Z pamiętnika 29 latki.

Kiedy masz 28 lat zasypiasz o 23. Żegnasz ten ładny wiek i idziesz spać.

d892f9f028979291dfeba1c884c68dd3

 

4.20. Budzi się twoja 29 letniość. I teraz masz do wyboru  – starcza bezsenność, dorosłość i poczucie obowiązku, które podświadomie mówią- działaj, nie trać czasu, rozpacz za utraconą młodością, albo banalnie – włączona zmywarka.

5.00. Nie śpisz bo zapomniało się wieczorem ( witaj starości) zaciągnąć żaluzję. W związku z tym poranne, ostre słońce nie pozwala zasnąć.

5.45. Ćwiczysz jogę. O dziwo potrafisz zrobić te same pozycje co dzień wcześniej. Czyli vivat stare kości, dają radę.

6.34. Jesz śniadanie. Narzekasz na ból głowy. Pewnie skutek niewyspania. Solidna czarna herbata z cytryną może doda ci energii?

6.55. Szykujesz kanapkę do pracy, chcesz sięgnąć po pasztet wegetariański, zamiast tego trącasz musztardę. Gorczycowa lawa bucha po kuchni.  Mości się na to twoich ukochanych letnich spodniach. Lata robią swoje, ruchy nie te, koodrynacja siada.

7.35. Wychodzisz do pracy. Świat wygląda dokładnie tak samo jak wczoraj. Miłe to odkrycie. Ups.

7.36. To ups okazuje się gwoździem. Tak, nadeptujesz na jakiś metalowy twór, który, o spieczone ciasto, przecina ci podeszwę wygodnych trampek.

7.40. Wybiegasz z kiosku, gdzie próbowałaś kupić bilet na autobus. Wymyślasz, że przejazd autobusem będzie rozsądniejszy, spacer może w końcu nadwyrężyć podeszwę i w połowie drogi możesz zostać bez buta. Niestety, w kiosku biletów brak.

7.41. Spóźniasz się sekundy na bezpłatny autobus.

7.43. Podjeżdża busik, ale pan nie ma jak wydać ci z 50 złotych, a ty za nic nie uzbierasz w portfelu 1,5 zł,masz ledwie 45 groszy i 50 eurocentów.  Tak więc wysiadasz. Co z tego, że masz urodziny. Na marginesie jako 29 latka nie noszę drobnych. Jestem taka bogata!

7.45. Nadjeżdża miejski autobus, dokonujesz desperackiego aktu wejścia do środka bez biletu. Oczywiście kierowca nie ma jak wydać ci z 50 złotych reszty, a ty nie uzbierasz rozbójniczej kwoty 3,80 za przejazd jednego przystanku. Trudno jedziesz na gapę. Pierwszy raz w 29 letnim już życiu. Czujesz lekki dreszczyk napięcia i trochę ci wstyd.

7.47. Z tyłu autobusu dobiega cię niespieszny głos – bileciki do kontroli. Myśli plączą ci się w głowie. Po pierwsze wstyd, ogromny, po drugie żenująca sytuacja bo nie masz dowodu przy sobie, więc nie obędzie się bez policji, a po trzecie, kurcze mam urodziny, co to za prezent, mandat? A po czwarte, jeździsz tym autobusem tyle lat, i zawsze masz bilet. I nigdy nie ma kontroli. I jak nie masz raz biletu to od razu kontrola?

7.48. Pan przechodzi obok ciebie.

7.49. Pan przeszedł i tyle.

7.50. Wysiadasz. Nikt za tobą nie goni. Uff. Jest ci tak wstyd, że następnym razem kupisz dwa bilety. I dwa skasujesz.

7.55. Jesteś w pracy. Byłabyś dwie minuty temu, ale spotkałaś po drodze ulewę. Skąd? Przecież na niebie nie było ani jednej chmurki? Nie wiesz. Jesteś mokra. Bo parasol włożyłaś do tej drugiej torebki. Jak zwykle. Pech.

8. 00. Jesteś w pracy. Nie ma konfetti, banerów z napisem – Madzi 100 lat. Balonów też nie ma. Nie ma tortu, hawajskich spódniczek i imprezy. Urywa się za to telefon. Jest awaria komputera, duchota i ból głowy. Witajcie w 29 roku życia.

9.14. Praca, praca, praca. Jest ci źle. Na szczęście znajomi pamiętają i ślą miłe wiadomości. Ale i tak czytasz to po łebkach bo pieczone szparagi nie masz czasu. Nad głową masz zdenerwowanego szefa.

9.39. Szef je kanapkę. Ser, ogórki małosolne i razowy chleb. Korzystasz więc z chwili wolności i robisz sobie malutki prezencik. Wysyłasz pewnego maila.

11.50. Ciągle w pracy. Tak, tak, bycie 29 latką to nie to samą co bycie 17 latką. O tej porze roku w moje urodziny miałam już wakacyjny luz. A teraz pracuję.

12.00. Trochę się niepokoisz czy dojdzie twój prezent dla samej siebie. Boli ciebie głowa. Klienci sa coraz bardziej męczący. Do tego dzwoni kierowca, popsuło mu się auto, stoi 120 km dalej i nie wie co robić ? Towar nierozwieziony, auto trzeba holować. Uff, pracy nadmiar.

13.00. Czas na sekundę przerwy. Herbata i tyle. A raczej łyk herbaty. Ten dzień jest tak męczący, że mam ochotę by się już skończył. Wszystko idzie nie tak. Jako 28 latka zdecydowanie miałaś mniej pracy! Jedyne pocieszenie. Od dziś bliżej do emerytury.

13.30. Jest, jest, jest mój prezent. Co tam te wszystkie nerwy i stresy. W końcu mi się udało. W końcu, po paru latach usłyszałam  te słowa – dla Magdy w dniu urodzin Depeche Mode – Walking in my shoes. Prawie jakby panowie zagrali dla mnie osobisty koncert. Taki króciutki, na jeden utwór. Muzyczna poczta UKF działa.

14.55. Pakujesz manatki, koniec pracy. Dziś krócej o dwa kwadranse, idziesz na zakupy.

15.15. Stoisz w absurdalnej kolejce. Rozmyślasz nad sensem życia w towarzystwie kurczkowych nóżek.

16.00. Odbierasz prezenty. Gustowny wisiorek od rodziców, kolczyki i książkę od rodzeństwa. W sumie jest ci miło.

16.10. Dostajesz kolejne miłe życzenia. Wszyscy nagle chcą ci przypomnieć, że się zestarzałaś. Ale nie powiem, jest miło. Kiedy biorę telefon do ręki, przypadkiem, całkiem przypadkiem dostaję prezent od losu.

16.11. Tak tak, 11 lutego Depeche Mode zagra w Gdańsku koncert!

16.13. Co z tego, że lipcowy koncert jeszcze się nie odbył, ty już planujesz następne wyjście!

16.15. Rozważna część twojej 29 letniej osoby każe ci przystopować, wydasz teraz 250 zł na kolejny bilet?

16.17. Odpłyń rozsądku. Ja myślę sercem.

16.19. Analiza wpływów i odpływów. Przed zbliżającym się koncertowym weekendem nie stać mnie na zakup biletu. Jestem w urodzinowej rozpaczy.

16.30. Tak, jestem w punkcie Lotto. Mam urodziny, zawsze wtedy puszczam kupon, nigdy nie wygrałam, ale może dziś? Pani do pełnego rachunku dodaje zdrapkę, Słonik na szczęście.

16.32. Drapię. Zamiast słonika znajduję lwa i dwie żyrafy. Jest też małpa.

17.00. Pogrążam się w rozpaczy. Dzwoni babcia, chce życzenia złożyć osobiście. Będzie za kwadrans.

17.05. Jestem w monopolowym. Drugi raz w życiu. Mama mi kazała! Naprawdę. Mam kupić Advocat na przyjście babci.

17.06. Pani pyta mnie o dowód na ukończenie 18 lat. Śmieje się gdy mówię, że dziś kończę 29 lat. Nie wierzy, chyba z ciekawości bierze dowód. Zastanawiam się czemu teraz mam dowód, a rano go nie miałam?

