Szata zdobi człowieka – czyli o sztuce doboru garderoby.

Kiedyś nie znosiłam zakupów. Wybierałam coś na szybko, byleby uzupełnić garderobę i tyle. Często okazywało się, że moje zakupy są po prostu porażką. Totalną. Miałam siedem takich samych bluzek, niestety,byle jakich, ale za to kupionych z zamkniętymi oczami.

To nie tak, że ja się modą i tym co mam na sobie nie interesowałam. Nie, od małego miałam swój styl i w zasadzie niewiele się on zmienił. Ale nie znosiłam chodzić do sklepów z ubraniami. Dużo osób się dziwiło-jakbym miała twoją figurę, to bym non stop chodziła na zakupy. A ja zawsze się wstydziłam. Czego? No właśnie mojej chłopięcej figury. I w ogóle nie wiedziałam co mam wybierać by czuć się dobrze. Do mojej twarzy i sylwetki nie pasowały bowiem poważne kroje, zaś źle czułam się w tych młodzieżowych. Tak, ten etap ,zaraz po studiach był dość ciężki. Wydawało mi się,że o pewnych rzeczach powinnam zapomnieć, zaś na inne nie byłam chyba gotowa. Ale na szczęście posłuchałam mądrzejszych od siebie. Był taki etap,że oglądałam jak nałogowiec program modowy za programem. Skupiłam się na tych prowadzonych przez fachowców, głównie na zagranicznych kanałach. Zbierałam branżowe artykuły i porady, i jest. Moja szafa dziś jest prawie idealna. Prawie, bo zawsze brakuje mi jednej, czy dwóch dodatkowych sukienek, które kocham miłością szaloną.

Co więc jest w mojej szafie?

Od małego kochałam nadmorski klimat i ubrania rodem z Riwiery. Paski, biel, granat, trampki, rozkloszowane spódnice i wąskie spodnie 3/4. Lubię też kwiatowe wzory, ale uwaga,tylko na sukienkach. Nigdy nie lubiłam zresztą wzorów. No poza paskami. Groszków zaś nie akceptowałam. nie widziałam sensu w noszeniu bluz w pączki czy banany. Dla mnie ubranie musi być uniwersalne, czyli praktyczne. Stąd wzory są niepożądane. Wyłączając sukienki. One nie muszą być praktyczne. One mają być po prostu piękne. I mogą wisieć w szafie latami czekając na swój wielki debiut. W kwestii sukienek nie mam żadnych wyrzutów sumienia, że coś jest piękne, ale kompletnie niepraktyczne.

caf5205d21bc351c335b8a7aa310d543

Natomiast inne stroje…

W mojej szafie zawsze muszą być:

Kardigany. Nie wyobrażam sobie bez nich życia. Pewnie wyjdzie na to, że mam za dużo tych klasycznych sweterków, ale nie wyobrażam sobie bez nich życia. Zimą wybieram te maksymalnie ciepłe, latem lżejsze. Koniecznie muszą mieć kieszenie, i mieć neutralne kolory. Szary, granatowy, khaki. Owszem śmieją się nieco ze mnie, że tak je lubię. Ale nie zamierzam zmieniać nic w moich uczuciach, miłość do zapinanych na guziczki sweterków, jest stała i silna. Nudnie? Możliwie, ale to moja nuda.

f3bd5dc10c92e6cc16de9befb0eaa7e4
Sweterki rządzą.

Jeansy. Jestem stałą fanką, podobnie jak w przypadku kardiganów. Aczkolwiek pamiętam,że moje jeansy nie zawsze były takie idealne. Ot, kiedyś miałam fazę na dzwony. Dzwony z rzemykami. Albo dzwony z kieszonką na kolanach-bardzo praktyczną zresztą-ściągi na fizykę i te okolice. Miałam też jeansy z kwiatkami. Ale, ale. Jakoś tak w 3 liceum stałam się nudna. Do kwadratu. Zaczęłam nosić rurki i tak trwam. Zmieniają się tylko kolory. Poza jedną parą spodni z tą niby dziurą typu boyfriend, moje spodnie są praktycznie identyczne. To spodnie w stylu znajdź 5 różnić między odcieniem. Najbardziej lubię te ciemne, nie czarne, ale bardzo, bardzo ciemne. W nich czuję się i wyglądam najlepiej. I co z tego, że to szalenie nudne połączenie-sweterek i jeansy?

a284808353ba9995897a336433454d6c
Ukochana nuda, jeansy i luźniejszy t-shirt.

Nie, nie noszę sweterków na guziczki bez bazy. Bazą są koszulki. Najchętniej białe. Choć lubię też szarości. Matko i córko, ja naprawdę jestem nudna. Mam parę czarnych muzycznych koszulek. Nie powiem jakich bo to oczywista oczywistość. Tak więc mam takie koszulki, kupuję je w zasadzie nałogowo. Bo noszę non stop. Zimą pod sweterek, latem zamiast sweterka. Najbardziej lubię te luźniejsze, nieco dłuższe.  Nuda i nuda.

 

Nudne nie są sukienki w kwiatki. Tutaj pozwalam sobie na fantazję. Lubię sukienki w stylu, który czyni je uniwersalnymi. Takimi, które można nosić do pracy, jak i pójść na rodzinną imprezę. Przyznaję, ciężko mi takie znaleźć. Ale próbuję. A próby te kończą się często tym, że ląduje w mojej szafie  kolejna urocza sukienka, która czeka na swój wielki debiut,niczym debiutantka z dobrego domu. Ale cóż, jestem uzależniona. Do sukienek noszę trampki,baletki, albo sandałki. Wszystko płaskie i wygodne.

7332ef46319ee8e13a42e1a48b768123
Długa sukienka, kwiatki i sweterek. Zestaw idealny.

Osobą kategorią są oczywiście małe czarne. Mam sześć. Z czego cztery nigdy nie noszone,ale nie kupione, a dostane w prezencie. Moja mama się z tego śmieje. I ma rację.  Ale ja uwielbiam czerń. Czerń na sukienkach. Moje małe czarne są podobne, ale zupełnie inne. Najczęściej noszę je do teatru. Ze sweterkiem oczywiście. P.S. Pisząc te słowa przeglądam szafę. Znalazłam siódmą małą czarną.

