Minął miesiąc-marzec

W marcu jak w garncu. Dokładnie tak było. I uwaga, przewidział to horoskop. Miały być zawirowania zawodowe i osobiste, i były. Zmienne nastroje i brak pewności siebie. Jednocześnie miałam poczuć się pewniej w pracy, i tak właśnie było, zostałam doceniona. W drugiej połowie miesiąca miałam stać się osobą bardziej energiczną i samodzielną, i znów dokładnie tak było.

Pierwsza część miesiąca to przykre sprawy, albo raczej trudne sprawy na bogato. Napięcia w pracy, dawne niezałatwione sprawy urzędowe, które wymagały natychmiastowego wręcz zajęcia się tematem i drżeniem czy wszystko uda się załatwić o czasie i pozytywnie oczywiście. Brak pomysłów na spędzanie wolnego czasu, fatalna pogoda, totalny brak słońca, pośpiech i sporo trosk spowodowało powrót gorszego samopoczucia, czyli nawrót problemów ze zdrowiem. Ach ten złośliwy żołądek, do tego czułam wiosnę w powietrzu. Ale nie czułam aromatów kwiatków i pączków drzew. Nie, to był katar,wiecznie piekące oczy i bolące gardło. I te zatoki znów wróciły. Nie zliczę ileż najadłam się leków, i ile zostawiłam części pensji w aptece. Zdecydowanie w marcu jak to w garncu. Starałam się w weekendy spacerować, ale nie oszukujmy się, spacer w deszczu, chłodzie i szarości za wiele radości z sobą nie niesie. I nie pozwala odstresować się tak jak należy.

W drugiej połowie miesiąca poczułam zaś zdecydowanie wiosnę, nie tylko w nosie, ale i na duszy. Odczułam napływ porcji energii, co z tego, że delikatnej, dla mnie był to jak zastrzyk czystą witaminą Życia. W pracy zaczęło się układać, codzienne spacery zaczęły sprawiać mi przyjemność, więc codzienna rutyna przestała mnie męczyć. Wróciły ciekawiej spędzane weekendy. W marcu odwiedziłam wspaniałe Muzeum II Wojny Światowej. Poszłam też na długą randkę sama z sobą do kawiarni. Dobra książka i duże cappuccino. Samotne wyjścia są naprawdę przyjemne.Dziwne, w marcu wypiłam więcej kawy niż przez całe moje życie. Z kostką gorzkiej czekolady i dużą ilością mleka. Taki mam poranny standard w pracy. O dziwo, przyzwyczaiłam się tego napoju. A ileż dodaje mi energii. Dzięki kubkowi tej mieszanki przeżyłam tę zmianę czasu i mogę podsumować marzec.

Marcowa energia i samodzielność. Hmm, rozszalałam się w tym temacie. O jednej sprawie nie będę mówić, by nie zapeszać. Zresztą co jak co, ale nie mam na nią większego ciśnienia. Będzie co ma być. Może w ogóle o niej zapomnę? Zaś ta druga, ta druga to musi się udać. Aczkolwiek nie w kwietniu, ba, nawet nie w tym roku. W każdym razie marzec, a dokładniej jego końcówka okazała się naprawdę kreatywnym czasem. I spontanicznym. I samodzielnym w myśleniu i podejmowaniu ważnych decyzji. Napiszę o tym później,niebawem. W każdym razie nie mogę powiedzieć, że marzec był jedynie złym miesiącem. Nie był też jedynie dobrym. Było jak w garncu.

W tym miesiącu znalazłam za to  najgorszy kosmetyk wszech czasów. Otóż strzeżcie się arganowego kremu do rąk z Avonu. Skusiłam się na niego, bo uznałam,że krem do rąk to krem do rąk. Nie można go w żaden sposób popsuć. Och, jaka ja byłam naiwna. Wiecie, że całą dużą tubkę zużyłam w 2,5 dnia? I to nie dlatego, że ten krem był tak wspaniały, że nie mogłam przestać go używać. Nie, on prostu w ogóle nie nawilżał. W ogóle się nie wchłaniał, tak jakbym polewała ręce wodą. Chyba pierwszy raz tak się wściekłam na najgorzej wydane 5 złotych w moim życiu.

Dla równowagi wypróbowałam też tusz do rzęs z ich oferty reklamowany przez Kożuchowską Małgorzatę. Z tego co pamiętałam to Avon zawsze miał dość fajne tusze. Przynajmniej ja byłam zadowolona. I teraz też się nie zawiodłam. Nie dość, że kosztuje niecałe 30 złotych, to wspaniale działa. Niesamowicie wydłuża,  idealnie rozdziela ,a  to tego jest tak lekki i delikatny dla rzęs. A przy tym zaskakująco trwały. Efekt mam taki sam jak z moim ukochanym L’Orealem, tyle, że dwa razy taniej.

No cóż na półce perfum sporo, ale na dzień kobiet skorzystać musiałam z okazji i kupiłam w promocji zapachy z oferty Rossmanna. Jeden siostra, jeden ja. Zapłaciłam połowę ceny. Wybrałam trochę na ślepo, Naomi Campbell Pret a porter.  Pani mi doradziła, jako ostateczna ostateczność. po tym jak stałam pół godziny przed półkami zapachowymi i wciąż zmieniałam zdanie. Oczywiście jak tylko zapłaciłam uznałam,że zrobiłam źle, bo przecież byłam pewna, że chcę tamten inny. Ale trudno, w domu przetestowałam i przepadłam. Bardzo kobiecy, idealny w te chwile,kiedy brakuje nam pewności siebie, albo pogoda powoduje,że mamy fatalny nastrój.  Miks owoców, waniliowego deseru, do tego róża i fiołki. O dziwo całość jest i smaczna, i trwała i naprawdę sprawia, że czuję się przyjemniej.

Mówiłam miliard razy, uwielbiam kupować lakiery do paznokci, ale nie znoszę malować paznokci. Bo nie potrafię, naprawdę, maluję wszystko poza tym co trzeba. Kiedyś w Biedronce kupiłam lakier marki Bell, jakaś linia wakacyjna, coś z Maroko, piękny turkusowy kolor,mieniący się kilkoma innymi barwami. Podziwiłam go w opakowaniu, aż mnie coś naszło, odkręciłam opakowanie i bach, pomalowałam co miałam. Ku mojemu zaskoczeniu malowało się idealnie, nie wiem czy to zasługa konsystencji czy pędzelka,ale pomalowałam paznokcie. Idealnie, aż mnie brat pochwalił. Ku mojemu zdziwieniu lakier wytrwał ze mną cały dzień. I drugi i trzeci, i tak 6 dnia zmyłam go, bo uznałam,że czas na olejkową regenerację. Cudo za 5,99 zł. A mam doświadczenie, testowałam bowiem dziesiątki drogich lakierów i żaden nie był tak przyjemny w obsłudze.

I na koniec coś o włosach. Lubię swoje włosy, ale ostatnia zima je osłabiła. Już nie były jak zawsze- miękkie, delikatne i lśniące. I to bez zabiegów i kosmetyków. No dobra, do włosów używałam jedynie szamponu. Teraz jednak musiałam coś zrobić by włosy przestały mi się łamać z wrażenia. Kupiłam maskę L’ Oreal. magiczna moc olejków. Wielkim plusem jest to, że trzyma się ją 5 minut. Ma piękny zapach, cudownie się błyszczy, i naprawdę działa. Włosy wróciły do formy w dwa tygodnie. Pewnie udział w tym mają też witaminy, ale szczerze mówiąc nigdy nie miałam  tak lśniących włosów jak teraz…

Ścieżka dźwiękowa- Family Of The Year– Cast Off

 

Ludzie ludziom…..

