Matka Polka. Wersja restauracyjna.

Tak,tak to ja. Ta co lubi wkładać kij w mrowisko. Znowu będę poruszać związany z macierzyństwem. I będzie poruszać go ta co nie ma dzieci, i mieć nie będzie. Czyli można powiedzieć, panienka przemądrzała, wymądrza się i krytykuje. Bo się po prostu nie zna.

Trudno. Do podjęcia tego tematu sprowokowała mnie sytuacja sprzed paru dni.

Moja siostra kończyła 30 lat. Z tej okazji udaliśmy się rodzinnie do knajpy celem zjedzenia rodzinnego obiadu i wzniesienia toastu jagodową lemoniadą za szacowną jubilatkę. Dostaliśmy rodzinny stolik, na 5 osób. Wygodnie usiedliśmy, przejrzeliśmy karty, chcieliśmy składać zamówienie, i wtedy obok pojawiła się młoda rodzina z na oko 2,5-3 letnim dzieckiem. Wyglądali miło i bardzo sympatycznie. Zajęli stolik. Dziecko w kurteczce sobie spało. Pomyślałam, że pewnie zasnęło w aucie i rodzicom szkoda szkraba budzić. Mały grzecznie spał. Uroczy widok.

Złożyliśmy zamówienie. Obudził się i mały człowiek. Swoje niezadowolenie z powodu nadmiaru hałasów i obcego miejsca zamanifestował wrzaskiem i płaczem. Zaraz potem zaczął przeraźliwie kasłać. Istnie gruźliczo. Miałam wrażenie, że ma ochotę wypluć płuca. Chłopca nikt nie uspokajał, rodzice przeglądali karty i dyskutowali co wybrać. W końcu jednak wrzask ich obudził. Mama pogładziła loczki synka i rzekła na głos, donośny głos – Kazimierz tak krzyczy, bo mu gorączka spada. Zdrowiejesz synku.

I maluch postanowił chyba ostatecznie rozprawić się z chorobą, bo wpadł w dziki szał. Rodzice dalej wybierali napoje, spokojnie, w końcu Super Niania radziła olewać takie sytuacje. Patrzę na malucha, ma nienaturalnie czerwone policzki i szkliste oczy. Ta gorączka to tak niekoniecznie szybko spada. Nie dziwię się, że płacze i krzyczy. W końcu matka znajduje remedium na boleści maluszka, prowadzi go….

Tak, prowadzi go do kącika zabaw. W tym kąciku 6 dzieci w wieku od roczku do 5 lat bawi się wspaniale. I nagle wchodzi do nich gorączkujący Kazio z zapaleniem oskrzeli – na co wskazywał kaszel. 6 dzieci wyglądało na zdrowych. Mama pokazała Kaziowi zabawki i radośnie wróciła do stolika. Problem z głowy. Można dalej wybierać pyszności z menu. Dziecko okazało się jednak mądrzejsze. Na tym etapie nie chciało palić mostów i czuć na sobie gniew rodziców tych 6 maluchów i wróciło do swojego stolika. Weszło ojcu na kolana i postanowiło być grzeczne. Czyli grzecznie dostawać ataków kaszlu.

Co z tego,że dziecko się dusi. Rodzice zamawiają obiad. I wmuszają w malucha zupę. Mały Kazio apetytu nie ma, ale mama na siłę go karmi. Jak tłumaczy Kaziu musi wziąć antybiotyk. Bo jak nie weźmie niesmacznego syropu,to dostanie zastrzyk. Kaziu się boi i idzie na kompromis, zje sam makaron z zupy, byleby nie dostać zastrzyku. Je, i płacze. I tak non stop. Całą godzinę płakał i krzyczał.

Cały pobyt w restauracji upłynął pod hasłem – mamo do domu. Tak bowiem Kaziu krzyczał całe 1, 5 godziny. Mama w pewnym momencie powiedziała do syna – zaplanowałam sobie obiad i go zjem. A ty się uspokój i dostosuj.

No właśnie, mama zaplanowała sobie miłą i rodzinną niedzielę. Niestety życie z małym dzieckiem jest nieprzewidywalne, dziecko dostało gorączki i zachorowało. Mama nie zmieniła jednak planów. Obiad na mieście najważniejszy. Co z tego, że dziecko cierpi, mama musi się zrelaksować.  I nic jej w tym nie przeszkadzało, nawet gorączka jej dziecka.

Może jestem jakaś dziwna, ale wydaje mi się, że miejsce chorego dziecka z gorączką jest jego pokoju, w łóżeczku, pod kołderką. A nie w restauracji pełnej ludzi, gdzie jest głośno, duszno i nieprzyjaźnie dla chorego dziecka.

Bardzo lubię kiedy rodzice zabierają swoje dzieci w różne miejsca, nie przeszkadza mi to. Nie złoszczę się gdy maluch coś rozleje, zaszaleje, czy zareaguje zbyt entuzjastycznie. Ale nie będę udawać, chore, marudne i zmęczone dziecko powinno zostać w domu. Nie mówię już o komforcie reszty gości z uwagi na hałas, ale przecież w tym lokalu były inne dzieci, które mogą się łatwo zarazić.  To jest koronny argument. Drugi najważniejszy, to dziecko, rodzice, cała rodzina była szalenie zmęczona przez te ciągłe krzyki. Wyjście do restauracji to nie jest wylot na drugi koniec świata, nie trzeba planować tego z półrocznym wyprzedzeniem, śmiało można to przełożyć i wybrać się kiedy dziecko pokona chorobę.

