Książkowo-filmowy maj

Kulturalnie maj był bogaty, zarówno w obejrzane filmy, jak i w przeczytane książki. Tych ostatnich na liczniku mam 15. Weekend majowy zrobił swoje. Jak i 4 chorobowe dni pod koniec miesiąca. Z tych 15 pozycji jedna była jedynie totalnie i całkowita niestrawna. A reszta momentami aż za dobra!

Paulina Ptasińska i Wesele. Pani Paulina napisała niesamowicie infantylną i nudną książkę. Czegoś tak złego, nijakiego i bez sensu nie czytałam od dawien dawna. Powiem szczerze, Wesele powinno być zakazane wszystkim osobom powyżej 10 roku życia. Cóż to za fabuła? Otóż są sobie siostry, jedna ma męża, druga właśnie się zaręcza z okropnie bogatym typem,a  trzecia nie ma szczęścia w miłości. Ale przyszły pan młody ma brata, jeszcze bardziej bogatego. Historii dalej chyba streszczać nie muszę? Środkowa siostra zakochuje się w nim, a on w sumie traktuje ją dość dziwnie. Po drodze ona parę razy się zezłości, a on popatrzy na nią seksownymi oczami i ona się roztopi. I wiadomo, będą kolejne zaręczyny. A to ci niespodzianka,  prawda? Książka dla tych, które minimum 24 godziny na dobę rozmyślają o księciu z bajki. I nadmiar romantyzmu i różowych baloników nie wychodzi im bokiem.

 

Ale teraz będzie lepiej. Obiecuję.  Dwaj bracia Bena Eltona to fascynująca i porywająca opowieść o bliźniętach urodzonych w 1920 roku. Dwa bracia, jedna rodzina, jedno miasto, ale inna krew. I ta krew sprawia, że w świecie gdzie dojrzewa  i rozplenia się faszyzm i nacjonalizm Paulus i Otton mają zupełnie różne perspektywy na dalsze życie. Ta książka porusza, zachwyca, wzrusza, chwilami złości, a chwilami patrząc na głupie zachowania braci nieco śmieszy. To przepiękna opowieść o sile braterskiej miłości, przywiązaniu, sile wychowania, i wielkiej nadziei i odwadze. To jedna z takich książek, które szczególnie polecam, bo w prosty i dość przystępny sposób opowiada o trudnej historii, tak nieodległej.

Świat jest naprawdę piękny. Szkoda że są w nim ludzie.

Jak wiecie moi dziadkowie byli Litwinami, z dużą więc przyjemnością zabrałam się za Silvę Rerum, litewski hit. Z pewnym żalem muszę przyznać, że książka ta przeleżała na mojej nocnej półce…. 6 miesięcy zanim po nią sięgnęłam. Sama nie wiem dlaczego? Chyba dlatego, że mojemu tacie tak bardzo się podobała, że bałam się skonfrontować moją opinię z jego. Ale nie było czego się bać. Książka została napisana w rewelacyjny, nieco gawędziarski sposób. Ot, jak byśmy siedzieli przy kominku i słuchali opowieści wybitnego gawędziarza. Kronika życia rodziny Narwojszów wciągnęła mnie bez reszty. Myślę,że dzięki dużej lekkości i specyficznemu, ale przyjaznemu czytelnikowi stylowi, ta książka spodoba się każdemu. Bo czyta się sama. XVII wiek, okazuje się fascynującym czasem, kiedy rządziły proste wartości – miłość, wierność i przywiązanie.

Nazwać go diabłem byłoby retorycznym nadużyciem, choć delikatnie mówiąc, bakałarz filozofii Jan Kirdej Biront miał porachunki z Panem Bogiem, a to, że chętnie by Go spotkał ciemną nocą w ciasnym wileńskim zaułku i za pomocą pięści wyjaśnił, co o Nim sądzi, sam traktował jako najlepszy dowód swojej wiary w Boga.

Paulina Simons to pisarka, która wiele uwagi poświęca Rosji. Nic dziwnego, to kraj jej rodziców, z którego ona jako dziewczynka wyjechała i osiedliła się z rodziną w Stanach. Niemniej jednak Rosja jest jej bardzo bliska. Tym razem napisała ona książkę, relację z podróży do Leningradu. Szykując się do tworzenia swojej książki, która zdobyła serca milionów czytelników, postanowiła lepiej poznać Leningrad, miejsce gdzie w czasie wojny dziać miała się akcja jej powieści. Mieście, skąd ona pochodzi, gdzie się urodziła i spędziła parę lat życia. Gdzie wciąż ma rodzinę i dawnych, pierwszych przyjaciół. W tę podróż zabiera swojego ojca. Podróż w latach 90 do zmienionej, innej Rosji jest dla nich olbrzymim przeżyciem. Powrót do wspomnień, tych najbardziej bolesnych, jest naprawdę trudny.  Konfrontacja z przeszłością i teraźniejszością. Ta książka naprawdę robi wrażenie na czytelniku. Rzetelny dziennik a pięknej, ale wyjątkowo trudnej podróży. Przeczytałam jednym tchem. 6 dni w Leningradzie, polecam.

MIASTO-BOHATER LENINGRAD
[…] Te trzy słowa krzyczą w nocy, oświetlone aureolami aniołów: – głodowaliśmy, walczyliśmy i umarliśmy, ale się nie poddaliśmy.

Kolejna książka zaczęła się typowo. Małżeństwo, takie raczej nudnawe, ona ma rozterki, bo chyba nie kocha go tak bardzo jak on ją, mieszkają sobie na prowincji i wiodą nudne życie. Aż ona dostaje pracę w Londynie i regularnie zaczyna jeździć do niej nocnym pociągiem. Nocny Emily Barr to książka zaskakująca. Owszem,nie jest to wybitne dzieło, ale tak zaskakująca, że czytałam ją z wielkim zainteresowaniem. Po jej przeczytaniu wiem, że w nocnym pociągu nie tylko się śpi. A banalna podróż do pracy, może całkiem odmienić czyjeś życie. Zdecydowanie polecam wszystkim tym, którzy poszukują lekkiej, ale oryginalnej pozycji. W sam raz na wakacje.

Musso przyzwyczaił swoich czytelników do oryginalnych i niebanalnych historii. Czasem to bywa aż za irytujące. Ale, ale. Tym razem dałam się zaczarować po całości. Ta chwila, to nie jest książka, o której łatwo się zapomni. Przenosi bowiem w zupełny inny wymiar. I przypomina o tym , że życie składa właśnie z takich chwil. Tych wszystkich niepowiedzianych słów, odłożonych telefonów, odwołanych spotkań. Chwila, moment, mija sekunda, i jesteśmy starsi. Mija 10, 15 lat, jesteśmy w zupełnie innym momencie życia. Co było wczoraj zupełnie się nie liczy. Czy nie warto byłoby więc odpuścić ? Magia, tajemnica, rodzinne historie. Mnie wciągnęła i całkiem pochłonęła.

…pamiętaj , CZAS jest graczem namiętnym, co WYGRA bez szachrajstw każdą partię…

Filmowo. 9 obrazów za mną, dość dobry wynik. Oczywiście najlepszym filmem maja uznałam Klienta, było to wiadomo od 2 maja, że to mój typ. Jako, że szczegółowo go opisałam, to daruję Wam moje kolejne zachwyty. Byłoby to śmieszne, choć pewnie przyjemne dla reżysera. Wróćmy do tematu. Jakie filmy mnie ujęły, a jakie zdecydowanie odrzuciły?

