1 dzień na Mazurach. Mój patent.

Tak, tak, bezczelnie się chwalę. Tak. tak, mam piękną pogodę. W końcu. Nareszcie. Nie pada, nie wieje. Świeci słońce, jest ciepło, majowo, cudownie. Aż żal siedzieć w domu.

Jako, że moją majówkę opisałam dość pobieżnie, postanowiłam teraz wrócić do 1 maja i opisać szczegółowo plan idealnego dnia na Mazurach. Czyli zapraszam na wycieczkę wersję rozszerzoną. Idealną na weekend.

Zaczniemy od pomysłu. Co mnie podkusiło by 1 maja spędzić na Mazurach? Luty. Tak, w lutym spędziłam cudowny weekend w spa w Miłomłynie. Podczas spaceru bardzo mroźnego i słonecznego dnia doszłam na przystań. I wtedy obiecałam sobie, że latem na pewno przyjadę tutaj by podziwiać piękno tego miejsca. I na pewno popłynę w rejs po kanale. Ale po co czekać do lata? Początek maja, chociaż niezbyt ciepły, okazał się ciekawą datą na taką wycieczką. Chociaż oczywiście letni rejs ma ten duży plus, że po prostu jest ciepło i płynie się odrobinkę milej. Nie trzeba otulać się dwoma szalami. W każdym razie od maja do września można popłynąć, więc każdy znajdzie termin idealny dla siebie. Bilety najlepiej kupić przez internet, liczba rejsów jest ograniczona, tak samo jak miejsc. A jako, że taki rejs to spora atrakcja, to bilety rozchodzą się bardzo szybko. Do wyboru mamy rejs z Miłomłyna do Ostródy, albo z Ostródy do Miłomłyna. W każdej opcji możemy skorzystać z autokaru, który zawiezie nas z Ostródy do Miłomłyna na rejs,albo odwrotnie,po końcu rejsu w Miłomłynie zawiezie do Ostródy. Ja wybrałam rejs z Miłomłyna  z prostego powodu, zaczyna się o 12. 30, a nie o 10, co ma znaczenie, jeżeli na rejs trzeba dojechać z takiego Gdańska. Aczkolwiek przyznać trzeba, jedzie się sprawnie, to w końcu tylko 120 km.

Ok, jak już jesteśmy w tej Ostródzie to parkujemy, w pośpiechu szukamy przystanku skąd ma zabrać nas autokar- od razu mówię, znajduje się przy muzeum, w samym centrum, niech inni nie błądzą jak my. Następnie komfortowym autokarem pokonujemy zawrotną odległość 10 kilometrów i bach, jesteśmy na przystani. Tam czekała już na nas Czapla, stateteczek taki. Mały, zgrabny, z dachem, i osłonkami od wiatru, co ma znaczenie kiedy podróżuje się w zimowym maju. Każdy zajmuje wygodne miejsce i ruszamy. Nie ma co nastawiać się na ogromne emocje i walkę z falami. Płynie się bowiem jak po maśle. Po prostu sunie bez przeszkód po wąskim kanale. Atrakcją jest to, że natrafiamy na różnice poziomów wody. W zależności więc od wybranej trasy będziemy się wznosić albo opadać. Jak akurat sunęłam w dół, prawie 3 metry. Jest to wydarzenie, które szczególnie ciekawi dzieci. Ale nie tylko. Dorośli też mają niezłą frajdę w kontrolowanym „tonięciu”. Dodatkowo kanał w miejscu śluz jest wyjątkowo wąski, można dotknąć palcem betonowych zapór. Obijanie się od ścian też ma swoje uroki. A w międzyczasie po prostu płyniemy, podziwiamy cudowne widoki, resetujemy umysł, pozbywamy się napięcia i cieszymy błogą i dziką naturą. Taki rejs jest wspaniałym antidotum na codzienny pośpiech i stres. Genialnie odpręża. Na taki rejs polecam zabrać z sobą butelkę z wodą i drobne przekąski. To siedzenie i powolne wpatrywanie się w naturę wyzwala głód. Taki rejs polecam mieszczuchom i rodzicom z malutkimi dziećmi. Te w przedziale 2-6 lat, będą odczuwały po pół godzinie monotonię i zaczną męczyć i rodziców i pasażerów. Starsze dzieci zaś na pewno będą zadowolone z wycieczki, o ile rodzice nie zapomną o przekąskach i aparacie, którym dziecko będzie mogło robić zdjęcia. Cena biletów to temat rzeka. Niestety, ceny są dość wysokie. Za niespełna trzygodzinny rejs trzeba zapłacić 50 zł od osoby ( cena do czerwca, potem rośnie ). No i trzeba dokupić bilet na autokar w stałej cenie 6 złotych. Czy warto? Oczywiście.

This slideshow requires JavaScript.

