Minął miesiąc – maj

Uwielbiam maj. I z żalem go żegnam. To dla mnie jeden z dwóch najpiękniejszych miesięcy w roku. Ale jako, że kocham tak samo czerwiec, to jestem obecnie w dobrym położeniu. Przynajmniej mam nadzieję, że jestem w dobrym położeniu.

Maj, piękny miesiąc. Przyroda rozkwita, jest pięknie. Początek tegorocznego maja był jednak zaprzeczeniem piękna. Było zimno, śnieżnie, paskudnie. Pojawił się mróz, ciągle padało. Było po prostu koszmarnie. Gdzie te bzy? Kwitnące kasztany i zieleń? 8 maja sypał śnieg, i było – 0,2 stopnia. Mimo to miesiąc zaczął się aktywnie – od majówki, która pomimo zimowych kurtek i czapek, udała się wyjątkowo. I jeszcze długo będę ją miło wspominać. W ogóle ten miesiąc był aktywny. Z dużą chęcią chodziłam do pracy, coraz bardziej lubię to co robię. Owszem, chwilami dalej nie rozumiem co sprzedaję i co chce ode mnie klient, ale takich sytuacji jest już coraz mniej i mniej. Po pracy starałam się by każdy weekend był ciekawy. A jako, że pogoda zrobiła się nie tyle wiosenna, co letnia, to były spacery, dużo spacerów po plaży, gofry na molo i relaks na bulwarze. W ogóle maj to czas spacerów, zachwytu nad przyrodą i szukania bzu. Zapełniłam parapety i balkon kwiatami. Rosną jak szalone! W końcu udało mi się zorganizować spotkanie z przyjaciółką i moją ukochaną Zuzią, którą kocham rozpieszczać. Maj byłby dużo bardziej aktywny towarzysko gdyby to spotkanie klasowe nie rozlazło się w szwach, albo gdyby plany z minionego weekendu wypaliły. Niestety, majowa pogoda nie była dla mnie do końca łaskawa i zamiast miłego weekendu spędzonego w kinie z koleżanką na ambitnym filmie i byczeniu się na plaży, byczyłam się na łóżku i walczyłam z ogromnym przeziębieniem. Mimo gorszej końcówki ogólnie maj był przyjemny. Staram się nie pamiętać tej pierwszej części, zimowej. Ta druga była przepiękna pogodowo. I chociaż zdarzały się gorsze dni, to mimo wszystko będę je miło wspominać. Bo kiedy kwitnie bez to ja nie mogę mieć złego humoru. Przecież to oczywiste.

W maju udało mi się załatwić jedną ciężką sprawę, dodatkowo odwiedziłam mojego seksownego dentystę, który chyba obraził się, że zamiast za anonsowane pół roku, wpadłam po 10 miesiącach i po minucie kazał mi sobie iść. I zlecił kontrolę za pół roku. Ale ja nie  z tych, zapisałam się na wymianę plomby. Wymiękłam, musiałam wziąć znieczulenie, pierwszy raz w życiu. Jak ja potem tego żałowałam! Byłam sparaliżowana przez dwa dni. Ale chociaż spędziłam 25 minut w rękach najpiękniejszego i pachnącego najbardziej seksownymi perfumami dentysty. Warte to było każdego bólu.
W maju rządziły pierogi. Byłam w trzech pierogarniach. I tak, razem z bratem ulepiłam 178 sztuk pierogów z płuckami. Zrobiliśmy to w 3 kwadranse w pewien piątek,miałam na sobie wyjściową sukienkę. Siła rodzeństwa.

Hitem maja…. Hitem maja zostaje Acatar. Tak, tak, wiem to dziwaczne, ale tak jest. Przez 6 dni przetestowałam 3 leki na katar, i dopiero czwarty, kupiony w akcie desperacji dał radę okiełznać infekcję. Także ogłaszam go moim hitem. Naprawdę działa zgodnie z tym co obiecuje= w ciągu kilkudziesięciu sekund po aplikacji. I jaką daje ulgę! Przywraca chęć do życia. To mój największy hit.

W kwietniowej promocji w wiadomym sklepie kupiłam podkład. O dziwo, po zakupie dowiedziałam się, że ten podkład w wielu kręgach uznawany jest produkt kultowy. Zdziwiłam się, niełatwo będzie w końcu oceniać legendę. Ale zabrałam się testowania. Mój wybór padł na Lirene City Matt. Produkt zgodnie z nazwą, ma matować skórę i to robi. Ale nie jest przy tym nienaturalny, jest bardzo delikatny. Nie ma bowiem mocnego krycia, więc raczej nie jest dla osób, które wiele mają do ukrycia. Mi bardzo pasuje w ciepłe dni, bo jest lekki, cera wygląda naturalnie. a sam efekt matowienia nie jest zbyt mocny. To znaczy, nie wygląda sztucznie. To co mnie zachwyciło w tym podkładzie to genialne wygładzenie skóry, naprawdę mam wrażenie, że staje się jedwabista. Plusem jest też kolor, idealnie jasny dla mojej białej cery. Cenę ma fantastyczną. Minusem jak dla mnie będzie wydajność. Nie wiem czemu, ale inne podkłady starczają mi naprawdę na dużo, dużo dłużej. A tutaj po miesiącu-i to niecodziennego używania, zniknęło mi 3/4 opakowania. Nie rozpaczam za bardzo, bo w letnie miesiące i tak używam kremów CC bądź BB. Ale jednak znika za szybko, co czyni go mało ekonomicznych, mimo umiarkowanej ceny. Ale myślę,że warto spróbować.

Wiadomo, latem człowiek większą atencją darzy stopy, bo zaraz będziemy ubierać sandałki i w ogóle, jakoś tak wypada zadbać o te rejony. Jeżeli nie macie jak ja dużej cierpliwości to polecam genialny krem Perfecty – skarpetki złuszczające. Wystarczy posmarować sobie wieczorem stópki, a rano ich nie poznacie. Ja używam go prawie codziennie i jestem zachwycona. Cena jest śmieszna, 7,99 zł w najbardziej popularnej drogerii w kraju. Mam właśnie 4 tubkę tego kremu, więc o czymś to świadczy.

