Ja razy dziesięć

Kiedy ktoś mnie o coś prosi staram się wykonać prośbę. A jeżeli prosi Agatka, to nie ma wymówek. Działam. Teraz przedstawię 10 faktów o mnie. Z założenia nieznanych.

Gazetki. Gazetki. I znów gazetki.

Tak, czytam chyba wszystkie reklamowe gazetki jakie dostarczają mi do domu. Ba, ja zapisuję promocje w notesiku. I potrafię z nich skorzystać. Jestem oszczędna w kwestii moich pieniędzy. Oj bardzo oszczędna. A poza tym ja naprawdę lubię przeglądać te gazetki. Te nowości, te morze produktów, które mogę kupić, które mogą odmienić mój obiad. Tak, jestem dziwakiem.

Odpływam….

99 % moich seansów filmowych kończy się tak. Dokładnie na 5 minut przed końcem zasypiam. Oczywiście mówimy tutaj o filmach, które zaczynam oglądać po 20.30. Nieważne ile trwa film, 80 minut, czy 3 godziny. Nigdy nie widzę końcówki. Budzę się za to po 30 minutach i włączam film by obejrzeć koniec. Przy czym zasypiam na ostatnie 2 minuty. Jest masa filmów gdzie końcówka wciąż czeka na moje „widzenie”. Myślę,że u mnie to rodzinne. Mój tata zawsze zasypia w 11 minucie meczu.

Białe zło.

Żywię niesamowitą wręcz niechęć do śmietany. Czy tej bitej słodkiej, czy tej zwykłej, kwaśnej. Przy czym  nie znoszę jej w postaci surowej. Nie zjem tortu z bitą śmietaną, nawet jeżeli sama ją szykuję,nie zjem zupy ze śmietaną, placków, pierogów czy naleśników. Zjem jeżeli nie widzę śmietany, np robię ciasto czy sernik. Wtedy po upieczeniu mi nie przeszkadza białe zło. Jedyne białe zło, które zjem na biało, to ryż ze śmietaną i cynamonem. Bida danie, nie wiem skąd się wzięło,ale jako dziecko często prosiłam mamę by mi je robiła. Potem w akcie buntu na śmietanę próbowałam z jogurtem,ale to nie to. Jak śmietana to tylko z ryżem i cynamonem.

Proszę pani…..

W szkolnych i studenckich czasach z własnej,nieprzymuszonej woli na lekcjach nie odezwałam się ani razu. Mogłam znać odpowiedź, wiedziałam,że mogę zabłysnąć, ale nie. Twardo zaciskałam okna a ręce ciągnęła mi ogromna siła ku podłodze. Czasami mój fajny kolega głośno mówił,że ja na pewno znam odpowiedź. Bo jak się mnie zapytano to rzeczywiście okazywało się,że odpowiedzi znam. Ale sama z siebie? Byłam tak nieśmiała,że samo wyobrażenie bym mogła na forum klasy zabrać głos powodowało u mnie wzrost ciśnienia  i zimne poty.

Jeszcze jedno….

Jeszcze jedno opakowanie herbaty. Jestem beznadziejną herbaciarą. W szafce mam, uwaga uwaga, 38 opakowań. Wszystkie otwarte. Żadna herbata się nie powtarza. To nawet zabawne,ale będąc w sklepie zawsze wiem jakiej herbaty mi trzeba, a jaką już mam. Najciekawsze w tym wszystkim jest to,że jak jakaś herbata mi posmakuje to od razu konsumuję ją do końca. To znaczy piję ją aż wykończę opakowanie. Następnie kupuję kolejną herbatę, bo równowaga w naturze musi być.

W szafce…

W szafce drodzy Państwo mam ogromne zapasy słodyczy. Tak, tak. Jeżeli będzie jakaś katastrofa to chcielibyście znaleźć się obok mnie. Moja szafa potrafiłaby wyżywić 5 osobową rodzinę przez pół miesiąca. Mam tam kaszki, orzeszki, paluszki, czekolady, ciastka zbożowe, bombonierki, a nawet Mikołaje. Nie, nie kupiłam ich w opcji first minute. To te z zeszłego roku.

Lubię….

Żaby, ślimaki, pająki, myszy. Nie odczuwam lęku przed tym co innych napawa lękiem. Moja siostra widząc malutkiego pajączka dostaje prawdziwego ataku paniki. Moja przyjaciółka hodowała pająki i myszy. A jako,że mieszkała piętro wyżej często u niej bywałam. I z czasem polubiłam to co ona tam sobie hodowała. Owszem,miała też szczury. Ich się brzydzę akurat. Ale żabki kocham. Tak jak ślimaki. Mieszkając na wsi każdego dnia podejmowałam się akcji ratowania ślimaków, które opuszczały okoliczne pola i próbowały wejść na ulicę. Gdyby ślimaki mogły dawać ordery pewnie dostałabym  od nich wielki medal. W kształcie pierogów.

Ale gdzie?…

Ale gdzie mam teraz wysiąść? Tak, jestem mistrzynią w myleniu autobusów. Ba, codziennie zimową i jesienną porą rano podjeżdżam jeden przystanek, dzięki czemu skracam sobie drogę do pracy o 15 minut. Problemem dla mnie jest to,że 2 razy w tygodniu „niechcący” wsiądę do innego autobusu,ale nie zaznaczę od początku w busiku,że wysiadam na tym i na tym przystanku. Przez to podróżuję sobie  z przeszkodami. W piątek zapomniałam zgłosić chęć zatrzymania się na przystanku przy kwiaciarni. W efekcie pan wiózł mnie najpierw po całym wielkim osiedlu domków jednorodzinnych przez 10 minut, a następnie wysadził na ostatnim przystanku 1,5 kilometra od pracy. Nie ma to jak poranny spacer w deszczu. Vivat moja orientacja. W terenie.

