Minął miesiąc-marzec

W marcu jak w garncu. Dokładnie tak było. I uwaga, przewidział to horoskop. Miały być zawirowania zawodowe i osobiste, i były. Zmienne nastroje i brak pewności siebie. Jednocześnie miałam poczuć się pewniej w pracy, i tak właśnie było, zostałam doceniona. W drugiej połowie miesiąca miałam stać się osobą bardziej energiczną i samodzielną, i znów dokładnie tak było.

Pierwsza część miesiąca to przykre sprawy, albo raczej trudne sprawy na bogato. Napięcia w pracy, dawne niezałatwione sprawy urzędowe, które wymagały natychmiastowego wręcz zajęcia się tematem i drżeniem czy wszystko uda się załatwić o czasie i pozytywnie oczywiście. Brak pomysłów na spędzanie wolnego czasu, fatalna pogoda, totalny brak słońca, pośpiech i sporo trosk spowodowało powrót gorszego samopoczucia, czyli nawrót problemów ze zdrowiem. Ach ten złośliwy żołądek, do tego czułam wiosnę w powietrzu. Ale nie czułam aromatów kwiatków i pączków drzew. Nie, to był katar,wiecznie piekące oczy i bolące gardło. I te zatoki znów wróciły. Nie zliczę ileż najadłam się leków, i ile zostawiłam części pensji w aptece. Zdecydowanie w marcu jak to w garncu. Starałam się w weekendy spacerować, ale nie oszukujmy się, spacer w deszczu, chłodzie i szarości za wiele radości z sobą nie niesie. I nie pozwala odstresować się tak jak należy.

W drugiej połowie miesiąca poczułam zaś zdecydowanie wiosnę, nie tylko w nosie, ale i na duszy. Odczułam napływ porcji energii, co z tego, że delikatnej, dla mnie był to jak zastrzyk czystą witaminą Życia. W pracy zaczęło się układać, codzienne spacery zaczęły sprawiać mi przyjemność, więc codzienna rutyna przestała mnie męczyć. Wróciły ciekawiej spędzane weekendy. W marcu odwiedziłam wspaniałe Muzeum II Wojny Światowej. Poszłam też na długą randkę sama z sobą do kawiarni. Dobra książka i duże cappuccino. Samotne wyjścia są naprawdę przyjemne.Dziwne, w marcu wypiłam więcej kawy niż przez całe moje życie. Z kostką gorzkiej czekolady i dużą ilością mleka. Taki mam poranny standard w pracy. O dziwo, przyzwyczaiłam się tego napoju. A ileż dodaje mi energii. Dzięki kubkowi tej mieszanki przeżyłam tę zmianę czasu i mogę podsumować marzec.

Marcowa energia i samodzielność. Hmm, rozszalałam się w tym temacie. O jednej sprawie nie będę mówić, by nie zapeszać. Zresztą co jak co, ale nie mam na nią większego ciśnienia. Będzie co ma być. Może w ogóle o niej zapomnę? Zaś ta druga, ta druga to musi się udać. Aczkolwiek nie w kwietniu, ba, nawet nie w tym roku. W każdym razie marzec, a dokładniej jego końcówka okazała się naprawdę kreatywnym czasem. I spontanicznym. I samodzielnym w myśleniu i podejmowaniu ważnych decyzji. Napiszę o tym później,niebawem. W każdym razie nie mogę powiedzieć, że marzec był jedynie złym miesiącem. Nie był też jedynie dobrym. Było jak w garncu.

W tym miesiącu znalazłam za to  najgorszy kosmetyk wszech czasów. Otóż strzeżcie się arganowego kremu do rąk z Avonu. Skusiłam się na niego, bo uznałam,że krem do rąk to krem do rąk. Nie można go w żaden sposób popsuć. Och, jaka ja byłam naiwna. Wiecie, że całą dużą tubkę zużyłam w 2,5 dnia? I to nie dlatego, że ten krem był tak wspaniały, że nie mogłam przestać go używać. Nie, on prostu w ogóle nie nawilżał. W ogóle się nie wchłaniał, tak jakbym polewała ręce wodą. Chyba pierwszy raz tak się wściekłam na najgorzej wydane 5 złotych w moim życiu.

