Jest maj, jest majówka

Skończył się ten wielki weekend, który potocznie zwie się majówką. Rzeczywiście w tym roku był wyjątkowo długi, z tego co zauważyłam wiele naszych współpracowników zrobiło sobie wolne w czwartek i piątek, i miało naprawdę solidne wakacje. Owszem, jeżeli ktoś nie wypuścił się do dalekich krain mógł narzekać na pogodę, ale bądźmy szczerzy, nawet podczas wyjątkowo zimnego maja można fajnie spędzić czas. Trzeba po prostu ciepło się ubrać, zabrać dodatkowy szalik i pewnie termosik z herbatką.

Tegorocznej majówki nie planowałam. Mówiąc szczerze miałam kiepski piątek, byłam pewna, że rozkłada mnie jakaś choroba i nawet się ucieszyłam, że nie mam planów. Przynajmniej nie muszę niczego odwoływać ani żałować. Z takim nastawieniem poszłam spać w piątkowy wieczór i zaczęłam weekend. Długi weekend.

W sobotę nastawienie mi się nie zmieniło. Dalej dokuczał mi ból głowy, zatkany nos i ogólne rozbicie. Zabrałam się więc za nadrabianie domowych zaległości. Akcja porządki, wiosenne, naiwnie liczyłam,że to może przywołać wiosnę. Posprzątałam tam i tu, i jeszcze tu i tam gdzie nikt nie zagląda. Upiekłam ciasto i doznałam olśnienia- spróbuj wziąć podwójną dawkę leku na alergię, a nuż pomoże i nieco mnie ożywi łamane na otrzeźwi. Wzięłam tabletki i poszłam spać.

W niedzielny ranek o mało nie umarłam. Naprawdę miałam wrażenie, że los się na mnie uwziął i o ile niektórzy mają szczęście w miłości, inni w finansach, to ja mam szczęście w nieszczęściu. Co się stało? Okazało się, że nie powinno się brać tabletek tuż przed snem. Co prawda moje tabletki miały wyraźnie napisane, że rozpuszczają się same w buzi,ale to niekoniecznie jest prawda. Moje tabletki nie do końca się rozpuściły, i o mało mnie nie zabiły. Na szczęście nie doszło do zejścia z tego świata. Po ataku duszności z radością odkryłam, że żyję. I z radością odkryłam,że nie mam już tak męczącego kataru. Wzięłam kolejną tabletkę i zaczęłam dzień. Najpierw długi spacer, co z tego,że paskudnie wiało, było słonecznie, radośnie i wiosennie. Tym bardziej,że spacer zakończyłam w Lidlu. W Lidlu tym poczyniłam zapasy amerykańskich lodów, które teraz są tam na stałe |( więc nie wiem po co robiłam zapasy?). Czasem jednak marzenia się spełniają. Jako, że słońce nie zamierzało nas opuszczać ruszyłam na Starówkę. Malinowa herbata, ulubiona kawiarnia, spacer wśród tysięcy turystów. Jak mi tego było trzeba. To była porcja energii, bardzo pozytywnej. W domu zaś bezwstydnie jadłam późną porą lody w łóżku, zajadając je ciastem i popijając cydrem. Czyż życie może być piękniejsze?

Może. W poniedziałek szybka pobudka. Nie ma wylegiwania się w łóżku, co z tego,że majówka, o 6 koniec laby. Trzeba się ogarnąć, porządnie najeść, upiększyć co nieco , wybrać stosowny ciuch-wygodny, ciepły i niebrudzący się. Przygotować wałówkę i w drogę. Dokąd? Ludzie z nad morza jadą nad wodę. Tym razem jednak słone zasoby, zamieniamy na te słodkie, śródlądowe. W niedzielę z powodu braku planu na dzień następny, a także  w powodu mojego uwolnienia od zatkanego nosa wpadłam spontanicznie-podczas spaceru, na pomysł całodniowej wycieczki. Przekonałam rodzinę i w drogę. Ten dzień zaczęliśmy w Ostródzie, a skończyliśmy w Olsztynie. Moim wyborem okazał się rejs po kanale Elbląskim statkiem wycieczkowym. Kontakt z  naturą, zielenią, totalny relaks. Trzygodzinny detoks dla duszy i w zasadzie dla ciała też. Przez trzy godziny można siedzieć i podziwiać widoki. Zero książek, telefonów, cywilizacji. Nic tylko woda i zieleń. Potem Olsztyn, miasto, które bardzo lubię, i które powoli staje się moim majówkowym must have. Spacer, obiad,  chałwowe lody. Do domu wróciłam bardzo, bardzo późno. Ale za to bardzo, bardzo zadowolona.

 

Wtorek zostawiłam sobie bez planu. Bezwstydnie (słowo klucz) wstałam o 6.45 i spokojnie weszłam w ten wolny dzień. Pyszne śniadanie, porcja jogi, prasówka, kubek zielonej herbaty. Jak fajnie nigdzie się nie śpieszyć. Szczególnie jeżeli jest to wtorek. Po śniadaniu uzupełniłam na spokojnie braki w bibliotece, i wróciwszy wyrwałam siostrę z łóżka. Jako, że dzień wcześniej gdzieś pomiędzy rejsem statkiem, a Olsztynem zgubiłam swój szal, musiałam więc kupić nowy. A jako,że niezdecydowana ze mnie bestia siostra miała dokonać ostatecznego wyboru. Spokojny spacer, długie zakupy i dużo słońca – tego mi było trzeba. Mojego humoru nie popsuło nawet to, że sklepowa kasa miała potężną awarię, i dopiero po 30 minutach udało mi się zapłacić za to co wybrałam. I tu się chwalę, pomimo 30 minutowego obchodu po sklepie, do koszyka nie dodałam nic ponad ten szal i wiosenne rajstopy. Brawo ja. Reszta dnia zapowiadała się bardzo leniwie. Tak leniwie, że na obiad zrobiłam jedynie jajka sadzone, z odsmażanym makaronem i marchewką mrożoną. To znaczy jednak ją ugotowałam. Jakoś moment po obiedzie, gdzieś tak koło 16.30 mój brat mówi-wczoraj umówiliśmy się do kina, zbieraj się. Halo,halo, ja i kino? Śmiech na sali, gdzie,kiedy się niby zgodziłam? No mówiłem, że mamy do wyboru 2, 3, albo 4, wybrałaś  drugi maja. Aha, pamiętam. Byłam wtedy otumaniona przez chałwowe lody i w ogóle śpiąca bo było coś przed 22, a my wciąż wracaliśmy do domu. Spojrzałam na brata, a on rzekł- no jak nie chcesz to zrozumiem, nie będzie mi przykro. Mi się zrobiło przykro i zebrałam swoje drobne w kości i w drogę. W tym roku biję kinowy rekord, 5 miesiąc  a ja byłam dwa razy. Dość powiedzieć, że do tego roku, przez ostatnie 5 lat byłam jeden raz. Szaleję jak nigdy. Wypad udał się wyśmienicie. Byłam zachwycona. Tym bardziej,że byliśmy w kinie studyjnym. Małe kino, gdzie przychodzi się na film, a nie do kina. Nie ma popcornu i coli. Nikt nie siorbie, rozmawia, nie ma intymnych randek. Jest za to niezwykła atmosfera, stare fotele i chwilowa wspólnota. Ha, pewnie czekacie na tytuł filmu? A to poczekacie jeszcze. To taki film, o którym muszę powiedzieć nieco więcej. A jak teraz powiem tytuł i zapamiętacie,że byłam zachwycona, to nikt nie przeczyta recenzji i nie dowie się dlaczego. Tak więc drugi maja zakończyłam gdzieś koło 23. A następnego dnia….

