Samotnia

 

Sorrow is the time to begin
Longing is the place to rejoice

Ja naprawdę lubię ludzi. Lubię z nimi rozmawiać, przebywać, czasami się pokłócić. Lubię mieć świadomość,że obok ktoś jest. Za ścianą, w drugim pokoju, że mogę przerwać moją samotnię, wyjść,pogadać, wypić razem herbatę. Ale coraz częściej czuję,że towarzystwo innych nie jest mi potrzebne do szczęścia. To znaczy obcych innych. Konkretnie, tego jedynego obcego.

Być może na ten stan na wpływ to,że od wielu,wielu lat jestem sama sobie sterem,okrętem i śrubokrętem. Jestem solistką, i przestałam odczuwać potrzebę zamienia się w duet. Jest mi dobrze samej z sobą. Choć parę miesięcy temu wydawało mi się,że bycie samej do końca życia musi być smutne. Teraz uważam,że moja nudna codzienność jest nudna,ale mi pasuje.

Mam swoje rytuały, swój plan dnia. Może to brutalne,ale nie chciałabym by ktoś teraz mi zakłócił tę moją stabilizację i rutynę. By ktoś wyciągał mnie na te spacerki, romantyczne kawki i herbatki. Bardzo niedawno ktoś chciał, ale to zaproszenie przyszło nie w porę. Ja nie chciałam ruszać się z domu. Zaplanowałam mycie okien. A potem pieczenie ciasta. A potem operę z siostrą. Następnego dnia można by iść na tę kawę? Niby można,ale po co? Następnego dnia zaplanowałam sobie spacer, samotny,długi i jesienny. A potem rodzinny obiad, wspólne rozmowy, oglądanie głupiej komedii. Może to głupie,ale o swoim wolnym czasie chcę decydować sama.I wolę spędzać go albo sama, albo z kimś kto mnie już dobrze zna. Nie odczuwam potrzeby odkrywania drugiego człowieka, uczenia go obcowania z sobą. Bo ja z każdym samotnym miesiącem robię się coraz bardziej niezależna, mam coraz więcej swoich przyzwyczajeń, których nie chcę się pozbywać, w głowie mam spokój, nie chcę by ktoś mi to mącił.

Singielka zamienia się w kobietę silną, samodzielną i spełnioną. Coraz mniej brakuje mi tej drugiej osoby. Takiej tylko dla mnie. Gdy chcę gdzieś iść ,mam kogo poprosić. Gdy chcę z kimś pogadać, mam z kim. Gdy chcę pomilczeć, milczę. Przestałam się bać iść sama do kawiarni. Ba, zaczęłam odczuwać radość z samotnych spacerów zakończonych herbatą. Kiedy chcę być sama, jestem. Gdy potrzebuję ludzi dookoła mam ich. Robię to co chcę.

Być może się zraziłam. Nie wiem czy to stan przejściowy?  A może to stan, który zapoczątkuje fajny etap w moim życiu? Etap radości,że jest jak jest. Że nie musi być inaczej by było fajnie. Że może czas przestać oczekiwać niemożliwego, tylko w końcu docenić w pełni to co jest?

Pamiętam jak dwa miesiące temu nie poszłam na ślub kuzynki,bo nie chciałam iść sama. Nie chciałam odpowiadać na nudne i niekończące się pytania-a kiedy ty? A gdzie twój partner? Nie masz chłopaka, a bliska 30-stka, nie martwisz się? Dziś już nie. Zaskakujące, ale nie. Dziś jestem pewniejsza siebie. Samotnej siebie. Ale nie lubię tego słowa. Jestem sobą. Dziś powiedziałabym z uśmiechem,że owszem nie mam nikogo, nie każdy musi mieć partnera, narzeczonego i męża. Nie każdy musi mieć gromadkę dzieci i domek z kominkiem na starość. Ja będę sama, ale nie będę nieszczęśliwa. Dziś to już wiem.

Nie powtarzajcie w kółko, że wystarczy być cierpliwym i wszystko się ułoży. Że za rogiem czeka wielka miłość, a jak się nie szuka to zaraz się znajdzie. Nie mówcie, że jestem fajna, miła, i skoro dobrze gotuję i kocham dzieci to na pewno znajdę swojego księcia, który da mi masę szczęścia i kilka par niemowlęcych stópek. Nie mówię nie wizji niedzielnego poranka gdy smażę naleśniki dla dużej rodziny. Nie byłoby niczym złym kłócić się z mężem kto dziś odbierze dzieci ze szkoły, jaki film obejrzymy wieczorem i czemu młodsze dziecko 28 raz w ciągu roku ma katar? Byłoby fajnie, ale jeżeli tego nie ma w planie los,to nie znaczy,że będę najbliższe 50 lat spędzać pełna żalu i rozpaczy za utraconym czymś czego nie mogłam doświadczyć. Byłam cierpliwa, przez ostatnie pół roku mojego spokoju nie zamącił żaden mężczyzna i co? Przetrwałam, dałam radę. Ba, to było naprawdę ciekawe pół roku. Tyle się działo, wydarzyło się wiele miłych rzeczy. I nie było nikogo szczególnego obok. I nie było źle. Z perspektywy czasu to widzę. To był fajny czas.