Kiedy ja mam gorączkę leżę po kocem. Często nie mam siły by obejrzeć ze zrozumiem serial, nie w głowie mi wyjścia z domu. Nawet do lekarza, a co dopiero do restauracji.

 

A jakie jest Wasze zdanie. Chore dziecko  i restauracja pełna ludzi ? Za,  a może przeciw?

screamkidrest

Ścieżka dźwiękowa- Leonard Cohen – First we take Manhattan 

Rozmyślania przy chorobie

Choroba ma to dobrego w sobie,że zapewnia człowiekowi dużo czasu. Czasu na różnego rodzaju przemyślenia. Tak więc mama zwróciła uwagę na pewną kwestię, kwestię, której nie brałam pod uwagę. To znaczy nie wzięłam jej pod uwagę i muszę w moim super planie dokonać drobnej korekty.

Co prawda chwilowo nie wiem jak ta korekta powinna wyglądać, ale wiem,że korekta winna być musi.

Kiedy tak leżałam w gorączce, nie bardzo kojarzyłam co się dzieje dookoła. Wiedziałam jednak,że bardzo chce mi się pić. Wiedzieć należy, że w gorączce znacząca wzrasta chęć na płyny. Miałam więc obok siebie dwa kubki z herbatą i dwie butelki z wodą mineralną, zaopatrzona byłam nawet, nawet. W każdym razie sięgnęłam po kubek, bo gorąca lipa z cytryną kusiła.

Niby czynność bardzo prosta, ale kiedy ma się ileś tam godzin te 39,7 stopni, zamiast trzymać kubek prosto, ciepły napój ucieka z naczynia i ląduje na pościeli i częściowo na piżamce delikwenta. Na szczęście twoje żałosne o niesprawiedliwym życiu słyszy ktoś bliski, przychodzi, prawidłowo podaje kubeczek i jeszcze przynosi piżamkę na przebranie. I czeka dyskretnie z tyłu,bo trzeba sprawdzić czy aby na pewno kubeczek, a raczej zawartość kubeczka nie wyląduje z powrotem tam gdzie nie powinna.

Jak wiecie dobrze podjęłam znaczącą decyzję parę miesięcy temu. Chcę być samodzielną kobietą, której związki nie w głowie. Chcę cieszyć się swoim życiem i robić to co najbardziej chcę. Bez nieudanych randek i oczekiwań. W swoim planie nie uwzględniłam jednak stanu choroby. O ile z taką anginą dałabym radę, to z grypą będzie gorzej. Zaczęłam się zastanawiać ile takich gryp mogę zaliczyć w przyszłości? Zostają szczepienia, ale i one nie uchronią w 100 % kobiet samodzielnych przed zarażeniem. Dowiedziałam się,że kiedy przychodzi czterodniowa gorączka na nic zda się życzliwy, najbardziej nawet życzliwy sąsiad, który wpadnie z zakupami. Albo brat, który między dyżurem, a odebraniem dziecka z przedszkola przyjdzie zobaczyć swoją siostrę, oceni zdrowie i przyniesie parę pomarańczy. Kiedy bowiem pojawia się taki stan jaki mnie dopadł, potrzebny jest ktoś kto nie wpadnie przelotnie, ale posiedzi, zrobi i poda obiad, pardon wmusi talerzyki zupy. O 3 nocy przygotuje chłodny kompres na czoło, o 6 rano poda kubek herbatki, a na podwieczorek zrobi budyń waniliowy z wiśniową konfiturką. Tak jak lubię najbardziej.

Moja mama pytała się mnie w tych dniach bardzo,bardzo często – teraz masz fajnie,bo masz nas, my się tobą zajmiemy. Ale potem, kto ci pomoże? Ach, jak dobrze byłoby gdybyś miała kogoś obok. Byłabym spokojniejsza. Bo ja to nie mogę spokojnie spać myśląc,że nie będziesz mieć opieki.

Nie, nie zmienię swoich planów. Nie zwiążę się z kimś tylko dlatego,że nikt mi nie zrobi budyniu. Albo nie ugotuje rosołku-na marginesie mama i tak robi najlepszy. Albo nie zmoczy ręczniczka w zimnej wodzie. Albo nie odczyta ilości kresek na termometrze. ( tak wciąż używam tego z rtęcią. tylko on działa idealnie).

Ale wiem,że choroby nie zaplanuję z półrocznym wyprzedzeniem. Może przyjść kiedy ona będzie chciała. A niekoniecznie ja będę na nią gotowa. Albo mój brat będzie miał urlop w górach. Albo siostra nie będzie „wyjechana” w świecie. Nie zaplanuję pewnych kwestii.

Powiedziałam mamie,że kogoś wynajmę. Ale kogo? W jakiej rubryce szuka się kogoś od podania herbaty? Pan na godziny? Pani na godziny? Niania czy raczej pielęgniarka?

Nie, nie zwiążę się z kimś bo mi zabraknie kogoś kto poda herbatę. Nie ma mowy.