18339627_1698268703522653_827901588_o

Następnego dnia znów pobudka wcześnie rano. Co prawda pogoda była kiepska, ale to nie był powód by siedzieć w domu. Spontanicznie postanowiliśmy pojechać na spacer i obiad do…. Torunia. Autostradą to w końcu tylko 90 minut. Na miejscu okazało się,że jest jeszcze zimniej niż u nas. A logika podpowiadała,że im bardziej w głąb lądu tym cieplej, niestety. Było szaro i zimno. Ale co to dla nas? Były pyszny obiad, był długi spacer, były obowiązkowe lody u Lenkiewiczów, poprzedzone kwadransową kolejką i wielkie dylematy-sernikowe, piernikowe czy Oreo? Były dobre nastroje, pozytywne zmęczenie i poczucie,że cały weekend był nadzwyczaj udany.

A potem przyszła męcząca codzienność. Taka codzienność kiedy pogoda dobija i dobija. A praca irytuje. No cóż, nie zawsze ma się długi weekend.

Ścieżka dźwiękowa – Depeche Mode – Love, In Itself

Minął miesiąc-kwiecień.

I tak, i tak, proszę państwa minął kolejny miesiąc. Nie wiem sama czy minął niczym biczem strzelić, czy jednak pozwolił delektować się sobą? Mam mieszane odczucia.

Podobnie mieszane odczucia mam wobec samego kwietnia.

W moim horoskopie napisali, że będzie to miesiąc rozwijania swoich talentów i skupienia uwagi czy to na hobby, czy na pracy. Szef miał mnie docenić i miałam zyskać uznanie otoczenia-tego w pracy. To się sprawdziło. Dostałam sporą premię na święta, za to, że rozwiązałam parę problemów. I wiecie co? Coraz bardziej lubię tę swoją pracę, coraz bardziej wkręcam się w świat zawiasów. Zauważam u siebie początki fachowego oka. Kiedy miałam przedświąteczny urlop na przygotowanie świąt, było mi smutno,że nie jestem w biurze, zastanawiałam kto co zamawia i w ogóle, co tam słychać. Paliwa starczyło mi jedynie na połowę miesiąca. I tutaj znów horoskop ogłosił hamowanie. Więcej nerwów, stresu, gorszego samopoczucia i napięcia. Duży wpływ miała na to niestety fatalna pogoda. W zasadzie od świąt padało, na zmianę ni to deszcz ni śnieg. Wiało, było przeraźliwie zimno, każdego ranka żałowałam,że już się obudziłam. Wystarczyło spojrzeć za okno i miało się dość wszystkiego.

Mimo tego hamowania i gorszej drugiej połowy miesiąca nie mogę powiedzieć,że to był nieudany miesiąc. Ale nie był też jakoś szczególnie pomyślny. Ot, typowo kwietniowa przeplatanka.

Starałam się być aktywną na przekór pogodzie, odwiedziłam 4 fajne knajpki, zjadłam najlepszą i najdroższą rybę w moim życiu. Do tego była to chyba najmniejsza porcja jaką przyszło mi konsumować. W każdym razie zjadłam jadalną ziemią, na której szef kuchni położył pstrąga i okazało się,że jest to smaczne i naprawdę jadalne. Odkryłam nową genialną pierogarnię,  a w niedzielne poranki razem z siostrą chodziłyśmy na miodowe latte, które choć na moment odganiało chmury. Plan oszczędzania mi się udał. Choć biorą pod uwagę pewną kosmetyczną promocję, i przywoływanie wiosny zakupem nowych, a jakże marynarskich trampek, oraz nowej torebki,to jestem szczerze zdziwiona,że mi się udało.

Towarzysko kwiecień leżał. Owszem, w ramach akcji miłych weekendów spędzałam je miło, i poza domem, ale jednak w towarzystwie siostry i rodziny. Nasze niedzielne wyjścia, są owszem bardzo fajne, ale znów widzę,że moje koleżanki na wiosnę, wolą spędzać czas ze swoją rodziną i dziećmi na różnych aktywnościach. Oczywiście temu się nie dziwię, ale muszę nad tym punktem programu popracować i w maju być aktywniejsza.

W kwestii aktywności pamiętacie jak w lutym byłam zachwycona ping pongiem? W kwietniu kupiłam paletki, i wróciłam do gry. Najpierw próby w domu-da się grać. Ale lepiej korzystać ze stołu, a stół mam pod balkonem. Pierwsze gry za mną. Wspaniały relaks i masa śmiechu.

Kwiecień. W sumie to chyba dobrze, że się już skończył. Jego ostatnie dwa tygodnie były kiepskie. Z miesiąca na miesiąc, z tygodnia na tydzień, z dnia na dzień, jestem coraz bardziej podatna na pogodę. Kiepską pogodę dodajmy. Im więcej deszczu, szarości i wiatru, tym mniej mnie w mojej głowie i ciele. Zaczynam rozumieć moją kuzynkę i powody jej wyprowadzki do Hiszpanii – czytaj pogoda. Ostatnio żaliła mi się, że mają ochłodzenie. Z 26 na 20 stopni. A u mnie wciąż mniej niż 10 kresek. Liczę na ciebie drogi maju, przynieś słońce u upragnione ciepłe dni. I dużo, dużo bzu.

Teraz standardowo, moje kosmetyczne odkrycia kwietnia. Wiadomo, w Rossmannie była promocja kosmetyczna, kupiłam co chciałam, rozsądnie, z listą. Wpadłam z siostrą- a jakże, o 8 rano w czwartek, wzięłam co miałam-zgodnie z listą, po 3 minutach byłam przy kasie. Można? Można.  W każdym razie moja siostra kupiła sobie genialną matową pomadkę pewnej firmy na B. Mi było jednak szkoda nawet po promocji ją sobie zafundować. Pamiętacie, ja oszczędzam, a uwaga posiadam 26 mazideł do ust. Walczyłam sama z sobą, ale ta  Lena sknera wygrała. Ale, ale. Na pocieszenie dwa dni później w pewnym markecie na B., zobaczyłam matową szminkę, pewnej firmy na B. W cenie, zabójczej cenie 8,89 zł za sztukę. Włożyłam ją do koszyka pomiędzy 4 pomidorami, jednym ogórkiem, sokiem z jabłek i dwoma islandzkimi jogurtami. Więc wzięłam ją i pomalowałam od niechcenia. Ku mojemu zdziwieniu za każdym razem przechodząc obok lustra odnotowywałam obecność pomadki na ustach. Mało tego, pomimo zjedzenia dwóch kanapek, kubeczka truskawek, 3 herbat i jogurtu o smaku bzu, pomadka dalej trwała. Dnia następnego zrobiłam testy porównawcze z moją siostrą i jej pomadką 6 razy droższą. I tu szok, obie mają taką samą trwałość – 6 godzin. Tak, 6 godzin. Owszem, mój Bell ma brzydsze opakowanie, mniejszy wybór kolorów i poddał się kwadrans wcześniej,ale za to nie wysuszył ust jak jej koleżanka. I wiecie co? To był mój największy kosmetyczny hit. Idąc do Biedronki upolujcie matową pomadkę w płynie Bell. Szczerze polecam.