 

Spódnice. Długie spódnice. Z tymi krótkimi mam problem, za to te długie… Wiosną, latem i wczesną jesienią noszę je prawie codziennie. Koniecznie powinny mieć kieszenie i ciemny kolor. Jedna nawet ma wzór. Jest szaro-czarna, półprzeźroczysta. Takie uwielbiam, są lekkie, pasujące na każdą niemal okazję, i eleganckie. Chociaż do pracy również świetnie się nadają. I co  z tego, że mam tylko 167 centymetrów wzrostu? Uwielbiam je. Do tego t-shirt i sweterek. Tak dla pewności i bezpieczeństwa. W końcu nigdy nie wiemy kiedy zawieje wiatr….

e4a25bdee27569010dc7289a73ad6716

Buty. Jestem dziwna. Ba, na pytanie buty czy torebka, odpowiem nowa książka. Nie kręcą mnie w ogóle. Mają być wygodne, płaskie, stabilne i niedrogie. Nie znoszę wysokich obcasów. Jestem pokręcona, wiem, ale na mojej studniówce miałam 5 centymetrowe, stabilne obcasiki i myślałam,że umieram. Od tej pory nie noszę nic co ma więcej niż 1,5 centymetra ponad ziemię. Owszem, nie jestem miss wysokości i pewnie przydałoby mi się dorzucić parę centymetrów obcasika,ale hola, hola, moje samopoczucie i komfort są najważniejsze. Tak więc rządzą u mnie trampki, tenisówki, balerinki…

Moi modowi idole? Hmm. Lubię codzienny styl  Reese Witherspoon. Lubię wysoką modę w wykonaniu księżnej Kate,  lubię te niepraktyczne sukienki . Z polskich gwiazdek lubię to jak ubiera Magdalena Boczarska i Maja Ostaszewska.

Czego nie lubię? Hmm, krótkich szortów, bo mam  za chude nogi. Krótkich spódniczek, bo czuję się jakbym miała 7 lat i szła na początek szkoły. Nie lubię marynarek i sztywnych materiałów. Krótkich i obcisłych górnych części garderoby. Nadmiaru kolorów, cekinów, wszystkiego co ładnie wygląda, ale jest nieprzyjemne w noszeniu, niepraktyczne i drogie. Nie znoszę legginsów, szpilek i krótkich kurtek. Jakichkolwiek dekoltów, głupowatych wzorów i napisów w stylu Jestem seksi. Odkąd skończyłam studia, liczy się dla mniej jakość. Wolę kupić raz jedną rzecz,ale porządną. A nie cztery,ale byle jakie. Wyleczyłam się z nadmiaru. No dobra, nie w kwestii sukienek. Ale jakiegoś bzika mieć trzeba. Tak dla zdrowia.

db811b7eb86b7ec2f77222ae16a51d53
W czymś takim nigdy mnie nie zobaczycie. A jak chcecie zobaczyć fajny film, to Rabble zaprasza na Festiwal Filmowy, gdzie można wybrać bilety do kina

Ścieżka dźwiękowa- Leonard Cohen- First we take Manhattan 

Nowa miłość na wiosnę

Tak, zdarza się. Ludzie wiosną ponoć częściej się zakochują. Nie wiem, czy to zapach kwitnących kwiatów, czy to efekt nieśmiałego słońca, kusząco odsłoniętych kostek, albo po prostu efekt komercyjnego przekazu- jest wiosna, pokochaj innych.

Rady tej posłuchała pewna dama. Ciemne włosy, szczupła, chyba sympatyczna. Uśmiechnięta. Randka. Wiosenny płaszczyk, co z tego,że pogoda nieciekawa, rozgrzewa ją myśl, że zaraz spotka tego, którego chciałaby nazwać tym jedynym. Delikatny makijaż, dziewczęca fryzura, odrobina ulubionych perfum. Knajpka, spacer, kino? Niespodzianka, po prostu niespodzianka. Musi być więc gotową na wszystko. Czuje motyle w brzuchu i lekkie podenerwowanie. Kwitną magnolie, i jest tak pięknie. I to zakochanie. Akurat na wiosnę. Nie ma to tamto. Poszczęściło się jej.

Jest i on. Brunet, wysoki, pewny siebie. On chyba wierzy w prognozy bo przywdział zimową kurtkę. Spryciarz. Taki seksowny trzydniowy zarost. . Ach, jest pięknie. Jej  różowy płaszczyk. Róż w sercu.

Wiosna wiosna w koło. Zakwitły bzy….

Śpiewa skowronek nad nami,
Drzewa strzeliły pąkami,
Wszystko kwitnie w koło, i ja, i Ty.

7ea5bddfc6b52890b2165009cd716806

No pewnie, że kwitną. Zakochani jak nic. No ok, może to jeszcze nie wielka miłość, może nawet nie zakochanie, może zauroczenie? Ależ to nieważne. Najważniejsze, że znów jest wiosna, bzy, ptaszki śpiewają, pąki strzelają, a oni zdecydowanie mają się ku sobie!

Gdy samotnej zimy masz już całkiem dość
Czekasz aż nadejdzie nowy maj, hej, hej, hej!
Przyjdzie z nim ktoś inny, całkiem inny ktoś
I znowu wszystko jest naj….

818078103457532506e9757b9659035e

Tak, po długich miesiącach w końcu zaświeciło słoneczko. Po zimie w sercu i takiej na ulicy przyszedł piękny czas. Idą, nieśmiało rozmawiają, ot takie banały, jak minął tydzień? Napoleonka czy kremówka? Kawa czy herbata? Disco polo czy  polski rap? Och ja miło gubić się w gąszczu pytań, czuć zmieszanie i lekkie podenerwowanie – lubi kawę? Nie, chyba herbatę? Sama już nie wie co ma powiedzieć. Ale wiecie co? Pewnie w ogóle jej to nie przeszkadza.

To był maj,
pachniała Saska Kępa
szalonym, zielonym bzem.
To był maj,
gotowa była ta sukienka
i noc się stawała dniem.