17.40. Przybywa babcia, daje mi torebeczkę, widzę czekoladki, pytam się więc siostry, jakie są szanse, że w czekoladkach ukryty jest bilet na Depeche Mode w Gdańsku? Siostra nie zostawia złudzeń. Szanse ocenia marnie.

17.45. W czekoladkach nie było biletu. Była za to koperta. W środku połowa mojej pensji. Babcia zaszalała! Dosłownie i w przenośni. Sprawa koncertu się wyjaśnia! Jestem w siódmyn niebie.

19.00. Zaraz zaraz, gdzie to niebo? Kiepsko się czuję. Nie, nie piłam tego Advocata.

21.55. Leżę w łóżku. Jest mi na zmianę zimno, to ciepło. Okropnie boli mnie głowa. Starość nie radość.

W drugi dzień mojego 29 lecia, mogłam się zorientować, że mam już zacny wiek. Doczłapałam się do pracy, i siedząc przy biurku, popijając herbatkę umówiłam się do lekarza. O ile jako 28 latka na wizytę czekać musiałam minimum 2 dni robocze, teraz zostaję zapisana na ten sam dzień. W gabinecie pani też wykazała więcej troski. Poprosiła o objawy, a następnie wzięła malutką walizeczkę i dokonała oględzin wewnętrznych. Otóż drodzy Państwo,w  wieku 29 lat nadrobiłam dziecięce zaległości i pierwszy raz w swoim 29 letnim żywocie zachorowałam na zapalenie ucha. Prawego konkretnie. Boli jak diabli. Dostałam krople z antybiotykiem i nakaz relaksu. Także tego, mieć 29 lat to nie przelewki. Starość nie radość.

Cóż mogę dodać. Mieć 29 lat jest nieco bardziej zwariowane niż mieć ich 28.

dee5a6d699a5215c8574f69c48e01ef5

Ścieżka dźwiękowa-  Red Hot Chili Peppers – Under the bridge

Było ich trzech…

Było nas trzech, w każdym z  nas inna krew, ale jeden przyświecał nam cel..

Za kilka mieć u stóp cały świat, wszystkiego w bród.

 

No dobrze, nie było ich trzech. Były one trzy. Poznały się prawie 10 lat wstecz. Nie, to była wielka sympatia od pierwszego wejrzenia. Ani nawet od tego drugiego. Nie było tańczących motylków i trzęsącej się posadzki. Nie. Było dziwnie. Pamiętam jak stałam z moją przyjaciółką z dzieciństwa w wielkiej auli. Tę część początku roku akademickiego miałyśmy wspólną, potem ona poszła piętro wyżej, ja zostałam na parterze. W tłumie, dzikim tłumie, zobaczyłam mojego kolegę z podstawówki. Zrządzeniem losu mieliśmy studiować razem. Kolega? Dziwne to było. On doszedł do naszej klasy na ostatni rok. Był wyjątkowo dziwny. Bardzo dziwny. Zresztą dziwny został do dziś. Wtedy nie wiedziałam tak do końca czemu jest dziwny, ale dziś czytając chociażby w gazetach, czy si jego rodzinie już wiem czemu był i jest dziwny. Sama się dziwię, że mogliśmy rozmawiać i nie doszło ani razu do rękoczynów. Z mojej strony oczywiście. W każdym razie wracam do tematu. Obok kolegi stała dziewczyna, okazało się,że razem będziemy studiować, a oni razem chodzili do liceum. Przedstawił nas sobie, ale szczerze? Byłam wściekła, że los postawił na drodze jakąś życzliwą duszę z takim „dodatkiem”. Ona ubierała się dziwnie, cała na czarno, kolczyki wszędzie gdzie się da,non stop paliła papierosy i opowiadała o jakiejś dziwacznej muzyce. Do tego miała dziwne pasje, i tak naprawdę nie było chyba nic co mogłoby nas połączyć. Zero, kompletne zero. Następnego dnia wracaliśmy razem tramwajem, kolega wyszedł pierwszy, w zasadzie to gdzieś się śpieszył i po 2 przystankach nas zostawił. Nas czekała jeszcze 20 minutowa podróż. Oho, będzie miło pomyślałam sobie. I wtedy ona coś powiedziała, to było tak absurdalne, że aż śmieszne. Zaczęłyśmy rozmawiać i zamiast do domu poszłyśmy do kawiarni. Okazało się, że najbardziej lubi rumiankową herbatkę i mini pączki. Że ma fenomenalne poczucie humoru, że po szkole jest wolontariuszką w domu dziecka, że kocha piec ciasta, i gdy nikt nie widzi to parodiuje Stachursky’go. Okazała się zupełnie inną osobą! Ciepłą, życzliwą, sympatyczną, otwartą na innych. Owszem, dalej paliła jak smok, czasem nie wiedziałam o czym mówi kiedy wpadała na temat – mordercze gry komputerowe, ale połączyło nas tyle przygód. To Ewa zatrzymała tramwaj kiedy złodziej ukradł mi portfel i w spódniczce rzuciła się w pościg – krzycząc bez sensu- oddaj  bilet. To z Ewą „podrywałyśmy” co ciekawych studentów, rzucając im pod nogi chusteczki. Oczywiście nasze łowy były zupełnie nieskuteczne, ale za to nawiązałyśmy bliskie relacje z paniami woźnymi. To z Ewą zapomniałam raz przez cały semestr chodzić na wykład. Tak, zapomniałam, nie wiem jak, nie wiem. Naprawdę mi wstyd, ale tak było. Zapomniałyśmy o pewnym przedmiocie i bach, wydało się w czerwcu. Niezrażone postanowiłyśmy jednak iść po wpis do indeksu. Wiedziałyśmy tyle – pani nazywa się Jolanta i ma ciemne włosy. Dziarsko pojechałyśmy na inny wydział, znalazłyśmy pokój numer 15 i zapukałyśmy. W środku była pani, ciemne włosy, nazywała się Jolanta co potwierdził ktoś z kim była w tym pokoju, nazywając ją Jolą. Dzielnie więc poszłyśmy do jej biurka i powiedziałyśmy, że i owszem zapomniałyśmy przyjść na 8 wykładów, ale nie zrobiłyśmy tego celowo. Po prostu jesteśmy gapy i tyle. I słyszałyśmy, że pani zażądała od tych co nie przyszli po wpis by zdawali jakiś test, i jesteśmy gotowe go zdawać, byleby dostać wpis. Pani miała nietęgą minę, zaczęła nas przepraszać, tłumaczyć, że jej wykłady są nieobowiązkowe, nawet się zapytała kto nas nastraszył tym testem. Kiedy kolejny raz usłyszałyśmy – przykro mi, że panie straciły poranek by tutaj przyjechać po ten wpis, mogłyśmy się umówić u pań na wydziale, dałyśmy szybko indeksy, licząc na szybki wpis. Pani spojrzała na rok i kierunek studiów i wpadła w dziki śmiech. Powiedziała głośno – Jolu, te panie są do ciebie. Jaka Jola? Halo, halo. Zza szafy wyszła pani Jola, nasza pani Jola. Której wzrok mroził. Pani Jola powiedziała,że skoro już jesteśmy to może zrobimy sobie teścik. Pani nie chciała Ewy przepuścić, bo dziewczę przygotowane nie było, ja zdałam koncertowo. Ewa wtedy rzekła – ale czemu pani się gniewa, że pani nie poznałam, skoro nie byłam na wykładzie to chyba naturalne, że się nie znamy? Szybko wzięłam swój indeks i wyleciałam z pokoju byleby nie dostać przekreślenia zaliczenia i wyrzucenia ze studiów. Nie wiem jak ona to zrobiła, ale wpis dostała. Po tej historii przez 3 dni nie mogłyśmy na siebie patrzeć. Nie, żeby były jakieś waśnie. Płakałyśmy ze śmiechu wspominając panią Jolę. Tak, z Ewą mam masę wspomnień.