Gdańsk. To takie piękne miejsce na ziemi. Tutaj się urodziłam, w pewnym szpitalu, z okien widać morze. Chociaż to zależy z jakiej strony ma się pokój, można trafić i na blokowisko. Ten Gdańsk jaki znam od urodzenia jest piękny, ale i obciążony historią. Tworzący ją. Jedyny i niepowtarzalny. Doceniający przeszłość, czerpiący z niej to co cenne, kształtujący tysiące, setki, jak nie miliony, umysłów i serc innych ludzi. Uwielbiam spacerować Długim Targiem, patrzeć na zachwycone twarze turystów. Turystów, którzy idą standardowo pod Neptuna, zrobić sobie zdjęcie z tą piękną fontanną. Albo idących nad Motławę, by podziwiać panoramę nadbrzeża. Lubię patrzeć na tysiące ludzi, całych rodzin, singli i par, które zajmują kawiarniane i restauracyjne ogródki, cieszący się sobą, spokojem, urlopem, magią miejsca.

Solidarność. To takie słowo, które na stałe kojarzy się z Gdańskiem. Stocznia, pomnik Trzech Krzyży i Europejskie Centrum Solidarności, miejsce, które opowiada o wspaniałym dziele, o Solidarności. Ileż było protestów, że budynek nie taki, że za duży, że wystawa nie taka, a powinna być taka. Dziś Centrum tętni życiem, turystami, i świadkami historii, którzy przychodzą  tutaj z całego świata. Poznają najnowszą historię. I dzięki temu wspaniałemu muzeum mają szansę ją poznać wyjątkowo szczegółowo.

Wojna. Gdańsk to miasto wojny, ileż to moje rodzinne miasto przeszło. W każdym kącie, w każdej cegle, w każdym kawałku bruku są ślady historii. Tej okrutnej. Gdańsk to miasto, którego wojna nie oszczędziła. Wręcz przeciwnie, tutaj wojnę czuć do dziś. Dziś to nie jest wojna przy użyciu czołgów i rakiet, oraz armii żołnierzy. Dziś to wojna na słowa, sądowe wyroki i przekonania. Przekonania, że skoro Muzeum II Wojny Światowej stworzył ktoś kogo nie lubimy, to musimy je zniszczyć, zmienić i usunąć z pola widzenia świata. Ale się udało. Mi też się udało. Udało zobaczyć Muzeum przed jego niepewną przyszłością. Możliwe, że za parę dni odwołają dyrektora, połączą dwa muzea, zamkną to otwarte ledwie tydzień temu i zmienią wystawę. Bo podobno ta obecna za mało podkreśla pozytywne skutki wojny. Ha, można konkurs ogłosić jakież to są te pozytywne skutki wojny? Może zapytać 8 letniego chłopca ze zdjęcia, który rozpacza na ruinach swojego domu? Albo 9 letnia Ania, która klęczy nad zwłokami swojej siostry Marylki? Marylkę zabiła niemiecka wojna, miała 11 lat. No jak Marylko, czego dobrego dowiedziałaś się o ludziach i świecie dzięki wojnie? Albo może warto wejść do sali poświęconej Holocaustowi i przejść wśród tysięcy twarzy ofiar? Może warto zapytać tej pani o cudownym uśmiechu, albo dziadka z wnuczką, którzy wprost ze spaceru trafili do Oświęcimia, co im  dobrego przyniosła wojenna zawierucha?

Nie ma pozytywnych aspektów wojny. Nie ma i nikt ich nie znajdzie. Wizyta w Muzeum II Wojny powinna być pozycją obowiązkową dla każdego z nas. Polaka, Niemca czy Rosjanina. Kiedy tak szłam po tym muzeum, obok mnie w ciszy szła babcia z dwójką wnuków, młodych Niemców. Za nimi dreptał wsparty o lasce staruszek z córką, sama ledwie szła, ale podtrzymywała ojca. On miał łzy w oczach. Niemcy, Polacy, obok siebie. Któż by pomyślał. Połączyło ich to niezwykłe miejsce. O niesamowitym klimacie. Bardzo ciemne, mroczne, brutalne. Bez światła, sama wystawa znajduje się 14 metrów pod ziemią, jakbyśmy wpadli do leja po bombie. Im bardziej zagłębiamy się w czasy wojny tym jest ciemniej. Prawie nie ma światła, beton, czerń i mrok. I tak przez 18 sekcji. Po prawie 4 godzinach wychodzi się na powierzchnie i tak łaknie słońca! W końcu człowiek oddycha pełną piersią i z taką ulgą idzie po schodach ku światu. Temu normalnemu, z jaką ulgą,można zostawić za sobą całe to piekło wojny. I wsiąść do wygodnego auta, pojechać do domu i zjeść obiad przy wygodnym stole…

Do tej pory jestem pod wrażeniem, wielkim wrażeniem Muzeum i czasu jaki tam spędziłam. Uważam,że wizyta w tym miejscu powinna być punktem obowiązkowym dla każdego, kto przybywa do mojego miasta. Koniecznie trzeba tam być. Mam oczywiście nadzieję,że będzie można dalej oglądać tę wystawę, właśnie w takim kształcie i w takiej formie. Mówię to Wam ja, niepraktykujący historyk, który jednak jakieś pojęcie o temacie ma.

Teraz czas na mały spacer po Muzeum. Wiem, że nie każdy ma możliwość by szybko kupić bilet. Stąd też zapraszam na wizytę. Wystawa składa się z 18 sekcji. Czas jaki trzeba poświęcić na wizytę to minimum 4 godziny. Ja przyznaję, część elementów pominęłam. Ale skoro studiowałam historię to darowałam sobie interaktywne punkty z opisem historii, typu data,miejsca i nazwiska, chociaż przy paru i tak przystanęłam. Dla dzieci mamy osobną salę, wiadomo, nie każde dziecko da radę i fizycznie i emocjonalnie znieść wystawę główną. Dorośli zaś mimo spędzonych tutaj godzin zauważają,że czas płynie w środku inaczej. W ogóle nie odczujecie ilości minut jakie spędzicie pod ziemią. Wystawa jest bardzo interaktywna, zrozumiała dla każdego i dopracowana w każdym,nawet najmniejszym szczególe.

Zanim zjedziemy windą 3 piętra w dół, odwiedzimy budynek z zewnątrz. Imponujące, o niezwykłej formie, nowoczesne, oddziałujące na wyobraźnię. Takie właśnie jest Muzeum, tuż nad Motławą, niedaleko Stoczni, bardzo blisko ścisłego centrum naszego Starego Miasta. Wbity w ziemię element, samolot, bomba, może część budynku? Każdy może mieć swoją interpretację.

 

A teraz wnętrze. Nie będę dużo pisać, podpiszę po prostu każde zdjęcie. Są miejsca gdzie powinna rządzić cisza.

17622803_1648789868470537_974261343_o

Przerażające betonowe wnętrze Muzeum z maleńkimi świetlikami.

Ku wojnie.