Przestałam się zamartwiać,że skoro nie założę rodziny to pozbawiam moich rodziców szansy bycia dziadkami. To w końcu moje życie. Wiem,że byliby dziadkami idealnymi i każde dziecko byłoby zachwycone mając takich dziadków. Ale koniec z wyrzutami sumienia. Jak mówią w reklamie to w końcu moje życie i moje wybory.

Oczywiście nie zamieniam się w głaz. Jeżeli Brad powie,żem piękniejsza od Angeliny to się wzruszę. A,że wolny z niego chłopak to liczę,że się otworzy w kwestii wyznania mi miłości. Jeżeli Dave wyzna,że wszystkie miłosne pieśni śpiewał całe życie z myślą o pewnej Magdalenie, to się nawet uśmiechnę i zawstydzę. Ale nie, nie muszę mieć pary by być zadowoloną i szczęśliwą. I by cieszyć się życiem.

Bo się cieszę. Ten ostatni czas był mieszanką różnych emocji. I pokazał,że w sumie silna ze mnie babka. I nie muszę szukać męskiego ramienia by się na kimś oprzeć w chwili smutku. Albo nie muszę szukać kogoś by się móc z nim cieszyć. W pracy idzie mi świetnie. Zbieram pochwały za pochwałą. Owszem bywa cholernie wręcz nerwowo. Bywa,że mam ochotę wyjść, trzasnąć drzwiami, i rzucić jakimś zawiasem w aluminiowe okno. Ale wystarczy,że usłyszę,że klient chce rozmawiać konkretnie ze mną bo ze mną wszystko fajnie się załatwi. Tata jest zaskoczony,że tak się przejęłam sprawami firmy. Bo się przejęłam. Wprowadzam nowe porządki, może i bez pytania szefostwa,ale skoro działają? Namierzam dłużników. Nie mam oporów zadzwonić do prezesa firmy i powiedzieć,że zalegają z płatnościami. I albo płacimy, albo komornik. I nagle dłużników ubywa. Nowe porządki zmniejszają chaos, jest spokojniej. Klienci uczą się nowych reguł, a ja rosnę. Bo w końcu robię to co lubię. Pracuję w męskim świecie i jako drobna kobietka 47 kilo, z buzią 17 letniej uczennicy daję sobie radę. I nie potrzebuję pomocy tych mężczyzn.

Pół roku bez pierwszych kawek i herbatek. Bez aranżowanych spotkań, sztucznych uśmiechów i krępującej ciszy po 3 minutach spotkania. Nie brakuje mi tego. Nie chcę tego całego zamieszania, maskowania każdej niedoskonałości cery,bo jeszcze nie jesteśmy na etapie by ON oglądał moje comiesięczne pryszcze. Uważania na każde słowo,bo jeszcze nie wiemy kiedy żartujemy, a kiedy nie. Dbania o konwenanse i czekania na wiadomość. A potem patrzenia z żalem ile dni minęło i czemu on się nie odzywa? Co znów poszło nie tak?

Singielka. Nie, singielki już nie ma. Bez żalu, jej przygody będą się pojawiać, ale to będą moje przygody. Dziś nie wstydzę się powiedzieć,że jestem sama bo tak wybrałam. Bardzo świadomie tak wybrałam.

Przez pewien czas, dobrze dłuższy czas żyłam na pół gwizdka. Bo przecież to prawdziwe życie miało się zacząć razem z własną rodziną, partnerem ,domkiem gdzie będę rano smażyć naleśniki własnym dzieciom. Uparcie trzymałam się tej wizji, za mało byłam tu i teraz. Przyznaję, często się oszukiwałam. Również tutaj. Na przekór mówiłam,że jest super,że mi niczego nie brakuje. A w środku czułam zupełnie inaczej. W środku ciągle chciałam by ktoś mnie znalazł i spełniał ze mną moje marzenia. Dziś wiem,że nie mogę dalej tracić kolejnych dni,tygodni i miesięcy. Moje marzenia będę realizować sama. Może tak naprawdę moim marzeniem nie było posiadanie męża, gromadki dzieci i psa? Może to jedynie były bezpieczne marzenia 99 % dziewcząt? Za długo żyłam tymi marzeniami. Niespełnionymi marzeniami dodajmy. Rosła we mnie złość, frustracja i niepewność.

Od dłuższego czasu czuję jednak spokój. Realizuję się w pracy. Z radością pichcę, piekę i spokojnie czekam  na to co będzie. Wiem,że świadomie wybierając samodzielne życie muszę pogodzić się z pewnymi kwestiami. Ten dom z wymarzoną wielką kuchnią nie będzie mi potrzebny. Starczy kawalerka, albo dwa pokoje, o ile dorobię się bratanków czy bratanic.Nie będę organizować za 30 lat wielkiej Wigilii dla 30 osób, w tym 3 dzieci i 5 wnucząt.Święta spędzę na odwiedzinach u  brata i siostry, czytaniu, a może pojadę sama w góry? Nie będę chodziła na dni matki do przedszkola,nie będę patrzeć na pierwsze kroczki i nie usłyszę Mamo. Nie będę obchodzić kolejnych rocznic poznania z mężem,kiedy będę dostawać żelazko albo parę rajstop na cellulit.  Ale moje samotne życie na pewno nie będzie gorsze. Będzie po prostu inne. I powiem Wam w sekrecie,że nie mogę się go doczekać.