Kiedy już rejs się skończy i wysiądziemy w Ostródzie ( albo do niej wrócimy autokarem) koniecznie trzeba się przespacerować wzdłuż jeziora Drwęckiego, które jest przepiękne, ogromne i naprawdę robi wrażenie-szerokość w najszerszym miejscu to aż kilometr, a głębokość 21 metrów. Podobnie jak sama Ostróda, niezbyt duże miasteczko, ale zdecydowanie z klimatem. I ogromną ilością łabędzi. Jeżeli macie ochotę na pyszny rosół to polecam wstąpić do Lalo, lokalu nad samym jeziorem. Możecie coś przekąsić, odpocząć, nasycić oczy zielenią oraz oddać błogiej przyjemności z jedzenia najlepszego rosołu z kaczki w Waszym życiu.

Teraz trzeba zatrzasnąć drzwi od auta i w drogę. Ledwie 40 kilometrów od Ostródy znajduje się Olsztyn. Piękne i chyba nieco niedocenione miejsce na naszej mapie. Ja Olsztyn polubiłam tak na poważnie, kiedy dostarczaliśmy okucia do najlepszego hotelu w mieście. Pojechałam z inspekcją po otwarciu i przepadłam. Co prawda na nocleg w tym hotelu mnie wciąż (jeszcze) nie stać, ale miasto szczerze polubiłam. Po drodze można zrobić sobie małą przerwę w Gietrzwałdzie. Ci wierzący mogą nabrać wody ze źródełka, a ci co niekoniecznie wierzą po prostu mogą podziwiać przepiękne mazurskie widoki i przepiękny kościół.

This slideshow requires JavaScript.

No dobrze, jesteśmy w Olsztynie, kierujemy się ku starówce. Parkujemy pod starymi murami, parę kroków i reprezentacyjna część miasta stoi przed nami otworem. Nie wiem czemu, ale Rynek w Olsztynie skradł moje serce. Jest w sam raz, ani za przytłaczający, ani za mały. Jest tu masa knajpek, sporo uśmiechniętych ludzi i niezwykły klimat. Do tego naprawdę dużo zieleni, która w połączeniu ze starymi budynkami jest ciekawa i dla duszy i dla oka. Na obiad polecam wpaść do Pierogarni Bruner. Ciekawe, a co najważniejsze pyszne miejsce. Jeżeli znajdziecie miejsce po obiedzie, to koniecznie idźcie na lody, polecam Kroczka. Lody naturalne w szalenie oryginalnych smakach. Szpinak? Marchewka? Bazylia? Dla  tych mniej odważnych chałwa i domowe ciasteczko. Niebo w gębie. A po miejskim spacerze koniecznie trzeba pojechać na obrzeża, nad jezioro Długie. Fantastycznie odremontowany miejski teren, gdzie w zasadzie nie można się nudzić.

This slideshow requires JavaScript.

I w ten oto sposób po 10 godzinach wycieczki możemy zapakować głowę pełną wrażeń i ruszyć do domu.

Pamiętajmy, piękne wiosenne i letnie dni są idealne by ruszyć się z domu. Nie siedźmy więc na kanapie, tylko odkrywajmy okolicę.

Ścieżka dźwiękowa- Depeche Mode- The dead of night

O pewnym Kliencie

Nie, nie. Nie będzie teraz relacji z pracy. O tym jak kto na mej drodze stanął niemiły pan klient, co uprzykrzył mi życie. Nie,nie.

Celowo użyłam słowa Klinet z dużej litery. Bo Klient to tytuł. Tytuł filmu na którym byłam w tym małym studyjnym kinie. Film nie jest szczególnie nowy, ba, zdążył nawet dostać Oskara. Ale w moim mieście, a przecież nie mieszkam na prowincji wyświetlano go dopiero teraz. Dlaczego? Nie wiem.

W każdym razie parę lat  wstecz oglądałam Rozstanie i szczerze przyznaję, zachwyciłam się tym filmem. Do tego stopnia,że z zachwytem poszłam by na dachu Teatru Szekspirowskiego podziwiać Taxi Teheran. Co łączy te trzy filmy? To, że dzieją się w Iranie, są kręcone przez tamtejszych twórców, ba, Rozstanie i Klienta łączy reżyser i główny aktor.

To o czym jest Klient? Cóż to za fabuła, warta Oskara, na marginesie?

Młode małżeństwo, on jest nauczycielem i aktorem amatorem, ona śliczną aktorką z tego samego teatru. Pewnego dnia ich dom zaczyna pękać, muszą uciekać. Dalsze mieszkanie w tym miejscu jest niemożliwe. Z pomocą śpieszy kolega z teatru, ma mieszkanie na wynajem. Młodzi decydują się na jego ofertę, w końcu nie będą mieszkać w teatrze, pod sceną. Wprowadzają się. W mieszkaniu była lokatorka zostawiła część swoich rzeczy. Bardzo im to przeszkadza, ale kontakt  z panią jest utrudniony. Kiedy jako tako się urządzają i pozornie zyskują stabilność, do mieszkania dzwoni domofon. Kobieta jest sama, wpuszcza dzwoniącego ( w domyśle męża) i idzie pod prysznic. Dzwoniącym był klient lokatorki.