Dla równowagi wypróbowałam też tusz do rzęs z ich oferty reklamowany przez Kożuchowską Małgorzatę. Z tego co pamiętałam to Avon zawsze miał dość fajne tusze. Przynajmniej ja byłam zadowolona. I teraz też się nie zawiodłam. Nie dość, że kosztuje niecałe 30 złotych, to wspaniale działa. Niesamowicie wydłuża,  idealnie rozdziela ,a  to tego jest tak lekki i delikatny dla rzęs. A przy tym zaskakująco trwały. Efekt mam taki sam jak z moim ukochanym L’Orealem, tyle, że dwa razy taniej.

No cóż na półce perfum sporo, ale na dzień kobiet skorzystać musiałam z okazji i kupiłam w promocji zapachy z oferty Rossmanna. Jeden siostra, jeden ja. Zapłaciłam połowę ceny. Wybrałam trochę na ślepo, Naomi Campbell Pret a porter.  Pani mi doradziła, jako ostateczna ostateczność. po tym jak stałam pół godziny przed półkami zapachowymi i wciąż zmieniałam zdanie. Oczywiście jak tylko zapłaciłam uznałam,że zrobiłam źle, bo przecież byłam pewna, że chcę tamten inny. Ale trudno, w domu przetestowałam i przepadłam. Bardzo kobiecy, idealny w te chwile,kiedy brakuje nam pewności siebie, albo pogoda powoduje,że mamy fatalny nastrój.  Miks owoców, waniliowego deseru, do tego róża i fiołki. O dziwo całość jest i smaczna, i trwała i naprawdę sprawia, że czuję się przyjemniej.

Mówiłam miliard razy, uwielbiam kupować lakiery do paznokci, ale nie znoszę malować paznokci. Bo nie potrafię, naprawdę, maluję wszystko poza tym co trzeba. Kiedyś w Biedronce kupiłam lakier marki Bell, jakaś linia wakacyjna, coś z Maroko, piękny turkusowy kolor,mieniący się kilkoma innymi barwami. Podziwiłam go w opakowaniu, aż mnie coś naszło, odkręciłam opakowanie i bach, pomalowałam co miałam. Ku mojemu zaskoczeniu malowało się idealnie, nie wiem czy to zasługa konsystencji czy pędzelka,ale pomalowałam paznokcie. Idealnie, aż mnie brat pochwalił. Ku mojemu zdziwieniu lakier wytrwał ze mną cały dzień. I drugi i trzeci, i tak 6 dnia zmyłam go, bo uznałam,że czas na olejkową regenerację. Cudo za 5,99 zł. A mam doświadczenie, testowałam bowiem dziesiątki drogich lakierów i żaden nie był tak przyjemny w obsłudze.

I na koniec coś o włosach. Lubię swoje włosy, ale ostatnia zima je osłabiła. Już nie były jak zawsze- miękkie, delikatne i lśniące. I to bez zabiegów i kosmetyków. No dobra, do włosów używałam jedynie szamponu. Teraz jednak musiałam coś zrobić by włosy przestały mi się łamać z wrażenia. Kupiłam maskę L’ Oreal. magiczna moc olejków. Wielkim plusem jest to, że trzyma się ją 5 minut. Ma piękny zapach, cudownie się błyszczy, i naprawdę działa. Włosy wróciły do formy w dwa tygodnie. Pewnie udział w tym mają też witaminy, ale szczerze mówiąc nigdy nie miałam  tak lśniących włosów jak teraz…

Ścieżka dźwiękowa- Family Of The Year– Cast Off

 

Advertisements

41 uwag do wpisu “Minął miesiąc-marzec

  1. Mnie też żołądek dokuczał i do teraz nie chce sie uspokoić, taki urok wiosny… Lakiery z bell są fajne, sama wypróbowałam i bardzo je lubie, natomiast nie polece maybelline, są rzadkie, szybko odpryskują, okropne. Marcowa pogoda była straszna, ani zimno ani ciepło tylko pełno chorób ale teraz musi być lepiej:)

