Nowa miłość na wiosnę

Tak, zdarza się. Ludzie wiosną ponoć częściej się zakochują. Nie wiem, czy to zapach kwitnących kwiatów, czy to efekt nieśmiałego słońca, kusząco odsłoniętych kostek, albo po prostu efekt komercyjnego przekazu- jest wiosna, pokochaj innych.

Rady tej posłuchała pewna dama. Ciemne włosy, szczupła, chyba sympatyczna. Uśmiechnięta. Randka. Wiosenny płaszczyk, co z tego,że pogoda nieciekawa, rozgrzewa ją myśl, że zaraz spotka tego, którego chciałaby nazwać tym jedynym. Delikatny makijaż, dziewczęca fryzura, odrobina ulubionych perfum. Knajpka, spacer, kino? Niespodzianka, po prostu niespodzianka. Musi być więc gotową na wszystko. Czuje motyle w brzuchu i lekkie podenerwowanie. Kwitną magnolie, i jest tak pięknie. I to zakochanie. Akurat na wiosnę. Nie ma to tamto. Poszczęściło się jej.

Jest i on. Brunet, wysoki, pewny siebie. On chyba wierzy w prognozy bo przywdział zimową kurtkę. Spryciarz. Taki seksowny trzydniowy zarost. . Ach, jest pięknie. Jej  różowy płaszczyk. Róż w sercu.

Wiosna wiosna w koło. Zakwitły bzy….

Śpiewa skowronek nad nami,
Drzewa strzeliły pąkami,
Wszystko kwitnie w koło, i ja, i Ty.

7ea5bddfc6b52890b2165009cd716806

No pewnie, że kwitną. Zakochani jak nic. No ok, może to jeszcze nie wielka miłość, może nawet nie zakochanie, może zauroczenie? Ależ to nieważne. Najważniejsze, że znów jest wiosna, bzy, ptaszki śpiewają, pąki strzelają, a oni zdecydowanie mają się ku sobie!

Gdy samotnej zimy masz już całkiem dość
Czekasz aż nadejdzie nowy maj, hej, hej, hej!
Przyjdzie z nim ktoś inny, całkiem inny ktoś
I znowu wszystko jest naj….

818078103457532506e9757b9659035e

Tak, po długich miesiącach w końcu zaświeciło słoneczko. Po zimie w sercu i takiej na ulicy przyszedł piękny czas. Idą, nieśmiało rozmawiają, ot takie banały, jak minął tydzień? Napoleonka czy kremówka? Kawa czy herbata? Disco polo czy  polski rap? Och ja miło gubić się w gąszczu pytań, czuć zmieszanie i lekkie podenerwowanie – lubi kawę? Nie, chyba herbatę? Sama już nie wie co ma powiedzieć. Ale wiecie co? Pewnie w ogóle jej to nie przeszkadza.

To był maj,
pachniała Saska Kępa
szalonym, zielonym bzem.
To był maj,
gotowa była ta sukienka
i noc się stawała dniem.

7d7ebe0dbaef632b579c67fec07335d6

Tak, maj, wiosna, wszystko pachnie bzem. Pachnie jak szalone. Czy to była Saska Kępa? Nie, nie była. Ale co z tego, że nie była? Majem pachnie nie tylko na Saskiej. Sukienka? Nie, ona miała spodnie. Na sukienkę było nieco za zimno. Sukienka będzie na później. W kwiatki, może w bzy? A może cała w bieli? No cóż, dziewczyny tak mają, pierwsze randki, a one już wybierają białe sukienki, koronki, treny, satyna czy tafta, a może muślin? Kościół czy urząd? Wesele na 100 par, czy skromnie dla najbliższych? Parka czy trójka dzieci? Rysiu czy Grześ? A może Hania bądź Weronika? Ach, ten szalony maj, co pachnie bzem…

Piękny dzień, naprawdę piękny dzień
Wiosna tuż, pachnie w krąg majem
Chyba ktoś zawołał imię jej
Może tak tylko się zdaje….

5cfe92cc262d2d60120736627d399cb1

I tak idą, idą. I jest pięknie. W ręku mają kubki z jaśminową herbatą na wynos . W zasadzie nie wiedzą gdzie idą. Chyba mieli jakieś plany,ale one już są nieważne. Nie idą do kina, do kawiarni, galerii, teatru itp. Skoro jest tak piękny dzień, pachnie już majem. A za każdym razem kiedy on mówi jej imię ona czuje się wspaniale. Tak miło, wyjątkowo. Tak, zdecydowanie czuje się jak jedyna dziewczyna na świecie. Chwilo trwaj. Nie znikaj.

I znowu wiosna wiosna wiosna wokół nas!
I znowu wiosną wiosną najlepiej tracę czas!

0b4b88a68d9066ab37c6cde33315e7a7

Tak, tracą czas. Nie, że tracą go w swoim towarzystwie. Nie, oni po prostu spacerują tak bez celu i po prostu cieszą wiosną i swoją obecnością. Pewnie po cichu liczą na jakieś dalsze spotkania. Układają w głowie plan wiosennego marnowania czasu. Oczywiście we dwoje. Bo wiosna, bo bzy, bo powietrze przesycone jest szaleństwem i buzującymi hormonami. I co z tego,że czasy gimnazjalno-licealne mają już dawno za sobą. Są piękni, prawie trzydziestoletni i tak pięknie tracą czas.

Nie wiem co będzie dalej. Pewne jest to, że po maju, przyjdzie czerwiec. Co z naszą wiosenną parą?

Sama nie wiem. Ale będę na bieżąco informować.

Jak tylko czegoś się dowiem dam znać.

Jak tylko przeczytam więcej o tej parze.

Tak przeczytam. Nie….

Nie mówcie, żeście myśleli, że to o mnie?

No, kto tak pomyślał?

Nie, naprawdę?

Ok, to tylko zbiór majowych piosenek ( Zbyszku tym razem specjalnie dla Ciebie same polskie utwory) inspirowane miłosnym spacerem pewnej pary. W pewnym brukowcu znalazłam bowiem  ekskluzywną relację z randki niejakiej Klaudii H. z nie wiem kim. Napisali, że to nowa miłość. Także tego, zainspirowałam się, i poczyniłam taki wiosenny wpis. Muzyczno-rozrywkowo-wiosenny. Tak na przywołanie wiosny, na przekór, wyczekując majowych dni, chcąc wyprosić czapkę i szalik.

Bo wiecie u mnie to będzie…

Wyjątkowo zimny maj

Zimny kraj, zimny maj …

dc8174f9e8b59dd1bbf4aefb63ad5266

Wiecie alergia w natarciu.

Ścieżka dźwiękowa- New Order – Angel Dust

Seriale świąteczne

Zgodnie z prognozą pogody ten świąteczny czas ma być bardzo rodzinny, domowy, stołowy i telewizyjny. Niestety, chociaż połowa kwietnia za nami, aura postanowiła być kapryśna i czeka nas deszcz. Oczywiście bardzo by mnie cieszył jego brak-vivat idealnie wymyte okna,ale z naturą się nie wygra. Od paru lat mam suche i przyjemne Boże Narodzenie. I nieciekawą Wielkanoc. Ostatnią piękną i ciepłą, pamiętam sprzed 7 laty, kiedy to wyjechaliśmy i cieszyliśmy spacerami, brakiem obowiązków i piękną pogodą. Jak miło było mieć wszystko podane, zabrane i przygotowane. Ja miałam tylko o odpowiedniej porze zejść na posiłki na dół i cieszyć magią świątecznych dni.

