Minął miesiąc-marzec

W marcu jak w garncu. Dokładnie tak było. I uwaga, przewidział to horoskop. Miały być zawirowania zawodowe i osobiste, i były. Zmienne nastroje i brak pewności siebie. Jednocześnie miałam poczuć się pewniej w pracy, i tak właśnie było, zostałam doceniona. W drugiej połowie miesiąca miałam stać się osobą bardziej energiczną i samodzielną, i znów dokładnie tak było.

Pierwsza część miesiąca to przykre sprawy, albo raczej trudne sprawy na bogato. Napięcia w pracy, dawne niezałatwione sprawy urzędowe, które wymagały natychmiastowego wręcz zajęcia się tematem i drżeniem czy wszystko uda się załatwić o czasie i pozytywnie oczywiście. Brak pomysłów na spędzanie wolnego czasu, fatalna pogoda, totalny brak słońca, pośpiech i sporo trosk spowodowało powrót gorszego samopoczucia, czyli nawrót problemów ze zdrowiem. Ach ten złośliwy żołądek, do tego czułam wiosnę w powietrzu. Ale nie czułam aromatów kwiatków i pączków drzew. Nie, to był katar,wiecznie piekące oczy i bolące gardło. I te zatoki znów wróciły. Nie zliczę ileż najadłam się leków, i ile zostawiłam części pensji w aptece. Zdecydowanie w marcu jak to w garncu. Starałam się w weekendy spacerować, ale nie oszukujmy się, spacer w deszczu, chłodzie i szarości za wiele radości z sobą nie niesie. I nie pozwala odstresować się tak jak należy.

W drugiej połowie miesiąca poczułam zaś zdecydowanie wiosnę, nie tylko w nosie, ale i na duszy. Odczułam napływ porcji energii, co z tego, że delikatnej, dla mnie był to jak zastrzyk czystą witaminą Życia. W pracy zaczęło się układać, codzienne spacery zaczęły sprawiać mi przyjemność, więc codzienna rutyna przestała mnie męczyć. Wróciły ciekawiej spędzane weekendy. W marcu odwiedziłam wspaniałe Muzeum II Wojny Światowej. Poszłam też na długą randkę sama z sobą do kawiarni. Dobra książka i duże cappuccino. Samotne wyjścia są naprawdę przyjemne.Dziwne, w marcu wypiłam więcej kawy niż przez całe moje życie. Z kostką gorzkiej czekolady i dużą ilością mleka. Taki mam poranny standard w pracy. O dziwo, przyzwyczaiłam się tego napoju. A ileż dodaje mi energii. Dzięki kubkowi tej mieszanki przeżyłam tę zmianę czasu i mogę podsumować marzec.

Marcowa energia i samodzielność. Hmm, rozszalałam się w tym temacie. O jednej sprawie nie będę mówić, by nie zapeszać. Zresztą co jak co, ale nie mam na nią większego ciśnienia. Będzie co ma być. Może w ogóle o niej zapomnę? Zaś ta druga, ta druga to musi się udać. Aczkolwiek nie w kwietniu, ba, nawet nie w tym roku. W każdym razie marzec, a dokładniej jego końcówka okazała się naprawdę kreatywnym czasem. I spontanicznym. I samodzielnym w myśleniu i podejmowaniu ważnych decyzji. Napiszę o tym później,niebawem. W każdym razie nie mogę powiedzieć, że marzec był jedynie złym miesiącem. Nie był też jedynie dobrym. Było jak w garncu.

W tym miesiącu znalazłam za to  najgorszy kosmetyk wszech czasów. Otóż strzeżcie się arganowego kremu do rąk z Avonu. Skusiłam się na niego, bo uznałam,że krem do rąk to krem do rąk. Nie można go w żaden sposób popsuć. Och, jaka ja byłam naiwna. Wiecie, że całą dużą tubkę zużyłam w 2,5 dnia? I to nie dlatego, że ten krem był tak wspaniały, że nie mogłam przestać go używać. Nie, on prostu w ogóle nie nawilżał. W ogóle się nie wchłaniał, tak jakbym polewała ręce wodą. Chyba pierwszy raz tak się wściekłam na najgorzej wydane 5 złotych w moim życiu.

Dla równowagi wypróbowałam też tusz do rzęs z ich oferty reklamowany przez Kożuchowską Małgorzatę. Z tego co pamiętałam to Avon zawsze miał dość fajne tusze. Przynajmniej ja byłam zadowolona. I teraz też się nie zawiodłam. Nie dość, że kosztuje niecałe 30 złotych, to wspaniale działa. Niesamowicie wydłuża,  idealnie rozdziela ,a  to tego jest tak lekki i delikatny dla rzęs. A przy tym zaskakująco trwały. Efekt mam taki sam jak z moim ukochanym L’Orealem, tyle, że dwa razy taniej.

No cóż na półce perfum sporo, ale na dzień kobiet skorzystać musiałam z okazji i kupiłam w promocji zapachy z oferty Rossmanna. Jeden siostra, jeden ja. Zapłaciłam połowę ceny. Wybrałam trochę na ślepo, Naomi Campbell Pret a porter.  Pani mi doradziła, jako ostateczna ostateczność. po tym jak stałam pół godziny przed półkami zapachowymi i wciąż zmieniałam zdanie. Oczywiście jak tylko zapłaciłam uznałam,że zrobiłam źle, bo przecież byłam pewna, że chcę tamten inny. Ale trudno, w domu przetestowałam i przepadłam. Bardzo kobiecy, idealny w te chwile,kiedy brakuje nam pewności siebie, albo pogoda powoduje,że mamy fatalny nastrój.  Miks owoców, waniliowego deseru, do tego róża i fiołki. O dziwo całość jest i smaczna, i trwała i naprawdę sprawia, że czuję się przyjemniej.