    Lubię to

    1. ponoć jesienią i wiosną dolegliwości żołądkowe są silniejsze. 😦
      Wlaśnie, Maybelline mi nie podeszły, Rimmel fajnie się nakłada,ale za to trwałość marna, więc malować mi się nie chciało. Astor to juz totalna porażka. Mi chyba najlepiej podchodzą takie do 7 złotych:)

      Lubię to

      1. Niestety są, a przynajmniej u mnie tak jest. No właśnie Rimmel to dla mnie porażka ja lubię miss sporty takie małe okrągłe są świetne i dziś zaoptrzylam się w nowy kolor ☺

        Lubię to

  2. Horoskopy zazwyczaj układane są tak, żeby jak najwięcej osób mogło dopasować je do swojej obecnej sytuacji i pewnie dlatego moje się nigdy nie sprawdzają. Turkusowy kolor mieniący się kilkoma innymi? W Biedronce? Jak ja mogłam takie cudo przegapić? I mnie dopadł wiosenny spadek energii i chyba pierwszy raz w życiu spowodowany był zmianą czasu na letni, ale już jest OK, a dla rozruszania się po zimowym zastoju wróciłam do chodzenia pieszo do i z pracy (2 km w jedną stronę) bez względu na pogodę. No chyba, że będzie tak lało, że strumienie będą ulicami płynęły, to logiczne, że wtedy autobusem pojadę. Włosy – dziś rano ze zdziwieniem stwierdziłam, że są jakieś suche i sztywne jak druty, ale wystarczyło wziąć grzebień do ręki, żeby wróciły do normalnego stanu. Miłego dnia 🙂

    Lubię to

    1. Ja wzięłam latem ten lakier, bo właśnie aż z daleka się mienił. Ale teraz użyłam i żałuję,że tak późno. Muszę częściej patrzeć na te lakiery;)
      Mnie też pierwszy raz dopadła zmiana czasu, w zasadzie cały czas rano mi ciężko, pewnie stąd,że już było rankiem jasno, a teraz znów ciemno 😦 Ale przyzwyczaimy się:)

      Lubię to

  3. Kasia pisze:

    Widzę, że marzec był u Ciebie mocno kosmetyczny 🙂 Jeśli chodzi o krem do rąk to jestem wierna Neutrogenie albo czerwonemu Garnierowi – wszystkie inne jakie używałam to była lipa. Wolę kosmetyki z bardziej naturalnym składem, ale np. Tołpa sobie nie radzi w zimie z moimi dłońmi.

    O, a jak ten tusz się dokładnie nazywa? Mój się właśnie kończy i zastanawiam się czy nie spróbować jakiegoś nowego (czasem żałuję, ale nie mam też idealnego).

    Trzymam kciuki za obie sprawy!

    Lubię to

    1. Powiem Ci,że mi kremy do rąk z Garniera nie pasują 😦 Neutrogenę miałam i dobrze wspominam, muszę do niej wrócić 🙂 Mam na razie Kolastynę i jest ok. Ale mam drugi z Avonu i aż boję się otworzyć:)
      Tusz jest ten, http://wizaz.pl/Makijaz/Malgorzata-Kozuchowska-twarza-Avon nazwę ma po prostu True Color 😉 Robiłam sobie test, jedno oko pomalowałam nim, drugie nowym L’Orealem, tym z okrągłą końcówka na szczoteczce, efekt praktycznie ten sam. A Avon ładniej rozdzielił moim zdaniem 😉 choć on nie pogrubia zbytnio, ale nie obiecuje tego akurat.

      Lubię to

      1. Kasia pisze:

        To jasne, że dla różnych osób są dobre inne produkty.