Co się stało w mieszkaniu? Nie powiem, nie mogę. Zresztą my też tego nie wiemy. Ale od tego momentu życie małżeństwa radykalnie się zmieniło. Nim zaczyna rządzić zemsta. Taka najbardziej prymitywna cecha.

W tym filmie reżyser skupia się głównie na emocjach mężczyzny. Zniewaga popełniona na jego ukochanej,jest bowiem jego zniewagą. Ona chce zapomnieć, on nie potrafi. Na siłę chce wymierzyć sprawiedliwość. Po drodze zapomina o swojej żonie. Skupia się tylko na sobie i swoich odczuciach.

Ten rodzinny thriller mógłby rozegrać się tak naprawdę w każdym miejscu na świecie, w każdym domu. Bo to film o kryzysie męskości. Emad cierpi, cierpi jego urażona duma i ambicja bo powinien  chronić swoją żonę. O ile Rana pogodziła się z wydarzeniami, o tyle Emad dolewa oliwę do ognia i staje się coraz bardziej agresywny. Ale czy to nie jest tylko na pokaz?

Film jest niezwykle szlachetny i mimo podejmowanego tematu subtelny. Głównie dzięki genialnej grze aktorskiej i wyczuciu reżysera. Powolne odkrywanie prawdy, daje widzowi wiele okazji do refleksji. A jak ty byś się zachował na miejscu Rany,albo na miejscu Enada ? Kto ma rację? Ona czy On? Kto wygra, czy zatriumfuje sprawiedliwość?

Szczerze polecam ten film każdemu.  Jest wspaniały do tego by zacząć po nim dyskusję. Ja z moim bratem całą powrotną drogę do domu spędziłam na debatowaniu czy śledztwo Enada miało sens?

To po prostu film, który śmiało można nazwać wybitnym.

Salesman

P. S. Dziś jest ten dzień. Dziś oficjalnie zaczęłam sezon na letnie sukienki w kwiatki.

Ścieżka dźwiękowa – Leonard Cohen – Chelsea Hotel #2

Znajdź pięć różnic

Aż ciężko uwierzyć, że w ciągu jednego tygodnia może aż tak wiele się zmienić. Dosłownie o 180 %. Toż to praktycznie wywrócenie życia do góry nogami !

Jeszcze parę tygodni temu bym w to nie wierzyła. Bo jak to? Wszytko miało być ustalone zgodnie z planem. A nie takie rewolucyjne niemal zmiany.

Ale z naturą się nie wygra. Trzeba przyjąć zmiany na klatę i dzielnie stawić im czoła.

W środę, prawie tydzień temu. To wtedy obudziłam się i…

Śnieg. Śnieżyca. Na termometrze zachwycające 0 stopni.

A śnieg sypał cały dzień. Rękawiczki, zimowa kurtka, hektolitry herbaty z miodem. Niedowierzanie i totalna niewiara w wiosnę.

Przyjdzie czy też?

Nie, nie przyszła.

Zamiast wiosny przyszło lato. Od razu z zimowych kurtek i botków wskoczyliśmy w lekkie sweterki, trampki i wystawiliśmy twarze do słońca.

Aż trudno uwierzyć, że w środę walczyłam ze śnieżycą i przejmującym zimnem. Tymczasem minęły trzy dni, a ja spacerowałam po molu w Brzeźnie. Zdjęłam lekki płaszczyk, chłonęłam słońce, lekki wiatr, bezchmurne niebo, tłumy turystów, pierwsze gofry z cukrem pudrem jedzone na plaży.  Bez pełno bzu. W końcu powietrze przesycone jest tym szalonym zapachem. Zrywam, albo raczej tnę, bo nożyczki mam zawsze przy sobie. Tworzę małe bukieciki. Idę ulicą niczym panna młoda. Na marginesie czemu nikt nie zamawia sobie bukiecików z bzu? Gdyby nie to,że nie planuję zmieniać stanu cywilnego, miałabym ślub w bzie.  Mam nadmiar energii.

Jest pięknie.

Jestem na wiosennej fali. Spotkanie wspomnieniowe  mojej trójki umówione. Tak, nic straconego, spotkam się z moją małą paczką. Będą lody, plotki, masa śmiechu.

Słucham Maryli Rodowicz. Jem lody. Dużo za dużo. Mój bardzo seksowny dentysta albo płacze, albo jest zadowolony.  Zajadam truskawki. Co z tego, że te rodzime kosztują 30 złotych za kilogram. Śmieję się jak głupia.

Maju, trwaj.

Ścieżka dźwiękowa –  Dave Matthews Band – Why I Am

Ale to już było…

Choć w papierach lat przybyło to naprawdę,
Wciąż jesteśmy tacy sami…..