Zapach. W maju, tej cieplejszej części, odkryłam,że w pracy kiepsko mi się nosi moje ulubione mocne zapachy. W okolicach południa byłam już znużona zimowym aromatem. Dlatego też kupiłam sobie zapach do pracy. Bardziej wiosenny, delikatny, niemęczący. Nie chciałam wydawać za dużo, wybór padł więc na Avon Cherish. Mamy tutaj wiśnię, delikatne nuty drzwne i trochę piżma. Całość jest lekko owocowa, o dziwo bardzo przyjemna. Nie przesłodzona, w pracy jak znalazł. O dziwo spodobał się nawet mojej mamie, która uwielbia perfumy z wyższej półki. Te urzekły je lekkością, w ciepły dzień jak znalazł.

Minusem będzie szampon do włosów. Ja naprawdę w żaden sposób nie jestem wybredna, szampon ma myć i tyle.  Kiedyś przeczytałam, że szampon ma tak krótki kontakt z włosami, że nie warto przepłacać. Za to warto kupić lepszą odżywkę czy maskę. Od dłuższego już czasu byłam wierna jednemu szamponowi, który kocham i uważam,że jest świetny. Teraz jednak skusiłam się na nowość od Elseve, szampon z magiczną glinką. Kupiłam go bez promocji za 14,99 zł. Liczyłam na wiele, bo ten mój szampon to właśnie mieszanka glinki i cytryny. Ten jest droższy i myślałam,że będzie lepszy. A gdzie tam. To znaczy on oczyszcza włosy, ale po pierwsze o ile mój Ultra Doux naprawdę zapewnia 3 dni świeżości, to ten niecałe dwa – a obiecuje trzy. W południe następnego dnia po umyciu włosy wyglądają już nieciekawie.  A dodatkowo zabiera włosom cały połysk. Po umyciu są lekkie i świeże, ale za to matowe i wyglądają paskudnie. To znaczy moje wyglądają przez to paskudnie. Oddałam go bratu. Sama pokornie wróciłam do mojego ideału. Z opinii jakie znalazłam w internecie większość osób narzeka na to, że zostawia matowe włosy i wcale nie odświeża na długo. Niektórym wręcz nasilił problem. Nie dziwię się, że teraz w popularnej drogerii jego cena pikuje i można go już kupić za 8 zł. Taniej niż mój ideał.

Koniec laby. Dwa dni chorobowego. Ciężko się wraca do życia. Tym bardziej, że moje chorobowe dni były upalne. A teraz jest burzowo. Buu.

Tradycyjnie parę majowym ujęć. W maju moja siostra kupiła lustrzankę. Zrobiła mi sesję w golfie.

Ścieżka dźwiękowa- Tame Impala – Nangs

Tajemnice czterech ścian

Jakiś czas temu bardzo głośno było o sprawie rodziny pewnego radnego. Radny ten miał wyjątkowo konserwatywne poglądy, i szczycił się katolickimi wartościami. Jego żona pokazała jednak światu, że to tylko fasada, a za tą fasadą po prostu kryje się tyran i kat. Kat, który latami dręczy żonę i dzieci. Dla świata jest idealnym mężem, ojcem i głową rodziny. Dla najbliższych jest źródłem lęku, gniewu i strachu. Kiedy wyszły na jaw przerażające taśmy nagrane podczas kłótni, wielu z nas zadawało sobie pytanie – dlaczego latami można godzić się na coś takiego? Czemu po pierwszym podniesieniu ręki nie pakuje się dzieci, nie trzaska drzwiami i mówi do widzenia? Czemu nie zaczyna nowego życia, nie bierze rozwodu i wymazuje z pamięci największej pomyłki jaką był chory związek? Dlaczego zarówno Pani Karolina jak i inne kobiety latami godzą się być ofiarami?

Nie powiem, łatwo jest powiedzieć, że ja na jej miejscu od razu zadzwoniłabym na policję i kopnęła faceta w cztery litery. Ale pewnie większość z nas nie jest i nie była na miejscu pokrzywdzonej osoby. Sama zastanawiałam się  dlaczego inteligentna kobieta nie ma w sobie tyle odwagi by przerwać spiralę przemocy? Zastanawiałam się dlaczego nikt jej nie pomógł? Czytałam wywiad z Panią Karoliną i szczerze jej współczułam. Ale jeszcze nie do końca rozumiałam.

Przypadkiem na moim czytniku znalazła się książka Dlatego mnie kochasz. Książka, która opowiada właśnie o toksycznym związku, chociaż idealnym z zewnątrz.

4d8265d6cf0b793a4bd37fd4c12c5490

Agata miała kilkanaście lat jak poznała Marcina, licealna miłość. Owszem, może i nieco szczeniacka, i naiwna, ale jak silna. Oni od początku wiedzieli, że są dla siebie stworzeni. Te mityczne połówki pomarańczy czy też jabłka. Jest im dobrze, są randki,odkrywanie siebie, wspólne wakacje, coraz większe plany,ale odległe. Najpierw matura, potem studia, praca itp. Ale jej rodzina nalega na sformalizowanie związku, bo nie wypada tak chodzić z sobą bez poważnych deklaracji. Marcin powinien kupić skromny pierścionek, i bukiet róż, paść na kolana i błagać Agatę by została jego żoną na wieki wieków. A potem powinien odbyć się skromny,ale piękny ślub i żyli długo i szczęśliwie. Matka Agaty była praktyczna i bardzo tradycyjna. Były więc zaręczyny, był i ślub. Oboje jeszcze studiowali, byli młodzi, biedni, mieli tylko miłość. Czy przed ślubem coś wskazywało, że będzie im razem źle? Czasem się kłócili, czasem Marcin był obrażalski, denerwował się bez powodu, był wymagający, a raz zażądał zbyt wiele, co tam zażądał on wziął siłą to co chciał. Ale przeprosił. A ona uznała, że skoro czuje się winny i przyszedł skruszony to nie ma tematu.

Był więc ślub. I piękne zdjęcia. I dorosłe życie. Marcin wiele decyzji podejmował sam. Uważał,że tak właśnie robi, czy też powinien robić prawdziwy facet. Jego rodzice byli rozwiedzeni, więc Agata uważała, że Marcin po prostu bardzo się stara. A, że czasem bywa nadgorliwy, że stara się za bardzo i źle znosi krytykę to nic złego. W końcu ma na względzie dobro ich rodziny. Rodziny powiększającej się, bo po ślubie dość szybko pojawiła się Zuzia. Agata musiała przerwać studia, zająć się małą i jeszcze budową domu. Wszystko zrzucił na jej barki mąż, musiał pracować na to wszystko, było jej ciężko, ale czuła dumę. Dała radę.