Przedwojenna uliczka. W oknach świecą się światła,na wystawach śliwki w czekoladzie, kawa, napoje. Tętni tutaj życie, goście z błyskiem w oku zaglądają w sklepowe wystawy, czytają nagłówki gazet, spacerują tą uliczką i chłoną niezwykły klimat.

Zaczęła się wojna.

Głód. Chleb wypieczony według tradycyjnej receptury prosto z Petersburga ogarniętego Wielkim Głodem. Pieczony na trocinach i otrębach drzewnych.

Wojenna rzeczywistość. Schron w Londynie, wysiedlenia i masa cierpienia.

Samolot, codzienność, zabawka małej Niemki, która do schronu zabrała domek dla lalek…

17670507_1649760625040128_1717361817_o

Koniec. Pamiętacie uliczkę z pierwszych zdjęć? Tyle zostało z niej po wojnie. Ku przestrodze. O ile na tej samej uliczce z sprzed wojny jest głośno i tłoczno, tutaj panuje cisza, nostalgia, goście idą z zadumą na twarzach, widać smutek i złość.

Ścieżka dźwiękowa- Mando Diao- To China with love

Doceń siłę natury

Hanka od dziecka uważała, że nie jest tak atrakcyjna jak jej mama i starsza siostra. Gabrysia była idealna, szczupła, o bujnych kręconych włosach w kolorze winnego brązu. Do tego miała twarz aniołka. Każdy na jej widok od urodzenia mdlał i wzdychał i tracił rezon. No, ok, Hania bardziej przypominała babcię Danusię, czyli miała solidne kości, miała też po niej rude, proste włosy i piegi. Ale czy to czyniło ją mniej atrakcyjną? Hania była ładną, wesołą i mądrą dziewczynką o wspaniałym charakterze. Mimo wszystko ciągle zazdrościła siostrze, uważała,że zdecydowanie Matka Natura się nie postarała. Od gimnazjum podkradła siostrze kosmetyki byleby zatuszować za małe -jej zdaniem usta, i za wydatne oczy. Wiecznie była na diecie, głód oszukiwała litrami wypijanej wody z listkami mięty i plasterkami cytryny, ale waga nie chciała ani drgnąć. I słusznie, bo dość trudno jest schudnąć z kości. Hania zaczęła farbować włosy, nakładała na twarz tony za ciemnego podkładu, byleby ukryć złociste plamki na nosie. Godzinami szukała informacji o typie sylwetki i sposobach na dodanie sobie paru centymetrów- ach, jaka szkoda, że mama krzyczała na nią za każdym razem gdy próbowała wyjść do szkoły w butach na niebotycznie wysokich koturnach. Albo gdy 10 raz w miesiącu wyciągała mamę na zakupy po jeansy, które idealnie uniosą jej zapadnięte pośladki, a jednocześnie „znikną” jej zdaniem mało zgrabne łydki. W liceum Hania zapisała się na zumbę, biegała, jeździła godzinami na rowerze i rolkach, wydawała całe kieszonkowe na suplementy diety, i kosmetyki. Byleby schudnąć i osiągnąć magiczne 48 kilogramów. Byleby jej włosy zaczęły się kręcić, a pupa wyglądała jak u amerykańskiej celebrytki. No i ten biust, Hania marzyła by zmniejszył się połowę. Hania latami dążyła do ideału. Nigdy się sobie nie podobała. Bo jak to, piegowaty rudzielec, który ma grube łydki, za długie palce, i dziwne szare oczy może być atrakcyjny? Hania nie czuła się kobieco, pięknie i odpowiednio. Ciągle walczyła z Matką Naturą. I chociaż ma dziś 25 lat ciągle wierzy, że ją przechytrzy i będzie wyglądać jak sobie wymarzyła.

Gabrysia, tak, ta urocza, śliczna, z puszystym brąz lokiem i idealną figurką. Gabrysia wyglądała jak modelka, taka wysoka, taka patykowata, o buzi, o której namalowaniu mógłby marzyć sam mistrz Leonardo. Gabrysia wiedziała, że od dziecka się podoba. Innym. Bo kiedy ona patrzyła w lustro nie widziała nic pięknego, wręcz przeciwnie. Gabrysię irytowały jej anielskie rysy, te niebieskie oczka, pełne usta i wydatne policzki. Jej zdaniem usta były za duże, wyglądające na sztucznie, a oczy zaś za banalne. Gabrysi nie podobały się jej włosy, loki są w końcu takie trudne w utrzymaniu. Z zazdrością patrzyła na proste i rude włosy siostry. Marzyła by jej włosy przestały się skręcać w niekontrolowane loki, których nie znosiła i godzinami prostowała. Gabrysia zazdrościła też siostrze kobiecych kształtów, kuszących bioder i pełnego biustu. Odkąd straciła nadzieję,że naturalnie wszystko urośnie i się zaokrągli tu i ówdzie, została mistrzynią w kreowaniu sztucznej talii i tricków na powiększenie biustu. Nie kupowała tego co się jej podoba, tylko to co zatuszuje jej braki. Dziewczyna nie znosiła też swoich stóp. Uważała, że są za duże. Gabi nosiła rozmiar 42. Nigdy, dosłownie nigdy, nie założyła sandałów. Uważała, że wygląda jak kosmita, albo co najmniej nurek. Dziś Gabrysia zamieniła się w Gabrielę. Ma dobrą i odpowiedzialną pracę, udany związek, ale wciąż uważa, że nie jest atrakcyjna. Zupełnie nie rozumie jak ktoś może ją podziwiać, oglądać się za nią na ulicy i prawić komplementy, czy świat naprawdę nie widzi, że ona ma tyle wad i tyle walki musi stoczyć z Matką Naturą by wyglądać jako tako. Jedynie jako tako.

Wiele z nas jest jak Hania i Gabrysia. Bądźmy szczere, lubimy szukać w sobie wad i narzekać. Na za krótkie nogi, nieidealną wagę, za cienkie włosy, niezbyt pełne usta i lekko odstające uszy. Lubimy same siebie krytykować, same dla siebie jesteśmy niemiłe. Same sobie jesteśmy wrogami. Za często. Pamiętam tę scenę, miałam 7 lat, mama była u fryzjera, nie miała co ze mną zrobić, albo raczej nie miała co zrobić z moim paromiesięcznym bratem, poszłam z nią do tego fryzjera,by bawić brata w wózku. Mamy fryzjerka zachwycała się nami, ale powiedziała – taka urocza córeczka, a ma takie mysie włosy. No taka mysza, szczur czy inny gryzoń. Wiecie co? Nigdy, przenigdy, a mam już praktycznie 29 lat,nie pomalowałam włosów. Nie zmieniłam koloru, chociaż jest totalnie nijaki. Ale za to jaki wyjątkowy. Zimą robi się ciemniejszy, latem tańczy w nim słońce. Pewnie, mogę zazdrościć siostrze naturalnego ciemnego brązu, albo czerni bratu, ale co mi to da? Jestem chodzącą myszą. I dobrze mi z tym.