Z Kasią też nie poszło nam tak gładko. O ile szybko przekonałam się do Ewy, to z Kasią było inaczej. Chodziłyśmy do jednej grupy na zajęcia. Ale ja zaprzyjaźniłam się z Ewą, a ona jakoś nie pasowała do nas. Była za ładna jak na nas dwie, nosiła się tak poważnie, miała już narzeczonego i w ogóle, wydawała się sztywna i takie ą i ę. Mówiłyśmy sobie cześć i tyle było z naszej relacji. Aż pewien pan doktor nie wymyślił sobie, że mamy we trzy napisać referat. Cieszyłam się, że mamy go pisać we trzy, bo sama z Kasią chyba bym nie dała rady. Lekko mnie onieśmielała, z tą idealną kreską na oku i perfekcją w oku. Pech chciał, że w umówionym dniu Ewce coś wypadło i musiałam sama z Kasią siedzieć w bibliotece. Najpierw podchodziłyśmy do siebie jak do jeża, ja bałam się odezwać, a ona chyba nie wiedziała o czym ze mną rozmawiać. Ale po nitce do kłębka. Nie wiem która z nas powiedziała – to jest strasznie nudne, mam ochotę na gorącą czekoladę, idziesz? W każdym razie od tamtej pory stałyśmy się nierozłączne. Za tymi idealnymi kardiganami i kreską na powiece kryła się moja bratnia dusza. Szybko okazało się, że wszystkie trzy nadajemy na tych samych falach. No ok, to były trzy różne pasma, ale zdecydowanie łączyły się w jedno. Sama nie wiem jak to poszło, i kiedy uznałyśmy, że jesteśmy stworzone do bycia przyjaciółkami. Jadąc na uczelnię wysiadałam z tramwaju 4 przystanki wcześniej, i grzecznie czekałam aż Kasia dojdzie na przystanek. Ten ostatni odcinek musiałyśmy pokonać razem, ustalić plan dnia i opowiedzieć co się działo, kiedy się nie widziałyśmy. Czyli co działo się poprzedniego wieczora. Sama już nie wiem kiedy Kasia poprosiła bym została świadkiem na jej ślubie. Nie wiem kiedy polubiłam jej męża jak brata. Nie wiem kiedy poznałam całą rodzinę i stałam się jej częścią. Taką częścią, że kiedy jej tata widział mnie na mieście, stojącą na przystanku, zatrzymywał się by mnie podwieźć do domu. Nie wiem kiedy moi rodzice polubili Kasię na tyle by iść na jej ślub i codziennie dopytywać co słychać u ich córeczki. Jej córka mówi, że jestem jej ukochaną ciotką, i jak nie widzi mnie dwa tygodnie i wpada w złość. Jestem na wszystkich ich rodzinnych imprezach, bo stałam się jakoś tak po prostu częścią ich rodziny. Nie, nie myślcie, że było zawsze tak różowo i kolorowo. Oj, kiedyś pokłóciłyśmy się na śmierć. Nie odzywałyśmy do siebie i uznałyśmy, że ta druga to świnia po wsze czasy. Ale nie wytrzymałyśmy bez siebie. Co było to było,  a ile przed nami. I skupiłyśmy na przyszłości. Bo życie wydawało nam się krótkie czy spotkać się dopiero na cmentarzu, na grobie jednej i ta druga w gustownym czarnym płaszczu, kapeluszu, wsparta o laskę, miałaby wylewać gorzkie łzy i zadawać pytania -dlaczego nie pogodziłyśmy się wcześniej, ach dlaczego? Owszem, pewnie Ania Shirley uznałaby to za bardzo widowiskowe,ale nam było szkoda wspólnego czasu. Zjadłyśmy więc czekoladę pokoju i od 7 lat nie kłócimy się nic a nic. Za to nauczyłyśmy się mówić sobie otwarcie o wszystkim.

e8983f928586c2cda983ca71c58d7e25

Po studiach wiadomo, codzienność. O ile z Kasią kontakt mamy częsty i osobisty, bo po ślubie mieszka ledwie 3 kilometry ode mnie, to o tyle z Ewą było gorzej. Owszem, często rozmawiałyśmy drogą komputer, komputer, ale przez to mocno się od siebie oddalałyśmy. Brakowało nam naszych wygłupów, śmiechów i bycia razem. Tego czasu kiedy nie patrzymy co wypada a co nie. Cieszymy się sobą i swoją obecnością. Pamiętam nasze czwartki. W każdy czwartek miałyśmy 3 godzinne okienko,. które spędzałyśmy plotkując i omawiając najważniejsze sprawy dla młodych dziewczyn. Kto, z kim i po co. Albo dlaczego? Wiosną chodziłyśmy do parku oliwskiego i skakałyśmy po kamieniach. Szłyśmy nad morze, w mniej przyjazną aurę, za miejsce spotkań robił nam parapet. Wszyscy nam zazdrościli naszej relacji. Mówili o nas – słodkie wariatki. Ale wiadomo, koniec studiów, początek dorosłego życia.

Każda z nas tęskniła, ale nigdy nie było okazji. A z czasem pewnie i chęci. Bo z każdym miesiącem i rokiem, coraz więcej nas dzieli, a  nie łączy. Nasza trójka skurczyła się do dwójki. Ale i tak 99 % naszych spotkań to były spotkania u niej w domu, bo dziecko. I wszystko kręciło się wokół małej. Owszem, kocham ją jak swoją córkę, ale gdzieś te trzy szalone dziewczyny całkiem zniknęły. I wtedy powiedziałam sobie dość. Trzeba coś z tym zrobić, póki można. Szybko umówiłam nam spotkanie. I chociaż zaczęły marudzić, przekładać terminy, to byłam nieugięta. Spotkanie dograne. Co prawda nie czwartek, a środowy wieczór.

Umówiłyśmy się na Starówce w miłej kawiarni, było ciepło, siedziałyśmy więc w ogródku. Jedna jadła wegańskie lody, druga popijała mrożoną herbatę bez lodu,a  trzecia jadła czy też piła deserową kawę z bananem i czekoladą. Bałam się,że początek będzie sztywny, ale Ewka od razu rzuciła nam się w ramiona. Od razu też złapałyśmy swój rytm. Obgadywałyśmy przystojnych facetów, i tych troszkę mniej też. Śmiałyśmy się z naszych problemów, które nagle przestały być problemami. Rozmawiałyśmy tak jakbyśmy rozstały się ledwie wczoraj pod uczelnią.

19204900_1689625391077500_1196759608_o

Poszłyśmy na długi spacer wiosennym jeszcze Gdańskiem. Zachowywałyśmy się troszkę jak te urocze wariatki. Śmiałyśmy jak idiotki, robiłyśmy setki zdjęć i każda z nas palnęła niejedną głupotę. Dawałyśmy sobie rady, dzieliłyśmy sekretami i dylematami. Wszystko na wesoło. Nie wiedząc kiedy zrobił się późny wieczór. Wracałam z Kasią autem. Mówiłyśmy,że musimy częściej się spotykać. W tym samym momencie dostałam wiadomość od Ewki – kiedy nasze następne spotkanie? Nie mogę się doczekać.

Ja też nie mogę.

ac91e481ffc29b306de761e5fd01c71f

 

Ścieżka dźwiękowa – Fisz Emade Tworzywo – Telefon

Zaplątana

Dzisiejszy wpis zainspirował wczorajszy dzień, wróć, przedwczorajszy. Wczoraj miałam wolne. A raczej droga do pracy. I 12 razy przesłuchany ten sam utwór. Tak, tak, zaplątałam się. Zapętliłam. Czasem tak mam. Są takie piosenki, których nie potrafię słuchać jeden raz. Ledwie się zacznie a ja zaczynam żałować, że upłynęło już 5 czy 10 cennych sekund i piosenka pędzi. A ja bym chciała ją zatrzymać. I zatrzymuję ją przy sobie w oryginalny sposób. Czyli po prostu puszczam sobie non stop. I o dziwo, są takie utwory, które mimo tego puszczania od nowa i raz jeszcze, nigdy mi się nudzą. Dziw to wielki, ale tak jest. Raz tak się zapętliłam , że całą drogę na wakacje – 300 km, słuchałam tylko jednej piosenki. Dalej ją lubię!