7d7ebe0dbaef632b579c67fec07335d6

Tak, maj, wiosna, wszystko pachnie bzem. Pachnie jak szalone. Czy to była Saska Kępa? Nie, nie była. Ale co z tego, że nie była? Majem pachnie nie tylko na Saskiej. Sukienka? Nie, ona miała spodnie. Na sukienkę było nieco za zimno. Sukienka będzie na później. W kwiatki, może w bzy? A może cała w bieli? No cóż, dziewczyny tak mają, pierwsze randki, a one już wybierają białe sukienki, koronki, treny, satyna czy tafta, a może muślin? Kościół czy urząd? Wesele na 100 par, czy skromnie dla najbliższych? Parka czy trójka dzieci? Rysiu czy Grześ? A może Hania bądź Weronika? Ach, ten szalony maj, co pachnie bzem…

Piękny dzień, naprawdę piękny dzień
Wiosna tuż, pachnie w krąg majem
Chyba ktoś zawołał imię jej
Może tak tylko się zdaje….

5cfe92cc262d2d60120736627d399cb1

I tak idą, idą. I jest pięknie. W ręku mają kubki z jaśminową herbatą na wynos . W zasadzie nie wiedzą gdzie idą. Chyba mieli jakieś plany,ale one już są nieważne. Nie idą do kina, do kawiarni, galerii, teatru itp. Skoro jest tak piękny dzień, pachnie już majem. A za każdym razem kiedy on mówi jej imię ona czuje się wspaniale. Tak miło, wyjątkowo. Tak, zdecydowanie czuje się jak jedyna dziewczyna na świecie. Chwilo trwaj. Nie znikaj.

I znowu wiosna wiosna wiosna wokół nas!
I znowu wiosną wiosną najlepiej tracę czas!

0b4b88a68d9066ab37c6cde33315e7a7

Tak, tracą czas. Nie, że tracą go w swoim towarzystwie. Nie, oni po prostu spacerują tak bez celu i po prostu cieszą wiosną i swoją obecnością. Pewnie po cichu liczą na jakieś dalsze spotkania. Układają w głowie plan wiosennego marnowania czasu. Oczywiście we dwoje. Bo wiosna, bo bzy, bo powietrze przesycone jest szaleństwem i buzującymi hormonami. I co z tego,że czasy gimnazjalno-licealne mają już dawno za sobą. Są piękni, prawie trzydziestoletni i tak pięknie tracą czas.

Nie wiem co będzie dalej. Pewne jest to, że po maju, przyjdzie czerwiec. Co z naszą wiosenną parą?

Sama nie wiem. Ale będę na bieżąco informować.

Jak tylko czegoś się dowiem dam znać.

Jak tylko przeczytam więcej o tej parze.

Tak przeczytam. Nie….

Nie mówcie, żeście myśleli, że to o mnie?

No, kto tak pomyślał?

Nie, naprawdę?

Ok, to tylko zbiór majowych piosenek ( Zbyszku tym razem specjalnie dla Ciebie same polskie utwory) inspirowane miłosnym spacerem pewnej pary. W pewnym brukowcu znalazłam bowiem  ekskluzywną relację z randki niejakiej Klaudii H. z nie wiem kim. Napisali, że to nowa miłość. Także tego, zainspirowałam się, i poczyniłam taki wiosenny wpis. Muzyczno-rozrywkowo-wiosenny. Tak na przywołanie wiosny, na przekór, wyczekując majowych dni, chcąc wyprosić czapkę i szalik.

Bo wiecie u mnie to będzie…

Wyjątkowo zimny maj

Zimny kraj, zimny maj …

dc8174f9e8b59dd1bbf4aefb63ad5266

Wiecie alergia w natarciu.

Ścieżka dźwiękowa- New Order – Angel Dust

Spotkanie

Możemy zaklinać rzeczywistość. Obiecywać sobie dobry humor mimo wszystko. Cudowne dni i to, że nic nie wyprowadzi nas z równowagi. To, że każdy dzień będzie wyjątkowy i w ogóle, że to my decydujemy o tym jakie będzie nasze życie i nasze dni. I to my decydujemy czy będzie pięknie, czy nijako i szaro. I takie tam bzdety.

Ale bywa tak, że nie możesz spać. Budzisz się o 4 nad ranem bo sąsiad wyprowadza psa na spacer. I ten pies okropnie szczeka. I z całego domu budzisz się tylko ty. Wiercisz się, miotasz w lewo i prawo. Z boku na bok. Z przodu na tył i z powrotem. Irytuje ciebie każdy dźwięk wskazówki zegara. Irytuje świadomość, że mijają cenne minuty, a tyś wybity ze snu ani myślisz wrócić do krainy błogiego spokoju. Sąsiad wrócił ze spaceru. Minuty mijają i mijają i mijają…. Zegar wybija piątą rano. Bierzesz do ręki książkę i wyłączasz budzik. Bo skoro nie śpisz to po co ci on? Więc bierzesz książkę, wyłączasz budzik i ….

Budzisz się 90 minut później. Urywany sen nie przyniósł za wiele relaksu. A o relaksie nie może być mowy kiedy patrzysz na zegar. Gdzie tu zmieścić trening jogi, planowane umycie włosów ( wewnętrznie drzesz się na siebie,że wieczorem pokpiło się sprawę, i przeniosło tę czynność na poranek ), a gdzie spokojne pójście po pieczywo i czytanie gazetek? Gdzie przejrzenie informacji wirtualnych, kiedy poczytać trochę książek, w co się ubrać, kiedy zapomniało się uprasować połowy szafy? I złościsz się i używasz na zmianę o cholercia i o kurczaki pieczone, bo to te dwa słowa jakich używasz jako największe przekleństwa. Więc jest źle.

Postanawiasz wziąć oddech, pomedytować. Włączasz jednak za skomplikowany program jogicznych wygibasów i nie mija 5 minut a masz zakwasy i mięśnie niezdolne do współpracy. Człapiesz do łazienki w poszukiwaniu suchego szamponu, pryskasz i ze zdumieniem odkrywasz, że na głowie masz 15 centymetrów pianki do włosów. Także tego. W lodówce grzebiesz i grzebiesz i znów kurczaki pieczone, zapomniałaś po świętach uzupełnić jogurtowych zapasów. Postanawiasz zjeść płatki, a pal cię licho, mleko skwaśniało.

Idziesz suszyć włosy, w zasadzie uważasz, że można było je umyć. Ale nie myjesz. Wyglądasz dziwnie. Podchodzisz więc do lusterka, wyglądasz jeszcze dziwniej. Okazuje się, że wieczorem leżąc w łóżku,nie powinno się regulować brwi. Pozbycie się jednego, strategicznego włoska, okazuje się być gwoździem do trumny. Wyglądasz co najmniej nieadekwatnie. W sumie i tak wyglądasz idiotycznie po aplikacji pianki, ale brwi do kompletu? To już przesada. Doprowadzam się do jako takiego ładu. Z naciskiem na jako takiego.