        A, dzięki, w sumie sama mogłam sprawdzić co ta Kożuchowska reklamuje… Nie muszę mieć jakiegoś kosmicznego efektu, byleby mi rzęs nie zlepiał, nie zostawiał grudek i się nie kruszył 😉

        Lubię to

      2. to będzie idealny. Naprawdę jestem zaskoczona tym jaki on jest lekki-nie znam się na kosmetycznych słówkach, w każdym razie ja czasami czułam tusz na rzęsach, a ten ma jakąś dziwną lekkość w sobie. Jest idealny rano, bo maluje się nim bardzo prosto, zero sklejania, i ta cena bardzo przyjemna 🙂

        Lubię to

    2. Zbych pisze:

      Neutrogena – najlepszy krem do rąk na mrozy.
      Piszę to z czystym sumieniem bo przetestowałem swego czasu kilkadziesiąt, łącznie z takimi z „wyższej półki”. Mimo że trochę długo się wchłania to jako jedyny spowodował że moje łapy przestały wyglądać jak papier ścierny – można powiedzieć że testowany w extremalnych warunkach bo pracowałem wtedy jedną mroźna zimę na budowie a nie wszystko dało się zrobić w rękawiczkach.

      Lubię to

      1. ja testowałam chyba z dwa rodzaje ich kremów do rąk, takie najbardziej zimowe z zimowych, i bardzo je sobie chwaliłam. Ale nie nadają się tak na co dzień, na przykład by postawić je sobie na biurku w pracy, bo bardzo długo się wchłaniają. Jednak na zimę idealne, na noc:)

        Lubię to

  4. Zbych pisze:

    Witamy wśród kawoszy 🙂
    Przy okazji donoszę że „Zgagą” obejrzałem – rzeczywiście świetna. Myślałem że Mike Nichols sam to wymyślił (bo w końcu niezłe obyczajówki robił) a dopiero potem doczytałem że to autobiograficzna historia samej Nory Ephron. No, no kto by się spodziewał 🙂
    Odhaczyłem też trylogię Løgmansbø-Mroza i niestety ta ostatnia część najgorsza – wolę Cię uprzedzić jak będziesz się zabierać do „Promu” – żebyś nie miała wygórowanych oczekiwań bo wtedy mniejsze rozczarowanie na końcu. Mam wrażenie że tą ostatnią cześć to pisał już „na tempo” bo gdzieś od połowy zaczyna się straszny chaos i zamiast kryminału robi się tania sensacja. A zakończenie… to chyba jakiś żart (przepraszam za ten delikatny spoiler).

    PS: Cóż to za strawa na fotce z drewnianą widelco-łyżką? Próbowałem się domyśleć składników ale nie podejmuję się zgadywać.

    Lubię to

    1. Kasia pisze:

      Dzięki za opinię, bo ja się właśnie przymierzam. Przyznam, że zaczynam powoli być zmęczona tym jakie życiowe zwroty akcji Mróz urządza swoim bohaterom. I ta końcówka też nie brzmi obiecująco (zwłaszcza, że w międzyczasie jeszcze Inwigilację przeczytałam) , no cóż – już zakupiona, więc trzeba czytać 😉

      Lubię to

      1. Zbych pisze:

        Cóż… Mroza czytałem tylko „Parabellum” i jak dla mnie to był przeciętniak – pewnie dlatego nic więcej jego autorstwa nie czytałem. Po Løgmansbø sięgnąłem bo myślałem że to jakiś nowy „kryminalny skandynaw” się objawił. „Enklawa” mi się podobała (zadziwiająco dobra jak na debiut „amatora” 🙂 ), „Połów” jeszcze lepszy, ale ten „Prom” to już rozczarowanie. Poza tym czytelnik spodziewa się, że w ostatniej części będzie coś spektakularnego, jakieś przewrotne i inteligentne pseudopodumowanie całej serii, a dostaje lichą sensacje – i wcale nie pisze tego dlatego, że przed czytaniem tej ostatniej części już wiedziałem kto się kryje za autorem.