Zapraszam więc na przegląd moich zapętleń.

Na pierwszym miejscu będzie moje ostatnie zapętlenie. Piosenka wpadła mi w ucho ponad rok temu. Ot, czekałam na Fakty, leciała reklama, Jude Law wsiadał do super auta, w tle leciała ta piosenka, a ja przepadłam. Od razu zaczęłam szukać tego utworu, znalazłam i słuchałam jak zaczarowana. Potem na trochę mi przeszło. A ostatnio znów wróciło. Ze zdwojoną siłą. Nie ma możliwości bym nie zrobiła sobie codziennie seansu z tą piosenką. I jest to o tyle dziwne, że ten utwór nie jest jakoś specjalnie w moim stylu. Ale ma w sobie olbrzymią moc! I ta moc zdecydowanie mi pasuje i wprawia we wspaniały nastrój. Z pewnością nie kojarzycie tego nazwiska, więc przedstawiam Jimi Charles Moody. Tajemniczy młody Brytyjczyk, który dosłownie i w przenośni skradł moje serce.

Jimi Charles Moody – House of Moody

Następny utwór jest spokojniejszy. Ale dużo, dużo smutniejszy w odbiorze. Nie przeszkadza mi to jednak iść ulicą i śpiewać. I musi wyglądać co najmniej idiotycznie kiedy tak sobie drepcze w radosnej sukience w kwiatki i śpiewam, że w zasadzie to samobójstwo nie jest tak bolesne jak się mówi. Może już niektórzy będą kojarzyć. Ale nie powiem od razu, kto,co i dlaczego. Otóż ten zespół nie tylko tworzy wspaniałe piosenki swoje, własne, i osobiste, ale i genialnie działa w kwestii coverów. Ich interpretacje znanych utworów są często dużo, dużo lepsze niż oryginały-tak Rihanno, patrzę na ciebie. Nie inaczej jest i z tą samobójczą piosenką. Zasadniczo, na przekór, im częściej jej słucham, tym mam lepszy humor ! Duża w tym zasługa głosu wokalisty, po prostu mnie urzeka i wprawia w ekscytację. W pewnym momencie tej piosenki po prostu mam dreszcze. I mam ochotę spacerować, chłonąć piękno świata i nigdy nie wyłączać tego utworu. Najgorzej jak usłyszę ją rano w radiu, wtedy cały dzień chodzi mi po głowie. A gdzie tam po głowie, po całym ciele ! I non stop ją sobie nucę. Panie i Panowie., Manic Street Preachers.

Manic Street Preachers – Suicide is painless ( Thehe from MASH)

Będzie po polsku. Młoda wokalistka, piosenka  o nieco pokręconym tekście, mocny głos i dziwna energia. Ta energia dosłownie wsiąka mi w mózg. Zdecydowanie nie mogę poprzestać na jednym odtworzeniu. Jak na nią trafię to katuję bez ustanku. Uwielbiam ją śpiewać. Tak, szalenie podoba mi się jej tekst. Szczególnie ten fragment mówiący o tym, że bohaterka pieśni,chce oglądać całą gamę złości w kości i chce poczuć z kimś tlen. Wiem, wiem,dla kogoś może to być idiotyczne, ale ja nie potrafię się powstrzymać i słucham  tej piosenki aż mi padnie bateria w telefonie. Daria Zawiałow i jej Malinowy Chruśniak. Uwaga, z tym utworem jak z malinami, trudno poprzestać na jednym razie!

Daria Zawiałow – Malinowy Chruśniak

Teraz zmieniam klimat. Będzie parę panów w średnim wieku. Kiedy oni zaczynali to pani Darii nie było jeszcze na świecie. Panowie są z Polski, pewnie każdy ich dobrze zna. Nie musi lubić oczywiście, ale znać zna. I pewnie ma jakieś wspomnienia związane z ich muzyką. Ja mam. Mam takie, że oczywiście ciężko mi wyłączyć ich piosenkę. To jest śmieszne, ale moja mama kochała ten utwór. Tak bardzo, że przeszło na mnie. Miałam parę lat i śpiewałam razem z wokalistą, że znowu pada deszcz. I tak mi zostało. Potrafię kilkanaście razy z rzędu się zapomnieć i śpiewać ( za głośno), że jak się nie umie kochać wprost to kpi los i pada deszcz. Szczególnie jest to groźne kiedy mam zły nastrój. Wtedy nie odpuszczam. Katuję ten utwór do upadłego! Przepraszam sąsiadów, ale kiedy słyszę Lady Pank włącza się we mnie dzikie zwierzę i śpiewam jakby ktoś mi za to płacił.

Lady Pank – Znowu pada

Teraz czas na piosenkę samochodową. Nie wiem czemu, ale lubię ją sobie posłuchać jadąc autem. Potrafię tak non stop jej słuchać, aż dojadę do celu. O dziwo, ta piosenka w wersji niekoncertowej nie bierze mnie w ogóle, ot poleci, i koniec. Ale kiedy słyszę wersję z koncertu w Łodzi, to nie ma zmiłuj. Męczę samą siebie! I tak do upadłego. Non stop, aż pękają opony. No, może nie aż tak. Ale parę razy zirytowany kierowca chciał się mnie pozbyć z auta, mówiąc,a  raczej grożąc – jeszcze raz, a ciebie wysadzę. I wracaj sobie pieszo. Nie daję się. Tylko razem z wokalistą śpiewam, że trzeba trzymać fason. I klasę. Zawsze i w każdej sytuacji. Tak, tak, ten zespół to…. Toto.

Toto – Hold the line

I sam koniec. Wisienka na torcie. Nie mogło w zestawieniu nie znaleźć się moje ukochane Depeche Mode. Ta piosenka nie znalazła się na żadnej płycie jako jedna z 10-12 utworów, które znajdowały szersze uznanie i lądowały na płycie. To jest b-side, który moim zdaniem,, skromnym zdaniem, jest po prostu genialny. Sama nie wiem czemu nie znalazł się na płycie, ale liczę, że kiedyś tę tajemnicę wyjawią mi panowie, przy jakiejś herbatce. W każdym razie, kiedy zacznę słuchać tej piosenki to mam dreszcze. Uwielbiam napięcie, emocje, głos, muzykę, po prostu wszystko. Kiedy jej słucham zapominam, o całym świecie. Raz poszłam z nią na ustach na zakupy. Zapomniałam co miałam kupić, kupiłam zupełnie coś innego,ale zasadniczo w ogóle mi to nie przeszkadzało. Nic a nic. Kiedy tylko słyszę, że jeden dotyk, jeden pocałunek, a ona teraz ściga cienie jego ciała w swoim łóżku i jestem w niebie. Chociaż ta piosenka, no kurczaki pieczone, elektryzuje, zniewala, po prostu się rozpływam….

Depeche Mode – Ghost

Uwaga. Słuchacie na własną odpowiedzialność. Umywam się od wszelkiej odpowiedzialności, jeżeli i Was zapętli.

8c7c08a6017ba380dc19a264a44d4759

Chociaż na zdjęciu nie jestem oczywiście ja, to tak, mam w pokoju gramofon. Nie, nie kupiłam go w Biedronce. Używam codziennie. Tak, mam winyle. Zaskoczeni?