Pamiętacie jak w sklepie usłyszałam, że mam super figurkę, ale w ogóle nie mam biustu? Tak, jestem wagi piórkowej, do tego nie posiadam żadnych kobiecych atrybutów. Można mnie pomylić z gimnazjalistą. Nie przeszkadza mi to jednak nosić do pracy dresowej, bardzo luźnej bluzy, na przekór chyba wszystkim zasadom. Bo powinnam nosić dopasowane rzeczy, koniecznie wzorki na górze, a na dole buty i spodnie w jednym kolorze. Zdecydowanie odrzucam wszystkie zasady. Jestem myszą. Taką małą, drobną myszką, co bywa niewidzialna. A to, że mało kobieca? Matka Natura wiedziała co robi, gdybym była posiadaczką biustu Salmy Hayek i chłopięcych chudości wyglądałabym hmm, nieadekwatnie z każdej strony. A tak jestem myszą.

Gdzieś usłyszałam,że powinnam schować swoje piegi. Bo to takie dziecinne. Możliwe, ale ja je uwielbiam. Uwielbiam letnią porę gdy pojawia się ich jeszcze więcej. Nie mogę się doczekać gdy znów moją buzię rozświetli masa złocistych plamek.

Uwielbiam moje oczy. Są takie dziwne, nikt nie wie, zielone one czy brązowe? Kto tam wie, i co z tego? Może nie mają określonego koloru,ale są moje. Łączą dwie rodziny. Zieleń mamy, i brąz taty. Do tego bujne rzęsy, które same z siebie wyglądają jak pomalowane dobrym tuszem. I brwi, które są tak czarne, że aż lśnią.

Nie będę kłamać, nie lubię bladości swojego lica. Nie dlatego, że mi nie pasuje,bo pasuje idealnie , tylko dlatego, że żadna firma nie wymyśliła tak trupiego koloru podkładu do twarzy. Jeżeli kiedyś traficie na  odcień- Magdalena, to znaczy, że ta biel jest moja, inspirowaną moją trupią karnacją. Na poważnie mam z tym problem. Słońce mnie nie muska, lato czy zima, wyglądam jak szczur. Szczur, mysz, jeden gryzoń.

Nie mówię byśmy porzuciły wszystkie kosmetyki i zapomniały o pewnych trikach, które pozwalają nam ukryć jakiś mankament. Ale by nie popadać w przesadę i nie spędzić życia na dążeniu do ideału, którego nie ma. Zawsze zazdrościłam mamie pięknych loków. Niestety moje włosy są najbardziej prostymi włosami na świecie, moim włosom nawet prostownica się kłania z szacunkiem. Nic to, na studniówkę zamarzyłam sobie burzy loków. poszłam  do fryzjera. Wróciłam do domu, głowa pod kran, i po fryzurze. Wyglądałam jakby strzelił mnie piorun, albo nie, dwa pioruny. Matka Natura wiedziała co robi.

Spójrzmy na siebie życzliwiej. Znajdźmy swoje atuty i cieszmy się swoim naturalnym pięknem.Bo jesteśmy piękne.  I te w lokach, i te z krzywymi nogami. I zamiast szukać kolejnych wpadek Matki Natury uśmiechnijmy się do siebie w lustrze. Zamieńmy nasze drobne niedoskonałości w zalety. Siła tkwi w naturalności.

fdd2e8cfcf62427eb33ea9fd604c3003

Rabble proponuje kod rabatowy do Sephory. Nowy, wiosenny zapach idealnie będzie kontrastował z naturalnym makijażem 🙂

Ścieżka dźwiękowa-  Maanam – Lipstick On The Glass

Spirit. Po prostu.

We’re going backwards
Turning back our history
Going backwards
Piling on the misery

Nie chciałam opisywać swoich wrażeń tak od razu. Tak na szybko, nie chciałam opisywać pierwszych wrażeń, po pierwszym pełnym odsłuchaniu. Dziś. kiedy minęło trochę czasu, i na koncie mam 7 odsłuchań od pierwszej do ostatniej nuty,mogę powiedzieć coś więcej. Na tę płytę czekałam od ostatnich 3 lat. Od momentu kiedy Deltę przesłuchałam wzdłuż, wszerz i w poprzek. I czekałam na coś więcej. A kiedy doszły mnie słuchy o tym, że panowie wrócili do studia moja ekscytacja rosła z dnia na dzień. Aż osiągnęła poziom plus milion. I rozładowała ją dopiero premiera nowego albumu. Spirit.

We’ve been walking far too long this icy road
My broken heart is colder than a stone
I know you’ve never ever be a friend
Now you’ve pushed me to the end

Fanką Depeche Mode jestem chyba od zawsze, bo w moim domu słuchało się Trójki, a w Trójce leciało sporo, sporo Depeszy. A moi rodzice nie uznawali dziecięcych piosenek typu Szorujemy ząbki i Tulimy różowe misie. Z moją mamą bez krępacji śpiewałam o pewnej Peggy, co niewielu mogło pokochać. Pamiętam jak w zerówce każdy miał przynieść swoją ulubioną płytę na bal karnawałowy. Ja przyniosłam Phila Collinsa. Z powodu podobieństwa do mojego taty. Naprawdę wierzyłam,że mój tatko za dnia jest moim tatką, a nocami jest Philem i śpiewa. Co prawda tata głosu nie posiada jak Phil, ale jako mała dziewczynka szczerze wierzyłam,że fałszuje bo się droczy. A zresztą w ogóle mi to nie przeszkadzało. Najważniejsza była dobra muzyka.

Pull the trigger
Hey scum, hey scum
Pull the trigger

Pamiętam pierwszy raz, bardzo,bardzo świadomy. To był rok 2000, końcówka i pojawiła się zapowiedź nowej płyty, coś przemknęło mi przez ucho i nie mogłam przestać myśleć kiedy już płyta się ukaże i co na niej będzie. Pamiętam jak każdego dnia czekałam przed telewizorem by w kąciku muzycznym w Teleekspresie powiedzieli- jest. Wtedy nie było internetu w domach, to wiadomość dla tych młodszych. I pamiętam jak moje czekanie się opłaciło i jak obejrzałam teledysk, jaki tam teledysk, fragmencik, może z 10 sekund, Dream On. Wtedy czułam się jak w niebie. Od tamtej pory przed każdą płytą odczuwam taką samą ekscytację, to w ogóle nie opada. Ba, z wiekiem chyba rośnie. Bo ja jestem coraz bardziej świadoma. Świadoma wpływu ich muzyki na moje życie. Wiem, wiem, brzmi to idiotycznie, ale tak jest. Bo Depeche Mode zawsze było tym zespołem, o którym mogę powiedzieć- soundtrack mojego życia. Po prostu.

You can forsake me
Try to break me
But you can’t shake me
No
You can despise me
Demonise me
It satisfies me so

Spirit. To ta nowa płyta. Panowie dojrzeli. Nie ma tu już nadmiaru wielkich pieśni o miłości, tych pięknych i subtelnych gier. Tej delikatności,wszyscy wiedzą o co chodzi, ale nie pada żadne jednoznaczne słowo. Jest za to to co zajmuje teraz świat, zmiany, zmiany, nie zawsze te dobre. Jest taka teoria, że muzyka ma służyć zapomnieniu i odcięciu się od świata. Dlatego też nie powinna ona poruszać tematów społecznych, powinna tyczyć uczucia zakochania, radości, względnie rozterek, że on kocha ją, ona jego, ale nie mogą się spotkać,a  na końcu i tak on trafia pod jej wypielęgnowane stópki. Muzyka ma być lekka, łatwa i przyjemna. Inni myślą inaczej. Muzyka powinna reagować na to co dzieje się na świecie, polemizować, albo się zgadzać. Zmuszać do reakcji, albo wręcz przeciwnie, utwierdzać w przekonaniu, że to co się dzieje jest tym czego oczekujemy i potrzebujemy. Możemy się identyfikować z poglądami zespołu, a szerzej fanów. Panowie z Depeche Mode wybrali drugą drogę. Postanowili opowiedzieć o swoich obawach, rozczarowaniach i wlać nieco fermentu w serca i umysły swoich słuchaczy.