        Lubię to

    2. Chyba kawoszem nie będę jednak na stałe, a chwilowo w stanie wyższej konieczności 😉
      aha, czyli jednak czuł pismo nosem, to znaczy obnażył swoją tożsamość bo napisał średnią książkę i bez odpowiedniej promocji nie byłoby szału. A tak kupią jego fani…
      Zgaga to genialny film, w sumie znów mam ochotę go zobaczyć 🙂 Szczególnie scenę makaronową 😉
      A to kurczak z warzywami 🙂 nic trudnego:)

      Lubię to

      1. Zbych pisze:

        Dobra, dobra… degustacja kofeiny to nie grzech. Zobaczysz, ani się obejrzysz a stan wyższej konieczności przerodzi się w przyzwyczajenie 🙂
        Scena makaronowa oryginalna… Chociaż mnie najbardziej śmieszyły te sceny awantur podczas remontu domu (OCZYWIŚCIE budowlańcy zza żelaznej kurtyny, średnio władający angielskim… szkoda, że nie Polacy to byłoby jeszcze zabawniej 🙂 ). Nichols jako reżyser miał właśnie taki dar przeplatania zabawnych scen z dramatycznymi by nie wyszło groteskowo – bo nie ma się co oszukiwać „Zgaga” to tak naprawę smutny film.

        PS: Kurczaka bym się nie domyślił (po szczegółowych oględzinach stawiałem na kalafior z kapustą i papryką z porem – choć wydawało mi się to szalonym mariażem)

        Lubię to

      2. niestety, dziś mi już nie smakuje kawa.Nie musiałam jej pić, bo energii miałam aż nad to,ale pomyślałam,że sobie zrobię i nie smakowała nic a nic. Leży i stygnie drugą godzinę 😉
        Tak, te remontowe momenty były idealne. W ogóle ten film jest słodko gorzki, można i szczerze pośmiać i wkurzyć. Jak w życiu 😉
        Kapusty nie lubię, wiec na pewno nie gotuję jej:0

        Lubię to

  5. Wizyty w muzeum zazdroszczę. Zaprezentowana ulica urzeka. Nie mam jednak możliwości podziwiania w najbliższym czasie i chyba okazja przepada tym samym.
    Markę z bell kojarzę z korzystną cenową i zaskakująco dobrą właśnie.
    Z innej beczki, wiesz, ze w marcu była premiera nowej książki Nesbo? I to z Serii o Harrym. Ja dzisiaj zamówiłam, bo przez przypadek natrafiłam w arosie. Nie mogę się doczekać jak wpadnie w moje łapki, bo opinie bardzo dobre ma.

    Lubię to

    1. Wiem, wiem. Właśnie dumam czy kupić na czytniku, czy jednak tradycyjnie? 🙂
      Myślę,że muzeum nie przepadnie mimo wszystko, że się obroni. Tyle,że nie wiem kiedy znów będę polecać wizytę, bo jak będzie nowy dyrektor z nadania to wystawa może się zmienić. Ale liczę na jakiś cud sądowy.
      Jestem na etapie dojrzałości kosmetycznej , to znaczy otwarcie mogę mówić,że kupuję tanie a dobre. Bo nie sztuką jest mieć lakier za 80 złotych i go chwalić 😉 Bell to fajna firma:)

      Lubię to

  6. z lakierami do paznokci ma podobnie – uwielbiam kupować różne kolory i odcienie, mam ich multum, a malowanie to dla mnie kara – wiecznie mi nie wychodzi. Do tego mam tak liche paznokcie że w sumie najczęściej są pomalowane bezbarwną odżywką i tyle.. 😉
    U mnie tez marzec taki trochę różny, jak w garncu. Liczę że kwiecień będzie zdecydowanie lepszy!

    Lubię to

  7. katasza pisze:

    Lubię mieć pomalowane paznokcie, ale też nie lubię malować, szczególnie czekać, aż wyschnie i nie cierpię tego potem zmywać. Gdy kiedyś narzekałam na brak trwałości (bo jak już się zmuszę, to niech to zostanie te kilka dni na paznokciach), koleżanka poleciła mi lakiery Golden Rose i faktycznie, nieźle się trzymają, ale tydzień bez odprysków to i tak abstrakcja.
    Wielu tuszy nie testowałam, ale na taki, z którego byłabym w pełni zadowolona, jeszcze nie trafiłam. 😛 Najbardziej mnie drażni sklejanie, więc ten z Avonu mógłby mi się spodobać – co prawda oczekuję pogrubienia, ale te pogrubiające się chyba bardziej lepią…
    Maska do włosów też mnie zachęca. Również nazwą, teraz używam odżywki o nazwie Cudowny olejek i moje włosy ją lubią. 🙂
    A co do kremów do rąk, to wrażenie smarowania się wodą miałam po kremie marki Vaseline – taki jego plus, że szybko się wchłania i w roli jakiejkolwiek powłoczki można go zużyć. Na dramatyczne sytuacje i podrażnienia niezły okazał się czerwony Garnier z alantoiną, do stóp i łokci. 🙂 W ogóle Garniera lubię, Evree lubię, czasem testuję jakieś inne i zawsze długo myślę nad półką. Neutrogenę też pamiętam jako skuteczną, ale jest niezbyt wygodna i dawno nie używałam.
    Większe ilości słońca od razu lepiej nastrajają. 🙂
    Kawa z dużą ilością mleka to był mój pierwszy krok, choć pierwszy to w ogóle była zdaje się słodzona – teraz na dzień dobry w pracy jest czarne podwójne espresso. 😀