Tegoroczne Święta będą domowe. Jeżeli prognozy się sprawdzą będą książkowo-telewizyjne. Polecam więc maraton serialowy oglądany w dobrym towarzystwie. W końcu obecne serialowe produkcje niejeden raz okazują się dużo lepsze niż hollywódzkie superprodukcje. Rodzina,przyjaciele, albo samotność. Sernik, jajko w majonezie, talerz żurku. Nieważne, zapraszam na mój maraton.

Najpierw jednak powiem czego nie polecam, co zdecydowanie warto ominąć. Tak, tak, opowiem o serialu, który bardzo mnie rozczarował. Świat się nim zachwycił, a ja jak zwykle, stoję w kontrze. No może finałowy odcinek był ciekawy w 5 procentach czasu, ale kurczę żółciutkie, to troszkę za mało. O czym mówię? Westworld. Nie dość, że mnie nie zachwycił to jeszcze naprawdę znużył i zmęczył. Dzielnie jednak trwałam do samego końca-fanfary, oklaski i ukłony. O czym jest ten serial? Kojarzycie Jurassic Park? Miejsce gdzie można pospacerować i porobić zdjęcia miłym dinozaurom? Zamysł jest podobny. Wizjoner-grany przez samego Anthony’go Hopkinsa (nomen omen świetnie grającego), założył futurystyczny park rozrywki. Zgodnie z nazwą akcja dzieje się na Dzikim Zachodzie. Za słoną ilość gotówki można wykupić sobie pobyt, pochodzić od Saloonu do Saloonu, pobawić się z prostytutką robotem-zawsze chętną i gotową, a potem sobie postrzelać i pozabijać kogo się chce. Wszystko na niby, postrzelonego robota odda się wszakże do naprawy, zaś w człowieku pozostaje wielka radość. Pierwotne instynkty zostały zaspokojone, można sobie wrócić do domu, do normalnego życia. Do korporacji, do dzieci i małżonki. Problem się robi, gdy to roboty ulegają awarii-czytaj psuje się system. Teraz to roboty przejmują władzę nad parkiem, a żądzą nimi mordercze myśli. Albo nie myśli nie, programy. W każdym razie teraz to ludzie są w niebezpieczeństwie,bo zabawa wymyka się znanym scenariuszom. I wiecie co? Z zewnątrz wszystko wygląda genialnie. Świetni aktorzy, wspaniała realizacja, przyjemna muzyka, klimat, zdjęcia itp. Ale, ale, to tylko wydmuszka. Wydmuszka, piękna, pomalowana setkami barwnych i misternych wzorków, ale wydmuszka. Popatrzeć można, ale pożytku żadnego z tego nie ma. Zdecydowanie przerost formy nad treścią. Bo jak rozumiem w zamierzeniu twórców serial miał spore ambicje, również te intelektualne. Nie wyszło. Przynajmniej w moim  odczuciu ten serial jest bez sensu. Trochę jak twórczość Paolo Coehlo – Ile dasz, tyle otrzymasz, czasem z najbardziej niespodziewanej strony-cytat mistrza . Można się zachwycać, szukać głębi i wcielać w życie. Można się pośmiać z banałów. I ja się śmieję. Jeżeli macie ochotę poczuć wspólnotę z  okropną pogodą, i narzekać po obejrzeniu maratonu z tym serialem, to polecam.

037d28547c7cde2b659bcc0f24b42d81

Teraz będzie coś dla tych co zamiast Dzikiego Zachodu i robotów, lubią historię. A leżąc w łóżku, wyobrażają sobie,że to królewskie łoże. Że na nocnym stoliczku dumnie spoczywa wypolerowana korona, służba wygrzała nam kołderkę, a usłużny lokaj przyniesie nam mleczko z miodem gdy boli nas gardełko. W końcu czego się nie robi dla królowej. Tak, dla miłośników luksusów i królewskich klimatów, zapraszam na królewskie święta z The Crown. O czym jest ten serial? O królowej Elżbiecie II, którą poznajemy jako młodą dziewczynę, szykującą się do małżeństwa, uwaga nowość na królewskim dworze, z miłości. Elżbieta jak każda młoda mężatka miała plany na najbliższe lata. Oczywiście, wiedziała,że jest następczynią tronu, ale chciała skupić się na rodzinie, poświęcić się rodzinnemu szczęściu, pasjom i planom męża, a także dzieciom. Wszyscy (albo prawie wszyscy) wiemy jednak, że Elżbieta nie mogła długo pozostać jedynie pretendentką do tronu. Śmierć jej ojca kazała jej usiąść na tronie, i zacząć wieść życie, na które nie była jeszcze gotowa. Chociaż była od lat do niego przygotowywana. Dziewczyna, bo przecież Elżbieta w chwili śmierci ojca miała 26 lat, musiała stać się najważniejszą osobą w państwie, głową kościoła i przykładem dla milionów poddanych. A przecież chciała inaczej, miało być inaczej. Tyle chciała przeżyć, zobaczyć, poczuć,nim nadejdzie ten dzień. Zamknięto jednak ją w sztywnych konwenansach, wiele wymagano, i jeszcze więcej oczekiwano,od tej drobnej dziewczyny. Mogłoby się wydawać, że serial opowiadający o życiu królowej będzie nudny, oczywisty, nijaki, przesłodzony, aż mdły. Ale zdecydowanie taki nie jest. Przede wszystkim widzimy w niej Elżbietę z krwi i kości. Ze swoimi lękami, niepewnościami i słabościami. A do tego bliżej poznajemy jej męża, Philipa-polecam popatrzeć na królewski dwór jego oczyma ( na marginesie pięknymi oczyma). Serial z klimatem. Owszem, fani szybkiej akcji, niezwykłych efektów specjalnych i zaskoczeń będą zawiedzeni. Ale Ci co szukają chwili wytchnienia, spokoju, pięknych dekoracji i przyjemnej dla oka scenerii, a do tego nienarzucającego się scenariusza, który służy odpoczynkowi znajdą w tym serialu wszystko o czym marzą. Polecam oglądać z zapasem ciasta i imbryczkiem dobrej, angielskiej herbatki. Klimat retro gwarantowany.

7b49ffae9491b04fd2c8ebb2c8dbbedb

 

Teraz coś dla tych co lubią styl glamour. Co lubią rezydencje nad oceanem, przeszklone salony, urocze wnętrza wprost z katalogu. Sukienki przed kolano, idealnie ułożone włosy i dużo, dużo kłamstwa. Tak, kłamstwa. Tak bowiem żyją bohaterki serialu Wielkie Kłamstewka. Z pozoru jest idealnie. Celeste ma zabójczo przystojnego męża, rozkoszne bliźniaki, przepiękny dom, nie musi pracować, a jako, że była prawniczką, to ma też co nieco w głowie i ogólny szacunek. Jest też Madeline, ma fantastyczny dom, dwie córki, zakochanego na zabój męża, wielką pasję czyli teatr i niezwykły dar zjednywania sobie sympatii innych. Jest Renata, zimna, zdystansowana, kobieta sukcesu, późna matka małej Amabelli, zakochana w córce do szaleństwa. A jej dom, dobry zajączku wielkanocny, toż to arcydzieło dizajnu. Jest i Bonnie, obecna żona pierwszego męża Maddie. Młodziutka fanka jogi, zdrowego stylu życia i wyluzowanego podejścia do wychowania dzieci. W ten świat wchodzi Jane Chapman, młodziutka matka Ziggy’go. Ewidentnie dziewczyna z przeszłością. Jane zdecydowanie przed czymś ucieka, dlatego też jako miejsce do życia wybiera sobie to idylliczne miasteczko. Idealne by zapomnieć o wszystkim i zacząć od nowa. No dobrze, ale o co chodzi? W pierwszej kolejności możecie pomyśleć, że to serial o idealnym życiu paru kobiet, które w życiu niewiele mają do roboty, spotykają się więc na kawkach i herbatkach, plotkują, udają się na masaże i niekończące się seanse w spa. Ale, to tylko pozory. Pierwszego dnia szkoły mały Ziggy zostaje wskazany jako osoba, która dokucza Amabelli Klein, córce Renaty. Renata nie pozwoli zaś by Ziggy nie poniósł kary, w końcu jej słoneczka nie można skrzywdzić… Serial oparty jest na książce Liane Moriarty, kiedy przeczytała ją Reese Whiterspoon postanowiła wyprodukować serial. Zaprosiła do udziału wspaniałe aktorki- Celeste gra Nicole Kidman, Renatę Laura Dern, a Jane Shailene Woodley. Sama zaś gra Maddie. Z początku sądziłam,że ten serial będzie niestrawnym czymś w stylu Gotowych na wszystko. Ależ to tylko pozory. Wielkie kłamstewka są po prostu genialnym serialem. Serialem, który polecam dosłownie każdemu. Dwutorowa akcja- wiemy, że w miasteczku wydarzyła się zbrodnia, ktoś nie żyje, prawdy powoli dowiadujemy się przesłuchań i rekonstrukcji paru ostatnich dni przed katastrofą. Widzimy jak upada fasada idealnego życia, jak pokazuj się prawdziwe oblicze głównych postaci. Widzimy wszystkie cienie ich życia. I krok po kroku odkrywamy prawdę o „bajkowym ” życiu mieszkanek miasteczka nad wielką wodą…

