I ty możesz skakać po dachach

Ryzyko. Jako dziecko nie znałam takiego słowa. Robiłam setki rzeczy, na których wspomnienie dziś dostaję gęsiej skórki. Nie bałam się chyba niczego. Nawet gniewu mamy. Pamiętam,że raz o mało nie padła na zawał,kiedy to w deszczowy marcowy deszcz przyszłam do domu w skarpetkach. Dokładnie,bez butów. Skakałam z koleżanką po budowie, robotników wystraszył deszcz, ale nie nas. Myśmy testowały granice naszych wątłych 8 letnich ciał.Chciałyśmy udowodnić kolegom,że jesteśmy silniejsze i skoczymy z wyższych konstrukcji Jeden z moich kozaczków utknął jednak w błocie. Mądrze wymyśliłam,że mama na pewno zada mi pytanie co się stało z twoim lewym butem? I co ja powiem? Że wessało go błoto? Rozsądniej wydawało mi się wrócić do domu bez butów. Myślałam,że to będzie się mniej rzucało w oczy. Niestety mama zauważyła od razu brak obuwia. Awanturę pamiętam do dziś. Na dwa tygodnie miałam zostać też pozbawiona deserów. Ale jako,że jadłam jedynie budyń raz dziennie, mama musiała odstąpić od kary. Dodatkowo dostałam spore zaziębienie i miałam tydzień wolnego od szkoły. Upiekło mi się, i dostałam jeszcze nowe buty. Takie nieco kowbojskie, brązowe. Ryzyko się opłaciło,bo zyskałyśmy szacunek. A ja dodatkowo ksywkę Herkulesa.

Pamiętam też, że dwa  lata później podjęłam ryzyko, a raczej podjęłam wyzwanie od kuzynki. Że wejdę do studni na działce babci i się nie utopię. Weszłam, wyszłam. Ot tak, jakbym robiła to co najmniej 5 razy dziennie. No ok, wracałam przez miasto bez spodni. Bo jednak w studni jest woda, a jak woda to i mokro. A jak zanurzasz nogi w studni to szybko przemakasz. Babcia założyła mi swój działkowy szlafrok, tata pękał ze śmiechu gdy mnie zobaczył wracającą do domu. Ale wyzwanie podjęłam, ryzyko się opłaciło. Kuzynka przez miesiąc kupowała mi lody.

Ryzyko podjęłam na studiach. N a egzamin musiałam wybrać 5 książek, dostępnych jedynie w naszej  uczelnianej czytelni. Wybrałam te z kategorii kawiarni i cukierni w XIX wiecznej Polsce. . Szkoda tylko,że okazało się,że  3 książki  i owszem, dostępne są w czytelni,ale w czytelni w Krakowie. Nie mogłam już ich wykreślić,bo deklaracje wypełnialiśmy i oddawaliśmy jednego dnia, a ja o braku dostępności dowiedziałam się dwa dni po. Poszłam na egzamin, licząc na to,że mam kilkadziesiąt procent szans na to,że dostanę pytania z książek, które przeczytałam. Szło mi świetnie, do czasu. Dostałam pytanie o książkę z Krakowa. Przełykałam ślinę i debatowałam sama z sobą co robić? Podjęłam ryzyko. Przyznałam się,że te pozycje są dostępne jedynie w Krakowie i nie miałam możliwości ich przeczytać. Profesor wziął kartkę z książkami, które zaproponował do wyboru,sprawdził coś w komputerze i …. Przeprosił, bo przecież nie powinny się znaleźć w wykazie.Dostałam wtedy piątkę. Nie wiem co by się stało gdybym nie podjęła ryzyka i nie powiedziała dlaczego nie mogłam przeczytać tych książek? Może zaczęłabym wymyślać treść nieprzeczytanych książek? Albo powiedziałabym,że nie przeczytałam tych książek, ale zabrakłoby mi odwagi,żeby powiedzieć profesorowi,że to on popełnił błąd i w efekcie dostałabym burę, albo nie zdałabym po prostu. Podjęłam ryzyko.

Ryzyko dzisiaj?

Hmm. Jestem bardzo asekuracyjna. Żyję tak by nie upaść. Unikam ryzyka. Uciekam od niego. Idę znaną mi drogą. Nie podejmuję ryzykownych decyzji. I nie chodzi tu wcale o skok ze spadochronem, czy nurkowanie na główkę. Chodzi o codzienność. Unikam ryzyka w prostych czynnościach, w prostych decyzjach. Mam swoją strefę komfortu i niezbyt lubię wychodzić poza jej granice. Lubię te granice, lubię bo je znam. A może warto znów poczuć dziecięcą radość i podjąć ryzyko?

