Matka Polka. Wersja restauracyjna.

Tak,tak to ja. Ta co lubi wkładać kij w mrowisko. Znowu będę poruszać związany z macierzyństwem. I będzie poruszać go ta co nie ma dzieci, i mieć nie będzie. Czyli można powiedzieć, panienka przemądrzała, wymądrza się i krytykuje. Bo się po prostu nie zna.

Trudno. Do podjęcia tego tematu sprowokowała mnie sytuacja sprzed paru dni.

Moja siostra kończyła 30 lat. Z tej okazji udaliśmy się rodzinnie do knajpy celem zjedzenia rodzinnego obiadu i wzniesienia toastu jagodową lemoniadą za szacowną jubilatkę. Dostaliśmy rodzinny stolik, na 5 osób. Wygodnie usiedliśmy, przejrzeliśmy karty, chcieliśmy składać zamówienie, i wtedy obok pojawiła się młoda rodzina z na oko 2,5-3 letnim dzieckiem. Wyglądali miło i bardzo sympatycznie. Zajęli stolik. Dziecko w kurteczce sobie spało. Pomyślałam, że pewnie zasnęło w aucie i rodzicom szkoda szkraba budzić. Mały grzecznie spał. Uroczy widok.

Złożyliśmy zamówienie. Obudził się i mały człowiek. Swoje niezadowolenie z powodu nadmiaru hałasów i obcego miejsca zamanifestował wrzaskiem i płaczem. Zaraz potem zaczął przeraźliwie kasłać. Istnie gruźliczo. Miałam wrażenie, że ma ochotę wypluć płuca. Chłopca nikt nie uspokajał, rodzice przeglądali karty i dyskutowali co wybrać. W końcu jednak wrzask ich obudził. Mama pogładziła loczki synka i rzekła na głos, donośny głos – Kazimierz tak krzyczy, bo mu gorączka spada. Zdrowiejesz synku.

I maluch postanowił chyba ostatecznie rozprawić się z chorobą, bo wpadł w dziki szał. Rodzice dalej wybierali napoje, spokojnie, w końcu Super Niania radziła olewać takie sytuacje. Patrzę na malucha, ma nienaturalnie czerwone policzki i szkliste oczy. Ta gorączka to tak niekoniecznie szybko spada. Nie dziwię się, że płacze i krzyczy. W końcu matka znajduje remedium na boleści maluszka, prowadzi go….

Tak, prowadzi go do kącika zabaw. W tym kąciku 6 dzieci w wieku od roczku do 5 lat bawi się wspaniale. I nagle wchodzi do nich gorączkujący Kazio z zapaleniem oskrzeli – na co wskazywał kaszel. 6 dzieci wyglądało na zdrowych. Mama pokazała Kaziowi zabawki i radośnie wróciła do stolika. Problem z głowy. Można dalej wybierać pyszności z menu. Dziecko okazało się jednak mądrzejsze. Na tym etapie nie chciało palić mostów i czuć na sobie gniew rodziców tych 6 maluchów i wróciło do swojego stolika. Weszło ojcu na kolana i postanowiło być grzeczne. Czyli grzecznie dostawać ataków kaszlu.

Co z tego,że dziecko się dusi. Rodzice zamawiają obiad. I wmuszają w malucha zupę. Mały Kazio apetytu nie ma, ale mama na siłę go karmi. Jak tłumaczy Kaziu musi wziąć antybiotyk. Bo jak nie weźmie niesmacznego syropu,to dostanie zastrzyk. Kaziu się boi i idzie na kompromis, zje sam makaron z zupy, byleby nie dostać zastrzyku. Je, i płacze. I tak non stop. Całą godzinę płakał i krzyczał.

Cały pobyt w restauracji upłynął pod hasłem – mamo do domu. Tak bowiem Kaziu krzyczał całe 1, 5 godziny. Mama w pewnym momencie powiedziała do syna – zaplanowałam sobie obiad i go zjem. A ty się uspokój i dostosuj.