Ścieżka dźwiękowa –   Depeche Mode – A Pain That I’m Used To

I już tęsknię…

Nie, nie. Znowu nie będzie o tym jak to się zakochałam, poszłam na przecudowną randkę, typu kino na dachu teatru, potem lody, spacer po Starym Mieście a to wszystko zakończone podziwianiem wschodu słońca na plaży. Nie, nie. Nie będzie o tym to jak to tęsknię za weekendową labą, i narzekania, że znów przyszedł poniedziałek. Nie będzie narzekania, że tęsknie za spokojem jaki dawał mi tydzień bez siostry. A teraz wróciła, okropnie chora ( miks zapalenia krtani i zapalenia ucha) i swoim zachowaniem doprowadza mnie do szewskiej pasji. Nie, i jeszcze raz nie.

W piątek było po 23 już. Leżałam od kwadransa w łóżku. Jak na mnie była to już późna pora. Jako człowiek co rano wstaje, a to rano to dla niego 5 rano, powinnam już całkiem smacznie sobie drzemać. A ja dopiero co wzięłam relaksującą kąpiel. Zaszalałam. I kiedy tak próbowałam jednak nadrobić -choć przez chwilę, literackie zaległości, usłyszałam w radiu, że dzisiaj właśnie jest dzień przyjaciela. W zasadzie to już się kończy. Ale pani psycholog w materiale zapytała – czy pamiętaliście państwo dziś o swoich przyjaciołach? Pomyśleliście przez chwilę o nich. Szczerze się uśmiechnęłam.

Ten piątkowy dzień, ściśle rzecz ujmując popołudnie, spędziłam bowiem ze swoją przyjaciółką z podstawówki. Znamy się 22 lata. Szmat czas, aż nie chce mi się w to wierzyć. I wiecie co? Nie widziałyśmy się rok. Dokładnie 14 miesięcy. Mamy ciągły kontakt  przez telefon, maile, wiadomości, ale wiadomo, ona ma masę spraw swoich, ja swoich, ciężko nam zgrać termin. Co się umawiamy, to któraś musi przełożyć i odwołać. I zupełnie przypadkiem spotkałyśmy się właśnie w dzień przyjaciela. Miało być skromnie, szybko, trochę na wariata. Miała być szybka kawa. Zaczęło się jednak od plotek u mnie w domu. Jako, że sok nie zaspokoił naszego apetytu poszłyśmy do knajpy na obiad. Knajpa była na drugim końcu miasta. Szłyśmy i gadałyśmy jak szalone. Zamówiłyśmy to samo, zupełnie nieświadomie. Pasta z pesto i parmezanem. Kiedy dania wylądowały na stoliku przypomniałyśmy sobie, że obie nie lubimy parmezanu. I znów zagadałyśmy się tak, że właścicielka przytulnego bistro musiała nas wyprosić. Po prostu pół godziny temu powinna zamknąć knajpkę, a nam się przecież nigdzie nie śpieszyło. Potem spacer. Dziwna część, trafiliśmy na cmentarz. Spontanicznie moja przyjaciółka mówi – wiesz co chodźmy odwiedzić moją babcię, ona tak ciebie lubiła, na pewno będzie zadowolona, że wpadniemy do niej razem. Szalenie lubiłam jej babcię, ona mnie też. To była taka ciepła i życzliwa mi osoba. Niedawno zmarła, a , że praktycznie wychowywała moją przyjaciółkę były sobie szalenie bliskie i   ona bardzo przeżyła jej odejście. I tak stoimy na cmentarzu, a ona mówi – cześć babcia, przyprowadziłam ci Magdę, twoją trzecią wnuczkę. I chociaż moment był niezbyt radosny, to głowę daję, zrobiło mi się radośnie na sercu.

Wracałyśmy do domu okrężną drogą. Potem siedziałyśmy u mnie na kanapie, piłyśmy zieloną herbatkę i jadłyśmy tosty z masłem orzechowym i czekoladą. Moja przyjaciółka mówi mi – wiesz co , ja muszę przyjaźnić się z tobą do końca życia. Dlaczego? Bo jesteś jedyną osobą, która widziała jak sikam w majtki. I jedyną osobą od której pożyczyłam czyste majtki. Lepiej mieć ciebie po swojej stronie. Mamy prawie 30 lat, śmiejemy się jak te 8 latki na przerwie co grały w gumę i kupowały malinowe żelki po 5 groszy za sztukę. I ta siedzimy i gadamy, i mija nam kolejna godzina. I tak się ciężko rozstać. Ale trzeba.

I tak leżę w tym łóżku i słyszę jak pani psycholog mówi – przyjaźń jest wtedy, kiedy po spotkaniu, często po sporym czasie niewidzenia, tęskni się bardziej niż przed. Bo tyle jeszcze chciałoby się powiedzieć, tyle ważnych spraw omówić i podzielić się swoimi przemyśleniami.

Dokładnie tak się czułam. Zawsze tak mam. Po każdym spotkaniu, czuję ogromny niedosyt. Ale przez ten niedosyt przedziera się takie poczucie więzi. Takiej dziwnej. Bo nie musimy widzieć się często, ale wiemy, że jesteśmy sobie bliskie jak własne siostry. A czasem i bardziej….

d96136e8976e57d1a701b317de9ac530

W sobotę miałam zaś kolejne spotkanie. Tym razem okres niewidzenia się znacznie przekraczał rok. Mojego bardzo bliskiego kuzyna (moja babcia i jego dziadek to rodzeństwo) nie widziałam całe 9 lat. Nie dziwić to powinno, bo urodził się w Kanadzie i przyjeżdżał do kraju na zmianę z braćmi. Ostatnie spotkanie wypadło dokładnie 9 lat temu. Wtedy przyjechał dzieciak. Teraz dorosły facet po studiach. Towarzyszyła mu narzeczona, Kanadyjka o norwesko-belgijsko-irlandzkich korzeniach. Mieliśmy spotkać się na krótko, w końcu oni w Trójmieście byli tylko 5 dni, ale jak weszli to wyszli po ponad 5 godzinach. Chciałabym mieć jego luz, i otwartość. Wydaje mi się, że jednak nie jest to nasza rodzinna cecha, a rzecz nabyta. W każdym razie okazało się , że nie liczy się Ocean i lata rozłąki. Nie mogliśmy się nagadać.

89ae1aededcea51fc7ba3e09dbd19bbe

Tak, to był weekend pełen spotkań, wspomnień i pozytywnych uczuć.

Tęsknię do każdej chwili jaka minęła.

Ścieżka dźwiękowa –  Led Zeppelin – Good Times Bad Times

Matka Polka. Wersja restauracyjna.

Tak,tak to ja. Ta co lubi wkładać kij w mrowisko. Znowu będę poruszać związany z macierzyństwem. I będzie poruszać go ta co nie ma dzieci, i mieć nie będzie. Czyli można powiedzieć, panienka przemądrzała, wymądrza się i krytykuje. Bo się po prostu nie zna.

Trudno. Do podjęcia tego tematu sprowokowała mnie sytuacja sprzed paru dni.

Moja siostra kończyła 30 lat. Z tej okazji udaliśmy się rodzinnie do knajpy celem zjedzenia rodzinnego obiadu i wzniesienia toastu jagodową lemoniadą za szacowną jubilatkę. Dostaliśmy rodzinny stolik, na 5 osób. Wygodnie usiedliśmy, przejrzeliśmy karty, chcieliśmy składać zamówienie, i wtedy obok pojawiła się młoda rodzina z na oko 2,5-3 letnim dzieckiem. Wyglądali miło i bardzo sympatycznie. Zajęli stolik. Dziecko w kurteczce sobie spało. Pomyślałam, że pewnie zasnęło w aucie i rodzicom szkoda szkraba budzić. Mały grzecznie spał. Uroczy widok.

Złożyliśmy zamówienie. Obudził się i mały człowiek. Swoje niezadowolenie z powodu nadmiaru hałasów i obcego miejsca zamanifestował wrzaskiem i płaczem. Zaraz potem zaczął przeraźliwie kasłać. Istnie gruźliczo. Miałam wrażenie, że ma ochotę wypluć płuca. Chłopca nikt nie uspokajał, rodzice przeglądali karty i dyskutowali co wybrać. W końcu jednak wrzask ich obudził. Mama pogładziła loczki synka i rzekła na głos, donośny głos – Kazimierz tak krzyczy, bo mu gorączka spada. Zdrowiejesz synku.

