Wiejski eksperyment

W niektórych gazetach były różnego rodzaju testy. Jaki zapach do ciebie pasuje? Jakim jesteś typem kobiety? Jaką formę spędzania wakacji preferujesz? I wśród różnych pytań znajdowało się dość często te o miejsce zamieszkania. Czy wolałabym mieszkać w nowoczesnym apartamentowcu ,gdzieś na 45 piętrze? A może mieszkanie w kamienicy, w samym centrum miasta? Albo dom za miastem z dużym ogrodem. Zawsze wybierałam ostatnią opcję. Duży dom,duży ogród, daleko od miasta, jak najdalej od sąsiadów. Wieczne wakacje, po prostu sielanka.

Ponoć nie można głośno marzyć o tym co by się chciało mieć, bo uwaga,może się to spełnić. Mi przynajmniej się spełniło. Dwa miesiące na wsi. Co prawda nie we własnym domu,ale w kameralnej kamienicy na luksusowym wiejskim osiedlu. Ogród,gdzie nie spojrzeć zieleń. Rzeka, jeziora,lasy,masa łąk i pól. Czyste powietrze, cisza, spokój,pełen relaks. Wszędzie daleko. Miejsce dla mnie idealne.

Z początku uznałam,że wiejski eksperyment potraktuję jako przedłużenie wakacji. Od jakiegoś czasu chodziło mi bowiem po głowie by wakacje spędzić z dala od świata. Na wsi zabitej dechami, w jakiejś wiejskiej chacie gdzie człowiek jest atrakcją. Teraz miałam mieć może bardziej cywilizowane warunki-marmurową klatkę schodową i sąsiadów z najnowszymi modelami aut klasy wyższej. Ale jedno pozostało niezmienne-wieś.

Do życia na wsi podeszłam dość optymistycznie. Na stanie są trzy auta. cztery osoby z rodziny mają prawo jazdy, do domu mam 13 kilometrów, do pracy o dwa więcej. Nie będzie źle. Do centrum wsi jakieś 2,5 kilometra- w jedną stronę. W centrum znajdował się kościół, sklepy,nawet dwa duże i znane markety. Była też amerykańska knajpa. Moim zdaniem  było to idealne połączenie, z jednej strony wieś zielona, z drugiej strony świetnie rozwinięte miasteczko. Tak to wyglądało na pierwszy rzut oka.

Rzut oka rzutem oka, ale jak z praktyką? Praktyka dała mi w kość. Wyobraźmy sobie poranek. Poranek kiedy jadę do pracy. Muszę wstać o 40 minut wcześniej niż w mieście, ale nie ma problemu, wciąż ranki są słoneczne i jasne, chociaż z dnia na dzień coraz chłodniejsze. W normalnym życiu wstaję, ćwiczę jogę, jem śniadanie, idę do kiosku po gazety,następnie do piekarni- a mam ich 6 w pasie 200 metrów, robię sobie śniadanie do pracy, z ciepłych i chrupiących bułeczek,następnie piję zieloną herbatkę ,czytam gazety i wyruszam do pracy. Pieszo,bądź podjeżdżam przystanek autobusem. Na wsi wstawałam wcześniej, maszerowałam kwadrans na przystanek,następnie jechałam godzinę, a potem spacerowałam 25 minut do pracy. Nie mogłam iść po prasę, czy też pieczywo,nie tylko z braku czasu,ale i  z braku miejsca do zakupu. Tak, na osiedlu gdzie mieszka w tym luksusie ponad 1,5 ludzi nie ma miejsca na sklepik, bo obniża standard. Najbliższy sklepik znajduje się w sąsiedniej wsi,jest to tylko 30 minut spacerem. Na miejscu dostaniemy pieczywo, a jako,że sklepik ten jest przeznaczony dla mieszkańców luksusowych domów to bułka kosztuje tam…. złotówkę. Nie ma prasy,bo pan ma taki a nie inny światopogląd i brzydzi się moją gazetą. Za to można dostać prasę spiskowo-nacjonalistyczno-prawicowo-patriotyczną. Po gazety należy iść jedynie 8 minut dalej- w jedną stronę oczywiście na stację paliw. Prywatną,bo ta państwowa w centrum  wsi prasę promuje również w gatunku spiskowo-prawicowym. No dobrze omówiliśmy już brak sklepów, brak świeżego pieczywa i świeżej prasy. Okropnie mi tego brakowało. Oczywiście część mieszkańców jeździła po chleb samochodami. Dla mnie jest to idiotyczne, to znaczy na dłuższą metę nie mogłabym żyć daleko od sklepiku z podstawowymi produktami,być zależną od kogoś z prawem jazdy, planować zakupy trzy dni naprzód, choroby tydzień przed i spisywać możliwe zachcianki,byleby nie zaskoczył mnie brak tego i owego. Do centrum  po większe zakupy zdarzało mi się iść w soboty. Sam spacer zajmował 120 minut. Z zakupowej perspektywy wieś polecam albo osobom na odwykach czy to czekoladowych,papierosowych bądź anonimowych zakupoholików. Albo amatorom spacerów. nie dziwię się,że panie tam miały idealne sylwetki, każdą kostkę czekolady spalały z nawiązką. Mój portfel był oczywiście zadowolony, zaoszczędziłam co nieco. Ja byłam zadowolona mniej, kupowanie prasy na stacji benzynowej i ciągłe pytanie- z którego dystrybutora lane było paliwo, śniły mi się nocami.