Ujął mnie Wstrząs. Tak, to dziwne, ale film z Willem Smithem mogę uznać za naprawdę dobry. Chociaż tematyka związana z amerykańskim futbolem nie jest tym co naprawdę mnie kręci. Ale, ale, ta historia naprawdę wciąga, a sposób jej opowiedzenia sprawia, że film ogląda się z prawdziwą przyjemnością. Film powstał na podstawie prawdziwej historii. Historii lekarza, który odkrył powiązanie między urazami głowy, a późniejszymi samobójstwami zawodników. I stanął do walki z olbrzymim związkiem. Wszyscy przeciw jednemu. Nie sądziłam, że film o wpływie sportu na zdrowie zawodników w połączeniu z Willem Smithem mi się spodoba, ale podobało.

20160312185833

Na plus mogę też ocenić film  Przyjaźń czy kochanie? Wiem, wiem, tytuł sugerować może banalną komedię romantyczną, a jest zgoła inaczej. Historia dzieje się w Anglii, w XVIII wieku. Jest to więc film kostiumowy, opowiadający o intrygach, miłosnych oczywiście. Lady Susan Vernon, jest młodą wdową, o wątpliwej reputacji, która w posiadłości szwagra próbuje przeczekać skandal z jej udziałem, a także zabezpieczyć sobie bezpieczną przyszłość. Czyli w skrócie szuka bogatych kandydatów na męża, dla siebie i córki. Czegóż się w końcu nie zrobi dla finansowego komfortu… Pełna intryg, pomyłek i cynizmu komedia. Naprawdę świetnie zagrana, idealna rozrywka na środek tygodnia.

film_duze

Teraz minusy. Planeta Singli. Gdzieś przeczytałam, że po zobaczeniu tego filmu publiczność i krytyka głosiła, że instytucja komedii romantycznych w naszym kraju jest uratowana. Otóż, powstał film zabawny, dowcipny i inteligentny. Widać jestem jakaś dziwna, ale powiem szczerze, ten film był dla mnie żenujący. Oglądałam go z niesmakiem. Zamiast komedii, wyszedł dramat. Dla mnie wszystkie w tym filmie było sztuczne, żenujące i bez sensu. Przecież wiadomo, że jeżeli jesteś 27 letnią  nauczycielką muzyki w szkole chodzisz w sweterkach pod same uszy, masz okulary i własne mieszkanie w Warszawie. I nie masz faceta, i boisz się,że umrzesz samotnie. I masz idiotyczne koleżanki. I w kawiarni spotykasz gwiazdę telewizji, która proponuje ci udział w swoim „szoł”. I jest „szoł”.

600756_1-1

 

 

Zmieniam gatunek. Pomińmy romantyczne komedie, Wizyta. Kto oglądał 6 zmysł, rączka w górę? Właśnie, wszyscy widzieliśmy i się zachwyciliśmy. Ten sam reżyser, czyli M. Night Shyamalan od lat jedzie jednak windą w dół i tworzy filmy, które nie zachwycają, ale sprawiają, że o 6 zmyśle można mówić jako o wypadku przy pracy. Ot, udał mu się jeden, może dwa filmy i tyle. Teraz próbował się zrehabilitować przy pomocy Wizyty. Filmu mówiącego o wizycie dwójki nastolatków u nigdy nie widzianych dziadków. Dziadków, którzy z każdą kolejną chwilą coraz dziwniej się zachowują. Po horrorze oczekuję jednego – obejrzę i trzy dni będę spała z zapaloną lampką. Tutaj nie doświadczyłam choć cienia gęsiej skórki. Zupełnie nic. Jakbym oglądała Przyjaciół. Dziwny, pokręcony film, który nuży.

the-visit-deanna-dunagan

W maju obejrzałam też film o najdziwniejszym tytule. Emigrant w żelkowej malinowej łódce. Tak zwany film środka, ni dobry, ni zły. Ale tytuł zwalił mnie  z nóg. No dobra, leżałam na łóżku, więc nie zwalił dosłownie, ale w przenośni na pewno.

A ja muszę dodać- piękna pogodo wróć!

Ścieżka dźwiękowa-  The Dumplings – Technicolor Yawn

Minął miesiąc – maj

Uwielbiam maj. I z żalem go żegnam. To dla mnie jeden z dwóch najpiękniejszych miesięcy w roku. Ale jako, że kocham tak samo czerwiec, to jestem obecnie w dobrym położeniu. Przynajmniej mam nadzieję, że jestem w dobrym położeniu.

Maj, piękny miesiąc. Przyroda rozkwita, jest pięknie. Początek tegorocznego maja był jednak zaprzeczeniem piękna. Było zimno, śnieżnie, paskudnie. Pojawił się mróz, ciągle padało. Było po prostu koszmarnie. Gdzie te bzy? Kwitnące kasztany i zieleń? 8 maja sypał śnieg, i było – 0,2 stopnia. Mimo to miesiąc zaczął się aktywnie – od majówki, która pomimo zimowych kurtek i czapek, udała się wyjątkowo. I jeszcze długo będę ją miło wspominać. W ogóle ten miesiąc był aktywny. Z dużą chęcią chodziłam do pracy, coraz bardziej lubię to co robię. Owszem, chwilami dalej nie rozumiem co sprzedaję i co chce ode mnie klient, ale takich sytuacji jest już coraz mniej i mniej. Po pracy starałam się by każdy weekend był ciekawy. A jako, że pogoda zrobiła się nie tyle wiosenna, co letnia, to były spacery, dużo spacerów po plaży, gofry na molo i relaks na bulwarze. W ogóle maj to czas spacerów, zachwytu nad przyrodą i szukania bzu. Zapełniłam parapety i balkon kwiatami. Rosną jak szalone! W końcu udało mi się zorganizować spotkanie z przyjaciółką i moją ukochaną Zuzią, którą kocham rozpieszczać. Maj byłby dużo bardziej aktywny towarzysko gdyby to spotkanie klasowe nie rozlazło się w szwach, albo gdyby plany z minionego weekendu wypaliły. Niestety, majowa pogoda nie była dla mnie do końca łaskawa i zamiast miłego weekendu spędzonego w kinie z koleżanką na ambitnym filmie i byczeniu się na plaży, byczyłam się na łóżku i walczyłam z ogromnym przeziębieniem. Mimo gorszej końcówki ogólnie maj był przyjemny. Staram się nie pamiętać tej pierwszej części, zimowej. Ta druga była przepiękna pogodowo. I chociaż zdarzały się gorsze dni, to mimo wszystko będę je miło wspominać. Bo kiedy kwitnie bez to ja nie mogę mieć złego humoru. Przecież to oczywiste.

W maju udało mi się załatwić jedną ciężką sprawę, dodatkowo odwiedziłam mojego seksownego dentystę, który chyba obraził się, że zamiast za anonsowane pół roku, wpadłam po 10 miesiącach i po minucie kazał mi sobie iść. I zlecił kontrolę za pół roku. Ale ja nie  z tych, zapisałam się na wymianę plomby. Wymiękłam, musiałam wziąć znieczulenie, pierwszy raz w życiu. Jak ja potem tego żałowałam! Byłam sparaliżowana przez dwa dni. Ale chociaż spędziłam 25 minut w rękach najpiękniejszego i pachnącego najbardziej seksownymi perfumami dentysty. Warte to było każdego bólu.
W maju rządziły pierogi. Byłam w trzech pierogarniach. I tak, razem z bratem ulepiłam 178 sztuk pierogów z płuckami. Zrobiliśmy to w 3 kwadranse w pewien piątek,miałam na sobie wyjściową sukienkę. Siła rodzeństwa.

Hitem maja…. Hitem maja zostaje Acatar. Tak, tak, wiem to dziwaczne, ale tak jest. Przez 6 dni przetestowałam 3 leki na katar, i dopiero czwarty, kupiony w akcie desperacji dał radę okiełznać infekcję. Także ogłaszam go moim hitem. Naprawdę działa zgodnie z tym co obiecuje= w ciągu kilkudziesięciu sekund po aplikacji. I jaką daje ulgę! Przywraca chęć do życia. To mój największy hit.