Mówiłam miliard razy, uwielbiam kupować lakiery do paznokci, ale nie znoszę malować paznokci. Bo nie potrafię, naprawdę, maluję wszystko poza tym co trzeba. Kiedyś w Biedronce kupiłam lakier marki Bell, jakaś linia wakacyjna, coś z Maroko, piękny turkusowy kolor,mieniący się kilkoma innymi barwami. Podziwiłam go w opakowaniu, aż mnie coś naszło, odkręciłam opakowanie i bach, pomalowałam co miałam. Ku mojemu zaskoczeniu malowało się idealnie, nie wiem czy to zasługa konsystencji czy pędzelka,ale pomalowałam paznokcie. Idealnie, aż mnie brat pochwalił. Ku mojemu zdziwieniu lakier wytrwał ze mną cały dzień. I drugi i trzeci, i tak 6 dnia zmyłam go, bo uznałam,że czas na olejkową regenerację. Cudo za 5,99 zł. A mam doświadczenie, testowałam bowiem dziesiątki drogich lakierów i żaden nie był tak przyjemny w obsłudze.

I na koniec coś o włosach. Lubię swoje włosy, ale ostatnia zima je osłabiła. Już nie były jak zawsze- miękkie, delikatne i lśniące. I to bez zabiegów i kosmetyków. No dobra, do włosów używałam jedynie szamponu. Teraz jednak musiałam coś zrobić by włosy przestały mi się łamać z wrażenia. Kupiłam maskę L’ Oreal. magiczna moc olejków. Wielkim plusem jest to, że trzyma się ją 5 minut. Ma piękny zapach, cudownie się błyszczy, i naprawdę działa. Włosy wróciły do formy w dwa tygodnie. Pewnie udział w tym mają też witaminy, ale szczerze mówiąc nigdy nie miałam  tak lśniących włosów jak teraz…

Ścieżka dźwiękowa- Family Of The Year– Cast Off

 

Doceń siłę natury

Hanka od dziecka uważała, że nie jest tak atrakcyjna jak jej mama i starsza siostra. Gabrysia była idealna, szczupła, o bujnych kręconych włosach w kolorze winnego brązu. Do tego miała twarz aniołka. Każdy na jej widok od urodzenia mdlał i wzdychał i tracił rezon. No, ok, Hania bardziej przypominała babcię Danusię, czyli miała solidne kości, miała też po niej rude, proste włosy i piegi. Ale czy to czyniło ją mniej atrakcyjną? Hania była ładną, wesołą i mądrą dziewczynką o wspaniałym charakterze. Mimo wszystko ciągle zazdrościła siostrze, uważała,że zdecydowanie Matka Natura się nie postarała. Od gimnazjum podkradła siostrze kosmetyki byleby zatuszować za małe -jej zdaniem usta, i za wydatne oczy. Wiecznie była na diecie, głód oszukiwała litrami wypijanej wody z listkami mięty i plasterkami cytryny, ale waga nie chciała ani drgnąć. I słusznie, bo dość trudno jest schudnąć z kości. Hania zaczęła farbować włosy, nakładała na twarz tony za ciemnego podkładu, byleby ukryć złociste plamki na nosie. Godzinami szukała informacji o typie sylwetki i sposobach na dodanie sobie paru centymetrów- ach, jaka szkoda, że mama krzyczała na nią za każdym razem gdy próbowała wyjść do szkoły w butach na niebotycznie wysokich koturnach. Albo gdy 10 raz w miesiącu wyciągała mamę na zakupy po jeansy, które idealnie uniosą jej zapadnięte pośladki, a jednocześnie „znikną” jej zdaniem mało zgrabne łydki. W liceum Hania zapisała się na zumbę, biegała, jeździła godzinami na rowerze i rolkach, wydawała całe kieszonkowe na suplementy diety, i kosmetyki. Byleby schudnąć i osiągnąć magiczne 48 kilogramów. Byleby jej włosy zaczęły się kręcić, a pupa wyglądała jak u amerykańskiej celebrytki. No i ten biust, Hania marzyła by zmniejszył się połowę. Hania latami dążyła do ideału. Nigdy się sobie nie podobała. Bo jak to, piegowaty rudzielec, który ma grube łydki, za długie palce, i dziwne szare oczy może być atrakcyjny? Hania nie czuła się kobieco, pięknie i odpowiednio. Ciągle walczyła z Matką Naturą. I chociaż ma dziś 25 lat ciągle wierzy, że ją przechytrzy i będzie wyglądać jak sobie wymarzyła.

Gabrysia, tak, ta urocza, śliczna, z puszystym brąz lokiem i idealną figurką. Gabrysia wyglądała jak modelka, taka wysoka, taka patykowata, o buzi, o której namalowaniu mógłby marzyć sam mistrz Leonardo. Gabrysia wiedziała, że od dziecka się podoba. Innym. Bo kiedy ona patrzyła w lustro nie widziała nic pięknego, wręcz przeciwnie. Gabrysię irytowały jej anielskie rysy, te niebieskie oczka, pełne usta i wydatne policzki. Jej zdaniem usta były za duże, wyglądające na sztucznie, a oczy zaś za banalne. Gabrysi nie podobały się jej włosy, loki są w końcu takie trudne w utrzymaniu. Z zazdrością patrzyła na proste i rude włosy siostry. Marzyła by jej włosy przestały się skręcać w niekontrolowane loki, których nie znosiła i godzinami prostowała. Gabrysia zazdrościła też siostrze kobiecych kształtów, kuszących bioder i pełnego biustu. Odkąd straciła nadzieję,że naturalnie wszystko urośnie i się zaokrągli tu i ówdzie, została mistrzynią w kreowaniu sztucznej talii i tricków na powiększenie biustu. Nie kupowała tego co się jej podoba, tylko to co zatuszuje jej braki. Dziewczyna nie znosiła też swoich stóp. Uważała, że są za duże. Gabi nosiła rozmiar 42. Nigdy, dosłownie nigdy, nie założyła sandałów. Uważała, że wygląda jak kosmita, albo co najmniej nurek. Dziś Gabrysia zamieniła się w Gabrielę. Ma dobrą i odpowiedzialną pracę, udany związek, ale wciąż uważa, że nie jest atrakcyjna. Zupełnie nie rozumie jak ktoś może ją podziwiać, oglądać się za nią na ulicy i prawić komplementy, czy świat naprawdę nie widzi, że ona ma tyle wad i tyle walki musi stoczyć z Matką Naturą by wyglądać jako tako. Jedynie jako tako.