Czasami mam pecha. No na przykład podkład do twarzy idealnie skończył się dwa tygodnie przed ową promocją w sklepie na R. Nie chciałam kupować tego, na który polowałam w regularnej cenie, więc kupiłam podkład na przeczekanie. Taki byle jaki, tak myślałam. Znów marki Bell, podkład korygująco-rozświetlający. Cena śmieszna, kolor bardzo dobrze dopasowany do mojej cery, mogłam próbować, niewiele w końcu traciłam. I kolejne zaskoczenie, ten podkład okazał się bardzo dobry. Bałam się,że efekt rozświetlenia polegać będzie na napakowaniu do środka masy brokatowych drobinek,ale nie. Ten podkład nadaje cerze wygląda jakby naturalnie rozświetlonej przez słońce. Elegancki i naturalny. Idealny na co dzień, nie kryje za mocno,ale zasłania to i owo, nie wysusza, trzyma się parę godzin bez skazy, wytrzymuje cały czas w pracy. Jak na cenę moim zdaniem jest naprawdę świetnym wyborem. Jeżeli nie widać różnicy z droższymi produktami to po co przepłacać?

Nie przepłacam też za krem pod oczy. O x lat- bliżej 10, niż mniej, stosuję jeden. Dokładnie to z Ziaji  z bławatkiem, rozjaśniający cienie. Jak dla mnie krem idealny, robi wszystko to co obiecuje, a nawet więcej. Do tego kosztuje prawdziwe grosze i jest obłędnie wręcz wydajny. Ziaja ma różne kosmetyki, lepsze i gorsze, ale ten krem to mój osobisty hit nad hitami. Nigdy go nie zmienię. Nigdy.

Porażką okazał się dla mnie nowy szampon z glinką Elseve. Nabrałam się na reklamy, i na to,że kocham szampon z glinką i cytryną z Ultra Doux i cóż, za zdradę się płaci. Płaci rozczarowaniem  i dokładnie 15, 99 zł brutto. To nie to, że ten szampon nie oczyszcza. Oczyszcza, ale pozbawia włosy blasku, życia i energii. W gruncie rzeczy zaraz po umyciu wyglądają nijako. Kupiłam, to męczę się z całą butelką, ale nigdy więcej go nie kupię. Szampon z Ultra Doux kosztuje dwa razy mniej,a  działa milion razy lepiej. Także nie polecam.

 

 

Ścieżka dźwiękowa- Lady Pank- Tacy sami

Szata zdobi człowieka – czyli o sztuce doboru garderoby.

Kiedyś nie znosiłam zakupów. Wybierałam coś na szybko, byleby uzupełnić garderobę i tyle. Często okazywało się, że moje zakupy są po prostu porażką. Totalną. Miałam siedem takich samych bluzek, niestety,byle jakich, ale za to kupionych z zamkniętymi oczami.

To nie tak, że ja się modą i tym co mam na sobie nie interesowałam. Nie, od małego miałam swój styl i w zasadzie niewiele się on zmienił. Ale nie znosiłam chodzić do sklepów z ubraniami. Dużo osób się dziwiło-jakbym miała twoją figurę, to bym non stop chodziła na zakupy. A ja zawsze się wstydziłam. Czego? No właśnie mojej chłopięcej figury. I w ogóle nie wiedziałam co mam wybierać by czuć się dobrze. Do mojej twarzy i sylwetki nie pasowały bowiem poważne kroje, zaś źle czułam się w tych młodzieżowych. Tak, ten etap ,zaraz po studiach był dość ciężki. Wydawało mi się,że o pewnych rzeczach powinnam zapomnieć, zaś na inne nie byłam chyba gotowa. Ale na szczęście posłuchałam mądrzejszych od siebie. Był taki etap,że oglądałam jak nałogowiec program modowy za programem. Skupiłam się na tych prowadzonych przez fachowców, głównie na zagranicznych kanałach. Zbierałam branżowe artykuły i porady, i jest. Moja szafa dziś jest prawie idealna. Prawie, bo zawsze brakuje mi jednej, czy dwóch dodatkowych sukienek, które kocham miłością szaloną.

Co więc jest w mojej szafie?

Od małego kochałam nadmorski klimat i ubrania rodem z Riwiery. Paski, biel, granat, trampki, rozkloszowane spódnice i wąskie spodnie 3/4. Lubię też kwiatowe wzory, ale uwaga,tylko na sukienkach. Nigdy nie lubiłam zresztą wzorów. No poza paskami. Groszków zaś nie akceptowałam. nie widziałam sensu w noszeniu bluz w pączki czy banany. Dla mnie ubranie musi być uniwersalne, czyli praktyczne. Stąd wzory są niepożądane. Wyłączając sukienki. One nie muszą być praktyczne. One mają być po prostu piękne. I mogą wisieć w szafie latami czekając na swój wielki debiut. W kwestii sukienek nie mam żadnych wyrzutów sumienia, że coś jest piękne, ale kompletnie niepraktyczne.

caf5205d21bc351c335b8a7aa310d543

Natomiast inne stroje…

W mojej szafie zawsze muszą być:

Kardigany. Nie wyobrażam sobie bez nich życia. Pewnie wyjdzie na to, że mam za dużo tych klasycznych sweterków, ale nie wyobrażam sobie bez nich życia. Zimą wybieram te maksymalnie ciepłe, latem lżejsze. Koniecznie muszą mieć kieszenie, i mieć neutralne kolory. Szary, granatowy, khaki. Owszem śmieją się nieco ze mnie, że tak je lubię. Ale nie zamierzam zmieniać nic w moich uczuciach, miłość do zapinanych na guziczki sweterków, jest stała i silna. Nudnie? Możliwie, ale to moja nuda.

f3bd5dc10c92e6cc16de9befb0eaa7e4
Sweterki rządzą.

Jeansy. Jestem stałą fanką, podobnie jak w przypadku kardiganów. Aczkolwiek pamiętam,że moje jeansy nie zawsze były takie idealne. Ot, kiedyś miałam fazę na dzwony. Dzwony z rzemykami. Albo dzwony z kieszonką na kolanach-bardzo praktyczną zresztą-ściągi na fizykę i te okolice. Miałam też jeansy z kwiatkami. Ale, ale. Jakoś tak w 3 liceum stałam się nudna. Do kwadratu. Zaczęłam nosić rurki i tak trwam. Zmieniają się tylko kolory. Poza jedną parą spodni z tą niby dziurą typu boyfriend, moje spodnie są praktycznie identyczne. To spodnie w stylu znajdź 5 różnić między odcieniem. Najbardziej lubię te ciemne, nie czarne, ale bardzo, bardzo ciemne. W nich czuję się i wyglądam najlepiej. I co z tego, że to szalenie nudne połączenie-sweterek i jeansy?

a284808353ba9995897a336433454d6c
Ukochana nuda, jeansy i luźniejszy t-shirt.

Nie, nie noszę sweterków na guziczki bez bazy. Bazą są koszulki. Najchętniej białe. Choć lubię też szarości. Matko i córko, ja naprawdę jestem nudna. Mam parę czarnych muzycznych koszulek. Nie powiem jakich bo to oczywista oczywistość. Tak więc mam takie koszulki, kupuję je w zasadzie nałogowo. Bo noszę non stop. Zimą pod sweterek, latem zamiast sweterka. Najbardziej lubię te luźniejsze, nieco dłuższe.  Nuda i nuda.