97c224d735f5a2f0cde3249ff2108dc8

Ścieżka dźwiękowa- Leonard Cohen- Dance me to the end of love

Advertisements

55 uwag do wpisu “Samotnia

  1. Blueberry pisze:

    Cieszę się, że doszłaś do takich wniosków. To chciałam Ci przekazać pisząc o tym, że posiadanie męża czy kogokolwiek nie definiuje nas jako osoby.

    Właśnie jesteśmy po weekendzie w gronie znajomych. Z każdym takim spotkaniem widzę, że coraz bardziej normalne stają się dla nas życiowe i „dorosłe” tematy – wyjechać czy zostać? Co z pracą? Ślub czy nie? Dzieci czy pies? I ciekawe jest to, że mimo tego jak bardzo dobrze się ze sobą dogadujemy i jak wiele mamy wspólnych np. zainteresowań to każda cząstka tej grupy ma inny pomysł na życie.
    Ja sama czasem się łapię, że za bardzo żyję życiem innych albo ich marzeniami. Kolega jedzie na 3 miesiące w podróż po świecie – pierwsza myśl, ale fajnie! Ale po przemyśleniu wiem, że zjadłby mnie stres przed przygotowaniami, bo ja niestety lubię mieć wszystko na ostatni guzik dopięte. I po dwóch tygodniach w takiej podróży miałabym dość jeżdżenia, spania codziennie w innym miejscu itd. Raz na jakiś czas – chętnie, ale na kilka miesięcy? To nie dla mnie.
    Jeszcze inni znajomi mieszkają za granicą i z jednej strony też fajnie, bo nowe doświadczenia, nieco inny świat. Ale ja zdychałam z tęsknoty za rodziną, za moimi miejscami mieszkając w Warszawie, 3 godziny drogi dalej, a co dopiero po drugiej stronie kontynentu. I mimo ciekawości świata wiem, że nie jestem stworzona do emigracji.
    Moim spełnionym marzeniem jest małżeństwo z P. – ale inni znajomi nie chcą brać ślubu.
    I każde z tych podejść do życia jest fajne. Nie ma lepszego i gorszego, po prostu są inne, ale każde odpowiednie dla odpowiedniej osoby 🙂

    Natomiast dla mnie podstawą oprócz tego życia w zgodzie ze sobą jest także akceptowanie szans i nie „zafiksowanie” się tylko na jednym pomyśle na życie. Bo ono bywa bardzo zaskakujące.

    Lubię to

    1. Moi znajomi w większości wybrali prosty model życia, nie wiem,może tak mają historycy po prostu? 😉 Ślub, dzieci, codzienna trasa dom praca, weekendy na spacerach, odwiedzinach u teściów, raz do roku wakacje w Grecji i tyle. Tylko ja byłam jakimś odmieńcem. Nawet te najbardziej krzyczące o swobodzie, feminizmie i niezależności dziś zmieniają pieluchy. Przyznaję,że nie jest łatwo w takim otoczeniu przyznawać się do porażek. Bo, mówię to z żalem, dla wielu,wielu moich rówieśników mieć prawie 29 lat i nie mieć nikogo,mieszkać z rodzicami i żyć jak ja jest to oznaka życiowego pecha i niezdarności. Bo status określa mąż,żona, własne mieszkanie, i bobasy w wózku. To potrafiło nieźle dać mi w kość. Ale dziś mogę z pełnym przekonaniem powiedzieć,że nie muszę tego mieć i przestaję się zadręczać,że jest mi źle bo nie kolejna pierwsza kawka nieudana. Już tego nie chcę. Nie znaczy to,że będę zimna jak głaz, że będę stalową babą co mrozi wzrokiem. Dalej będę sobą, nie zmienię się. Tylko zmieniam swoje priorytety. Więcej mnie w mnie, a nie marzeń innych 🙂 Może na emeryturze poznam miłego pana, sąsiada, wdowca z dużą rodziną, którą pokocham jak swoją? Kto to wie? Dziś wiem,że nie muszę mieć rodziny,bez niej też mogę być bardzo szczęśliwa.

      Lubię to

      1. Blueberry pisze:

        Tak szczerze to współczuję horyzontów takim ludziom. Niech każdy żyje po swojemu i pozwoli żyć innym. Poza tym, to co widzimy u znajomych to tylko jedna strona medalu, tyle ile oni sami pokażą i opowiedzą, często nie wiemy co kryje się głębiej, bo to ich życie nie nasze. I bardzo łatwo jest nam ocenić innych, oczywiście mierząc wszystko swoim życiem i swoim spojrzeniem 😉
        Oby jak najmniej takich oceniających spojrzeń do Ciebie docierało!