Nowy dom, piękna okolica, las, idealne miejsce dla młodej i kochającej się rodziny. Bajka i sielanka. Młody, przystojny mąż, który zbudował żonie dom, kocha córkę, ba jest w niej zakochany, no ideał po prostu. Wzór męża.

Poważne problemy zaczynają się gdy Marcin ogłasza,że nie chce więcej dzieci. Zakochany jest w Zuzi,ale uważa,że jedna córka im starczy. Agata jest zła, że to on podejmuje taką decyzję. Kiedyś ustalili,że marzy im się duża rodzina, a teraz on uznaje,że mają jedno i starczy. Agata jest rozczarowana. A potem przerażona, bo odkrywa, że jest w drugiej ciąży. Zosia ma niespełna półtotrej roku, ona wciąż nie wróciła na studia, a tutaj kolejne dziecko. Boi się reakcji męża, więc postanawia ukrywać ten fakt przed mężem. Zamiast wspólnie dzielić radość i obawy, ona musi trzymać tajemnicę w sobie i nabrać odwagi do konfrontacji.

bf81e0189638609d1768fca1b594de42

W końcu przychodzi taki moment, że nie można dłużej udawać, Agata mówi mężowi, jej zdaniem radosną nowinę. On się nie cieszy, przecież ogłosił- więcej dzieci nie chce. Wtedy bije ją po raz pierwszy. Kobietę w ciąży, matkę swojego dziecka. Tradycyjnie w takich sytuacjach winna jest kobieta, powinna wiedzieć co i jak robić by dziecka nie było, a skoro będzie to jej problem i jej wina. Agata jest zaskoczona, zdruzgotana i przerażona. Boi się o siebie, Zuzię i nienarodzone dziecko. Ale Marcin przeprasza, godzi się z tym,że po raz drugi będzie tatą. Kupuje bukiet kwiatów i przeprasza. I snuje wizje idealnej rodziny. Agata mu wierzy. W końcu miał prawo ją uderzyć, wyraźnie mówił,że nie chce dziecka. Może naprawdę ta ciąża to tak mu na złość? Godzi się z tym co zrobił, postanawia zapomnieć i szuka winy w sobie. Bo przecież Marcin tak kocha ich Zuzię, że nie zrobiłby krzywdy maluszkowi w jej ciele…

Rodzi się Zosia. Marcin szaleje z radości. Jest naprawdę idealnym ojcem. Zuzia go uwielbia, pomaga Agacie przy dziecku, ale między nimi nie jest dobrze. Coraz częściej się kłócą. Marcin ma ogromne wymagania wobec żony, uważa,że skoro mają dom i dzieci, Agata powinna być zachwycona, nie rozumie, że ona chciałaby pracować, skończyć studia, że ma marzenia. Marcin przestaje być w jej oczach ideałem. Agata jest zmęczona, oczekuje czegoś innego. Poznaje sąsiada, młody, przystojny, docenia ją i szczerze kocha. Uwielbia dziewczynki. Marcin coraz częściej się irytuje, wpada w gniew, wyładowuje swoje emocje na żonie. Używa coraz częściej siły, zarówno nie przebiera w słowach, jak i w sile swoich rąk. Agata coraz częściej ma dosyć. Związek z innym mężczyzną, jest spełnieniem jej marzeń, wie, że jej małżeństwo się sypie, ale nie potrafi odejść. Bo widzi miłość między córkami a ojcem i nie potrafi jej przerwać. Poza tym nikt nie uwierzył, że Marcin jest damskim bokserem. Wina spadłaby na nią, wyrodną żonę, która ma romans, co nie docenia męża, która rozbija rodzinę dla kaprysu, chwilowej miłostki.

Agata staje w rozkroku. Nie wie co ma robić. Nowy związek jest stabilny, ale jaka to stabilność? Spotkania w jego domu, seks, i rozmowy. Nie ma codzienności. Może Agata się boi, że on nie sprosta temu co niesie zwykły dzień? Próbuje ratować związek z Marcinem. Ale czy jest co sklejać?

Marcin kontroluje każdy jej ruch, ma jasne oczekiwania, wspólny obiad, zabawa z dziećmi i wieczór z żoną. Wszystko na jego warunkach. Agata wraca na studia, ale nie może liczyć na pomoc męża. Wręcz przeciwnie. Robi on wszystko by jego żona żałowała tej decyzji. Pewnego dnia po prostu gwałci swoją żonę. Ale potem znów przeprasza, ona ma wyrzuty sumienia za ten romans, więc znów wybacza. Ale w środku czuje ogromną pustkę. On ją tak bardzo skrzywdził, ale dla niej najważniejsze jest to, że on jest dobrym ojcem. Że gwarantuje jej stabilną sytuację finansową, a w ogóle to ona jest winna, bo odkąd ma romans to nie jest dobrą żoną. Postanawia więc skończyć romans i wybaczyć mężowi.

A potem on ją bije. Wszędzie. Katuje ją na oczach dzieci. Przerażonym córkom mówi, że z mamusią się bawi, to tylko wygłupy dorosłych. I w końcu ona nie wytrzymuje, wewnętrzna siła każe jej to wszystko skończyć. Pakuje dzieci i wyprowadza się. Zaczyna nowe życie. Chce rozwodu, i spokoju. Nie chce by jej córki patrzyły na zniekształcony model rodziny, nie chce by nabrały przekonania, że kobieta nie ma praw, a mąż może ją katować i traktować jak śmiecia. Spotkała odpowiednich ludzi na swojej drodze i poczuła moc ludzkiej życzliwości.

I kiedy wszystko zmierzało do szczęśliwego finału mąż nie dał jej rozwodu. Bo ją kocha, podjął terapię, nie można rozbijać rodziny i takie tam. I  on naprawdę się zmienił, stał się wyrozumiały, czuły i wrażliwy. Zaczął terapię. Spędzali z sobą coraz więcej czasu. A ona widząc radość córek z ich wspólnego spędzania czasu gotowa była mu wybaczyć i rozważała kolejną próbę sklejenia rodziny. Tym bardziej, że dziewczynki nie akceptują nowej sytuacji, tęsknią za domem i robią wszystko by scalić rodzinę. Może on naprawdę się zmienił? Może nie będzie jej bił, poniżał i krytykował każdego jej kroku i każdej decyzji? W końcu czego nie robi się dla dzieci?