Wiele z nas jest jak Hania i Gabrysia. Bądźmy szczere, lubimy szukać w sobie wad i narzekać. Na za krótkie nogi, nieidealną wagę, za cienkie włosy, niezbyt pełne usta i lekko odstające uszy. Lubimy same siebie krytykować, same dla siebie jesteśmy niemiłe. Same sobie jesteśmy wrogami. Za często. Pamiętam tę scenę, miałam 7 lat, mama była u fryzjera, nie miała co ze mną zrobić, albo raczej nie miała co zrobić z moim paromiesięcznym bratem, poszłam z nią do tego fryzjera,by bawić brata w wózku. Mamy fryzjerka zachwycała się nami, ale powiedziała – taka urocza córeczka, a ma takie mysie włosy. No taka mysza, szczur czy inny gryzoń. Wiecie co? Nigdy, przenigdy, a mam już praktycznie 29 lat,nie pomalowałam włosów. Nie zmieniłam koloru, chociaż jest totalnie nijaki. Ale za to jaki wyjątkowy. Zimą robi się ciemniejszy, latem tańczy w nim słońce. Pewnie, mogę zazdrościć siostrze naturalnego ciemnego brązu, albo czerni bratu, ale co mi to da? Jestem chodzącą myszą. I dobrze mi z tym.

Pamiętacie jak w sklepie usłyszałam, że mam super figurkę, ale w ogóle nie mam biustu? Tak, jestem wagi piórkowej, do tego nie posiadam żadnych kobiecych atrybutów. Można mnie pomylić z gimnazjalistą. Nie przeszkadza mi to jednak nosić do pracy dresowej, bardzo luźnej bluzy, na przekór chyba wszystkim zasadom. Bo powinnam nosić dopasowane rzeczy, koniecznie wzorki na górze, a na dole buty i spodnie w jednym kolorze. Zdecydowanie odrzucam wszystkie zasady. Jestem myszą. Taką małą, drobną myszką, co bywa niewidzialna. A to, że mało kobieca? Matka Natura wiedziała co robi, gdybym była posiadaczką biustu Salmy Hayek i chłopięcych chudości wyglądałabym hmm, nieadekwatnie z każdej strony. A tak jestem myszą.

Gdzieś usłyszałam,że powinnam schować swoje piegi. Bo to takie dziecinne. Możliwe, ale ja je uwielbiam. Uwielbiam letnią porę gdy pojawia się ich jeszcze więcej. Nie mogę się doczekać gdy znów moją buzię rozświetli masa złocistych plamek.

Uwielbiam moje oczy. Są takie dziwne, nikt nie wie, zielone one czy brązowe? Kto tam wie, i co z tego? Może nie mają określonego koloru,ale są moje. Łączą dwie rodziny. Zieleń mamy, i brąz taty. Do tego bujne rzęsy, które same z siebie wyglądają jak pomalowane dobrym tuszem. I brwi, które są tak czarne, że aż lśnią.

Nie będę kłamać, nie lubię bladości swojego lica. Nie dlatego, że mi nie pasuje,bo pasuje idealnie , tylko dlatego, że żadna firma nie wymyśliła tak trupiego koloru podkładu do twarzy. Jeżeli kiedyś traficie na  odcień- Magdalena, to znaczy, że ta biel jest moja, inspirowaną moją trupią karnacją. Na poważnie mam z tym problem. Słońce mnie nie muska, lato czy zima, wyglądam jak szczur. Szczur, mysz, jeden gryzoń.

Nie mówię byśmy porzuciły wszystkie kosmetyki i zapomniały o pewnych trikach, które pozwalają nam ukryć jakiś mankament. Ale by nie popadać w przesadę i nie spędzić życia na dążeniu do ideału, którego nie ma. Zawsze zazdrościłam mamie pięknych loków. Niestety moje włosy są najbardziej prostymi włosami na świecie, moim włosom nawet prostownica się kłania z szacunkiem. Nic to, na studniówkę zamarzyłam sobie burzy loków. poszłam  do fryzjera. Wróciłam do domu, głowa pod kran, i po fryzurze. Wyglądałam jakby strzelił mnie piorun, albo nie, dwa pioruny. Matka Natura wiedziała co robi.

Spójrzmy na siebie życzliwiej. Znajdźmy swoje atuty i cieszmy się swoim naturalnym pięknem.Bo jesteśmy piękne.  I te w lokach, i te z krzywymi nogami. I zamiast szukać kolejnych wpadek Matki Natury uśmiechnijmy się do siebie w lustrze. Zamieńmy nasze drobne niedoskonałości w zalety. Siła tkwi w naturalności.

fdd2e8cfcf62427eb33ea9fd604c3003

Rabble proponuje kod rabatowy do Sephory. Nowy, wiosenny zapach idealnie będzie kontrastował z naturalnym makijażem 🙂

Ścieżka dźwiękowa-  Maanam – Lipstick On The Glass

Skarpetkowe inspiracje

Tak, wiem, kolejny niejednoznaczny tytuł. Ba, nawet idiotyczny. Ale wierzcie ( albo i nie), ale to właśnie skarpetki zainspirowały mnie do napisania tych paru słów poniżej.

W weekend chciałam uzupełnić skarpetkowe zapasy. Wiecie, w życiu każdego człowieka nadchodzi ten dzień, kiedy okazuje się, że część skarpetek żyje swoim życiem, gdzieś z dala od szuflady z resztą skarpetkowej rodziny. I można naiwnie pytać- czemu 80 % moich zapasów nie ma pary? Albo można przyjąć sytuację na klatę i po prostu kupić nowe. Ja przyjęłam tą drugą metodę. Poszłam na skarpetkowe zakupy. I zdziwiłam się okrutnie, kiedyż to nie mogłam kupić normalnych skarpetek.  Pani w drugim sklepie uświadomiła mnie, że teraz nie sprowadza już skarpetek jakie nosiłam całe życie, teraz nosi się niejakie stopki. Takie króciutkie coś, bo trzeba chodzić z odkrytą kostką. Gdybym chciała odkrywać swoje kostki założyłabym  sandały, albo klapki, albo jakieś baletki. Ale nie wiem jak mogłabym kusząco odkrywać swoje kostki w botkach na przedwiośnie, które są dość wysokie? Po cóż mi odkrywać kostki w adidasach kiedy po ulicy hula zawrotne 7 stopni? I tutaj pani znów mnie uświadomiła,że teraz trzeba pokazywać kostki i koniec kropka.