Więcej i więcej

Pisała o tym już Agata. Ja mam dokładnie tak samo. Nie potrafię oglądać filmu i ….. robić tylko to. Póki nie zasnę-patrz punkt pierwszy, czytam, koloruję, wertuję przepisy, próbuje pomalować paznokcie. Nie potrafię po prostu usiąść/posiedzieć i oglądać. Mnie to okropnie nudzi. Naprawdę. Ja muszę ciągle coś robić. Oglądanie filmu wydaje mi się marnowaniem mojej wspaniałej podzielności uwagi. Tak, posiadam ją. Często przeklinam, oj jak ja to przeklinam. Ale tak to już jest z typowym zodiakalnym bliźniakiem. Mam wrażenie,że moje aktywności muszę mnożyć przez dwa. Inaczej jestem nieswoja,nieco chora, rozdrażniona, wkurzona…

I na koniec….

Nie znacie tego faktu, pierwszy raz w życiu mam świąteczne prezenty dla rodziny zakupione już w listopadzie. Jestem w niemałym szoku. Całą akcję zapoczątkowało wygranie książki o tematyce nieco historycznej. Uznałam,że ta książka idealnie będzie pasować do mego tatki, ale zamiast dać mu ją od razu,postanowiłam dać mu ją pod choinkę. A żeby książka nie była samotna,od razu zabrałam się za kompletowanie reszty prezentów. Więc brat dostanie grę-w którą mam nadzieję będziemy grać w świąteczne wieczory, siostra śliczne kolczyki-co prawda ciągle gada coś o potrzebie znalezienia pod choinką gramofonu,ale póki dzielimy pokój nie widzę miejsca na ten sprzęt, więc wybacz. Mama dostanie wyjątkowy krem dostosowany do potrzeb jej skóry. Babcia i ciocia dostaną relaksujące pakiety składające się z wody różanej i kremu do rąk. Muszę jeszcze kupić coś dla małej Zuzi i jej mamy. I dla drugiej przyjaciółki,ale myślę,że im podaruję domowe pierniczki 🙂 A jako,że rodzina dostała swoje prezenty sprawiłam i ja sobie prezenty, kozaki, w końcu je kupiłam. Nie mogłam marudzić, pęknięta podeszwa kazała mi kupić je jak najszybciej. Weszłam więc do sklepu i powiedziałam,że nie wyjdę bez butów. Butów bez dziur. Skusiłam się też na długi kardigan, który wprost mówił do mnie-kup mnie, a jako,że kosztował 20 % ceny wyjściowej,żal było go nie brać. W Biedronce zaś kup mnie mówiły do mnie cotton bolls’y, które obecnie wiszą mi nad głową. Tak więc zostałam z pustym kontem i wielkim uśmiechem na twarzy. Nie wiedzieliście,że uwielbiam robić prezenty? I dostawać oczywiście.

c6e014541bff022d632f9ed5af250119

Ścieżka dźwiękowa- Dave Matthews Band- Satellite

Projekt kuchnia

Moja kuchnia. W 100  % moja. Zaplanowałam w niej wszystko sama. Od A do Z. Od posadzki po sufitową siatkę. Wiele osób w rodzinie pukało się w czoło na moje pomysły. Burzyć ścianę? Białe meble? Zmieniać ustawienie rur? Tak, tak to sobie wymyśliłam.  Stolarze nie wierzyli,że się uda, ale z ciekawości podjęli się wyzwania. Nie powiem,ze 6 tygodniowe czekanie na fronty było miłe,że ciągłe zapewnienia,że na pewno meble zrobią i będą stały gdzie stać mają mnie przekonywały. Wręcz przeciwnie, ileż ja się nadenerwowałam. Kuchnia była wręcz miejscem prawdziwej rewolucji. Bywało, że krwawej. Wyszła? No właśnie, jak? Na wysoki połysk.

Oczywiście nieco zatraciła swój pierwotny błysk. Nie,nie, szafki nie nabrały matu. Po prostu kuchnia żyje, bywa,że krople kawy zalewają blat, ogryzki od jabłka nie lądują idealnie w śmietniku a okruszki od chleba dziwnie wymykają się z talerzy i godzinami leżakują na blacie. Ale myślę sobie, że taka kuchnia ma chyba więcej uroku niż ta sterylna. Czuć w niej życie.

 

Sama jestem zaskoczona, że wszystko wyszło tak jak wyszło. Miałam parę obaw. Między innymi bałam się o kafelki. Kiedy je położyli nie było oczekiwanego efektu WOW. Było lekkie zaskoczenie, a nawet zawód. Wyglądały jak zwykłe białe kafelki. A nie tak wspaniale jak na wizualizacji, czy w idealnie oświetlonym sklepie. Zaczęłam żałować. Mogłam bowiem wybrać zwykłe białe kafelki, 3 razy tańsze i tyle. A mi tu się zachciało Paradyża o efekcie kryształu. Efektu kryształu zaś brakowało. Z której strony bym nie spojrzała kafelki były zwykłe. Bałam się też o murek. Kiedy go położyli bałam się, że do niczego nie będzie pasował. Bo nie pasował. Żałowałam,że nie zostawiłam tej ściany pomalowanej szarą farbą. Uznałam,że tak byłoby dużo,dużo lepiej. Bałam się o podłogę. Kiedy miałam bowiem kafle, murek, i podłogę nic mi do siebie nie pasowało. Pomyślałam,że jednak kiepski ze mnie architekt wnętrz i czas porzucić nierozpoczętą jeszcze karierę. Trudno. Wyglądało to tak.