Pędzisz do piekarni,ubrana w jeansy i sweter, którego nie znosisz, ale jego kolor idealnie współgra z twoim humorem. I klops. Nie, nie, w piekarni nie zaczęli sprzedawać klopsów. Klops, nie ma twoich ukochanych porannych paluchów. Idealnie chrupiących i wypieczonych na rumiano. No nie ma. W zasadzie nie powinno  to dziwić. Bierzesz byle jakie bułki, niestety nie tak chrupiące, pachnące i smaczne. Lecisz do domu. I bach. Coś spadło. Nie, nie są to bułki, te masz w ręku. Zasadniczo w siatce. To co spadło było  torebką. Opadło takie coś na czym trzymał się pasek. I było bum. Bum było wielkie. Wielkie, bo w pośpiechu mądry ty nie zapiąłeś  torebki, toteż na ulicy znalazła się paczka tabletek nawilżających gardełko, dwa długopisy jakby ktoś prosił o autograf, różowa parasoleczka, czarny portfel, który oczywiście nie był zapięty, stąd na ulicy znalazło się  22, 76 zł w różnych monetach. Na uliczną wycieczkę wybrała się też twoja jedyna czerwona szminka, której odpadło to coś co ją zamyka, stąd była to jej ostatnia wycieczka. Świat poszły też zwiedzać okulary przeciwsłoneczne (przy czym nie wiem czemu masz je w torbie,skoro szaro jak w listopadzie), a także krem do rąk, żel do dezynfekcji i saszetka maseczki ( o ile obecność okularów jestem w stanie sobie wytłumaczyć to po co ci ta  maseczka? ). W każdym razie po jakichś 5 minutach zbierasz swoje niezbędne rzeczy i z torbą w obu rękach, niesioną niczym niemowlę, wracasz do domu. Robisz kanapki z nielubianą bułką i serem. Wypijasz łyk herbaty i ruszasz na przystanek. Po drodze jeszcze przepakowujesz wszystkie niezbędne rzeczy z torebki A do torebki B. Chwaląc siebie w duchu, że posiadasz torebkę B. Jak i za to, że tę kremową, płócienną torbę się wyprało. A ganisz siebie za to, że świąteczną premię będziesz musiała wydać na nową torebkę. Czego oczywiście w planie nie masz

Idziesz więc na przystanek. Pędzisz. Mimo to spóźniasz się na autobus A,zamyka ci drzwi przed nosem. Doświadczenie ciebie nauczyło, że jeżeli jest autobus A, jest i B. Idziesz więc popatrzeć na rozkład. Przy rozkładzie stoi….

ce9d46c3027b35e239d4217b38a73a61

Stoi starszy pan. W kurtce w kratę, z torbą przewieszoną przez ramię.  Z niezwykłym uśmiechem. Nie musisz patrzeć na ten rozkład, bo pan od razu mówi- spokojnie, zaraz przyjedzie Autobus B.

A w ogóle to dziecko widzę bardzo się śpieszysz. I po co? I po co ta smutna mina? Spokojnie, człowiek się nie spóźnia, tylko czas go trochę wyprzedza. A w ogóle to Stanisław jestem. 60 lat pracowałem w kinie, operatorem byłem. Teraz od 2 lat na emeryturze każą mi być. Ale nie mogę się przyzwyczaić. Jadę do kolegi, żonę ma po wylewie to pomogę ile mogę, bo moja Danusia to już 5 rok jak odeszła. Nie ode mnie, bo ja dobrym mężem byłem, ale w ogóle z tego świata.

O, nasz autobusem, mówiłem,że zaraz przyjedzie. Wolisz dziecko miejsce przy oknie, czy przy drzwiach? Tutaj będzie nam wygodnie, usiądź dziecko. No to na czym skończyłem? Aha, syn w Niemczech pracuje, żonę tam ma, i córkę. A ja tu sam. Czasem są dni, że nie mam z kim porozmawiać. To jadę do kolegi, i trochę tam pomogę, obiad ugotuję, o dziś będą flaczki. Danusia mnie nauczyła, sekretem jest to by dać dużo imbiru. A Ty w ogóle to lubisz flaczki? Bo moja wnuczka nie lubiła nigdy.

 

Sekretem życia jest to, żeby niczego nie brać zbyt poważnie. I starać się nie śpieszyć za bardzo. Starość i tak nas dogoni. Ja mam 83 lata, i jak patrzę na was, młodych to nie żałuję, że swoje już przeżyłem. Bo wy za rzadko się cieszycie. Ciągle tylko spóźnieni, ciągle tylko pędzicie ze smutną miną…

O, mój przystanek. Pamiętaj, nie bierz życia zbyt poważnie.

Nie bierzesz więc na poważnie. Uśmiechasz się. Najpierw do pana, który zza szybki autobusu ci macha. Potem do siebie. Do tej pianki na włosach, urwanej torby, niesmacznej kanapki i wyrwanej brwi. I do tego, że przypadkiem przejechałeś 4 przystanki za daleko. Idziesz do pracy. I w ogóle się nie śpieszysz….

ae480d32b5bbf937c25665b8591283ea

Ścieżka dźwiękowa- New Order – Singularity 

Poświąteczne migawki

Kiedyś niespecjalnie lubiłam Wielkanoc. Zdecydowanie jako dziecko wolałam grudniowe święta. Bo Mikołaj, bo choinka, bo barszczyk z uszkami, bo tak radośnie, miło i chociaż na zewnątrz zimno i ciemno, to mimo wszystko przyjemnie i fajnie. Wielkanoc oznaczała krótsze ferie, i długie godziny spędzone w kościele, na uroczystościach smutnych, a do tego takich, których jako dziecko nie rozumiałam. Pamiętam raz jedną Wielką Sobotę, miałam z 8 lat, rodzice zabrali nas na wieczorne nabożeństwo, trafiliśmy do Archikatedry, gdzie arcybiskup przez 3,5 godziny odprawiał Mszę. Dla 8 latki to był koszmar. Już sama ilość godzin, ale i fakt, że pół Mszy było po łacinie. Chyba wtedy solidnie znielubiłam Święta, te wiosenne. Do tego stopnia,. że od tamtego czasu przez 8 lat rok w rok, z zegarkiem w ręku w Wielki Piątek budziłam się z …… gorączką. Dosłownie i prawdziwie. Każdego roku w piątek miałam 39 stopni z groszami. Choroba dziwnie malała w sobotę, a w niedzielę znikała w ogóle. Fenomenu tego zjawiska nie udało mi się pojąć. Dopiero kiedy stopniowo oswajałam Wielkanoc, choroba piątkowa zniknęła. A ja w końcu polubiłam te Święta.

