że paczka jest w sortowni i na pewno pracownicy sprawdzą jej zawartość. Jeszcze raz bierze ode mnie dokładne dane co jest w środku. Obiecuje, że obejmie nadzór nad sprawą i pośpieszy koleżankę, która od początku zajęła się sprawą. Zapewnia mnie, że skoro paczka jest w sortowni, to znaczy, że nie ma się czego obawiać. Panowie zaraz ją otworzą, potwierdzą co zawiera, i przekierują do właściwego klienta. Czuję się uspokojona. Tym bardziej mi miło,że inwestor zaakceptował klamkę, podoba się. Pani z tamtej firmy dodatkowo zapewnia mnie, że dbają o sadzonkę, podlali ją solidnie i nawóz kupili i doświetlają ją na trawniku. Ponoć jest śliczny. Ten rdest.

Oczywiście w piątek rano nie było żadnego kontaktu. Wchodzę na stronę firmy kurierskiej i doznaję dużego zaskoczenia. Paczka opuściła bezpieczną sortownię, przejechała kolejne pół kraju i została…. dostarczona do odbiorcy. Tego, co zamawiał sadzonkę. Dzwonię nieźle poirytowana na infolinię. Teraz rozmawiam z bardzo niemiłą panią, ja też jestem niemiła. Pytam się jak to możliwe, że wczoraj rano paczka została dostarczona, skoro trzy godziny po rzekomym dostarczeniu pani mnie przekonywała,że jest w sortowni i jest wstrzymana jej dalsza droga? Pani nic nie wie. Z jej strony wszystko się zgadza, zgłoszenie przyjęte, są pewne procedury i koniec tematu. Mam czekać.

Czekam. Zero kontaktu. Znów dzwonię, ale efekt ten sam- mamy swoje procedury, wszystko wiemy lepiej, trzeba czekać. Biorę sprawy w swoje ręce, a raczej telefon. Dzwonię do szkółki roślin, proszę o telefon kontaktowy do pani co kupiła sadzonkę. Pani chętnie mi go podaje, na szczęście ona nie była zobligowana dziwnymi procedurami. Ale sama jest zdziwiona, że pani nie zgłosiła reklamacji, że zamiast drzewka dostała okucia. No cóż, dzwonię.

Nie dodzwoniłam się. Przez cały weekend pani miała wyłączony telefon.

W poniedziałek znów dzwonię do firmy kurierskiej. Rozmawiam z panem, konkretny typ. Mówi, że sprawa jest trudna, z jego strony wszystko się zgadza. Ciężko coś tutaj zadziałać. No fajnie. Telefon.

Dzwoni pani od sadzonki. Wyjaśniam jej całą sprawę, mówię,że przez pomyłkę dostała okucia i proszę by podała kiedy może przyjechać kurier zabrać od niej tę paczkę. Nie pozwalałam pani dojść do głosu, a jak już pozwoliłam, usłyszałam,że żadnego kuriera nie było. Pani cały tydzień siedziała w domu z dzieckiem i nie było kuriera. Napisała już trzy maile do szkółki roślin gdzie jej rdest? Pani zaprzecza by przyjechał do niej kurier. Radzi zapytać w firmie kurierskiej kto odebrał paczkę, kto się podpisał? Dzwonię, może to coś pomoże?

Na szczęście połączyło mnie z  tym samym miłym panem. Pan sprawdza protokoły internetowe, jest tam wyraźnie napisane – odbiorca paczki podpisał się nieczytelnie. Papierowej wersji nie ma, telefonu do kuriera podać nie może. I jest pat, bo pani twierdzi i przysięga na wszystko, że kuriera nie było. A firma twierdzi, że paczkę dostarczyła. A z racji tego, że są firmą kurierską,a  nie mafią, nie wpadną do domu tej pani i nie będą szukać paczek ukrytych w piwnicy. Z ich punktu widzenia wszystko się zgadza. Odbiorca otrzymał swoją paczkę.

Zonk w tym, że ja na 100 % pewna nie jestem czy to na pewno była nasza paczka. Nie da się tego sprawdzić bo firma kurierska twierdzi, że paczka została skutecznie dostarczona, zaś odbiorca zarzeka się, że kurier jej nie odwiedził. Reklamacja napisana, ale jak uczciwie powiedział konsultant, z ich strony dopełniono wszystkich procedur. Paczka zgodnie z listem przewozowym została dostarczona odbiorcy. I koniec tematu.

I w ten oto sposób straciliśmy prawie 2 tysiące złotych. Dalej nie wiemy gdzie jest nasza paczka. I pewnie nigdy się nie dowiemy.

main

Ścieżka dźwiękowa- Baio – The names