Ale i sama nie chcę mieszkać. Licho nie śpi, raczej czuwa  przyczajone. A samej chwilami ciężko. Tak ciężko jak ciężko w gorączce utrzymać w pionie kubek z herbatą.

Wiem,że lubię samą być. Odkąd odrzuciłam ten cały damsko-męski świat randkowania i czekania na Pana choć w części Idealnego jest mi lżej i spokojniej. Ale widzę też,że nie chcę sama mieszkać.

Co innego być samodzielną w codzienności, a co innego mieć blisko życzliwą duszę.

Myślę,że w moim planie musi pojawić się drobna korekta. Ale jaka?

Zamieszkać z samotną koleżanką? Fajnie, ale ona jest tak absorbująca,męczy mnie już kiedy 15 raz dziennie pisze- a wiesz,że przed domem mam kwiatka….. Zamieszkać z kuzynką, która ma podobny charakter do mojego? Fajnie, ale ona  prawie nic nie mówi dla równowagi.Na pytanie co chce na obiad odpowiada dwa dni. Zamieszkać z siostrą? Okazało się,że dla niej bycie singielką to etap. Ona koniecznie chce mieć rodzinę, nie mogę więc planować całej swojej przyszłości w oparciu o nią.

Hmm. Sama nie wiem. Czy nauczę się sobie radzić w chorobie? Nie sądzę. Ba, ja chciałabym by ktoś zrobił mi wtedy budyń, zajrzał przed snem i upewnił się,że wszystko ok, ogarnął dom, był obok w razie czego.

Nie mówię tutaj o mężczyźnie, nie. Ale kurczaki i pisklaki, ja chyba nie chciałabym, nie, nie chyba, ja nie chciałabym mieszkać sama i być skazana w takiej chwili tylko na siebie. Chcę w przyszłości mieć kogoś obok. Ale jak i kogo?

Chciałabym zamieszkać z  bratem. Z nim byłoby mi najlepiej. Nie wygląda on na takiego co chciałby zakładać rodzinę. Myślę,że byłoby nam razem fajnie,bo dogadujemy się idealnie. Ale on ma 22 lata. A ja prawie 30. Jemu może się wiele w życiu zmienić.

Jak widzicie w życiu nie można sobie coś raz na zawsze postanowić. Muszę skorygować mój plan o samotnym mieszkaniu.

Kuzynka, brat, przyjaciółka, ktoś z castingu?

Z kim spędzę resztę życia?

Oto jest pytanie.

977fab4f89615c51e284d0483f39e6a3

Ścieżka dźwiękowa-   Placebo Bright Lights

 

 

W biegu

Moje łóżko.Mój pokój.Mój dom.Wróciłam.

Pierwszy sen? Czarna dziura. Marna perspektywa na przyszłość. Hałas za oknem nie pozwalał zasnąć. Dziwnie tu.

Nieco jak w hotelu.Czuję się jak nie u siebie. Remont był za długi. Przyzwyczaiłam się do tamtego mieszkania. Zaczęłam go nazywać domem. Myślałam jak o domu.Muszę się przestawić.

Kartony,wszędzie kartony,więcej kartonów. Worki,czarne,niebieskie, fioletowe o zapachu truskawki.Chaos,bałagan, bajzel. Masa pracy przed nami.  Niejedna piwnica wygląda lepiej. Dużo lepiej.

Jestem przemęczona. Mam dość przeprowadzek.Remonty to zło.Wielkie zło. Nie, to przeprowadzka/wprowadzka jest złem.

Mam kuchnię.Jest piękna i idealna. Ale się w niej gubię. Nie chce mi się urządzić.Po tym pakowaniu,przenoszeniu i wnoszeniu potrzebuję urlopu. Minimum tygodnia.Ale nie się nie da. Na cito musieliśmy się przenieść.Właściciele mają chętnego do obejrzenia mieszkania. Mieliśmy mieć czas do czwartku.W niedzielny późny wieczór,okazało się,że mamy czas do dziś,do południa. Byliśmy w lesie. Jesteśmy w lesie. Co nagle to po diable.

Nie działa mi komputer.Po dwóch miesiącach odpoczynku,udał się na wieczny spoczynek.Muszę kupić nowy. By się pocieszyć otworzyłam Raffello.W środku było 100 zł. Prezent od losu. Chyba sobie kupię jesienną pościel?No dobra,już ją kupiłam.

Czy się na nowo zadomowię? Czy wydłużę dobę?Kiedy znów poczuję się jak u siebie? Kiedy minie moje zniechęcenie?