cfc997eb0e702fe6f30cd75546fedea2

W ten wielkanocny poranek życzę Wam masy serdeczności i dużo nadziei.

Również tej pogodowej. Dziś, pierwszy raz od 6 dni nie padał deszcz. Kiedy szłam na Rezurekcję powitał mnie poranek z ….  śnieżną zamiecią.

e1a76d04b8187f51f195fd3dedcf1a5c

Ścieżka dźwiękowa- Belle & Sebastian- Judy and the dream horses

Książkowo-filmowy marzec

Z grubej rury, zaczynamy od filmów. Bez zbędnych wstępów. W marcu 6 filmów. Byłoby 8, ale niestety podczas oglądania dwóch po prostu zasnęłam, stąd też wciąż nie wiem jak się skończyły,a  tym samym nie wiem jak je ocenić. Zważywszy na to, że na pierwszym filmie zasnęłam w pierwszych dniach marca, musiałabym  już chyba oglądać go od początku,a  jako,że na to szkoda mi czasu, to nie wiem czy kiedykolwiek do niego wrócę.

Ale do rzeczy. W tym miesiącu obejrzałam 2 dobre filmy, dwa kiepskie, i jeden o którym  wciąż nie wiem co myśleć. Postanowiłam tego filmowego sandwicha zacząć właśnie od środka, czyli od sera i sałaty. Kamper. Polski film o 30 latkach, współczesnych. Młodzi, zdolni, żyjący w wielkim mieście. Ona  i on, para, małżeństwo, dość niedobrane zresztą. Ona lubi gotować i ma duże ambicje, on w prac gra w gry komputerowe. Mają wygodne mieszkanie z naprawdę ładną kuchnią. On jest przedstawiany jako niedojrzały, dziecinny i obdarzony nadmiarem kiepskiego poczucia humoru. Ona ma być jego przeciwieństwem, marzycielka, śliczna blondynka o bogatej duszy i romantycznym usposobieniu. W tej parze on jest przedstawiany jako szukający swojego miejsca niedojrzały typ, a ona zaś szukająca stabilizacji i pewności . Ale było chyba na odwrót. W każdym razie standardowo jak to bywa w polskim filmie, pomysł ciekawy, aktorstwo ciekawe, ale te problemy naszych rówieśników zdecydowanie od czapy. Maksymalnie przejaskrawione i cóż, nużące się stały w pewnym momencie. Dla mnie za mało tutaj realizmu,a  za dużo zabawy. Film miał być czymś świeżym ,a  wyszedł mocno, mocno średni.

626819_1-1

Lobster, nic z niego nie zrozumiałam, i chyba mi z tym dobrze. Nie chcę tego zmieniać, więc wybaczcie, dłuższej recenzji nie będzie.

Dzień matki. Dosiadłam się do mamy co go oglądała. To była tortura. Duszy i ciała. Maksymalnie żenujący film. Sama nie wiem kto wpada na takie pomysły, i jeszcze znajduje kogoś kto zatrudnia gwiazdy, czyli daje na to wszystko pieniądze. A gwiazdy grają w takim filmie i mówią,że to zabawne, ciepłe i mądre. Akurat. Po seansie powinni płacić temu kto dotrwał do końca. Ja dotrwałam. I żałuję. Nie wiem czy jakakolwiek suma zrównoważy straty na mojej duszy.

dzien-matki-9

Teraz plusy. Sierpień w Hrabstwie Osage. O ile Dzień matki z Julią Roberts uznaję za film żenujący, o tym ten z jej udziałem szczerze podziwiam. I chociaż głównym powodem dla którego obejrzałam ten obraz, była raczej Meryl Streep to szczerze zauroczyła mnie tutaj właśnie Julia. O czym jest ten film? Mamy rodzinę, ciężko chorą matkę i ojca, który właśnie znika. Te wydarzenia łączą zwaśnioną rodzinę przy wspólnym stole wyrzutów. Stole dramatów, tajemnic, złośliwości, pretensji i konfliktu pokoleń. Film , który w zasadzie sam się ogląda. Doborowa obsada, genialne aktorstwo, i chociaż chwilami mam wrażenie, że parę wątków jest albo zbytecznych, albo niepotrzebnie rozbuchanych, to przy końcu miałam poczucie, że obejrzałam naprawdę świetne kino.

augustosage-650x284

Najpierw przeczytałam książkę. Potem sięgnęłam po film. Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął, to nie jest kino wysokich lotów. Ale coś w sobie ma. Niezwykły urok, oczywiście wszystko za sprawą głównego bohatera. Niesamowicie pechowego, ale i uroczego staruszka, któremu niejedno „przypadkowe” morderstwo można wybaczyć. Zdecydowanie film na ponury wieczór, poprawa nastroju gwarantowana.

doc_6415_0

Książki. W marcu było ich 12. Było dziwnie. Trzy książki mogę szczerze polecić, jedna wciąż czeka na moją ocenę, i chyba nigdy nie powiem w pełni przekonana, czy mi się podobało, czy to gniot totalny. Zaś kolejne trzy to książki do, których aż wstyd się przyznać. Przyznaję, że sama nie wiem jak książeczki Mai Banks znalazły się na moim czytniku. Ale się znalazły. A ja przeczytałam historię trzech braci- tak, tak, każdy brat i jego ukochana, dostali własny tomik. Więc przeczytałam niesamowicie idiotyczne historyjki o tym,że ona go kocha, on też, ale jest jakieś „ale” i kiedy wydaje się, że to koniec, to wszystko kończy się wspaniale. Dzieci się rodzą, brzuchy rosną, szczęście płynie jak rzeka z landrynek, a motylki skaczą z radością ku różowym balonikom. Uff, ulżyło mi. To znaczy poczułam się jak  nałogowy zjadacz czekoladek na spotkaniu Kwandransowych Grubasów. Zgrzeszyłam, ale przyznaję się do błędu, obiecuję więcej nie czytać takich głupot.

Teraz coś co polecam. Zacznę od mocnego tytułu. Fioletowy hibiskus –Chimamanda Ngozi Adichie . Tak, wiem, brzmi to nawet dość przyjemnie i jakoś tak radośnie i wiosennie. Albo kojąco, jak kubek herbatki w zimowy wieczór. Ale pozory mylą. Dokładnie, pozory mylą, to całe sedno tej książki i puenta. Porządna rodzina, majętna, rodzice, dwójka dzieci, prywatna szkoła, coniedzielna Msza Święta, szanowani przez lokalną społeczność. Bajka. Ale za fasadą domu dzieje się prawdziwy dramat. Bardzo poruszająca i przejmująca historia cierpienia jakiego doznaje się od najbliższej nam osoby.