I maluch postanowił chyba ostatecznie rozprawić się z chorobą, bo wpadł w dziki szał. Rodzice dalej wybierali napoje, spokojnie, w końcu Super Niania radziła olewać takie sytuacje. Patrzę na malucha, ma nienaturalnie czerwone policzki i szkliste oczy. Ta gorączka to tak niekoniecznie szybko spada. Nie dziwię się, że płacze i krzyczy. W końcu matka znajduje remedium na boleści maluszka, prowadzi go….

Tak, prowadzi go do kącika zabaw. W tym kąciku 6 dzieci w wieku od roczku do 5 lat bawi się wspaniale. I nagle wchodzi do nich gorączkujący Kazio z zapaleniem oskrzeli – na co wskazywał kaszel. 6 dzieci wyglądało na zdrowych. Mama pokazała Kaziowi zabawki i radośnie wróciła do stolika. Problem z głowy. Można dalej wybierać pyszności z menu. Dziecko okazało się jednak mądrzejsze. Na tym etapie nie chciało palić mostów i czuć na sobie gniew rodziców tych 6 maluchów i wróciło do swojego stolika. Weszło ojcu na kolana i postanowiło być grzeczne. Czyli grzecznie dostawać ataków kaszlu.

Co z tego,że dziecko się dusi. Rodzice zamawiają obiad. I wmuszają w malucha zupę. Mały Kazio apetytu nie ma, ale mama na siłę go karmi. Jak tłumaczy Kaziu musi wziąć antybiotyk. Bo jak nie weźmie niesmacznego syropu,to dostanie zastrzyk. Kaziu się boi i idzie na kompromis, zje sam makaron z zupy, byleby nie dostać zastrzyku. Je, i płacze. I tak non stop. Całą godzinę płakał i krzyczał.

Cały pobyt w restauracji upłynął pod hasłem – mamo do domu. Tak bowiem Kaziu krzyczał całe 1, 5 godziny. Mama w pewnym momencie powiedziała do syna – zaplanowałam sobie obiad i go zjem. A ty się uspokój i dostosuj.

No właśnie, mama zaplanowała sobie miłą i rodzinną niedzielę. Niestety życie z małym dzieckiem jest nieprzewidywalne, dziecko dostało gorączki i zachorowało. Mama nie zmieniła jednak planów. Obiad na mieście najważniejszy. Co z tego, że dziecko cierpi, mama musi się zrelaksować.  I nic jej w tym nie przeszkadzało, nawet gorączka jej dziecka.

Może jestem jakaś dziwna, ale wydaje mi się, że miejsce chorego dziecka z gorączką jest jego pokoju, w łóżeczku, pod kołderką. A nie w restauracji pełnej ludzi, gdzie jest głośno, duszno i nieprzyjaźnie dla chorego dziecka.

Bardzo lubię kiedy rodzice zabierają swoje dzieci w różne miejsca, nie przeszkadza mi to. Nie złoszczę się gdy maluch coś rozleje, zaszaleje, czy zareaguje zbyt entuzjastycznie. Ale nie będę udawać, chore, marudne i zmęczone dziecko powinno zostać w domu. Nie mówię już o komforcie reszty gości z uwagi na hałas, ale przecież w tym lokalu były inne dzieci, które mogą się łatwo zarazić.  To jest koronny argument. Drugi najważniejszy, to dziecko, rodzice, cała rodzina była szalenie zmęczona przez te ciągłe krzyki. Wyjście do restauracji to nie jest wylot na drugi koniec świata, nie trzeba planować tego z półrocznym wyprzedzeniem, śmiało można to przełożyć i wybrać się kiedy dziecko pokona chorobę.

Kiedy ja mam gorączkę leżę po kocem. Często nie mam siły by obejrzeć ze zrozumiem serial, nie w głowie mi wyjścia z domu. Nawet do lekarza, a co dopiero do restauracji.

 

A jakie jest Wasze zdanie. Chore dziecko  i restauracja pełna ludzi ? Za,  a może przeciw?

screamkidrest

Ścieżka dźwiękowa- Leonard Cohen – First we take Manhattan 

Książkowo-filmowy maj

Kulturalnie maj był bogaty, zarówno w obejrzane filmy, jak i w przeczytane książki. Tych ostatnich na liczniku mam 15. Weekend majowy zrobił swoje. Jak i 4 chorobowe dni pod koniec miesiąca. Z tych 15 pozycji jedna była jedynie totalnie i całkowita niestrawna. A reszta momentami aż za dobra!

Paulina Ptasińska i Wesele. Pani Paulina napisała niesamowicie infantylną i nudną książkę. Czegoś tak złego, nijakiego i bez sensu nie czytałam od dawien dawna. Powiem szczerze, Wesele powinno być zakazane wszystkim osobom powyżej 10 roku życia. Cóż to za fabuła? Otóż są sobie siostry, jedna ma męża, druga właśnie się zaręcza z okropnie bogatym typem,a  trzecia nie ma szczęścia w miłości. Ale przyszły pan młody ma brata, jeszcze bardziej bogatego. Historii dalej chyba streszczać nie muszę? Środkowa siostra zakochuje się w nim, a on w sumie traktuje ją dość dziwnie. Po drodze ona parę razy się zezłości, a on popatrzy na nią seksownymi oczami i ona się roztopi. I wiadomo, będą kolejne zaręczyny. A to ci niespodzianka,  prawda? Książka dla tych, które minimum 24 godziny na dobę rozmyślają o księciu z bajki. I nadmiar romantyzmu i różowych baloników nie wychodzi im bokiem.

 

Ale teraz będzie lepiej. Obiecuję.  Dwaj bracia Bena Eltona to fascynująca i porywająca opowieść o bliźniętach urodzonych w 1920 roku. Dwa bracia, jedna rodzina, jedno miasto, ale inna krew. I ta krew sprawia, że w świecie gdzie dojrzewa  i rozplenia się faszyzm i nacjonalizm Paulus i Otton mają zupełnie różne perspektywy na dalsze życie. Ta książka porusza, zachwyca, wzrusza, chwilami złości, a chwilami patrząc na głupie zachowania braci nieco śmieszy. To przepiękna opowieść o sile braterskiej miłości, przywiązaniu, sile wychowania, i wielkiej nadziei i odwadze. To jedna z takich książek, które szczególnie polecam, bo w prosty i dość przystępny sposób opowiada o trudnej historii, tak nieodległej.

Świat jest naprawdę piękny. Szkoda że są w nim ludzie.

Jak wiecie moi dziadkowie byli Litwinami, z dużą więc przyjemnością zabrałam się za Silvę Rerum, litewski hit. Z pewnym żalem muszę przyznać, że książka ta przeleżała na mojej nocnej półce…. 6 miesięcy zanim po nią sięgnęłam. Sama nie wiem dlaczego? Chyba dlatego, że mojemu tacie tak bardzo się podobała, że bałam się skonfrontować moją opinię z jego. Ale nie było czego się bać. Książka została napisana w rewelacyjny, nieco gawędziarski sposób. Ot, jak byśmy siedzieli przy kominku i słuchali opowieści wybitnego gawędziarza. Kronika życia rodziny Narwojszów wciągnęła mnie bez reszty. Myślę,że dzięki dużej lekkości i specyficznemu, ale przyjaznemu czytelnikowi stylowi, ta książka spodoba się każdemu. Bo czyta się sama. XVII wiek, okazuje się fascynującym czasem, kiedy rządziły proste wartości – miłość, wierność i przywiązanie.

Nazwać go diabłem byłoby retorycznym nadużyciem, choć delikatnie mówiąc, bakałarz filozofii Jan Kirdej Biront miał porachunki z Panem Bogiem, a to, że chętnie by Go spotkał ciemną nocą w ciasnym wileńskim zaułku i za pomocą pięści wyjaśnił, co o Nim sądzi, sam traktował jako najlepszy dowód swojej wiary w Boga.