Ostatecznie do podjęcia radykalnego rozwiązania przekonuje ją teściowa. Jej mąż, a ojciec Marcina był dokładnie taki sam. Prosi synową by dbała o szczęście córek, i nie popełniała jej błędów. Jak każda matka kocha swoje dziecko, ale nie widzi szans na to by mógł się zmienić na tyle, by znów byli szczęśliwą rodziną.

Agata z nowym partnerem zaczyna szczęśliwe życie. Nowy rozdział. Po 10 latach. Tyle czasu zajęło jej przekonanie samej siebie, że da sobie radę. Że ma siłę. Że nie musi godzić się na cierpienie. Że związek powinien wyglądać inaczej. Że ma prawo do szczęścia. Że dobro dzieci jest najważniejsze, że pełna rodzina to skarb, ale nie zawsze da się ją utrzymać. Że spokój, poczucie bezpieczeństwa i godność mogą być i jej udziałem.

Mam nadzieję,że Pani Karolinie się uda poskładać życie na nowo. Tak jak Agacie.

Ścieżka dźwiękowa- Rolling Stones – Ride „Em on down

Sobotnie obrazki

Nareszcie weekend. O ile początek tygodnia był dość leniwy, i dzięki temu naprawdę przyjemny. Bo w pracy atmosfera zrobiła się bardzo luźna, a brak nadmiaru pracy wprowadzał w niemal wakacyjny nastrój-szczególnie w połączeniu z pogodą za oknem. Ale wszystko dobre szybko się kończy. Końcówka tygodnia to masy pracy, pośpiech, niemal chaos. Do tego zaatakowało mnie zaziębienie. Tak to jest, kiedy latem ktoś zachoruje, przyjdzie do pracy, i chociaż nic nie robi konstruktywnego to będzie prychał i kichał na wszystkich dookoła. I bach, paskudny wirus zaatakował moje gardło. Dawno mnie tak nie bolało. Do tego stopnia, że musiałam przełożyć wizytę u fryzjera. Brzmi banalnie? Do tego geniusza nożyczek zapisałam się…. Na początku kwietnia. Więc wyobraźcie sobie jak musiało mnie boleć, skoro nie znalazłam w sobie sił by podreptać na wymarzoną majową metamorfozę. Ledwo chodziłam do pracy. To znaczy ledwo mówiłam. Popijałam masę syropów i wyssałam dziesiątki tabletek. Z takim oto skutkiem.

Nijakim. Dlatego też dzisiejsza sobota jest leniwa i domowa. Czas zregenerować siły i podreperować zdrowie. Będzie dużo miodu, czosnku i witamin. Będzie zero wysiłku, a po prostu relaks, książki, seriale i zero wyrzutów sumienia.

Będzie za to teraz wspomnienie ostatniej niedzieli. Pięknej, nadmorskiej, nieco wietrznej, ale uroczej. Wiecie, że kocham to swoje geograficzne położenie? Ja nie mogłabym się urodzić w innym miejscu. Nie i kropka. Ja tutaj należę całym sercem.

Na jutro planuję małe porządki w szafie. Ostatnio zaszalałam. Nie wiem, to chyba przychodzącego przeziębienia, ale kupiłam nieco za dużo. Na przykład szorty. Po prostu uznałam,że będę się w nich opalać. W domu źle się czułam z tym zakupem. Nawet chciałam je oddać, ale ostatecznie uznałam,że będą idealne na plażę,bo ja nie znoszę kostiumów kąpielowych. Spodenki zakupiłam rano, przed pracą w…. Biedronce. Po pracy zaś stałam się dumną posiadaczką sukienki w kwiatki. W zasadzie to małej czarnej w kwiatki. Jest wspaniała, czuję się  w niej jakbym była wyjęta ze zdjęcia zrobionego w 1952 roku. Nieco przypominam w niej moją babcię. I koszulka. Z założenia kupiłam ją…. Nie wiem po co? Albo wiem, kupiłam ją bo taki miałam kaprys. Przedchorobowy. Do tego za dużo kosmetyków. I trzy bukiety konwalii. Aha, zapomniałam kupić lekarstw.

18742556_1719397238076466_1200162343_o

W Biedronce -kiedy kupowałam spodenki, a poszłam tylko po wodę mineralną, spotkałam kolegę z liceum. Moją pierwszą wielką sympatię. Był na mnie zły. Bo nie przyszłam na spotkanie klasowe i on się strasznie nudził. Ponoć mogłam go chociaż uprzedzić i on się biedak zastanawiał dwa tygodnie co się ze mną stało. Wspominał coś o grillu.  Eh, gdybym była 10 lat młodsza…. To bym dostała rumieńców i zapraszała gości na wesele. A dziś mnie to nie rusza. Nic a nic. Jestem ostra jak ból gardła. I znieczulona po tabletkach.

Aha. Zapomniałabym. Zaraziłam brata. Ale wmówiłam mu,że to on zaraził mnie. Uwierzył, więc mnie nie wydajcie.

Aha. Wczoraj do pracy wpadł mój chrzestny. Byłam zdziwiona, bo na co dzień wujek pracuje za granicą. Wpadł z sękaczem. 1,4 kg sękaczowej przyjemności tylko dla mnie. No dobra. Kawałek dałam mamie. I bratu. Za ten katar. Ale tylko po kawałeczku. Reszta dla mnie.

Wyłączam się. Włączam serial.

Zdrowego weekendu. Bez kichania.

 

Ścieżka dźwiękowa- Depeche Mode – Happiest Girl

Paczka w podróży

Jak widać nie potrafię do końca pożegnać tematu podróży. Tym razem będzie o podróży pewnej paczki. Paczki, którą wysłałam klientowi. Czynność tę wykonuję około 5 razy dziennie, tyle paczek wysyłam. Ale taka historia w historii mojej pracy zdarzyła mi się pierwszy raz. Mam nadzieję,że ostatni. Zapraszam na podróż z klamką w tle.