Tak. 10 lat temu kończyłam liceum. Matura. Kwitły kasztany i bzy. Pachniało wiosną, a my młodzi, eleganccy i przerażeni. Staliśmy pod salami i czekaliśmy na wejście na egzamin. Do ostatniej chwili powtarzaliśmy ważne daty i słówka. Głowy mieliśmy pełne marzeń o dorosłości. Czy myśleliśmy o tym co będzie za 10 lat? 10 lat to wtedy była wieczność. Coś tak odległego, tak dalekiego, że nie warto było tym  zaprzątać sobie głowy. Liczyło się tu i teraz. Matura, potem najdłuższe wakacje życia. Co z tego, że czekała nas rekrutacja na studia, trudne wybory, gorzkie rozczarowania i  może wielka radość? Nie patrzyliśmy, nie myśleliśmy o tym. Głowy pełne marzeń, serca pełne nadziei….

Kiedy patrzę hen za siebie
W tamte lata co minęły
Kiedy myślę co przegrałam
A co diabli wzięli
Co straciłam z własnej woli
A co przeciw sobie
Co wyliczę to wyliczę
Ale zawsze wtedy powiem,
Że najbardziej mi żal…

10 lat temu wyobrażałam sobie takie spotkanie po maturze. Z portfela wyjmę dwa zdjęcia, nie, wróć, trzy. Dwa będą przedstawiać moją uroczą dwójkę dzieci, synek lat 4,5 i córeczka, roczna panienka, która właśnie zaczęła chodzić. Trzecie zdjęcie będzie przedstawiać niezwykle przystojnego męża. Będę opowiadać o moich dzieciach, mojej małej kawiarence, budowie domu z ogrodem i ogólnie, o radosnym życiu. Owszem, mówiłabym,że czasem kłócę się z mężem o muzykę, a synek jest alergikiem i nie wiem gdzie wyjechać na wakacje….

Och, jaka byłam naiwna. Jaka beznadziejna była ze mnie optymistka. Jaka głupia byłam. Ot, nastolatka co ma w głowie wyłącznie  różową watę cukrową.

Wczoraj było spotkanie pod hasłem – 10 lat po maturze.

Wybrałam makijaż, lekki fiolet, w zasadzie to kombinacja trzech odcieni. Wybrałam przepiękną sukienkę, moja mama w kółko chodziła i mówiła- moja piękna córeczka. Siostra szczękę zbierała z podłogi- ależ ty masz figurę. Brat nie mógł wyjść z podziwu – ależ mam uroczą siostrę. Pomalowałam paznokcie, lekki,letni błękit z nutą pieprzu. Wybrałam perfumy, bergamotka, róża, piwonia, piżmo i cedrowe drzewo. Zabójczo piękna mieszanka. Wskoczyłam przekornie w granatowe trampki, co by było bardziej na luzie. Usta podkreśliłam matową szminką o idealnej trwałości. Spojrzałam w lustro i…..

Ale to już było i nie wróci więcej

I choć tyle się zdarzyło to do przodu
Wciąż wyrywa głupie serce.

W liceum byłam taką szarą niewidzialną myszką. Zawsze pomocna, uśmiechnięta. Niezwykle cicha, do bólu spokoju, zwyczajna, nudna. Książki, rockowa muzyka , ambitne filmy. Precyzja. Idealnie zdana matura, potem studia. Plany. Nie rozpraszały mnie imprezy, koledzy, latanie po sklepach. Wagary, papierosy, alkohol? Nigdy. Nawet na studniówce zabrakło dla mnie lampki szampana. Przypadek? Wątpię. Lubiłam swoją klasę. Ale pojedynczo. To znaczy na forum klasy nie istniałam. Ale podczas prywatnych rozmów każdy się dziwił – ty jesteś tą samą cichą Madzią? Nie wierzę. Typowy bliźniak, dwie natury i te sprawy.

 

Tyle spraw już mam za sobą.
Coraz bliżej jesień płowa
Już tak wiele przeszło obok
Już jest co żałować
Małym rzeczom zostajemy
W pamiętaniu wierni
Zamiast serca noszę chyba
Odpustowy piernik…

Spotkanie. Restauracja, wychowawca, obecność potwierdziło 18 osób. W ciągu dnia liczba chętnych się zmieniała, zmniejszała. Nie wiedziałam co robić, iść czy nie ma sensu? Odpadały fajne i bliskie mi wtedy osoby. Ostatecznie przyszło 6 osób. Tak zwana grupa wzajemnej adoracji. Najbardziej imprezowi.Nie moja bajka. Bawili się ponoć świetnie. Beze mnie. Do knajpy poszłam, ale na imprezę nie trafiłam. Wszyscy byli w jeansach. Podpici już o 20, opowiadali sprośne historie. Zupełnie jak w liceum. Z uśmiechem zamknęłam drzwi. Nikt mnie nie widział. Wolę zostawić w głowie inne wspomnienia i tyle.

Może kiedyś. Za kolejne 10 lat…..?

d976e292154ba0ef910e2095cc8b6b22

 

 

Ścieżka dźwiękowa- King Dude- Be free

Mały człowiek. Wielka siła.