Czasem dobrze jest się zbuntować. Bunt jest jak marihuana, w odpowiednich dawkach bywa pożyteczny.

Pustkowie- Blake Crouch. To książka dla tych co naprawdę lubią się bać. Trup ściele się gęsto, krew tryska po ścianach i sufitach, a napięcia i emocji tu tyle, że nawet powiew wiatru mrozi krew żyłach i nie pozwala spokojnie nocą spać. Tak,to nie jest książka dla ludzi o  słabych nerwach. Andrew to autor kryminałów, jego książki dobrze się sprzedają, on sam ma sporą wyobraźnię,ale nawet on nie mógł sobie wyobrazić tego co dane mu będzie przeżyć. Bardzo dobre tempo akcji, brutalna, trzymająca w napięciu. Kto ma nerwy i stali, i lubi kryminały,musi przeczytać.

Zobaczyłem odrzutowiec, kreślący długą białą smugę nad pustynią. „Czy mnie widzisz?”, pomyślałem, mrużąc oczy, by dojrzeć odbicie słońca na dalekiej metalicznej tubie. „Czy ktoś patrzy w dół, na mnie, ze swojego maleńkiego okienka, kiedy ja patrzę na niego? Czy widzisz mnie i to, co zrobiłem?

Amy Stewart w swojej książce Dziewczyna z rewolwerem opowiada historię pierwszej kobiety szeryfa. Trzy siostry Knoop mieszkają na uboczu, mają farmę i wydawać by się mogło ustabilizowane życie. Do pewnego dnia, do dnia wypadku. Wóz sióstr zostaje uderzony przez pojazd lokalnego bogacza. Constance postanawia walczyć o odszkodowanie, nie wie jednak, że naturalna prośba staje się początkiem niezwykłej przygody sióstr,oraz początkiem zmiany  dotychczasowego życia. Wspaniale napisana, z dużą dawką humoru i lekkością, oparta na faktach. Poza tym przepięknie wydana, szczerze zakochałam się w okładce. Polecam każdej damie, która w skrytości ducha marzy o odznace…

Teraz będzie o książce, co do której mam solidne wątpliwości. Będzie o Królu Szczepana Twardocha. Ok, zacznę od plusów. Twarodch rewelacyjnie odtworzył przedwojenną Warszawę, genialnie oddaje wręcz klimat miasta, gdzie obok siebie mieszkali Polacy i Żydzi. Jednak sam temat…. No cóż, narkotyki, seks, boks, porachunki…. Dla mnie to zdecydowanie męska książka. O ile nie mam nic przeciwko ostrym i soczystym pozycją-patrz Pustkowie, to Król mi nie podszedł. Nie wiem czemu? Znów na wielki plus wspaniałe wydanie, prawdziwa ozdoba półki. Ale mówiąc szczerze, po przeczytaniu nie czułam,że miałam do czynienia z jedną lepiej ocenianych polskich książek ubiegłego roku. Być może po prostu to książka nie dla mnie. O ile momentami mnie zachwyciła, to chwilami miałam ochotę rzucić Królem o ścianę. No ok, o miękkie łóżko.  To jest po prostu męska książka,pełna przekleństw, nadmiaru chuci i irytującego męskiego spojrzenia na kobiety. Jakoś ten cały półświatek nie kręci mnie jak innych. Sorry Szczepan.

Gdzie zaczyna się jeden człowiek, a kończy drugi?
Zaprawdę, powiadam wam, nie ma czegoś takiego jak człowiek.”.

 

Marzec to również bardzo serialowy czas. Ale o tym będzie później. Czas myć, pucować i szorować. Czas wpaść w przedświąteczną gorączkę.

Ścieżka dźwiękowa- Miles Kane-  Give up

Ludzie ludziom…..

Gdańsk. To takie piękne miejsce na ziemi. Tutaj się urodziłam, w pewnym szpitalu, z okien widać morze. Chociaż to zależy z jakiej strony ma się pokój, można trafić i na blokowisko. Ten Gdańsk jaki znam od urodzenia jest piękny, ale i obciążony historią. Tworzący ją. Jedyny i niepowtarzalny. Doceniający przeszłość, czerpiący z niej to co cenne, kształtujący tysiące, setki, jak nie miliony, umysłów i serc innych ludzi. Uwielbiam spacerować Długim Targiem, patrzeć na zachwycone twarze turystów. Turystów, którzy idą standardowo pod Neptuna, zrobić sobie zdjęcie z tą piękną fontanną. Albo idących nad Motławę, by podziwiać panoramę nadbrzeża. Lubię patrzeć na tysiące ludzi, całych rodzin, singli i par, które zajmują kawiarniane i restauracyjne ogródki, cieszący się sobą, spokojem, urlopem, magią miejsca.

Solidarność. To takie słowo, które na stałe kojarzy się z Gdańskiem. Stocznia, pomnik Trzech Krzyży i Europejskie Centrum Solidarności, miejsce, które opowiada o wspaniałym dziele, o Solidarności. Ileż było protestów, że budynek nie taki, że za duży, że wystawa nie taka, a powinna być taka. Dziś Centrum tętni życiem, turystami, i świadkami historii, którzy przychodzą  tutaj z całego świata. Poznają najnowszą historię. I dzięki temu wspaniałemu muzeum mają szansę ją poznać wyjątkowo szczegółowo.

Wojna. Gdańsk to miasto wojny, ileż to moje rodzinne miasto przeszło. W każdym kącie, w każdej cegle, w każdym kawałku bruku są ślady historii. Tej okrutnej. Gdańsk to miasto, którego wojna nie oszczędziła. Wręcz przeciwnie, tutaj wojnę czuć do dziś. Dziś to nie jest wojna przy użyciu czołgów i rakiet, oraz armii żołnierzy. Dziś to wojna na słowa, sądowe wyroki i przekonania. Przekonania, że skoro Muzeum II Wojny Światowej stworzył ktoś kogo nie lubimy, to musimy je zniszczyć, zmienić i usunąć z pola widzenia świata. Ale się udało. Mi też się udało. Udało zobaczyć Muzeum przed jego niepewną przyszłością. Możliwe, że za parę dni odwołają dyrektora, połączą dwa muzea, zamkną to otwarte ledwie tydzień temu i zmienią wystawę. Bo podobno ta obecna za mało podkreśla pozytywne skutki wojny. Ha, można konkurs ogłosić jakież to są te pozytywne skutki wojny? Może zapytać 8 letniego chłopca ze zdjęcia, który rozpacza na ruinach swojego domu? Albo 9 letnia Ania, która klęczy nad zwłokami swojej siostry Marylki? Marylkę zabiła niemiecka wojna, miała 11 lat. No jak Marylko, czego dobrego dowiedziałaś się o ludziach i świecie dzięki wojnie? Albo może warto wejść do sali poświęconej Holocaustowi i przejść wśród tysięcy twarzy ofiar? Może warto zapytać tej pani o cudownym uśmiechu, albo dziadka z wnuczką, którzy wprost ze spaceru trafili do Oświęcimia, co im  dobrego przyniosła wojenna zawierucha?