I przypomniałam sobie,że przecież rzeczywiście, tej zimy 90 % widzianych przeze mnie dziewczyn od 13 lat w górę i jakieś 60 % chłopców 15 w górę nosi jeansy 7/8, które odsłaniają tę kostkę, czyli strategiczną część ciała jak się okazuje. Znawcy wiedzą,że kozaki do takich spodni nie pasują, więc noszą je z adidasami, albo trampkami. Komicznie to wyglądało podczas śnieżyc, kiedy tłumy idące do szkół brodziły w śniegu, po kostki. Gołe kostki. Zupełnie nie rozumiem tego fenomenu, cóż takiego mają w sobie kostki, że trzeba je zimą odsłaniać? Im zimniej tym chętniej młodzież odsłania swoje wdzięki. Mi się zimno robiło za każdym razem jak widziałam takie „stylizacje”. A co dopiero jakbym miała wyjść na mróz, w tenisówkach, przykrótkich jeansach i stopkach. Możecie mi wyjaśnić co takiego jest w kostkach, że każdy musi je podziwiać zimą?

17160677_1437998032931328_1333973765_n

Nie rozumiem też innego trendu, zimą noszenie spodni z dziurami. Pardon, dziur obleczonych w kawałeczek jeansu. Najodważniejsze jakie widziałam zaczynały się zaraz pod kieszeniami i kończyły gdzieś w okolicy przed kostką, bo wiadomo kostkę trzeba pokazać by zaistnieć. Gołe nogi, mróz i śnieg. Połączenie idealne. Nie powiem, sama mam parę jeansów, które zostały fabrycznie popsute. Tyle,że moje są ledwie lekko nadszarpnięte, nie mają dziur, a raczej dwie maleńkie dziurki, których się nie widzi, a dodatkowo do kwietnia nie wyjmuję ich z szafy. Bo jakoś mini dziurki, nawet te mini dziurki nie pasują mi do zimy. A już na pewno nie pasują mi praktycznie gołe nogi. Rozumiem,że taki trend może sprawdzać się w srogich zimach w Los Angeles, czy też na Florydzie, kiedy to miły,rześki wiaterk muska gołe nogi, ale u nas? W śniegu, deszczu i sztormie? Nie rozumiem tego trendu. Za nic nie rozumiem.

dee9de601078debd0897fe831c7c59fc

Nie rozumiem też trendu polegającego na chwaleniu się zimową kurtką i szalikiem. Czemu chwaleniu? Bowiem zimowa kurtka powinna być tylko narzucona na ramiona, dla tych dopiero zaczynających przygodę z tym trendem, możliwe jest nałożenie jej na ramiona, ale koniecznie trzeba narzucić ją na zwykły, cieniutki t-shirt i broń mnie wszystko co możliwe, nie zapinać. Oczywiście trzeba koniecznie nałożyć do tego dziurawe spodnie, koniecznie odkrywające kostki. Co z tego, że sypie śnieg, że mrozi mróz. Zamek musi pozostać niezapięty, ważne by wiatr mógł spokojnie hulać po nerkach, ale za to cały świat mógł podziwiać przesłanie z koszulki. Najczęściej brzmiało ono, że owa dama nie lubi szkoły. Oczywiście całkowicie rozpięta kurtka musiała kontrastować z czapą z wielkim pomponem i ciepłym futerkiem na…. smatfona. Byleby biedny nie zmarzł za bardzo kiedy strzela się poranne zdjęcia.

c581adne-nowa-bawec582niana-kurtka-zimowa-kobiety-wygodne-pc582aszcz-z-kapturem-futra-koc582nierz-kobiet-dc582ugi-gruby-plus

Chyba się starzeję,  bo nie rozumiem współczesnych trendów. Starzeję się, bo zimą ma mi być po prostu maksymalnie ciepło.

Cieszę  się,że zimowe trendy idą precz. Czekam z pewną dozą niepokoju, co przyniosą wiosenne, miejskie,wybiegi.

Ścieżka dźwiękowa- Voo Voo -Palec na cynglu

Na kobiecą nutę

Julia, Josephine. Molly, Marianne i Peggy. Była i Maria Magdalena i Leni i Matylda. Kobiety. Kobiety w piosenkach. Panowie i panie, lubią śpiewać o przedstawicielkach płci pięknych. Zastanawialiście się kim są tytułowe damy? Ja też, bardzo często. Stąd też postanowiłam nieco bliżej im się przyjrzeć. Poznać je. I cóż, przedstawić Wam. Dziś kolejna część mojej muzycznej audycji, którą prowadzę od jakiegoś czasu. Tym razem inspiracją był dzień kobiet.

Magdalena. Tak, wiem, trąci to okropną prywatą. Naprawdę wyszło to przypadkiem, musicie mi wierzyć na słowo pisane. O Magdalenie napisano wiele pieśni. Nie wiem nawet dlaczego? Czyżby to imię tak ładnie się śpiewało? Możliwe. Jakoś nigdy nie byłam nie jestem i nie będę fanką tego imienia. Swojego na marginesie, gdyby ktoś do tego momentu się nie zorientował. To dziwne, bo je lubię. To znaczy lubię, ale nie u mnie. To znaczy ja uwielbiam Magdalenę. Wiem, wiem plączę się. Kocham formę Magdalena. Nie znoszę być za to  Madzią. Bo Madzia to mała dziewczynka, która nosi różowy sweter w myszką miki, ma czerwone rajstopki, i je truskaweczki na kolanach babci. Tak, taki obrazek mam uwieczniony na zdjęciu. Madzia ze zdjęcia miała lat 3 i 4 miesiące, wtedy modny był róż. Ale Madzia dorasta, staje się Magdaleną… Ale nie każda. Niektóre dalej mają buzie małej Madzi. A przecież Magdalena to ktoś zupełnie inny. Ta Magdalena nie nosi różu, w szafie ma za to 56 sukienek w 11 odcieniach czerni. Ma czarne, bardzo błyszczące włosy, jest wysokiej rangi prawnikiem. Przeciwników na sali sądowej zgniata jednym ruchem szpilki na niebotycznych obcasach. Magdalena w swojej czarnej torebce ma nie tylko laptop, wodę Evian, puder za 800 zł, ale i czerwoną szminkę, jej atrybut. Magdalena mieszka w przestronnym lofcie, na 33 piętrze z widokiem na całe miasto. W domu rządzi biel i stal. Magdalena nie znosi bałaganu, chociaż ma dwie sprzątaczki zdarza się, że sama ściera kurze. Mieszka sama, jeżeli nie liczyć rybek, które pływają w akwarium, które robi za olbrzymią dekorację salonu. Magdalena nie wchodzi do kuchni, dba o linię, codziennie rano dostaje zestaw pudełek, które zajada z niesmakiem przez cały dzień. Magdalena nie ma koleżanek, bo jest zimna, wyniosła, i nie lubi typowo kobiecych tematów-jakie przedszkole wybrać? Czy wasza niania też mówi z 7 językach? Czy moja pupa jest wystarczająco jędrna? Magdalena lubi wpaść w sobotę na szybkiego drinka do baru, zawsze jednego. Kiedy tam wchodzi roztacza nie tylko woń najdroższych perfum,ale i prawdziwy żar i tajemnicę. Mężczyznom na jej widok miękną jedynie kolana. A kiedy Magdalena zabiera swoją idealność, oni mogą jedynie zanucić….

