Z czerwonego dywanu

Jest weekend. Wiadomo, podczas weekendu nie ma czasu na trudne tematy, które są trudne, i dlatego, że wszyscy wiemy jak są trudne, to trzeba je omówić, by przekonać się jak bardzo są trudne. Ja od razu zajmę się tematem lekkim, ładnym i przyjemnym. Jak wiecie, na modzie znam się tyle o ile. To znaczy wiem co mi się podoba a co nie. Czyli podstawy mam. Lubię obejrzeć z moją mamą ładne sukienki. Dlatego też wieczorami mama często mnie woła by pokazać jakąś kreację wprost z czerwonego z dywanu. Omawiamy, wymieniamy spostrzeżenia, oceniamy. Dlatego dziś, z okazji weekendu, przeniesiemy się do słonecznego Cannes i pooglądamy sukienki. Nie powiem, że piękne sukienki, bo niektóre potrafią sprawić, że człowiek traci wzrok i docenia swój domowy dres. Nudny, zwykły, ale z jaką klasą! Także popatrzmy na wielkie aktorki, sławne modelki i malutkie gwiazdeczki, które przyjechały tam by oglądać filmy, promować kosmetyki, albo same siebie.

Zacząć od tych pięknych, czy tych co mnie szczerze przerażają? Zacznę od tych drugich. A czemu by nie? Miejmy to za sobą.

Pani Emily Ratajkowski. Swojskie brzmiące nazwisko i to tyle. Nie wiem kim ta pani jest. Wiem, że jest ładna, a dzięki internetowi wiem, że potrząsała pupcią w jakimś teledysku. Ładna, zgrabna, potrafi potrząsać, uwaga, może zatrząść światem. Czy światem mody? Patrząc na tę kreację nie sądzę. Emily wygląda bowiem jakby zapomniała do końca się ubrać i przywdziała na prędce koronkowe body, które nosi po domu gdy czeka na narzeczonego. Ale poszła w nim na czerwony dywan. Te dwa coś-naprawdę nie wiem jak to nazwać, przypomina mi nieco jaszczurkę. To znaczy Emily odziana w body przysiadła na jaszczurce. Wiele jestem w stanie zrozumieć, ale konstrukcji tego czegoś zupełnie nie łapię. Ale jak mówiłam, nie znam się widocznie. Suknię stworzył niejaki Peter Dundas. Przyznaję, chłop ma ogromną wyobraźnię.

all-ons_1063006172-dsc

Aishwarya Rai. Tak, nie jest to kopciuszek, a słynna Hinduska. Pamiętam jak dawno temu oglądałam dokument o ślubach amerykańskich Romów. I była tam panna, która miała bardzo, bardzo, bardzo szeroką suknię. Tak szeroką, że nie zmieściła się w przejściu między ławkami i do ołtarza musiała iść bokiem. A i tak zahaczała o gości. Widać Aishwarya też oglądała ten dokument i postanowiła pobić tamtą pannę młodą. Udało się jej. Wiecie, ja wszystko rozumiem, ale jeżeli metryka wskazuje 44 lata, pakowanie w sukienkę, która mówi- jestem zakochana w Belli i chętnie ubieram sukieneczki księżniczek z Disneya jest trochę śmieszne. Poza tym mam wrażenie, że w środku tej sukienki dwóch asystentów piękności z czerwonego dywanu dzielnie podtrzymuje kreację i pomaga jej iść.

 

aishwarya-rai-bachchan-in-michael-cinco-2

Kendal Jenner. Nie będę udawała, że jej nie znam, bo przecież sama pisałam, że w chwilach braku energii życiowej, oglądam ich reality show w ramach terapii. Zawsze myślałam,że to jest ta najbardziej rozsądna siostra. Czy modowo również? No właśnie chyba nie. W przypadku tej kreacji mam wrażenie, że autor ( Giambatista Valli ) zaczął od trenu i tego czegoś na ramieniu. A potem po prostu zabrakło mu materiału. I wyszło takie dziwne, dziwne coś. Do tego jeżeli dobrze widzę, na nogach widzę skarpetki. Nie wiem, może zimno było?  Myślę, że mogłabym zaprojetkować podobną kreację. Jakby co polecam się na przyszłość.

kendall-jenner-nude-sandals-cannes-film-festival-03

Do grona najgorzej ubranych muszę dołożyć trzy panie, które bardzo lubię i smutno mi, że je  krytykuję. Wyobrażam sobie jak Salma dzwoni do Jessiki a tam sięga po telefon i wyznaje Robin, że Magdalena je skrytykowała i postanawiają w związku z tym podciąć sobie żyły mydłem w płynie. Drogie panie, wstyd. Salma wygląda jakby pożyczyła sukienkę od swojej 9 letniej córki. Jessica za bardzo przypomina żabę, a  Robin ma niepokojąco olbrzymie ramiona…. Mam nadzieję,że panie po prostu przegrały jakiś zakład i musiały tak się ubrać.

Chciałam pominąć pannę Bellę Hadid, ale nie mogę. Kiedy widzi się coś takiego, to szczęka opada. Przypomnę , że dziewczyna ma 19 lat. Musi być bardzo, bardzo zdeterminowana by świat mówił tylko o niej. Nie wiem jednak czy noszenie wyjściowych majtek na festiwal to najlepszy wybór? Z drugiej strony gdybyśmy wszystkie chodziły tylko w majtkach, względnie z firanką w roli przyzwoitki, to pomyślcie, jakież to oszczędności byśmy poczyniły?

cannes-red-carpet-best-dressed-2017-day-9-ss02

Teraz ta milsza dla oka część, czyli piękne sukienki, które mnie zachwycają i wprawiają w lekką zazdrość. Bo jak wiecie ja po prostu kocham sukienki.

Lily Rose Depp. Prawie równolatka Belli. Gdybym była złośliwa, powiedziałabym znajdź pięć różnic? 18 letnia panna Depp wygląda adekwatnie do wieku, świeżo, dziewczęco, naturalnie. Wie, że jej atutem jest niebanalna uroda. Nie musi pokazywać światu swoich majtek. A sukienka jest przepiękna. Sprawdziłaby się jako ślubna sukienka na wesele na plaży.

lily-rose-depp-ddaa7bc6-c1ac-400b-8774-2d0e29cf33bf

Uma Thurman, nie wiem co w sobie ma, ale ja ją uwielbiam. Na tegorocznym festiwalu pokazała parę przepięknych sukienek, mniej najbardziej porwała jednak ta. Ta sukienka pokazuje- tak, Bella, palec mam skierowany na ciebie, że prześwity nie muszą wcale być równoznaczne z byciem wulgarną i tandetną.

uma-thurman-xlarge_trans_nvbqzqnjv4bqimq0gsbkzch_-jhfxstkol9t1pg2vdixv7okycowklu

Kolejne wyróżnienie wędruje do Doutzen Kroes. Jak to mówią ładnemu we wszystkim ładnie. Doutzen, eteryczna blondynka w czerwieni? Dobry, bardzo dobry wybór. Właściwie to nie mam nic do dodania. Poza tym ,że jestem zachwycona.

rs_720x1024-170525111717-634-doutzen-kroes-amfar-cannes

Świat zachwycał się kolejną czerwoną sukienkę. Tę należącą do Julienne Moore. Owszem, była ładna, ale dla mnie nieco za bardzo obfita w pióra. Nie mam nic do ptactwa, a Julienne tamta sukienka pasowała, ale moje serce podpiła ta biała, też z piórami! Nieco skromniejsza jak na standardy czerwonego dywanu, ale robiąca wielkie wrażenie.

cannes-red-carpet-best-dressed-2017-224208-1495135508917-image-600x0c

Na koniec moja ulubienica Nicole. Z Nicole Kidman łączy mnie data urodzenia, co sprawia, że na pewno bardzo się lubimy. W każdym razie Nicole w tej sukience wygląda wspaniale. I chociaż na co dzień nie uznaję tego co się błyszczy, to na czerwonym dywanie….