        Lubię to

      2. U nas na północy to takie kaszubskie standardy mamy i to chyba na poważnie działa. Po studiach zaraz ślub, dzieci, stabilizacja i mam wrażenie,że kiepsko widzi się odstępstwo od reguły. Od razu musi być coś z tobą źle,skoro nie żyjesz jak inni. Też miałam okropne wyrzuty sumienia,że mi się nie udaje. Ale dotarło do mnie,że moje życie to moje życie i koniec z życiem pod innych 🙂

        Lubię to

  2. Gucia pisze:

    Super, że żyjesz tu i teraz a co więcej szczęśliwie żyjesz! I o to tu chodzi! 🙂 kilka miesięcy temu odezwałam się pierwszy raz bo właśnie tej radości z życia mi w Tobie brakowało, wtedy napisałaś mi, że umiesz się cieszyć małymi rzeczami etc. A wydaje mi się, że dopiero teraz oddychasz pełną piersią. Nie czekasz na szczęśliwe życie uzależnione od kogoś tylko jesteś szczęśliwa sama z sobą, tu i teraz. Cudownie to czytać.

    I wróżę Ci przeokropnie szczęśliwe życie! Czy sama czy z kimś to bez znaczenia! Najważniejsze, że samej ze sobą jest Ci dobrze, jest radość, jest szczęście. Często czekamy to na faceta, to na dzieci, to na dom żeby „naprawdę” zacząć żyć. A tyle nas wtedy omija. Po co czekać na niewiadomoco skoro życie jest tu i teraz i jak tylko odnajdziemy w nim radość to żyjemy przez duże Ż.

    Lubię to

    1. Masz rację, wtedy wydawało mi się,że jest fajnie i się cieszę, ale to nie była prawda tak do końca. bardzo chciałam żeby tak było,ale tak naprawdę myślałam tylko o tym,że prawdziwe szczęście nieco mnie omija. W każdym razie dziś się nie muszę oszukiwać, bo w końcu zrozumiałam,że moje życie jest tu i teraz, i to ja decyduję jakie będzie dzisiaj. A dzisiaj jest fajnie, i po co czekać na coś więcej? Na to mityczne wielkie szczęście jakie da mi facet i gromadka dzieci? Jakby teraz było źle. Nie, teraz jest naprawdę fajnie, i niech się to nie zmienia 🙂

      Lubię to

  3. Cóż wiele nas łączy… Ja jako ostatnia z rocznika, która nie odsysa mleka z piersi jestem postrzegana jako dziwoląg. Ale lubię swoje ja, lubię niedziele spędzone przed TV przy muzyce czy po prostu na śnie. Nikt nie truje mi nad głową że trzeba zjeść 6 daniowy obiad i teściowej czy koniecznie pojechać z krzyczącą gromadą do ZOO. Fakt czasem jest trudno i łzy same płyną ale tak już jest.

    Lubię to

    1. Faktycznie, czasem bywa ciężko. Ale to chyba trzeba po prostu zaakceptować. Ja spędzałam wiele niedzieli naprawdę miłych,ale ciągle miałam poczucie niedosytu. Jestem w fajnej knajpie, jem obiad z rodzicami, śmiejemy się, cieszymy chwilą, a ja żałuję,że nie jestem tutaj z dziećmi czy facetem u boku. Ale to myślenie jest bez sensu,bo tylko nas osłabia. Musimy zacząć cieszyć się chwilą, może lepszych nie będzie? W każdym razie doszłam do tego punktu kiedy wiem czego chcę i doceniam to co mam 🙂

      Lubię to

  4. Zbych pisze:

    Wydaje mi się że w dzisiejszych czasach to właśnie kwestia przyzwyczajenia do życia w pojedynkę blokuje wiele osób przez prawdziwymi związkami. Nie ma tu znaczenia wiek czy płeć. Po prostu dla kogoś kto przez 5-6 czy więcej lat żył sam i ma swoje nawyki, przyzwyczajenia czy humory decyzja o zamieszkaniu z kimś i współdzieleniu nie tylko życia ale i metrażu to totalna rewolucja (często gęsto krwawa). Bo szczęśliwy związek dwoje ludzi to znalezienie przysłowiowego „złotego środka” czyli i jedno, i drugie musi być gotowe na mniejsze lub większe kompromisy (pojecie całkowicie obce gdy żyje się i decyduje o wszystkim samemu) w różnych sferach życia.

    Lubię to

    1. Wiesz ja prawie 29 lat żyję z moją siostrą,zawsze w jednym pokoju, nie mam wielkiego metrażu, i nie ma dla mnie problemu współdzielenia z kimś życia,bo to czynię na co dzień. I potrafię się dostosować do innych, w końcu mam dwójkę rodzeństwa,więc jestem skazana na kompromisy 😉 Oczywiście dla wielu osób to może być główny problem. Mi się po prostu już nie chce przez to przechodzić, przez te spotkania, które aranżują mi koleżanki, jakieś pierwsze kawki,herbatki, potem oczywiście serie rozczarowań. Wolę żyć spokojnie, samemu,bez rozmyślań jaka to jestem beznadziejna bo kolejny raz trafiłam na kogoś kto oczekuje blondynki z wielkim biustem zawsze chętnej i gotowej. Ja mówię pas. I kurcze, pierwszy raz od bardzo,bardzo dawna, jest mi lekko na duszy.