Nasz największy klient zajmuje się budową hotelu, a  raczej kwestią okien i drzwi. Obiekt jest ogromny i stanowi spore wyzwanie. Także dlatego,że inwestor chciałby połączyć niezwykły styl i klasę, z jak najmniejszymi kosztami. Wiadomo, niełatwo jest to połączyć. W każdym razie inwestor odrzucił 4 propozycje klamek, każda była nieodpowiednia jak na rangę hotelu. Niestety przy okazji nie chciał zwiększyć budżetu choćby o złotówkę. Udało się jednak przekonać producenta, żeby sprzedał nam ostatecznie wybrane przez niego klamki w bardzo promocyjnej cenie, bo ilość 400 sztuk robi wrażenie. Na szczęście się udało. Klient w piątkowe przedpołudnie zażyczył sobie dostać klamkę we wtorkowy poranek. I nie byłoby w tym nic trudnego, gdyby nie fakt, że owej klamki nie posiadaliśmy. Na szczęście producent niechętnie,ale ostatecznie się zgodził wysłać klamkę wprost do naszego klienta.

Minął weekend. W poniedziałek dostaję informację z firmy kurierskiej,że dziś dostarczą mi paczkę od pewnej firmy. Byłam zdziwiona bo dopiero planowałam zrobić zamówienie do nich, ale, ale… Nie, ale jednak tak. Zamiast do klienta, klamkę wysłali do nas. Ponoć nowy magazynier nie ogarnął sprawy i się pomylił. I klops. Bo jutro na 9 rano jest spotkanie z inwestorem i klamka być musi. A jest 400 km od siedziby firmy. Ostatecznie po paru nerwowych telefonach ustalamy, szybko wysyłamy towar, a oni odbierają go prosto z siedziby firmy kurierskiej o 8 rano, 50 km dalej.  Aby nie wysyłać jednej pokazowej klamki, do paczki wkładamy dwa inne zamówienia. Faktura opiewa na niemal 2 tysiące złotych.

Rano dzwoni telefon. Otóż inwestora coś zatrzymało za granicą, i przybędzie w środę. Można odetchnąć. Spokojnie czekają na kuriera.odetchnąć

Czekają, czekają, a kuriera nie ma. Sprawdzam w firmie kurierskiej, niestety przesyłka nocowała u nas w centrum przeładunkowym. Odłożyła sobie podróż i będzie w środę po południu. No, ok, niechętnie,ale nasz klient zdecydował się rano pojechać do siedziby firmy po paczkę. Wiadomo, prestiżowego inwestora się nie drażni.

Środa. Klient pojechał po paczkę. Można? Można . Trzymamy kciuki by klamki mu się podobały na żywo tak samo jak w katalogu, bo już nie wiemy co dalej możemy polecić, nie zwiększając ceny. Paczka odebrana.  Spokojnie wracam do swojej pracy. Dzwoni telefon. Miła pani pyta się czemu robię sobie z niej żarty? Takiego dnia? Zaraz ma przyjechać inwestor, ciasteczka na stole, kawa się grzeje, a ona, ona jest w dramatycznej sytuacji. Otworzyła bowiem paczkę i …

I w środku znalazła pokaźną sadzonkę. Po analizie dołączonej do sadzonki karteczki wiadomo, że zielone coś jest dumnym Rdestem Aubertą. Pani jest przerażona. Po chwili wybucha śmiechem. Nam do śmiechu nie jest. Oj nie jest.  Szybko kontaktuję się z producentem klamki, wysyła kolejną już paczkę błyskawicznie,ale choćby nie wiem co , dojdzie dopiero w czwartek. Los nam jednak sprzyja, inwestor zgadza się przełożyć spotkanie. Ponoć za bardzo nie krzyczy. Uradowani pracownicy postanawiają nieco nawodnić sadzonkę i postawić ją w słońcu. Uff. Ale, ale. Skoro do tej firmy przyszła sadzonka, to gdzie jest nasza paczka? Gdyby w środku była tylko jedna klamka, to już tam pal licho, machnęłoby się ręką. Ale przecież tam jest drogi towar, nie można jej zgubić. Dość szybko dochodzimy do wniosku,że w sortowni musiało dojść do pomyłki, nasz karton dostał list przewozowy roślinki, a roślinka w swoim kartonie powędrowała z naszym listem. Nie bardzo jednak wiemy czego się uczepić?  Na szczęście na „metce” roślinki jest nazwa szkółki. Uff. Teraz tylko zadzwonić, zapytać komu był wysłany owy rdest, i pokierować kuriera po odbiór. Proste? Proste.

Niekoniecznie.  Tego dnia bowiem pani wysyłała 78 paczek i naprawdę nie wie komu mogła wysłać dorodny rdest. Ale podpowiada by poszukać paragonu. Pani na drugim końcu kraju szuka paragonu i mamy go. Dostaję zdjęcie, przesyłam go dalej i po godzinie wiemy gdzie miała jechać sadzonka, mam numer listu przewozowego.

Na stronie firmy kurierskiej widać, że paczka została zatrzymana w sortowni, na marginesie, w zupełniej innej części kraju. Uznaję , że to dobry znak, może ktoś się połapał już co do pomyłki? Dzwonię na infolinię, pani przyjmuje zgłoszenie, obiecuje, że zadzwoni jeszcze dziś i będzie monitorować sprawę. Wierzę jej.

Mija 14 godzin, brak reakcji. Strona internetowa mówi,że paczka ciągle jest w sortowni. Dzwonię na infolinię, pani jest niemiła. Mówi,że skoro zgłoszenie zostało przyjęte mam czekać. Proponuję by ktoś z tej sortowni wziął tę paczkę, otworzył i sprawdził co jest w środku, dokładnie opisuję zawartość, wydaje mi się,że to jedyny najszybszy sposób by się upewnić,że ta paczka to ta paczka. Pani na mnie krzyczy, oni lepiej wiedzą co robić, mają swoje procedury. W ciągu godziny, góra dwóch będzie kontakt z ich strony. Grzecznie czekam.