No właśnie, mama zaplanowała sobie miłą i rodzinną niedzielę. Niestety życie z małym dzieckiem jest nieprzewidywalne, dziecko dostało gorączki i zachorowało. Mama nie zmieniła jednak planów. Obiad na mieście najważniejszy. Co z tego, że dziecko cierpi, mama musi się zrelaksować.  I nic jej w tym nie przeszkadzało, nawet gorączka jej dziecka.

Może jestem jakaś dziwna, ale wydaje mi się, że miejsce chorego dziecka z gorączką jest jego pokoju, w łóżeczku, pod kołderką. A nie w restauracji pełnej ludzi, gdzie jest głośno, duszno i nieprzyjaźnie dla chorego dziecka.

Bardzo lubię kiedy rodzice zabierają swoje dzieci w różne miejsca, nie przeszkadza mi to. Nie złoszczę się gdy maluch coś rozleje, zaszaleje, czy zareaguje zbyt entuzjastycznie. Ale nie będę udawać, chore, marudne i zmęczone dziecko powinno zostać w domu. Nie mówię już o komforcie reszty gości z uwagi na hałas, ale przecież w tym lokalu były inne dzieci, które mogą się łatwo zarazić.  To jest koronny argument. Drugi najważniejszy, to dziecko, rodzice, cała rodzina była szalenie zmęczona przez te ciągłe krzyki. Wyjście do restauracji to nie jest wylot na drugi koniec świata, nie trzeba planować tego z półrocznym wyprzedzeniem, śmiało można to przełożyć i wybrać się kiedy dziecko pokona chorobę.

Kiedy ja mam gorączkę leżę po kocem. Często nie mam siły by obejrzeć ze zrozumiem serial, nie w głowie mi wyjścia z domu. Nawet do lekarza, a co dopiero do restauracji.

 

A jakie jest Wasze zdanie. Chore dziecko  i restauracja pełna ludzi ? Za,  a może przeciw?

screamkidrest

Ścieżka dźwiękowa- Leonard Cohen – First we take Manhattan 

Advertisements

47 uwag do wpisu “Matka Polka. Wersja restauracyjna.

  1. Katarina pisze:

    Widzisz, a ja nie lubię, jak rodzice zabierają swoje dzieci w miejsca publiczne, bo obecnie to dzieci mogą i nasrać na stole i nikt im nie zwróci uwagi.
    Jak idę coś zjeść, to nie chcę mieć darcia dzioba za plecami.
    A ta matka z sytuacji, którą opisałaś ( ojciec zresztą też- dziecko samo się nie zrobiło ) to półmózg- ostatnio takich ci u nas dostatek…

    Lubię to

    1. Jako dziecko sama chodziłam z rodzicami do knajp, teatru, kina. Ale, były zasady. I myśmy je znały. Rodzice też znali granice, nikt nie brał chorego dziecka z gorączką, nie wybierał eleganckich lokali, albo nie targał nocą po mieście na rodzinne imprezowanie. No trzeba znaleźć kompromis. Jak dziecko krzyczy przez 1,5 godziny bo ma gorączkę, a rodzice nie reagują bo jest weekend i chcieli zjeść obiad w knajpie to mi się nóż w kieszeni otwiera. Jak można tak dziecko męczyć? Nie mówię o widowni w knajpie, ale o tym biednym dziecku? Niektórzy powinni jakieś testy zdawać na dojrzałość rodzicielską.