40c076dc00000578-0-image-m-31_1495650314506

Ścieżka dźwiękowa- Depeche Mode – All that’s mine.

Sobotnie obrazki

Nareszcie weekend. O ile początek tygodnia był dość leniwy, i dzięki temu naprawdę przyjemny. Bo w pracy atmosfera zrobiła się bardzo luźna, a brak nadmiaru pracy wprowadzał w niemal wakacyjny nastrój-szczególnie w połączeniu z pogodą za oknem. Ale wszystko dobre szybko się kończy. Końcówka tygodnia to masy pracy, pośpiech, niemal chaos. Do tego zaatakowało mnie zaziębienie. Tak to jest, kiedy latem ktoś zachoruje, przyjdzie do pracy, i chociaż nic nie robi konstruktywnego to będzie prychał i kichał na wszystkich dookoła. I bach, paskudny wirus zaatakował moje gardło. Dawno mnie tak nie bolało. Do tego stopnia, że musiałam przełożyć wizytę u fryzjera. Brzmi banalnie? Do tego geniusza nożyczek zapisałam się…. Na początku kwietnia. Więc wyobraźcie sobie jak musiało mnie boleć, skoro nie znalazłam w sobie sił by podreptać na wymarzoną majową metamorfozę. Ledwo chodziłam do pracy. To znaczy ledwo mówiłam. Popijałam masę syropów i wyssałam dziesiątki tabletek. Z takim oto skutkiem.

Nijakim. Dlatego też dzisiejsza sobota jest leniwa i domowa. Czas zregenerować siły i podreperować zdrowie. Będzie dużo miodu, czosnku i witamin. Będzie zero wysiłku, a po prostu relaks, książki, seriale i zero wyrzutów sumienia.

Będzie za to teraz wspomnienie ostatniej niedzieli. Pięknej, nadmorskiej, nieco wietrznej, ale uroczej. Wiecie, że kocham to swoje geograficzne położenie? Ja nie mogłabym się urodzić w innym miejscu. Nie i kropka. Ja tutaj należę całym sercem.

Na jutro planuję małe porządki w szafie. Ostatnio zaszalałam. Nie wiem, to chyba przychodzącego przeziębienia, ale kupiłam nieco za dużo. Na przykład szorty. Po prostu uznałam,że będę się w nich opalać. W domu źle się czułam z tym zakupem. Nawet chciałam je oddać, ale ostatecznie uznałam,że będą idealne na plażę,bo ja nie znoszę kostiumów kąpielowych. Spodenki zakupiłam rano, przed pracą w…. Biedronce. Po pracy zaś stałam się dumną posiadaczką sukienki w kwiatki. W zasadzie to małej czarnej w kwiatki. Jest wspaniała, czuję się  w niej jakbym była wyjęta ze zdjęcia zrobionego w 1952 roku. Nieco przypominam w niej moją babcię. I koszulka. Z założenia kupiłam ją…. Nie wiem po co? Albo wiem, kupiłam ją bo taki miałam kaprys. Przedchorobowy. Do tego za dużo kosmetyków. I trzy bukiety konwalii. Aha, zapomniałam kupić lekarstw.

18742556_1719397238076466_1200162343_o

W Biedronce -kiedy kupowałam spodenki, a poszłam tylko po wodę mineralną, spotkałam kolegę z liceum. Moją pierwszą wielką sympatię. Był na mnie zły. Bo nie przyszłam na spotkanie klasowe i on się strasznie nudził. Ponoć mogłam go chociaż uprzedzić i on się biedak zastanawiał dwa tygodnie co się ze mną stało. Wspominał coś o grillu.  Eh, gdybym była 10 lat młodsza…. To bym dostała rumieńców i zapraszała gości na wesele. A dziś mnie to nie rusza. Nic a nic. Jestem ostra jak ból gardła. I znieczulona po tabletkach.

Aha. Zapomniałabym. Zaraziłam brata. Ale wmówiłam mu,że to on zaraził mnie. Uwierzył, więc mnie nie wydajcie.

Aha. Wczoraj do pracy wpadł mój chrzestny. Byłam zdziwiona, bo na co dzień wujek pracuje za granicą. Wpadł z sękaczem. 1,4 kg sękaczowej przyjemności tylko dla mnie. No dobra. Kawałek dałam mamie. I bratu. Za ten katar. Ale tylko po kawałeczku. Reszta dla mnie.

Wyłączam się. Włączam serial.

Zdrowego weekendu. Bez kichania.

 

Ścieżka dźwiękowa- Depeche Mode – Happiest Girl

Jest maj, jest majówka

Skończył się ten wielki weekend, który potocznie zwie się majówką. Rzeczywiście w tym roku był wyjątkowo długi, z tego co zauważyłam wiele naszych współpracowników zrobiło sobie wolne w czwartek i piątek, i miało naprawdę solidne wakacje. Owszem, jeżeli ktoś nie wypuścił się do dalekich krain mógł narzekać na pogodę, ale bądźmy szczerzy, nawet podczas wyjątkowo zimnego maja można fajnie spędzić czas. Trzeba po prostu ciepło się ubrać, zabrać dodatkowy szalik i pewnie termosik z herbatką.

Tegorocznej majówki nie planowałam. Mówiąc szczerze miałam kiepski piątek, byłam pewna, że rozkłada mnie jakaś choroba i nawet się ucieszyłam, że nie mam planów. Przynajmniej nie muszę niczego odwoływać ani żałować. Z takim nastawieniem poszłam spać w piątkowy wieczór i zaczęłam weekend. Długi weekend.

W sobotę nastawienie mi się nie zmieniło. Dalej dokuczał mi ból głowy, zatkany nos i ogólne rozbicie. Zabrałam się więc za nadrabianie domowych zaległości. Akcja porządki, wiosenne, naiwnie liczyłam,że to może przywołać wiosnę. Posprzątałam tam i tu, i jeszcze tu i tam gdzie nikt nie zagląda. Upiekłam ciasto i doznałam olśnienia- spróbuj wziąć podwójną dawkę leku na alergię, a nuż pomoże i nieco mnie ożywi łamane na otrzeźwi. Wzięłam tabletki i poszłam spać.