Mija 5 godzin, znów dzwonię na infolinię. Rozmawiam oczywiście z inną panią, która jest milsza. Przekonuje mnie,że paczka jest w sortowni i na pewno pracownicy sprawdzą jej zawartość. Jeszcze raz bierze ode mnie dokładne dane co jest w środku. Obiecuje, że obejmie nadzór nad sprawą i pośpieszy koleżankę, która od początku zajęła się sprawą. Zapewnia mnie, że skoro paczka jest w sortowni, to znaczy, że nie ma się czego obawiać. Panowie zaraz ją otworzą, potwierdzą co zawiera, i przekierują do właściwego klienta. Czuję się uspokojona. Tym bardziej mi miło,że inwestor zaakceptował klamkę, podoba się. Pani z tamtej firmy dodatkowo zapewnia mnie, że dbają o sadzonkę, podlali ją solidnie i nawóz kupili i doświetlają ją na trawniku. Ponoć jest śliczny. Ten rdest.

Oczywiście w piątek rano nie było żadnego kontaktu. Wchodzę na stronę firmy kurierskiej i doznaję dużego zaskoczenia. Paczka opuściła bezpieczną sortownię, przejechała kolejne pół kraju i została…. dostarczona do odbiorcy. Tego, co zamawiał sadzonkę. Dzwonię nieźle poirytowana na infolinię. Teraz rozmawiam z bardzo niemiłą panią, ja też jestem niemiła. Pytam się jak to możliwe, że wczoraj rano paczka została dostarczona, skoro trzy godziny po rzekomym dostarczeniu pani mnie przekonywała,że jest w sortowni i jest wstrzymana jej dalsza droga? Pani nic nie wie. Z jej strony wszystko się zgadza, zgłoszenie przyjęte, są pewne procedury i koniec tematu. Mam czekać.

Czekam. Zero kontaktu. Znów dzwonię, ale efekt ten sam- mamy swoje procedury, wszystko wiemy lepiej, trzeba czekać. Biorę sprawy w swoje ręce, a raczej telefon. Dzwonię do szkółki roślin, proszę o telefon kontaktowy do pani co kupiła sadzonkę. Pani chętnie mi go podaje, na szczęście ona nie była zobligowana dziwnymi procedurami. Ale sama jest zdziwiona, że pani nie zgłosiła reklamacji, że zamiast drzewka dostała okucia. No cóż, dzwonię.

Nie dodzwoniłam się. Przez cały weekend pani miała wyłączony telefon.

W poniedziałek znów dzwonię do firmy kurierskiej. Rozmawiam z panem, konkretny typ. Mówi, że sprawa jest trudna, z jego strony wszystko się zgadza. Ciężko coś tutaj zadziałać. No fajnie. Telefon.

Dzwoni pani od sadzonki. Wyjaśniam jej całą sprawę, mówię,że przez pomyłkę dostała okucia i proszę by podała kiedy może przyjechać kurier zabrać od niej tę paczkę. Nie pozwalałam pani dojść do głosu, a jak już pozwoliłam, usłyszałam,że żadnego kuriera nie było. Pani cały tydzień siedziała w domu z dzieckiem i nie było kuriera. Napisała już trzy maile do szkółki roślin gdzie jej rdest? Pani zaprzecza by przyjechał do niej kurier. Radzi zapytać w firmie kurierskiej kto odebrał paczkę, kto się podpisał? Dzwonię, może to coś pomoże?

Na szczęście połączyło mnie z  tym samym miłym panem. Pan sprawdza protokoły internetowe, jest tam wyraźnie napisane – odbiorca paczki podpisał się nieczytelnie. Papierowej wersji nie ma, telefonu do kuriera podać nie może. I jest pat, bo pani twierdzi i przysięga na wszystko, że kuriera nie było. A firma twierdzi, że paczkę dostarczyła. A z racji tego, że są firmą kurierską,a  nie mafią, nie wpadną do domu tej pani i nie będą szukać paczek ukrytych w piwnicy. Z ich punktu widzenia wszystko się zgadza. Odbiorca otrzymał swoją paczkę.

Zonk w tym, że ja na 100 % pewna nie jestem czy to na pewno była nasza paczka. Nie da się tego sprawdzić bo firma kurierska twierdzi, że paczka została skutecznie dostarczona, zaś odbiorca zarzeka się, że kurier jej nie odwiedził. Reklamacja napisana, ale jak uczciwie powiedział konsultant, z ich strony dopełniono wszystkich procedur. Paczka zgodnie z listem przewozowym została dostarczona odbiorcy. I koniec tematu.

I w ten oto sposób straciliśmy prawie 2 tysiące złotych. Dalej nie wiemy gdzie jest nasza paczka. I pewnie nigdy się nie dowiemy.

main

Ścieżka dźwiękowa- Baio – The names

1 dzień na Mazurach. Mój patent.

Tak, tak, bezczelnie się chwalę. Tak. tak, mam piękną pogodę. W końcu. Nareszcie. Nie pada, nie wieje. Świeci słońce, jest ciepło, majowo, cudownie. Aż żal siedzieć w domu.

Jako, że moją majówkę opisałam dość pobieżnie, postanowiłam teraz wrócić do 1 maja i opisać szczegółowo plan idealnego dnia na Mazurach. Czyli zapraszam na wycieczkę wersję rozszerzoną. Idealną na weekend.

Zaczniemy od pomysłu. Co mnie podkusiło by 1 maja spędzić na Mazurach? Luty. Tak, w lutym spędziłam cudowny weekend w spa w Miłomłynie. Podczas spaceru bardzo mroźnego i słonecznego dnia doszłam na przystań. I wtedy obiecałam sobie, że latem na pewno przyjadę tutaj by podziwiać piękno tego miejsca. I na pewno popłynę w rejs po kanale. Ale po co czekać do lata? Początek maja, chociaż niezbyt ciepły, okazał się ciekawą datą na taką wycieczką. Chociaż oczywiście letni rejs ma ten duży plus, że po prostu jest ciepło i płynie się odrobinkę milej. Nie trzeba otulać się dwoma szalami. W każdym razie od maja do września można popłynąć, więc każdy znajdzie termin idealny dla siebie. Bilety najlepiej kupić przez internet, liczba rejsów jest ograniczona, tak samo jak miejsc. A jako, że taki rejs to spora atrakcja, to bilety rozchodzą się bardzo szybko. Do wyboru mamy rejs z Miłomłyna do Ostródy, albo z Ostródy do Miłomłyna. W każdej opcji możemy skorzystać z autokaru, który zawiezie nas z Ostródy do Miłomłyna na rejs,albo odwrotnie,po końcu rejsu w Miłomłynie zawiezie do Ostródy. Ja wybrałam rejs z Miłomłyna  z prostego powodu, zaczyna się o 12. 30, a nie o 10, co ma znaczenie, jeżeli na rejs trzeba dojechać z takiego Gdańska. Aczkolwiek przyznać trzeba, jedzie się sprawnie, to w końcu tylko 120 km.