      Lubię to

  2. Brak słów….Niektórzy rodzice mózgów chyba nie mają lub nie potrafią ich używać… :/ Ja sama odkąd mam dziecko jest strasznie wyczulona na takie sytuacje – po prostu mnie wkurza niesamowicie jak ktoś chore dziecko (i nie mówię o zwykłym katarze) tylko właśnie chore dziecko – z gorączką, kaszlem, glutami po pas – przyprowadza w miejsca gdzie są inni ludzie i dzieci (np. do przedszkola, na plac zabaw, salę zabaw, gdziekolwiek) Niepojęte dla mnie. Na miejscu rodziców tych zdrowych dzieci to wstałabym i wyszła, a może powiedziała do słuchu tej mamuśce :/ Współczuje że musieliście urodzinowy obiad jeść w takich warunkach, oby ten malec Wam czegoś przy okazji nie sprzedał 😦

    Lubię to

    1. powiem szczerze z moją odpornością chciałam wyjść, ale nie chciałam robić scen. Mnie nic nie wzięło. Ale siostra jest chora, także nie wiem czy to przeszło na nią?
      Jak ja jestem chora nie idę do ludzi bo nie chcę nikogo zarażać, nawet w aptece mogą zarazić kogoś i po co? i jeszcze to pchanie do dzieci, byleby nad głową nie płakał… Dobrze, że chłopczyk nie miał ochoty na zabawę. Na pewno by pozarażał wszystkie maluchy.

      Lubię to

  3. kobieta na szpilkach pisze:

    Popieram Cię. Chore dzieci powinny zostać w domu taka mamusia zawsze może sobie na wynos zamówić z dostawa do domu prosto pod nos.

    Lubię to

  4. Kasia pisze:

    Zupełna nieodpowiedzialność rodziców. To już nawet nie chodzi o akceptowanie czy nie dzieci w miejscach publicznych, tylko o zdrowie małego. Całe szczęście, że to nie była grypa żołądkowa 😉

    Lubię to

    1. domyślam się,że akurat ci rodzice uznaliby, że jakaś uwaga w ich stronę byłaby brakiem akceptacji dla ich pobytu z dzieckiem w knajpie. Z tego co zauważyłam oni nie widzieli nic złego w tym, że przyprowadzili dziecko z gorączką do restauracji jeżeli mieli ochotę… A teraz wszędzie mówią o braku dyskryminacji, że człowiek nie reaguje- ani obsługa, ani inni goście. Bo zostaliby pewnie skrytykowanie za nietolerancję dzieci….

      Lubię to

  5. Po co takim osobom dziecko? Bo wypada, bo rodzice czekają na wnuka? Skoro brak im empatii wobec własnego dziecka które cierpi nie mówiąc już o Tobie i innych gościach restauracji. Nie pojmuję tego brak mi słów jak można się tak zachować i narażać inne maluszki… mój synek ostatnio był chory wymiotywal w nocy i miałabym go nie umyć albo nie przebrać bo miałam zaplanowany sen?! Szczęka opada…

    Lubię to

    1. To była taka typowa rodzinka jak z Instragrama, na prawdę, chyba z 10 zdjęć robili, chociaż dziecko obok gorączkowało,ale relacja z wyjścia do restauracji zaliczona. myślę, że dla takich ludzi dziecko to dodatek, jak biżuteria czy zegarek. Można ładnie ubrać, pochwalić się nim i czekać na przyjemne komentarze. Ale zero empatii wobec własnego dziecka.

      Lubię to

  6. Zbych pisze:

    Cóż, czasem niektórym rodzicom brakuje wyobraźni, że z chorym dzieckiem nie ma żartów. Oczywiście wiadomo że zahartowanie za młodu ważna sprawa, ale jak już gorączka w natarciu to zupełnie inna bajka…. Czasem się zastanawiam czy takie postępowanie to głupota i ignorancja czy np. zabrakło im kasy na opiekunkę albo nie mogli nikogo znaleźć by się w domu zajął brzdącem. Tylko wtedy po co wizyta w restauracji? (to nie premiera w operze i można przyjść na konsumpcję w każdej chwili)

    PS: a propos soundtracku… nie wiem czy znasz tą wersję:

    Niezły klimacik lat 80tych a’la „Flashdance” 🙂 Bo ten oficjalny, artystycznie czarno-biały clip z plażą powstał później….