W kwietniowej promocji w wiadomym sklepie kupiłam podkład. O dziwo, po zakupie dowiedziałam się, że ten podkład w wielu kręgach uznawany jest produkt kultowy. Zdziwiłam się, niełatwo będzie w końcu oceniać legendę. Ale zabrałam się testowania. Mój wybór padł na Lirene City Matt. Produkt zgodnie z nazwą, ma matować skórę i to robi. Ale nie jest przy tym nienaturalny, jest bardzo delikatny. Nie ma bowiem mocnego krycia, więc raczej nie jest dla osób, które wiele mają do ukrycia. Mi bardzo pasuje w ciepłe dni, bo jest lekki, cera wygląda naturalnie. a sam efekt matowienia nie jest zbyt mocny. To znaczy, nie wygląda sztucznie. To co mnie zachwyciło w tym podkładzie to genialne wygładzenie skóry, naprawdę mam wrażenie, że staje się jedwabista. Plusem jest też kolor, idealnie jasny dla mojej białej cery. Cenę ma fantastyczną. Minusem jak dla mnie będzie wydajność. Nie wiem czemu, ale inne podkłady starczają mi naprawdę na dużo, dużo dłużej. A tutaj po miesiącu-i to niecodziennego używania, zniknęło mi 3/4 opakowania. Nie rozpaczam za bardzo, bo w letnie miesiące i tak używam kremów CC bądź BB. Ale jednak znika za szybko, co czyni go mało ekonomicznych, mimo umiarkowanej ceny. Ale myślę,że warto spróbować.

Wiadomo, latem człowiek większą atencją darzy stopy, bo zaraz będziemy ubierać sandałki i w ogóle, jakoś tak wypada zadbać o te rejony. Jeżeli nie macie jak ja dużej cierpliwości to polecam genialny krem Perfecty – skarpetki złuszczające. Wystarczy posmarować sobie wieczorem stópki, a rano ich nie poznacie. Ja używam go prawie codziennie i jestem zachwycona. Cena jest śmieszna, 7,99 zł w najbardziej popularnej drogerii w kraju. Mam właśnie 4 tubkę tego kremu, więc o czymś to świadczy.

Zapach. W maju, tej cieplejszej części, odkryłam,że w pracy kiepsko mi się nosi moje ulubione mocne zapachy. W okolicach południa byłam już znużona zimowym aromatem. Dlatego też kupiłam sobie zapach do pracy. Bardziej wiosenny, delikatny, niemęczący. Nie chciałam wydawać za dużo, wybór padł więc na Avon Cherish. Mamy tutaj wiśnię, delikatne nuty drzwne i trochę piżma. Całość jest lekko owocowa, o dziwo bardzo przyjemna. Nie przesłodzona, w pracy jak znalazł. O dziwo spodobał się nawet mojej mamie, która uwielbia perfumy z wyższej półki. Te urzekły je lekkością, w ciepły dzień jak znalazł.

Minusem będzie szampon do włosów. Ja naprawdę w żaden sposób nie jestem wybredna, szampon ma myć i tyle.  Kiedyś przeczytałam, że szampon ma tak krótki kontakt z włosami, że nie warto przepłacać. Za to warto kupić lepszą odżywkę czy maskę. Od dłuższego już czasu byłam wierna jednemu szamponowi, który kocham i uważam,że jest świetny. Teraz jednak skusiłam się na nowość od Elseve, szampon z magiczną glinką. Kupiłam go bez promocji za 14,99 zł. Liczyłam na wiele, bo ten mój szampon to właśnie mieszanka glinki i cytryny. Ten jest droższy i myślałam,że będzie lepszy. A gdzie tam. To znaczy on oczyszcza włosy, ale po pierwsze o ile mój Ultra Doux naprawdę zapewnia 3 dni świeżości, to ten niecałe dwa – a obiecuje trzy. W południe następnego dnia po umyciu włosy wyglądają już nieciekawie.  A dodatkowo zabiera włosom cały połysk. Po umyciu są lekkie i świeże, ale za to matowe i wyglądają paskudnie. To znaczy moje wyglądają przez to paskudnie. Oddałam go bratu. Sama pokornie wróciłam do mojego ideału. Z opinii jakie znalazłam w internecie większość osób narzeka na to, że zostawia matowe włosy i wcale nie odświeża na długo. Niektórym wręcz nasilił problem. Nie dziwię się, że teraz w popularnej drogerii jego cena pikuje i można go już kupić za 8 zł. Taniej niż mój ideał.

Koniec laby. Dwa dni chorobowego. Ciężko się wraca do życia. Tym bardziej, że moje chorobowe dni były upalne. A teraz jest burzowo. Buu.

Tradycyjnie parę majowym ujęć. W maju moja siostra kupiła lustrzankę. Zrobiła mi sesję w golfie.

Ścieżka dźwiękowa- Tame Impala – Nangs

Minął miesiąc-kwiecień.

I tak, i tak, proszę państwa minął kolejny miesiąc. Nie wiem sama czy minął niczym biczem strzelić, czy jednak pozwolił delektować się sobą? Mam mieszane odczucia.

Podobnie mieszane odczucia mam wobec samego kwietnia.

W moim horoskopie napisali, że będzie to miesiąc rozwijania swoich talentów i skupienia uwagi czy to na hobby, czy na pracy. Szef miał mnie docenić i miałam zyskać uznanie otoczenia-tego w pracy. To się sprawdziło. Dostałam sporą premię na święta, za to, że rozwiązałam parę problemów. I wiecie co? Coraz bardziej lubię tę swoją pracę, coraz bardziej wkręcam się w świat zawiasów. Zauważam u siebie początki fachowego oka. Kiedy miałam przedświąteczny urlop na przygotowanie świąt, było mi smutno,że nie jestem w biurze, zastanawiałam kto co zamawia i w ogóle, co tam słychać. Paliwa starczyło mi jedynie na połowę miesiąca. I tutaj znów horoskop ogłosił hamowanie. Więcej nerwów, stresu, gorszego samopoczucia i napięcia. Duży wpływ miała na to niestety fatalna pogoda. W zasadzie od świąt padało, na zmianę ni to deszcz ni śnieg. Wiało, było przeraźliwie zimno, każdego ranka żałowałam,że już się obudziłam. Wystarczyło spojrzeć za okno i miało się dość wszystkiego.

Mimo tego hamowania i gorszej drugiej połowy miesiąca nie mogę powiedzieć,że to był nieudany miesiąc. Ale nie był też jakoś szczególnie pomyślny. Ot, typowo kwietniowa przeplatanka.

Starałam się być aktywną na przekór pogodzie, odwiedziłam 4 fajne knajpki, zjadłam najlepszą i najdroższą rybę w moim życiu. Do tego była to chyba najmniejsza porcja jaką przyszło mi konsumować. W każdym razie zjadłam jadalną ziemią, na której szef kuchni położył pstrąga i okazało się,że jest to smaczne i naprawdę jadalne. Odkryłam nową genialną pierogarnię,  a w niedzielne poranki razem z siostrą chodziłyśmy na miodowe latte, które choć na moment odganiało chmury. Plan oszczędzania mi się udał. Choć biorą pod uwagę pewną kosmetyczną promocję, i przywoływanie wiosny zakupem nowych, a jakże marynarskich trampek, oraz nowej torebki,to jestem szczerze zdziwiona,że mi się udało.