W niedzielny ranek o mało nie umarłam. Naprawdę miałam wrażenie, że los się na mnie uwziął i o ile niektórzy mają szczęście w miłości, inni w finansach, to ja mam szczęście w nieszczęściu. Co się stało? Okazało się, że nie powinno się brać tabletek tuż przed snem. Co prawda moje tabletki miały wyraźnie napisane, że rozpuszczają się same w buzi,ale to niekoniecznie jest prawda. Moje tabletki nie do końca się rozpuściły, i o mało mnie nie zabiły. Na szczęście nie doszło do zejścia z tego świata. Po ataku duszności z radością odkryłam, że żyję. I z radością odkryłam,że nie mam już tak męczącego kataru. Wzięłam kolejną tabletkę i zaczęłam dzień. Najpierw długi spacer, co z tego,że paskudnie wiało, było słonecznie, radośnie i wiosennie. Tym bardziej,że spacer zakończyłam w Lidlu. W Lidlu tym poczyniłam zapasy amerykańskich lodów, które teraz są tam na stałe |( więc nie wiem po co robiłam zapasy?). Czasem jednak marzenia się spełniają. Jako, że słońce nie zamierzało nas opuszczać ruszyłam na Starówkę. Malinowa herbata, ulubiona kawiarnia, spacer wśród tysięcy turystów. Jak mi tego było trzeba. To była porcja energii, bardzo pozytywnej. W domu zaś bezwstydnie jadłam późną porą lody w łóżku, zajadając je ciastem i popijając cydrem. Czyż życie może być piękniejsze?

Może. W poniedziałek szybka pobudka. Nie ma wylegiwania się w łóżku, co z tego,że majówka, o 6 koniec laby. Trzeba się ogarnąć, porządnie najeść, upiększyć co nieco , wybrać stosowny ciuch-wygodny, ciepły i niebrudzący się. Przygotować wałówkę i w drogę. Dokąd? Ludzie z nad morza jadą nad wodę. Tym razem jednak słone zasoby, zamieniamy na te słodkie, śródlądowe. W niedzielę z powodu braku planu na dzień następny, a także  w powodu mojego uwolnienia od zatkanego nosa wpadłam spontanicznie-podczas spaceru, na pomysł całodniowej wycieczki. Przekonałam rodzinę i w drogę. Ten dzień zaczęliśmy w Ostródzie, a skończyliśmy w Olsztynie. Moim wyborem okazał się rejs po kanale Elbląskim statkiem wycieczkowym. Kontakt z  naturą, zielenią, totalny relaks. Trzygodzinny detoks dla duszy i w zasadzie dla ciała też. Przez trzy godziny można siedzieć i podziwiać widoki. Zero książek, telefonów, cywilizacji. Nic tylko woda i zieleń. Potem Olsztyn, miasto, które bardzo lubię, i które powoli staje się moim majówkowym must have. Spacer, obiad,  chałwowe lody. Do domu wróciłam bardzo, bardzo późno. Ale za to bardzo, bardzo zadowolona.

 

Wtorek zostawiłam sobie bez planu. Bezwstydnie (słowo klucz) wstałam o 6.45 i spokojnie weszłam w ten wolny dzień. Pyszne śniadanie, porcja jogi, prasówka, kubek zielonej herbaty. Jak fajnie nigdzie się nie śpieszyć. Szczególnie jeżeli jest to wtorek. Po śniadaniu uzupełniłam na spokojnie braki w bibliotece, i wróciwszy wyrwałam siostrę z łóżka. Jako, że dzień wcześniej gdzieś pomiędzy rejsem statkiem, a Olsztynem zgubiłam swój szal, musiałam więc kupić nowy. A jako,że niezdecydowana ze mnie bestia siostra miała dokonać ostatecznego wyboru. Spokojny spacer, długie zakupy i dużo słońca – tego mi było trzeba. Mojego humoru nie popsuło nawet to, że sklepowa kasa miała potężną awarię, i dopiero po 30 minutach udało mi się zapłacić za to co wybrałam. I tu się chwalę, pomimo 30 minutowego obchodu po sklepie, do koszyka nie dodałam nic ponad ten szal i wiosenne rajstopy. Brawo ja. Reszta dnia zapowiadała się bardzo leniwie. Tak leniwie, że na obiad zrobiłam jedynie jajka sadzone, z odsmażanym makaronem i marchewką mrożoną. To znaczy jednak ją ugotowałam. Jakoś moment po obiedzie, gdzieś tak koło 16.30 mój brat mówi-wczoraj umówiliśmy się do kina, zbieraj się. Halo,halo, ja i kino? Śmiech na sali, gdzie,kiedy się niby zgodziłam? No mówiłem, że mamy do wyboru 2, 3, albo 4, wybrałaś  drugi maja. Aha, pamiętam. Byłam wtedy otumaniona przez chałwowe lody i w ogóle śpiąca bo było coś przed 22, a my wciąż wracaliśmy do domu. Spojrzałam na brata, a on rzekł- no jak nie chcesz to zrozumiem, nie będzie mi przykro. Mi się zrobiło przykro i zebrałam swoje drobne w kości i w drogę. W tym roku biję kinowy rekord, 5 miesiąc  a ja byłam dwa razy. Dość powiedzieć, że do tego roku, przez ostatnie 5 lat byłam jeden raz. Szaleję jak nigdy. Wypad udał się wyśmienicie. Byłam zachwycona. Tym bardziej,że byliśmy w kinie studyjnym. Małe kino, gdzie przychodzi się na film, a nie do kina. Nie ma popcornu i coli. Nikt nie siorbie, rozmawia, nie ma intymnych randek. Jest za to niezwykła atmosfera, stare fotele i chwilowa wspólnota. Ha, pewnie czekacie na tytuł filmu? A to poczekacie jeszcze. To taki film, o którym muszę powiedzieć nieco więcej. A jak teraz powiem tytuł i zapamiętacie,że byłam zachwycona, to nikt nie przeczyta recenzji i nie dowie się dlaczego. Tak więc drugi maja zakończyłam gdzieś koło 23. A następnego dnia….

18339627_1698268703522653_827901588_o

Następnego dnia znów pobudka wcześnie rano. Co prawda pogoda była kiepska, ale to nie był powód by siedzieć w domu. Spontanicznie postanowiliśmy pojechać na spacer i obiad do…. Torunia. Autostradą to w końcu tylko 90 minut. Na miejscu okazało się,że jest jeszcze zimniej niż u nas. A logika podpowiadała,że im bardziej w głąb lądu tym cieplej, niestety. Było szaro i zimno. Ale co to dla nas? Były pyszny obiad, był długi spacer, były obowiązkowe lody u Lenkiewiczów, poprzedzone kwadransową kolejką i wielkie dylematy-sernikowe, piernikowe czy Oreo? Były dobre nastroje, pozytywne zmęczenie i poczucie,że cały weekend był nadzwyczaj udany.