Co się tak krzywisz? To najlepsza kawa na całej Pradze – Turek! Zawiera domieszkę kawy naturalnej, jęczmień palony, ekstrakty smakowe i… tak dalej…..

Na wstępie cytat z pewnego serialu. Serialu, który ma ścisły związek z tym co dalej.

Zmiennicy.

W ubiegłą sobotę poszłam na ważne dla mnie spotkanie. W bibliotece odbyło się spotkanie z panią Ewą Błaszczyk.

Zna ją chyba każdy.  Z jedną strony jako aktorkę. Z drugiej jako matkę walczącą o zdrowie córki. Jako nieustępliwą obrończynię swojego dziecka. Kobietę po wielu przejściach. Bardzo silną osobę. Silną, zaklętą w drobnym ciele.

Powiem szczerze, że spotkanie z Nią zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Bo bądźmy szczerze ilość nieszczęść jakie spadły na jej barki, spokojnie mogłoby przypaść w udziale kilku rodzinom, a i tak miałyby prawo narzekać na swój los. Co mnie uderzyło, to to, że Ewa Błaszczyk nie narzekała, nie mówiła,że los ją niesprawiedliwie potraktował. Opowiadała o swoim życiu bez nadmiernego epatowania smutkiem i wzbudzaniem litości. Popatrzcie, jestem smutną wdową z córką, która tyle lat leży w śpiączce, macie mi współczuć i wzruszać się na każde moje słowo.

Owszem,  wszyscy na spotkaniu się wzruszali. Bo pewnie przypominali sobie trudne, smutne, często dramatyczne momenty w życiu, ale i swoją postawę, reakcję, myśli i emocje. I pewnie pamiętali też, że podobne emocje towarzyszą nam na co dzień. Ot, zaspałam, spóźniłam się na autobus, poleciało mi oczko w rajstopach, mąż krzywo spojrzał, dziecko się guzdrze, pies chce iść na spacer a tu pada, szef coś odburknął, a pani w mięsnym nie dała mi ładniejszego kawałka schabu. No istna tragedia, czarna rozpacz, dno, kaplica. Koniec świata. Nic tylko skoczyć z mostu, albo z balkonu.

Tymczasem Ewa Błyszczyk swój dramat przełożyła w działanie. Nie skupiła się tylko na sobie i swoim cierpieniu, ale i na pomocy innym. Bo nie od dziś wiadomo, że stagnacja tylko pogłębia gorszy nastrój. Trzeba działać, mieć cel, otrzepać zabrudzone kolana i ruszyć do przodu.

Podziw. Podziwiam jej odwagę. Energię. Życiową pasję. Optymizm. Radość z życia. Wiarę. Siłę.

Po tym spotkaniu postanowiłam sobie, że będę mniej narzekać. Wiem, że nie zawsze mi to będzie wychodziło. I czasem dla zdrowia trzeba. Ale postaram się przynajmniej nie wymyślić powodów do narzekania. I postaram się by patrząc dookoła widzieć więcej jasnych barw. I bardziej doceniać życie. Tak po prostu.

I z takim nastawieniem zostawiam Was na początek weekendu. Pozytywnego weekendu.

Nie to,że się chwalę, ale po dwóch dnia majowej zimy mamy piękną wiosnę od rana. Czapka leży w domu. A na nogach mam trampki. W końcu pachnie majem. I tym szalonym bzem.

P.S. Jutro mam dziesięciolecie matury. Nie wiem jak się ubrać na takie spotkanie w restauracji. Pomocy.

bc582aszczyk

Ścieżka dźwiękowa- Arctic Monkeys – I Bet You Look Good On The Dancefloor

Jest maj, jest majówka

Skończył się ten wielki weekend, który potocznie zwie się majówką. Rzeczywiście w tym roku był wyjątkowo długi, z tego co zauważyłam wiele naszych współpracowników zrobiło sobie wolne w czwartek i piątek, i miało naprawdę solidne wakacje. Owszem, jeżeli ktoś nie wypuścił się do dalekich krain mógł narzekać na pogodę, ale bądźmy szczerzy, nawet podczas wyjątkowo zimnego maja można fajnie spędzić czas. Trzeba po prostu ciepło się ubrać, zabrać dodatkowy szalik i pewnie termosik z herbatką.

Tegorocznej majówki nie planowałam. Mówiąc szczerze miałam kiepski piątek, byłam pewna, że rozkłada mnie jakaś choroba i nawet się ucieszyłam, że nie mam planów. Przynajmniej nie muszę niczego odwoływać ani żałować. Z takim nastawieniem poszłam spać w piątkowy wieczór i zaczęłam weekend. Długi weekend.

W sobotę nastawienie mi się nie zmieniło. Dalej dokuczał mi ból głowy, zatkany nos i ogólne rozbicie. Zabrałam się więc za nadrabianie domowych zaległości. Akcja porządki, wiosenne, naiwnie liczyłam,że to może przywołać wiosnę. Posprzątałam tam i tu, i jeszcze tu i tam gdzie nikt nie zagląda. Upiekłam ciasto i doznałam olśnienia- spróbuj wziąć podwójną dawkę leku na alergię, a nuż pomoże i nieco mnie ożywi łamane na otrzeźwi. Wzięłam tabletki i poszłam spać.