Ok, jak już jesteśmy w tej Ostródzie to parkujemy, w pośpiechu szukamy przystanku skąd ma zabrać nas autokar- od razu mówię, znajduje się przy muzeum, w samym centrum, niech inni nie błądzą jak my. Następnie komfortowym autokarem pokonujemy zawrotną odległość 10 kilometrów i bach, jesteśmy na przystani. Tam czekała już na nas Czapla, stateteczek taki. Mały, zgrabny, z dachem, i osłonkami od wiatru, co ma znaczenie kiedy podróżuje się w zimowym maju. Każdy zajmuje wygodne miejsce i ruszamy. Nie ma co nastawiać się na ogromne emocje i walkę z falami. Płynie się bowiem jak po maśle. Po prostu sunie bez przeszkód po wąskim kanale. Atrakcją jest to, że natrafiamy na różnice poziomów wody. W zależności więc od wybranej trasy będziemy się wznosić albo opadać. Jak akurat sunęłam w dół, prawie 3 metry. Jest to wydarzenie, które szczególnie ciekawi dzieci. Ale nie tylko. Dorośli też mają niezłą frajdę w kontrolowanym „tonięciu”. Dodatkowo kanał w miejscu śluz jest wyjątkowo wąski, można dotknąć palcem betonowych zapór. Obijanie się od ścian też ma swoje uroki. A w międzyczasie po prostu płyniemy, podziwiamy cudowne widoki, resetujemy umysł, pozbywamy się napięcia i cieszymy błogą i dziką naturą. Taki rejs jest wspaniałym antidotum na codzienny pośpiech i stres. Genialnie odpręża. Na taki rejs polecam zabrać z sobą butelkę z wodą i drobne przekąski. To siedzenie i powolne wpatrywanie się w naturę wyzwala głód. Taki rejs polecam mieszczuchom i rodzicom z malutkimi dziećmi. Te w przedziale 2-6 lat, będą odczuwały po pół godzinie monotonię i zaczną męczyć i rodziców i pasażerów. Starsze dzieci zaś na pewno będą zadowolone z wycieczki, o ile rodzice nie zapomną o przekąskach i aparacie, którym dziecko będzie mogło robić zdjęcia. Cena biletów to temat rzeka. Niestety, ceny są dość wysokie. Za niespełna trzygodzinny rejs trzeba zapłacić 50 zł od osoby ( cena do czerwca, potem rośnie ). No i trzeba dokupić bilet na autokar w stałej cenie 6 złotych. Czy warto? Oczywiście.

This slideshow requires JavaScript.

Kiedy już rejs się skończy i wysiądziemy w Ostródzie ( albo do niej wrócimy autokarem) koniecznie trzeba się przespacerować wzdłuż jeziora Drwęckiego, które jest przepiękne, ogromne i naprawdę robi wrażenie-szerokość w najszerszym miejscu to aż kilometr, a głębokość 21 metrów. Podobnie jak sama Ostróda, niezbyt duże miasteczko, ale zdecydowanie z klimatem. I ogromną ilością łabędzi. Jeżeli macie ochotę na pyszny rosół to polecam wstąpić do Lalo, lokalu nad samym jeziorem. Możecie coś przekąsić, odpocząć, nasycić oczy zielenią oraz oddać błogiej przyjemności z jedzenia najlepszego rosołu z kaczki w Waszym życiu.

Teraz trzeba zatrzasnąć drzwi od auta i w drogę. Ledwie 40 kilometrów od Ostródy znajduje się Olsztyn. Piękne i chyba nieco niedocenione miejsce na naszej mapie. Ja Olsztyn polubiłam tak na poważnie, kiedy dostarczaliśmy okucia do najlepszego hotelu w mieście. Pojechałam z inspekcją po otwarciu i przepadłam. Co prawda na nocleg w tym hotelu mnie wciąż (jeszcze) nie stać, ale miasto szczerze polubiłam. Po drodze można zrobić sobie małą przerwę w Gietrzwałdzie. Ci wierzący mogą nabrać wody ze źródełka, a ci co niekoniecznie wierzą po prostu mogą podziwiać przepiękne mazurskie widoki i przepiękny kościół.

This slideshow requires JavaScript.

No dobrze, jesteśmy w Olsztynie, kierujemy się ku starówce. Parkujemy pod starymi murami, parę kroków i reprezentacyjna część miasta stoi przed nami otworem. Nie wiem czemu, ale Rynek w Olsztynie skradł moje serce. Jest w sam raz, ani za przytłaczający, ani za mały. Jest tu masa knajpek, sporo uśmiechniętych ludzi i niezwykły klimat. Do tego naprawdę dużo zieleni, która w połączeniu ze starymi budynkami jest ciekawa i dla duszy i dla oka. Na obiad polecam wpaść do Pierogarni Bruner. Ciekawe, a co najważniejsze pyszne miejsce. Jeżeli znajdziecie miejsce po obiedzie, to koniecznie idźcie na lody, polecam Kroczka. Lody naturalne w szalenie oryginalnych smakach. Szpinak? Marchewka? Bazylia? Dla  tych mniej odważnych chałwa i domowe ciasteczko. Niebo w gębie. A po miejskim spacerze koniecznie trzeba pojechać na obrzeża, nad jezioro Długie. Fantastycznie odremontowany miejski teren, gdzie w zasadzie nie można się nudzić.

This slideshow requires JavaScript.

I w ten oto sposób po 10 godzinach wycieczki możemy zapakować głowę pełną wrażeń i ruszyć do domu.

Pamiętajmy, piękne wiosenne i letnie dni są idealne by ruszyć się z domu. Nie siedźmy więc na kanapie, tylko odkrywajmy okolicę.

Ścieżka dźwiękowa- Depeche Mode- The dead of night

O pewnym Kliencie

Nie, nie. Nie będzie teraz relacji z pracy. O tym jak kto na mej drodze stanął niemiły pan klient, co uprzykrzył mi życie. Nie,nie.