      Lubię to

      1. Zbych pisze:

        Wiesz, to była taka moja obserwacja ogólna – nie w związku z Twoją osobą, bo tu jest trochę inna sytuacja. Chodziło mi o takie osoby, które naprawdę żyją całkowicie w pojedynkę (nawet nie w kontekście związku, ale gdy rodzinę mają w zupełnie innym mieście).
        A w kwestii dzielenia pokoju z siostrą to też nie do końca o to mi chodziło – jak się mieszka razem od samego początku to wygląda to zupełnie inaczej. Miałem na myśli taką rewolucję, gdy nagle wprowadza się ktoś nowy – z kim nigdy wcześniej razem się nie przebywało w czterech ścianach dłużej niż kilka dni wspólnych wojaży turystycznych. Gdy nagle okazuje się, że detonatorami ostrych spięć mogą być dla kogoś takie drobiazgi jak „musztrowanie” szamponów w łazience, sposób ścielenia łóżka, chodzenie w mieszkaniu boso czy odstawianie kubków na półkę obowiązkowo uszkami w jedną stronę…. itp
        PS: Aranżowane randki przez znajomych/rodzinę to totalne pole minowe, a biuściaste blondynki są przereklamowane.

        Lubię to

      2. Moja kuzynka od 7 lat mieszka poza domem, uciekła przy pierwszej możliwej okazji. Do dziś jak przyjeżdża na święta mieszka w mieszkaniu, które ciocia i wujek wynajmują studentom, ona nie potrafi mieszkać z kimś. I ja to rozumiem, i rozumiem,że to może być problem dla kogoś. Moja rodzina to 5 zupełnie różnych typów ludzi i chyba bardziej niedobranych charakterów nie ma w innej rodzinie 😉 Co osoba to ewenement. Zresztą ja i siostra, pedantka i bałaganiara. Skowronek i sowa. Imprezowiczka i ta co kocha ciszę i spokój. A jednak razem żyjemy, dla mnie nie ma problemu,że ktoś źle zakręca szampon, nie myje po sobie kubka, czy do 3 w nocy ogląda film. Jeżeli mówimy o mnie to dla mnie problemem będzie brak ludzi w pokoju, naprawdę 🙂 Mi się ciężko śpi na wakacjach samej. I to będzie u mnie temat do przepracowania. U mnie raczej chodzi o to,że ja mam tak plan dnia, weekendu ułożony,że nie chce mi się rezygnować np z mojego spaceru i słuchania muzyki i bycia chwilę z samą sobą by spacerować z kimś. Albo z czytania książki w piżamie o 19.30, by iść z kimś do kina. Nie, tego nie chce mi się zmieniać. Ja znajduję w tym swoją dawkę szczęścia i nie planuję zmian w swoim ułożonym życiu. Jestem nudziarą straszną 🙂

        Polubione przez 1 osoba

    2. Do Zbych : Myślę że to sprawa indywidualna. U mnie to kwestia przeżyć osobistych, z jednej strony bolesnych z drugiej strach przed skrzywdzeniem takim jakiego doznałam mając te 20 parę lat… Przeżycie ponowne czegoś takiego byłoby dla mnie ciosem ostatecznym.

      Lubię to

      1. tak, lęk przed porażką i powrotem złych wspomnień, odrzuceniem, to duża część wycofania się. Ja też mam dość nieudanych spotkań i poczucia,że jestem beznadziejna….

        Lubię to

  5. Katarina pisze:

    Albo mi się wydaje, bom chora i mogę mieć omamy, albo zniknął ten fragment o znajomych oceniających przez pryzmat „ma męża/nie ma męża”…

    Lubię to

      1. Katarina pisze:

        Faktycznie, ślepa ja:/
        Ale również współczuję znajomych z taką mentalnością…Też miałam takich znajomych ( tzn tak oceniających innych ), ale już ich nie mam. I nie tęsknię:)

        Lubię to

      2. Ja takich kontaktów staram się nie trzymać, ale wpadając na kogoś z liceum czy studiów, od razu pada pytanie-mąż, dzieci? Jakby innych problemów ludzie nie mieli 😉

        Lubię to

    1. Blueberry pisze:

      Wiecie co, ale z jednej strony jest ocenianie przez pryzmat posiadania męża/dziecka/kota/wibratora i czucie się lepszym od kogoś, a co innego jeśli ktoś życzliwie (podkreślam to słowo, bo nie wiem jakie są pytania znajomych Leny) pyta co u Ciebie słychać. Bo bardzo często ludzie pytają nas o rzeczy, które w jakiś sposób są dla nich ważne.
      Kwestia czy mówimy o niezdrowej ciekawości czyimś życiem czy dla kogoś np. mąż i dzieci to cały świat i pierwszy temat do rozmowy, który się nasuwa?

      Lubię to

      1. Katarina pisze:

        Niestety najczęściej jest to niezdrowa ciekawość lub wścibstwo…
        I dodatkowo dla takich osób często posiadanie rodziny jest priorytetem i jedynym słusznym pomysłem na życie.
        A osoby, które chciałby się spytać o to życzliwie, to i tak nie muszą, bo wiedzą takie rzeczy bez pytania:)

        Lubię to

      2. Dokładnie. Moje bliskie koleżanki nie muszą o to pytać, wiedzą co i jak na bieżąco. Choć czasami im się żaliłam 😉 Ale uważam,że są takie tematy, które ktoś powinien inicjować, jeżeli ja chcę o nich pogadać to zaczynam rozmowę. A jak nie chcę,to nie gadamy i tyle.