W niedzielny ranek o mało nie umarłam. Naprawdę miałam wrażenie, że los się na mnie uwziął i o ile niektórzy mają szczęście w miłości, inni w finansach, to ja mam szczęście w nieszczęściu. Co się stało? Okazało się, że nie powinno się brać tabletek tuż przed snem. Co prawda moje tabletki miały wyraźnie napisane, że rozpuszczają się same w buzi,ale to niekoniecznie jest prawda. Moje tabletki nie do końca się rozpuściły, i o mało mnie nie zabiły. Na szczęście nie doszło do zejścia z tego świata. Po ataku duszności z radością odkryłam, że żyję. I z radością odkryłam,że nie mam już tak męczącego kataru. Wzięłam kolejną tabletkę i zaczęłam dzień. Najpierw długi spacer, co z tego,że paskudnie wiało, było słonecznie, radośnie i wiosennie. Tym bardziej,że spacer zakończyłam w Lidlu. W Lidlu tym poczyniłam zapasy amerykańskich lodów, które teraz są tam na stałe |( więc nie wiem po co robiłam zapasy?). Czasem jednak marzenia się spełniają. Jako, że słońce nie zamierzało nas opuszczać ruszyłam na Starówkę. Malinowa herbata, ulubiona kawiarnia, spacer wśród tysięcy turystów. Jak mi tego było trzeba. To była porcja energii, bardzo pozytywnej. W domu zaś bezwstydnie jadłam późną porą lody w łóżku, zajadając je ciastem i popijając cydrem. Czyż życie może być piękniejsze?

Może. W poniedziałek szybka pobudka. Nie ma wylegiwania się w łóżku, co z tego,że majówka, o 6 koniec laby. Trzeba się ogarnąć, porządnie najeść, upiększyć co nieco , wybrać stosowny ciuch-wygodny, ciepły i niebrudzący się. Przygotować wałówkę i w drogę. Dokąd? Ludzie z nad morza jadą nad wodę. Tym razem jednak słone zasoby, zamieniamy na te słodkie, śródlądowe. W niedzielę z powodu braku planu na dzień następny, a także  w powodu mojego uwolnienia od zatkanego nosa wpadłam spontanicznie-podczas spaceru, na pomysł całodniowej wycieczki. Przekonałam rodzinę i w drogę. Ten dzień zaczęliśmy w Ostródzie, a skończyliśmy w Olsztynie. Moim wyborem okazał się rejs po kanale Elbląskim statkiem wycieczkowym. Kontakt z  naturą, zielenią, totalny relaks. Trzygodzinny detoks dla duszy i w zasadzie dla ciała też. Przez trzy godziny można siedzieć i podziwiać widoki. Zero książek, telefonów, cywilizacji. Nic tylko woda i zieleń. Potem Olsztyn, miasto, które bardzo lubię, i które powoli staje się moim majówkowym must have. Spacer, obiad,  chałwowe lody. Do domu wróciłam bardzo, bardzo późno. Ale za to bardzo, bardzo zadowolona.

 

Wtorek zostawiłam sobie bez planu. Bezwstydnie (słowo klucz) wstałam o 6.45 i spokojnie weszłam w ten wolny dzień. Pyszne śniadanie, porcja jogi, prasówka, kubek zielonej herbaty. Jak fajnie nigdzie się nie śpieszyć. Szczególnie jeżeli jest to wtorek. Po śniadaniu uzupełniłam na spokojnie braki w bibliotece, i wróciwszy wyrwałam siostrę z łóżka. Jako, że dzień wcześniej gdzieś pomiędzy rejsem statkiem, a Olsztynem zgubiłam swój szal, musiałam więc kupić nowy. A jako,że niezdecydowana ze mnie bestia siostra miała dokonać ostatecznego wyboru. Spokojny spacer, długie zakupy i dużo słońca – tego mi było trzeba. Mojego humoru nie popsuło nawet to, że sklepowa kasa miała potężną awarię, i dopiero po 30 minutach udało mi się zapłacić za to co wybrałam. I tu się chwalę, pomimo 30 minutowego obchodu po sklepie, do koszyka nie dodałam nic ponad ten szal i wiosenne rajstopy. Brawo ja. Reszta dnia zapowiadała się bardzo leniwie. Tak leniwie, że na obiad zrobiłam jedynie jajka sadzone, z odsmażanym makaronem i marchewką mrożoną. To znaczy jednak ją ugotowałam. Jakoś moment po obiedzie, gdzieś tak koło 16.30 mój brat mówi-wczoraj umówiliśmy się do kina, zbieraj się. Halo,halo, ja i kino? Śmiech na sali, gdzie,kiedy się niby zgodziłam? No mówiłem, że mamy do wyboru 2, 3, albo 4, wybrałaś  drugi maja. Aha, pamiętam. Byłam wtedy otumaniona przez chałwowe lody i w ogóle śpiąca bo było coś przed 22, a my wciąż wracaliśmy do domu. Spojrzałam na brata, a on rzekł- no jak nie chcesz to zrozumiem, nie będzie mi przykro. Mi się zrobiło przykro i zebrałam swoje drobne w kości i w drogę. W tym roku biję kinowy rekord, 5 miesiąc  a ja byłam dwa razy. Dość powiedzieć, że do tego roku, przez ostatnie 5 lat byłam jeden raz. Szaleję jak nigdy. Wypad udał się wyśmienicie. Byłam zachwycona. Tym bardziej,że byliśmy w kinie studyjnym. Małe kino, gdzie przychodzi się na film, a nie do kina. Nie ma popcornu i coli. Nikt nie siorbie, rozmawia, nie ma intymnych randek. Jest za to niezwykła atmosfera, stare fotele i chwilowa wspólnota. Ha, pewnie czekacie na tytuł filmu? A to poczekacie jeszcze. To taki film, o którym muszę powiedzieć nieco więcej. A jak teraz powiem tytuł i zapamiętacie,że byłam zachwycona, to nikt nie przeczyta recenzji i nie dowie się dlaczego. Tak więc drugi maja zakończyłam gdzieś koło 23. A następnego dnia….