Być może po prostu dojrzałam do tych paru dni zadumy i refleksji? Dostrzegłam,że po tych smutniejszych dniach, nadchodzi po prostu radość i nadzieja? Tak, zdecydowanie taka postawa wymaga pewnej dojrzałości. Ja w pełni polubiłam te Święta chyba dopiero po studiach. Co dziwne, dopiero wtedy polubiłam w pełni malowanie jajek, dekorowanie kwiatami, polubiłam świąteczne biesiadowanie, poranne niedzielne wstawanie na Rezurekcję- od 8 lat nie opuściłam żadnej 🙂 Tak, w pełni polubiłam ten czas. I odkrywam i przeżywam go na wielu poziomach. Naprawdę Wielkanoc to dla mnie symboliczne zamknięcie zimy, ponurej aury, nie tylko dookoła, ale i tej we mnie. I chociaż pogoda nie nastraja, na stole ląduje znienawidzony barszcz, a babcia nadmiernie ekscytuje się ciążą mojej kuzynki i perspektywą zostania prababcią, to jest miło. Nawet jak potem rodzice przeżywają ciążę kuzynki jest miło. Nawet jak walczą sami z sobą by nie powiedzieć jak oni też by chcieli, a tu nic, cisza, zero szans. Jest miło.

Jest miło jak na moment wychodzi słońce. Jak udaje się wyjść na spacer, a potem biec, byleby zdążyć przed kolejnym atakiem zimy. Jest miło kiedy dochodzi do niespodziewanych świątecznych spotkań. Przyjechał chrzestny z całą rodziną. Dawno niewidziane kuzynki, plotki, długie rozmowy, żarty. 2 godziny gry w Czarne Historie, jeszcze większa porcja śmiechu i dziesiątki nieporozumień. I tak do nocy.

A rano potworne niewyspanie. I okropne zderzenie z rzeczywistością- to już koniec, już po Świętach?

Ścieżka dźwiękowa- Depeche Mode- Policy of truth

Seriale świąteczne

Zgodnie z prognozą pogody ten świąteczny czas ma być bardzo rodzinny, domowy, stołowy i telewizyjny. Niestety, chociaż połowa kwietnia za nami, aura postanowiła być kapryśna i czeka nas deszcz. Oczywiście bardzo by mnie cieszył jego brak-vivat idealnie wymyte okna,ale z naturą się nie wygra. Od paru lat mam suche i przyjemne Boże Narodzenie. I nieciekawą Wielkanoc. Ostatnią piękną i ciepłą, pamiętam sprzed 7 laty, kiedy to wyjechaliśmy i cieszyliśmy spacerami, brakiem obowiązków i piękną pogodą. Jak miło było mieć wszystko podane, zabrane i przygotowane. Ja miałam tylko o odpowiedniej porze zejść na posiłki na dół i cieszyć magią świątecznych dni.

Tegoroczne Święta będą domowe. Jeżeli prognozy się sprawdzą będą książkowo-telewizyjne. Polecam więc maraton serialowy oglądany w dobrym towarzystwie. W końcu obecne serialowe produkcje niejeden raz okazują się dużo lepsze niż hollywódzkie superprodukcje. Rodzina,przyjaciele, albo samotność. Sernik, jajko w majonezie, talerz żurku. Nieważne, zapraszam na mój maraton.

Najpierw jednak powiem czego nie polecam, co zdecydowanie warto ominąć. Tak, tak, opowiem o serialu, który bardzo mnie rozczarował. Świat się nim zachwycił, a ja jak zwykle, stoję w kontrze. No może finałowy odcinek był ciekawy w 5 procentach czasu, ale kurczę żółciutkie, to troszkę za mało. O czym mówię? Westworld. Nie dość, że mnie nie zachwycił to jeszcze naprawdę znużył i zmęczył. Dzielnie jednak trwałam do samego końca-fanfary, oklaski i ukłony. O czym jest ten serial? Kojarzycie Jurassic Park? Miejsce gdzie można pospacerować i porobić zdjęcia miłym dinozaurom? Zamysł jest podobny. Wizjoner-grany przez samego Anthony’go Hopkinsa (nomen omen świetnie grającego), założył futurystyczny park rozrywki. Zgodnie z nazwą akcja dzieje się na Dzikim Zachodzie. Za słoną ilość gotówki można wykupić sobie pobyt, pochodzić od Saloonu do Saloonu, pobawić się z prostytutką robotem-zawsze chętną i gotową, a potem sobie postrzelać i pozabijać kogo się chce. Wszystko na niby, postrzelonego robota odda się wszakże do naprawy, zaś w człowieku pozostaje wielka radość. Pierwotne instynkty zostały zaspokojone, można sobie wrócić do domu, do normalnego życia. Do korporacji, do dzieci i małżonki. Problem się robi, gdy to roboty ulegają awarii-czytaj psuje się system. Teraz to roboty przejmują władzę nad parkiem, a żądzą nimi mordercze myśli. Albo nie myśli nie, programy. W każdym razie teraz to ludzie są w niebezpieczeństwie,bo zabawa wymyka się znanym scenariuszom. I wiecie co? Z zewnątrz wszystko wygląda genialnie. Świetni aktorzy, wspaniała realizacja, przyjemna muzyka, klimat, zdjęcia itp. Ale, ale, to tylko wydmuszka. Wydmuszka, piękna, pomalowana setkami barwnych i misternych wzorków, ale wydmuszka. Popatrzeć można, ale pożytku żadnego z tego nie ma. Zdecydowanie przerost formy nad treścią. Bo jak rozumiem w zamierzeniu twórców serial miał spore ambicje, również te intelektualne. Nie wyszło. Przynajmniej w moim  odczuciu ten serial jest bez sensu. Trochę jak twórczość Paolo Coehlo – Ile dasz, tyle otrzymasz, czasem z najbardziej niespodziewanej strony-cytat mistrza . Można się zachwycać, szukać głębi i wcielać w życie. Można się pośmiać z banałów. I ja się śmieję. Jeżeli macie ochotę poczuć wspólnotę z  okropną pogodą, i narzekać po obejrzeniu maratonu z tym serialem, to polecam.