You go your way, I’ll go mine
We’ve walked this line together for the longest time
We’ve climbed the mountain in so many days
You reached the top then slowly fade away

Pierwsze co nasuwa się po przesłuchaniu tej płyty, to to, że to nie jest zbiór singli. To nie są piosenki, które zrobią tyle co zrobiło Enjoy the silence czy I feel you. Owszem, pojedynczo są świetne,ale ta płyta to całość. I każda piosenka jest częścią szerszej całości. Bez numeru przed i numer po, nieco blaknie. Stąd też za 40 lat ktoś kto będzie wspominał tę płytę nie powie od razu, bez zastanowienia- o, to był hit. Nie, tutaj gra całość.Dlatego tę płytę trzeba słuchać od początku do końca, skupić się, tak, to nie jest płyta, której słucha się cudownie jakoś tak mimochodem. Przy gotowaniu czy porannej krzątaninie. Nie jest to płyta przy której się tańczy, albo nuci się poszczególne piosenki podczas wieszania świeżo upranej pościeli na balkonie. Ja słucham jej wieczorem, kiedy mam wolny czas. I maksymalną koncentrację, poddaję się jej w pełni.

 

Where’s the revolution
Come on people
You’re letting me down
Where’s the revolution
Come on people
You’re letting me down

W tej całości są perełki, piosenki, które brzmią wręcz groźnie. Tak jak otwierający płytę Going Backwards. Zadziwiająco elektronicznie, mocno, zaskakująco ofensywnie. Potem jest nie lżej. Scum, mocno do kwadratu, ściana dźwięku, ostry, uliczny tekst, pokręcona muzyka, wykrzyczany refren. Aż ma się ochotę wziąć spray i wymalować coś na murze. W akcie protestu. Znane  już z radia Where’s the revelotion, mocny, zaangażowany tekst i genialny teledysk. Solidna dawka stadionowej wręcz energii. You move, So much love i No more. Utwory, które są nieco lżejsze, z nieco inną energią, takie bardziej Depeszowe z ostatnich lat, ale mimo wszystko bardzo intensywne. Poisoned heart, czysty blues. Do tego genialnie zaśpiewany, chwyta za serce i za gardło. Cover me, bardzo osobisty utwór, smutny, refleksyjny, nostalgiczny. Czyż nie można się wzruszyć słysząc takie wyznanie?

I pictured us in another life
Where we’re all super stars

 

Na płycie są też dwie piosenki, które jak mnie śmiało można by pominąć. O ile wielbię Martina jako twórcę, to jako wykonawcę już nie darzę go nieustanną miłością. Piosenki z tej płyty w jego wykonaniu są dla mnie zbyt rzewne, zbyt balladowe, nieco nijakie. Myślę, ale to tylko moja opinia, że bez Eternal i Fail płyta by nie straciła, a wręcz przeciwnie. Zyskała pełną spójność.
Hey, he’s down the street
Lying in the snow and sleet
Begging for something to eat
And looking beat

Nie jest to płyta tak genialna jak SOFAD, czy tak przebojowa jak Violator. Ale, ale. Jesteśmy dwie dekady dalej. Nie można wymagać, że każda piosenka będzie murowanym hitem i będzie hulać po radiach jak Stoch po skoczni. Że każda piosenka będzie wpadać w ucho momentalnie. Że każda płyta przyniesie miliony nowych, wiernych fanów. Mam wrażenie, że panowie gdzieś daleko za sobą mają już cały ten blichtr muzycznego światka Że znów są chłopakami w czarnych skórach. Że po prostu kręci ich tworzenie muzyki. Że im się chce. Że chcą powiedzieć coś ważnego, i nie martwią się o liczbę sprzedanych płyt. Dla mnie tą płytą wrócili do przeszłości, znów założyli skórzane kurtki , metalowe bransoletki i znów głośno mówią to co chcą.

A ja chcę ich słuchać. I mogę to robić bez końca.

9a7dde2776b684182622e4624a698365

Ścieżka dźwiękowa- Depeche Mode- So much love

 

 

Ze zgagą jej do twarzy

Dzisiaj będzie o filmowym weekendzie. W ten weekend zachęcam Was do obejrzenia filmów z moją ulubioną, wróć, ukochaną aktorką. Tak, powiem to głośno,nie wstydzę się. Kocham Cię Meryl. Uff, ulżyło mi.

Nie wiem kiedy uznałam,że Meryl jest genialna? Może to przez połączenie wielkiego talentu i takiej zwyczajności? Meryl jest intrygująca, ale nie jest klasyczną pięknością, taką za którą odwróciłby się każdy i rzucił do kolan wyznając wieczną miłość. Meryl Streep ma też coś do powiedzenia i kiedy chce to po prostu to mówi. Nie patrzy przy tym ani na innych, ani na to czy to chce powiedzieć jest akurat modne. Ma swoje zdanie i je ceni. A do tego jest taka normalna, nudne i udane małżeństwo, czwórka dzieci i genialne role.

Dziś będzie więc krótki przegląd moich ulubionych, wróć, ukochanych filmów z Meryl w roli głównej. Będzie chronologicznie.

Manhatthan. To jeden z moich ulubionych filmów Woody’go Allena. Tym razem zabiera on widzów do swojego miasta i opowiada jak zwykle niezwykle pokręconą i ironiczną historię. Meryl Streep gra tutaj pokręconą lesbijkę, bardzo kłótliwą, głośną i energiczną. Całą fabułę można zaś skrócić do tego,że Issack Davis, którego gra Allen jest dwukrotnie rozwiedziony, bezrobotny i właśnie zakochuje się w dziewczynie swojego przyjaciela. Meryl, która gra tutaj byłą żoną Davisa, jako nowo nawrócona lesbijka, postanawia napisać książkę o swoim małżeństwie, co niekoniecznie podoba się byłemu mężowi. Film jest niebanalny, dialogi to istne perełki,  akcja dzieje się szybko, w tym filmie wszystko gra idealnie. A już na pewno wspaniale gra Meryl. Nastrój filmu potęgują biało-czarne zdjęcia i hipnotyczna Meryl. Ona naprawdę wyglądała wtedy przepięknie.

merylmanhattan

Wybór Zofii. Mocny film,  na pewno nie do obejrzenia kiedy mamy świetny humor i chcemy go podkręcić czymś radosnym. Albo gdy szukamy pocieszenia. Zofia Zawistkowska- grana przez Meryl, jest Polką, która przeżyła dramat obozu koncentracyjnego. Obecnie mieszka w Nowym Jorku i zmaga z tragicznymi wspomnieniami, w których dominują śmierć i cierpienie. Film opowiada o skomplikowanej relacji między Zofią, a Nathanem, z którym mieszka i dzieli życie. Nathan jest Żydem, o maniakalnej obsesji zbierania dowodów o zbrodniach na swoich rodakach. Za ścianą mieszka Stingo, pisarz, którego nieustanne kłótnie młodych ludzi, wzbudzają ciekawość i prowadzą do przyjaźni, oraz do poznania historii tych dwojga ludzi… Więcej nie powiem. Obejrzyjcie. Ale warto, szczególnie,że Meryl przygotowując się do roli uczyła się polskiego i moim zdaniem lekcje odrabiała bardzo solidnie. A Oskar za tę rolę jest jak najbardziej zasłużony.