A potem przyszła męcząca codzienność. Taka codzienność kiedy pogoda dobija i dobija. A praca irytuje. No cóż, nie zawsze ma się długi weekend.

Ścieżka dźwiękowa – Depeche Mode – Love, In Itself

Minął miesiąc-kwiecień.

I tak, i tak, proszę państwa minął kolejny miesiąc. Nie wiem sama czy minął niczym biczem strzelić, czy jednak pozwolił delektować się sobą? Mam mieszane odczucia.

Podobnie mieszane odczucia mam wobec samego kwietnia.

W moim horoskopie napisali, że będzie to miesiąc rozwijania swoich talentów i skupienia uwagi czy to na hobby, czy na pracy. Szef miał mnie docenić i miałam zyskać uznanie otoczenia-tego w pracy. To się sprawdziło. Dostałam sporą premię na święta, za to, że rozwiązałam parę problemów. I wiecie co? Coraz bardziej lubię tę swoją pracę, coraz bardziej wkręcam się w świat zawiasów. Zauważam u siebie początki fachowego oka. Kiedy miałam przedświąteczny urlop na przygotowanie świąt, było mi smutno,że nie jestem w biurze, zastanawiałam kto co zamawia i w ogóle, co tam słychać. Paliwa starczyło mi jedynie na połowę miesiąca. I tutaj znów horoskop ogłosił hamowanie. Więcej nerwów, stresu, gorszego samopoczucia i napięcia. Duży wpływ miała na to niestety fatalna pogoda. W zasadzie od świąt padało, na zmianę ni to deszcz ni śnieg. Wiało, było przeraźliwie zimno, każdego ranka żałowałam,że już się obudziłam. Wystarczyło spojrzeć za okno i miało się dość wszystkiego.

Mimo tego hamowania i gorszej drugiej połowy miesiąca nie mogę powiedzieć,że to był nieudany miesiąc. Ale nie był też jakoś szczególnie pomyślny. Ot, typowo kwietniowa przeplatanka.

Starałam się być aktywną na przekór pogodzie, odwiedziłam 4 fajne knajpki, zjadłam najlepszą i najdroższą rybę w moim życiu. Do tego była to chyba najmniejsza porcja jaką przyszło mi konsumować. W każdym razie zjadłam jadalną ziemią, na której szef kuchni położył pstrąga i okazało się,że jest to smaczne i naprawdę jadalne. Odkryłam nową genialną pierogarnię,  a w niedzielne poranki razem z siostrą chodziłyśmy na miodowe latte, które choć na moment odganiało chmury. Plan oszczędzania mi się udał. Choć biorą pod uwagę pewną kosmetyczną promocję, i przywoływanie wiosny zakupem nowych, a jakże marynarskich trampek, oraz nowej torebki,to jestem szczerze zdziwiona,że mi się udało.

Towarzysko kwiecień leżał. Owszem, w ramach akcji miłych weekendów spędzałam je miło, i poza domem, ale jednak w towarzystwie siostry i rodziny. Nasze niedzielne wyjścia, są owszem bardzo fajne, ale znów widzę,że moje koleżanki na wiosnę, wolą spędzać czas ze swoją rodziną i dziećmi na różnych aktywnościach. Oczywiście temu się nie dziwię, ale muszę nad tym punktem programu popracować i w maju być aktywniejsza.

W kwestii aktywności pamiętacie jak w lutym byłam zachwycona ping pongiem? W kwietniu kupiłam paletki, i wróciłam do gry. Najpierw próby w domu-da się grać. Ale lepiej korzystać ze stołu, a stół mam pod balkonem. Pierwsze gry za mną. Wspaniały relaks i masa śmiechu.

Kwiecień. W sumie to chyba dobrze, że się już skończył. Jego ostatnie dwa tygodnie były kiepskie. Z miesiąca na miesiąc, z tygodnia na tydzień, z dnia na dzień, jestem coraz bardziej podatna na pogodę. Kiepską pogodę dodajmy. Im więcej deszczu, szarości i wiatru, tym mniej mnie w mojej głowie i ciele. Zaczynam rozumieć moją kuzynkę i powody jej wyprowadzki do Hiszpanii – czytaj pogoda. Ostatnio żaliła mi się, że mają ochłodzenie. Z 26 na 20 stopni. A u mnie wciąż mniej niż 10 kresek. Liczę na ciebie drogi maju, przynieś słońce u upragnione ciepłe dni. I dużo, dużo bzu.

Teraz standardowo, moje kosmetyczne odkrycia kwietnia. Wiadomo, w Rossmannie była promocja kosmetyczna, kupiłam co chciałam, rozsądnie, z listą. Wpadłam z siostrą- a jakże, o 8 rano w czwartek, wzięłam co miałam-zgodnie z listą, po 3 minutach byłam przy kasie. Można? Można.  W każdym razie moja siostra kupiła sobie genialną matową pomadkę pewnej firmy na B. Mi było jednak szkoda nawet po promocji ją sobie zafundować. Pamiętacie, ja oszczędzam, a uwaga posiadam 26 mazideł do ust. Walczyłam sama z sobą, ale ta  Lena sknera wygrała. Ale, ale. Na pocieszenie dwa dni później w pewnym markecie na B., zobaczyłam matową szminkę, pewnej firmy na B. W cenie, zabójczej cenie 8,89 zł za sztukę. Włożyłam ją do koszyka pomiędzy 4 pomidorami, jednym ogórkiem, sokiem z jabłek i dwoma islandzkimi jogurtami. Więc wzięłam ją i pomalowałam od niechcenia. Ku mojemu zdziwieniu za każdym razem przechodząc obok lustra odnotowywałam obecność pomadki na ustach. Mało tego, pomimo zjedzenia dwóch kanapek, kubeczka truskawek, 3 herbat i jogurtu o smaku bzu, pomadka dalej trwała. Dnia następnego zrobiłam testy porównawcze z moją siostrą i jej pomadką 6 razy droższą. I tu szok, obie mają taką samą trwałość – 6 godzin. Tak, 6 godzin. Owszem, mój Bell ma brzydsze opakowanie, mniejszy wybór kolorów i poddał się kwadrans wcześniej,ale za to nie wysuszył ust jak jej koleżanka. I wiecie co? To był mój największy kosmetyczny hit. Idąc do Biedronki upolujcie matową pomadkę w płynie Bell. Szczerze polecam.

Czasami mam pecha. No na przykład podkład do twarzy idealnie skończył się dwa tygodnie przed ową promocją w sklepie na R. Nie chciałam kupować tego, na który polowałam w regularnej cenie, więc kupiłam podkład na przeczekanie. Taki byle jaki, tak myślałam. Znów marki Bell, podkład korygująco-rozświetlający. Cena śmieszna, kolor bardzo dobrze dopasowany do mojej cery, mogłam próbować, niewiele w końcu traciłam. I kolejne zaskoczenie, ten podkład okazał się bardzo dobry. Bałam się,że efekt rozświetlenia polegać będzie na napakowaniu do środka masy brokatowych drobinek,ale nie. Ten podkład nadaje cerze wygląda jakby naturalnie rozświetlonej przez słońce. Elegancki i naturalny. Idealny na co dzień, nie kryje za mocno,ale zasłania to i owo, nie wysusza, trzyma się parę godzin bez skazy, wytrzymuje cały czas w pracy. Jak na cenę moim zdaniem jest naprawdę świetnym wyborem. Jeżeli nie widać różnicy z droższymi produktami to po co przepłacać?