I’d sell
My soul
My self-esteem
A dollar at a time
One chance
One kiss
One taste of you my Magdalena

ff5b6d9fd249f19b22b31d86ff8b7826

Layla. To urocza blondynka. Layla nie martwi się o karierę, pracuje w salonie kosmetycznym, ma wierne klientki, które zjednuje uśmiechem i bezpośredniością. Jest bardzo towarzyska, wydaje się,że każdy kto powie jej dzień dobry,staje się jej przyjacielem. Layla na co dzień uwielbia hipisowski styl, ma długie włosy,w które wplata rzemyki, kocha falbany, długie sukienki,nawet zimą, nosi do nich wtedy po prostu ciepły sweter. Na jej styl ubioru i życia, wpływ miała matka, samotna matka o rockowej duszy. Domowe obiadki, wspólne czytanie książek i pilnowanie ocen? Nie w domu Layli.  Layla nie mieszka sama, swoje 2 pokojowe mieszkanie dzieli z 2 koleżankami. Jest tu wieczny bałagan, albo raczej według Layli, artystyczny nieład. Nic do siebie nie pasuje. Otwierając lodówkę w jej mieszkaniu zobaczymy mleko migdałowe,musli i mrożoną pizzę. Trochę zdrowo, trochę nie. Layla kocha komedie romantyczne, i dużo muzyki, non stop tańczy i śpiewa. Uwielbia domówki, imprezy i koncerty. Czy da się nie lubić Layli? Nie, to szczera, otwarta i niezwykle radosna osóbka, kochają i przyjaciółki i  mężczyźni. Layla wie, że jej urok działa na wielu. Na tego młodego Ericka również.

Layla, you’ve got me on my knees.
Layla, I’m begging, darling please.
Layla, darling won’t you ease my worried mind.

37aed93994196f7d98283c1f2d9770c21

Rosanna. Ona poznała Jego kilka lat temu, zakochali się, stworzyli parę, wynajęli małe mieszkanko. Zaczęli planować nawet wspólną przyszłość. Dwoje  uroczych dzieci, mały domek i spokojne życie na angielskiej wsi. On był taki sobie, niewysoki, chudy, okularnik, pisał doktorat, skromny, cichy,nijaki. Ale jaki zakochany. Zakochany w Rosannie. Rosanna była córką bogatych rodziców, niezbyt interesowała ją szkoła, chociaż chodziła do świetnej i prywatnej. Rosanna była piękną dziewczyną, burza kręconych włosów, kobieta sylwetka, wspaniały uśmiech. Po studiach Rosanna zaczęła pracować w gazecie, została modową dziennikarką. Bale, bankiety, rauty, suknie, makijaż, tajniki depilacji i nowe metody opalania. Rosanna w pracy była postrzegana jako rozpuszczona panienka, której w głowie tylko błyszczyki i koronki. I ta dziewczyna, mająca takie znajomości i tyle okazji, związała się z Nim. W domu byli jak wszyscy inni., on robił jej śniadania, obowiązkowo jeden tost z odrobiną miodu i połowa grapefruita. Po pracy czekał na nią On z zupą, ona zrzucała modne ciuchy, wkładała dres i oglądali programy przyrodnicze. On czytał jej wiersze, a ona uczyła się piec ciasta. Zrobiła nawet pierwsze słoiczki malinowej konfitury. On był zachwycony, ona coraz mniej. Coraz bardziej zdawała sobie sprawę,że nic nie wie. Nie wie czy takie życie chce prowadzić. Imponował jej blichtr, marzyła o codziennych premierach i relacjach z czerwonego dywanu. Była rozdarta. W pewien poranek nie poszła do pracy, zabrała swoje rzeczy, wynajęła mieszkanie, zostawiła liścik. Wciąż nie wie czego chce. A On wciąż tęskni….

All I wanna do in the middle of the evening is hold you tight
Rosanna, Rosanna
I didn’t know you were looking for more than I could ever be

9797ddf50cdd7ec294f54d0d64f18015

Suzana ma 17 lat, uczy się w liceum. Jest nieśmiałą,szarą myszką. Taka zwykła nastolatka. Lubi się uczyć, chce być lekarzem, a jak się nie uda to chciałaby zostać pielęgniarką. Susana ma nieco młodzieńczego trądziku, który przykrywa pudrem starszej siostry. Dużo czyta, lubi włóczyć się po parkach, pasjami robi zdjęcia, nie znosi w-fu, i ciągle kłóci się z mamą o to by mogła mieć w domu psa. Poza siostrą Suzana ma dwóch braci. Któregoś dnia dziewczę poznaje nieco bliżej Jego. Klasowy Macho, przystojny, z błyskiem w oku. Nie lubi szkoły, lubi za to żelować włosy, nosić koszule i nie zapinać 2 pierwszych guzików, i czarować młode damy. Myślał,że z Suzaną będzie jak z innymi,ale nie. Jego wzięło na poważnie. Oszalał dla tej szarej myszki. Ach, cóż ona w sobie miała. Młodość, tajemnicę, tę nieśmiałość. Spotykali się w parku i spacerowali. Albo szli na sok pomarańczowy do przyparkowej kawiarni o nazwie Delikatna. Odkładał każdy grosz na te randki. A Suzana, cóż, Suzana bardzo go lubiła. Ale miała zasady, swoje zasady. Babcia zadbała by Suzana wiedziała co damie wypada a co nie. Dzielnie więc spacerowała, spacerowała obok niego, i nie pozwalała na nic więcej niż pozwoliłaby sobie jej babcia. Jemu nie zostało nic więcej, jak po kolejnej randce, gdy trzymała go na dystans zanucić….