Set of

Zgaga. Meryl Streep zagrała w genialnej, autobiograficznej historii Nory Ephron, która opisała swój związek z dziennikarzem Carlem Bernsteinem-w tej roli wspaniały Jack Nicholson. Meryl gra tutaj Rachel, dziennikarkę kulinarną, która poznaje na ślubie znajomych Marka. Łączy ich wielkie uczucie,a  scena kiedy to Meryl karmi Jacka spaghetti po upojnej nocy jest kultową. No dobrze dla mnie jest kultową. W każdym razie odkąd obejrzałam ten film, pokochałam makaron jeszcze bardziej. Wkrótce Rachel i Mark biorą ślub, remontują dom, rodzi im się dziecko, a kiedy ona spodziewa się drugiego, okazuje się,że on ma romans. Banał? Być może. Ale dla mnie to naprawdę genialny film i genialna rola Meryl. Tym razem jest tutaj brunetką o krótkich włosach. Granie matki, mistrzyni kuchni, kulinarnej dziennikarki, wiecznie jakby w ciąży wyszło Meryl po prostu genialnie. Jako wierna fanka Meryl i tego filmu mam już na liczniku 5 pokazów i serdecznie Wam polecam.

heartburn

Ze śmiercią jej do twarzy. Zdecydowanie zmieniam klimat. Będzie komediowo. Jestem beznadziejnym przypadkiem fanki tego filmu, jeżeli leci w telewizji, nie ma bata, nieważne co się dzieje, ja siadam i oglądam. Do znudzenia. I tak w kółko. Rok bez duetu Meryl i Goldie jest dla mnie rokiem straconym. Miłość do tego obrazu przekazała mi mama, która pierwszy raz pokazała mi go jak miałam 7 lat. Od tamtej pory pokochałam fabułę i cóż, chyba pokochałam Meryl na poważnie. W tym filmie Meryl gra piękną aktorkę, Maddison, która ostatnio zamiast wielkich ról , zajmuje się głównie tropieniem nowych  zmarszczek na swej twarzy. Jej mąż Ernest to chirurg plastyczny,utalentowany,ale dziś zajmujący się makijażem pośmiertnym, wbrew pozorom branżą z perspektywą. Historia zaczyna się, kiedy dawna przyjaciółka Maddison, Helen Sharp po kilkunastu latach postanawia wziąć odwet na Maddie za wszystkie krzywdy jakich doznała od przyjaciółki. Ten film ośmiesza światek show biznesu, dążenie do wiecznego piękna i kult młodości. Tak, jest przerysowany i karykaturalny,ale genialny w swojej kategorii. No i ten film to popis wspaniałej gry aktorskiej. Meryl pokazuje tutaj niesamowity talent komediowy. Jest po prostu genialna, nawet z przekręconą na drugą stronę głową .

M8DDEBE EC002

Mamma Mia.  O ile jestem uzależniona od Meryl Streep, to jestem tak samo uzależniona od tego filmu. Odkąd go pierwszy raz obejrzałam,miałam ochotę rzucić wszystko, polecieć, ewentualnie pojechać i popłynąć, na pierwszą lepszą wyspę i razem z Meryl założyć pensjonat na górzystym terenie. Całe dnie byśmy śpiewały, uroczo przy tym fałszując i wyciskały sok z pomarańczy. A wieczorami urządzały wielkie greckie uczty. Ten film jest okropnie wręcz kiczowaty, kto słyszał popisy wokalnie Pierce’a Brosmana, ten to wie. Ale niesie z sobą tyle radości, uroku i dobrej zabawy. Głównie dzięki obsadzie. Meryl nie boi się fałszować, tańczyć bez ładu i składu i świetnie się bawić, nie bacząc na wszystko. Nie każda aktorka chciałaby zagrać w takim filmie i obnażyć swoje słabości. Meryl jest wielka, więc może. I chwała jej za to.

z5457673ihmeryl-streep-i-pierce-brosnan

Wątpliwość.  To taki film, który nie zrobił olbrzymiej światowej kariery. A szkoda, bo to film intymny, duszny i budzący wiele emocji. Głównie za sprawą kolejnej genialnej roli Meryl Streep. Rzecz dzieje się w katolickiej szkoły, którą prowadzi siostra Alojzyna- w tej roli Meryl. Zdecydowanie ma ona konserwatywne poglądy na świat i ludzi. Wyjątkowo też drażni ją postępowy ksiądz proboszcz, w tej roli zmarły niestety Philip Seymour Hoffman. Siostra Alojzyna nabiera podejrzeń co do relacji księdza Flynna z jednym z uczniów, i chociaż brak jej dowodów, stawia mocne oskarżenia. Czy ksiądz Flynn jest otwarty i bezpośredni,bo w głowie mu niecne czyny? Czy za fasadą zimnej i nie mającej uczuć Alojzyny kryje się osoba, gotowa zgrzeszyć kłamstwem by ochronić swoich podopiecznych?  Ten film to mistrzowski popis gry Meryl Streep.  Potwierdzenie jej niezwykłego talentu.

7275f3878388a634758a5647ae8e50b1

Julie& Julia. Film kulinarny, nie mogłam o nim nie wspomnieć, skoro tyle czasu spędzam w kuchennych okolicznościach. Ciepły- i to ciepło,wcale nie bije z rozpalonego piekarnika. Kobiecy, smakowity, okraszony idealnym aktorstwem i humorem. Ten film to przepis na udany wieczór. Julia Child, jedna z ciekawszych postaci kulinarnego świata, w tym filmie została brawurowo wręcz zagrana przez Meryl. Meryl po prostu stała się Julią Child, każde jej słowo, gest, ruch, wszystko jest idealne. Ten film opowiada o wielkiej pasji, przyjemności i spełnieniu. I zdecydowanie oglądając ten film można pozbyć się dosłownie każdej troski dnia codziennego. Głównie dzięki Meryl, która w tym obrazie pokazuje swój kunszt. Nie musi mieć nie wiadomo jak ambitnego scenariusza by zagrać po prostu fenomenalnie.

mc-julia-child

Ścieżka dźwiękowa – Dpeche Mode- You move

Skarpetkowe inspiracje

Tak, wiem, kolejny niejednoznaczny tytuł. Ba, nawet idiotyczny. Ale wierzcie ( albo i nie), ale to właśnie skarpetki zainspirowały mnie do napisania tych paru słów poniżej.