Wszystko zmieniło pojawienie się mebli. Kiedy weszłam do kuchni z meblami mogłam głęboko odetchnąć. Wszystko wyszło dokładnie tak jak chciałam. A może i lepiej? Meble są idealne. Nie robią przytłaczającego wrażenia, a są szalenie pojemne. W tym momencie mam 4 wolne półki i w ogóle nie wiem co tam wsadzić? Większość mnie straszyła,że białe błyszczące meble są wysoce niepraktyczne. Że owszem i fajne,ale dla kogoś kto z kuchni nie korzysta bo widać każdy odcisk palca i w ogóle, kuchnia wymaga non stop latania ze ściereczkę i pucowania i pucowania i pucowania. Ale ja niczego takiego nie zauważyłam. Naprawdę nie czyszczę mebli częściej niż poprzednio. Aczkolwiek przyznaję się,jestem pedantką i przecieram często. Ale w granicach rozsądku.Nie trzeba myć szafki bo każdym wyjęciu kubka. Moja przyjaciółka dwa dni temu robiła test z dziecięcymi łapkami. Efekt? Łapek brak. Nie, nie, Zuzia rączki ma, ale szafki nie ubrudziły się po spotkaniu z ciekawską Zuzanką. W każdym razie nie myję ich częściej niż poprzednio. Ale zasadniczo w kuchni przebywam dużo częściej. I z większą radością piekę i gotuję. Mój magiczny piekarnik naprawdę piecze magicznie. Odpukać wszystko wychodzi wspaniale. Tak samo jak magiczna płyta gazowa, gdzie gaz schowany jest pod szkłem, ciągle z podziwem patrzę na to urządzenie i zastanawiam się gdzie podziewa się gaz kiedy go nie widać. Całe wnętrze ma uwaga 2 na 2 metry. No dobra, macie mnie,2 x 1,8. Jest jednak przyjemnie, spokojnie 3 osoby mogą popracować nad obiadem 🙂 Zmieściła się zmywarka, duża lodówka, masa schowków i nowoczesnych sprzętów.

Zdjęcia robiłam starym aparatem, zaraz po montażu mebli. Dziś kuchnia zrobiła się bardziej prywatna, wychodzę z założenia,że nie musicie wiedzieć jakiego używam płynu do naczyń, albo ile mam jabłek w koszyku:)

 

 

Ścieżka dźwiękowa:Noel Gallagher- In the heat of the moment

Jesienna chandra? Nie, dziękuję!

Sounds of laughter, shades of life are ringing through my open ears
Inciting and inviting me
Limitless undying love, which shines around me like a million suns
It calls me on and on and on
Across the universe

 

Czy ja nie narzekałam przez większość października i większość listopada jak to jest źle i smutno i w ogóle pogoda mnie denerwuje, dołuje i jak nic skoczę z mostu do rzeki? Nie powiem, że lubiłam ten stan. Ba, zaczęłam mieć go dość. Chociaż nie wiem czego bardziej miałam dość, marudzącej mnie, czy jesiennej aury? Chyba jednak mnie. Tak, miałam dość samej siebie.

Pogody nie jestem w stanie zmienić. Nie mam wpływu na wysokość ciśnienia. Nie mogę zmienić temperatury, nie mam jeszcze mocy-choć dzień dnia próbuję, zamieniania deszczowych chmur w cukrową watę. Chociaż godzinami uparcie patrzę się w niebo,deszcz jak pada tak pada. I jest to niestety deszcz, nie kawałki słodkości.  Muszę zaakceptować jesień, docenić czas wyciszenia i może nieco polubić to czego polubić się nie da. Albo przynajmniej, wydaje się,że nie da się polubić.Ale można.

Codziennie zaczęłam spacerować. Z pracy, albo do pracy. A jak pogoda jest sprzyjająca to i rano, i popołudniu. Słucham muzyki-dzięki o dobry losie, któryś znalazł moje różowe mp3. Non stop słucham jednej, no góra dwóch piosenek. Aż wstyd mi się przyznawać, ale w moim mini odtwarzaczu dzień dnia po 16 razy lecą Depesze, a pan Dave przekonuje, że powinnam pospacerować w jego butach. Walking in my shoes możemy uznać za bardzo spacerową pieśń, więc z tą pieśnią na ustach sobie spaceruję. Wolno, powoli i dostojnie. Dostrzegam kolory, tak, o dziwo jesień jest kolorowa. Jaka byłam ślepa, zapatrzona tylko w szarość chodników i brud po deszczu.

42149dc9a5dcf8c7748a0882ad7b0cde

Tymczasem jesień daje się oswoić. Spacery. Piernikowa gorąca czekolada. Wizyta w bibliotece i zapasy książek. Spotkania z przyjaciółką i jej córeczką, która w sekrecie powiedziała mnie,że jestem jej najukochańszą ciocią. Co prawda przegrywam z tatą, mamą i babcią Ircią, ale jestem w czołówce. Wizyta w nowej herbaciarni gdzie wypiłam cudowną herbatę z ostrymi przyprawami i słodkimi malinami. Dużo,dużo dobrej muzyki. I sześć par skarpetek. Nie,nie nakładam ich jednocześnie. Nie mogłam się powstrzymać i kupiłam sobie skarpetki wersja świąteczna. Są tam reniferki, mikołaje, choinki i prezenty. Jakież to idiotyczne, ale takie skarpetki mają prawdziwą moc polepszania humoru. Moja mama od dwóch dni puszcza już zbiór świątecznych przebojów. Ponoć lepiej jej się przy nich tłukło schabowe. Nie powiem,nie sposób się nie uśmiechnąć.