Ogłaszam tydzień skakania po dachach. Zróbmy coś co chcemy,ale uważamy,że nie warto. Marzy nam się wieczór w spa,ale uznajemy,że dzieci/mąż/praca są ważniejsze? Umówmy się na relaksujący wieczór w spa i zróbmy coś nowego. Wieczór poza domem,czas tylko dla nas. Po cichu jesteśmy fanami disco polo, i marzy nam się koncert Mega Zenka i  Giga Pawełka? Kupmy bilet, i świetnie się bawmy. Podobają nam się super buty na wiosnę,ale kosztują 1/3 pensji? Kupmy je i podziwiajmy co wieczór. Istnieje szansa,że będziemy musiały nasycić się tym zachwytem do końca miesiąca,ale co tam, najemy się później. A może po prostu marzycie o wielkich podróżach? Nie mówię byście kupowali od razu bilet na podróż,dajmy na to na Bali, ale wracając z pracy wejdźcie do pierwszego autobusu czy tramwaju jaki podjedzie. Nie patrzcie na numer, spokojnie wejdźcie, przejedźcie trzy czy cztery przystanki, przejdźcie się po okolicy. Może odkryjecie nową knajpkę, nowy park, romantyczne zaułki? Owszem, możecie też przejechać się do dzielnicy przemysłowej, ale czy tylko komfort gwarantuje szczęście? Podejmijcie ryzyko i poczujcie radość.

Ja też oczywiście wychodzę poza swoją strefę komfortu. Robię coś dla mnie szalonego. Podejmuję ryzyko. Zadzwoniłam do swojego instruktora nauki jazdy. Umówiłam się na godzinną jazdę. Tak dla przypomnienia, czy w ogóle potrafię jeszcze jeździć? Czy wiem gdzie jest gaz a gdzie hamulec? Czy potrafię ustawić lusterka i najważniejsze, czy wiem gdzie wkłada się kluczyk by w ogóle ruszyć? Dla mnie to wielkie wyzwanie, wielkie ryzyko. Ale podjęłam je. I w środku bardzo się z tego cieszę.

W tym tygodniu razem przekroczmy pewne granice, poskaczmy wspólnie po dach. Podejmijmy pewne ryzyko, rozszerzajmy swoją strefę komfortu i świetnie się bawmy.

de3c2f72b36857394390a406fbf04194

Ja w nagrodę za tę lekcję jazdy ( o ile nikogo nie zabiję czy też nie uszkodzę mienia i ludzi) zafunduję sobie drobiazg. Mam ochotę na duże, domowe latte. Muszę tylko kupić dobrą kawę, najlepiej z kuponem rabatowym do Thibo. 

Ścieżka dźwiękowa- Belle And Sebastian – Passion Fruit

Advertisements

41 uwag do wpisu “I ty możesz skakać po dachach

  1. Miałaś szczęście z tym egzaminem. Zresztą ze studnią i chodzeniem po dachu w deszczu też, w taką pogodę mogło się skończyć gorzej niż na utracie butów i tygodniowej chorobie.
    Powodzenia w Twoim wyzwaniu 🙂

    Lubię to

  2. Blueberry pisze:

    Wiesz, właśnie stoję na krawędzi, a może wąskim elemencie konstrukcyjnym? Wiem, że jeśli się skulę i cofnę (choć nie odczytuję tej decyzji jako cofnięcie się w czymś, raczej po prostu zostanie w tym co jest) to spadnę miękko na wygodny materac. Dobrze mi znany materac, komfortowy, z którego naprawdę nie lubię się ruszać wstając rano do pracy. Ale z przodu widzę, hmmm, chyba najlepiej to określić jako nieznaną wodę. Miejscami jest przejrzysta i kusząca, widzę przez nią piękne rafy, ale miejscami niestety ciemna i niepokojąca. Umiem pływać, ale takie ciemne przestrzenie bez dna na otwartej wodzie zawsze mnie niepokoją, wprowadzają pewną panikę. Co prawda obok jest koło ratunkowe, a te przejrzyste laguny są naprawdę warte skoku, ale ponowne wdrapanie się na moją krawędź/konstrukcję i powrót na materac będzie trochę kosztowało – czasu, wysiłku i środków.

    Trzymam kciuki za Twoje prawko 🙂 Ja już dwie spontaniczne decyzje spełniające marzenia mam podjęte na ten rok, a gdybym teraz wzięła udział to z tygodnia biegania po dachach zrobiłyby mi się przynajmniej miesiące 😉 Pytanie jak długo poradzę sobie poza moją strefą komfortu?