Paulina Simons to pisarka, która wiele uwagi poświęca Rosji. Nic dziwnego, to kraj jej rodziców, z którego ona jako dziewczynka wyjechała i osiedliła się z rodziną w Stanach. Niemniej jednak Rosja jest jej bardzo bliska. Tym razem napisała ona książkę, relację z podróży do Leningradu. Szykując się do tworzenia swojej książki, która zdobyła serca milionów czytelników, postanowiła lepiej poznać Leningrad, miejsce gdzie w czasie wojny dziać miała się akcja jej powieści. Mieście, skąd ona pochodzi, gdzie się urodziła i spędziła parę lat życia. Gdzie wciąż ma rodzinę i dawnych, pierwszych przyjaciół. W tę podróż zabiera swojego ojca. Podróż w latach 90 do zmienionej, innej Rosji jest dla nich olbrzymim przeżyciem. Powrót do wspomnień, tych najbardziej bolesnych, jest naprawdę trudny.  Konfrontacja z przeszłością i teraźniejszością. Ta książka naprawdę robi wrażenie na czytelniku. Rzetelny dziennik a pięknej, ale wyjątkowo trudnej podróży. Przeczytałam jednym tchem. 6 dni w Leningradzie, polecam.

MIASTO-BOHATER LENINGRAD
[…] Te trzy słowa krzyczą w nocy, oświetlone aureolami aniołów: – głodowaliśmy, walczyliśmy i umarliśmy, ale się nie poddaliśmy.

Kolejna książka zaczęła się typowo. Małżeństwo, takie raczej nudnawe, ona ma rozterki, bo chyba nie kocha go tak bardzo jak on ją, mieszkają sobie na prowincji i wiodą nudne życie. Aż ona dostaje pracę w Londynie i regularnie zaczyna jeździć do niej nocnym pociągiem. Nocny Emily Barr to książka zaskakująca. Owszem,nie jest to wybitne dzieło, ale tak zaskakująca, że czytałam ją z wielkim zainteresowaniem. Po jej przeczytaniu wiem, że w nocnym pociągu nie tylko się śpi. A banalna podróż do pracy, może całkiem odmienić czyjeś życie. Zdecydowanie polecam wszystkim tym, którzy poszukują lekkiej, ale oryginalnej pozycji. W sam raz na wakacje.

Musso przyzwyczaił swoich czytelników do oryginalnych i niebanalnych historii. Czasem to bywa aż za irytujące. Ale, ale. Tym razem dałam się zaczarować po całości. Ta chwila, to nie jest książka, o której łatwo się zapomni. Przenosi bowiem w zupełny inny wymiar. I przypomina o tym , że życie składa właśnie z takich chwil. Tych wszystkich niepowiedzianych słów, odłożonych telefonów, odwołanych spotkań. Chwila, moment, mija sekunda, i jesteśmy starsi. Mija 10, 15 lat, jesteśmy w zupełnie innym momencie życia. Co było wczoraj zupełnie się nie liczy. Czy nie warto byłoby więc odpuścić ? Magia, tajemnica, rodzinne historie. Mnie wciągnęła i całkiem pochłonęła.

…pamiętaj , CZAS jest graczem namiętnym, co WYGRA bez szachrajstw każdą partię…

Filmowo. 9 obrazów za mną, dość dobry wynik. Oczywiście najlepszym filmem maja uznałam Klienta, było to wiadomo od 2 maja, że to mój typ. Jako, że szczegółowo go opisałam, to daruję Wam moje kolejne zachwyty. Byłoby to śmieszne, choć pewnie przyjemne dla reżysera. Wróćmy do tematu. Jakie filmy mnie ujęły, a jakie zdecydowanie odrzuciły?

Ujął mnie Wstrząs. Tak, to dziwne, ale film z Willem Smithem mogę uznać za naprawdę dobry. Chociaż tematyka związana z amerykańskim futbolem nie jest tym co naprawdę mnie kręci. Ale, ale, ta historia naprawdę wciąga, a sposób jej opowiedzenia sprawia, że film ogląda się z prawdziwą przyjemnością. Film powstał na podstawie prawdziwej historii. Historii lekarza, który odkrył powiązanie między urazami głowy, a późniejszymi samobójstwami zawodników. I stanął do walki z olbrzymim związkiem. Wszyscy przeciw jednemu. Nie sądziłam, że film o wpływie sportu na zdrowie zawodników w połączeniu z Willem Smithem mi się spodoba, ale podobało.

20160312185833

Na plus mogę też ocenić film  Przyjaźń czy kochanie? Wiem, wiem, tytuł sugerować może banalną komedię romantyczną, a jest zgoła inaczej. Historia dzieje się w Anglii, w XVIII wieku. Jest to więc film kostiumowy, opowiadający o intrygach, miłosnych oczywiście. Lady Susan Vernon, jest młodą wdową, o wątpliwej reputacji, która w posiadłości szwagra próbuje przeczekać skandal z jej udziałem, a także zabezpieczyć sobie bezpieczną przyszłość. Czyli w skrócie szuka bogatych kandydatów na męża, dla siebie i córki. Czegóż się w końcu nie zrobi dla finansowego komfortu… Pełna intryg, pomyłek i cynizmu komedia. Naprawdę świetnie zagrana, idealna rozrywka na środek tygodnia.

film_duze

Teraz minusy. Planeta Singli. Gdzieś przeczytałam, że po zobaczeniu tego filmu publiczność i krytyka głosiła, że instytucja komedii romantycznych w naszym kraju jest uratowana. Otóż, powstał film zabawny, dowcipny i inteligentny. Widać jestem jakaś dziwna, ale powiem szczerze, ten film był dla mnie żenujący. Oglądałam go z niesmakiem. Zamiast komedii, wyszedł dramat. Dla mnie wszystkie w tym filmie było sztuczne, żenujące i bez sensu. Przecież wiadomo, że jeżeli jesteś 27 letnią  nauczycielką muzyki w szkole chodzisz w sweterkach pod same uszy, masz okulary i własne mieszkanie w Warszawie. I nie masz faceta, i boisz się,że umrzesz samotnie. I masz idiotyczne koleżanki. I w kawiarni spotykasz gwiazdę telewizji, która proponuje ci udział w swoim „szoł”. I jest „szoł”.

600756_1-1

 

 

Zmieniam gatunek. Pomińmy romantyczne komedie, Wizyta. Kto oglądał 6 zmysł, rączka w górę? Właśnie, wszyscy widzieliśmy i się zachwyciliśmy. Ten sam reżyser, czyli M. Night Shyamalan od lat jedzie jednak windą w dół i tworzy filmy, które nie zachwycają, ale sprawiają, że o 6 zmyśle można mówić jako o wypadku przy pracy. Ot, udał mu się jeden, może dwa filmy i tyle. Teraz próbował się zrehabilitować przy pomocy Wizyty. Filmu mówiącego o wizycie dwójki nastolatków u nigdy nie widzianych dziadków. Dziadków, którzy z każdą kolejną chwilą coraz dziwniej się zachowują. Po horrorze oczekuję jednego – obejrzę i trzy dni będę spała z zapaloną lampką. Tutaj nie doświadczyłam choć cienia gęsiej skórki. Zupełnie nic. Jakbym oglądała Przyjaciół. Dziwny, pokręcony film, który nuży.

the-visit-deanna-dunagan

W maju obejrzałam też film o najdziwniejszym tytule. Emigrant w żelkowej malinowej łódce. Tak zwany film środka, ni dobry, ni zły. Ale tytuł zwalił mnie  z nóg. No dobra, leżałam na łóżku, więc nie zwalił dosłownie, ale w przenośni na pewno.

A ja muszę dodać- piękna pogodo wróć!