3388596d6666aeb1f607385bf37dda1c

Takie tam

Chyba powinnam być zbadana przez specjalistów od głowy. Na innych za późno. O tym,że istnieje weekendowy ból głowy menadżerów to wiedziałam,ale,że przeziębienie?To nie.Otóż ja mam weekendowe przeziębienia. Albo raczej awanturujące się zatoki.Zaczyna się w piątkowy wieczór,mija tygodniowe napięcie i bach,pojawia się nagle.Ból gardła,głowy i powiększony katar. I ten typowy ucisk.Jak w reklamie. Tak samo było w ten weekend. W piątkowy wieczór nie mogłam zasnąć przez katar,który rządził i w sobotni poranek. Akurat w ten poranek,kiedy to tatko powiedział,że jeżeli zależy mi na tych warsztatach to mam się zbierać,podwiezie mnie. Ale jak tu się zbierać kiedy mam wrażenie,że w moim gardle grasuje stado dzikich bestii? Jak zwykle walczyłam sama z sobą, bo ja przecież nie potrafię podjąć sama żadnej,dosłownie żadnej decyzji,tak więc los wybrał za mnie. Kuzynka ogłosiła chęć przyjazdu i nieśmiało wspomniała coś o chęci degustacji,więc uznałam,że muszę upiec ciasto. Zamknęłam się w kuchni(czego technicznie nie mogłam uczynić) i sama zrobiłam sobie kulinarne warsztaty,koncertowo przypalając spód sernika. Kuzynka nie przyjechała, wysłała w zastępstwie swoich rodziców. Nie umiem,nie potrafię dogadać się z tym piekarnikiem. Czekam na swój,mam nadzieję,że go ogarnę.

Panowie się pakują. Tak,teraz czas na nas. Po 6 tygodniach prac opuszczają teren budowy,bo w zasadzie to była budowa na nowo. Smutno mi nieco, remont jednak dostarcza pewną dozę emocji,które fajnie mobilizują. A teraz pakowanie.No ok, macie mnie.Na myśl o tym,że mam się pakować i znów rozpakować dostaję gęsiej skórki. Nie po prostu dostaję ciar na całym ciele. Jakby można przejść przez ten proces bezboleśnie byłoby super. Ale się nie da. Chyba nie mam ochoty na „wprowadzkę”. Najchętniej zostałabym tu gdzie jestem. Albo maksymalnie odwlekła proces „wprowadzki”,ale się nie da. Czas ucieka,do końca miesiąca 8 dni. A my dopiero od jutra możemy zacząć coś wnosić do domu. Oczywiście nie wspomnę o tym,że kuchnia stoi pusta,nie ma półek w garderobie,nie ma szafy wnękowej w przedpokoju,nie ma półek w łazience…

Zostawmy temat remontu i wprowadzki. Przejdźmy do ważniejszych kwestii. Jestem złym człowiekiem. Podłym chyba. Czuję w sobie odrobinkę hmm zazdrości, może nutkę rozczarowania. W ten weekend,a raczej w sobotę odbyły się 3 śluby znanych mi osób. Jeden odpuszczam bo mnie ucieszył, w końcu dwoje dzieci jest na świecie,fajnie,że się zdecydowali po 10 latach bycia razem. Ślub numer dwa dotyczył osoby mi znanej,chyba nawet trochę dobrze. Byliśmy na paru spotkaniach, mi nie pasował jego pośpiech. Innej to nie przeszkadzało, właśnie wzięli ślub. Doszłam do wniosku,że ja chyba na siłę znajduję wady w osobach, które mają być kimś ważnym dla mnie. Nie wiem, być może ja tak naprawdę nie potrafię już być z kimś? W każdym razie wziął ślub,ona śliczna, pięknie wyglądała, muszę przyznać,że wyglądali razem uroczo. Ślub numer trzy,moja kuzynka wyszła za mąż. Jako dzieci byłyśmy nierozłączne. Kuzynka prawie żyła u nas w domu,my w niej zresztą tak samo. Uwielbiałam ją,ona mnie. Ale potem nieporozumienia naszych ojców, rodzonych braci,sprawiło,że straciłyśmy kontakt mieszkając w jednym mieście. Wiecie,że było mi żal,że jej święto,wyjątkowa okazja była obchodzona beze mnie? I owszem mogłam iść,miałam zaproszenie,ale ja jej już w ogóle nie znam. 16 lat temu rozmawiałyśmy ostatni raz. Jest mi jakoś tak przykro,że to się tak potoczyło.Myślałam by do niej napisać-wyglądałaś ślicznie(bo wyglądała uroczo) i się cieszę jej szczęściem,ale uznałam,że to bez sensu. A może miałoby to sens?Sama nie wiem. W końcu jesteśmy dorosłe i możemy żyć w oderwaniu od dawnych sporów. Ale chyba minęło za dużo czasu. W każdym razie było i chyba wciąż jest mi przykro. Mój tata szczególnie przeżywał ten ślub, w kółko opowiadał jak był pięknie, jak się wzruszył. Moją mamę wzruszyły małe dzieci. Nie mówiła o niczym innym niż o dziewczynkach sypiących kwiatki. O instynkcie macierzyńskim słyszałam,ale o babcinym dowiaduję się w zasadzie każdego dnia od mojej mamy. Dziadkowym zresztą też. Oni byliby zachwyceni gdybym przyniosła im malucha do domu. Nawet bez męża. Zresztą mama od dnia ślubu kuzynki zachęca mnie do większej aktywności życiowej, by znaleźć sobie jakąś miłą osobę. Nie dziś, ale ogólnie. Mama planuje wesele. Zanim wezmę ślub to zaprojektuje najlepszą uroczystość świata. Jestem tego pewna.