    Lubię to

    1. Ja mam wrażenie,że od paru miesięcy nie opuszczam mojego komfortowego materaca. I trochę mi to zaczęło ciążyć. Praca, dom, ciągle to samo, a to co nieco inne, odrzucam,bo materac jest taki miękki i kochany 😉 Ale cóż, trzeba trochę poszerzyć tę strefę bezpieczeństwa i na tych nieznanych wodach pożeglować. A potem i tam zarzucić swój materacyk i oswoić nowy teren:)

      Lubię to

  3. Ależ ty genialnie piszesz! Uwielbiam czytać 🙂
    Ja też mam wrażenie że im starsza jestem tym bardziej się boję ryzykować, zmian – wolę to co swoje i znane. Ale czasem fajnie poskakać po dachach, żeby zupełnie się nie zasiedzieć w tym swoim życiu.

    Lubię to

  4. Mamy zatem coś wspólnego. Ja kiedyś byłam znacznie bardziej odważna. Przykładowo – nie bałam się chodzić w nocy, w ogóle wyobraźnia była jakaś taka uboższa w czarne scenariusze. Teraz boję się wielu sytuacji, które kiedyś wydawały mi się normalne. Lękam się nawet zjeść sałatkę w restauracji, bo boję się nieumtych warzyw;) Nie lubię ryzyka nawet w takich małostkowych sprawach.
    Bardzo się cieszę z powodu wznowienia nauki jazdy. Ten rok będzie przełomowym w temacie i zdobędziesz dokument, takl czuję.

    Lubię to

    1. A wiesz,że ja mam podobnie. Kiedyś nie bałam się niczego. Pamiętam jak wracałam z koncertu nocą dwoma pociągami. Teraz zawsze biorę taksówkę, choćbym miała do przejechania 4 minuty. Ale mam w głowie za bardzo rozbudowaną negatywną wyobraźnię.
      Na razie tylko jedna lekcja. Co będzie dalej to nie wiem jak wzrośnie mój apetyt na ryzykowne decyzje 😉

      Lubię to

  5. katasza pisze:

    Ech, ja nie mogę odwołać się do dziecięcej brawury, bo jej nie miałam, zawsze byłam ostrożna – żadnego skakania z wysokości, wspinania, schodzenia w dziwne miejsca. Owszem, chętnie weszłam na drzewo, ale tylko na tyle nisko, żebym miała świadomość, że nie spadnę i się nie połamię. 😛 Tak więc myślę, że z wiekiem chyba jestem odważniejsza. 😉 A drobne wyzwanie od czasu do czasu to dobry pomysł, dodaje życiu dynamiki.

    Lubię to

    1. Ja na odwrót mam 😉 Jak miałam 10 lat potrafiłam sama dojechać do szkoły, 14 kilometrów w jedną stronę, 2 autobusami z przesiadkami. Bez komórki przy sobie;) Czyli powinnam teraz śmiało podróżować, a mnie przeraża wizja samotnej podróży i samotnych wakacji za granicą 😉 moja odwaga jest proporcjonalnie mniejsza do ilości lat niestety. Dlatego metodą malutkich kroczków zmieniam się;)

      Lubię to

  6. „Zróbmy coś co chcemy,ale uważamy,że nie warto. ”

    Namówiłaś mnie. Zrobię dziś trzy szalone, bezsensowne i nikomu niepotrzebne rzeczy.
    -Wsiądę po pracy do pierwszego lepszego samochodu. Niekoniecznie swojego.
    -Kupię buty za 1/3 wypłaty. A niech tam, niech bachory głodują.
    -Skomentuję Twoj tekst.

    Lubię to

    1. Zobaczymy,może jak przeżyję to się skuszę? 🙂 Na razie boję się,że nie pamiętam jak się prowadzi samochód, w końcu 1,5 roku minęło od ostatnich prób…
      Powodzenia w wymyślaniu wyzwania 🙂

      Lubię to

  7. Żyłam przez 7 lat w strefie komfortu – bo tak było dobrze i bezpiecznie…. Niby fajnie, ale zawsze brakowało tej kropki nad ” i ” Może to była wygoda, ale nie szczęście… Ale kiedy już wyszłam z tej strefy to na całego! Moje życie zmieniło się drametralnie 🙂 Oczywiście na lepsze!!! Teraz ciągle idę za ciosem i podejmuję się ryzyka, odkrywam nowe rzeczy…. Muszę przyznać, że cieszy mnie to jak nigdy przedtem. Zawsze najtrudniej jest zrobić pierwszy krok, ale warto 🙂 .