037d28547c7cde2b659bcc0f24b42d81

Teraz będzie coś dla tych co zamiast Dzikiego Zachodu i robotów, lubią historię. A leżąc w łóżku, wyobrażają sobie,że to królewskie łoże. Że na nocnym stoliczku dumnie spoczywa wypolerowana korona, służba wygrzała nam kołderkę, a usłużny lokaj przyniesie nam mleczko z miodem gdy boli nas gardełko. W końcu czego się nie robi dla królowej. Tak, dla miłośników luksusów i królewskich klimatów, zapraszam na królewskie święta z The Crown. O czym jest ten serial? O królowej Elżbiecie II, którą poznajemy jako młodą dziewczynę, szykującą się do małżeństwa, uwaga nowość na królewskim dworze, z miłości. Elżbieta jak każda młoda mężatka miała plany na najbliższe lata. Oczywiście, wiedziała,że jest następczynią tronu, ale chciała skupić się na rodzinie, poświęcić się rodzinnemu szczęściu, pasjom i planom męża, a także dzieciom. Wszyscy (albo prawie wszyscy) wiemy jednak, że Elżbieta nie mogła długo pozostać jedynie pretendentką do tronu. Śmierć jej ojca kazała jej usiąść na tronie, i zacząć wieść życie, na które nie była jeszcze gotowa. Chociaż była od lat do niego przygotowywana. Dziewczyna, bo przecież Elżbieta w chwili śmierci ojca miała 26 lat, musiała stać się najważniejszą osobą w państwie, głową kościoła i przykładem dla milionów poddanych. A przecież chciała inaczej, miało być inaczej. Tyle chciała przeżyć, zobaczyć, poczuć,nim nadejdzie ten dzień. Zamknięto jednak ją w sztywnych konwenansach, wiele wymagano, i jeszcze więcej oczekiwano,od tej drobnej dziewczyny. Mogłoby się wydawać, że serial opowiadający o życiu królowej będzie nudny, oczywisty, nijaki, przesłodzony, aż mdły. Ale zdecydowanie taki nie jest. Przede wszystkim widzimy w niej Elżbietę z krwi i kości. Ze swoimi lękami, niepewnościami i słabościami. A do tego bliżej poznajemy jej męża, Philipa-polecam popatrzeć na królewski dwór jego oczyma ( na marginesie pięknymi oczyma). Serial z klimatem. Owszem, fani szybkiej akcji, niezwykłych efektów specjalnych i zaskoczeń będą zawiedzeni. Ale Ci co szukają chwili wytchnienia, spokoju, pięknych dekoracji i przyjemnej dla oka scenerii, a do tego nienarzucającego się scenariusza, który służy odpoczynkowi znajdą w tym serialu wszystko o czym marzą. Polecam oglądać z zapasem ciasta i imbryczkiem dobrej, angielskiej herbatki. Klimat retro gwarantowany.

7b49ffae9491b04fd2c8ebb2c8dbbedb

 

Teraz coś dla tych co lubią styl glamour. Co lubią rezydencje nad oceanem, przeszklone salony, urocze wnętrza wprost z katalogu. Sukienki przed kolano, idealnie ułożone włosy i dużo, dużo kłamstwa. Tak, kłamstwa. Tak bowiem żyją bohaterki serialu Wielkie Kłamstewka. Z pozoru jest idealnie. Celeste ma zabójczo przystojnego męża, rozkoszne bliźniaki, przepiękny dom, nie musi pracować, a jako, że była prawniczką, to ma też co nieco w głowie i ogólny szacunek. Jest też Madeline, ma fantastyczny dom, dwie córki, zakochanego na zabój męża, wielką pasję czyli teatr i niezwykły dar zjednywania sobie sympatii innych. Jest Renata, zimna, zdystansowana, kobieta sukcesu, późna matka małej Amabelli, zakochana w córce do szaleństwa. A jej dom, dobry zajączku wielkanocny, toż to arcydzieło dizajnu. Jest i Bonnie, obecna żona pierwszego męża Maddie. Młodziutka fanka jogi, zdrowego stylu życia i wyluzowanego podejścia do wychowania dzieci. W ten świat wchodzi Jane Chapman, młodziutka matka Ziggy’go. Ewidentnie dziewczyna z przeszłością. Jane zdecydowanie przed czymś ucieka, dlatego też jako miejsce do życia wybiera sobie to idylliczne miasteczko. Idealne by zapomnieć o wszystkim i zacząć od nowa. No dobrze, ale o co chodzi? W pierwszej kolejności możecie pomyśleć, że to serial o idealnym życiu paru kobiet, które w życiu niewiele mają do roboty, spotykają się więc na kawkach i herbatkach, plotkują, udają się na masaże i niekończące się seanse w spa. Ale, to tylko pozory. Pierwszego dnia szkoły mały Ziggy zostaje wskazany jako osoba, która dokucza Amabelli Klein, córce Renaty. Renata nie pozwoli zaś by Ziggy nie poniósł kary, w końcu jej słoneczka nie można skrzywdzić… Serial oparty jest na książce Liane Moriarty, kiedy przeczytała ją Reese Whiterspoon postanowiła wyprodukować serial. Zaprosiła do udziału wspaniałe aktorki- Celeste gra Nicole Kidman, Renatę Laura Dern, a Jane Shailene Woodley. Sama zaś gra Maddie. Z początku sądziłam,że ten serial będzie niestrawnym czymś w stylu Gotowych na wszystko. Ależ to tylko pozory. Wielkie kłamstewka są po prostu genialnym serialem. Serialem, który polecam dosłownie każdemu. Dwutorowa akcja- wiemy, że w miasteczku wydarzyła się zbrodnia, ktoś nie żyje, prawdy powoli dowiadujemy się przesłuchań i rekonstrukcji paru ostatnich dni przed katastrofą. Widzimy jak upada fasada idealnego życia, jak pokazuj się prawdziwe oblicze głównych postaci. Widzimy wszystkie cienie ich życia. I krok po kroku odkrywamy prawdę o „bajkowym ” życiu mieszkanek miasteczka nad wielką wodą…

cfc997eb0e702fe6f30cd75546fedea2

W ten wielkanocny poranek życzę Wam masy serdeczności i dużo nadziei.