Cisza. To wielki atut. Ale jak zwykle nie dla mnie. Jestem przyzwyczajona,że po meczach Lechii podpici kibice wracają nocą i się drą. Uwielbiam zasypiać w rytm przejeżdżających pociągów, aut, latających wojskowych helikopterów. Chociaż uważałam,że miło będzie od tego na chwilę odpocząć. I co? Tam było za cicho. Cisza dudniła w uszach. Nie mogłam nocą zasnąć, bałam się tej ciszy,jak przed burzą. Byłam trzy razy bardziej czujna,bo w końcu zaraz może coś tę ciszę przerwać. Zresztą stali mieszkańcy dopasowali się do tej ciszy idealnie. Otaczały mnie niemowlęta, one w ciągu tych dwóch miesięcy w ogóle nie płakały. Nic a nic. Zero płaczów, dąsów,krzyków. Ja u siebie słyszę kiedy sąsiadowi upadnie gazeta, tymczasem tam nie słyszałam nic. Zdaję sobie sprawę,że są ludzie szukający tej ciszy i spokoju. Ja jednak muszę czuć za szybą/ścianą życie. Ale to życie nie powinno być jedynie muchą i komarem. W życiu nie byłam tak pogryziona, w życiu nie byłam tak osaczona przez muchy, które  traktowały mieszkanie jak hotel najwyższej kategorii.

Spacery. Pamiętam,że kiedy pojechałam tam pierwszy raz zachwyciły mnie krajobrazy, byłam pewna,że każdego dnia będę spacerować i chłonąć naturę. I owszem ze dwa,trzy razy się przeszłam i tyle. Spacery po łące nie są moimi ulubionymi czynnościami jednak. Inne trasy na spacery? I owszem są. A raczej jest, jedna. Wzdłuż drogi wojewódzkiej, wśród dziesiątek tirów, spalin i w ogóle, idzie się wąskim chodniczkiem i można podziwiać, w sumie to nic. U mnie w mieście jest z 1o parków, masa skwerów, ławeczek,kawiarni. Spacery może nie odbywają się do wiejskiej łące, ale są dużo bardzo urozmaicone, jest gdzie usiąść,dzieci mają plac zabaw, a matka może wypić kawę. Gdybym była matką i na każdy spacer połączony z wyjściem na plac zabaw,musiałabym jechać 13 kilometrów,to chyba bym sobie strzeliła wiatrówką po oczach.