    Lubię to

    1. Fajna wersja, słucham 3 raz 😉
      Właśnie, to tylko restauracja, można przełożyć wyjście i zjeść w milszych okolicznościach. Nie wierzę, że tym rodzicom było przyjemnie, pewnie w środku się gotowali. Mi było żal tego dziecka, i rozumiałam,że płacze bo jest chore, ale po spędzeniu 1,5 godziny z tak płaczącym dzieckiem czułam się jak po dwóch dniach bez snu. Głowa mi pękała. Nikt nie miał przyjemności z jedzenia. Zdecydowanie zabrakło im wyobraźni i rozumu. rozumiem, że dziecko nie musi gdy raz kichnie być izolowane od świata,ale kurczaki pieczone są granice.

      Lubię to

  7. Jedyne, z czym się nie zgodzę, to tytuł posta. Nie można nazwać Matką Polką osoby, która zachowuje się tak jak ta pani. Powiem szczerze, że mnie zatkało, bo różne dziwne rzeczy widziałam z rodzicami i dziećmi w rolach głównych, ale gorączki w restauracji jeszcze nie. Gdybym była matką jednego z tych sześciu nieszczęśników w kąciku dziecięcym, to bym pewnie zareagowała tak, że by był temat na kolejny post na blogu 😉

    Lubię to

    1. Na szczęście moje dzieci nie miały kontaktu w tym kąciku z chorym dzieckiem, bo znając mnie byłaby niezła awantura. Zastanawiam się kogo by szybciej z knajpy wyrzucili, mnie czy ich? 😉

      Lubię to

  8. Kiki pisze:

    tak, widuję też takich rodziców i zawsze najbardziej mnie dziwi, że nie robią kompletnie nic kiedy dziecko płacze i krzyczy. w ogóle nie reagują jakby ogłuchli.
    może rzeczywiście to wynika z takiego przedmiotowego traktowania dzieci, nie są w stanie zauważyć ich potrzeb…
    a co do szkoły niereagowania na to jestem absolutnie przeciw, nawet jeśli tak radzą autorytety.
    Nie można ślepo ufać specjalistom, trzeba też zawsze zachować zdrowy rozsądek.

    Lubię to

    1. trzeba, trzeba. wiadomo, jak dziecko zapłacze nie trzeba od razu skakać koło niego , ale są pewne granice. Mi nikt by nie pozwolił bym przez tyle czasu płakała i krzyczała w restauracji. Rodzice by mnie pewnie wyprowadzili na dwór bym się uspokoiła- mówię tu o wersji,że jestem niegrzeczna bo niegrzeczna chcę być, a nie, że mam gorączkę, bo w takiej chwili na pewno nikt by mnie po knajpach nie ciągał byleby w weekend zaliczyć jakiś wypad na miasto. Nie podoba mi się to wychowanie zupełnie bez reakcji.

      Lubię to

  9. krolowakaro pisze:

    Zamurowało mnie! Serio! To jest jakaś skrajna nieodpowiedzialność i próżność i nie wiem co jeszcze. Chore dziecko potrzebuje spokoju i bezpiecznego otoczenia, niekoniecznie restauracji. Nie powiem już o rodzicach tych zdrowych dzieci, bo mnie by krew zalała. Z resztą zalewa codziennie w sezonie zimowym, kiedy prowadzę zdrowe dziecko do przedszkola, a tam dzieci zasmarkane, kaszlające… i na drugi dzień junior chory. I zostaje w domu, bo ja takiego dziecka nie prowadzę do przedszkola. Ech… szkoda gadać.

    Lubię to

    1. Dokładnie. Rozumiem, że rodzice są zmęczeni, chcieli się oderwać itp. Ale kiedy ma się dziecko to nie można nic zaplanować na 100 % i trzeba się z tym liczyć. I dostosować do dziecka. Jeżeli nikt nie mógł zostać z dzieckiem, to trzeba było zostać w domu, a nie targać dziecko z gorączką po mieście by móc pokazać piękne zdjęcia z rodzinnego wypadu. Nieodpowiedzialność skrajna.