Szukam też nowych kozaków. Wiem, wiem, pogoda na chwilę zrobiła się niemal trampkowa, ale ja już myślę o tym co będzie za tydzień,albo za dwa. Bo sweter już sobie wypatrzyłam. Postanowiłam zrobić sobie prezent na Mikołajki. Sweter jest śliczny, i do tego ma wszystko czego chciałam,jest w delikatnym kolorze pudrowego różu, gruby i konkretny. A z  z kuponem rabatowym do La Redoute jego cena nie spowoduje u mnie wzrostu chandry, jedynie przyniesie czystą przyjemność 🙂

Czy wspominałam,że dostałam od losu dwa wolne dni? Sama nie wiem co mam robić z taką dawką luzu i relaksu? Macie rację, lecę gotować do kuchni 🙂

7ebe3e87f2cb613381f55c014ed6223a

Ścieżka dźwiękowa- David Bowie- Never get old

 

 

 

Samotnia

 

Sorrow is the time to begin
Longing is the place to rejoice

Ja naprawdę lubię ludzi. Lubię z nimi rozmawiać, przebywać, czasami się pokłócić. Lubię mieć świadomość,że obok ktoś jest. Za ścianą, w drugim pokoju, że mogę przerwać moją samotnię, wyjść,pogadać, wypić razem herbatę. Ale coraz częściej czuję,że towarzystwo innych nie jest mi potrzebne do szczęścia. To znaczy obcych innych. Konkretnie, tego jedynego obcego.

Być może na ten stan na wpływ to,że od wielu,wielu lat jestem sama sobie sterem,okrętem i śrubokrętem. Jestem solistką, i przestałam odczuwać potrzebę zamienia się w duet. Jest mi dobrze samej z sobą. Choć parę miesięcy temu wydawało mi się,że bycie samej do końca życia musi być smutne. Teraz uważam,że moja nudna codzienność jest nudna,ale mi pasuje.

Mam swoje rytuały, swój plan dnia. Może to brutalne,ale nie chciałabym by ktoś teraz mi zakłócił tę moją stabilizację i rutynę. By ktoś wyciągał mnie na te spacerki, romantyczne kawki i herbatki. Bardzo niedawno ktoś chciał, ale to zaproszenie przyszło nie w porę. Ja nie chciałam ruszać się z domu. Zaplanowałam mycie okien. A potem pieczenie ciasta. A potem operę z siostrą. Następnego dnia można by iść na tę kawę? Niby można,ale po co? Następnego dnia zaplanowałam sobie spacer, samotny,długi i jesienny. A potem rodzinny obiad, wspólne rozmowy, oglądanie głupiej komedii. Może to głupie,ale o swoim wolnym czasie chcę decydować sama.I wolę spędzać go albo sama, albo z kimś kto mnie już dobrze zna. Nie odczuwam potrzeby odkrywania drugiego człowieka, uczenia go obcowania z sobą. Bo ja z każdym samotnym miesiącem robię się coraz bardziej niezależna, mam coraz więcej swoich przyzwyczajeń, których nie chcę się pozbywać, w głowie mam spokój, nie chcę by ktoś mi to mącił.

Singielka zamienia się w kobietę silną, samodzielną i spełnioną. Coraz mniej brakuje mi tej drugiej osoby. Takiej tylko dla mnie. Gdy chcę gdzieś iść ,mam kogo poprosić. Gdy chcę z kimś pogadać, mam z kim. Gdy chcę pomilczeć, milczę. Przestałam się bać iść sama do kawiarni. Ba, zaczęłam odczuwać radość z samotnych spacerów zakończonych herbatą. Kiedy chcę być sama, jestem. Gdy potrzebuję ludzi dookoła mam ich. Robię to co chcę.

Być może się zraziłam. Nie wiem czy to stan przejściowy?  A może to stan, który zapoczątkuje fajny etap w moim życiu? Etap radości,że jest jak jest. Że nie musi być inaczej by było fajnie. Że może czas przestać oczekiwać niemożliwego, tylko w końcu docenić w pełni to co jest?

Pamiętam jak dwa miesiące temu nie poszłam na ślub kuzynki,bo nie chciałam iść sama. Nie chciałam odpowiadać na nudne i niekończące się pytania-a kiedy ty? A gdzie twój partner? Nie masz chłopaka, a bliska 30-stka, nie martwisz się? Dziś już nie. Zaskakujące, ale nie. Dziś jestem pewniejsza siebie. Samotnej siebie. Ale nie lubię tego słowa. Jestem sobą. Dziś powiedziałabym z uśmiechem,że owszem nie mam nikogo, nie każdy musi mieć partnera, narzeczonego i męża. Nie każdy musi mieć gromadkę dzieci i domek z kominkiem na starość. Ja będę sama, ale nie będę nieszczęśliwa. Dziś to już wiem.

Nie powtarzajcie w kółko, że wystarczy być cierpliwym i wszystko się ułoży. Że za rogiem czeka wielka miłość, a jak się nie szuka to zaraz się znajdzie. Nie mówcie, że jestem fajna, miła, i skoro dobrze gotuję i kocham dzieci to na pewno znajdę swojego księcia, który da mi masę szczęścia i kilka par niemowlęcych stópek. Nie mówię nie wizji niedzielnego poranka gdy smażę naleśniki dla dużej rodziny. Nie byłoby niczym złym kłócić się z mężem kto dziś odbierze dzieci ze szkoły, jaki film obejrzymy wieczorem i czemu młodsze dziecko 28 raz w ciągu roku ma katar? Byłoby fajnie, ale jeżeli tego nie ma w planie los,to nie znaczy,że będę najbliższe 50 lat spędzać pełna żalu i rozpaczy za utraconym czymś czego nie mogłam doświadczyć. Byłam cierpliwa, przez ostatnie pół roku mojego spokoju nie zamącił żaden mężczyzna i co? Przetrwałam, dałam radę. Ba, to było naprawdę ciekawe pół roku. Tyle się działo, wydarzyło się wiele miłych rzeczy. I nie było nikogo szczególnego obok. I nie było źle. Z perspektywy czasu to widzę. To był fajny czas.