Zauważyłam,że tam ludzie zupełnie inaczej spędzają czas. Rankiem, wczesnym  rankiem,koło 7,pakują całe rodziny do przestronnych aut, potem szkoła,przedszkole,żłobek,praca,zakupy,grupowy obiad w jakiejś knajpie i do domu trafiają na 20. Spać i tyle. Weekendami robili wielkie zakupy, naprawdę wielkie. Krzątali się po ogródkach i masowo sprzątali mieszkania. W niedzielę obowiązkowo grill. I tyle. Mieszkanie poza miastem, dla osób, które uzależnione są od miasta-praca,.szkoła itp to męczarnia. Codziennie traci się trzy godziny w korkach a życie rodzinne toczy się w samochodzie. Ja jestem inna. Kiedy kończę pracę to w domu jestem w kwadrans, miasto oferuje mi wiele przyjemności, ale i dom kusi. Nie tracę czasu na bezsensowne przejazdy w te i z powrotem. Mam wiele możliwości  i ode mnie zależy co zrobię każdego dnia. Życie na wsi. Dla kogo? Sama nie wiem. Ja nie mogłabym tak żyć na dłuższą metę. Lubię sama decydować kiedy idę do biblioteki, drogerii, czy do kościoła. Lubię pojechać do centrum Gdańska bez proszenia każdego wokół o podwózkę,bo w weekendy są tylko dwa kursy. Nie chcę sobie wyobrażać co tam dzieje się zimą, albo deszczową porą….. Nie dziwię się, że w każdej kamieniczce są mieszkania do sprzedania. Gdy dzieci podrosną i trzeba je wozić do szkoły,przedszkola, na tańce, angielski i karate, ludzie wracają do miasta. By tak wozić dzieci trzeba albo mieć nianię, albo niepracującą żonę, szefa rodzinnej logistyki.

Oczywiście było parę plusów. Dużo spacerów, pewnie nigdy mój krokomierz nie odnotuje z powrotem tych wyników. Fajnie było mieć ogródek,  własny kawał zieleni za oknem. Fajnie było wykorzystać ten piękny wrzesień. Jadać na powietrzu, odpoczywać na powietrzu.

Lubię niezależność jaką daje mi miasto. Oczywiście nie dla mnie życie na Starówce nad nocnym klubem czy restauracją. Nie dla mnie nowoczesny apartament na 22 piętrze z potrójnym systemem ochrony. Nie dla mnie jednak też i wieś. Muszę mieć wszystko w zasięgu swoich nóg. Nawet kosztem tego, że jest głośno, że bywa brudna i czasami będę marzyć o tej wsi zabitej dechami. Ale tylko na tydzień. Parę dni. Dłużej nie dam rady.

ścieżka dźwiękowa- Adele- I set fire to the rain

Advertisements

45 uwag do wpisu “Wiejski eksperyment

  1. Wiesz ja też coraz częściej łapię się na tym, że pakuję dziewczyny do samochodu i jadę z nimi ‚do miasta’ na spacer, a to dlatego, że tak jak piszesz – tu człowiek jest rozrywką. Rozrywką do tego stopnia, że jak podjeżdżam autem pod blok, sąsiadka od razu biegnie do okna a ja czuję się jak w ‚Big Brotherze’. Zresztą, jak piszesz, ile można po polach spacerować? Ja też wolę parki z ławkami, skwerki a Natalka woli plac zabaw ale taki z prawdziwego zdarzenia. Nie wspomnę też o tym, że na wsi człowiek jednak trochę gnuśnieje bo i komu tu się stroić, po co robić makijaż, jak można chodzić w byle dresach? Druga sprawa to właśnie fakt, że sklepy (sklepy!), biblioteki, kawiarenki itd. mam daleko. Nie wyskoczę wieczorem po czekoladkę jak będę miała taki kaprys. Albo – dziewczyny chorują a tu wszędzie daleko – do apteki, do lekarza, do babci i mimo tego, że mamy dwa samochody i oboje mamy prawa jazdy to zaraz z takiej eskapady robi się cała wyprawa. Ale, ale. Na razie dziewczyny są jeszcze małe a co to będzie jak będą już w wieku szkolnym, jak trzeba będzie je zawieźć nie tylko do szkoły ale i na zajęcia pozalekcyjne?
    Mówią, że wieś to lepsze miejsce, zwłaszcza jeśli ma się dzieci. Nie jestem tego taka pewna. Wydaje mi się natomiast, że miasto jest po prostu bardziej praktyczne.