        Lubię to

      3. Powiem tak, jeżeli bliska mi osoba pyta się o moje życie prywatne, czy coś się zmienia, czy kogoś mam, czy planuję wyprowadzkę od rodziców to ja potrafię porozmawiać na takie tematy, sama czasem inicjuję rozmowy na te tematy. Ale co innego jak spotykam kogoś raz na rok, i pierwsze słowa po wymianie cześć, cześć-a jak tam u ciebie, mąż, dzieci,dom-jest, są, planujesz? I jak mówię,że nie, to od razu słyszę,bo ja to mam super męża./narzeczonego/partnera, dziecko/dzieci, buduję dom/kupuję mieszkanie. Tego to nie znoszę, bo takie rozmowy mają służyć ewidentnie pokazaniu,że pytający jest lepszy.

        Lubię to

      4. katasza pisze:

        Jeśli pytanie służy pochwaleniu się, to faktycznie odechciewa się rozmawiać albo pasuje odpowiedzieć coś głupiego. Albo gdy ktoś pyta dlaczego, co zdarzyło mi się również od prawie obcych ludzi (jeden dodał „czasami tak jest lepiej” ;)).
        Ale pytania same w sobie, nawet od ludzi widzianych raz na dłuższy czas, to nic takiego, mnie też to ciekawi. Zresztą praktycznie każdy temat od rodziny, przez zdrowie, pracę, mieszkanie, posiadanie psa, wakacje może okazać się drażliwy. A to wszystko jakieś elementy składające się na „co słychać”.
        Ostatnią osobą, która mnie zapytała o posiadanie męża był kolega z podstawówki, dla którego priorytetem jest raczej jak się napić, a nie jakieś rodziny. 😉

        Lubię to

      5. Nie wiem może ja to tak odbieram,ale ja uważam,że są pewne osoby, którym nie muszę opowiadać o moim życiu i dzielić się szczegółami. Czasem wystarczy powiedzieć cześć, co słychać i wtedy mówię to co chcę, czyli na przykład ładna pogoda, spaceruję sobie po pracy i to jest sygnał,że nie chcę omawiać spraw osobistych. Dziś spotkałam się z przyjaciółką, z nią mogę rozmawiać na każdy temat i kiedy się zapytała o moje sprawy sercowe nie czułam urazy, wręcz przeciwnie,fajnie się nam rozmawiało. Ale jak słyszę od sąsiada zamiast dzień dobry- a jakiś kawaler to się zacznie kręcić? To mnie ściska wszystko w środku.

        Lubię to

      6. katasza pisze:

        No tak, wszystko zależy od osoby i kontekstu, czasami to może być pytanie jak pytanie, ale już tekst ze strony sąsiada jest nie na miejscu. I moją granicą jest brak wnikania głębiej – nie ma, nie zanosi się i koniec tematu, szczegółowe rozważania tylko dla wybranych.
        Kiedyś poznałyśmy z przyjaciółką dziewczynę, która dość szybko zapytała o małżeństwo i dzieci – i ucieszyła się, że nas też to nie dotyczy. 😀

        Lubię to

      7. Rozumiem taką zwykłą ciekawość, ale bez nachalności, to znaczy jeżeli kogoś kiedyś lubiłam to ok, nie widzę problemu, nie wstydzę się swojego stanu. Ale czasami, często mam wrażenie,że to nie jest ciekawość,tylko chęć pokazania, ok ty się super uczyłaś, ja wtedy miałam maskarę i papierowy za priorytet,ledwo co skończyłam prywatne studia, ale za to mam super męża, dzieci, i zagraniczne wczasy. Tego to nie znoszę.

        Lubię to

  6. No i super. Życie jest jedno, szkoda marnować go na zastanawianie się co by było gdyby i dlaczego… Żyj na 100% możliwości, zajmij się sobą, bądź szczęśliwa tak po prostu, a jeśli ta „samotnia” jednak nie jest Twoim przeznaczeniem to prędzej czy później ktoś kto zechce z Tobą się nią dzielić się znajdzie. A jak nie – to Ty i tak będziesz szczęśliwa. Bo najpierw trzeba być spełnionym człowiekiem, i to jest najważniejsze.

    Lubię to

  7. kocia_dama pisze:

    Wiesz, co jest najważniejsze? Żeby nie robić nic na siłę 🙂 Wiem po sobie. Nie marnuj czasu na to, by być kimś, kim nie jesteś. Jesteś sobą- i to jest fantastyczne! 🙂 Masz prawo do swoich rytuałów, przyzwyczajeń i trudnych momentów.