Towarzysko kwiecień leżał. Owszem, w ramach akcji miłych weekendów spędzałam je miło, i poza domem, ale jednak w towarzystwie siostry i rodziny. Nasze niedzielne wyjścia, są owszem bardzo fajne, ale znów widzę,że moje koleżanki na wiosnę, wolą spędzać czas ze swoją rodziną i dziećmi na różnych aktywnościach. Oczywiście temu się nie dziwię, ale muszę nad tym punktem programu popracować i w maju być aktywniejsza.

W kwestii aktywności pamiętacie jak w lutym byłam zachwycona ping pongiem? W kwietniu kupiłam paletki, i wróciłam do gry. Najpierw próby w domu-da się grać. Ale lepiej korzystać ze stołu, a stół mam pod balkonem. Pierwsze gry za mną. Wspaniały relaks i masa śmiechu.

Kwiecień. W sumie to chyba dobrze, że się już skończył. Jego ostatnie dwa tygodnie były kiepskie. Z miesiąca na miesiąc, z tygodnia na tydzień, z dnia na dzień, jestem coraz bardziej podatna na pogodę. Kiepską pogodę dodajmy. Im więcej deszczu, szarości i wiatru, tym mniej mnie w mojej głowie i ciele. Zaczynam rozumieć moją kuzynkę i powody jej wyprowadzki do Hiszpanii – czytaj pogoda. Ostatnio żaliła mi się, że mają ochłodzenie. Z 26 na 20 stopni. A u mnie wciąż mniej niż 10 kresek. Liczę na ciebie drogi maju, przynieś słońce u upragnione ciepłe dni. I dużo, dużo bzu.

Teraz standardowo, moje kosmetyczne odkrycia kwietnia. Wiadomo, w Rossmannie była promocja kosmetyczna, kupiłam co chciałam, rozsądnie, z listą. Wpadłam z siostrą- a jakże, o 8 rano w czwartek, wzięłam co miałam-zgodnie z listą, po 3 minutach byłam przy kasie. Można? Można.  W każdym razie moja siostra kupiła sobie genialną matową pomadkę pewnej firmy na B. Mi było jednak szkoda nawet po promocji ją sobie zafundować. Pamiętacie, ja oszczędzam, a uwaga posiadam 26 mazideł do ust. Walczyłam sama z sobą, ale ta  Lena sknera wygrała. Ale, ale. Na pocieszenie dwa dni później w pewnym markecie na B., zobaczyłam matową szminkę, pewnej firmy na B. W cenie, zabójczej cenie 8,89 zł za sztukę. Włożyłam ją do koszyka pomiędzy 4 pomidorami, jednym ogórkiem, sokiem z jabłek i dwoma islandzkimi jogurtami. Więc wzięłam ją i pomalowałam od niechcenia. Ku mojemu zdziwieniu za każdym razem przechodząc obok lustra odnotowywałam obecność pomadki na ustach. Mało tego, pomimo zjedzenia dwóch kanapek, kubeczka truskawek, 3 herbat i jogurtu o smaku bzu, pomadka dalej trwała. Dnia następnego zrobiłam testy porównawcze z moją siostrą i jej pomadką 6 razy droższą. I tu szok, obie mają taką samą trwałość – 6 godzin. Tak, 6 godzin. Owszem, mój Bell ma brzydsze opakowanie, mniejszy wybór kolorów i poddał się kwadrans wcześniej,ale za to nie wysuszył ust jak jej koleżanka. I wiecie co? To był mój największy kosmetyczny hit. Idąc do Biedronki upolujcie matową pomadkę w płynie Bell. Szczerze polecam.

Czasami mam pecha. No na przykład podkład do twarzy idealnie skończył się dwa tygodnie przed ową promocją w sklepie na R. Nie chciałam kupować tego, na który polowałam w regularnej cenie, więc kupiłam podkład na przeczekanie. Taki byle jaki, tak myślałam. Znów marki Bell, podkład korygująco-rozświetlający. Cena śmieszna, kolor bardzo dobrze dopasowany do mojej cery, mogłam próbować, niewiele w końcu traciłam. I kolejne zaskoczenie, ten podkład okazał się bardzo dobry. Bałam się,że efekt rozświetlenia polegać będzie na napakowaniu do środka masy brokatowych drobinek,ale nie. Ten podkład nadaje cerze wygląda jakby naturalnie rozświetlonej przez słońce. Elegancki i naturalny. Idealny na co dzień, nie kryje za mocno,ale zasłania to i owo, nie wysusza, trzyma się parę godzin bez skazy, wytrzymuje cały czas w pracy. Jak na cenę moim zdaniem jest naprawdę świetnym wyborem. Jeżeli nie widać różnicy z droższymi produktami to po co przepłacać?

Nie przepłacam też za krem pod oczy. O x lat- bliżej 10, niż mniej, stosuję jeden. Dokładnie to z Ziaji  z bławatkiem, rozjaśniający cienie. Jak dla mnie krem idealny, robi wszystko to co obiecuje, a nawet więcej. Do tego kosztuje prawdziwe grosze i jest obłędnie wręcz wydajny. Ziaja ma różne kosmetyki, lepsze i gorsze, ale ten krem to mój osobisty hit nad hitami. Nigdy go nie zmienię. Nigdy.

Porażką okazał się dla mnie nowy szampon z glinką Elseve. Nabrałam się na reklamy, i na to,że kocham szampon z glinką i cytryną z Ultra Doux i cóż, za zdradę się płaci. Płaci rozczarowaniem  i dokładnie 15, 99 zł brutto. To nie to, że ten szampon nie oczyszcza. Oczyszcza, ale pozbawia włosy blasku, życia i energii. W gruncie rzeczy zaraz po umyciu wyglądają nijako. Kupiłam, to męczę się z całą butelką, ale nigdy więcej go nie kupię. Szampon z Ultra Doux kosztuje dwa razy mniej,a  działa milion razy lepiej. Także nie polecam.

 

 

Ścieżka dźwiękowa- Lady Pank- Tacy sami

Minął miesiąc-marzec

W marcu jak w garncu. Dokładnie tak było. I uwaga, przewidział to horoskop. Miały być zawirowania zawodowe i osobiste, i były. Zmienne nastroje i brak pewności siebie. Jednocześnie miałam poczuć się pewniej w pracy, i tak właśnie było, zostałam doceniona. W drugiej połowie miesiąca miałam stać się osobą bardziej energiczną i samodzielną, i znów dokładnie tak było.

Pierwsza część miesiąca to przykre sprawy, albo raczej trudne sprawy na bogato. Napięcia w pracy, dawne niezałatwione sprawy urzędowe, które wymagały natychmiastowego wręcz zajęcia się tematem i drżeniem czy wszystko uda się załatwić o czasie i pozytywnie oczywiście. Brak pomysłów na spędzanie wolnego czasu, fatalna pogoda, totalny brak słońca, pośpiech i sporo trosk spowodowało powrót gorszego samopoczucia, czyli nawrót problemów ze zdrowiem. Ach ten złośliwy żołądek, do tego czułam wiosnę w powietrzu. Ale nie czułam aromatów kwiatków i pączków drzew. Nie, to był katar,wiecznie piekące oczy i bolące gardło. I te zatoki znów wróciły. Nie zliczę ileż najadłam się leków, i ile zostawiłam części pensji w aptece. Zdecydowanie w marcu jak to w garncu. Starałam się w weekendy spacerować, ale nie oszukujmy się, spacer w deszczu, chłodzie i szarości za wiele radości z sobą nie niesie. I nie pozwala odstresować się tak jak należy.