Przestałam się zamartwiać,że skoro nie założę rodziny to pozbawiam moich rodziców szansy bycia dziadkami. To w końcu moje życie. Wiem,że byliby dziadkami idealnymi i każde dziecko byłoby zachwycone mając takich dziadków. Ale koniec z wyrzutami sumienia. Jak mówią w reklamie to w końcu moje życie i moje wybory.

Oczywiście nie zamieniam się w głaz. Jeżeli Brad powie,żem piękniejsza od Angeliny to się wzruszę. A,że wolny z niego chłopak to liczę,że się otworzy w kwestii wyznania mi miłości. Jeżeli Dave wyzna,że wszystkie miłosne pieśni śpiewał całe życie z myślą o pewnej Magdalenie, to się nawet uśmiechnę i zawstydzę. Ale nie, nie muszę mieć pary by być zadowoloną i szczęśliwą. I by cieszyć się życiem.

Bo się cieszę. Ten ostatni czas był mieszanką różnych emocji. I pokazał,że w sumie silna ze mnie babka. I nie muszę szukać męskiego ramienia by się na kimś oprzeć w chwili smutku. Albo nie muszę szukać kogoś by się móc z nim cieszyć. W pracy idzie mi świetnie. Zbieram pochwały za pochwałą. Owszem bywa cholernie wręcz nerwowo. Bywa,że mam ochotę wyjść, trzasnąć drzwiami, i rzucić jakimś zawiasem w aluminiowe okno. Ale wystarczy,że usłyszę,że klient chce rozmawiać konkretnie ze mną bo ze mną wszystko fajnie się załatwi. Tata jest zaskoczony,że tak się przejęłam sprawami firmy. Bo się przejęłam. Wprowadzam nowe porządki, może i bez pytania szefostwa,ale skoro działają? Namierzam dłużników. Nie mam oporów zadzwonić do prezesa firmy i powiedzieć,że zalegają z płatnościami. I albo płacimy, albo komornik. I nagle dłużników ubywa. Nowe porządki zmniejszają chaos, jest spokojniej. Klienci uczą się nowych reguł, a ja rosnę. Bo w końcu robię to co lubię. Pracuję w męskim świecie i jako drobna kobietka 47 kilo, z buzią 17 letniej uczennicy daję sobie radę. I nie potrzebuję pomocy tych mężczyzn.

Pół roku bez pierwszych kawek i herbatek. Bez aranżowanych spotkań, sztucznych uśmiechów i krępującej ciszy po 3 minutach spotkania. Nie brakuje mi tego. Nie chcę tego całego zamieszania, maskowania każdej niedoskonałości cery,bo jeszcze nie jesteśmy na etapie by ON oglądał moje comiesięczne pryszcze. Uważania na każde słowo,bo jeszcze nie wiemy kiedy żartujemy, a kiedy nie. Dbania o konwenanse i czekania na wiadomość. A potem patrzenia z żalem ile dni minęło i czemu on się nie odzywa? Co znów poszło nie tak?

Singielka. Nie, singielki już nie ma. Bez żalu, jej przygody będą się pojawiać, ale to będą moje przygody. Dziś nie wstydzę się powiedzieć,że jestem sama bo tak wybrałam. Bardzo świadomie tak wybrałam.

Przez pewien czas, dobrze dłuższy czas żyłam na pół gwizdka. Bo przecież to prawdziwe życie miało się zacząć razem z własną rodziną, partnerem ,domkiem gdzie będę rano smażyć naleśniki własnym dzieciom. Uparcie trzymałam się tej wizji, za mało byłam tu i teraz. Przyznaję, często się oszukiwałam. Również tutaj. Na przekór mówiłam,że jest super,że mi niczego nie brakuje. A w środku czułam zupełnie inaczej. W środku ciągle chciałam by ktoś mnie znalazł i spełniał ze mną moje marzenia. Dziś wiem,że nie mogę dalej tracić kolejnych dni,tygodni i miesięcy. Moje marzenia będę realizować sama. Może tak naprawdę moim marzeniem nie było posiadanie męża, gromadki dzieci i psa? Może to jedynie były bezpieczne marzenia 99 % dziewcząt? Za długo żyłam tymi marzeniami. Niespełnionymi marzeniami dodajmy. Rosła we mnie złość, frustracja i niepewność.

Od dłuższego czasu czuję jednak spokój. Realizuję się w pracy. Z radością pichcę, piekę i spokojnie czekam  na to co będzie. Wiem,że świadomie wybierając samodzielne życie muszę pogodzić się z pewnymi kwestiami. Ten dom z wymarzoną wielką kuchnią nie będzie mi potrzebny. Starczy kawalerka, albo dwa pokoje, o ile dorobię się bratanków czy bratanic.Nie będę organizować za 30 lat wielkiej Wigilii dla 30 osób, w tym 3 dzieci i 5 wnucząt.Święta spędzę na odwiedzinach u  brata i siostry, czytaniu, a może pojadę sama w góry? Nie będę chodziła na dni matki do przedszkola,nie będę patrzeć na pierwsze kroczki i nie usłyszę Mamo. Nie będę obchodzić kolejnych rocznic poznania z mężem,kiedy będę dostawać żelazko albo parę rajstop na cellulit.  Ale moje samotne życie na pewno nie będzie gorsze. Będzie po prostu inne. I powiem Wam w sekrecie,że nie mogę się go doczekać.