Dobra,koniec narzekania. Jesień czuję w kościach, czuję też ją w duszy. I pogoda zrobiła się jesienna.

d9a2a64b0b577942c770dc4d451df9c5

Ścieżka dźwiękowa-Franz Ferdinand-This Fallen

Singielka na wsi-epizod pierwszy

Singielka( w tej roli dawno niewidziana Scarlett) od paru dni nie miała humoru,snuła się po domu,irytując się o wszystko i irytując wszystkich.  Życie Singielki wydawało się takie smutne i maksymalnie powtarzalne. Męczyło  ją już wszystko. Wtem Singielka zasiadła do komputera i bach, na jej twarzy pojawił się zarys uśmiechu. Singielkę-kucharkę amatorkę,zaproszono do jednej z lepszych lokalnych restauracji na warsztaty z szefem kuchni i fotografem lokalu.Takiego lokalu gdzie ceny przystawek zaczynają się od 35 złotych,więc Singielka nigdy tam nie była,bo lokal wydawał się mieć za dużo klasy dla stanu kasy bohaterki. Mniam,Singielce oczy zaczęły błyszczeć,w końcu.W końcu coś wyrwie ją z tej rutyny i z tej trasy-praca-wieś-market budowlany-sen. Singielka była maksymalnie zadowolona.

Singielka pochwaliła się dwóm osobom swoim szczęściem. Nagle katar wydał się mniejszy, gardło przestało boleć,wieś przestała tak uwierać.Taki drobny zastrzyk szczęścia.Życie jest fajne. Singielka, jako ta do bólu racjonalna postać,postanowiła sprawdzić połączenia autobusowe. W końcu nie mieszka w swoim mieście, skąd autobusy do centrum jadą co 7 minut. Kąciki ust opadły, uśmiech jakby się stopił od upału,na twarzy Singielki pojawił się dobrze znany grymas i rozpaczliwe pytanie-dlaczego, dlaczego o dobry losie mi to robisz, czym ja zawiniłam?No czym.Sprzątam, jestem miła i w miarę grzeczna. Singielka poczuła się jak dziecko,które zamiast wymarzonego prezentu od Świętego dostało rózgę,i to przed całym przedszkolem.

W soboty z tej wsi odjeżdżają trzy autobusy. Tak dobrze słychać,słownie trzy, a cyferkowo 3. Jeden o absurdalnej porze,czyli o 5.40.Drugi o 12.30, spóźniony na warsztaty o 3,5 godziny. Ten trzeci kurs o 18.42 podaję już pro forma. Singielka znów żałośnie załkała, i powtarzała-dlaczego,dlaczego o losie mnie tu zesłałeś? Po angielsku why,why……

Singielka pomyślała, że może brat pomoże.Nie, on nie wstanie o o 8 rano,nie ma szans. Sorry siostra. Singielka poszła do swego ojca.Tu było podobnie,sorry córka,to sobota,ślub mojej bratanicy,co prawda nie idę z mamą na wesele,ale mama chce iść do fryzjera,muszę ją tam autem zabrać…. Singielka nawet zadzwoniła do firmy taksówkarskiej ile teoretycznie kosztowałby taki kurs,ale kwota od 70 do 80 złotych skutecznie zakończyła rozmyślania o tej opcji transportu.

Gdyby Singielka miała więcej determinacji,siły wewnętrznej,odwagi,rozsądku i takie tam to dziś miałaby prawo jazdy,wzięłaby drugie auto i sruu, pojechała na warsztaty.

Gdyby Singielka miała super pracę i sporo pieniędzy bez żalu zapłaciłaby za taksówkę z uśmiechem na ustach. Ale Singielka zlikwidowała swoje oszczędności by dołożyć się do remontu pokoju,stąd dziś jej konto nie świeci nadmiarem gotówki.

Gdyby Singielka miała większy biust, dłuższe nogi,pełniejszy uśmiech, była milsza, etc,itp,itd, to dziś miałaby Szczura.Swojego Szczura,który z radością zawiózłby Singielkę na te warsztaty,będąc dumnym,że jego Mysza spełnia marzenia i się rozwija. Może po wszystkim poszliby na długi spacer, potem na kubek czekolady?I może nawet kupiłby je malutki bukiecik ogrodowych kwiatków od starszej pani….. Ona założyłaby tę uroczą sukienkę i tak szliby trzymając się za ręce….

Gdyby Singielka miała więcej kondycji,albo bądźmy szczerzy,po prostu rower obok siebie,pojechałaby na te warsztaty. A potem zjadłaby wszystko do ostatniego okruszka. A co!

Ale nie, Singielka sobotę spędzi w domu, zamknięta na wsi niczym kura w klatce. Upiecze ciasto, zamiast pod okiem szefa kuchni,pod swoim.O ile coś zobaczy,bo jej oczy będą nachodzić łzami. Bo ona bierze ślub, bo tam gotują z szefem kuchni, bo ktoś chodzi na randki i spaceruje po tym pięknym mieście,a ona? A ona znów będzie udawać,że jest ok. Albo nie będzie?….

Mówię Wam,Singielka na wsi ma zawsze pod górkę.