      Lubię to

  10. katasza pisze:

    Też nie jestem przeciwna zabieraniu dzieci w różne miejsca (chyba że dziecko jest wyjątkowo nieucywylizowane albo miejsce nieodpowiednie), trudno żeby się z nimi zamykać w domu albo odwiedzać tylko w miejsca dla dzieci, ale na tę panią ręce mi opadły. Nieodpowiedzialni i samolubni rodzice. Bardzo mnie drażnią tacy ludzie, dla których dziecko to dodatek jak samochód czy torebka, bo wypada i nie rozumieją, że nie da się go zaprogramować i że czasami jednak psuje plany.

    Lubię to

    1. Mi się podobało jak rodzice biorą dzieci na koncerty i one się tam fajnie bawią. Albo do teatru, ale oczywiście na sztuki rodzinne. Albo chodzą do knajpy, ja nawet wolę te rodzinne, gdzie jest głośno i kolorowo. Ale co innego przyjść z dzieckiem, które po prostu dobrze się bawi, a co innego iść tam z gorączkującym, maluchem i nie widzieć nic złego w tej sytuacji.

      Lubię to

  11. Już ci piszę jako matka.
    2, 5 latki przechodzą okres buntu – plus minus w tym okresie, zatem drą się, ciągną w odwrotną stronę i naprawdę trudno sobie czasem z nimi poradzić.
    Tu jednak dziecko wyglądało na ewidentnie chore, a matka na ewidentną egoistkę.

    Lubię to

    1. To ja rozumiem, i napisałam,że mi to nie przeszkadza nawet 😉 Natomiast to dziecko było chore, i męczenie tego dziecka uważam za głupotę. No i narażanie innych dzieci na zachorowanie. To już jest bezczelność.

      Lubię to

  12. Akurat u mnie trochę na czasie 😉 Jako zła matka jak mojej Młodej wyskoczyło 39,6 na termometrze to nie dzwoniłam po karetkę. Podałam jej leki i następnego dnia wyszłam z Nią do ludzi. A dokładnie do przychodni i apteki. Tyle, kropka. Nawet zakupy zrobiła mi siostra abym nie rozsiewała zarazków 🙂
    Ogólnie z Młodą chodzę sama wszędzie (taki los samotnej matki 😉 Zakupy, parki, kulkolandie. Jak miała 6 miesięcy to byłam z Nią w muzeum (w porze drzemki-przespała). Nie wyobrażam sobie iść z dzieckiem do restauracji gdzie nei ma kącika do zabawy (chyba, że to jest McDonald, bo wtedy wystarczy zabawka z zestawu), wieczorem do ogródka piwnego na rynku, do muzeum (teraz to nierealne, widze już te wszystkei skzody jaki wyrzadza) oraz do wnetrza kościoła (boi się okropnie i jest wielki ryk, a przed kosciolem grzecznie sie bawi). Wiem, że czasmai w niektorych sklepach z ciuchami dziwnei patrza na mnie pracownicy. Akurat innym mloda nei przeszkadza, grzecznie wybiera rozowe lub zolte ciuchy do przymiarki, pezymierza w przymierzalni ale lubi dla zartu… rozsunac mi kotare ;]
    Pamietam, ze zawsze mozna bylo przeczytac w madrych ksiazkach i poradnikach ze jak dziecko placze w sklepie bo chce nowa zabawke to rodzice powinni nei reagowac. Moze Ci rodzice stwierdzili ze ta zasada tyczy sie rowniez restauracji i awantury dziecka o cos na goraczke i powrot do domu.

    Lubię to

    1. Być może naczytali się tych poradników i teraz sztywno trzymają się zasad. Zresztą ja ostatnio spotkałam się z taką matką, która uważa, że dzieci chorują i nie powinno się tych chorób trzymać w domu. Taka matka w stylu eko, zero szczepień, leczy dzieci kaszą jaglaną i ziółkami. I chore dziecko wysyła na dwór, bo świeże powietrze leczy. Ok, leczy, ale spacer przy katarze. A nie wiem jaki restauracja może mieć mikroklimat by wyleczyć malucha z gorączki? 🙂
      Ogólnie to Ciebie podziwiam, jak czytam co Ty z małą robisz i dajesz radę;) To była fajna knajpa rodzinna, Kornelia świetnie by się w niej czuła. Ale zdrowa. Pewnie chora nie miałaby ochoty lansować się w knajpie:)
      niektórzy rodzice naprawdę są nieodpowiedzialni i to aż boli.