    Nic na siłę 🙂

    Lubię to

  8. katasza pisze:

    Święta racja, lepiej budować swoje szczęście na takich warunkach, jakie mamy, od zaraz, bez czekania na jakiś „właściwy” moment – bo co to znaczy, że jest właściwy? W parze może i jest lepiej (a może nie), ale warto po prostu akceptować swoje życie w pojedynkę – do tego trzeba dojść samemu, ale fajnie, gdyby otoczenie nie próbowało wmawiać samotnej osobie, że jest nieszczęśliwa (a rady typu „nie szukaj, a znajdziesz” to jedna z większych bzdur, jakie singiel może usłyszeć).
    Choć moje doświadczenie mówi, że akceptacja też ma chwile wahania, kiedy się myśli, że jednak miło byłoby mieć kogoś u boku, kiedy sobie wyobrażam, że po tych uliczkach idę z kimś za rękę, a na tamto wesele w końcu idę w parze, że mam z kim potańczyć… I kiedy akceptuje się dodatkowy pokój, bo może kiedyś się przyda. Trochę brakuje mi zdolności nawiązywania kontaktów, gdyby nie to, potrzeba posiadania kogoś pewnie odzywałaby się rzadziej. Samotnego chodzenia do restauracji już się nauczyłam, pozostaje nauczyć się samotnych wyjazdów na wakacje i najlepiej jeszcze trochę przypakować, żeby mi odpadł problem z ciężarami – i będę samowystarczalna.
    W moim otoczeniu większość rówieśników już się połączyło w stałe pary, bo w sumie to naturalne, ale niektórzy mają trójkę dzieci, niektórzy zdążyli się rozwieść, niektórzy w ogóle nie myślą o ślubie ani rozmnażaniu, a pojedynczych osób też się trochę znajdzie.
    Muszę się też zgodzić ze Zbychem – ja jestem już tak przyzwyczajona do życia w pojedynkę, że nie wyobrażam sobie uwiązania do kogoś, często ludzie chcą ze sobą spędzać tak dużo czasu, że ja bym tego nie zniosła. I nie chciałabym się dostosowywać, po to się wyprowadzam, żeby nie musieć – musielibyśmy się bardzo dobrze zgrać, a być ze swoją kopią też bym nie chciała. A poza tym zupełnie nie rozumiem, jak to całe łączenie się w pary działa. :O

    Lubię to

    1. Powiem Ci,że ja uczę się akceptować, wiadomo chwile zawahania będą zawsze. Mi nieco ciężko jest wciąż z myślą,że nie będę mieć domu z dziećmi. Ale staram się zamiast tych myśli widzieć nowe możliwości. Może nie będę miała z kim chodzić na wesela, ani nie będę płakać na ślubie dziecka, ale może zaangażuję się w wolontariat? Skoro tak lubię dzieci to może coś zrobię w tym kierunku i będę z nimi pracować w jakiś sposób?
      Szkoda,że wciąż panuje przekonanie,że skoro ktoś jest bez partnera to znaczy,że coś z nim jest nie tak i trzeba go wyprostować jakąś parą. Albo zostawić w biedzie i wiecznie pocieszać-cierpliwie czekaj, nie szukaj, znajdziesz swój ideał,on już pędzi. Mój to już chyba 8 raz okrąża ziemię i chyba tak się rozochocił w tym pędzie na białym koniu,że nie może wyhamować po prostu 🙂
      Mi paradoksalnie będzie ciężej przyzwyczaić się do samodzielnego życia. Bo ja jestem otoczona ludźmi, i to tego będę musiała się nauczyć w tej mojej samotności,bycia samej w 100 %. Ale nie wiem czy dam radę i nie wyląduję w tym samym budynku drzwi w drzwi z siostrą czy bratem:) Bo ja tak samo lubię być sama, jak i nie być sama. Uwielbiam gotować, rozmawiać, nawet głupi film lubię obejrzeć z kimś z rodziny 😉 Także ja nad tym muszę pracować;)

      Lubię to

      1. katasza pisze:

        Kogoś bliskiego pod ręką to zawsze warto mieć. 🙂
        Kiedyś nie wyobrażałam sobie mieszkania w pojedynkę i powrotów do pustego domu, może jeszcze będę mieć tego dość, ale na chwilę obecną mi to nie przeszkadza. W domu rodzinnym mam za mało prywatności, brakuje mi kąta, do którego mogę się schować i żeby nikt mi nie przeszkadzał. Mieszkać z bratem już nie dałabym rady – mógłby być blisko, ale zdecydowanie osobno. 😛

        Lubię to

      2. ja bardzo lubię kiedy moja siostra wyjeżdża, ale to trwa tydzień, jak nie było jej dwa tygodnie chwilami miałam dość,więc nad tym muszę nieco popracować. Lubię te chwile gdy mam dom dla siebie,nikogo w nim nie mam, nikt mi się nie pałęta pod nogami. Ale na razie takie stany podobają mi się na jeden,dwa dni, taka kompletna samotność. Ale myślę sobie,że przecież być samą nie znaczy żyć zupełnie samotnie, jak w celi. Pewnie zdążę znudzić się hałasem i będzie miło wracać do ciszy i spokoju 😉

        Lubię to

  9. Najważniejsze jest to, żebyś była szczęśliwa – czy to z mężem czy sama (a nie samotna). A reszta niech sobie gada, że tak nie wypada, że stara panna… A co im do tego. Twoje życie i przeżyjesz je tak jak chcesz.
    Szczęścia Ci życzę:)