39863209a6a9b0a42242da5e83972f1c

Ścieżka dźwiękowa-Toto-Rosanna

 

 

 

Piaskowy dołek, ot maleńki

Wpadłam właśnie w taki dołek. Dołek jako sobie wykopałam kilka dni temu na plaży-strasznie się nudziłam. Oczywiście dołek ów szybko się zakopał, ostatnie ziarenka już czekają by wyrównać poziom i będzie super. Albo przynajmniej znajomo, bezpiecznie i chyba miło. Tak, miło.

Ten mały dołek kopał się powoli przez cały tydzień. Kulminacja nastąpiła w sobotę łamane na niedzielę. Ale przeszło.

Jakoś tak gorzej zaczęło się w piątek. Przed pracą poszłam do przychodni po recepty na leki. Stojąc w kolejce uświadomiłam sobie,że od pół roku najczęstszy kontakt towarzyski mam z panią doktor. Tyle, że ona za każdym razem pyta się o moje imię, więc jeszcze  tak dobrze się nie znamy. Wzięłam zapobiegawczo recepty na dwa miesiące. Ale dało mi to do myślenia. Ostatnio owszem, mało czasu weekendami spędzam w domu. Ale obracam się wciąż w tym samym rodzinnym gronie. Po prostu naturalną siłą rzeczy większość pozakładała rodziny i weekendy spędzają w swoim gronie, ze swoimi dziećmi, mężami, narzeczonymi, teściami. Uświadomiłam sobie,że mam tylko jedną bliską mi osobę bez bagażu męża,narzeczonego czy też dzieci. Problem jest taki, że w ogóle nie umiemy się zgrać. Umawiamy od pół roku i nic z tego nie wychodzi. No ok, widziałyśmy się w czasie kulinarnego festiwalu. Rozmawiałyśmy na żywo całe 3 minuty.Żeby nie było,w linii prostej dzieli nas 7 km. Ostatnio jakoś tak dziwnie nie drodze mi z tymi, których lubię…

W takim to nastroju burym przeżyłam piątek. W sobotę nie mogłam sobie znaleźć miejsca i zajęcia. Wszystko mnie albo irytowało, albo męczyło, albo z powrotem złościło. Sama nie wiem dlaczego? Pewnie dlatego,że w tę lipcową sobotę 3  znajome dalsze pary przysięgały sobie wieczną miłość. Pewnie dlatego, że moja mama zaczęła drążyć temat ślubu kuzynki. Sama nie ma ochoty iść, ale pewnie będzie musiała. W każdym razie zaczęła się mnie podpytywać czy ma mi szukać partnera na wesele. Bo przecież sama nikogo  nie znajdę, to miało być powiedziane z troską. Ale nie wyszło. Najgorsze, że mama ma rację. Nie znam nikogo kto mógłby pójść ze mną na wesele. Musiałabym pożyć męża od przyjaciółki. Na poważnie nie mam takich znajomych,wolnych facetów. Bo oczywiście nie mówimy o sytuacji, że znajdę sobie partnera, który zostanie ze mną po weselu. To jest tak samo realne jak to, że Beata Szydło jest samodzielnym politykiem. Konkluzja jest taka, na co dzień otaczam się ludźmi, ale jak dochodzi co do czego to nie mam z kim spędzić wolnego czasu.

Tak ponuro -dostosowałam się do aury panującej na dworze,przeżyłam sobotę. W niedzielę rano zobaczyłam wiadomość od przyjaciółki, innej z tych dwóch. Przesyłała mi pozdrowienia z wakacji z dużą ilością zdjęć. Turkusowe morze, piękne palmy, urocze rodzinne zabawy w basenie i jej radość. I jej słowa- wspaniałe miejsce na rodzinne wakacje, koniecznie tu przyjedź, każde dziecko będzie zachwycone. Uznałam, że chodzi o moje wewnętrzne dziecko. Może one byłoby zachwycone. Innego na pokładzie nie ma. I znów z rana podniosło mi to ciśnienie. Poczułam się gapowato. Nie wiem czemu, ale moje 28 urodziny nastroiły mnie depresyjnie. Uznałam,że w najlepszym przypadku 1/3 życia mam za sobą. I wiecie co? Ja nie mam pomysłu na pozostałe 2/3. Ja w ogóle nie wiem jak one będą wyglądały. Jak powinny wyglądać. Poczułam,że marnuję czas. Nie robię niczego konkretnego. Ciągle żyję tak jakbym miała 16 lat i miała dużo, dużo czasu na określenie swojej przyszłości i planów na życie. A ja żyję bez planu. Nie chodzi mi o plan szczegółowy, ale jakieś ramy. Etapy, które chciałabym zaliczyć, przekroczyć i cieszyć, że idę dalej. Ja stoję w miejscu. Może się nie cofam, na razie nie, ale nie ruszam z życiem do przodu. Kiedyś miałam głowę pełną marzeń i planów. Ostatnio w tej głowie coraz częściej witam się rano z frustracją i niepokojem, jak to będzie, jak być powinno, i czemu jest tak jak jest?….

Z tak rozpoczętej niedzieli nie powinno wyjść nic dobrego. Ale uznałam,że na przekór wszystkiemu zrobię coś co powinnam zrobić już dawno. Umówiłam się z przyjaciółką. Siedziałyśmy w kawiarni na Starym Mieście. Wokół tłumy zmęczonych turystów. Założyłam moją nową sukienkę, co prawda to były tylko plotki z przyjaciółką, ale uznałam,że okazje kreuję ja sama. I sobie wykreowałam okazję. Niedzielne spotkanie z przyjaciółką. Mały spacer, lody, uśmiechy, wspominanie okropnych egzaminów i przystojnych kolegów z roku i nieudanych zalotów. Poczułam się lepiej. Jakoś tak spokojniej.