Su-sanna, I’m crazy loving you….

2705-close-up-portrait-of-a-beautiful-teen-girl-outdoors-pv

Ach ten słodki uśmiech, ach te piękne zgrabne nogi, ach te kwieciste sukienki. Poznajcie Lilian, młodą, pełną energii i werwy pannę. Lilian jeździ na rowerze, jest wegetarianką, nauczycielką, po pracy pędzi do schroniska, gdzie jako wolontariuszka pomaga przy bezdomnych psiakach. Jej emerytowane sąsiadki ją uwielbiają, Lilian zawsze obdarzy je uśmiechem , upiecze dla nich szarlotkę i wniesie zakupy. Lilian ma na ramieniu zabawny, mały tatuaż. Uwielbia kwiaty, dwa razy w tygodniu jeździ na ekologiczny targ gdzie kupuje nie tylko naręcza tulipanów, ale i swój rowerowy koszyk wypełnia kilogramami zdrowych warzyw i owoców. Lilian wydaje się być dziewczyną idealną. Ale ma maleńką, drobniutką wadę. Zmienia mężczyzn jak rękawiczki. Najpierw pojawia się ten jej nieziemski uśmiech, potem parę słów, potem parę idealnych randek i …. Lilian się nudzi. A jak on cierpi, a jak on cierpi. Pół miasta, albo przynajmniej pół dzielnicy ma przez nią połamane na kawałki serca…

Oh, Lillian
I should have run
I should have known
Each dress you own
Is a loaded gun

19b124c834e4f4136f105b5d222d76db

Wiem, wiem. Jest jeszcze Angie, Roxanne, Sadie, nasza Pamela co się żegna.I jest nawet seksibomba o imieniu Aleksandra, celowo ją pomijam bo Aleksandra przedstawia się sama.  Ja też się żegnam Czas na mnie.

Ścieżka dźwiękowa-  X Ambassadors- Renagades

Reklamy kłamią

Powiem szczerze, sama nie wiedziałam czy mam zajmować się tym tematem czy też nie. Czy odpuścić? Czy jest sens? Ostatecznie uznałam,że i owszem.

Jakiś czas temu, dokładnie niecałe 2 tygodnie temu okładka Wysokich Obcasów wyglądała dość nieatrakcyjnie dla większości. Ot damskie majtki i czerwony brokacik imitujący okres. Tak, okres. Uff, poszło po kablach. Nie „damskie boleści”, nie” te dni” czy po prostu-no ten tego,dziś cierpię. Okres. Coś bardzo naturalnego, coś co przeszła nasza babcia, mama i my też to mamy. Po co więc na okładce babskiej gazety informacja, że kobiety mają okres i nie mają się czego wstydzić? Kiedy wzięłam tę gazetę do ręki pomyślałam sobie,że to bez sensu i w ogóle jako kobiecie, niepotrzebne mi informacje, że mam okres. Mam i co  z tego? To tak jakby na okładce ogłaszać,że każdy z nas czasem idzie do toalety zrobić siusiu. Przecież to normalne. Poza okładką był tekst, o tym,że okres to wciąż temat tabu, że środki higieniczne są obłożone podatkiem, że kobiety boli brzuch, a reklamy podpasek przekonują, że w czasie okresu najchętniej nosimy białe spodnie, obcisłe spódniczki, wskakujemy na motor, idziemy na tańce, chodzimy na basen, imprezujemy z przyjaciółmi i w ogóle mamy najlepszy czas w życiu. Szczerze? Do soboty te reklamy w ogóle mi nie przeszkadzały.

W zeszły poniedziałek napisałam ogłoszenie,że sprzedam bilet na koncert . Cena? Dokładnie taka jak na bilecie, obok pojawiały się oferty o 200,300 czy 400 procent ponad cenę wyjściową. Niestety, ludzie uznali,że i cena zakupu jest za wysoka. Dwie osoby były chętne, ale jeżeli sprzedam bilet za…. 50 zł. Tego było już za wiele. Jak można aż tak nie doceniać talentu Davida Gilmoura?  W czwartkowy wieczór podjęłam męską decyzję, jadę. Co najwyżej umrę ze strachu siedząc na tym dworcu. Albo umrę z ręki jakiegoś psychopaty, który będzie grasował nocą po wrocławskich ulicach. Patrzcie na ile byłam gotowa. Odważna ze mnie bestia. W piątek zaczęłam nawet mieć nadzieję,że nikt nie zgłosi się po ten bilet. Ba, zaczęłam planować co ubrać by nie usmażyć się jak jajko na twardo. Kupiłam zapas wody mineralnej i suche batoniki razowe, które miały być czymś pomiędzy śniadaniem a kolacją. Albo odwrotnie. W nocy nie mogłam spać.