 

Nudne nie są sukienki w kwiatki. Tutaj pozwalam sobie na fantazję. Lubię sukienki w stylu, który czyni je uniwersalnymi. Takimi, które można nosić do pracy, jak i pójść na rodzinną imprezę. Przyznaję, ciężko mi takie znaleźć. Ale próbuję. A próby te kończą się często tym, że ląduje w mojej szafie  kolejna urocza sukienka, która czeka na swój wielki debiut,niczym debiutantka z dobrego domu. Ale cóż, jestem uzależniona. Do sukienek noszę trampki,baletki, albo sandałki. Wszystko płaskie i wygodne.

7332ef46319ee8e13a42e1a48b768123
Długa sukienka, kwiatki i sweterek. Zestaw idealny.

Osobą kategorią są oczywiście małe czarne. Mam sześć. Z czego cztery nigdy nie noszone,ale nie kupione, a dostane w prezencie. Moja mama się z tego śmieje. I ma rację.  Ale ja uwielbiam czerń. Czerń na sukienkach. Moje małe czarne są podobne, ale zupełnie inne. Najczęściej noszę je do teatru. Ze sweterkiem oczywiście. P.S. Pisząc te słowa przeglądam szafę. Znalazłam siódmą małą czarną.

 

Spódnice. Długie spódnice. Z tymi krótkimi mam problem, za to te długie… Wiosną, latem i wczesną jesienią noszę je prawie codziennie. Koniecznie powinny mieć kieszenie i ciemny kolor. Jedna nawet ma wzór. Jest szaro-czarna, półprzeźroczysta. Takie uwielbiam, są lekkie, pasujące na każdą niemal okazję, i eleganckie. Chociaż do pracy również świetnie się nadają. I co  z tego, że mam tylko 167 centymetrów wzrostu? Uwielbiam je. Do tego t-shirt i sweterek. Tak dla pewności i bezpieczeństwa. W końcu nigdy nie wiemy kiedy zawieje wiatr….

e4a25bdee27569010dc7289a73ad6716

Buty. Jestem dziwna. Ba, na pytanie buty czy torebka, odpowiem nowa książka. Nie kręcą mnie w ogóle. Mają być wygodne, płaskie, stabilne i niedrogie. Nie znoszę wysokich obcasów. Jestem pokręcona, wiem, ale na mojej studniówce miałam 5 centymetrowe, stabilne obcasiki i myślałam,że umieram. Od tej pory nie noszę nic co ma więcej niż 1,5 centymetra ponad ziemię. Owszem, nie jestem miss wysokości i pewnie przydałoby mi się dorzucić parę centymetrów obcasika,ale hola, hola, moje samopoczucie i komfort są najważniejsze. Tak więc rządzą u mnie trampki, tenisówki, balerinki…

Moi modowi idole? Hmm. Lubię codzienny styl  Reese Witherspoon. Lubię wysoką modę w wykonaniu księżnej Kate,  lubię te niepraktyczne sukienki . Z polskich gwiazdek lubię to jak ubiera Magdalena Boczarska i Maja Ostaszewska.

Czego nie lubię? Hmm, krótkich szortów, bo mam  za chude nogi. Krótkich spódniczek, bo czuję się jakbym miała 7 lat i szła na początek szkoły. Nie lubię marynarek i sztywnych materiałów. Krótkich i obcisłych górnych części garderoby. Nadmiaru kolorów, cekinów, wszystkiego co ładnie wygląda, ale jest nieprzyjemne w noszeniu, niepraktyczne i drogie. Nie znoszę legginsów, szpilek i krótkich kurtek. Jakichkolwiek dekoltów, głupowatych wzorów i napisów w stylu Jestem seksi. Odkąd skończyłam studia, liczy się dla mniej jakość. Wolę kupić raz jedną rzecz,ale porządną. A nie cztery,ale byle jakie. Wyleczyłam się z nadmiaru. No dobra, nie w kwestii sukienek. Ale jakiegoś bzika mieć trzeba. Tak dla zdrowia.

db811b7eb86b7ec2f77222ae16a51d53
W czymś takim nigdy mnie nie zobaczycie. A jak chcecie zobaczyć fajny film, to Rabble zaprasza na Festiwal Filmowy, gdzie można wybrać bilety do kina

Ścieżka dźwiękowa- Leonard Cohen- First we take Manhattan 

Minął miesiąc-marzec

W marcu jak w garncu. Dokładnie tak było. I uwaga, przewidział to horoskop. Miały być zawirowania zawodowe i osobiste, i były. Zmienne nastroje i brak pewności siebie. Jednocześnie miałam poczuć się pewniej w pracy, i tak właśnie było, zostałam doceniona. W drugiej połowie miesiąca miałam stać się osobą bardziej energiczną i samodzielną, i znów dokładnie tak było.

Pierwsza część miesiąca to przykre sprawy, albo raczej trudne sprawy na bogato. Napięcia w pracy, dawne niezałatwione sprawy urzędowe, które wymagały natychmiastowego wręcz zajęcia się tematem i drżeniem czy wszystko uda się załatwić o czasie i pozytywnie oczywiście. Brak pomysłów na spędzanie wolnego czasu, fatalna pogoda, totalny brak słońca, pośpiech i sporo trosk spowodowało powrót gorszego samopoczucia, czyli nawrót problemów ze zdrowiem. Ach ten złośliwy żołądek, do tego czułam wiosnę w powietrzu. Ale nie czułam aromatów kwiatków i pączków drzew. Nie, to był katar,wiecznie piekące oczy i bolące gardło. I te zatoki znów wróciły. Nie zliczę ileż najadłam się leków, i ile zostawiłam części pensji w aptece. Zdecydowanie w marcu jak to w garncu. Starałam się w weekendy spacerować, ale nie oszukujmy się, spacer w deszczu, chłodzie i szarości za wiele radości z sobą nie niesie. I nie pozwala odstresować się tak jak należy.

W drugiej połowie miesiąca poczułam zaś zdecydowanie wiosnę, nie tylko w nosie, ale i na duszy. Odczułam napływ porcji energii, co z tego, że delikatnej, dla mnie był to jak zastrzyk czystą witaminą Życia. W pracy zaczęło się układać, codzienne spacery zaczęły sprawiać mi przyjemność, więc codzienna rutyna przestała mnie męczyć. Wróciły ciekawiej spędzane weekendy. W marcu odwiedziłam wspaniałe Muzeum II Wojny Światowej. Poszłam też na długą randkę sama z sobą do kawiarni. Dobra książka i duże cappuccino. Samotne wyjścia są naprawdę przyjemne.Dziwne, w marcu wypiłam więcej kawy niż przez całe moje życie. Z kostką gorzkiej czekolady i dużą ilością mleka. Taki mam poranny standard w pracy. O dziwo, przyzwyczaiłam się tego napoju. A ileż dodaje mi energii. Dzięki kubkowi tej mieszanki przeżyłam tę zmianę czasu i mogę podsumować marzec.

Marcowa energia i samodzielność. Hmm, rozszalałam się w tym temacie. O jednej sprawie nie będę mówić, by nie zapeszać. Zresztą co jak co, ale nie mam na nią większego ciśnienia. Będzie co ma być. Może w ogóle o niej zapomnę? Zaś ta druga, ta druga to musi się udać. Aczkolwiek nie w kwietniu, ba, nawet nie w tym roku. W każdym razie marzec, a dokładniej jego końcówka okazała się naprawdę kreatywnym czasem. I spontanicznym. I samodzielnym w myśleniu i podejmowaniu ważnych decyzji. Napiszę o tym później,niebawem. W każdym razie nie mogę powiedzieć, że marzec był jedynie złym miesiącem. Nie był też jedynie dobrym. Było jak w garncu.