18339627_1698268703522653_827901588_o

Następnego dnia znów pobudka wcześnie rano. Co prawda pogoda była kiepska, ale to nie był powód by siedzieć w domu. Spontanicznie postanowiliśmy pojechać na spacer i obiad do…. Torunia. Autostradą to w końcu tylko 90 minut. Na miejscu okazało się,że jest jeszcze zimniej niż u nas. A logika podpowiadała,że im bardziej w głąb lądu tym cieplej, niestety. Było szaro i zimno. Ale co to dla nas? Były pyszny obiad, był długi spacer, były obowiązkowe lody u Lenkiewiczów, poprzedzone kwadransową kolejką i wielkie dylematy-sernikowe, piernikowe czy Oreo? Były dobre nastroje, pozytywne zmęczenie i poczucie,że cały weekend był nadzwyczaj udany.

A potem przyszła męcząca codzienność. Taka codzienność kiedy pogoda dobija i dobija. A praca irytuje. No cóż, nie zawsze ma się długi weekend.

Ścieżka dźwiękowa – Depeche Mode – Love, In Itself

Książkowo-filmowy kwiecień

Bez wstępów co nudzą i marnują miejsce. W kwietniu przeczytałam 13 książek. Z tego parę naprawdę dużych, więc jestem zadowolona. Czytaniu sprzyjała oczywiście paskudna pogoda za oknem. Teraz będzie hit, w kwietniu nie przeczytałam żadnej kiepskiej książki. Naprawdę, co najwyżej jedna jest po prostu średnia. I tyle.

Tą średnią była Dobra żona Elizabeth Buchan. Ani niczym nie zachwyciła,ale też nie odepchnęła, średnia pozycja i tyle. Historia małżeństwa z kryzysem jest nawet,nawet. Bo kiedy twój mąż jest ważnym politykiem robi się gorąco. To co tutaj mi nie pasowało to główna bohaterka, jej niezdecydowanie, niepewność siebie i rozterki egzystencjalne były chwilami przynajmniej nużące. Ale nie była to książka, która sprawiła,że postanowiłam już nigdy w życiu nie wziąć książki do ręki. To było średnie i tyle.

Ósme życie – Nino Haratischwili – ta książka dosłownie zawładnęła moim sercem i umysłem. Szczerze? Do tej pory jestem po prostu zachwycona. Nico jest młoda, z pochodzenia Gruzinka, mieszka w Berlinie, szuka śladów przeszłości w swojej rodzinie. A ta rodzina żyje w trudnych wojennych czasach. Historia zaczyna się od jej prababki Anastazji, której szybkie zamążpójście i pójście za głosem serca, okazują się początkiem końca bajkowego życia,córki właściciela fabryki czekolady. Wojna, zdrada, wielka miłość, namiętność. Dylematy moralne, oddalenie się od rodziny, dramaty, niepewność i ból. Fizyczny i psychiczny. Monumentalna, zachwycająca, wzruszająca i zaskakująca. Czytając ją przeniosłam się w nieznany mi świat i całkowicie się w nim zatopiłam. Polecam dosłownie każdemu.

Życie ją oszukało czy też ona oszukała życie- wychodziło na to samo.

Jeżynowa zima Sarah Jio. Ta książka była szeroko promowana parę zim wstecz, ja oczywiście sięgnęłam po nią celowo po pewnym czasie. Czemu celowo? Bo chciałam się przekonać, czy dalej będzie mnie kusić kiedy znikną nachalne reklamy. Kusiła. I po lekturze odczułam masę przyjemnych emocji.  Nie oszukuję się, to nie jest książka ta ważna i poważna jak pozycja wyżej,ale to nie znaczy,że nie jest nostalgiczna, ciepła,kobieca i rodzinna. Dodaje nadziei i optymizmu. Ta książka mówi o poznawaniu siebie, i dawaniu drugiej szansy. Bo przecież po każdej życiowej zimie musi przyjść wiosna. Polecam,kiedy jest nam źle.