    Lubię to

    1. ja chyba bardziej niż malować nie znoszę zmywać 😉 Ten polecany przeze mnie ma tę wadę,że jest trwały. Nie tylko na codzienność,ale i na zmywacz;) ileż nerwów i czasu to kosztowało.
      Mam podobne wrażenie, to znaczy te pogrubiające często za bardzo oblepiają rzęsy, i robią się grudki. A ten mogę szczerze polecić, na co dzień idealny, albo jak ktoś nie lubi efektu sztucznych rzęs to i na wieczór dobry:)
      Nigdy nie używałam masek do włosów ta mnie skusiła i okazała się idealna. Najbardziej lubię jej złoty kolor i drobinki mieniące się jak złoto:)
      Evree nie testowałam, muszę kupić w końcu 😉
      Ja kiedyś mogłam wypić tylko czarne jak smoła espresso bez cukru, a teraz mleko z kawą. Cofam sie;)

      Lubię to

  8. Tuszów z Avonu nie lubię, ogólnie ostatnio żaden tusz do rzęs mi się nie podoba 😦 a malować paznokcie nienawidzę, dlatego chodzę na hybrydy – lenistwo w wersji hard 😀

    Lubię to

  9. Kobieta pisze:

    Jak ja nienawidzę malować paznokci.. czekać aż wyschną.. zawsze gdzieś zahaczę, albo coś i się denerwuje, zmywam i obiecuje sobie ze nigdy więcej nie pomaluje paznokc, ale idę do sklepu, widzę jakiś ładny kolor to go biorę 🙂 to się nazywa głupota 😀

    Odkąd jestem w Uk, używam lakierów z Sally Hansen. Tanie nie są (w pl) ale są dobre i ładnie się prezentują, ładnie kryją.

    Z Avonu kiedyś coś miałam i dostałam uczulenia, więc podziękowałam.

    Co do maski do włosów też miałam tą co Ty i moje włosy były po niej suche, matowe i nijakie.Teraz używam samego szamponu i włosy są ładne, ponadto je prostuje, więc efekt jest świetny.
    Swojego czasu testowałam też szampon z firmy Love Me Green w połączeniu z odżywką tej samej firmy nie sprawdziły się, ale z inną odżywką już tak..

    Miłego popołudnia :*

    http://woman-in-the-morning.blogspot.com

    Lubię to

    1. mam tak samo, nie znoszę malować, ale jak jestem w sklepie to zawsze jakiś mnie zauroczy i wezmę, a potem pół roku czeka aż mnie najdzie wena;)
      ja mam w zasadzie bardzo proste w obsłudze włosy, myślę,że każda odżywka by mi pomogła tak naprawdę, nawet placebo 😉 a z Avonu nie używam kosmetyków takich niekolorowych, bo nie lubi ich moja skóra.

      Lubię to

  10. Bardzo lubię kosmetyki do włosów z L’Oreal. 🙂 Ostatnio kupiłam ten szampon, który reklamują – z glinkami i powiem Ci, że faktycznie działa. Włosy nie przetłuszczają się i mogę je myć nie co dwa, a już co 3 dni. 😀
    Jejku zakochałam się w tym lakierze do paznokci, który opisałaś – w mojej wyobraźni ten kolor jest obłędny. 😀

    Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s