97c224d735f5a2f0cde3249ff2108dc8

Ścieżka dźwiękowa- Leonard Cohen- Dance me to the end of love

Home, sweet home

Jak wiecie jestem świeżo po remoncie. No,może już nie tak świeżo jak miesiąc temu. Ale w domu w końcu czuję się dobrze. Prawie idealnie. Nie będzie idealnie nigdy,bo musiałabym mieć cztery razy większą kuchnię,wyjście do ogródka i wielki przeszklony salon. Ale jest prawie idealnie.

Mój pokój, moja oaza. Tutaj wypoczywam,pracuję, choruję,  jem, zapraszam znajomych, złoszczę się, kłócę z siostrą, chowam przed światem… Lubię te chwile gdy jestem sama, otulam się kocem,zapalam pachnące świeczki, czytam książki i słucham muzyki. Odcinam się od świata. Jestem tylko ja i moje myśli. Często potrzebuję takiego detoksu, bardzo relaksującego czasu dla mnie, na wyciszenie się, uspokojenie, nabranie dystansu do codziennej gonitwy.

Mam słabość do różnych „upiększaczy”. Aczkolwiek nie lubię miliarda ozdób dookoła. Mam specjalny kartonik, no macie mnie, karton, ze swoimi dobrami. Często zmieniam dekoracje, w zależności od okazji, nastroju,pory roku, ustawienia słońca wobec ziemi, i pełni księżyca. Ustaliłam,że elementy dekoracyjne mogą stać na jednej komódce. I jest to wystawa zdecydowanie niestała. Zawsze jednak dbam o to by w wazonikach były świeże kwiaty. W ogóle mam sporo kwiatów w pokoju, i ciągle uważam,że jest ich za mało. Gdybym mogła, zamieszkałabym w oranżerii. Aczkolwiek pewnie wymagana  wilgotność powietrza nie pomogłaby mojej astmie.

Dobrze, wróćmy do mojego pokoju. Na ściany wybrałam neutralny szary. Na taki wyglądał na próbniku. Na ścianie ma więcej błękitnych tonów. W zależności od ilości światła jest więc albo delikatnie  błękitnie, albo szaro . Jedno wiem na pewno, taka neutralna barwa stanowi idealne tło dla kwiatów, i pozwala odprężyć się po ciężkim dniu. Ba, mam nawet wrażenie,że ten kolor ułatwia zasypianie. W tymczasowym mieszkaniu spałam w różowym królestwie jakiejś królewny. Nie mogłam tam ani porządnie zasnąć, ani wypocząć. Widocznie nie dana mi rola królewny. Męczyłam się tam strasznie. U mnie śpię jak suseł.

Dużą wagę przywiązuję do oświetlenia. Światła, szczególnie jesienią wciąż mi mało. Mam więc w pokoju 5 lampek i jedną dużą lampę. I są momenty kiedy myślę nad tym gdzie postawić kolejną, bo jakoś tak mało tu światła. Mało u mnie jest też szaf. Dzięki garderobie w moim pokoju stoją tylko dwie komódki i wiszące półki,a pod oknem blat. Dzięki temu ma się wrażenie lekkości, a ja nie ginę przytłoczona szafami. Owszem parę razy poobijam się wczesnym rankiem o wieszaki w garderobie, raz na stopę spadła mi deska do prasowania, raz zamiast wziąć sweter, włączyłam odkurzacz. Ale to detale. Dla mnie ważny jest luz w pokoju, więcej przestrzeni, więcej powietrza i oddech.

Czy jestem zadowolona z mojego pokoju? Jestem. Jest prosto, nowocześnie,ale jakoś tak przytulnie. Owszem, najchętniej wybrałabym inny kolor mebli, ale stolarze za szybko podjęli decyzję o zakupie materiału na blat, a jako,że nie widziałam blatu i mebli w innym kolorze, poddałam się i kupiłam meble w olchowym odcieniu. Przyzwyczaiłam się już i mi to nie przeszkadza. Szaleję za moimi żaluzjami. Wiem, ludzie szaleją za różnymi rzeczami, ja za żaluzjami.

Jedyne czego mi brak to zegar. Czy wiecie,że drugi miesiąc nie potrafię się zdecydować na żaden konkretny model? Ten, który podoba się mi nie podoba się mojej siostrze. Te co wybiera ona są zdecydowanie od czapy. Obecnie mam trzy typy. Tylko trzy, ale w moim przypadku, aż trzy.

Następnym razem zabiorę Was do kuchni. Ale nie powiem kiedy. Kto ciekawy,niech czuwa. Z kuchni będzie więcej zdjęć. Jakoś miałam małe opory do pokazania całościowo mojego królestwa, pewne rzeczy powinnyśmy zostawić wyobraźni 🙂

 

Noel Gallagher – If i had a gun

 

Tańcz mnie

 

You want it darker
We kill the flame

Mam wielu artystów, którzy zostawili głęboki ślad na mojej duszy. Do takich na pewno należy Leonard Cohen.

Nie pamiętam kiedy i gdzie usłyszałam go po raz pierwszy. Na pewno było to w domu. Moja mama miała jego płyty, no wtedy kasety. Może to był magnetofon?  A może radio? W końcu Trójka grała u mnie na okrągło. Może podczas gmerania w płatkach słuchałam jego głosu i jako dziecko pomyślałam sobie, tak, nic nie rozumiem,ale jestem pod wrażeniem głosu i elegancji tego pana. I tak słuchałam go przez większość mojego świadomego życia. Często leciał w tle.

Najpierw pokochałam muzykę. Jak nieco dorosłam i nauczyłam się angielskiego odkryłam piękno nie tylko jego głosu, ale i słów. Niektóre jego słowa,treści, zdania wprawiały mnie w lekkie onieśmielenie. Dziś już się nie rumienię młodzieńczym rumieńcem. Dziś kiedy słucham jego słów uważam,że erotyka w jego wydaniu jest jedną z najpiękniejszych na świecie. Bez taniości, sztuczności i wulgarności.