Nie ma pozytywnych aspektów wojny. Nie ma i nikt ich nie znajdzie. Wizyta w Muzeum II Wojny powinna być pozycją obowiązkową dla każdego z nas. Polaka, Niemca czy Rosjanina. Kiedy tak szłam po tym muzeum, obok mnie w ciszy szła babcia z dwójką wnuków, młodych Niemców. Za nimi dreptał wsparty o lasce staruszek z córką, sama ledwie szła, ale podtrzymywała ojca. On miał łzy w oczach. Niemcy, Polacy, obok siebie. Któż by pomyślał. Połączyło ich to niezwykłe miejsce. O niesamowitym klimacie. Bardzo ciemne, mroczne, brutalne. Bez światła, sama wystawa znajduje się 14 metrów pod ziemią, jakbyśmy wpadli do leja po bombie. Im bardziej zagłębiamy się w czasy wojny tym jest ciemniej. Prawie nie ma światła, beton, czerń i mrok. I tak przez 18 sekcji. Po prawie 4 godzinach wychodzi się na powierzchnie i tak łaknie słońca! W końcu człowiek oddycha pełną piersią i z taką ulgą idzie po schodach ku światu. Temu normalnemu, z jaką ulgą,można zostawić za sobą całe to piekło wojny. I wsiąść do wygodnego auta, pojechać do domu i zjeść obiad przy wygodnym stole…

Do tej pory jestem pod wrażeniem, wielkim wrażeniem Muzeum i czasu jaki tam spędziłam. Uważam,że wizyta w tym miejscu powinna być punktem obowiązkowym dla każdego, kto przybywa do mojego miasta. Koniecznie trzeba tam być. Mam oczywiście nadzieję,że będzie można dalej oglądać tę wystawę, właśnie w takim kształcie i w takiej formie. Mówię to Wam ja, niepraktykujący historyk, który jednak jakieś pojęcie o temacie ma.

Teraz czas na mały spacer po Muzeum. Wiem, że nie każdy ma możliwość by szybko kupić bilet. Stąd też zapraszam na wizytę. Wystawa składa się z 18 sekcji. Czas jaki trzeba poświęcić na wizytę to minimum 4 godziny. Ja przyznaję, część elementów pominęłam. Ale skoro studiowałam historię to darowałam sobie interaktywne punkty z opisem historii, typu data,miejsca i nazwiska, chociaż przy paru i tak przystanęłam. Dla dzieci mamy osobną salę, wiadomo, nie każde dziecko da radę i fizycznie i emocjonalnie znieść wystawę główną. Dorośli zaś mimo spędzonych tutaj godzin zauważają,że czas płynie w środku inaczej. W ogóle nie odczujecie ilości minut jakie spędzicie pod ziemią. Wystawa jest bardzo interaktywna, zrozumiała dla każdego i dopracowana w każdym,nawet najmniejszym szczególe.

Zanim zjedziemy windą 3 piętra w dół, odwiedzimy budynek z zewnątrz. Imponujące, o niezwykłej formie, nowoczesne, oddziałujące na wyobraźnię. Takie właśnie jest Muzeum, tuż nad Motławą, niedaleko Stoczni, bardzo blisko ścisłego centrum naszego Starego Miasta. Wbity w ziemię element, samolot, bomba, może część budynku? Każdy może mieć swoją interpretację.

 

A teraz wnętrze. Nie będę dużo pisać, podpiszę po prostu każde zdjęcie. Są miejsca gdzie powinna rządzić cisza.

17622803_1648789868470537_974261343_o

Przerażające betonowe wnętrze Muzeum z maleńkimi świetlikami.

Ku wojnie.

Przedwojenna uliczka. W oknach świecą się światła,na wystawach śliwki w czekoladzie, kawa, napoje. Tętni tutaj życie, goście z błyskiem w oku zaglądają w sklepowe wystawy, czytają nagłówki gazet, spacerują tą uliczką i chłoną niezwykły klimat.

Zaczęła się wojna.

Głód. Chleb wypieczony według tradycyjnej receptury prosto z Petersburga ogarniętego Wielkim Głodem. Pieczony na trocinach i otrębach drzewnych.

Wojenna rzeczywistość. Schron w Londynie, wysiedlenia i masa cierpienia.

Samolot, codzienność, zabawka małej Niemki, która do schronu zabrała domek dla lalek…

17670507_1649760625040128_1717361817_o

Koniec. Pamiętacie uliczkę z pierwszych zdjęć? Tyle zostało z niej po wojnie. Ku przestrodze. O ile na tej samej uliczce z sprzed wojny jest głośno i tłoczno, tutaj panuje cisza, nostalgia, goście idą z zadumą na twarzach, widać smutek i złość.

Ścieżka dźwiękowa- Mando Diao- To China with love

Spirit. Po prostu.

We’re going backwards
Turning back our history
Going backwards
Piling on the misery

Nie chciałam opisywać swoich wrażeń tak od razu. Tak na szybko, nie chciałam opisywać pierwszych wrażeń, po pierwszym pełnym odsłuchaniu. Dziś. kiedy minęło trochę czasu, i na koncie mam 7 odsłuchań od pierwszej do ostatniej nuty,mogę powiedzieć coś więcej. Na tę płytę czekałam od ostatnich 3 lat. Od momentu kiedy Deltę przesłuchałam wzdłuż, wszerz i w poprzek. I czekałam na coś więcej. A kiedy doszły mnie słuchy o tym, że panowie wrócili do studia moja ekscytacja rosła z dnia na dzień. Aż osiągnęła poziom plus milion. I rozładowała ją dopiero premiera nowego albumu. Spirit.

We’ve been walking far too long this icy road
My broken heart is colder than a stone
I know you’ve never ever be a friend
Now you’ve pushed me to the end

Fanką Depeche Mode jestem chyba od zawsze, bo w moim domu słuchało się Trójki, a w Trójce leciało sporo, sporo Depeszy. A moi rodzice nie uznawali dziecięcych piosenek typu Szorujemy ząbki i Tulimy różowe misie. Z moją mamą bez krępacji śpiewałam o pewnej Peggy, co niewielu mogło pokochać. Pamiętam jak w zerówce każdy miał przynieść swoją ulubioną płytę na bal karnawałowy. Ja przyniosłam Phila Collinsa. Z powodu podobieństwa do mojego taty. Naprawdę wierzyłam,że mój tatko za dnia jest moim tatką, a nocami jest Philem i śpiewa. Co prawda tata głosu nie posiada jak Phil, ale jako mała dziewczynka szczerze wierzyłam,że fałszuje bo się droczy. A zresztą w ogóle mi to nie przeszkadzało. Najważniejsza była dobra muzyka.

Pull the trigger
Hey scum, hey scum
Pull the trigger

Pamiętam pierwszy raz, bardzo,bardzo świadomy. To był rok 2000, końcówka i pojawiła się zapowiedź nowej płyty, coś przemknęło mi przez ucho i nie mogłam przestać myśleć kiedy już płyta się ukaże i co na niej będzie. Pamiętam jak każdego dnia czekałam przed telewizorem by w kąciku muzycznym w Teleekspresie powiedzieli- jest. Wtedy nie było internetu w domach, to wiadomość dla tych młodszych. I pamiętam jak moje czekanie się opłaciło i jak obejrzałam teledysk, jaki tam teledysk, fragmencik, może z 10 sekund, Dream On. Wtedy czułam się jak w niebie. Od tamtej pory przed każdą płytą odczuwam taką samą ekscytację, to w ogóle nie opada. Ba, z wiekiem chyba rośnie. Bo ja jestem coraz bardziej świadoma. Świadoma wpływu ich muzyki na moje życie. Wiem, wiem, brzmi to idiotycznie, ale tak jest. Bo Depeche Mode zawsze było tym zespołem, o którym mogę powiedzieć- soundtrack mojego życia. Po prostu.