Również tej pogodowej. Dziś, pierwszy raz od 6 dni nie padał deszcz. Kiedy szłam na Rezurekcję powitał mnie poranek z ….  śnieżną zamiecią.

e1a76d04b8187f51f195fd3dedcf1a5c

Ścieżka dźwiękowa- Belle & Sebastian- Judy and the dream horses

Carpe Diem, czyli co z tą teraźniejszością?

Nadchodzące święta to takie idealne chwile do małej refleksji. Wyciszenia się, a także pożegnania gorszych zimowych miesięcy i otwarcia na nowe, bardziej zielone i milsze dla ciała i duszy. Święta pełne nadziei. Ja je właśnie tak odczuwam. Jako spotkanie z nadzieją. Święta to też idealna okazja by skupić się na tym co tu i teraz. Celebrować teraźniejszość.

667d2c4736be6883cf89aa5f16d8821f

Rodzinne malowanie jajek, pochlapanie całej kuchni farbkami i kłótnie o najładniejsze pisanki. Pieczenie ciast i wspólne plotkowanie. Powolne śniadanie w rodzinnym gronie. Spokojne spacery, wspólne oglądanie filmów. Granie w gry, opowiadanie rodzinnych historii podczas przeglądania zdjęć? To tak ważne być tu i teraz. Z ludźmi, których się kocha, lubi i ceni. Z którymi czujemy się dobrze. W święta nie myślimy o przyszłości. Nie zastanawiamy się co będzie na stole za rok, albo czy za 10 lat dopnę się w sukienkę, którą mam na sobie. W święta cieszymy się teraźniejszością. I warto tę zasadę stosować cały rok, każdego dnia. Być tu i teraz.

W pełni doceniać dzisiaj, dany moment i daną chwilę. Cieszyć. Czasem jak dziecko, czasem na przekór. Tak wiem, to najbardziej banalna rzecz na świecie, ale każdy dzień jest zupełnie inny. Chociaż bywa, że dni, tygodnie całe, czy nawet miesiące, zlewają nam się w jedną wielką plamę. Śniadanie-praca-zakupy-kolacja-sen. I tak trwamy. Od weekendu do weekendu. Od soboty do niedzielnego południa. Bo w piątek bywamy za bardzo zmęczeni, a w niedzielę po 16,  już czujemy, że zbliża się nowy tydzień pełen obowiązków.

Już w niedzielny wieczór planujemy co też zrobimy za tydzień. Pomijamy pozostałe dni, bo przecież są takie nudne i takie same. I powtarzalne. I nijakie. I zdecydowanie nie warte większej uwagi. Z takim podejściem naprawdę wiele tracimy. Wiele.

Każdy dzień jest cenny. Jak to odkryłam to mam wrażenie, że zaczęłam zdecydowanie mniej narzekać , a i  bardziej doceniać. Podczas moich spacerów do pracy codziennie tą samą trasą, codziennie widzę jak bardzo zmienia się otoczenie. Jak budzi się wiosna. Owszem,mogę maszerować ze znudzoną miną i przeklinać fakt, że dopiero jest wtorkowy poranek. Ale wolę patrzeć na kwiaty, drzewa, na ludzi. Na to jak zmieniają się ich ubrania na coraz lżejsze, jak są coraz bardziej pogodni. Jak kwitną magnolie. Jak pojawiają się krokusy, fiołki, jak coraz bardziej zielona robi się trawa. Jak zmieniają się mijane podwórka, jak pięknieją ogródki, jak wesoły robi się park. Bardzo lubię po pracy nieco zbłądzić. Co z tego, że odkurzę kwadrans później? Albo, że na obiad będą pierogi z dobrego garmażu? Idę na spacer. Idę do parku. Idę do kawiarni. Idę na ryneczek, kupuję kwiaty, dużo owoców, z przyjemnością jestem tu i teraz. Nauczyłam się celebrować codzienność.

Nawet taka głupota jak herbata w pracy. Biorę kubek, miód, dobrą herbatę, plaster pomarańczy. Odchodzę od biurka, siadam na parapecie, patrzę przez okno, chłonę wszystkie smaki i zapachy. Takie 5 minut, parę chwil przed południem. Do tego kostka gorzkiej czekolady. Celebruję drobną przerwę w pracy. Niby nic, a jak wspaniale się potem pracuje, jak to genialnie odświeża umysł i dodaje energii do dalszych działań. Mała zmiana, wielki efekt.

Odkąd przestałam żyć od weekendu do weekendu, zauważyłam,że pośrodku tygodnia jest wiele pięknych dni, wspaniałych okazji i przyjemnych chwil. Tak niewiele trzeba by docenić teraźniejszość i czerpać z niej to co najlepsze.

Dla mnie te najbliższe Święta będą zdecydowanie w duchu celebrowania codzienności i przyjemności. Choćby miało to być leżenie na kanapie i zajadanie 4 dokładki sałatki z tuńczykiem.

Nie myślmy,że mamy tylko dwa dni wolne, że we wtorek będzie nawał pracy, że pogoda jest fatalna, a odkąd skończyliśmy 12 lat zajączek przestał kicać z prezentami. Niech to będzie nasz czas. Pełen skupienia i radości.

W końcu wiosna i Wielkanoc to idealny czas by zrewidować stare przyzwyczajenia i otworzyć się na radość.

Nie czekajmy na jakąś wielką radość. Szczęście to wynikowa tysiąca drobiazgów. Nie warto ich tracić z oczu i duszy.

 

 

b961188ec3219a4c271ccb434f1161a2

Aby jeszcze bardziej poczuć się dobrze tu i teraz, Rabble proponuje kuszące kody rabatowe do Sephory. A co tam, sami bądźmy dla siebie zajączkiem 🙂

Ścieżka dźwiękowa- The Vaccines- I wish I was a girl

O tym jak stałam się spontaniczną

Tak, wszyscy co mnie znajdą zawsze mogą mnie określić jako osobę spontaniczną, pewną siebie, emanującą wiecznym optymizmem z niezwykłym apetytem na codzienne przygody i wyzwania.

Wróć, to nie o mnie. Ja jestem do bólu zorganizowana, kochająca mieć nad wszystkim kontrolę i lubię wiedzieć co gdzie i kiedy. Nie znoszę, po prostu nie znoszę być spontaniczną.