Nie przepłacam też za krem pod oczy. O x lat- bliżej 10, niż mniej, stosuję jeden. Dokładnie to z Ziaji  z bławatkiem, rozjaśniający cienie. Jak dla mnie krem idealny, robi wszystko to co obiecuje, a nawet więcej. Do tego kosztuje prawdziwe grosze i jest obłędnie wręcz wydajny. Ziaja ma różne kosmetyki, lepsze i gorsze, ale ten krem to mój osobisty hit nad hitami. Nigdy go nie zmienię. Nigdy.

Porażką okazał się dla mnie nowy szampon z glinką Elseve. Nabrałam się na reklamy, i na to,że kocham szampon z glinką i cytryną z Ultra Doux i cóż, za zdradę się płaci. Płaci rozczarowaniem  i dokładnie 15, 99 zł brutto. To nie to, że ten szampon nie oczyszcza. Oczyszcza, ale pozbawia włosy blasku, życia i energii. W gruncie rzeczy zaraz po umyciu wyglądają nijako. Kupiłam, to męczę się z całą butelką, ale nigdy więcej go nie kupię. Szampon z Ultra Doux kosztuje dwa razy mniej,a  działa milion razy lepiej. Także nie polecam.

 

 

Ścieżka dźwiękowa- Lady Pank- Tacy sami

Szata zdobi człowieka – czyli o sztuce doboru garderoby.

Kiedyś nie znosiłam zakupów. Wybierałam coś na szybko, byleby uzupełnić garderobę i tyle. Często okazywało się, że moje zakupy są po prostu porażką. Totalną. Miałam siedem takich samych bluzek, niestety,byle jakich, ale za to kupionych z zamkniętymi oczami.

To nie tak, że ja się modą i tym co mam na sobie nie interesowałam. Nie, od małego miałam swój styl i w zasadzie niewiele się on zmienił. Ale nie znosiłam chodzić do sklepów z ubraniami. Dużo osób się dziwiło-jakbym miała twoją figurę, to bym non stop chodziła na zakupy. A ja zawsze się wstydziłam. Czego? No właśnie mojej chłopięcej figury. I w ogóle nie wiedziałam co mam wybierać by czuć się dobrze. Do mojej twarzy i sylwetki nie pasowały bowiem poważne kroje, zaś źle czułam się w tych młodzieżowych. Tak, ten etap ,zaraz po studiach był dość ciężki. Wydawało mi się,że o pewnych rzeczach powinnam zapomnieć, zaś na inne nie byłam chyba gotowa. Ale na szczęście posłuchałam mądrzejszych od siebie. Był taki etap,że oglądałam jak nałogowiec program modowy za programem. Skupiłam się na tych prowadzonych przez fachowców, głównie na zagranicznych kanałach. Zbierałam branżowe artykuły i porady, i jest. Moja szafa dziś jest prawie idealna. Prawie, bo zawsze brakuje mi jednej, czy dwóch dodatkowych sukienek, które kocham miłością szaloną.

Co więc jest w mojej szafie?

Od małego kochałam nadmorski klimat i ubrania rodem z Riwiery. Paski, biel, granat, trampki, rozkloszowane spódnice i wąskie spodnie 3/4. Lubię też kwiatowe wzory, ale uwaga,tylko na sukienkach. Nigdy nie lubiłam zresztą wzorów. No poza paskami. Groszków zaś nie akceptowałam. nie widziałam sensu w noszeniu bluz w pączki czy banany. Dla mnie ubranie musi być uniwersalne, czyli praktyczne. Stąd wzory są niepożądane. Wyłączając sukienki. One nie muszą być praktyczne. One mają być po prostu piękne. I mogą wisieć w szafie latami czekając na swój wielki debiut. W kwestii sukienek nie mam żadnych wyrzutów sumienia, że coś jest piękne, ale kompletnie niepraktyczne.

caf5205d21bc351c335b8a7aa310d543

Natomiast inne stroje…

W mojej szafie zawsze muszą być:

Kardigany. Nie wyobrażam sobie bez nich życia. Pewnie wyjdzie na to, że mam za dużo tych klasycznych sweterków, ale nie wyobrażam sobie bez nich życia. Zimą wybieram te maksymalnie ciepłe, latem lżejsze. Koniecznie muszą mieć kieszenie, i mieć neutralne kolory. Szary, granatowy, khaki. Owszem śmieją się nieco ze mnie, że tak je lubię. Ale nie zamierzam zmieniać nic w moich uczuciach, miłość do zapinanych na guziczki sweterków, jest stała i silna. Nudnie? Możliwie, ale to moja nuda.

f3bd5dc10c92e6cc16de9befb0eaa7e4
Sweterki rządzą.

Jeansy. Jestem stałą fanką, podobnie jak w przypadku kardiganów. Aczkolwiek pamiętam,że moje jeansy nie zawsze były takie idealne. Ot, kiedyś miałam fazę na dzwony. Dzwony z rzemykami. Albo dzwony z kieszonką na kolanach-bardzo praktyczną zresztą-ściągi na fizykę i te okolice. Miałam też jeansy z kwiatkami. Ale, ale. Jakoś tak w 3 liceum stałam się nudna. Do kwadratu. Zaczęłam nosić rurki i tak trwam. Zmieniają się tylko kolory. Poza jedną parą spodni z tą niby dziurą typu boyfriend, moje spodnie są praktycznie identyczne. To spodnie w stylu znajdź 5 różnić między odcieniem. Najbardziej lubię te ciemne, nie czarne, ale bardzo, bardzo ciemne. W nich czuję się i wyglądam najlepiej. I co z tego, że to szalenie nudne połączenie-sweterek i jeansy?

a284808353ba9995897a336433454d6c
Ukochana nuda, jeansy i luźniejszy t-shirt.

Nie, nie noszę sweterków na guziczki bez bazy. Bazą są koszulki. Najchętniej białe. Choć lubię też szarości. Matko i córko, ja naprawdę jestem nudna. Mam parę czarnych muzycznych koszulek. Nie powiem jakich bo to oczywista oczywistość. Tak więc mam takie koszulki, kupuję je w zasadzie nałogowo. Bo noszę non stop. Zimą pod sweterek, latem zamiast sweterka. Najbardziej lubię te luźniejsze, nieco dłuższe.  Nuda i nuda.

 

Nudne nie są sukienki w kwiatki. Tutaj pozwalam sobie na fantazję. Lubię sukienki w stylu, który czyni je uniwersalnymi. Takimi, które można nosić do pracy, jak i pójść na rodzinną imprezę. Przyznaję, ciężko mi takie znaleźć. Ale próbuję. A próby te kończą się często tym, że ląduje w mojej szafie  kolejna urocza sukienka, która czeka na swój wielki debiut,niczym debiutantka z dobrego domu. Ale cóż, jestem uzależniona. Do sukienek noszę trampki,baletki, albo sandałki. Wszystko płaskie i wygodne.