You can forsake me
Try to break me
But you can’t shake me
No
You can despise me
Demonise me
It satisfies me so

Spirit. To ta nowa płyta. Panowie dojrzeli. Nie ma tu już nadmiaru wielkich pieśni o miłości, tych pięknych i subtelnych gier. Tej delikatności,wszyscy wiedzą o co chodzi, ale nie pada żadne jednoznaczne słowo. Jest za to to co zajmuje teraz świat, zmiany, zmiany, nie zawsze te dobre. Jest taka teoria, że muzyka ma służyć zapomnieniu i odcięciu się od świata. Dlatego też nie powinna ona poruszać tematów społecznych, powinna tyczyć uczucia zakochania, radości, względnie rozterek, że on kocha ją, ona jego, ale nie mogą się spotkać,a  na końcu i tak on trafia pod jej wypielęgnowane stópki. Muzyka ma być lekka, łatwa i przyjemna. Inni myślą inaczej. Muzyka powinna reagować na to co dzieje się na świecie, polemizować, albo się zgadzać. Zmuszać do reakcji, albo wręcz przeciwnie, utwierdzać w przekonaniu, że to co się dzieje jest tym czego oczekujemy i potrzebujemy. Możemy się identyfikować z poglądami zespołu, a szerzej fanów. Panowie z Depeche Mode wybrali drugą drogę. Postanowili opowiedzieć o swoich obawach, rozczarowaniach i wlać nieco fermentu w serca i umysły swoich słuchaczy.

You go your way, I’ll go mine
We’ve walked this line together for the longest time
We’ve climbed the mountain in so many days
You reached the top then slowly fade away

Pierwsze co nasuwa się po przesłuchaniu tej płyty, to to, że to nie jest zbiór singli. To nie są piosenki, które zrobią tyle co zrobiło Enjoy the silence czy I feel you. Owszem, pojedynczo są świetne,ale ta płyta to całość. I każda piosenka jest częścią szerszej całości. Bez numeru przed i numer po, nieco blaknie. Stąd też za 40 lat ktoś kto będzie wspominał tę płytę nie powie od razu, bez zastanowienia- o, to był hit. Nie, tutaj gra całość.Dlatego tę płytę trzeba słuchać od początku do końca, skupić się, tak, to nie jest płyta, której słucha się cudownie jakoś tak mimochodem. Przy gotowaniu czy porannej krzątaninie. Nie jest to płyta przy której się tańczy, albo nuci się poszczególne piosenki podczas wieszania świeżo upranej pościeli na balkonie. Ja słucham jej wieczorem, kiedy mam wolny czas. I maksymalną koncentrację, poddaję się jej w pełni.

 

Where’s the revolution
Come on people
You’re letting me down
Where’s the revolution
Come on people
You’re letting me down

W tej całości są perełki, piosenki, które brzmią wręcz groźnie. Tak jak otwierający płytę Going Backwards. Zadziwiająco elektronicznie, mocno, zaskakująco ofensywnie. Potem jest nie lżej. Scum, mocno do kwadratu, ściana dźwięku, ostry, uliczny tekst, pokręcona muzyka, wykrzyczany refren. Aż ma się ochotę wziąć spray i wymalować coś na murze. W akcie protestu. Znane  już z radia Where’s the revelotion, mocny, zaangażowany tekst i genialny teledysk. Solidna dawka stadionowej wręcz energii. You move, So much love i No more. Utwory, które są nieco lżejsze, z nieco inną energią, takie bardziej Depeszowe z ostatnich lat, ale mimo wszystko bardzo intensywne. Poisoned heart, czysty blues. Do tego genialnie zaśpiewany, chwyta za serce i za gardło. Cover me, bardzo osobisty utwór, smutny, refleksyjny, nostalgiczny. Czyż nie można się wzruszyć słysząc takie wyznanie?

I pictured us in another life
Where we’re all super stars

 

Na płycie są też dwie piosenki, które jak mnie śmiało można by pominąć. O ile wielbię Martina jako twórcę, to jako wykonawcę już nie darzę go nieustanną miłością. Piosenki z tej płyty w jego wykonaniu są dla mnie zbyt rzewne, zbyt balladowe, nieco nijakie. Myślę, ale to tylko moja opinia, że bez Eternal i Fail płyta by nie straciła, a wręcz przeciwnie. Zyskała pełną spójność.
Hey, he’s down the street
Lying in the snow and sleet
Begging for something to eat
And looking beat

Nie jest to płyta tak genialna jak SOFAD, czy tak przebojowa jak Violator. Ale, ale. Jesteśmy dwie dekady dalej. Nie można wymagać, że każda piosenka będzie murowanym hitem i będzie hulać po radiach jak Stoch po skoczni. Że każda piosenka będzie wpadać w ucho momentalnie. Że każda płyta przyniesie miliony nowych, wiernych fanów. Mam wrażenie, że panowie gdzieś daleko za sobą mają już cały ten blichtr muzycznego światka Że znów są chłopakami w czarnych skórach. Że po prostu kręci ich tworzenie muzyki. Że im się chce. Że chcą powiedzieć coś ważnego, i nie martwią się o liczbę sprzedanych płyt. Dla mnie tą płytą wrócili do przeszłości, znów założyli skórzane kurtki , metalowe bransoletki i znów głośno mówią to co chcą.

A ja chcę ich słuchać. I mogę to robić bez końca.

9a7dde2776b684182622e4624a698365

Ścieżka dźwiękowa- Depeche Mode- So much love

 

 

Ze zgagą jej do twarzy

Dzisiaj będzie o filmowym weekendzie. W ten weekend zachęcam Was do obejrzenia filmów z moją ulubioną, wróć, ukochaną aktorką. Tak, powiem to głośno,nie wstydzę się. Kocham Cię Meryl. Uff, ulżyło mi.

Nie wiem kiedy uznałam,że Meryl jest genialna? Może to przez połączenie wielkiego talentu i takiej zwyczajności? Meryl jest intrygująca, ale nie jest klasyczną pięknością, taką za którą odwróciłby się każdy i rzucił do kolan wyznając wieczną miłość. Meryl Streep ma też coś do powiedzenia i kiedy chce to po prostu to mówi. Nie patrzy przy tym ani na innych, ani na to czy to chce powiedzieć jest akurat modne. Ma swoje zdanie i je ceni. A do tego jest taka normalna, nudne i udane małżeństwo, czwórka dzieci i genialne role.

Dziś będzie więc krótki przegląd moich ulubionych, wróć, ukochanych filmów z Meryl w roli głównej. Będzie chronologicznie.

Manhatthan. To jeden z moich ulubionych filmów Woody’go Allena. Tym razem zabiera on widzów do swojego miasta i opowiada jak zwykle niezwykle pokręconą i ironiczną historię. Meryl Streep gra tutaj pokręconą lesbijkę, bardzo kłótliwą, głośną i energiczną. Całą fabułę można zaś skrócić do tego,że Issack Davis, którego gra Allen jest dwukrotnie rozwiedziony, bezrobotny i właśnie zakochuje się w dziewczynie swojego przyjaciela. Meryl, która gra tutaj byłą żoną Davisa, jako nowo nawrócona lesbijka, postanawia napisać książkę o swoim małżeństwie, co niekoniecznie podoba się byłemu mężowi. Film jest niebanalny, dialogi to istne perełki,  akcja dzieje się szybko, w tym filmie wszystko gra idealnie. A już na pewno wspaniale gra Meryl. Nastrój filmu potęgują biało-czarne zdjęcia i hipnotyczna Meryl. Ona naprawdę wyglądała wtedy przepięknie.

merylmanhattan

Wybór Zofii. Mocny film,  na pewno nie do obejrzenia kiedy mamy świetny humor i chcemy go podkręcić czymś radosnym. Albo gdy szukamy pocieszenia. Zofia Zawistkowska- grana przez Meryl, jest Polką, która przeżyła dramat obozu koncentracyjnego. Obecnie mieszka w Nowym Jorku i zmaga z tragicznymi wspomnieniami, w których dominują śmierć i cierpienie. Film opowiada o skomplikowanej relacji między Zofią, a Nathanem, z którym mieszka i dzieli życie. Nathan jest Żydem, o maniakalnej obsesji zbierania dowodów o zbrodniach na swoich rodakach. Za ścianą mieszka Stingo, pisarz, którego nieustanne kłótnie młodych ludzi, wzbudzają ciekawość i prowadzą do przyjaźni, oraz do poznania historii tych dwojga ludzi… Więcej nie powiem. Obejrzyjcie. Ale warto, szczególnie,że Meryl przygotowując się do roli uczyła się polskiego i moim zdaniem lekcje odrabiała bardzo solidnie. A Oskar za tę rolę jest jak najbardziej zasłużony.