W tym miesiącu znalazłam za to  najgorszy kosmetyk wszech czasów. Otóż strzeżcie się arganowego kremu do rąk z Avonu. Skusiłam się na niego, bo uznałam,że krem do rąk to krem do rąk. Nie można go w żaden sposób popsuć. Och, jaka ja byłam naiwna. Wiecie, że całą dużą tubkę zużyłam w 2,5 dnia? I to nie dlatego, że ten krem był tak wspaniały, że nie mogłam przestać go używać. Nie, on prostu w ogóle nie nawilżał. W ogóle się nie wchłaniał, tak jakbym polewała ręce wodą. Chyba pierwszy raz tak się wściekłam na najgorzej wydane 5 złotych w moim życiu.

Dla równowagi wypróbowałam też tusz do rzęs z ich oferty reklamowany przez Kożuchowską Małgorzatę. Z tego co pamiętałam to Avon zawsze miał dość fajne tusze. Przynajmniej ja byłam zadowolona. I teraz też się nie zawiodłam. Nie dość, że kosztuje niecałe 30 złotych, to wspaniale działa. Niesamowicie wydłuża,  idealnie rozdziela ,a  to tego jest tak lekki i delikatny dla rzęs. A przy tym zaskakująco trwały. Efekt mam taki sam jak z moim ukochanym L’Orealem, tyle, że dwa razy taniej.

No cóż na półce perfum sporo, ale na dzień kobiet skorzystać musiałam z okazji i kupiłam w promocji zapachy z oferty Rossmanna. Jeden siostra, jeden ja. Zapłaciłam połowę ceny. Wybrałam trochę na ślepo, Naomi Campbell Pret a porter.  Pani mi doradziła, jako ostateczna ostateczność. po tym jak stałam pół godziny przed półkami zapachowymi i wciąż zmieniałam zdanie. Oczywiście jak tylko zapłaciłam uznałam,że zrobiłam źle, bo przecież byłam pewna, że chcę tamten inny. Ale trudno, w domu przetestowałam i przepadłam. Bardzo kobiecy, idealny w te chwile,kiedy brakuje nam pewności siebie, albo pogoda powoduje,że mamy fatalny nastrój.  Miks owoców, waniliowego deseru, do tego róża i fiołki. O dziwo całość jest i smaczna, i trwała i naprawdę sprawia, że czuję się przyjemniej.

Mówiłam miliard razy, uwielbiam kupować lakiery do paznokci, ale nie znoszę malować paznokci. Bo nie potrafię, naprawdę, maluję wszystko poza tym co trzeba. Kiedyś w Biedronce kupiłam lakier marki Bell, jakaś linia wakacyjna, coś z Maroko, piękny turkusowy kolor,mieniący się kilkoma innymi barwami. Podziwiłam go w opakowaniu, aż mnie coś naszło, odkręciłam opakowanie i bach, pomalowałam co miałam. Ku mojemu zaskoczeniu malowało się idealnie, nie wiem czy to zasługa konsystencji czy pędzelka,ale pomalowałam paznokcie. Idealnie, aż mnie brat pochwalił. Ku mojemu zdziwieniu lakier wytrwał ze mną cały dzień. I drugi i trzeci, i tak 6 dnia zmyłam go, bo uznałam,że czas na olejkową regenerację. Cudo za 5,99 zł. A mam doświadczenie, testowałam bowiem dziesiątki drogich lakierów i żaden nie był tak przyjemny w obsłudze.

I na koniec coś o włosach. Lubię swoje włosy, ale ostatnia zima je osłabiła. Już nie były jak zawsze- miękkie, delikatne i lśniące. I to bez zabiegów i kosmetyków. No dobra, do włosów używałam jedynie szamponu. Teraz jednak musiałam coś zrobić by włosy przestały mi się łamać z wrażenia. Kupiłam maskę L’ Oreal. magiczna moc olejków. Wielkim plusem jest to, że trzyma się ją 5 minut. Ma piękny zapach, cudownie się błyszczy, i naprawdę działa. Włosy wróciły do formy w dwa tygodnie. Pewnie udział w tym mają też witaminy, ale szczerze mówiąc nigdy nie miałam  tak lśniących włosów jak teraz…

Ścieżka dźwiękowa- Family Of The Year– Cast Off

 

Doceń siłę natury

Hanka od dziecka uważała, że nie jest tak atrakcyjna jak jej mama i starsza siostra. Gabrysia była idealna, szczupła, o bujnych kręconych włosach w kolorze winnego brązu. Do tego miała twarz aniołka. Każdy na jej widok od urodzenia mdlał i wzdychał i tracił rezon. No, ok, Hania bardziej przypominała babcię Danusię, czyli miała solidne kości, miała też po niej rude, proste włosy i piegi. Ale czy to czyniło ją mniej atrakcyjną? Hania była ładną, wesołą i mądrą dziewczynką o wspaniałym charakterze. Mimo wszystko ciągle zazdrościła siostrze, uważała,że zdecydowanie Matka Natura się nie postarała. Od gimnazjum podkradła siostrze kosmetyki byleby zatuszować za małe -jej zdaniem usta, i za wydatne oczy. Wiecznie była na diecie, głód oszukiwała litrami wypijanej wody z listkami mięty i plasterkami cytryny, ale waga nie chciała ani drgnąć. I słusznie, bo dość trudno jest schudnąć z kości. Hania zaczęła farbować włosy, nakładała na twarz tony za ciemnego podkładu, byleby ukryć złociste plamki na nosie. Godzinami szukała informacji o typie sylwetki i sposobach na dodanie sobie paru centymetrów- ach, jaka szkoda, że mama krzyczała na nią za każdym razem gdy próbowała wyjść do szkoły w butach na niebotycznie wysokich koturnach. Albo gdy 10 raz w miesiącu wyciągała mamę na zakupy po jeansy, które idealnie uniosą jej zapadnięte pośladki, a jednocześnie „znikną” jej zdaniem mało zgrabne łydki. W liceum Hania zapisała się na zumbę, biegała, jeździła godzinami na rowerze i rolkach, wydawała całe kieszonkowe na suplementy diety, i kosmetyki. Byleby schudnąć i osiągnąć magiczne 48 kilogramów. Byleby jej włosy zaczęły się kręcić, a pupa wyglądała jak u amerykańskiej celebrytki. No i ten biust, Hania marzyła by zmniejszył się połowę. Hania latami dążyła do ideału. Nigdy się sobie nie podobała. Bo jak to, piegowaty rudzielec, który ma grube łydki, za długie palce, i dziwne szare oczy może być atrakcyjny? Hania nie czuła się kobieco, pięknie i odpowiednio. Ciągle walczyła z Matką Naturą. I chociaż ma dziś 25 lat ciągle wierzy, że ją przechytrzy i będzie wyglądać jak sobie wymarzyła.