7332ef46319ee8e13a42e1a48b768123
Długa sukienka, kwiatki i sweterek. Zestaw idealny.

Osobą kategorią są oczywiście małe czarne. Mam sześć. Z czego cztery nigdy nie noszone,ale nie kupione, a dostane w prezencie. Moja mama się z tego śmieje. I ma rację.  Ale ja uwielbiam czerń. Czerń na sukienkach. Moje małe czarne są podobne, ale zupełnie inne. Najczęściej noszę je do teatru. Ze sweterkiem oczywiście. P.S. Pisząc te słowa przeglądam szafę. Znalazłam siódmą małą czarną.

 

Spódnice. Długie spódnice. Z tymi krótkimi mam problem, za to te długie… Wiosną, latem i wczesną jesienią noszę je prawie codziennie. Koniecznie powinny mieć kieszenie i ciemny kolor. Jedna nawet ma wzór. Jest szaro-czarna, półprzeźroczysta. Takie uwielbiam, są lekkie, pasujące na każdą niemal okazję, i eleganckie. Chociaż do pracy również świetnie się nadają. I co  z tego, że mam tylko 167 centymetrów wzrostu? Uwielbiam je. Do tego t-shirt i sweterek. Tak dla pewności i bezpieczeństwa. W końcu nigdy nie wiemy kiedy zawieje wiatr….

e4a25bdee27569010dc7289a73ad6716

Buty. Jestem dziwna. Ba, na pytanie buty czy torebka, odpowiem nowa książka. Nie kręcą mnie w ogóle. Mają być wygodne, płaskie, stabilne i niedrogie. Nie znoszę wysokich obcasów. Jestem pokręcona, wiem, ale na mojej studniówce miałam 5 centymetrowe, stabilne obcasiki i myślałam,że umieram. Od tej pory nie noszę nic co ma więcej niż 1,5 centymetra ponad ziemię. Owszem, nie jestem miss wysokości i pewnie przydałoby mi się dorzucić parę centymetrów obcasika,ale hola, hola, moje samopoczucie i komfort są najważniejsze. Tak więc rządzą u mnie trampki, tenisówki, balerinki…

Moi modowi idole? Hmm. Lubię codzienny styl  Reese Witherspoon. Lubię wysoką modę w wykonaniu księżnej Kate,  lubię te niepraktyczne sukienki . Z polskich gwiazdek lubię to jak ubiera Magdalena Boczarska i Maja Ostaszewska.

Czego nie lubię? Hmm, krótkich szortów, bo mam  za chude nogi. Krótkich spódniczek, bo czuję się jakbym miała 7 lat i szła na początek szkoły. Nie lubię marynarek i sztywnych materiałów. Krótkich i obcisłych górnych części garderoby. Nadmiaru kolorów, cekinów, wszystkiego co ładnie wygląda, ale jest nieprzyjemne w noszeniu, niepraktyczne i drogie. Nie znoszę legginsów, szpilek i krótkich kurtek. Jakichkolwiek dekoltów, głupowatych wzorów i napisów w stylu Jestem seksi. Odkąd skończyłam studia, liczy się dla mniej jakość. Wolę kupić raz jedną rzecz,ale porządną. A nie cztery,ale byle jakie. Wyleczyłam się z nadmiaru. No dobra, nie w kwestii sukienek. Ale jakiegoś bzika mieć trzeba. Tak dla zdrowia.

db811b7eb86b7ec2f77222ae16a51d53
W czymś takim nigdy mnie nie zobaczycie. A jak chcecie zobaczyć fajny film, to Rabble zaprasza na Festiwal Filmowy, gdzie można wybrać bilety do kina

Ścieżka dźwiękowa- Leonard Cohen- First we take Manhattan 

Minął miesiąc-marzec

W marcu jak w garncu. Dokładnie tak było. I uwaga, przewidział to horoskop. Miały być zawirowania zawodowe i osobiste, i były. Zmienne nastroje i brak pewności siebie. Jednocześnie miałam poczuć się pewniej w pracy, i tak właśnie było, zostałam doceniona. W drugiej połowie miesiąca miałam stać się osobą bardziej energiczną i samodzielną, i znów dokładnie tak było.

Pierwsza część miesiąca to przykre sprawy, albo raczej trudne sprawy na bogato. Napięcia w pracy, dawne niezałatwione sprawy urzędowe, które wymagały natychmiastowego wręcz zajęcia się tematem i drżeniem czy wszystko uda się załatwić o czasie i pozytywnie oczywiście. Brak pomysłów na spędzanie wolnego czasu, fatalna pogoda, totalny brak słońca, pośpiech i sporo trosk spowodowało powrót gorszego samopoczucia, czyli nawrót problemów ze zdrowiem. Ach ten złośliwy żołądek, do tego czułam wiosnę w powietrzu. Ale nie czułam aromatów kwiatków i pączków drzew. Nie, to był katar,wiecznie piekące oczy i bolące gardło. I te zatoki znów wróciły. Nie zliczę ileż najadłam się leków, i ile zostawiłam części pensji w aptece. Zdecydowanie w marcu jak to w garncu. Starałam się w weekendy spacerować, ale nie oszukujmy się, spacer w deszczu, chłodzie i szarości za wiele radości z sobą nie niesie. I nie pozwala odstresować się tak jak należy.

W drugiej połowie miesiąca poczułam zaś zdecydowanie wiosnę, nie tylko w nosie, ale i na duszy. Odczułam napływ porcji energii, co z tego, że delikatnej, dla mnie był to jak zastrzyk czystą witaminą Życia. W pracy zaczęło się układać, codzienne spacery zaczęły sprawiać mi przyjemność, więc codzienna rutyna przestała mnie męczyć. Wróciły ciekawiej spędzane weekendy. W marcu odwiedziłam wspaniałe Muzeum II Wojny Światowej. Poszłam też na długą randkę sama z sobą do kawiarni. Dobra książka i duże cappuccino. Samotne wyjścia są naprawdę przyjemne.Dziwne, w marcu wypiłam więcej kawy niż przez całe moje życie. Z kostką gorzkiej czekolady i dużą ilością mleka. Taki mam poranny standard w pracy. O dziwo, przyzwyczaiłam się tego napoju. A ileż dodaje mi energii. Dzięki kubkowi tej mieszanki przeżyłam tę zmianę czasu i mogę podsumować marzec.

Marcowa energia i samodzielność. Hmm, rozszalałam się w tym temacie. O jednej sprawie nie będę mówić, by nie zapeszać. Zresztą co jak co, ale nie mam na nią większego ciśnienia. Będzie co ma być. Może w ogóle o niej zapomnę? Zaś ta druga, ta druga to musi się udać. Aczkolwiek nie w kwietniu, ba, nawet nie w tym roku. W każdym razie marzec, a dokładniej jego końcówka okazała się naprawdę kreatywnym czasem. I spontanicznym. I samodzielnym w myśleniu i podejmowaniu ważnych decyzji. Napiszę o tym później,niebawem. W każdym razie nie mogę powiedzieć, że marzec był jedynie złym miesiącem. Nie był też jedynie dobrym. Było jak w garncu.