I jak się okazało,nie z emocji. Z tego całego podekscytowania i upału zaczął mnie boleć brzuch. Szybko okazało się,że powodem jest właśnie okres. Doszedł ból głowy. Ból głowy miałam więc podwójny,bo w reklamie dziewczyna podskoczyłaby z radości, ubrałaby najbardziej obcisłą białą mini, rzekła ahoj przygodo i z uśmiechem na ustach ruszyłaby w trwającą 36 godzin podróż bez noclegu, bez dostępu do łazienki,bez możliwości przebrania się, odświeżenia i w razie czego po prostu położenia się na łóżku i zregenerowania sił. Dziewczyna z reklamy nie zważałaby na przeszkody. Zresztą jakie przeszkody, okres to najcudowniejszy czas w jej życiu. Ma wtedy masę energii, lśnią jej włosy, cerę ma idealną bez żadnych niedoskonałości, ciągle się śmieje i w ogóle wydaje się być zakochana w kobiecości na amen. Nic jej nie rusza, nic nie przeszkadza, robi co chce i żyje bez skrępowania. Tymczasem ja leżałam w łóżku i nie miałam siły się podnieść. W końcu wzięłam tabletkę, nie pomogła. Chciałam wziąć kolejną, ale z 15 letniego doświadczenia wiem, że nie pomoże. Trzeba przeczekać. Dostarczyć sobie odpowiednią porcję czekolady, wybrać łzawe filmy i narzekać ile wlezie na podłość losu. Ciągle debatowałam z samą sobą,ale ostatecznie uznałam,że pchanie się w ten  galopujący upał w taką szaloną wyprawę w takim stanie z takimi higienicznymi niewygodami jest po prostu szaleństwem. I po prostu się poryczałam. Bo nie jestem jak dziewczyna z reklamy. Mnie boli brzuch i ciężko mi wstać z łóżka, a ona przeżywa przygody za przygodą i cieszy się życiem. Co ze mną jest nie tak? Jestem dziwakiem, i pewnie szukam problemów na siłę-tak o sobie myślałam. Te myśli oczywiście nie poprawiły nic a nic mojego samopoczucia, wręcz przeciwnie. Sprawiły,że poczułam się jeszcze gorzej. I wtedy zrozumiałam sens artykuły w Wysokich Obcasach. Stworzyliśmy i stworzyłyśmy sobie świat gdzie przez 365 dni w roku mamy być piękne, eleganckie, gotowe na wszystko. Zawsze i bez wyjątków. Zawsze w seksownej odzieży, zawsze pewna siebie,na przekór setkom niedoskonałości cery, zawsze idealna,choćby zjadła 8 tabletek przeciwbólowych i nie pamiętała kiedy ma urodziny. Bez humorów, boleści, skurczów tego i owego i niechęci do całego świata. Zaczęłam odczuwać niechęć do samej siebie.

Przeminęło. Minęły rozterki. Rodzeństwo w pociągu zmierza na koncert. Ja zostałam w domu. W wielkim dołku. Nie dość,że raniło moje serce, które znów przez dwa dni wierzyło,że posłucha Davida na żywo, to jeszcze bolało mnie dosłownie wszystko. Najchętniej przespałabym ten dzień, nie wyszła spod kołdry. Ale jak na złość było okropnie upalnie, kołdra odpadła. Nie zmieniło się jedno, snułam się po mieszkaniu jak cień i roztrząsałam swojego pecha. A potem pomyślałam,że to żaden pech. To natura, coś oczywistego, po prostu życie. Ktoś zgubił bilet, ktoś złapał grypę, komuś popsuło się auto i nie dojechał na koncert. Ja miałam okres i nie mogłam tam być. Nie będę się ścigać z paniami z reklamy. Moja rzeczywistość wygląda zupełnie inaczej.

W sobotę w godzinach 21.45 do 1 w nocy zużyłam 2 paczki chusteczek. Owszem oglądałam ten koncert w telewizji, ale oczywiście wrażenia są zupełnie inne. Koncert oglądałam w ukochanej piżamie z sową, z półlitrowym kubkiem kakao wygodnie leżąc na łóżku. Ale kiedy brat wysłał mi sms w czasie Wish you were here po prostu musiałam dać upust wszystkim nagromadzonym we mnie emocjom. Ach te hormony, ach te emocje. Moja mama myślała,że postawiłam olbrzymie pieniądze na przegraną Polaków i stąd mój żal za utraconym majątkiem. A ja po prostu nie mogłam się opanować z typowo babskich powodów. Brat sprzedał mój bilet. Jako, że moja kobieca natura na 4 dni w miesiącu dochodzi do głosu to kierowana dziwną mocą ułożyłam na klawiaturze literki w nazwę pewnego sklepu i bach, zaczęłam poszukiwania sukienki. Marzyła mi się taka codzienna, idealna do pracy albo na spotkanie z koleżanką, albo na spacer. Mam w szafie pełno sukienek na okazje, które nigdy nie nadchodzą,więc sukienki leżą w szafie. Akurat siostra dzień wcześniej dała mi cynk,że w pewnym sklepie jest wyprzedaż i cóż, zaczęłam łowy. Zanim doszłam do radosnych sukienek w kwiatki w oko wpadła mi ciemna sukienka z długimi rękawkami. Coś czego nie szukałam? A skądże. Znalazłam na niej kwiatowy wzór, uznałam więc,że wstępnie mogę ją włożyć do wirtualnego koszyka. Idę dalej, już prawie widzę gdzie szukać sukienek w kwiatki, ale… Ale w oko wpada mi sukienka w stylu safari. Piękna, wsadzam ją do koszyka i bez mrugnięcia okiem-co by mi z oka nie wypadła, idę dalej. W końcu jest, sukienka w kwiatki, koralowa. Śliczna, biorę. Już zmierzam w kierunku kas gdy przypominam sobie,że szukam też zwiewnej spódnicy na upały. Warto rzucić okiem, i bach w oko wpada mi naprawdę fajna spódnica. Ok, teraz muszę wybrać jedną rzecz. Jedną. Jedną, naprawdę jedną. I zaczynam negocjacje sama z sobą. Ta ciemna ma idealny krój, ta safari to spełnienie moich marzeń, spódnica kusi,a  ta w kwiatki? No cóż, to przez nią robię to co robię. Jako, że szalona ze mnie kobieta-i wiedziona hormonalną huśtawką, wybieram wszystkie cztery pozycje. Jak Scarlett, będę martwić się potem. A z resztą czym mam się martwić?

Ścieżka dźwiękowa- Shania Twain- I ain’t goin down

Slow.