Gabrysia, tak, ta urocza, śliczna, z puszystym brąz lokiem i idealną figurką. Gabrysia wyglądała jak modelka, taka wysoka, taka patykowata, o buzi, o której namalowaniu mógłby marzyć sam mistrz Leonardo. Gabrysia wiedziała, że od dziecka się podoba. Innym. Bo kiedy ona patrzyła w lustro nie widziała nic pięknego, wręcz przeciwnie. Gabrysię irytowały jej anielskie rysy, te niebieskie oczka, pełne usta i wydatne policzki. Jej zdaniem usta były za duże, wyglądające na sztucznie, a oczy zaś za banalne. Gabrysi nie podobały się jej włosy, loki są w końcu takie trudne w utrzymaniu. Z zazdrością patrzyła na proste i rude włosy siostry. Marzyła by jej włosy przestały się skręcać w niekontrolowane loki, których nie znosiła i godzinami prostowała. Gabrysia zazdrościła też siostrze kobiecych kształtów, kuszących bioder i pełnego biustu. Odkąd straciła nadzieję,że naturalnie wszystko urośnie i się zaokrągli tu i ówdzie, została mistrzynią w kreowaniu sztucznej talii i tricków na powiększenie biustu. Nie kupowała tego co się jej podoba, tylko to co zatuszuje jej braki. Dziewczyna nie znosiła też swoich stóp. Uważała, że są za duże. Gabi nosiła rozmiar 42. Nigdy, dosłownie nigdy, nie założyła sandałów. Uważała, że wygląda jak kosmita, albo co najmniej nurek. Dziś Gabrysia zamieniła się w Gabrielę. Ma dobrą i odpowiedzialną pracę, udany związek, ale wciąż uważa, że nie jest atrakcyjna. Zupełnie nie rozumie jak ktoś może ją podziwiać, oglądać się za nią na ulicy i prawić komplementy, czy świat naprawdę nie widzi, że ona ma tyle wad i tyle walki musi stoczyć z Matką Naturą by wyglądać jako tako. Jedynie jako tako.

Wiele z nas jest jak Hania i Gabrysia. Bądźmy szczere, lubimy szukać w sobie wad i narzekać. Na za krótkie nogi, nieidealną wagę, za cienkie włosy, niezbyt pełne usta i lekko odstające uszy. Lubimy same siebie krytykować, same dla siebie jesteśmy niemiłe. Same sobie jesteśmy wrogami. Za często. Pamiętam tę scenę, miałam 7 lat, mama była u fryzjera, nie miała co ze mną zrobić, albo raczej nie miała co zrobić z moim paromiesięcznym bratem, poszłam z nią do tego fryzjera,by bawić brata w wózku. Mamy fryzjerka zachwycała się nami, ale powiedziała – taka urocza córeczka, a ma takie mysie włosy. No taka mysza, szczur czy inny gryzoń. Wiecie co? Nigdy, przenigdy, a mam już praktycznie 29 lat,nie pomalowałam włosów. Nie zmieniłam koloru, chociaż jest totalnie nijaki. Ale za to jaki wyjątkowy. Zimą robi się ciemniejszy, latem tańczy w nim słońce. Pewnie, mogę zazdrościć siostrze naturalnego ciemnego brązu, albo czerni bratu, ale co mi to da? Jestem chodzącą myszą. I dobrze mi z tym.

Pamiętacie jak w sklepie usłyszałam, że mam super figurkę, ale w ogóle nie mam biustu? Tak, jestem wagi piórkowej, do tego nie posiadam żadnych kobiecych atrybutów. Można mnie pomylić z gimnazjalistą. Nie przeszkadza mi to jednak nosić do pracy dresowej, bardzo luźnej bluzy, na przekór chyba wszystkim zasadom. Bo powinnam nosić dopasowane rzeczy, koniecznie wzorki na górze, a na dole buty i spodnie w jednym kolorze. Zdecydowanie odrzucam wszystkie zasady. Jestem myszą. Taką małą, drobną myszką, co bywa niewidzialna. A to, że mało kobieca? Matka Natura wiedziała co robi, gdybym była posiadaczką biustu Salmy Hayek i chłopięcych chudości wyglądałabym hmm, nieadekwatnie z każdej strony. A tak jestem myszą.

Gdzieś usłyszałam,że powinnam schować swoje piegi. Bo to takie dziecinne. Możliwe, ale ja je uwielbiam. Uwielbiam letnią porę gdy pojawia się ich jeszcze więcej. Nie mogę się doczekać gdy znów moją buzię rozświetli masa złocistych plamek.

Uwielbiam moje oczy. Są takie dziwne, nikt nie wie, zielone one czy brązowe? Kto tam wie, i co z tego? Może nie mają określonego koloru,ale są moje. Łączą dwie rodziny. Zieleń mamy, i brąz taty. Do tego bujne rzęsy, które same z siebie wyglądają jak pomalowane dobrym tuszem. I brwi, które są tak czarne, że aż lśnią.

Nie będę kłamać, nie lubię bladości swojego lica. Nie dlatego, że mi nie pasuje,bo pasuje idealnie , tylko dlatego, że żadna firma nie wymyśliła tak trupiego koloru podkładu do twarzy. Jeżeli kiedyś traficie na  odcień- Magdalena, to znaczy, że ta biel jest moja, inspirowaną moją trupią karnacją. Na poważnie mam z tym problem. Słońce mnie nie muska, lato czy zima, wyglądam jak szczur. Szczur, mysz, jeden gryzoń.

Nie mówię byśmy porzuciły wszystkie kosmetyki i zapomniały o pewnych trikach, które pozwalają nam ukryć jakiś mankament. Ale by nie popadać w przesadę i nie spędzić życia na dążeniu do ideału, którego nie ma. Zawsze zazdrościłam mamie pięknych loków. Niestety moje włosy są najbardziej prostymi włosami na świecie, moim włosom nawet prostownica się kłania z szacunkiem. Nic to, na studniówkę zamarzyłam sobie burzy loków. poszłam  do fryzjera. Wróciłam do domu, głowa pod kran, i po fryzurze. Wyglądałam jakby strzelił mnie piorun, albo nie, dwa pioruny. Matka Natura wiedziała co robi.

Spójrzmy na siebie życzliwiej. Znajdźmy swoje atuty i cieszmy się swoim naturalnym pięknem.Bo jesteśmy piękne.  I te w lokach, i te z krzywymi nogami. I zamiast szukać kolejnych wpadek Matki Natury uśmiechnijmy się do siebie w lustrze. Zamieńmy nasze drobne niedoskonałości w zalety. Siła tkwi w naturalności.

fdd2e8cfcf62427eb33ea9fd604c3003

Rabble proponuje kod rabatowy do Sephory. Nowy, wiosenny zapach idealnie będzie kontrastował z naturalnym makijażem 🙂

Ścieżka dźwiękowa-  Maanam – Lipstick On The Glass

Skarpetkowe inspiracje

Tak, wiem, kolejny niejednoznaczny tytuł. Ba, nawet idiotyczny. Ale wierzcie ( albo i nie), ale to właśnie skarpetki zainspirowały mnie do napisania tych paru słów poniżej.

W weekend chciałam uzupełnić skarpetkowe zapasy. Wiecie, w życiu każdego człowieka nadchodzi ten dzień, kiedy okazuje się, że część skarpetek żyje swoim życiem, gdzieś z dala od szuflady z resztą skarpetkowej rodziny. I można naiwnie pytać- czemu 80 % moich zapasów nie ma pary? Albo można przyjąć sytuację na klatę i po prostu kupić nowe. Ja przyjęłam tą drugą metodę. Poszłam na skarpetkowe zakupy. I zdziwiłam się okrutnie, kiedyż to nie mogłam kupić normalnych skarpetek.  Pani w drugim sklepie uświadomiła mnie, że teraz nie sprowadza już skarpetek jakie nosiłam całe życie, teraz nosi się niejakie stopki. Takie króciutkie coś, bo trzeba chodzić z odkrytą kostką. Gdybym chciała odkrywać swoje kostki założyłabym  sandały, albo klapki, albo jakieś baletki. Ale nie wiem jak mogłabym kusząco odkrywać swoje kostki w botkach na przedwiośnie, które są dość wysokie? Po cóż mi odkrywać kostki w adidasach kiedy po ulicy hula zawrotne 7 stopni? I tutaj pani znów mnie uświadomiła,że teraz trzeba pokazywać kostki i koniec kropka.