Bo owszem można do swoje ukochanej śpiewać tak :

One good girl is worth a thousand bitches

I wanna fuck you hard on the sink
After that, I need somethin’ to drink
Step back, can’t get spunk on the mink

W wolnym tłumaczeniu brzmi to tak :

Ty jedna na milion,

Pokażę ci zlew

umyjesz naczynia

wypijesz co chcesz

Oczywiście znam takie panny i mężatki, które by się rozpłynęły nad tymi słowami. I dostrzegły tutaj nieskończone morze romantyzmu.

Ale to nie dla mnie…

Nigdy nie bawiły mnie wulgarne teksty,nawet okraszone najpiękniejszą muzyką stają się tanią pornografią dla bogatych panów ze złotymi łańcuchami, i paniami w panterkowych futerkach narzucanych na bikini.

Dla mnie Cohen to twórca bardzo intymnego i pięknego świata. Takiego świata w którym o miłości i bliskości mówi się otwarcie, ale i tworzy wokół tego tematu nieco tajemniczą aurę. Kiedy słucham jego pięknego głosu i miłosnych wyznań mam przed oczami przepiękne sceny, widzę dwoje kochających się ludzi, którzy nie muszą zamykać się w różowej sypialni,by pokazać jak są dla siebie ważni.

A można i tak powiedzieć Kocham. Słowami jednej z najpiękniejszych pieśni o miłości. Takimi słowami, których niejeden mężczyzna by się wstydził, ale większość kobiet chciałaby je usłyszeć…

Leonard Cohen i Maciej Zembaty. I nic więcej nie trzeba dodawać.
Wtańcz mnie w swoje piękno i niech skrzypce w ogniu drżą
Przez paniczny strach aż znajdę swój bezpieczny port
Chcę oliwną być gałązką podnieś mnie i leć
Tańcz mnie po miłości kres

Ach pokaż mi swe piękno, póki nikt nie widzi nas
W twoich ruchach odżył chyba Babilonu czas
Pokaż wolno to, co wolno widzieć tylko mnie
Tańcz mnie po miłości kres

Odtańcz mnie do ślubu aż tańcz mnie, tańcz mnie, tańcz
Tańcz mnie bardzo delikatnie długo, jak się da
Bądźmy ponad tej miłości pod nią bądźmy też
Tańcz mnie po miłości kres

Tańcz mnie do tych dzieci, które proszą się na świat
Przez zasłony, które noszą pocałunków ślad
Choć są zdarte lecz w ich cieniu można schronić się
Tańcz mnie po miłości kres

Wtańcz mnie w swoje piękno i niech skrzypce w ogniu drżą
Przez paniczny strach aż znajdę swój bezpieczny port
Pieść mnie nagą dłonią albo w rękawiczce pieść
Tańcz mnie po miłości kres

 

893690d2aca81cd6e79a73e4b2f1edd1

 

Ścieżka dźwiękowa- Leonard Cohen- You want it darker

Biednemu śnieg w oczy

Śnieg, nie deszcz. Bo ostatnio pada u mnie właśnie śnieg. Szkoda,że nie ma mrozu, niestety śnieg szybko znika, ale dostarcza mi nieco radości podczas spadania na chodnik. Ale czasami tego śniegu, czyli pecha jest za dużo.

Jak wiadomo od przeprowadzki mam popsuty aparat,to znaczy niezdolny do ładowania przez zagubienie części kabelka.

Postanowiłam jednak jakoś załagodzić smutek związany z brakiem aparatu i kupić w końcu ten zagubiony kabelek. I zonk. Gotowa byłam kupić nową ładowarkę,bo domyślałam się,że tego kawałeczka kabelka solo nie sprzedają. Nie sprzedają solo. Ale nie tylko solo, bo i w ładowarce go nie ma. Ten kabelek mogę tylko kupić z nowym aparatem. Aparat mam, nie mogę go po prostu naładować. Pech.

I taki to następny pech ostatnio  mnie spotkał. Latem mój telefon zwariował, padła kompletnie bateria. Za nic nie chciała się ładować, a że bateria była niewymienna, musiałam wymienić telefon. Wzięłam telefon mojego taty, dość przyjemny, miał chyba 2,5 roku. Niestety miał taki sobie aparat,ale dało się to przeżyć. W grudniu miałam bowiem przedłużyć umowę i planowałam wybór nowego telefonu,ten na 3 miesiące się nadawał. Takie miałam założenie. I po prostu uzbroiłam się w cierpliwość.

Ale, ale,ja sobie coś założę, a życie zakłada coś innego. Popsuł mi się aparat. Z 30 wykonanych zdjęć pokazywał jedno, o ile wcześniej mocno się pomodliłam. Reszta była wielką czarną plamą. Z początku pomyślałam-ok,popsuł się aparat. Ale nie, za chwilę popsuł się cały telefon.Co jakiś czas się wyłączał, parę razy na dzień, zawsze w momencie kiedy ktoś do mnie dzwonił, albo ja chciałam dzwonić. Przestawały działać kolejne aplikacje, złośliwość rzeczy martwych jak nic. W serwisie pan uczciwie przyznał,że po tych 3 latach wartość telefonu znacznie spadła, i naprawa w zasadzie będzie równowartością jego wartości.No nic, poszłam do mojego operatora, bo skoro zaraz zbliża się ten grudzień to może już teraz będę mogła wymienić telefon.