W drugiej połowie miesiąca poczułam zaś zdecydowanie wiosnę, nie tylko w nosie, ale i na duszy. Odczułam napływ porcji energii, co z tego, że delikatnej, dla mnie był to jak zastrzyk czystą witaminą Życia. W pracy zaczęło się układać, codzienne spacery zaczęły sprawiać mi przyjemność, więc codzienna rutyna przestała mnie męczyć. Wróciły ciekawiej spędzane weekendy. W marcu odwiedziłam wspaniałe Muzeum II Wojny Światowej. Poszłam też na długą randkę sama z sobą do kawiarni. Dobra książka i duże cappuccino. Samotne wyjścia są naprawdę przyjemne.Dziwne, w marcu wypiłam więcej kawy niż przez całe moje życie. Z kostką gorzkiej czekolady i dużą ilością mleka. Taki mam poranny standard w pracy. O dziwo, przyzwyczaiłam się tego napoju. A ileż dodaje mi energii. Dzięki kubkowi tej mieszanki przeżyłam tę zmianę czasu i mogę podsumować marzec.

Marcowa energia i samodzielność. Hmm, rozszalałam się w tym temacie. O jednej sprawie nie będę mówić, by nie zapeszać. Zresztą co jak co, ale nie mam na nią większego ciśnienia. Będzie co ma być. Może w ogóle o niej zapomnę? Zaś ta druga, ta druga to musi się udać. Aczkolwiek nie w kwietniu, ba, nawet nie w tym roku. W każdym razie marzec, a dokładniej jego końcówka okazała się naprawdę kreatywnym czasem. I spontanicznym. I samodzielnym w myśleniu i podejmowaniu ważnych decyzji. Napiszę o tym później,niebawem. W każdym razie nie mogę powiedzieć, że marzec był jedynie złym miesiącem. Nie był też jedynie dobrym. Było jak w garncu.

W tym miesiącu znalazłam za to  najgorszy kosmetyk wszech czasów. Otóż strzeżcie się arganowego kremu do rąk z Avonu. Skusiłam się na niego, bo uznałam,że krem do rąk to krem do rąk. Nie można go w żaden sposób popsuć. Och, jaka ja byłam naiwna. Wiecie, że całą dużą tubkę zużyłam w 2,5 dnia? I to nie dlatego, że ten krem był tak wspaniały, że nie mogłam przestać go używać. Nie, on prostu w ogóle nie nawilżał. W ogóle się nie wchłaniał, tak jakbym polewała ręce wodą. Chyba pierwszy raz tak się wściekłam na najgorzej wydane 5 złotych w moim życiu.

Dla równowagi wypróbowałam też tusz do rzęs z ich oferty reklamowany przez Kożuchowską Małgorzatę. Z tego co pamiętałam to Avon zawsze miał dość fajne tusze. Przynajmniej ja byłam zadowolona. I teraz też się nie zawiodłam. Nie dość, że kosztuje niecałe 30 złotych, to wspaniale działa. Niesamowicie wydłuża,  idealnie rozdziela ,a  to tego jest tak lekki i delikatny dla rzęs. A przy tym zaskakująco trwały. Efekt mam taki sam jak z moim ukochanym L’Orealem, tyle, że dwa razy taniej.

No cóż na półce perfum sporo, ale na dzień kobiet skorzystać musiałam z okazji i kupiłam w promocji zapachy z oferty Rossmanna. Jeden siostra, jeden ja. Zapłaciłam połowę ceny. Wybrałam trochę na ślepo, Naomi Campbell Pret a porter.  Pani mi doradziła, jako ostateczna ostateczność. po tym jak stałam pół godziny przed półkami zapachowymi i wciąż zmieniałam zdanie. Oczywiście jak tylko zapłaciłam uznałam,że zrobiłam źle, bo przecież byłam pewna, że chcę tamten inny. Ale trudno, w domu przetestowałam i przepadłam. Bardzo kobiecy, idealny w te chwile,kiedy brakuje nam pewności siebie, albo pogoda powoduje,że mamy fatalny nastrój.  Miks owoców, waniliowego deseru, do tego róża i fiołki. O dziwo całość jest i smaczna, i trwała i naprawdę sprawia, że czuję się przyjemniej.

Mówiłam miliard razy, uwielbiam kupować lakiery do paznokci, ale nie znoszę malować paznokci. Bo nie potrafię, naprawdę, maluję wszystko poza tym co trzeba. Kiedyś w Biedronce kupiłam lakier marki Bell, jakaś linia wakacyjna, coś z Maroko, piękny turkusowy kolor,mieniący się kilkoma innymi barwami. Podziwiłam go w opakowaniu, aż mnie coś naszło, odkręciłam opakowanie i bach, pomalowałam co miałam. Ku mojemu zaskoczeniu malowało się idealnie, nie wiem czy to zasługa konsystencji czy pędzelka,ale pomalowałam paznokcie. Idealnie, aż mnie brat pochwalił. Ku mojemu zdziwieniu lakier wytrwał ze mną cały dzień. I drugi i trzeci, i tak 6 dnia zmyłam go, bo uznałam,że czas na olejkową regenerację. Cudo za 5,99 zł. A mam doświadczenie, testowałam bowiem dziesiątki drogich lakierów i żaden nie był tak przyjemny w obsłudze.

I na koniec coś o włosach. Lubię swoje włosy, ale ostatnia zima je osłabiła. Już nie były jak zawsze- miękkie, delikatne i lśniące. I to bez zabiegów i kosmetyków. No dobra, do włosów używałam jedynie szamponu. Teraz jednak musiałam coś zrobić by włosy przestały mi się łamać z wrażenia. Kupiłam maskę L’ Oreal. magiczna moc olejków. Wielkim plusem jest to, że trzyma się ją 5 minut. Ma piękny zapach, cudownie się błyszczy, i naprawdę działa. Włosy wróciły do formy w dwa tygodnie. Pewnie udział w tym mają też witaminy, ale szczerze mówiąc nigdy nie miałam  tak lśniących włosów jak teraz…

Ścieżka dźwiękowa- Family Of The Year– Cast Off

 

Książkowo-filmowy luty

W lutym przeczytałam 14 książek. W tym parę naprawdę dobrych, a jedną wprost genialną. Standardowo zaczynam od tych co mojego uznania nie zdobyły.

Najpierw dwa minusy, jeden minus poważny, potężny, dyskwalifikujący. Drugi nieco mniejszy, ale bardzo rozczarowujący.

Zacznę od mocnego kalibru, moje wielkie rozczarowanie to Złodziej z mgły. Bardzo lubię książki Zafona, pozycja Lavinii Petti, miała być jeżeli nie tak samo dobra, to nawet lepsza. Ten sam klimat, ten sam magiczny i tajemniczy świat. Zabrałam się za nią pełna dobrych przeczuć,ale z każdą kolejną kartką moja irytacja rosła. Ta książka została napisana w stylu godnym 13 letniej panienki, która pisze wieczorami w tajemnicy przed rodzicami. Miało być niezwykle pięknie i magicznie, a wyszło niestrawnie. Bardzo wtórnie, bardzo banalnie, styl autorki jest niezwykle irytujący i wywołujący w czytelniku dreszcze. Bynajmniej nie rozkoszy, a znużenia i zniechęcenia. Oczywiście biorę poprawkę na to, że jest to debiut,ale jeżeli ktoś wydaje swoją pierwszą książkę, powinien przynajmniej ją przeczytać w całości przed wydaniem i sprawdzić czy rozdział 1 pasuje do rozdziału 2. Czy historia ma sens, i czy w ogóle jest sens wydawać coś, co powinno zostać, w zasadzie, napisane od początku. Lavinio, przed tobą masa pracy.