Dalej nie wiem jak to będzie. Chciałabym by moje życie toczyło się scenariuszem, który kiedyś sobie ułożyłam. Ale nie potrafię wejść na prawidłowy peron.  Nie wiem czy kiedyś znajdę mój pociąg z marzeń. Może czas odciąć się od marzeń i uznać, że los wie lepiej? Może. Na dziś mam dla siebie zadanie, nie wybiegać myślami w przyszłość. Znów nauczyć się być tu i teraz. I nie myśleć co będzie kiedyś…..

1222ac0d7baaba5c9047e172a1bc8f0c

Ścieżka dźwiękowa- Lady Punk- The zoo that has no keeper

 

 

 

Reklamy kłamią

Powiem szczerze, sama nie wiedziałam czy mam zajmować się tym tematem czy też nie. Czy odpuścić? Czy jest sens? Ostatecznie uznałam,że i owszem.

Jakiś czas temu, dokładnie niecałe 2 tygodnie temu okładka Wysokich Obcasów wyglądała dość nieatrakcyjnie dla większości. Ot damskie majtki i czerwony brokacik imitujący okres. Tak, okres. Uff, poszło po kablach. Nie „damskie boleści”, nie” te dni” czy po prostu-no ten tego,dziś cierpię. Okres. Coś bardzo naturalnego, coś co przeszła nasza babcia, mama i my też to mamy. Po co więc na okładce babskiej gazety informacja, że kobiety mają okres i nie mają się czego wstydzić? Kiedy wzięłam tę gazetę do ręki pomyślałam sobie,że to bez sensu i w ogóle jako kobiecie, niepotrzebne mi informacje, że mam okres. Mam i co  z tego? To tak jakby na okładce ogłaszać,że każdy z nas czasem idzie do toalety zrobić siusiu. Przecież to normalne. Poza okładką był tekst, o tym,że okres to wciąż temat tabu, że środki higieniczne są obłożone podatkiem, że kobiety boli brzuch, a reklamy podpasek przekonują, że w czasie okresu najchętniej nosimy białe spodnie, obcisłe spódniczki, wskakujemy na motor, idziemy na tańce, chodzimy na basen, imprezujemy z przyjaciółmi i w ogóle mamy najlepszy czas w życiu. Szczerze? Do soboty te reklamy w ogóle mi nie przeszkadzały.

W zeszły poniedziałek napisałam ogłoszenie,że sprzedam bilet na koncert . Cena? Dokładnie taka jak na bilecie, obok pojawiały się oferty o 200,300 czy 400 procent ponad cenę wyjściową. Niestety, ludzie uznali,że i cena zakupu jest za wysoka. Dwie osoby były chętne, ale jeżeli sprzedam bilet za…. 50 zł. Tego było już za wiele. Jak można aż tak nie doceniać talentu Davida Gilmoura?  W czwartkowy wieczór podjęłam męską decyzję, jadę. Co najwyżej umrę ze strachu siedząc na tym dworcu. Albo umrę z ręki jakiegoś psychopaty, który będzie grasował nocą po wrocławskich ulicach. Patrzcie na ile byłam gotowa. Odważna ze mnie bestia. W piątek zaczęłam nawet mieć nadzieję,że nikt nie zgłosi się po ten bilet. Ba, zaczęłam planować co ubrać by nie usmażyć się jak jajko na twardo. Kupiłam zapas wody mineralnej i suche batoniki razowe, które miały być czymś pomiędzy śniadaniem a kolacją. Albo odwrotnie. W nocy nie mogłam spać.