Celowo użyłam słowa Klinet z dużej litery. Bo Klient to tytuł. Tytuł filmu na którym byłam w tym małym studyjnym kinie. Film nie jest szczególnie nowy, ba, zdążył nawet dostać Oskara. Ale w moim mieście, a przecież nie mieszkam na prowincji wyświetlano go dopiero teraz. Dlaczego? Nie wiem.

W każdym razie parę lat  wstecz oglądałam Rozstanie i szczerze przyznaję, zachwyciłam się tym filmem. Do tego stopnia,że z zachwytem poszłam by na dachu Teatru Szekspirowskiego podziwiać Taxi Teheran. Co łączy te trzy filmy? To, że dzieją się w Iranie, są kręcone przez tamtejszych twórców, ba, Rozstanie i Klienta łączy reżyser i główny aktor.

To o czym jest Klient? Cóż to za fabuła, warta Oskara, na marginesie?

Młode małżeństwo, on jest nauczycielem i aktorem amatorem, ona śliczną aktorką z tego samego teatru. Pewnego dnia ich dom zaczyna pękać, muszą uciekać. Dalsze mieszkanie w tym miejscu jest niemożliwe. Z pomocą śpieszy kolega z teatru, ma mieszkanie na wynajem. Młodzi decydują się na jego ofertę, w końcu nie będą mieszkać w teatrze, pod sceną. Wprowadzają się. W mieszkaniu była lokatorka zostawiła część swoich rzeczy. Bardzo im to przeszkadza, ale kontakt  z panią jest utrudniony. Kiedy jako tako się urządzają i pozornie zyskują stabilność, do mieszkania dzwoni domofon. Kobieta jest sama, wpuszcza dzwoniącego ( w domyśle męża) i idzie pod prysznic. Dzwoniącym był klient lokatorki.

Co się stało w mieszkaniu? Nie powiem, nie mogę. Zresztą my też tego nie wiemy. Ale od tego momentu życie małżeństwa radykalnie się zmieniło. Nim zaczyna rządzić zemsta. Taka najbardziej prymitywna cecha.

W tym filmie reżyser skupia się głównie na emocjach mężczyzny. Zniewaga popełniona na jego ukochanej,jest bowiem jego zniewagą. Ona chce zapomnieć, on nie potrafi. Na siłę chce wymierzyć sprawiedliwość. Po drodze zapomina o swojej żonie. Skupia się tylko na sobie i swoich odczuciach.

Ten rodzinny thriller mógłby rozegrać się tak naprawdę w każdym miejscu na świecie, w każdym domu. Bo to film o kryzysie męskości. Emad cierpi, cierpi jego urażona duma i ambicja bo powinien  chronić swoją żonę. O ile Rana pogodziła się z wydarzeniami, o tyle Emad dolewa oliwę do ognia i staje się coraz bardziej agresywny. Ale czy to nie jest tylko na pokaz?

Film jest niezwykle szlachetny i mimo podejmowanego tematu subtelny. Głównie dzięki genialnej grze aktorskiej i wyczuciu reżysera. Powolne odkrywanie prawdy, daje widzowi wiele okazji do refleksji. A jak ty byś się zachował na miejscu Rany,albo na miejscu Enada ? Kto ma rację? Ona czy On? Kto wygra, czy zatriumfuje sprawiedliwość?

Szczerze polecam ten film każdemu.  Jest wspaniały do tego by zacząć po nim dyskusję. Ja z moim bratem całą powrotną drogę do domu spędziłam na debatowaniu czy śledztwo Enada miało sens?

To po prostu film, który śmiało można nazwać wybitnym.

Salesman

P. S. Dziś jest ten dzień. Dziś oficjalnie zaczęłam sezon na letnie sukienki w kwiatki.

Ścieżka dźwiękowa – Leonard Cohen – Chelsea Hotel #2

Znajdź pięć różnic

Aż ciężko uwierzyć, że w ciągu jednego tygodnia może aż tak wiele się zmienić. Dosłownie o 180 %. Toż to praktycznie wywrócenie życia do góry nogami !

Jeszcze parę tygodni temu bym w to nie wierzyła. Bo jak to? Wszytko miało być ustalone zgodnie z planem. A nie takie rewolucyjne niemal zmiany.

Ale z naturą się nie wygra. Trzeba przyjąć zmiany na klatę i dzielnie stawić im czoła.

W środę, prawie tydzień temu. To wtedy obudziłam się i…

Śnieg. Śnieżyca. Na termometrze zachwycające 0 stopni.

A śnieg sypał cały dzień. Rękawiczki, zimowa kurtka, hektolitry herbaty z miodem. Niedowierzanie i totalna niewiara w wiosnę.

Przyjdzie czy też?

Nie, nie przyszła.

Zamiast wiosny przyszło lato. Od razu z zimowych kurtek i botków wskoczyliśmy w lekkie sweterki, trampki i wystawiliśmy twarze do słońca.

Aż trudno uwierzyć, że w środę walczyłam ze śnieżycą i przejmującym zimnem. Tymczasem minęły trzy dni, a ja spacerowałam po molu w Brzeźnie. Zdjęłam lekki płaszczyk, chłonęłam słońce, lekki wiatr, bezchmurne niebo, tłumy turystów, pierwsze gofry z cukrem pudrem jedzone na plaży.  Bez pełno bzu. W końcu powietrze przesycone jest tym szalonym zapachem. Zrywam, albo raczej tnę, bo nożyczki mam zawsze przy sobie. Tworzę małe bukieciki. Idę ulicą niczym panna młoda. Na marginesie czemu nikt nie zamawia sobie bukiecików z bzu? Gdyby nie to,że nie planuję zmieniać stanu cywilnego, miałabym ślub w bzie.  Mam nadmiar energii.

Jest pięknie.

Jestem na wiosennej fali. Spotkanie wspomnieniowe  mojej trójki umówione. Tak, nic straconego, spotkam się z moją małą paczką. Będą lody, plotki, masa śmiechu.

Słucham Maryli Rodowicz. Jem lody. Dużo za dużo. Mój bardzo seksowny dentysta albo płacze, albo jest zadowolony.  Zajadam truskawki. Co z tego, że te rodzime kosztują 30 złotych za kilogram. Śmieję się jak głupia.

Maju, trwaj.

Ścieżka dźwiękowa –  Dave Matthews Band – Why I Am