      Lubię to

  13. ok to próbuję jeszcze raz, dobrze, że mam zwyczaj kopiować komentarz zanim dodam… 😀

    o rany biedny dzieciak. Matka nie poważna, powiedziałabym jej co o tym myślę. A już tym bardziej gdybym była matką jednego z tych dzieciaków bawiących się w kąciku.
    Ja na serio nie mogę tego zrozumieć, przecież obiad można przełożyć, dziecko powinno być najważniejsze. Jak nie chciała gotować w domu, to mogła zamówić jedzenie, albo nawet wysłać męża po danie na wynos, ja to rozumiem, bo też wielokrotnie nie chce mi się gotować, jak mam wolny weekend. Ale z chorą córką nie pcham się do restauracji, bo to tylko męczenie dzieciaka, który nie dość, że osłabiony i nie ma siły, to jeszcze może podłapać coś więcej 😦
    A jeśli już NA PRAWDĘ nie mogła tego przełożyć, bo to coś ważnego (choć nie wiem co mogłoby być ważniejsze od dziecka) to może lepiej by było załatwić jakąś babcię, ciocię albo nianię, która posiedzieć ze 2 godziny z maluchem….

    Wiesz, sama nie lubię wrzasku, ale jeszcze pół biedy, jak drze się zdrowe dziecko, sama się niedawno przekonałam o tym, że dziecku humor może się zmienić z minuty na minutę, czasem pojawia się dzika histeria, bo np nie dało się dziecku czekolady, a ono akurat teraz chciało. Gadałam z psychologiem dziecięcym, faktycznie rada jest taka, żeby nie reagować na wymuszanie, bo jakakolwiek reakcja powoduje, że dziecko będzie drzeć się dalej – taki maluch wymuszając coś oczekuje właśnie, że rodzic jakoś tam zareaguje. Choć raz zdarzyło mi się szybciutko wyjść z restauracji biorąc wszystko na wynos i płacąc w tempie, bo Majka zrobiła taką awanturę, że gdybyś tam stała pod restauracją, to byś myślała, że obdzieram dzieciaka ze skóry… Ale generalnie w większości przypadków staram się nie wychodzić, też tłumaczę, momentami ignoruję zachowanie córki, bo ją znam i wiem, że reakcja w przyszłości zaowocuje tym, że sama nakręcę sobie bata na tyłek…
    Ale ja mówię o dziecku w pełni zdrowym, tylko z humorami…

    Lubię to

    1. Dokładnie 😉 Sama byłam dzieckiem z humorami, potrafiłam stać dwie godziny przed wejściem do domu i nie wejść do środka. Bo miałam humor, miałam 4 lata i tata stał ze mną i tłumaczył sąsiadom czemu tak stoimy o 23 przed wejściem do domu. Wzięli mnie na przeczekanie i pomogło, a mógł mnie wziąć za ręce i koniec dyskusji 😉 Też uważam,że nie ma co ulegać dziecku, chyba,że robi sobie krzywdę, jak wali głową o podłogę w sklepie lepiej je zabrać. Ale właśnie, mówimy o zdrowym dziecku, które po prostu ma swoje humory i kaprysy. Co innego jak płacze gorączkujący maluch. Mi było go strasznie szkoda, bo widać było,że potrzebuje łóżeczka a nie męczenia się przy stole. nie czemu rodzice nie mogli zostać z nim w domu, albo zamówić tego jedzenia? Nie wiem. Ewidentnie zabrakło im wyobraźni i zdrowego rozsądku.