Ale dość spontanicznie podjęłam ważną decyzję dotyczącą mojej przyszłości. Bardzo ważną decyzję. I bardzo, bardzo spontanicznie.

Może to nie było tak spontanicznie jak myślałam? Przecież te plany podjęłam już dawno, dawno temu. No może nie aż tak dawno? Ale rok temu, nie rok z górką. W każdym razie przez te kilkanaście miesięcy plany zostały planami. Nie zrobiłam kroku do realizacji. I pewnie bym ich nie podjęła, bo ciągle wydawało mi się, że fajnie tak sobie planować. I tylko planować. I sobie dumać. Dumać o tym,że kiedyś to ja się zdecyduję, kiedyś. Czyli wieczne nigdy. Kiedyś czyli znów chciałam by ktoś lub coś podjęło za mnie decyzję. Zdjęło ze mnie całą odpowiedzialność, postanowiło co i jak i tyle.

Aż nagle mnie olśniło. Jak nie teraz to kiedy? Trzeba się ruszać, działać, sprawiać by plany przestały być planami, które nie mają konkretnych ram. Ruch, działanie. Owszem kiedy stoi się w miejscu to się człowiek nie cofa. Ale i zasadniczo nie idzie naprzód. W pewnych sytuacjach nie jest to żadna wada. Ale w tej sytuacji, zaletą nie mogłam tego nazwać.

Zawsze lubiłam wcześniej wszystko wiedzieć. Dokładnie, mieć na papierze, przeliczyć sto milionów razy, a na końcu zrezygnować. Bo nie warto, bo się nie opłaca, bo jest więcej minusów i plusów. Ja chyba naprawdę lubiłam ten stan bycia w ciągłym zawieszeniu. Niby coś tam planuję, jestem niby do przodu, a tak naprawdę od lat nie idę naprzód. Czemu to lubiłam? Sama nie wiem. Brakowało mi i spontaniczności i chyba samodzielności.

Co jest cholernie dziwnie. Tak, dziwne, bo jestem niesamowicie samodzielna w myśleniu. Aż za bardzo i uparta jak ze dwa stada osłów. Ale chyba boję się dużych decyzji. Wolę by ktoś coś za mnie zdecydował, ja mogę wtedy tupnąć nogą, pokazać rogi i pazurki. Ale w  gruncie rzeczy cieszy mnie gdy to ktoś inny dokonuje wyboru. I zdejmuje problem z głowy. Ot, zabiera z sobą wszystkie troski, a ja mogę przestać rozmyślać. Po prostu działam.

Bo ja lubię działać. Ale nie lubię podejmować decyzji.

Teraz to się zmieniło. Podjęłam decyzję. Ważną. Powiedziałam A, powiedziałam B. Czeka mnie jeszcze cały alfabet. Nie będzie lekko. To dopiero początek, ale jakiej drogi!

Jak pewnie wiecie-albo i nie, za dwa miesiące i kilka dni ( jak ten czas leci, dopiero co poszłam zerówki przecież i pokłóciłam z Gosią o kredeczki), kończę 29 lat. W zasadzie wiosen, bo urodziłam się ostatniego dnia wiosny. W każdym razem osiągam wiek stateczny. To ostatni rok kiedy pełne 365 dni mam dwójkę z przodu.  Czas na poważne decyzje. Chyba najwyższy moment.

No cóż, moje życie wygląda jak wygląda. Z pewnymi kwestiami się pogodziłam. Kiedyś myślałam,że będąc na progu trzydziestki będę doglądać budowy własnego domu, rozmyślać gdzie posadzę krzaki malin,a  gdzie stanie huśtawka dla dzieciaków i codziennie kłóciłabym z mężem o kolor ścian w dużym pokoju i obraz, który koniecznie musiałby wisieć w wielkiej jadalni, W tych moich planach 10 lat wstecz przyszłość była naprawdę ciekawa. I taka kolorowa. Jest jak jest. Nie mogę narzekać, ale plany należało zweryfikować.

Nie będzie domu z 4 przestronnymi sypialniami i przeszklonym salonem. Będą skromne dwa pokoiki. W zasadzie jeden będzie jednocześnie kuchnią, jadalnią, salonem i moim kącikiem. Nie będzie ogródka z owocowymi krzewami i oczkiem wodnym. Będzie balkonik, zapewniam będzie tonąć w kwiatach i ziołach. Choć pewnie czasem zamieni się suszarnię, i miejsce gdzie będą odpoczywać koty. A może i Pinky? Mój piesek. Z mojego domu będę miała maksymalnie 5 minut spacerkiem do pracy. Jak dobrze wychylę głowę to zobaczę biuro. Obok jest park, naprawdę, 10 metrów od domu jest park,nowy, śliczny i wielki. 100 metrów od domu sklepiki, troszeczkę dalej centrum handlowe, duże markety, przystanek….

Tak, tak. Podjęłam decyzję. Nie tylko ja, siostra też. Papiery złożone. Oficjalnie figurujemy w TBS-ie, zapisałyśmy się jak tylko dowiedziałam się, że w drugiej połowie roku zaczną się prace nad nowym budynkiem. Pod koniec przyszłego roku o ile wszystko dobrze pójdzie jedno dwupokojowe mieszkanie będzie nasze.

Okazało się, że formalności są proste, parę zaświadczeń i dwie wizyty w biurze, parę podpisów i dużo cierpliwości. Bo jednak mieszkanie będzie oddane za 18-20 miesięcy. Trzeba mieć dużo cierpliwości. I cóż, oszczędzać, oszczędzać, jeszcze raz oszczędzać. Przed wprowadzeniem się musimy wpłacić 30 % wartości mieszkania. I kaucję rocznego czynszu. Ale po szybkich kalkulacjach okazało się ( nietrudno zresztą było dojść do takich wniosków), że dużo prościej będzie nam zebrać te 30 %, plus mały kredyt na meble, niż wziąć kredyt na mieszkanie w całości. Mamy czas, plan oszczędnościowy wdrożony. Pozostało czekanie.

I planowanie. To najlepsza część planu. Już 4 razy pokłóciłam się z siostrą o wystrój. I wiecie co? Te kłótnie szalenie mi się podobają.

4cc71540ce0d1ad5fb29efb3f5b66c78

Ścieżka dźwiękowa- Depeche Mode – Precious