    Lubię to

    1. tak, ja widziałam jak tutaj rodzice pakują te dzieci i jedna mówi do drugiej-jedziemy dziś na wycieczkę, o gdzie? Do apteki….
      Ja mam wszystko pod nosem, i może widok z okna na ulicę i marny kawał trawnika i masa aut i jednak nie powiem,że rano wstając widzę te pola kolorowe, i w ogóle nie chce mi się okna otwierać,bo nie jest pięknie,to jednak piękne jest to,że wszędzie mam blisko. W 10 minut zrobię zakupy w 3 sklepach i wracam do domu. A tam każde wyjście po bułki to wyprawa na godzinę. No chyba,że ma się auto,ale to też jednak jest trochę zachodu.
      Oczywiście wieś ma plusy-latem było pięknie,ale jesienią jak pada, a tu człowiek utknie w domu,bo auta nie ma, deszcz leje to i nic nie zrobi.
      No i faktycznie, tutaj każdy ma ogród wielki,albo taras, nie ma placów zabaw, dzieci bawią się same, matki przez płot pogadają i tyle. a jak idą na spacer to tą główną drogą, no fajnie,ale jak niemowlak zaśnie matka nie ma gdzie usiąść. Tylko może iść i iść. A zimą to już nie wiem gdzie może iść? Bo nie sądzę by tam tak szybko wszystko odśnieżali, to nawet na zakupy trudno podjechać autem….
      Ja to za miastowa jestem;)

      Lubię to

    1. Tak, albo matek z naprawdę malutkimi dziećmi, którym spacer nie wadzi 😉 No i są ludzie, którzy szczerze wieś lubią, nawet tutaj takich młodych widziałam, te ogródki takie wypielęgnowane, tak dbają, uwielbiają to miejsce-jeszcze plus taki,że to tylko 13 km do miasta, do lekarza,do urzędu, ale są wsie gdzie naprawdę nie ma nic w przeciągu 30 km. Tam już musi być okropnie mieszkać….

      Lubię to

  2. osiedlowy sklepik obniża standardy a burczący brzuch nie obniża?? high life w wiejskim wydaniu to też na pewno nie dla mnie za nudno, za daleko, za cicho nie wytrzymałabym tam dłużej niż długi weekend, oszalałabym tam a na końcu każdy miał by mnie dość za moje narzekanie… mieszczuchy z Nas albo księżniczki jak wolisz jednak jak sie wychowuje w mieście człowiek przywyka do wszystkiego i jest o wiele bardziej ekonomicznie i tanio i szybko 🙂

    Lubię to

    1. dokładnie, chyba księżniczki z nas, rozpuszczone przez miasto:)
      To właśnie dziwne,że sklep im wadzi, no rozumiem dostawy,pewnie śmieci,ale mi się raz zachciało naleśników na kolację, brakło mąki i lipa. Nikomu się jechać nie chciało, bo już o spacerze to zapomnij. A w mieście mam sklep 20 kroków od domu, czasem tylko buty nałożę i w domowym dresie wychodzę;) Oj, naprawdę wieś jest dla ludzi, którzy to szczerze lubią i te wszystkie niedogodności akceptują bez szemrania. Ja się wymęczyłam i wiem,że to na pewno nie dla mnie;)

      Lubię to

  3. Przez pierwsze 6 lat zycia meiskzalam na totalnej wsi. Kilometr do najblizszego sasiada i 5 km do szkoly 😉 Do tego do naszego domu prowadzila polna droga+przez las wiec nei bylo mowy o odsniezaniu :):):) Pozniej przez kolejne 12 mieszkalam juz blizej centrum wsi. Do kosciola, sklepu, skzoly mialam neispelna kilometr. Ostatnie 11 lat mieszkam w Krakowie i wiesz co? Z mila chcecia uciekam na wies. Praca w ogrodku, koszenei trway, malowanie plotu to wszystko mnei relaksuje. Nie ma ciaglego szumu…. Dostosowalam sie do kazdego z miejsc i wiem ze wszystko ma swoje wady i uroki ale chyba wybralalbym wies 😉