    PS A tak w ogóle, to Ty męża nie potrzebujesz, żeby mieć dzieci;)

    Lubię to

  10. O, jaka deklaracja. Kochana, nie wiesz co jeszcze przed Tobą a piszesz chwilami, jakby wszystko było już przesądzone, jakbyś była emerytką. Ja natomiast wiem, że najlepsze jeszcze przed Tobą, nieważne z gromadką dzieci czy bez bo to oczywiście czy jesteś sama czy z kimś nie definiuje Ciebie jako osoby. To dobrze, że czujesz się dobrze sama ze sobą, to bardzo ważne. Ty decydujesz o sobie i swoim szczęściu, to Twoje życie i to Tobie ma być dobrze i jeśli jest dobrze tak jak jest to innym nic do tego. My się w ogóle za bardzo przejmujemy tym, co sobie inni pomyślą. To nasze życie, nasze wybory. Niedobrze jest jednak zamykać się za bardzo w sobie, bo nie żyjemy jednak w pojedynkę, ja w ogóle jestem zdania, że nikt z nas nie jest samotną wyspą. Jeśli czujesz się szczęśliwa, spełniona nic nie zmieniaj. Nie zaklinaj jednak losu, bo naprawdę nie wiesz co jest za kolejnym zakrętem, jakkolwiek banalnie to brzmi. I jeśli znajdzie się ten właściwy to uwierz mi, nie zakłóci Ci to rytmu dnia, nie pozbawi rytuałów, nawyków, można nadal być sobą będąc z kimś. Można nadal pójść na samotny spacer nawet z gromadką dzieci w domu. Nie demonizujmy ani bycia żoną, matką ani bycia singlem. Ważne, by spełniać swoje marzenia i tego Ci życzę. http://virgo1982.blogspot.com/

    Lubię to

    1. Ależ ja nie jestem samotną wyspą 🙂 Mam fajne rodzeństwo i paru znajomych, rodzinę dalszą, nie będę sama 😉 Po prostu przez te pół roku zdałam sobie sprawę,że facet mi do niczego nie jest potrzebny. I uwierz mi kiedy przestałam się zadręczać-czemu nie chodzę na randki, czemu ten przystojny inżynier ciągle mnie ignoruje, czemu nie dzwoni po kawie? Poczułam spokój i w końcu czuję się z sobą dobrze 😉 Nie napisałam,że chowam się do piwnicy przed światem i ludźmi,że będę unikać ludzi i pielęgnować jedynie swoje singielstwo. Wręcz przeciwnie, odkąd podjęłam decyzję,że kończę z randkami, szukaniem, czy czekaniem na faceta,narzeczonego,męża poczułam się dużo lepiej i mam więcej apetytu i ochoty na życie. To jest naprawdę paradoksalne,ale tak jest. Kamień spadł mi z duszy. Nie muszę się spinać, napinać, ciągle na coś czekać i za czymś tęsknić. Odkryłam w sobie luz, nie mam zazdrości i żalu do świata. Naprawdę czuję się spokojniejsza i kurcze, podoba mi się to 🙂

      Lubię to

  11. I..o to też w życiu chyba chodzi. Bo tak naprawdę, nawet wchodząc w związek, jesteśmy dwoma jednostkami. Musimy, żeby nawet związek był zdrowy, umieć byś sami ze sobą, doceniać to, kim się jest. To cholernie cenne właśnie lubić własne towarzystwo, doceniać je, umieć być samodzielnym. Co w życiu będzie to będzie, ale to właśnie cudowne, że nie masz już tej presji tylko po protu…jesteś sobą, zadowoloną z siebie. Bo ty to zawsze ty, niezależnie czy masz męża, faceta, dzieci, kota, psa czy żyjesz z inną istotą, czy jakoś sama.Głupia jest po prostu społeczna presja, jakoś wartościująca człowieka nie przez to, kim on jest, a przez to, co go otacza. I trzeba nieraz powiedzieć temu zdecydowane stop:)

    Lubię to

    1. Szkoda,że tak późno doszłam do takich wniosków,ale człowiek uczy się całe życie, więc lepiej później, niż nigdy. Nie zamykam się oczywiście na żadną opcję, nieraz się przekonałam,że życie zaskakuje. Ale wiem,że samej z sobą po prostu mi dobrze,i nie ma co na siłę tego zmieniać, ani obwiniać,że nie jest tak jak wymaga tego presja społeczna…

      Lubię to

  12. Ja dobrze Cię rozumiem, bo miałam podobnie. Byłam bardzo długo sama i przyzwyczaiłam się do tej mojej samotności. Nie szukałam nikogo na siłę, pozwoliłam, by wszystko szło swoją drogą. Miłość się pojawiła, i owszem, ale jestem w stanie wczuć się w stan Twojej duszy, gdyż przeżyłam to na własnej skórze…

    Lubię to

  13. Dużo takich wpisów już czytałam, jak dziewczyny twierdzą, że chcą być same i jest im dobrze. Ale w większości przypadków piszą tak tylko dlatego, że mają złamane serce. A u Ciebie widzę świadomą decyzję i podziwiam Cię za to 🙂 ja to lubię swoją samotność ale jednak nie potrafiłabym żyć w pojedynkę 🙂

    Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s