 

Inicjały Zbrodni, książka Sophie Hannah, ale i na okładce mamy imię i nazwisko mistrzyni kryminału, Agathy Christie. No cóż, jeżeli coś podpisujemy Agathą, to spodziewamy się wielkiego dzieła. No przynajmniej ja się spodziewam. Po książki Agathy Christie świadomie sięgnęłam mając lat 10 i zakochałam się od pierwszej strony. Jako pierwsze przeczytałam Morderstwo w Orient Expressie. I przepadłam. Inicjały Zbrodni, powrót słynnego Herculesa. Gdyby główny bohater nazywał się,dajmy na to Federico, było włoskim detektywem, a cała historia działa się w Rzymie, pewnie by mi się nawet spodobała. Ale skoro mówimy o Herculesie to oczekuję efektu Wow. A tutaj go nie było, zawiodłam się po prostu. Styl Agathy Christie był jedyny, jej lekkość, elegancja i finezja,są po prostu nie do podrobienia. Mam cichą nadzieję,że więcej razy pani Sophie nie będzie absorbować naszego Herculesa i pozwoli mu odpoczywać na jakże zasłużonej emeryturze.

Ludzie, którzy ciągle piją kawę zamiast herbaty, powinni przebadać sobie głowę

Teraz milsza część, książkowe hity. Jeżeli chodzi o tę pozycję to określenie hit do niej nijak nie pasuje. Nie pasuje, bo to jest niemalże arcydzieło. Genialna pozycja, którą czyta się po prostu całym sobą. Czyli po prostu żyje się tą książką, a po przeczytaniu dalej siedzi w głowie i nie mijają dwa dni a człowiek tęskni i bardzo chciałby znów ją mieć w dłoniach. Kalman Jakobi to  polski Żyd, który zrządzeniem losu staje się właścicielem pokaźnego majątku. To nagłe bogactwo bardzo go onieśmiela, bo Kalman to pobożny i bardzo skromny człowiek. Zarządzanie majątkiem polskiego zesłańca, wcale nie wydaje się dla niego wielkim darem od losu. Bardziej niż stan skarbca Kalmana interesuje przyszłość jego córek, które osiągają wiek, w którym powinno się myśleć o małżeństwie. Stara się by panny znalazły pobożnych mężów, którzy zadbają o jego ukochane córki. Świat nie stoi jednak w miejscu, i przyzwyczajonemu do tradycji Jakobiemu trudno odnaleźć się w nowoczesnym świecie. Zarówno tym w sferze społecznej jak i moralnej. Coraz trudniej mu żyć ze świadomością, że dawne zasady odchodzą w zapomnienie. Dwór to przepiękna i monumentalna historia życia żydowskiego klanu, którym targają liczne dramaty, tragedie i problemy. Isaac Singer, za Sztukmistrza z Lublina dostał Nagrodę Nobla,  mojego osobistego Nobla dostaje za Dwór. Powiem Wam więcej, kto nie przeczytał tej książki, natychmiast powinien to nadrobić. Do biblioteki marsz.

Mężczyzna to jak pies – dać mu jeść i miejsce do spania, a już swej budy nie opuści.

Zmienimy klimat zdecydowanie. Góra bezprawia to solidna pozycja wprost od Johna Grishama. Sprawdzone nazwisko i prawniczy thriller. Walka z bezdusznym,lokalnym,górniczym monopolistą i prawniczka,wolontariuszka. Dramat wielu rodzin, które poprzez kopalnie straciły ojców, dzieci, albo dorobek życia. Trzeba się przygotować na rozgrywkę, gdzie wykorzystuje się nie tylko prawnicze sztuczki,ale gdzie wydaje się, nie obowiązują żadne zasady. Szczerze mogę polecić tym książkę, tym, którzy lubią prawnicze klimaty i lubią zostać w napięciu od pierwszej do ostatniej strony.

Znów zmieniamy klimat, całkowicie. Tym razem prowincjonalną Amerykę, zamieniamy na Włochy. Może nie dosłownie, bo historia dzieje się w Anglii, ale zdecydowanie dotyczy Włoch. Nie wiem jak Wy,ale czasami mam ochotę na książkę, łatwą, lekką i przyjemną. Optymistyczną, ciepłą, poprawiającą nastrój. Pewnej nocy we Włoszech to właśnie taka książka. Historie kilkorga, zupełnie różnych osób, które połączył kurs języka włoskiego, dają nadzieję, są przyjemne, zupełnie jak kawałek sernika w ponury dzień. Albo ciepły koc w ten wieczór, gdy za oknem hula wiatr. Pewnej nocy we Włoszech to bezpretensjonalna opowieść, która przypomina,że życie bywa nieprzewidywalne i nie warto czekać ze spełnianiem swoich marzeń czy postanowień, bo nigdy nic nie wiadomo.A skoro żyjemy raz, to przynajmniej smacznie jedzmy, otaczajmy się życzliwymi ludźmi i cieszmy codziennością. Książka w sam raz na przedwiośnie, które nie chce przyjść i serwuje same ponure chwile.

 

Moim wielkim filmowym hitem jak już pewnie wiecie było La La Land. Recenzję napisałam na gorąco, znajdziecie ją tutaj, nie będę Was zanudzać kolejnymi zachwytami.

Poza La La Land obejrzałam w lutym 5 filmów. Nie było wielkiego przegranego, czegoś co by mnie odrzuciło, raczej same solidne i dobre kino. Jako, że nie ma minusa, przejdę do dwóch plusów. Jednego większego i drugiego, trochę mniejszego. Ten mniejszy należy się Wielkiemu Pięknu, obrazowi pięknemu,ale czy dodatkowo wielkiemu? Mam mieszane odczucia. Film na pewno jest ważny, i piękny,ale dla mnie nieco zbyt przejaskrawiony i momentami zbyt teledyskowy. Chociaż mam wrażenie z drugiej strony,polega na połączeniu różnych teledysków w jedną,sprawnie działającą całość. Wiele scen z tego filmu zaś to naprawdę arcydzieła.

36686536556800942070

Za to całkowicie zauroczyła mnie Młodość, film, który zachwycił mnie w każdym ujęciu i każdej sekundzie. Przepiękny obraz pełen kontrastów, życie i śmierć, młodość i starość, energia i powolność. Oglądałam z ogromnym zaciekawieniem, i wielką przyjemnością. Bo Młodość to nie tylko piękny film,ale i mądry. Ponadczasowy. Paolo Sorrentino, twórca tych obydwu filmów okazał się reżyserem, którego pokochałam z miejsca.

55fffa632e8d5

Nie zapeszam,ale po 2 tygodniach bez ani grama słońca, w końcu mieliśmy słoneczny dzień. Czyżby wiosna szła do mnie nieco odważniej? Mogę nie zabierać dziś z sobą rękawiczek?

Ścieżka dźwiękowa- The National – I Need My Girl

 

Książkowo-filmowy styczeń

Książkowo-filmowo. A ja zaczynam od seriali. W styczniu oficjalnie zakończyłam moją przygodę z Downton Abbey. Ostatni sezon, ostatnie wizyty w lordowskim domu. Gdyby mój telewizor, pardon, monitor, chciał mnie pożreć- patrz Smacznego telewizorku, to niezmiernie byłabym zadowolona gdyby działo się to właśnie podczas oglądania Downton Abbey. Z Lady Edith i Lady Mary porozmawiałybyśmy o dżentelmenach. Nie wychodziłyśmy z pokoju chyba przez 3 dni. Od pani Patmore wzięłabym parę przepisów na słodkości. A z seniorką rodu, Violet, oj wpadłabym  do niej na herbatę, i chciałabym zostać w  jej otoczeniu już na zawsze. Te cięte riposty, złośliwości na wysokim poziomie i sarkazm. Już mi brakuje tego świata. Coś czuję,że będę niejeden raz wracać do tego serialu.