Ścieżka dźwiękowa-  The Dumplings – Technicolor Yawn

Z czerwonego dywanu

Jest weekend. Wiadomo, podczas weekendu nie ma czasu na trudne tematy, które są trudne, i dlatego, że wszyscy wiemy jak są trudne, to trzeba je omówić, by przekonać się jak bardzo są trudne. Ja od razu zajmę się tematem lekkim, ładnym i przyjemnym. Jak wiecie, na modzie znam się tyle o ile. To znaczy wiem co mi się podoba a co nie. Czyli podstawy mam. Lubię obejrzeć z moją mamą ładne sukienki. Dlatego też wieczorami mama często mnie woła by pokazać jakąś kreację wprost z czerwonego z dywanu. Omawiamy, wymieniamy spostrzeżenia, oceniamy. Dlatego dziś, z okazji weekendu, przeniesiemy się do słonecznego Cannes i pooglądamy sukienki. Nie powiem, że piękne sukienki, bo niektóre potrafią sprawić, że człowiek traci wzrok i docenia swój domowy dres. Nudny, zwykły, ale z jaką klasą! Także popatrzmy na wielkie aktorki, sławne modelki i malutkie gwiazdeczki, które przyjechały tam by oglądać filmy, promować kosmetyki, albo same siebie.

Zacząć od tych pięknych, czy tych co mnie szczerze przerażają? Zacznę od tych drugich. A czemu by nie? Miejmy to za sobą.

Pani Emily Ratajkowski. Swojskie brzmiące nazwisko i to tyle. Nie wiem kim ta pani jest. Wiem, że jest ładna, a dzięki internetowi wiem, że potrząsała pupcią w jakimś teledysku. Ładna, zgrabna, potrafi potrząsać, uwaga, może zatrząść światem. Czy światem mody? Patrząc na tę kreację nie sądzę. Emily wygląda bowiem jakby zapomniała do końca się ubrać i przywdziała na prędce koronkowe body, które nosi po domu gdy czeka na narzeczonego. Ale poszła w nim na czerwony dywan. Te dwa coś-naprawdę nie wiem jak to nazwać, przypomina mi nieco jaszczurkę. To znaczy Emily odziana w body przysiadła na jaszczurce. Wiele jestem w stanie zrozumieć, ale konstrukcji tego czegoś zupełnie nie łapię. Ale jak mówiłam, nie znam się widocznie. Suknię stworzył niejaki Peter Dundas. Przyznaję, chłop ma ogromną wyobraźnię.

all-ons_1063006172-dsc

Aishwarya Rai. Tak, nie jest to kopciuszek, a słynna Hinduska. Pamiętam jak dawno temu oglądałam dokument o ślubach amerykańskich Romów. I była tam panna, która miała bardzo, bardzo, bardzo szeroką suknię. Tak szeroką, że nie zmieściła się w przejściu między ławkami i do ołtarza musiała iść bokiem. A i tak zahaczała o gości. Widać Aishwarya też oglądała ten dokument i postanowiła pobić tamtą pannę młodą. Udało się jej. Wiecie, ja wszystko rozumiem, ale jeżeli metryka wskazuje 44 lata, pakowanie w sukienkę, która mówi- jestem zakochana w Belli i chętnie ubieram sukieneczki księżniczek z Disneya jest trochę śmieszne. Poza tym mam wrażenie, że w środku tej sukienki dwóch asystentów piękności z czerwonego dywanu dzielnie podtrzymuje kreację i pomaga jej iść.

 

aishwarya-rai-bachchan-in-michael-cinco-2

Kendal Jenner. Nie będę udawała, że jej nie znam, bo przecież sama pisałam, że w chwilach braku energii życiowej, oglądam ich reality show w ramach terapii. Zawsze myślałam,że to jest ta najbardziej rozsądna siostra. Czy modowo również? No właśnie chyba nie. W przypadku tej kreacji mam wrażenie, że autor ( Giambatista Valli ) zaczął od trenu i tego czegoś na ramieniu. A potem po prostu zabrakło mu materiału. I wyszło takie dziwne, dziwne coś. Do tego jeżeli dobrze widzę, na nogach widzę skarpetki. Nie wiem, może zimno było?  Myślę, że mogłabym zaprojetkować podobną kreację. Jakby co polecam się na przyszłość.

kendall-jenner-nude-sandals-cannes-film-festival-03

Do grona najgorzej ubranych muszę dołożyć trzy panie, które bardzo lubię i smutno mi, że je  krytykuję. Wyobrażam sobie jak Salma dzwoni do Jessiki a tam sięga po telefon i wyznaje Robin, że Magdalena je skrytykowała i postanawiają w związku z tym podciąć sobie żyły mydłem w płynie. Drogie panie, wstyd. Salma wygląda jakby pożyczyła sukienkę od swojej 9 letniej córki. Jessica za bardzo przypomina żabę, a  Robin ma niepokojąco olbrzymie ramiona…. Mam nadzieję,że panie po prostu przegrały jakiś zakład i musiały tak się ubrać.

Chciałam pominąć pannę Bellę Hadid, ale nie mogę. Kiedy widzi się coś takiego, to szczęka opada. Przypomnę , że dziewczyna ma 19 lat. Musi być bardzo, bardzo zdeterminowana by świat mówił tylko o niej. Nie wiem jednak czy noszenie wyjściowych majtek na festiwal to najlepszy wybór? Z drugiej strony gdybyśmy wszystkie chodziły tylko w majtkach, względnie z firanką w roli przyzwoitki, to pomyślcie, jakież to oszczędności byśmy poczyniły?

cannes-red-carpet-best-dressed-2017-day-9-ss02

Teraz ta milsza dla oka część, czyli piękne sukienki, które mnie zachwycają i wprawiają w lekką zazdrość. Bo jak wiecie ja po prostu kocham sukienki.

Lily Rose Depp. Prawie równolatka Belli. Gdybym była złośliwa, powiedziałabym znajdź pięć różnic? 18 letnia panna Depp wygląda adekwatnie do wieku, świeżo, dziewczęco, naturalnie. Wie, że jej atutem jest niebanalna uroda. Nie musi pokazywać światu swoich majtek. A sukienka jest przepiękna. Sprawdziłaby się jako ślubna sukienka na wesele na plaży.

lily-rose-depp-ddaa7bc6-c1ac-400b-8774-2d0e29cf33bf

Uma Thurman, nie wiem co w sobie ma, ale ja ją uwielbiam. Na tegorocznym festiwalu pokazała parę przepięknych sukienek, mniej najbardziej porwała jednak ta. Ta sukienka pokazuje- tak, Bella, palec mam skierowany na ciebie, że prześwity nie muszą wcale być równoznaczne z byciem wulgarną i tandetną.

uma-thurman-xlarge_trans_nvbqzqnjv4bqimq0gsbkzch_-jhfxstkol9t1pg2vdixv7okycowklu

Kolejne wyróżnienie wędruje do Doutzen Kroes. Jak to mówią ładnemu we wszystkim ładnie. Doutzen, eteryczna blondynka w czerwieni? Dobry, bardzo dobry wybór. Właściwie to nie mam nic do dodania. Poza tym ,że jestem zachwycona.

rs_720x1024-170525111717-634-doutzen-kroes-amfar-cannes

Świat zachwycał się kolejną czerwoną sukienkę. Tę należącą do Julienne Moore. Owszem, była ładna, ale dla mnie nieco za bardzo obfita w pióra. Nie mam nic do ptactwa, a Julienne tamta sukienka pasowała, ale moje serce podpiła ta biała, też z piórami! Nieco skromniejsza jak na standardy czerwonego dywanu, ale robiąca wielkie wrażenie.

cannes-red-carpet-best-dressed-2017-224208-1495135508917-image-600x0c

Na koniec moja ulubienica Nicole. Z Nicole Kidman łączy mnie data urodzenia, co sprawia, że na pewno bardzo się lubimy. W każdym razie Nicole w tej sukience wygląda wspaniale. I chociaż na co dzień nie uznaję tego co się błyszczy, to na czerwonym dywanie….

40c076dc00000578-0-image-m-31_1495650314506

Ścieżka dźwiękowa- Depeche Mode – All that’s mine.