I przypomniałam sobie,że przecież rzeczywiście, tej zimy 90 % widzianych przeze mnie dziewczyn od 13 lat w górę i jakieś 60 % chłopców 15 w górę nosi jeansy 7/8, które odsłaniają tę kostkę, czyli strategiczną część ciała jak się okazuje. Znawcy wiedzą,że kozaki do takich spodni nie pasują, więc noszą je z adidasami, albo trampkami. Komicznie to wyglądało podczas śnieżyc, kiedy tłumy idące do szkół brodziły w śniegu, po kostki. Gołe kostki. Zupełnie nie rozumiem tego fenomenu, cóż takiego mają w sobie kostki, że trzeba je zimą odsłaniać? Im zimniej tym chętniej młodzież odsłania swoje wdzięki. Mi się zimno robiło za każdym razem jak widziałam takie „stylizacje”. A co dopiero jakbym miała wyjść na mróz, w tenisówkach, przykrótkich jeansach i stopkach. Możecie mi wyjaśnić co takiego jest w kostkach, że każdy musi je podziwiać zimą?

17160677_1437998032931328_1333973765_n

Nie rozumiem też innego trendu, zimą noszenie spodni z dziurami. Pardon, dziur obleczonych w kawałeczek jeansu. Najodważniejsze jakie widziałam zaczynały się zaraz pod kieszeniami i kończyły gdzieś w okolicy przed kostką, bo wiadomo kostkę trzeba pokazać by zaistnieć. Gołe nogi, mróz i śnieg. Połączenie idealne. Nie powiem, sama mam parę jeansów, które zostały fabrycznie popsute. Tyle,że moje są ledwie lekko nadszarpnięte, nie mają dziur, a raczej dwie maleńkie dziurki, których się nie widzi, a dodatkowo do kwietnia nie wyjmuję ich z szafy. Bo jakoś mini dziurki, nawet te mini dziurki nie pasują mi do zimy. A już na pewno nie pasują mi praktycznie gołe nogi. Rozumiem,że taki trend może sprawdzać się w srogich zimach w Los Angeles, czy też na Florydzie, kiedy to miły,rześki wiaterk muska gołe nogi, ale u nas? W śniegu, deszczu i sztormie? Nie rozumiem tego trendu. Za nic nie rozumiem.

dee9de601078debd0897fe831c7c59fc

Nie rozumiem też trendu polegającego na chwaleniu się zimową kurtką i szalikiem. Czemu chwaleniu? Bowiem zimowa kurtka powinna być tylko narzucona na ramiona, dla tych dopiero zaczynających przygodę z tym trendem, możliwe jest nałożenie jej na ramiona, ale koniecznie trzeba narzucić ją na zwykły, cieniutki t-shirt i broń mnie wszystko co możliwe, nie zapinać. Oczywiście trzeba koniecznie nałożyć do tego dziurawe spodnie, koniecznie odkrywające kostki. Co z tego, że sypie śnieg, że mrozi mróz. Zamek musi pozostać niezapięty, ważne by wiatr mógł spokojnie hulać po nerkach, ale za to cały świat mógł podziwiać przesłanie z koszulki. Najczęściej brzmiało ono, że owa dama nie lubi szkoły. Oczywiście całkowicie rozpięta kurtka musiała kontrastować z czapą z wielkim pomponem i ciepłym futerkiem na…. smatfona. Byleby biedny nie zmarzł za bardzo kiedy strzela się poranne zdjęcia.

c581adne-nowa-bawec582niana-kurtka-zimowa-kobiety-wygodne-pc582aszcz-z-kapturem-futra-koc582nierz-kobiet-dc582ugi-gruby-plus

Chyba się starzeję,  bo nie rozumiem współczesnych trendów. Starzeję się, bo zimą ma mi być po prostu maksymalnie ciepło.

Cieszę  się,że zimowe trendy idą precz. Czekam z pewną dozą niepokoju, co przyniosą wiosenne, miejskie,wybiegi.

Ścieżka dźwiękowa- Voo Voo -Palec na cynglu

Na kobiecą nutę

Julia, Josephine. Molly, Marianne i Peggy. Była i Maria Magdalena i Leni i Matylda. Kobiety. Kobiety w piosenkach. Panowie i panie, lubią śpiewać o przedstawicielkach płci pięknych. Zastanawialiście się kim są tytułowe damy? Ja też, bardzo często. Stąd też postanowiłam nieco bliżej im się przyjrzeć. Poznać je. I cóż, przedstawić Wam. Dziś kolejna część mojej muzycznej audycji, którą prowadzę od jakiegoś czasu. Tym razem inspiracją był dzień kobiet.

Magdalena. Tak, wiem, trąci to okropną prywatą. Naprawdę wyszło to przypadkiem, musicie mi wierzyć na słowo pisane. O Magdalenie napisano wiele pieśni. Nie wiem nawet dlaczego? Czyżby to imię tak ładnie się śpiewało? Możliwe. Jakoś nigdy nie byłam nie jestem i nie będę fanką tego imienia. Swojego na marginesie, gdyby ktoś do tego momentu się nie zorientował. To dziwne, bo je lubię. To znaczy lubię, ale nie u mnie. To znaczy ja uwielbiam Magdalenę. Wiem, wiem plączę się. Kocham formę Magdalena. Nie znoszę być za to  Madzią. Bo Madzia to mała dziewczynka, która nosi różowy sweter w myszką miki, ma czerwone rajstopki, i je truskaweczki na kolanach babci. Tak, taki obrazek mam uwieczniony na zdjęciu. Madzia ze zdjęcia miała lat 3 i 4 miesiące, wtedy modny był róż. Ale Madzia dorasta, staje się Magdaleną… Ale nie każda. Niektóre dalej mają buzie małej Madzi. A przecież Magdalena to ktoś zupełnie inny. Ta Magdalena nie nosi różu, w szafie ma za to 56 sukienek w 11 odcieniach czerni. Ma czarne, bardzo błyszczące włosy, jest wysokiej rangi prawnikiem. Przeciwników na sali sądowej zgniata jednym ruchem szpilki na niebotycznych obcasach. Magdalena w swojej czarnej torebce ma nie tylko laptop, wodę Evian, puder za 800 zł, ale i czerwoną szminkę, jej atrybut. Magdalena mieszka w przestronnym lofcie, na 33 piętrze z widokiem na całe miasto. W domu rządzi biel i stal. Magdalena nie znosi bałaganu, chociaż ma dwie sprzątaczki zdarza się, że sama ściera kurze. Mieszka sama, jeżeli nie liczyć rybek, które pływają w akwarium, które robi za olbrzymią dekorację salonu. Magdalena nie wchodzi do kuchni, dba o linię, codziennie rano dostaje zestaw pudełek, które zajada z niesmakiem przez cały dzień. Magdalena nie ma koleżanek, bo jest zimna, wyniosła, i nie lubi typowo kobiecych tematów-jakie przedszkole wybrać? Czy wasza niania też mówi z 7 językach? Czy moja pupa jest wystarczająco jędrna? Magdalena lubi wpaść w sobotę na szybkiego drinka do baru, zawsze jednego. Kiedy tam wchodzi roztacza nie tylko woń najdroższych perfum,ale i prawdziwy żar i tajemnicę. Mężczyznom na jej widok miękną jedynie kolana. A kiedy Magdalena zabiera swoją idealność, oni mogą jedynie zanucić….