22cabee4304b06c5ccd0bf4360f8cfd5

Teraz pochwalić muszę rodzimą produkcję. Artyści, to serial opowiadający o losach nowego dyrektora pewnego teatru i jego aktorów. Jako,że za reżyserię wzięli się ludzie zawodowo związani z teatrem wyszło im prawdziwe, solidne i ambitne kino serialowe. Poprzedni dyrektor teatru umiera, dokładniej to popełnia samobójstwo na scenie. Nowy dyrektor walczy z powszechną niechęcią i całkowicie pustą kasą. Aż dziwi mnie,że w zalewie tandetnych historii, to przeszło tak bez echa. A to naprawdę świetna produkcja. Oglądałam ten serial z ogromną przyjemnością. Uważam,że dzięki takim tytułom,nie mamy się czego wstydzić. Kto szuka dobrego serialu, który przeniesie go w nieco inny świat,ale będzie osadzony w naszych realiach, powinien koniecznie go zobaczyć. Ja wciąż jestem pod wrażeniem.

W styczniu przeczytałam 14 książek, i dodatkowo jedną kucharską. W czasie ostrej gorączki tylko to mogłam czytać,ale mówiąc szczerze nie wiem czy to się liczy. Z przykrością stwierdzam,że w styczniu nie przeczytałam ani jednej niezwykle dobrej książki. Wszystko zrzucam na pogrypowe osłabienie. Moje książkowe wybory były wyjątkowo średnie.

Na pierwszy ogień idzie rozczarowanie. A będzie nim Wstyd Rachel Van Dykel. Tak pani Rachel, powinno być pani wstyd. Albo nawet Wstyd przez duże W. Nie bardzo wiem do jakiej grupy wiekowej napisano tę powieść, domyślałam się,że ja nie powinnam jej czytać. Zasadniczo chyba nikt nie powinien jej czytać. Romans nauczyciela i uczennicy, do tego trochę problemów z przeszłości i wielka miłość co pokonuje każdy życiowy zakręt. Banalne, strasznie nudne, chociaż recenzje nazywają tę książkę rewelacyjną, prawdziwą bombą, czymś co sprawiło,że jestem inną dziewczyną. Naprawdę? Ja wciąż mam wyrzuty sumienia,że to coś przeczytałam a nie rzuciłam w kąt. No dobra, czytnika bym w kąt nie rzuciła. Szkoda mi po prostu.

Ciało człowieka to instrument. Trzeba wiedzieć jak na nim grać.

 

Szklane skrzydła. Ona jest młodziutka i naiwna. Bez doświadczenia z mężczyznami, on zaczął pracę u jej ojca, przystojny, bezczelnie pewny siebie, z seksapilem,który wycieka spod pach. Ona się w nim zakochuje, i ucieka z domu. Biorą ślub, żyją bardzo skromnie. Bo on nie pozwala jej pracować, a pieniądze głównie przepija. Kiedy  mąż ulega wypadkowi w pracy Penny idzie po pomoc. Dostaje jedzenie, pracę, i dwie przyjaciółki, które za cel stawiają pomoc młodej Penny. Problem w tym,że choć Trent pije i bije, to jest. A Penny panicznie boi się,że mogłoby by zabraknąć. Godzi się na wiele, usprawiedliwia, tłumaczy. Pytanie ,czy zaryzykuje życie swojego dziecka za cenę udawanego małżeńskiego szczęścia? Ta historia bardzo mnie poruszyła. Wiele kobiet doświadcza przemocy, i my nie możemy pojąć, jak one, ofiary mogą tkwić w takim związku, kosztem swojej godności i poczucia bezpieczeństwa. Książka Giny Holmes pokazuje problem domowej przemocy z drugiej strony i zmusza do przemyślenia paru spraw i zadania sobie paru pytań. Przede wszystkim to kluczowe pytanie brzmi-co byś zrobiła na jej miejscu? Polecam.

Miłość w czasach zagłady. Historia paru pokoleń kobiet pewnej rodziny. Historia, którą boleśnie naznaczyła wojna, jej tragizm i cierpienie. Matka Felicity znika pewnego dnia, znajduje się w Rzymie, i to Rzym staje się kluczem do rozwiązania zagadki z przeszłości. Kim były babka i prababka młodej kobiety? Przez co musiały przejść i jak żyły? Czy dokonały słusznych wyborów? Przeszłość, przyszłość i teraźniejszość. Babka, matka i wnuczka.Bardzo podobała mi się ta historia i mogę ją szczerze polecić. Chociaż i owszem, bywa zbyt prosta,momentami zbyt banalna, jakby autorka na siłę chciała by każdy znalazł w niej coś dla siebie. Mimo wszystko nie żałuję,że ją przeczytałam i jeżeli lubicie książki z wojną w tle to polecam.

W gruncie rzeczy zwierzęta są mądrzejsze od człowieka. Nie znają ani uprzedzeń, ani różnic rasowych, nie cierpią na manię wielkości ani nie dążą do władzy i nigdy nie zabijają swoich pobratymców z nienawiści czy tylko dlatego, że się czymś odróżniają od pozostałych. Zwierzęta zabijają tylko po to, by przeżyć. Człowiek natomiast zabija bezinteresownie, sam sobie szykując zgubę.

Sanatorium pod zegarem,Liliany Fabisińskiej nie mogło zabraknąć. W końcu sanatorium mieści się w „moim” Ciechocinku. To taka lekka, zabawna, nieco pokręcona historia, czyta się świetnie i bardzo szybko. Cudownie poprawia humor w zimowy wieczór. Niczym kawałek drożdżowego placka z kubkiem miodowego mleka. Taka ciepła i przytulna. Podnosi na duchu. Na zimowe wieczory, gdy macie chandrę. Będzie idealna. Zwariowana emerytka Natalia i nadąsana Antonina nieraz doprowadzają do łez.Radości.

 

Nie pytaj, komu bije dzwon… Bo przecież może się okazać, że bije on tobie, w tej właśnie chwili, której zupełnie się nie spodziewasz.

Witajcie w Dzyndzylakach. Niewielka książeczka, z bykiem na okładce. Nie,nie jest to pozycja dla dzieci. Historia powstała w latach 60. Otóż Dzyndzylaki to wieś, wieś dość biedna z pustą kasą. Wieś ratuje informacja,że ma ona prehistoryczną przeszłość. Przyjeżdża koparka, równa wszystko do zera i zaczyna się życie w skansenie. Mieszkańcy chadzają w skórach i żyją we wspólnocie niczym ludzie pierwotni, a głównie zagraniczni,dewizowi turyści mają się zachwycać i słono płacić za powrót do przeszłości. Rewelacyjna i niezasłużenie zapomniana historia.

Filmowo. Filmowo w styczniu było zaś nadzwyczaj udanie. Na liczniku całe 10 filmów. Największe rozczarowanie to Wyśnione Miłości. Naprawdę sądziłam,że i ja dołączę do fanów i fanek talentu słynnego Xaviera. Ale widocznie jestem zbyt pospolita. W każdym razie nie dostrzegłam czegoś niezwykłego w tym dziele. Wręcz przeciwnie historia fatalnego zauroczenia w przyjacielskim trójkącie po prostu mnie wymęczyła. Bohaterowie wydawali się na siłę egzaltowani. Na siłę oderwani od rzeczywistości, zbyt piękni,zbyt nieogarnięci,zbyt niedojrzali. Zbyt nudni by na spokojnie oglądać to dzieło. Niestety, zawiodłam się.