W weekend chciałam uzupełnić skarpetkowe zapasy. Wiecie, w życiu każdego człowieka nadchodzi ten dzień, kiedy okazuje się, że część skarpetek żyje swoim życiem, gdzieś z dala od szuflady z resztą skarpetkowej rodziny. I można naiwnie pytać- czemu 80 % moich zapasów nie ma pary? Albo można przyjąć sytuację na klatę i po prostu kupić nowe. Ja przyjęłam tą drugą metodę. Poszłam na skarpetkowe zakupy. I zdziwiłam się okrutnie, kiedyż to nie mogłam kupić normalnych skarpetek.  Pani w drugim sklepie uświadomiła mnie, że teraz nie sprowadza już skarpetek jakie nosiłam całe życie, teraz nosi się niejakie stopki. Takie króciutkie coś, bo trzeba chodzić z odkrytą kostką. Gdybym chciała odkrywać swoje kostki założyłabym  sandały, albo klapki, albo jakieś baletki. Ale nie wiem jak mogłabym kusząco odkrywać swoje kostki w botkach na przedwiośnie, które są dość wysokie? Po cóż mi odkrywać kostki w adidasach kiedy po ulicy hula zawrotne 7 stopni? I tutaj pani znów mnie uświadomiła,że teraz trzeba pokazywać kostki i koniec kropka.

I przypomniałam sobie,że przecież rzeczywiście, tej zimy 90 % widzianych przeze mnie dziewczyn od 13 lat w górę i jakieś 60 % chłopców 15 w górę nosi jeansy 7/8, które odsłaniają tę kostkę, czyli strategiczną część ciała jak się okazuje. Znawcy wiedzą,że kozaki do takich spodni nie pasują, więc noszą je z adidasami, albo trampkami. Komicznie to wyglądało podczas śnieżyc, kiedy tłumy idące do szkół brodziły w śniegu, po kostki. Gołe kostki. Zupełnie nie rozumiem tego fenomenu, cóż takiego mają w sobie kostki, że trzeba je zimą odsłaniać? Im zimniej tym chętniej młodzież odsłania swoje wdzięki. Mi się zimno robiło za każdym razem jak widziałam takie „stylizacje”. A co dopiero jakbym miała wyjść na mróz, w tenisówkach, przykrótkich jeansach i stopkach. Możecie mi wyjaśnić co takiego jest w kostkach, że każdy musi je podziwiać zimą?

17160677_1437998032931328_1333973765_n

Nie rozumiem też innego trendu, zimą noszenie spodni z dziurami. Pardon, dziur obleczonych w kawałeczek jeansu. Najodważniejsze jakie widziałam zaczynały się zaraz pod kieszeniami i kończyły gdzieś w okolicy przed kostką, bo wiadomo kostkę trzeba pokazać by zaistnieć. Gołe nogi, mróz i śnieg. Połączenie idealne. Nie powiem, sama mam parę jeansów, które zostały fabrycznie popsute. Tyle,że moje są ledwie lekko nadszarpnięte, nie mają dziur, a raczej dwie maleńkie dziurki, których się nie widzi, a dodatkowo do kwietnia nie wyjmuję ich z szafy. Bo jakoś mini dziurki, nawet te mini dziurki nie pasują mi do zimy. A już na pewno nie pasują mi praktycznie gołe nogi. Rozumiem,że taki trend może sprawdzać się w srogich zimach w Los Angeles, czy też na Florydzie, kiedy to miły,rześki wiaterk muska gołe nogi, ale u nas? W śniegu, deszczu i sztormie? Nie rozumiem tego trendu. Za nic nie rozumiem.

dee9de601078debd0897fe831c7c59fc

Nie rozumiem też trendu polegającego na chwaleniu się zimową kurtką i szalikiem. Czemu chwaleniu? Bowiem zimowa kurtka powinna być tylko narzucona na ramiona, dla tych dopiero zaczynających przygodę z tym trendem, możliwe jest nałożenie jej na ramiona, ale koniecznie trzeba narzucić ją na zwykły, cieniutki t-shirt i broń mnie wszystko co możliwe, nie zapinać. Oczywiście trzeba koniecznie nałożyć do tego dziurawe spodnie, koniecznie odkrywające kostki. Co z tego, że sypie śnieg, że mrozi mróz. Zamek musi pozostać niezapięty, ważne by wiatr mógł spokojnie hulać po nerkach, ale za to cały świat mógł podziwiać przesłanie z koszulki. Najczęściej brzmiało ono, że owa dama nie lubi szkoły. Oczywiście całkowicie rozpięta kurtka musiała kontrastować z czapą z wielkim pomponem i ciepłym futerkiem na…. smatfona. Byleby biedny nie zmarzł za bardzo kiedy strzela się poranne zdjęcia.

c581adne-nowa-bawec582niana-kurtka-zimowa-kobiety-wygodne-pc582aszcz-z-kapturem-futra-koc582nierz-kobiet-dc582ugi-gruby-plus

Chyba się starzeję,  bo nie rozumiem współczesnych trendów. Starzeję się, bo zimą ma mi być po prostu maksymalnie ciepło.

Cieszę  się,że zimowe trendy idą precz. Czekam z pewną dozą niepokoju, co przyniosą wiosenne, miejskie,wybiegi.

Ścieżka dźwiękowa- Voo Voo -Palec na cynglu

O matczycznym braku konsekwencji

Tak, wiem, dziwny tytuł. I mylący. Bo nie będę teraz opisywać tych matek, które mówią,że ich dzieci chodzą spać dzień dnia, albo raczej wieczór w wieczór zaraz po 19-a tak naprawdę chadzają spać kiedy mają ochotę,często po 2 w nocy. Albo, że chociaż pociecha ma 17 lat nigdy nie zjadła kawałka ciasteczka, a tak naprawdę mamusia 5 razy w tygodniu kupuje tuzin pączków z budyniem.

Będzie o matkach i ich braku konsekwencji. Ale nie wobec dzieci. A wobec samych siebie. O kluczeniu, a może nawet zakłamaniu. Zdecydowanie o zakłamaniu i klice. Tak, o klice.

Brat parę miesięcy temu namówił mnie na założenie konta na Instagramie. Najpierw uważałam,że to bez sensu,ale skoro brat prosi? W sumie nie wiem czemu prosiła,ale ok. Ostatecznie spodobało mi się to. Aczkolwiek nie popadłam w paranoję. Mam wrażenie,że niektórzy ludzie przynajmniej 20 godzin na dobę nie robią nic ponad szykowaniem posiłków, strojów, i miejsc,które koniecznie trzeba pokazać na tym portalu. Przyznaję, nie rozumiem tego,ale miło popatrzeć. Podpatruję też parę profili młodych mam. Jedne pracują, inne nie. Ale umówmy się, bycie mamą to praca, tak więc każda matka pracuje. I kiedy patrzę na niektóre profile młodych matek, i to nie jednego a kilkorga pociech to odczuwam zazdrość. Nie, nie chodzi o posiadanie dzieci, a o to,że matki mają tyle czasu. Dokładnie, tyle czasu i takie idealne życie.