I’d sell
My soul
My self-esteem
A dollar at a time
One chance
One kiss
One taste of you my Magdalena

ff5b6d9fd249f19b22b31d86ff8b7826

Layla. To urocza blondynka. Layla nie martwi się o karierę, pracuje w salonie kosmetycznym, ma wierne klientki, które zjednuje uśmiechem i bezpośredniością. Jest bardzo towarzyska, wydaje się,że każdy kto powie jej dzień dobry,staje się jej przyjacielem. Layla na co dzień uwielbia hipisowski styl, ma długie włosy,w które wplata rzemyki, kocha falbany, długie sukienki,nawet zimą, nosi do nich wtedy po prostu ciepły sweter. Na jej styl ubioru i życia, wpływ miała matka, samotna matka o rockowej duszy. Domowe obiadki, wspólne czytanie książek i pilnowanie ocen? Nie w domu Layli.  Layla nie mieszka sama, swoje 2 pokojowe mieszkanie dzieli z 2 koleżankami. Jest tu wieczny bałagan, albo raczej według Layli, artystyczny nieład. Nic do siebie nie pasuje. Otwierając lodówkę w jej mieszkaniu zobaczymy mleko migdałowe,musli i mrożoną pizzę. Trochę zdrowo, trochę nie. Layla kocha komedie romantyczne, i dużo muzyki, non stop tańczy i śpiewa. Uwielbia domówki, imprezy i koncerty. Czy da się nie lubić Layli? Nie, to szczera, otwarta i niezwykle radosna osóbka, kochają i przyjaciółki i  mężczyźni. Layla wie, że jej urok działa na wielu. Na tego młodego Ericka również.

Layla, you’ve got me on my knees.
Layla, I’m begging, darling please.
Layla, darling won’t you ease my worried mind.

37aed93994196f7d98283c1f2d9770c21

Rosanna. Ona poznała Jego kilka lat temu, zakochali się, stworzyli parę, wynajęli małe mieszkanko. Zaczęli planować nawet wspólną przyszłość. Dwoje  uroczych dzieci, mały domek i spokojne życie na angielskiej wsi. On był taki sobie, niewysoki, chudy, okularnik, pisał doktorat, skromny, cichy,nijaki. Ale jaki zakochany. Zakochany w Rosannie. Rosanna była córką bogatych rodziców, niezbyt interesowała ją szkoła, chociaż chodziła do świetnej i prywatnej. Rosanna była piękną dziewczyną, burza kręconych włosów, kobieta sylwetka, wspaniały uśmiech. Po studiach Rosanna zaczęła pracować w gazecie, została modową dziennikarką. Bale, bankiety, rauty, suknie, makijaż, tajniki depilacji i nowe metody opalania. Rosanna w pracy była postrzegana jako rozpuszczona panienka, której w głowie tylko błyszczyki i koronki. I ta dziewczyna, mająca takie znajomości i tyle okazji, związała się z Nim. W domu byli jak wszyscy inni., on robił jej śniadania, obowiązkowo jeden tost z odrobiną miodu i połowa grapefruita. Po pracy czekał na nią On z zupą, ona zrzucała modne ciuchy, wkładała dres i oglądali programy przyrodnicze. On czytał jej wiersze, a ona uczyła się piec ciasta. Zrobiła nawet pierwsze słoiczki malinowej konfitury. On był zachwycony, ona coraz mniej. Coraz bardziej zdawała sobie sprawę,że nic nie wie. Nie wie czy takie życie chce prowadzić. Imponował jej blichtr, marzyła o codziennych premierach i relacjach z czerwonego dywanu. Była rozdarta. W pewien poranek nie poszła do pracy, zabrała swoje rzeczy, wynajęła mieszkanie, zostawiła liścik. Wciąż nie wie czego chce. A On wciąż tęskni….

All I wanna do in the middle of the evening is hold you tight
Rosanna, Rosanna
I didn’t know you were looking for more than I could ever be

9797ddf50cdd7ec294f54d0d64f18015

Suzana ma 17 lat, uczy się w liceum. Jest nieśmiałą,szarą myszką. Taka zwykła nastolatka. Lubi się uczyć, chce być lekarzem, a jak się nie uda to chciałaby zostać pielęgniarką. Susana ma nieco młodzieńczego trądziku, który przykrywa pudrem starszej siostry. Dużo czyta, lubi włóczyć się po parkach, pasjami robi zdjęcia, nie znosi w-fu, i ciągle kłóci się z mamą o to by mogła mieć w domu psa. Poza siostrą Suzana ma dwóch braci. Któregoś dnia dziewczę poznaje nieco bliżej Jego. Klasowy Macho, przystojny, z błyskiem w oku. Nie lubi szkoły, lubi za to żelować włosy, nosić koszule i nie zapinać 2 pierwszych guzików, i czarować młode damy. Myślał,że z Suzaną będzie jak z innymi,ale nie. Jego wzięło na poważnie. Oszalał dla tej szarej myszki. Ach, cóż ona w sobie miała. Młodość, tajemnicę, tę nieśmiałość. Spotykali się w parku i spacerowali. Albo szli na sok pomarańczowy do przyparkowej kawiarni o nazwie Delikatna. Odkładał każdy grosz na te randki. A Suzana, cóż, Suzana bardzo go lubiła. Ale miała zasady, swoje zasady. Babcia zadbała by Suzana wiedziała co damie wypada a co nie. Dzielnie więc spacerowała, spacerowała obok niego, i nie pozwalała na nic więcej niż pozwoliłaby sobie jej babcia. Jemu nie zostało nic więcej, jak po kolejnej randce, gdy trzymała go na dystans zanucić….

Su-sanna, I’m crazy loving you….

2705-close-up-portrait-of-a-beautiful-teen-girl-outdoors-pv

Ach ten słodki uśmiech, ach te piękne zgrabne nogi, ach te kwieciste sukienki. Poznajcie Lilian, młodą, pełną energii i werwy pannę. Lilian jeździ na rowerze, jest wegetarianką, nauczycielką, po pracy pędzi do schroniska, gdzie jako wolontariuszka pomaga przy bezdomnych psiakach. Jej emerytowane sąsiadki ją uwielbiają, Lilian zawsze obdarzy je uśmiechem , upiecze dla nich szarlotkę i wniesie zakupy. Lilian ma na ramieniu zabawny, mały tatuaż. Uwielbia kwiaty, dwa razy w tygodniu jeździ na ekologiczny targ gdzie kupuje nie tylko naręcza tulipanów, ale i swój rowerowy koszyk wypełnia kilogramami zdrowych warzyw i owoców. Lilian wydaje się być dziewczyną idealną. Ale ma maleńką, drobniutką wadę. Zmienia mężczyzn jak rękawiczki. Najpierw pojawia się ten jej nieziemski uśmiech, potem parę słów, potem parę idealnych randek i …. Lilian się nudzi. A jak on cierpi, a jak on cierpi. Pół miasta, albo przynajmniej pół dzielnicy ma przez nią połamane na kawałki serca…

Oh, Lillian
I should have run
I should have known
Each dress you own
Is a loaded gun

19b124c834e4f4136f105b5d222d76db

Wiem, wiem. Jest jeszcze Angie, Roxanne, Sadie, nasza Pamela co się żegna.I jest nawet seksibomba o imieniu Aleksandra, celowo ją pomijam bo Aleksandra przedstawia się sama.  Ja też się żegnam Czas na mnie.

Ścieżka dźwiękowa-  X Ambassadors- Renagades