W tym miesiącu znalazłam za to  najgorszy kosmetyk wszech czasów. Otóż strzeżcie się arganowego kremu do rąk z Avonu. Skusiłam się na niego, bo uznałam,że krem do rąk to krem do rąk. Nie można go w żaden sposób popsuć. Och, jaka ja byłam naiwna. Wiecie, że całą dużą tubkę zużyłam w 2,5 dnia? I to nie dlatego, że ten krem był tak wspaniały, że nie mogłam przestać go używać. Nie, on prostu w ogóle nie nawilżał. W ogóle się nie wchłaniał, tak jakbym polewała ręce wodą. Chyba pierwszy raz tak się wściekłam na najgorzej wydane 5 złotych w moim życiu.

Dla równowagi wypróbowałam też tusz do rzęs z ich oferty reklamowany przez Kożuchowską Małgorzatę. Z tego co pamiętałam to Avon zawsze miał dość fajne tusze. Przynajmniej ja byłam zadowolona. I teraz też się nie zawiodłam. Nie dość, że kosztuje niecałe 30 złotych, to wspaniale działa. Niesamowicie wydłuża,  idealnie rozdziela ,a  to tego jest tak lekki i delikatny dla rzęs. A przy tym zaskakująco trwały. Efekt mam taki sam jak z moim ukochanym L’Orealem, tyle, że dwa razy taniej.

No cóż na półce perfum sporo, ale na dzień kobiet skorzystać musiałam z okazji i kupiłam w promocji zapachy z oferty Rossmanna. Jeden siostra, jeden ja. Zapłaciłam połowę ceny. Wybrałam trochę na ślepo, Naomi Campbell Pret a porter.  Pani mi doradziła, jako ostateczna ostateczność. po tym jak stałam pół godziny przed półkami zapachowymi i wciąż zmieniałam zdanie. Oczywiście jak tylko zapłaciłam uznałam,że zrobiłam źle, bo przecież byłam pewna, że chcę tamten inny. Ale trudno, w domu przetestowałam i przepadłam. Bardzo kobiecy, idealny w te chwile,kiedy brakuje nam pewności siebie, albo pogoda powoduje,że mamy fatalny nastrój.  Miks owoców, waniliowego deseru, do tego róża i fiołki. O dziwo całość jest i smaczna, i trwała i naprawdę sprawia, że czuję się przyjemniej.

Mówiłam miliard razy, uwielbiam kupować lakiery do paznokci, ale nie znoszę malować paznokci. Bo nie potrafię, naprawdę, maluję wszystko poza tym co trzeba. Kiedyś w Biedronce kupiłam lakier marki Bell, jakaś linia wakacyjna, coś z Maroko, piękny turkusowy kolor,mieniący się kilkoma innymi barwami. Podziwiłam go w opakowaniu, aż mnie coś naszło, odkręciłam opakowanie i bach, pomalowałam co miałam. Ku mojemu zaskoczeniu malowało się idealnie, nie wiem czy to zasługa konsystencji czy pędzelka,ale pomalowałam paznokcie. Idealnie, aż mnie brat pochwalił. Ku mojemu zdziwieniu lakier wytrwał ze mną cały dzień. I drugi i trzeci, i tak 6 dnia zmyłam go, bo uznałam,że czas na olejkową regenerację. Cudo za 5,99 zł. A mam doświadczenie, testowałam bowiem dziesiątki drogich lakierów i żaden nie był tak przyjemny w obsłudze.

I na koniec coś o włosach. Lubię swoje włosy, ale ostatnia zima je osłabiła. Już nie były jak zawsze- miękkie, delikatne i lśniące. I to bez zabiegów i kosmetyków. No dobra, do włosów używałam jedynie szamponu. Teraz jednak musiałam coś zrobić by włosy przestały mi się łamać z wrażenia. Kupiłam maskę L’ Oreal. magiczna moc olejków. Wielkim plusem jest to, że trzyma się ją 5 minut. Ma piękny zapach, cudownie się błyszczy, i naprawdę działa. Włosy wróciły do formy w dwa tygodnie. Pewnie udział w tym mają też witaminy, ale szczerze mówiąc nigdy nie miałam  tak lśniących włosów jak teraz…

Ścieżka dźwiękowa- Family Of The Year– Cast Off

 

Doceń siłę natury

Hanka od dziecka uważała, że nie jest tak atrakcyjna jak jej mama i starsza siostra. Gabrysia była idealna, szczupła, o bujnych kręconych włosach w kolorze winnego brązu. Do tego miała twarz aniołka. Każdy na jej widok od urodzenia mdlał i wzdychał i tracił rezon. No, ok, Hania bardziej przypominała babcię Danusię, czyli miała solidne kości, miała też po niej rude, proste włosy i piegi. Ale czy to czyniło ją mniej atrakcyjną? Hania była ładną, wesołą i mądrą dziewczynką o wspaniałym charakterze. Mimo wszystko ciągle zazdrościła siostrze, uważała,że zdecydowanie Matka Natura się nie postarała. Od gimnazjum podkradła siostrze kosmetyki byleby zatuszować za małe -jej zdaniem usta, i za wydatne oczy. Wiecznie była na diecie, głód oszukiwała litrami wypijanej wody z listkami mięty i plasterkami cytryny, ale waga nie chciała ani drgnąć. I słusznie, bo dość trudno jest schudnąć z kości. Hania zaczęła farbować włosy, nakładała na twarz tony za ciemnego podkładu, byleby ukryć złociste plamki na nosie. Godzinami szukała informacji o typie sylwetki i sposobach na dodanie sobie paru centymetrów- ach, jaka szkoda, że mama krzyczała na nią za każdym razem gdy próbowała wyjść do szkoły w butach na niebotycznie wysokich koturnach. Albo gdy 10 raz w miesiącu wyciągała mamę na zakupy po jeansy, które idealnie uniosą jej zapadnięte pośladki, a jednocześnie „znikną” jej zdaniem mało zgrabne łydki. W liceum Hania zapisała się na zumbę, biegała, jeździła godzinami na rowerze i rolkach, wydawała całe kieszonkowe na suplementy diety, i kosmetyki. Byleby schudnąć i osiągnąć magiczne 48 kilogramów. Byleby jej włosy zaczęły się kręcić, a pupa wyglądała jak u amerykańskiej celebrytki. No i ten biust, Hania marzyła by zmniejszył się połowę. Hania latami dążyła do ideału. Nigdy się sobie nie podobała. Bo jak to, piegowaty rudzielec, który ma grube łydki, za długie palce, i dziwne szare oczy może być atrakcyjny? Hania nie czuła się kobieco, pięknie i odpowiednio. Ciągle walczyła z Matką Naturą. I chociaż ma dziś 25 lat ciągle wierzy, że ją przechytrzy i będzie wyglądać jak sobie wymarzyła.