Nigdy nie byłam niewolnicą mody. Nie wiem co jest modne w danym sezonie, nie wyrzucam całej garderoby tylko dlatego,że ktoś stwierdził iż w tym sezonie brązy nie są modne. Nie ruszam ochoczo na wyprzedaże, nie tracę głowy na zakupach i nie wydaję setek złotych na ciuchy. Nowa para spodni nie poprawia mi humoru. Kupowałam kiedy musiałam,brałam pierwszą lepszą rzecz z brzegu. Dużo ubrań dostawałam w prezentach. Nietrafionych, których nie chciało mi się odesłać czy wymienić. Mimo to mam szafę pełną ubrań, a i tak co rano staję przed dylematem-co mam na siebie włożyć? Zazwyczaj wybieram to samo. Jeżeli coś pokocham,noszę aż samo ze mnie zejdzie. Zeszłą zimę przechodziłam niemal w jednym swetrze. Bo ciepły, pasował do wszystkiego, sprawiał,że czułam się w nim świetnie. Kiedy zdarzy mi się jakieś wyjście mimo nadmiaru sukienek, których nigdy nie założyłam zawsze wybieram tę samą, którą każdy zna. Bo ją uwielbiam, bo nie krępuje ruchów, bo czuję się w niej i wyglądam naprawdę ok. Myślałam,że mam więc zdrowe podejście do zakupów, mam swoje ulubione rzeczy, od czasu do czasu robię zakupy, nie wydaję na zakupach majątku a mam pełną szafę.

Kiedy przypadkiem trafiłam na książkę Slow Fashion Joanny Glogazy pomyślałam-to nie dla mnie, ja nie mam żadnego problemu ze swoją szafą. Jaka modowa rewolucja? To pewnie poradnik dla modowych blogerek, żeby przyciągnąć jeszcze więcej fanek. Ale skoro już miałam tę książkę w rękach przeczytałam ją. I cóż okazało się,że zaczynam rewolucję. Prawdziwe rewolucje Magdy G., tyle,że nie kuchenne a szafowe. Wszystko co w swojej książce zamieściła Joanna przemówiło do mnie, pokazało moje wady, ale i pokazało jak uporządkować swoją szafę i wejść do świata slow fashion. Czyli mieć małą szafę, a zawsze wyglądać świetnie.

Podczas czytania przypomniałam sobie jak kiedyś uważałam,że każda urzędniczka(to było podczas mojego półrocznego urzędowego stażu) powinna chodzić w białej koszuli. Kupiłam sobie więc 4 białe koszule w różnym stylu. Wyobrażałam sobie wersje eleganckie, i te codzienne  do jeansów, do tego sznur sztucznych pereł, czerwona szminka i miałam wyglądać jak Paryżanka. Problem w tym,że ja nie znoszę białych koszul. Nie lubię białego koloru, który bezlitośnie podkreśla moją bladość. Jako,że jestem wyjątkowo plamotwórcza białe koszule mnie krępują, ograniczają, to nie mój świat. Po cóż mi więc cztery białe koszule, skoro kiedy mam ochotę na koszulę wybieram tę dżinsową? No cóż, okazało się,że mam więcej odzieży w stylu białej koszuli, której nie noszę,a  żal mi wyrzucić. Bo za 10 lat może dojrzeję by je włożyć? Może nadarzy się okazja? Może strzeli we mnie piorun i zmieni mi się styl?

Nie, byłam bezwzględna. Wyrzuciłam koszule, wyrzuciłam trzy pary kompletnie niedopasowanych jeansów, które mnie krępowały swoją chęcią ewakuacji z mojego tyłka zawsze w nieodpowiednim miejscu i czasie. Wyrzuciłam bluzeczki do pracy, których nigdy do pracy nie zakładałam bo były zupełnie nie w moim stylu, ale za to tanie. Wyrzuciłam 3 sukienki, które nie są dla mnie. Wszystko zapakowałam w worku, opisałam i postawiłam koło śmietnika. Owszem, kiedy je odnosiłam miałam chęć powrotu do domu. Kiedy zamknęłam wrota śmietnika chciałam wrócić do moje ubrania i przeprosić za eksmisję. Zostawiłam sobie sweterek studencki mojej mamy i koszulkę muzyczną z mojego pierwszego samodzielnego koncertu. Reszta poszła na śmieci. Moja szafa zmieniła się, a raczej skurczyła o ponad połowę. Ale w końcu jest przejrzysta i ułożona.

Joanna przekonała mnie też,że kupuje się nie to co na co aktualnie jest promocja(czyli ta różowa bluzka,a  ja nie znoszę różu), ani to co podoba mi się w danej chwili(ta sukienka z dekoltem na plecach), ale to czego naprawdę potrzebuję i to co pasuje do mojego stylu życia. Do mojej pracy nie potrzebuję eleganckich koszul,żakiecików i spódniczek za kolano. Przyda się za to ciepły sweter, wygodne jeansy i buty, w których miło się chodzi. Okazji wyjściowych mam tak mało,że nie potrzebuję 6 sukienek weselnych. Powinnam inwestować w co innego. I robić przemyślane zakupy, choćby z początku miały mnie maksymalnie zmęczyć.

Zrobiłam listę tego co muszę dokupić. Zamiast 3 par kompletnie niedopasowanych i byle jakich jeansów kupiłam wczoraj porządne i idealne jeansy z Zary. Owszem trochę było mi szkoda wydać na raz taką sumę, w końcu zawsze kupowałam jeansy na ryneczku. Ale policzyłam sobie, że te 3 pary wyrzuconych spodni, kupionych w ciągu roku równa się jedna porządna para. Kupiłam sobie wiosenno-jesienny płaszczyk, w końcu taki jaki chciałam. Owszem zakupy zajęły mi trzy dni, owszem bardzo mnie to denerwowało. Ale pierwszy raz przy wyborze płaszcza wzięłam pod uwagę modele butów i torebek, tak aby wybrać coś co naprawdę będę nosić, a nie coś co schowam na dno szafy. Mój płaszczyk kupiłam w promocyjnej cenie w H&M, był nawet tańszy niż jeansy, więc jednak warto było szukać, obserwować i stracić na trzy dni na zakupy a nie wziąć byle co, co tylko wpadło mi w oko, byle mieć za sobą zakupy.  Teraz intensywnie szukam kolejnego ciepłego zimowego swetra, w którym nie zmarznę w pracy,a  mile się otulę.

Książka Slow Fasbion, Kupuj mniej, wyglądaj lepiej, przekonała mnie,że nie liczy się ilość a jakość. Że kupowanie z zamkniętymi oczami byle było po zakupach nie ma sensu, że oczyszczenie swojej szafie jest wspaniałym początkiem jesiennych zmian.

Ścieżka dźwiękowa-Aerosmith-Janie’s got a gun