Rozmawiałam z miłą panią, która najpierw w ogóle nie wiedziała o co mi chodzi, i czemu w ogóle zawracam jej głowę. W ogóle to ona chciałaby żebym jej poleciła jakiegoś dobrego fryzjera, bo ona tutaj nowa. Kiedy już omówiłyśmy kwestię jej fryzury, tego czy lepsze są hybrydy od akrylu ( Dobry Boże,ja nie wiem nawet co to jest) i gdzie można spędzić romantyczny wieczór z narzeczonym ( o tym wiem jeszcze mniej niż o niejakiej hybrydzie) pani w końcu zajęła się kwestią przedłużenia mojej umowy. Najpierw zła wiadomość. Zgubiłam rok, ale jest i ta dobra. Od razu go znalazłam. Okazało się,że moja umowa jest umową o rok dłuższą niż mi się wydawało. Tak więc zamiast w 2016, kończy się w  2017 roku. Okazało się,że mam problem z liczeniem do trzech. Albo po prostu te dwa lata minęły jak trzy? Sama nie wiem. W każdym razie opcja pod tytułem-zamieniam telefon w ramach przedłużenia umowy okazała się chwilowo niedostępna.

No ja to mam pecha. I nie mam telefonu i nie mam aparatu.

Moja siostra zasugerowała bym kupiła sobie po prostu telefon. Zaczęłam o tym myśleć. Co prawda dotychczas uważałam,że skoro mam abonament kupowanie telefonu na wolnym rynku jest bez sensu,bo kupię go sobie za złotówkę, ale uznałam,że chwilowo to jedyne rozsądne wyjście. Zaczęłam od małego C. To znaczy patrzyłam na takie telefony, które są z małej łamane na średnią półkę cenową. Ale wtedy moja siostra zasugerowała, że nie warto się ograniczać i kupować czegoś sprzed paru lat.I zaczęła mi pokazywać coraz droższe i w jej mniemaniu lepsze modele. W końcu jeden mnie zauroczył,bo posiadał profesjonalny aparat,lepszy niż ten, który mi się popsuł. Ten od kabelka oczywiście. Cena nieco przerażała,ale uznałam,że od czego są raty. Zaufałam siostrze, wysłałam zamówienie, kredyt przyznany. Jako,że ciężko było mi żyć bez sprawnego telefonu wybrałam błyskawiczną dostawę, za 20 złotych pan kurier miał dostarczyć mi zamówienie w 24 godziny.

Minęły 24 godziny,telefonu nie było. Ale nie stresowałam się zbytnio, bo w końcu mamy 1 listopada. 2 listopada telefonu nie było,ale przyjęłam to na spokojnie,przez to wolne,pewnie wysłali dopiero tego 2. Wieczorem dostałam maila, że telefon przyjdzie następnego dnia.

Następnego dnia nie działo się nic. Zero wiadomości od kuriera,kiedy nie dojechał do wieczora zadzwoniłam na infolinię sklepu. Tam przez 15 minut pani mnie przekonywała,że zamówienie zostało anulowane. I według jej wiedzy to ja kliknęłam opcję anuluj. Jako żywo nie przypominałam sobie tej czynności. I ostatecznie gotowa byłam uznać swą niepoczytalność,ale ostatecznie pani doszła do wniosku,że faktycznie,anulacji nie było. System jej mówi,że kurier właśnie odebrał moją paczkę. Przepraszają za kłopot, jutro dostanę zamówienie.

Czekam cały piątek. Zero informacji od kuriera, zero kuriera, a na stronie sklepu widnieje informacja, że zamówienie zostało zrealizowane, a paczka dostarczona dzień wcześniej. Znów telefon do firmy. Tym razem rozmawiałam z panem. Nie bardzo wiedział o co chodzi,bo w systemie wyraźnie ma napisane, że telefon został wysłany i ba, został przeze mnie odebrany. Byłam bliska rozpłakania się. Takie rzeczy mogą zdarzyć się dwóm osobom na ziemi, jedną z nich na pewno będę ja. Zostanę z kredytem na telefon widmo, który rzekomo odebrałam i będę sobie w innym świecie prowadzić rozmowy i robić zdjęcia. Po 10 minutach pan jednak doszedł do podobnego wniosku, który wysuwałam ja. Nie mam jednak telefonu. Kolejny raz zwariował system. On zaraz daje sygnał do magazynu i jako,że wysyłają do 21 godziny, zaraz telefon wyślą i będzie w poniedziałek.

Minął poniedziałek, minął wtorek i przyszła środa. Siostra zadzwoniła,że był kurier i przywiózł telefon. O dziwo w kartoniku znajdował się kupiony sprzęt. Naprawdę się zdziwiłam. Bo przez trzy kolejne dni telefon nie raczył przyjść do domu, a ponoć w piątek został ekspresowo wysłany. Jeszcze bardziej się zdziwiłam kiedy pobrano opłatę w wysokości 20 złotych za ekspresową dostawę w 24 godziny. Jako,że dość mocno mnie zabolała ta opłata,bo mój jeden dzień przeciągnął się  do 9 dni, postanowiłam złożyć reklamację. I tutaj usłyszałam,że w tej cenie jest gwarancja dostawy w ciągu 24 godzin od daty wysłania. A ona  w systemie widzi,że telefon został wysłany dopiero we wtorek. Co z tego,że tydzień później niż powinni. Zachowali 24 godziny. Nie chciałam pani mówić co ja myślę o tym ich systemie,ale co myślę to myślę. System napisał,że reklamacja w toku. A jak wiadomo z systemem się nie dyskutuje.

Telefon nie okazał się atrapą. Był i jest dość ładny i praktyczny w swoich funkcjach. Co prawda po drodze okazało się,że moja karta Sim na nim nie działa i muszę ją wymienić. Nie czytał też mojej karty pamięci, i tutaj też musiałam kupić nową. I teraz,ledwie po 2 tygodniach mam pełni działający telefon.

979d901768b79a9870ea8266c8679651

Ścieżka dźwiękowa- Florence +The Machine- How big,how blue, how beatiful