      Lubię to

  14. Kiki pisze:

    ale dlaczego specjaliści radzą żeby nie reagować?
    moim zdaniem dziecko kompletnie ignorowane będzie jeszcze głośniej krzyczeć…czyż nie?
    to jakby dorosły stał w długim ogonku do okienka, zamknęli by mu przed nosem i teraz:
    a) nikt nie reaguje na to
    b) ktoś przychodzi i wyjaśnia że np teraz jest przerwa obiadowa, napisane jest to przy wejściu
    W której sytuacji byśmy się szybciej uspokoili? No ja myślę że w drugiej. Czy nie jest tak z dziećmi?

    Lubię to

    1. z dziećmi jest trochę inaczej, one najcześciej wpadają w złość bo nie mają innego sposobu na wyrażenie emocji, więc jest impuls- mama zabiera cukierki i jest efekt czyli atak histerii. Jeżeli dziecko się zostawi, to szybko zobaczy, że nie robi to na nikim wrażenia i przestanie. Jak będzie się w tym stanie skupiać uwagę na dziecku to maluch widzi, że łatwiej osiągnie efekt wpadając w gniew bo zyskuje zainteresowanie. Poza tym jak wytłumaczyć coś dziecku które histerycznie krzyczy? Nic nie zrozumie. Napad złości sam osłabnie, a jak dziecko się uspokoi to trzeba z nim porozmawiać i powiedzieć czemu nie spełnimy prośby, czy np czemu musimy stać w kolejce. Byłam nianią 6 dzieci to wiem, że napad złości najlepiej przerywa brak zainteresowania, bo o to chodzi – by skupić na sobie uwagę. Nie ma uwagi, nie ma złości.

      Lubię to

  15. Coś strasznego. Ja tez mam od dłuższego czasu na myśli wpis o matce, której dzieci najwyraźniej w życiu bardzo przeszkadzają. Ona tylko chciała w spokoju zjeść w McDonaldzie a dzieci maja się zapchac frytkami (z ketchupem!) i dać jej spokój.

    Lubię to

  16. Ci rodzice to jakieś niedorozwinięte czubki niedojrzałe do opiekowania się dziećmi. Jedyne co mogę powiedzieć, to to że współczuję temu chłopcu takich rodziców, którzy na pierwszym miejscu stawiają siebie i swoje potrzeby. Teraz zero reakcji, a jak mały wyląduje (nie daj Boże) w szpitalu to później będzie płacz i lament, bo się tak rozchorował. Kolejny dowód na to, że możliwe jest życie bez mózgu…

    Lubię to

  17. Ogólnie, czytając takie sytuacje zawsze płonie we mnie taka wściekłość, że nawet nie wiem, jak to opisać. Jak można być takim nieodpowiedzialnym? Niektórzy ludzie nie powinni mieć dzieci. Co ja mówię, większość! Najpierw rozum trzeba mieć, potem się za dzieci zabierać…
    Mam nadzieję, że Wasze spotkanie mimo wszystko się udało, bo mnie to by tam chyba rozniosło…
    Pozdrawiam!

    Lubię to

  18. Ciężko jest wyjść do knajpy jak się ma małe dziecko i nie ma się z kim go zostawić, dlatego staram się zrozumieć wysiłki rodziców zabierających swoje pociechy do restauracji, no bo przecież w końcu kiedyś trzeba wyjść z domu. Synek przyjaciółki kończy niedługo roczek, oni marzą o wyjściu do restauracji, nie wspominając o kinie, ale wiedzą, że na razie mały jest za mały żeby to wytrzymać, a i oni by się bardzo umęczyli. Nic za wszelką cenę.
    Jednak wyrozumiałość ma swoje granice, wrzeszczące dziecko przy sąsiednim stoliku skutecznie rujnuje mi nastrój wyjścia, a ciąganie chorego dziecka do ludzi… bez komentarza. Zdaje mi się, że przez mamusię Kaziu w końcu dostał te zastrzyki, bo wyjście na pewno mu nie pomogło.

    Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s