” Prawdziwy przyjaciel to nie ktoś kto pomaga Ci w trudnych chwilach- to każdy potrafi. Prawdziwy przyjaciel umie cieszyć się Twoim szczęściem, świętować z Tobą  Twoje sukcesy nawet… nawet kiedy sam nie jest szczególnie szczęśliwy”.

W zimowym klimacie polecam Stąpając po cienkim lodzie. Skandynawski kryminał, mocno psychologiczny, nieco inny niż wszystkie inne. Zaskakujący, z oryginalną narracją i co tu mówić za dużo – zakończenie po prostu zaskoczyło mnie całkowicie. No może coś tak i podejrzewałam,ale przyznaję, takich książek chcę czytać więcej.  Camilla Grebe – warto poznać ją bliżej.

Natalia Fiedroczuk- Cieślak dostała Nike za książkę Jak pokochać centra handlowe. Ważne rozliczenie z początkami macierzyństwa. Myślę,że na tle lukrowanych blogów, książek, kont na Instagramie takie szczerze i trzeźwe spojrzenie na ogromną zmianę w życiu jaką jest pojawienie się dziecka jest wyjątkowo cenne. Depresja poporodowa, brak akceptacji ciała, nieprzespane noce, kolki, płacz matki z dzieckiem – autorka nie oszczędza czytelników. Szczególnie tych bez dzieci. Polecam każdej mamie, która ma dość terroru idealnego macierzyństwa.

Zatrudnij nianię na parę godzin. Znajdź żłobek. Idź na fitness. Idź na warsztat „Jak być lepszą”, idź na terapię, idź do psychiatry, do kołcza, do księdza, niech wypędzi z ciebie to niezadowolenie z siebie, niech dokona egzorcyzmu tłamszącego tęsknotę za szeroko otwartym oknem w samochodzie, za rozkoszą niemyślenia. Daj się szybko naprawić w warsztacie samochodowym dla zepsutych kobiet. Idź, idź i rób. Już

I teraz będzie o mamie. Matce Polce, której na głowie wali się cały świat. Zwykłe wakacje są początkiem końca dotychczasowego życia. Tego bezpiecznego i sielankowego. Mówię o książkach Niny Majewskiej- Brown. Wakacje i Zwyczajny dzień, te dwie książki, przeczytałam w prawie jeden świąteczny dzień. Wiem, wiem, żadna to wielka literatura. Takie bardzo kobiece, nieco tkliwe i dość oczywiste. Ale nie oszukujmy się, zdarzają nam się dni kiedy marzymy tylko o ciepłym kocu, kubku kakao i książce. Takiej babskiej, przytulnej, prostej, dającej mimo wszystko nieco nadziei. I taka jest ta książka, a raczej książki.

Brak makijażu sprawia, że nawet ja, spoglądając w lustro, muszę przypinać sobie plakietkę z nazwiskiem, bo się nie poznaję, nie mówiąc nic o włosach, które sterczą na wszystkie strony.

Filmowo było kiepsko. Obejrzałam 7 filmów, z czego 4 to były powtórki. Z nowości wspomnę o dwóch pozycjach.

Woody Allen. No kocham go. Ale kiedy obejrzałam  ten film pomyślałam sobie – Woody jakoś tak mnie nie porwało. Sorry kolego. Śmietanka Towarzyska to film, który zupełnie mnie nie porwał, a nawet nieco zmęczył. Taki banalny. To znaczy pewnie gdyby nakręcił go jakiś debiutant zebrałby przyjazne recenzje i dodano by jego twórcę do grona twórców, których warto obserwować i trzymać kciuki za rozwój talentu. Ale szczerze jak na Woody’go poczułam się rozczarowana i zawiedziona. Taki odgrzewany kotlecik. Owszem syci,ale większej przyjemności nie dostarcza.

z20537319q-smietanka-towarzyska-kadr-z-filmu

Jak być normalną? To tytuł hiszpańskiego filmu o Marii de las Montanas. Maria ma 30 lat, i pewnego dnia odkrywa, że nie jest normalna. Nie ma chłopaka, pracy,mieszkania, nie ma za to hobby, radości z życia i normalnych relacji z bliskimi. Robi więc plan i postanawia zostać statystyczną obywatelką. Szczęśliwą i zadowoloną. To taki prosty film, głównie o tym,że w życiu trzeba być po prostu sobą. Niby nic wielkiego,ale całość jest zabawna, przyjemna i całkiem sympatyczna. Poprawia humor.

zrzut-ekranu-2016-04-05-o-20-11-45

Ścieżka dźwiękowa- Belle & Sebastian- Your cover blown