Set of

Zgaga. Meryl Streep zagrała w genialnej, autobiograficznej historii Nory Ephron, która opisała swój związek z dziennikarzem Carlem Bernsteinem-w tej roli wspaniały Jack Nicholson. Meryl gra tutaj Rachel, dziennikarkę kulinarną, która poznaje na ślubie znajomych Marka. Łączy ich wielkie uczucie,a  scena kiedy to Meryl karmi Jacka spaghetti po upojnej nocy jest kultową. No dobrze dla mnie jest kultową. W każdym razie odkąd obejrzałam ten film, pokochałam makaron jeszcze bardziej. Wkrótce Rachel i Mark biorą ślub, remontują dom, rodzi im się dziecko, a kiedy ona spodziewa się drugiego, okazuje się,że on ma romans. Banał? Być może. Ale dla mnie to naprawdę genialny film i genialna rola Meryl. Tym razem jest tutaj brunetką o krótkich włosach. Granie matki, mistrzyni kuchni, kulinarnej dziennikarki, wiecznie jakby w ciąży wyszło Meryl po prostu genialnie. Jako wierna fanka Meryl i tego filmu mam już na liczniku 5 pokazów i serdecznie Wam polecam.

heartburn

Ze śmiercią jej do twarzy. Zdecydowanie zmieniam klimat. Będzie komediowo. Jestem beznadziejnym przypadkiem fanki tego filmu, jeżeli leci w telewizji, nie ma bata, nieważne co się dzieje, ja siadam i oglądam. Do znudzenia. I tak w kółko. Rok bez duetu Meryl i Goldie jest dla mnie rokiem straconym. Miłość do tego obrazu przekazała mi mama, która pierwszy raz pokazała mi go jak miałam 7 lat. Od tamtej pory pokochałam fabułę i cóż, chyba pokochałam Meryl na poważnie. W tym filmie Meryl gra piękną aktorkę, Maddison, która ostatnio zamiast wielkich ról , zajmuje się głównie tropieniem nowych  zmarszczek na swej twarzy. Jej mąż Ernest to chirurg plastyczny,utalentowany,ale dziś zajmujący się makijażem pośmiertnym, wbrew pozorom branżą z perspektywą. Historia zaczyna się, kiedy dawna przyjaciółka Maddison, Helen Sharp po kilkunastu latach postanawia wziąć odwet na Maddie za wszystkie krzywdy jakich doznała od przyjaciółki. Ten film ośmiesza światek show biznesu, dążenie do wiecznego piękna i kult młodości. Tak, jest przerysowany i karykaturalny,ale genialny w swojej kategorii. No i ten film to popis wspaniałej gry aktorskiej. Meryl pokazuje tutaj niesamowity talent komediowy. Jest po prostu genialna, nawet z przekręconą na drugą stronę głową .

M8DDEBE EC002

Mamma Mia.  O ile jestem uzależniona od Meryl Streep, to jestem tak samo uzależniona od tego filmu. Odkąd go pierwszy raz obejrzałam,miałam ochotę rzucić wszystko, polecieć, ewentualnie pojechać i popłynąć, na pierwszą lepszą wyspę i razem z Meryl założyć pensjonat na górzystym terenie. Całe dnie byśmy śpiewały, uroczo przy tym fałszując i wyciskały sok z pomarańczy. A wieczorami urządzały wielkie greckie uczty. Ten film jest okropnie wręcz kiczowaty, kto słyszał popisy wokalnie Pierce’a Brosmana, ten to wie. Ale niesie z sobą tyle radości, uroku i dobrej zabawy. Głównie dzięki obsadzie. Meryl nie boi się fałszować, tańczyć bez ładu i składu i świetnie się bawić, nie bacząc na wszystko. Nie każda aktorka chciałaby zagrać w takim filmie i obnażyć swoje słabości. Meryl jest wielka, więc może. I chwała jej za to.

z5457673ihmeryl-streep-i-pierce-brosnan

Wątpliwość.  To taki film, który nie zrobił olbrzymiej światowej kariery. A szkoda, bo to film intymny, duszny i budzący wiele emocji. Głównie za sprawą kolejnej genialnej roli Meryl Streep. Rzecz dzieje się w katolickiej szkoły, którą prowadzi siostra Alojzyna- w tej roli Meryl. Zdecydowanie ma ona konserwatywne poglądy na świat i ludzi. Wyjątkowo też drażni ją postępowy ksiądz proboszcz, w tej roli zmarły niestety Philip Seymour Hoffman. Siostra Alojzyna nabiera podejrzeń co do relacji księdza Flynna z jednym z uczniów, i chociaż brak jej dowodów, stawia mocne oskarżenia. Czy ksiądz Flynn jest otwarty i bezpośredni,bo w głowie mu niecne czyny? Czy za fasadą zimnej i nie mającej uczuć Alojzyny kryje się osoba, gotowa zgrzeszyć kłamstwem by ochronić swoich podopiecznych?  Ten film to mistrzowski popis gry Meryl Streep.  Potwierdzenie jej niezwykłego talentu.

7275f3878388a634758a5647ae8e50b1

Julie& Julia. Film kulinarny, nie mogłam o nim nie wspomnieć, skoro tyle czasu spędzam w kuchennych okolicznościach. Ciepły- i to ciepło,wcale nie bije z rozpalonego piekarnika. Kobiecy, smakowity, okraszony idealnym aktorstwem i humorem. Ten film to przepis na udany wieczór. Julia Child, jedna z ciekawszych postaci kulinarnego świata, w tym filmie została brawurowo wręcz zagrana przez Meryl. Meryl po prostu stała się Julią Child, każde jej słowo, gest, ruch, wszystko jest idealne. Ten film opowiada o wielkiej pasji, przyjemności i spełnieniu. I zdecydowanie oglądając ten film można pozbyć się dosłownie każdej troski dnia codziennego. Głównie dzięki Meryl, która w tym obrazie pokazuje swój kunszt. Nie musi mieć nie wiadomo jak ambitnego scenariusza by zagrać po prostu fenomenalnie.

mc-julia-child

Ścieżka dźwiękowa – Dpeche Mode- You move

Książkowo-filmowy luty

W lutym przeczytałam 14 książek. W tym parę naprawdę dobrych, a jedną wprost genialną. Standardowo zaczynam od tych co mojego uznania nie zdobyły.

Najpierw dwa minusy, jeden minus poważny, potężny, dyskwalifikujący. Drugi nieco mniejszy, ale bardzo rozczarowujący.