    Lubię to

  8. Fajny tekst 🙂 Pytanie czy podejmuję w życiu ryzyko, no cóż odpowiedź jest chyba tylko jedna – tak. Choć czasami też zamykam się w swojej strefie komfortu i oddaję się pełnemu spokojowi, choć i w ryzyku odnajduję spokój. Patrząc na całe nasze życie można powiedzieć, że ryzykujemy nieustannie 😉 Czy wyjście do sklepu lub pracy nie jest obarczone jakimś ryzykiem, czy wejście do wanny nie może być niebezpieczne? Ważne, abyśmy nie podejmowali ryzyka bezsensownego 🙂

    Lubię to

    1. no pewnie,można każde poranne otworzenie oczu potraktować jako ryzyko 😉 Można bać się każdej sekundy i każdego kroku. Ja nie robię nic co mogłoby by zaszkodzić, albo uszkodzić 😉 Chodzi o małe codzienne zmiany, drobne ryzyka,większa spontaniczność w podejmowaniu błahych decyzji, które z początku nieznane i obarczone niewielkim ryzykiem mogą okazać się tym co ubarwi pozytywnie życie;)

      Polubione przez 1 osoba

  9. Podobno kto nie ryzykuje ten nie pije szampana 😉 Czasem ryzyko jest jak najbardziej wskazane… oczywiście w granicach zdrowego rozsądku. Ale dla pana wykładowcy wielkie brawa, że sam umiał się przyznać do błędu 😉

    Lubię to

  10. trzeba mieć marzenia i nie bać sie ich realizować, jak sie nie spróbuje będziemy tylko żałować a tak można samemu dać sie przyjemnie zaskoczyć. Ja należe do takich osób które zawsze robią to na co mają ochote, i czasem inni otwierają oczy ze zdziwienia ale zazwyczaj wychodzi mi to na dobre. Kto nie ryzykuje ten nie żyje, nie można przespać swojego życia:) bez butów będziesz sie mniej rzucać w oczy, ciekawa teoria ale warta spróbowania:)

    Lubię to

    1. Nie próbuj,nie próbuj-chyba,że na plaży, tam ludzie w butach raczej wzbudzają zainteresowanie 🙂 Ale już wiem,że w marcu bez butów raczej nie da się przejść niezauważonym 🙂
      Masz rację, trzeba spełniać swoje małe i większe marzenia, choćby te nieco ryzykowne:)

      Lubię to

  11. Ja nigdy nie byłam specjalnie ryzykowna. Odmieniło mi się kilka lat temu, gdy rzuciłam wszystko i pojechałam do Włoch. To było duże ryzyko, może aż za duże, ale warto było :).

    Lubię to

  12. Zbych pisze:

    Trzymam kciuki za prawko – to jak z jazdą na rowerze, nie zapomina się. Chociaż jak się wsiada do samochodu, którym wcześniej się nie jeździło to jest pewien dyskomfort (gdzie pokrętło od ogrzewania… gdzie otwieranie maski… czemu pedały tak blisko).
    Co do dyskomfortu i podejmowania szalonych i ryzykownych decyzji to z wiekiem przychodzi pewna rezerwa, chociaż mam wrażenie że również „przełomowe” dokonania są wtedy bardziej spektakularne.
    W tym jeżdżeniu komunikacją miejską coś jest… jak uciekłem do Wawy na studia zawsze w niedzielę wsiadałem na Wilanowskiej w jakiś autobus i jechałem do samego końca trasy. Dotarłszy na pętle po krótkim rozeznaniu okolicy wsiadałem w ten sam numer i jechałem na drugi koniec trasy. Dużo przedziwnych miejsc w ten sposób odkryłem przy małych nakładach finansowych (bilet miesięczny) co było kluczowe w pierwszych studenckich latach.

    PS: Z Tchibo najlepsza exclusive (niebieska) – do latte też się nada 🙂
    Poza tym dzięki za uświadomienie kulinarne w kwestii „Szakszuki” – bardzo często robię taką patelniową improwizację z tego co akurat w lodówce, a teraz przynajmniej będę wiedział jak to się fachowo nazywa 🙂

    Lubię to

  13. Podziwiam i dopinguję, że sama umówiłaś się na jazdy 🙂 Jak było?
    Ja miała 7-letnią przerwę, od 3,5 roku pracuję w auto szkole… Ani prośbą ani groźbą nie dało rady mnie namówić do ponownego egzaminu. Mój partner to instruktor, się w pracy poznaliśmy oczywiście. Aż wreszcie przyszedł do pracy instruktor, któremu się to udało, namówił mnie na jazdy, egzamin, cały czas z uporem godnym tytana wmawiał mi, że dam radę i 19 stycznia wreszcie się udało 🙂 Od tygodnia równo mam w ręce moje wymęczone prawo jazdy 🙂 jeżdżę pandą, a parkuję jak autobusem, ale będzie lepiej 😛
    Koniecznie spróbuj, uda się!

    Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s