Dama w Vanie, to film z moją ukochaną Maggie Smith, którą mogłabym jeść łyżkami. Otóż Maggie gra tutaj główną bohaterkę, tytułową damę w Vanie. Starsza pani parkuje pod domami, jest bezdomna, uszczypliwa, i ma wielkie wymagania. Pewnego dnia parkuje pod domem Alana Bennetta, pisarza, który nie jest zachwycony nową sąsiadką. Ale między panną Shepherd a Alanem rodzi się prawdziwa i piękna przyjaźń. Chociaż nie jest ona usłana różami, starsza pani ma bowiem diabelski charakterek. Ten film podejmuje ważne tematy,ale w sposób lekki i nienachalny. Obśmiewa hipokryzję i zakłamanie wyższych sfer. Przekonuje,że każdy człowiek, nieważne jak się ubiera i gdzie śpi ma swoją,często piękną historię. Maggie Smith zagrała w tym filmie po prostu genialnie. Jeżeli macie ochotę by żółty Van zaparkował przez 1,5 godziny pod Waszym oknem,to zróbcie to koniecznie.

5e92a7fddaf8e613cd09e5aa13be1862

Za jakie grzechy, dobry Boże. 4 córki, i 3 zięciów, każdy z innej bajki. Jedyną nadzieją na tradycyjny ślub jest najmłodsza córka i jej matrymonialne decyzje. Ale Laure nie zakochuje się w przystojnym Francuzie o blond czuprynie. Jej narzeczony pochodzi z Afryki, ma bardzo ciemną skórę i szaloną rodzinę. Do Żyda, Chińczyka i Muzułmanina ma więc dołączyć Charlie, mężczyzna, którego nie wyśnili rodzice Laure. Lekka i w zasadzie przyjemna komedia. Nic odkrywczego,ale w grypowych okolicznościach przyrody, oglądało się ten film z dużą przyjemnością. Nie wiem czy bez kaszlu i łamania w kościach zaliczyła ten film do hitów, ale muszę przyznać,że nie obraża inteligencji, a na sam koniec nie ma się poczucia zmarnowanego czasu.

Steve Jobs, wersja z Fassbenderem i Winslet. Jest to dziwny film, większość akcji dzieje się w zamkniętych pomieszczeniach, za kulisami kolejnych prezentacji. Za tymi kulisami toczy się życie geniusza. Z początku byłam pewna,że forma zaproponowana przez reżysera przytłoczy mnie i zanudzi. Ileż można wytrzymać w ciasnym pokoju i ciągle słyszeć,że za moment zaczynamy konferencję? Ale ten film perfekcyjnie pokazuje człowieka zagubionego, a jednocześnie bardzo zakochanego w sobie,pewnego siebie  a jednocześnie bardzo samotnego.

I na koniec,lekka i muzyczna pozycja. Zacznijmy od nowa. Najpierw dość wysoko oceniłam ten film. Ale kiedy dowiedziałam się kto jest twórcą-a jest nim ten pan od Once, moje zadowolenie po projekcji osłabło. Bo taki film jak Once można nagrać tylko raz i w ogóle nie warto sięgać po sprawdzone scenariusze. Ale mimo wszystko przyznaję,że Zacznijmy od nowa ma w sobie dużo wdzięku, lekkości, uroku i przyjemnej dla ucha muzyki.

(L-R) KEIRA KNIGHTLEY and MARK RUFFALO star in BEGIN AGAIN

I to tyle. W końcu mam upragniony weekend. Co prawda najbardziej leniwy to on nie będzie,ale perspektywa paru godzin bez trosk o branżę okuciową szalenie mnie cieszy.

Ścieżka dźwiękowa- Lenny Kravitz- Come on and love me

Minął styczeń-część pierwsza

No cóż, w poprzednim miesiącu działo się wiele. Przez przymusowe chorobowe książkowo-filmowa część będzie obszerna, więc na dziś skupiam się na tej bardziej codziennej. Ale zanim podsumuję styczeń,powiem Wam,że cieszę się,że już minął. To był kiepski miesiąc. Ostatecznie nie mam wielkich oczekiwań co do lutego. Po prostu chcę zdrowia i nic więcej.

Jak wiecie styczeń zaczął się operacją mojej siostry. Co ciekawe dalej nie ma wyników histopatologii. Po miesiącu siostra czuje się dość dobrze, jedynie nic nie dźwiga i szybciej się męczy, co stara się maksymalnie wykorzystywać w codzienności. Ale uznałam,że jeszcze tydzień dam jej luzu. Potem zacznę krytycznie patrzeć na bałagan jaki widzę po powrocie z pracy. Nie ma zmiłuj.

Styczeń to piękna zima. Dwa dni śnieżycy, totalnej zamieci i zawiei. Niestety z tej pięknej zimy skorzystałam jednego dnia. Bo jednego strasznie sypało,a  poza spędziłam go w pracy. Drugiego poszłam na  bardzo długi spacer. Trzeciego leżałam już z grypą. Czyli przechodzimy do słowa klucza stycznia- grypa. Totalnie mnie rozłożyła, na wspomnienie tej przypadłości mam ciarki od małego palca, do czubka głowy. Wciąż nie doszłam do siebie. A mamy już luty. Wolne w styczniu zdecydowanie wolałabym przeznaczyć na zimowy wypad i upadanie na tyły podczas prób stawiania pierwszych kroków na nartach, niż szukania sposobu na złagodzenie gorączki i kaszlu. I sposobu na złagodzenie bólu włosów, paznokci i tych wszystkich części ciała, o jakich nie miałam pojęcia,że je posiadam. Także duża część stycznia polegała na zaleganiu w pościele i dokładnym obserwowaniu swojego sufitu. Poznania dosłownie każdego kawałeczka tegoż białego cudu architektury.

Po grypowej przerwie trzeba było zabrać się do pracy. A tej było co niemiara. Tydzień po końcu mojego zwolnienia, na grypę zachorowali inni. Jak to bywa w małej firmie, mało ludzi, a jak ktoś choruje i nie pracuje, to jest zamieszanie czytaj chaos. Bo kiedy choruje jeden kierowca to da się przeżyć. A kiedy choruje dwóch to już nie da się tego ogarnąć. Bo trzeciego nie ma. Wszystko trzeba wysyłać kurierem, a transportem zorganizowanym kieruję ja. Więc wysyłam dziesiątki paczek dziennie. I wariuję od tego. No tak wiem,że dostałam podwyżkę. Miło mi się zrobiło. Jeszcze milej mi się zrobiło kiedy ojciec mój i pan szef powiedział, a raczej zapytał czy byłabym zainteresowania przejęciem jego roli. Nie dziś, nie za rok,ale ogólnie taty decyzja jest taka-firmę mam prowadzić ja. I nikt inny. Byłoby super gdybym znała się na tym czym się zajmuję. Inżynier pilnie poszukiwany. Ja będę obserwować stan konta i będę straszyć dłużników, a On czy też Ona zajmą się kwestiami technicznymi. Tak zwaną całą resztą.

W kwestii co się działo poza pracą to działo się niewiele. Naprawdę niewiele skoro do atrakcji mogę zaliczyć wyjazd na cmentarz na dzień babci i dziadka,oraz to,że pojechałam z tatą po brata. Do szpitala psychiatrycznego. Spokojnie, miał tam tylko fakultet, terapia u niedoszłych samobójców. Ale szczegółów podać nie chce. Byłam też pożegnać świąteczne iluminacje w Parku Oliwskim. Spacer, ledwie półgodzinny zmęczył mnie tak,że przez dwa następne dni miałam zakwasy. Nie działo się za wiele. To znaczy działo się, bo w zasadzie to był męczący i intensywny miesiąc. Aczkolwiek powody tej intensywności nie były takie na jakie umawiałam się z panem Styczniem. Tak więc pożegnałam się z nim bez żalu. Nie było łez i nadmiaru smutku. Wręcz radość,że sobie poszedł.

A teraz parę ujęć z poprzedniego miesiąca. Jak widać było bardzo, bardzo śnieżnie i naprawdę uroczo. Ale tylko przez pierwsze 2 tygodnie.

Ścieżka dźwiękowa- Burn Slow-Ro James