I jak się okazało,nie z emocji. Z tego całego podekscytowania i upału zaczął mnie boleć brzuch. Szybko okazało się,że powodem jest właśnie okres. Doszedł ból głowy. Ból głowy miałam więc podwójny,bo w reklamie dziewczyna podskoczyłaby z radości, ubrałaby najbardziej obcisłą białą mini, rzekła ahoj przygodo i z uśmiechem na ustach ruszyłaby w trwającą 36 godzin podróż bez noclegu, bez dostępu do łazienki,bez możliwości przebrania się, odświeżenia i w razie czego po prostu położenia się na łóżku i zregenerowania sił. Dziewczyna z reklamy nie zważałaby na przeszkody. Zresztą jakie przeszkody, okres to najcudowniejszy czas w jej życiu. Ma wtedy masę energii, lśnią jej włosy, cerę ma idealną bez żadnych niedoskonałości, ciągle się śmieje i w ogóle wydaje się być zakochana w kobiecości na amen. Nic jej nie rusza, nic nie przeszkadza, robi co chce i żyje bez skrępowania. Tymczasem ja leżałam w łóżku i nie miałam siły się podnieść. W końcu wzięłam tabletkę, nie pomogła. Chciałam wziąć kolejną, ale z 15 letniego doświadczenia wiem, że nie pomoże. Trzeba przeczekać. Dostarczyć sobie odpowiednią porcję czekolady, wybrać łzawe filmy i narzekać ile wlezie na podłość losu. Ciągle debatowałam z samą sobą,ale ostatecznie uznałam,że pchanie się w ten  galopujący upał w taką szaloną wyprawę w takim stanie z takimi higienicznymi niewygodami jest po prostu szaleństwem. I po prostu się poryczałam. Bo nie jestem jak dziewczyna z reklamy. Mnie boli brzuch i ciężko mi wstać z łóżka, a ona przeżywa przygody za przygodą i cieszy się życiem. Co ze mną jest nie tak? Jestem dziwakiem, i pewnie szukam problemów na siłę-tak o sobie myślałam. Te myśli oczywiście nie poprawiły nic a nic mojego samopoczucia, wręcz przeciwnie. Sprawiły,że poczułam się jeszcze gorzej. I wtedy zrozumiałam sens artykuły w Wysokich Obcasach. Stworzyliśmy i stworzyłyśmy sobie świat gdzie przez 365 dni w roku mamy być piękne, eleganckie, gotowe na wszystko. Zawsze i bez wyjątków. Zawsze w seksownej odzieży, zawsze pewna siebie,na przekór setkom niedoskonałości cery, zawsze idealna,choćby zjadła 8 tabletek przeciwbólowych i nie pamiętała kiedy ma urodziny. Bez humorów, boleści, skurczów tego i owego i niechęci do całego świata. Zaczęłam odczuwać niechęć do samej siebie.

Przeminęło. Minęły rozterki. Rodzeństwo w pociągu zmierza na koncert. Ja zostałam w domu. W wielkim dołku. Nie dość,że raniło moje serce, które znów przez dwa dni wierzyło,że posłucha Davida na żywo, to jeszcze bolało mnie dosłownie wszystko. Najchętniej przespałabym ten dzień, nie wyszła spod kołdry. Ale jak na złość było okropnie upalnie, kołdra odpadła. Nie zmieniło się jedno, snułam się po mieszkaniu jak cień i roztrząsałam swojego pecha. A potem pomyślałam,że to żaden pech. To natura, coś oczywistego, po prostu życie. Ktoś zgubił bilet, ktoś złapał grypę, komuś popsuło się auto i nie dojechał na koncert. Ja miałam okres i nie mogłam tam być. Nie będę się ścigać z paniami z reklamy. Moja rzeczywistość wygląda zupełnie inaczej.

W sobotę w godzinach 21.45 do 1 w nocy zużyłam 2 paczki chusteczek. Owszem oglądałam ten koncert w telewizji, ale oczywiście wrażenia są zupełnie inne. Koncert oglądałam w ukochanej piżamie z sową, z półlitrowym kubkiem kakao wygodnie leżąc na łóżku. Ale kiedy brat wysłał mi sms w czasie Wish you were here po prostu musiałam dać upust wszystkim nagromadzonym we mnie emocjom. Ach te hormony, ach te emocje. Moja mama myślała,że postawiłam olbrzymie pieniądze na przegraną Polaków i stąd mój żal za utraconym majątkiem. A ja po prostu nie mogłam się opanować z typowo babskich powodów. Brat sprzedał mój bilet. Jako, że moja kobieca natura na 4 dni w miesiącu dochodzi do głosu to kierowana dziwną mocą ułożyłam na klawiaturze literki w nazwę pewnego sklepu i bach, zaczęłam poszukiwania sukienki. Marzyła mi się taka codzienna, idealna do pracy albo na spotkanie z koleżanką, albo na spacer. Mam w szafie pełno sukienek na okazje, które nigdy nie nadchodzą,więc sukienki leżą w szafie. Akurat siostra dzień wcześniej dała mi cynk,że w pewnym sklepie jest wyprzedaż i cóż, zaczęłam łowy. Zanim doszłam do radosnych sukienek w kwiatki w oko wpadła mi ciemna sukienka z długimi rękawkami. Coś czego nie szukałam? A skądże. Znalazłam na niej kwiatowy wzór, uznałam więc,że wstępnie mogę ją włożyć do wirtualnego koszyka. Idę dalej, już prawie widzę gdzie szukać sukienek w kwiatki, ale… Ale w oko wpada mi sukienka w stylu safari. Piękna, wsadzam ją do koszyka i bez mrugnięcia okiem-co by mi z oka nie wypadła, idę dalej. W końcu jest, sukienka w kwiatki, koralowa. Śliczna, biorę. Już zmierzam w kierunku kas gdy przypominam sobie,że szukam też zwiewnej spódnicy na upały. Warto rzucić okiem, i bach w oko wpada mi naprawdę fajna spódnica. Ok, teraz muszę wybrać jedną rzecz. Jedną. Jedną, naprawdę jedną. I zaczynam negocjacje sama z sobą. Ta ciemna ma idealny krój, ta safari to spełnienie moich marzeń, spódnica kusi,a  ta w kwiatki? No cóż, to przez nią robię to co robię. Jako, że szalona ze mnie kobieta-i wiedziona hormonalną huśtawką, wybieram wszystkie cztery pozycje. Jak Scarlett, będę martwić się potem. A z resztą czym mam się martwić?

Ścieżka dźwiękowa- Shania Twain- I ain’t goin down