Gabrysia, tak, ta urocza, śliczna, z puszystym brąz lokiem i idealną figurką. Gabrysia wyglądała jak modelka, taka wysoka, taka patykowata, o buzi, o której namalowaniu mógłby marzyć sam mistrz Leonardo. Gabrysia wiedziała, że od dziecka się podoba. Innym. Bo kiedy ona patrzyła w lustro nie widziała nic pięknego, wręcz przeciwnie. Gabrysię irytowały jej anielskie rysy, te niebieskie oczka, pełne usta i wydatne policzki. Jej zdaniem usta były za duże, wyglądające na sztucznie, a oczy zaś za banalne. Gabrysi nie podobały się jej włosy, loki są w końcu takie trudne w utrzymaniu. Z zazdrością patrzyła na proste i rude włosy siostry. Marzyła by jej włosy przestały się skręcać w niekontrolowane loki, których nie znosiła i godzinami prostowała. Gabrysia zazdrościła też siostrze kobiecych kształtów, kuszących bioder i pełnego biustu. Odkąd straciła nadzieję,że naturalnie wszystko urośnie i się zaokrągli tu i ówdzie, została mistrzynią w kreowaniu sztucznej talii i tricków na powiększenie biustu. Nie kupowała tego co się jej podoba, tylko to co zatuszuje jej braki. Dziewczyna nie znosiła też swoich stóp. Uważała, że są za duże. Gabi nosiła rozmiar 42. Nigdy, dosłownie nigdy, nie założyła sandałów. Uważała, że wygląda jak kosmita, albo co najmniej nurek. Dziś Gabrysia zamieniła się w Gabrielę. Ma dobrą i odpowiedzialną pracę, udany związek, ale wciąż uważa, że nie jest atrakcyjna. Zupełnie nie rozumie jak ktoś może ją podziwiać, oglądać się za nią na ulicy i prawić komplementy, czy świat naprawdę nie widzi, że ona ma tyle wad i tyle walki musi stoczyć z Matką Naturą by wyglądać jako tako. Jedynie jako tako.

Wiele z nas jest jak Hania i Gabrysia. Bądźmy szczere, lubimy szukać w sobie wad i narzekać. Na za krótkie nogi, nieidealną wagę, za cienkie włosy, niezbyt pełne usta i lekko odstające uszy. Lubimy same siebie krytykować, same dla siebie jesteśmy niemiłe. Same sobie jesteśmy wrogami. Za często. Pamiętam tę scenę, miałam 7 lat, mama była u fryzjera, nie miała co ze mną zrobić, albo raczej nie miała co zrobić z moim paromiesięcznym bratem, poszłam z nią do tego fryzjera,by bawić brata w wózku. Mamy fryzjerka zachwycała się nami, ale powiedziała – taka urocza córeczka, a ma takie mysie włosy. No taka mysza, szczur czy inny gryzoń. Wiecie co? Nigdy, przenigdy, a mam już praktycznie 29 lat,nie pomalowałam włosów. Nie zmieniłam koloru, chociaż jest totalnie nijaki. Ale za to jaki wyjątkowy. Zimą robi się ciemniejszy, latem tańczy w nim słońce. Pewnie, mogę zazdrościć siostrze naturalnego ciemnego brązu, albo czerni bratu, ale co mi to da? Jestem chodzącą myszą. I dobrze mi z tym.

Pamiętacie jak w sklepie usłyszałam, że mam super figurkę, ale w ogóle nie mam biustu? Tak, jestem wagi piórkowej, do tego nie posiadam żadnych kobiecych atrybutów. Można mnie pomylić z gimnazjalistą. Nie przeszkadza mi to jednak nosić do pracy dresowej, bardzo luźnej bluzy, na przekór chyba wszystkim zasadom. Bo powinnam nosić dopasowane rzeczy, koniecznie wzorki na górze, a na dole buty i spodnie w jednym kolorze. Zdecydowanie odrzucam wszystkie zasady. Jestem myszą. Taką małą, drobną myszką, co bywa niewidzialna. A to, że mało kobieca? Matka Natura wiedziała co robi, gdybym była posiadaczką biustu Salmy Hayek i chłopięcych chudości wyglądałabym hmm, nieadekwatnie z każdej strony. A tak jestem myszą.

Gdzieś usłyszałam,że powinnam schować swoje piegi. Bo to takie dziecinne. Możliwe, ale ja je uwielbiam. Uwielbiam letnią porę gdy pojawia się ich jeszcze więcej. Nie mogę się doczekać gdy znów moją buzię rozświetli masa złocistych plamek.

Uwielbiam moje oczy. Są takie dziwne, nikt nie wie, zielone one czy brązowe? Kto tam wie, i co z tego? Może nie mają określonego koloru,ale są moje. Łączą dwie rodziny. Zieleń mamy, i brąz taty. Do tego bujne rzęsy, które same z siebie wyglądają jak pomalowane dobrym tuszem. I brwi, które są tak czarne, że aż lśnią.

Nie będę kłamać, nie lubię bladości swojego lica. Nie dlatego, że mi nie pasuje,bo pasuje idealnie , tylko dlatego, że żadna firma nie wymyśliła tak trupiego koloru podkładu do twarzy. Jeżeli kiedyś traficie na  odcień- Magdalena, to znaczy, że ta biel jest moja, inspirowaną moją trupią karnacją. Na poważnie mam z tym problem. Słońce mnie nie muska, lato czy zima, wyglądam jak szczur. Szczur, mysz, jeden gryzoń.

Nie mówię byśmy porzuciły wszystkie kosmetyki i zapomniały o pewnych trikach, które pozwalają nam ukryć jakiś mankament. Ale by nie popadać w przesadę i nie spędzić życia na dążeniu do ideału, którego nie ma. Zawsze zazdrościłam mamie pięknych loków. Niestety moje włosy są najbardziej prostymi włosami na świecie, moim włosom nawet prostownica się kłania z szacunkiem. Nic to, na studniówkę zamarzyłam sobie burzy loków. poszłam  do fryzjera. Wróciłam do domu, głowa pod kran, i po fryzurze. Wyglądałam jakby strzelił mnie piorun, albo nie, dwa pioruny. Matka Natura wiedziała co robi.

Spójrzmy na siebie życzliwiej. Znajdźmy swoje atuty i cieszmy się swoim naturalnym pięknem.Bo jesteśmy piękne.  I te w lokach, i te z krzywymi nogami. I zamiast szukać kolejnych wpadek Matki Natury uśmiechnijmy się do siebie w lustrze. Zamieńmy nasze drobne niedoskonałości w zalety. Siła tkwi w naturalności.

fdd2e8cfcf62427eb33ea9fd604c3003

Rabble proponuje kod rabatowy do Sephory. Nowy, wiosenny zapach idealnie będzie kontrastował z naturalnym makijażem 🙂

Ścieżka dźwiękowa-  Maanam – Lipstick On The Glass