Zacznę od mocnego kalibru, moje wielkie rozczarowanie to Złodziej z mgły. Bardzo lubię książki Zafona, pozycja Lavinii Petti, miała być jeżeli nie tak samo dobra, to nawet lepsza. Ten sam klimat, ten sam magiczny i tajemniczy świat. Zabrałam się za nią pełna dobrych przeczuć,ale z każdą kolejną kartką moja irytacja rosła. Ta książka została napisana w stylu godnym 13 letniej panienki, która pisze wieczorami w tajemnicy przed rodzicami. Miało być niezwykle pięknie i magicznie, a wyszło niestrawnie. Bardzo wtórnie, bardzo banalnie, styl autorki jest niezwykle irytujący i wywołujący w czytelniku dreszcze. Bynajmniej nie rozkoszy, a znużenia i zniechęcenia. Oczywiście biorę poprawkę na to, że jest to debiut,ale jeżeli ktoś wydaje swoją pierwszą książkę, powinien przynajmniej ją przeczytać w całości przed wydaniem i sprawdzić czy rozdział 1 pasuje do rozdziału 2. Czy historia ma sens, i czy w ogóle jest sens wydawać coś, co powinno zostać, w zasadzie, napisane od początku. Lavinio, przed tobą masa pracy.

 

Inicjały Zbrodni, książka Sophie Hannah, ale i na okładce mamy imię i nazwisko mistrzyni kryminału, Agathy Christie. No cóż, jeżeli coś podpisujemy Agathą, to spodziewamy się wielkiego dzieła. No przynajmniej ja się spodziewam. Po książki Agathy Christie świadomie sięgnęłam mając lat 10 i zakochałam się od pierwszej strony. Jako pierwsze przeczytałam Morderstwo w Orient Expressie. I przepadłam. Inicjały Zbrodni, powrót słynnego Herculesa. Gdyby główny bohater nazywał się,dajmy na to Federico, było włoskim detektywem, a cała historia działa się w Rzymie, pewnie by mi się nawet spodobała. Ale skoro mówimy o Herculesie to oczekuję efektu Wow. A tutaj go nie było, zawiodłam się po prostu. Styl Agathy Christie był jedyny, jej lekkość, elegancja i finezja,są po prostu nie do podrobienia. Mam cichą nadzieję,że więcej razy pani Sophie nie będzie absorbować naszego Herculesa i pozwoli mu odpoczywać na jakże zasłużonej emeryturze.

Ludzie, którzy ciągle piją kawę zamiast herbaty, powinni przebadać sobie głowę

Teraz milsza część, książkowe hity. Jeżeli chodzi o tę pozycję to określenie hit do niej nijak nie pasuje. Nie pasuje, bo to jest niemalże arcydzieło. Genialna pozycja, którą czyta się po prostu całym sobą. Czyli po prostu żyje się tą książką, a po przeczytaniu dalej siedzi w głowie i nie mijają dwa dni a człowiek tęskni i bardzo chciałby znów ją mieć w dłoniach. Kalman Jakobi to  polski Żyd, który zrządzeniem losu staje się właścicielem pokaźnego majątku. To nagłe bogactwo bardzo go onieśmiela, bo Kalman to pobożny i bardzo skromny człowiek. Zarządzanie majątkiem polskiego zesłańca, wcale nie wydaje się dla niego wielkim darem od losu. Bardziej niż stan skarbca Kalmana interesuje przyszłość jego córek, które osiągają wiek, w którym powinno się myśleć o małżeństwie. Stara się by panny znalazły pobożnych mężów, którzy zadbają o jego ukochane córki. Świat nie stoi jednak w miejscu, i przyzwyczajonemu do tradycji Jakobiemu trudno odnaleźć się w nowoczesnym świecie. Zarówno tym w sferze społecznej jak i moralnej. Coraz trudniej mu żyć ze świadomością, że dawne zasady odchodzą w zapomnienie. Dwór to przepiękna i monumentalna historia życia żydowskiego klanu, którym targają liczne dramaty, tragedie i problemy. Isaac Singer, za Sztukmistrza z Lublina dostał Nagrodę Nobla,  mojego osobistego Nobla dostaje za Dwór. Powiem Wam więcej, kto nie przeczytał tej książki, natychmiast powinien to nadrobić. Do biblioteki marsz.

Mężczyzna to jak pies – dać mu jeść i miejsce do spania, a już swej budy nie opuści.

Zmienimy klimat zdecydowanie. Góra bezprawia to solidna pozycja wprost od Johna Grishama. Sprawdzone nazwisko i prawniczy thriller. Walka z bezdusznym,lokalnym,górniczym monopolistą i prawniczka,wolontariuszka. Dramat wielu rodzin, które poprzez kopalnie straciły ojców, dzieci, albo dorobek życia. Trzeba się przygotować na rozgrywkę, gdzie wykorzystuje się nie tylko prawnicze sztuczki,ale gdzie wydaje się, nie obowiązują żadne zasady. Szczerze mogę polecić tym książkę, tym, którzy lubią prawnicze klimaty i lubią zostać w napięciu od pierwszej do ostatniej strony.

Znów zmieniamy klimat, całkowicie. Tym razem prowincjonalną Amerykę, zamieniamy na Włochy. Może nie dosłownie, bo historia dzieje się w Anglii, ale zdecydowanie dotyczy Włoch. Nie wiem jak Wy,ale czasami mam ochotę na książkę, łatwą, lekką i przyjemną. Optymistyczną, ciepłą, poprawiającą nastrój. Pewnej nocy we Włoszech to właśnie taka książka. Historie kilkorga, zupełnie różnych osób, które połączył kurs języka włoskiego, dają nadzieję, są przyjemne, zupełnie jak kawałek sernika w ponury dzień. Albo ciepły koc w ten wieczór, gdy za oknem hula wiatr. Pewnej nocy we Włoszech to bezpretensjonalna opowieść, która przypomina,że życie bywa nieprzewidywalne i nie warto czekać ze spełnianiem swoich marzeń czy postanowień, bo nigdy nic nie wiadomo.A skoro żyjemy raz, to przynajmniej smacznie jedzmy, otaczajmy się życzliwymi ludźmi i cieszmy codziennością. Książka w sam raz na przedwiośnie, które nie chce przyjść i serwuje same ponure chwile.

 

Moim wielkim filmowym hitem jak już pewnie wiecie było La La Land. Recenzję napisałam na gorąco, znajdziecie ją tutaj, nie będę Was zanudzać kolejnymi zachwytami.

Poza La La Land obejrzałam w lutym 5 filmów. Nie było wielkiego przegranego, czegoś co by mnie odrzuciło, raczej same solidne i dobre kino. Jako, że nie ma minusa, przejdę do dwóch plusów. Jednego większego i drugiego, trochę mniejszego. Ten mniejszy należy się Wielkiemu Pięknu, obrazowi pięknemu,ale czy dodatkowo wielkiemu? Mam mieszane odczucia. Film na pewno jest ważny, i piękny,ale dla mnie nieco zbyt przejaskrawiony i momentami zbyt teledyskowy. Chociaż mam wrażenie z drugiej strony,polega na połączeniu różnych teledysków w jedną,sprawnie działającą całość. Wiele scen z tego filmu zaś to naprawdę arcydzieła.

36686536556800942070

Za to całkowicie zauroczyła mnie Młodość, film, który zachwycił mnie w każdym ujęciu i każdej sekundzie. Przepiękny obraz pełen kontrastów, życie i śmierć, młodość i starość, energia i powolność. Oglądałam z ogromnym zaciekawieniem, i wielką przyjemnością. Bo Młodość to nie tylko piękny film,ale i mądry. Ponadczasowy. Paolo Sorrentino, twórca tych obydwu filmów okazał się reżyserem, którego pokochałam z miejsca.

55fffa632e8d5

Nie zapeszam,ale po 2 tygodniach bez ani grama słońca, w końcu mieliśmy słoneczny dzień. Czyżby wiosna szła do mnie nieco odważniej? Mogę nie zabierać dziś z sobą rękawiczek?

Ścieżka dźwiękowa- The National – I Need My Girl