Ostatnio jedna matka z Instagrama napisała,że była w szoku kiedy jej koleżanka po odwiedzinach u niej stwierdziła- zazdroszczę Ci. Jak to,czego? No tego,że spotkałaś idealnego faceta, z którym stworzyłaś ciepły i wspaniały dom, że masz cudowne dzieci, a przy tym masz czas na własne pasje i projekty. I tutaj matka z Instagrama nie wytrzymała. Bo jak ktoś śmie jej zazdrościć, jeszcze obcy człowiek,ale koleżanka? Własna koleżanka, singielka. Żmija, bez serca. Czy ona nie wie, że…

Ano pewnie,że nie wie, bo jest bezdzietną singielką. Ona więc nie wie, że życie matki jest okropne. Bo dzieci chorują, po ciąży ma się dodatkowe kilogramy, mąż ma 888 irytujących wad, ona na nic nie ma czasu, nic nie może zaplanować, bo jest matką. W ogóle to matka wszystkiego zazdrości singielce, bo standardowo bycie singlem oznacza życie bez problemów, trosk i kłopotów dnia codziennego. Ma się nad wszystkim kontrolę, masę pieniędzy i dom tylko dla siebie, gdzie hula łagodząca umysł cisza i pustka. A takie singielki wiedzę o tym jak to jest być matką i żoną czerpią z Instagramów, i potem zazdroszczą. Koleżanka usłyszała więc mniej więcej,że na matkę nadają się tylko te panie, które lubią cierpieć i poświęcać się dla narodu. Bo bycie matką to chyba najgorszy zawód świata. I ta biedna matka była oburzona,że jej koleżanka, singielka, dodajmy, ogląda te Instagramy, i uważa,że Instamatki są super, że Instadzieci są idealnie grzeczne, a w ogóle posiadanie rodziny to najlepsza rzecz pod słońcem. I tutaj matka z radością oznajmiła,że jej koleżance zrobiło się głupio, przeprosiła, wyszła i plany powiększania rodziny odłożyła na 20 lat naprzód. Aż zbierze odpowiednią porcję siły. Inne idealne Instamatki były zachwycone i biły wirtualnie brawo.

e4bb5e197b361b281b395fc2bba2c446

I teraz z ciekawości spójrzmy na profil tej wymęczonej matki. Co tam znajdziemy? Sądząc po wpisie na blogu można się spodziewać ruin domu, wybitych okien, albo co najmniej tony śmieci,prania i zabawek w salonie. Ale nie. Dzień matki, która uważa,że bycie matką to pasmo wiecznych nieszczęść.

Matka o 6.15 pisze,że nocka minęła cudownie, je Bubuś spał ciurkiem 8 godzin, a ona z nudów wstała o 4.20 i zaczęła ugniatać chlebek dla rodziny 100 % ziaren, bez glutenu,laktozy, cukru i niezdrowych tłuszczy. O 7.30 dostajemy zdjecie jak Bubuś i starsza pociecha Dziubdziuś jedzą chlebek, do tego popijają koktajl z domowego jogurtu ( kupne naturalne są wszakże pełne chemii,a  w ogóle to nie wiemy gdzie pasła się krowa, więc jogurt jest z mleka konopnego), biały stół, idealnie czysta biała kuchnia, biała podłoga, czerwony koktajl, czarny chleb, zielona pasta z awokado i ani jednej plamy. Duma rośnie. Ja,mam dowód w kieszeni tyle lat, a bałaganię jak niemowlę przy robieniu jedzenia. Mamy 9.00 i kolejny raport. Dzieci po przespanej nocy, i sytym śniadaniu poszły spać. Mamusia pokazuje urocze zdjęcie, dzieci śpią, a ona czyta, na twarzy ma maseczkę, piję cappuccino, z nudów posprzątała czystą kuchnię i może ( w przerwie czytania) zaplanować cały przyszły tydzień. 11. 14. Tęskniliście? Mamusia bardzo, właśnie raportuje z kawiarni przyjaznej matce i dzieciom. Była już na spacerku po lesie, wrócili do cywilizacji i poszli na drugie śniadanko. Bez szemrania dzieci wcinają koktajle z jarmużu i tosty ze szpinakiem. Mamusia spotkała kolejną instamatkę i plotkują. Dzieci super się bawią. Ach, jak miło. 14.23. Młodsze dziecko znów śpi, zmęczone pewnie trawieniem szpinaku. Starsze z matką robi obiad. Będzie domowy rosół na kurze, którą wczoraj kupili na eko targu, domowy makaron. A jako,że fajnie się wałkowało to postanowiła wałkować dalej, i ulepiła pierożki z kaszą gryczaną i soczewicą.O 15.10 mamy aktualizację, młodsze ciągle śpi, starsze grzecznie się bawi samo, a jako,że matka okropnie się nudzi piecze dla męża ciasto. Będzie domowa drożdżówka z jeżynami. O 17.09 mamy relację z obiadu. Wszystko wspaniale smakowało, mąż zachwycony,a  dzieci jeszcze bardziej. 18.21. Matka tęskni. Czyżby tęskniła za wolnością i czasem bez dzieci? Nie, ona tęskni do dzieci. Mąż, zabrał dzieci na spacerek i ona ma godzinkę wolną i w ogóle nie wie co ma robić. Ostatecznie dzieli się informacją, że snuje się po Instagramie, ogląda dzieciowe zdjęcia i tak tęskni za noworodkiem, bo Bobuś ma już prawie roczek. O 19.33 dzieci śpią. A jakże, po takim dniu też bym padła,nie ma to tamto. Widać teraz słodkie buźki, które tak grzecznie śpią w idealnie odprasowanej pościeli, w idealnie stylowym pokoju, w którym jest tak czysto,że sama Małgosia Rozenek by dostała palpitacji serca z zachwytu. O 21 matka życzy nam dobranoc. Informuje, że zrobiła sobie mini spa, nastawiła ciasto na rano, na bułeczki,nowy przepis, mąż czyta, a ona właśnie idzie obejrzeć kolejny odcinek ulubionego serialu. I przeprasza, że jutro będzie jej tutaj mniej,ale jadą rodzinką całą na weekend na wieś. Agroturystyka, więc może nie być wi fi w odpowiednim standardzie.

1ccac08464c60e31ae9f358e2160830f

Przyznaję,że niewiele rozumiem z tego co czyni owa matka. Jeżeli uważa, że macierzyństwo jest takim dramatem, to po cóż tyle energii poświęca na pokazanie światu, że jej życie jest idealne a posiadanie rodziny dostarcza jej tyle radości? Dlaczegóż więc ma pretensję do samotnej koleżanki, że jej zazdrości bo naoglądała się pięknych zdjęć w internetach? Po cóż sama tworzy nierealną rzeczywistość i kreuje świat, który nie istnieje? Ileż musi wydać środków by dzień dnia mieć świeże kwiaty, tysiące dekoracji do zdjęć, i innych cudów i wianków? Potem dekoruje, aranżuje i robi sesje. Albo, jest szalenie zadowolona ze swojego życia i naprawdę jest tak jak na zdjęciach. Tyle, że nie potrafi przyjąć komplementu. Bo nie potrafi przyznać, że ma fajne życie i chociaż macierzyństwo to również cienie, to blaski zdecydowanie rozjaśnią mroczne momenty? Sama nie wiem, może to takie tradycyjne poczucie, że matce zawsze i wszędzie trzeba tylko i wyłącznie współczuć? Że chociaż nie ma źle to i tak ma źle i jeszcze gorzej? I koniec i kropeczka. Skoro już była w ciąży i rodziła, to może sobie narzekać na bycie matką ile mi się podoba. A singielce nic do tego.

Przyznaję szczerze, gubię się. Mam wrażenie, że niektórym powinno się zabrać internet. I uwaga, nie byłyby to wcale dzieciaki.

A Wy jak patrzycie na wirtualną rzeczywistość super mam?

a14baac974133d05d31031f6119de691

Ścieżka dźwiękowa- Depeche Mode- No more (this is a last time)