    Lubię to

    1. Ja całe życie w mieście spędziłam, więc zdecydowanie przywykłam do miejskiego życia. Oczywiście chciałabym mieć mieszkanie z kawałkiem ziemi,albo dom z ogródkiem;) Ale życia na wsi, a pracy w mieście sobie nie wyobrażam. Wieś jest fajna,ale weekendowo, na wakacje, do życia-tylko miasto.

      Lubię to

  4. katasza pisze:

    Dobrze jest móc wypróbować różne opcje mieszkania, żeby wiedzieć, o czym lepiej nie marzyć. 🙂
    Mnie trochę brakuje pomieszkania w kamienicy w centrum miasta (tylko nie mojego :D).
    Myślę, że mogłabym być kompatybilna z wsią, ale tylko taką blisko miasta, z potrzebnymi udogodnieniami i dobrze skomunikowaną. Na takiej wsi mieszkałam na Węgrzech i dobrze ją wspominam, główne utrudnienia dotyczyły rozrywek i jedzenia na mieście. Potem zrozumiałam, że brakowało tam również szybkiego dostępu do uroków całkiem ładnego miasta, za to miejsca na spacery niewymagające dojazdu miałam, po tej wsi, po innych wsiach albo nad rzeką. Autobusy też jeździły. Zakupy robiliśmy po drodze z pracy, ale sklepy na wsi istniały, w tym jeden większy (zaopatrzony bez rewelacji i trochę droższy, ale podstawowe produkty spokojnie można było kupić). Ale z ciszą było różnie, u mnie w bloku jest w miarę cicho, a tam czasami musiałam słuchać kocich wrzasków pod oknami, impreza u sąsiadów kilka działek dalej też się nieźle niosła. I tak samo jak u Ciebie pamiętam owady, w oknach mieliśmy moskitiery, ale i tak wchodziły, a był taki czas, że zaraz po wyjściu z domu komary dosłownie obsiadały człowieka. Nie było też przyjemnie, jak na polu obok wylano cuchnący nawóz i przez kilka dni nie dało się otwierać okien…
    Nie wyobrażam sobie jednak życia na wsi bez udogodnień, szczególnie, jeśli mało co jeździ… Niby jestem obecnie zmotoryzowana, ale wolę wiedzieć, że mam inne możliwości, jestem przyzwyczajona, że mogę wsiąść w autobus i dojechać, gdzie potrzebuję. Inaczej to wychodzi tak, jak opisujesz, szczególnie kiedy ludzie mają dzieci: człowiek zostaje ich szoferem i podporządkowuje swój plan dnia ich wożeniu, albo właśnie wszyscy wychodzą rano i wracają wieczorem, bo w międzyczasie są jeszcze jakieś zajęcia dodatkowe i nie opłaca się wracać do domu na chwilę. Ale ludzie bywają zadowoleni… Na mniej luksusowej wsi, gdzie mieszkają babcia i wujek, wszystkie dzieciaki czekają na osiemnastkę, żeby zrobić prawo jazdy, wtedy można mieć choćby najtańsze cinquecento i się swobodnie przemieszczać – tam to jedna z najważniejszych życiowych kompetencji, bo bez tego trzeba stale liczyć na innych.

    Lubię to

    1. Mi osobiście taki tryb życia-pracuję w mieście,dojeżdżam ze wsi,zupełnie nie leży. Bardzo dużo czasu traci się na tych dojazdach, w tygodniu w ogóle nie ma czasu pozachwycać się ciszą i spokojem. Zostają przyjemne weekendy co prawda,ale sobota to i tak wyjazd po wielkie zakupy, i planowanie logistycznie następnych dni. Najbardziej mnie złościła ta zależność od innych, do lekarza nie podejdę po receptę w kwadrans, muszę na to przeznaczyć 2 godziny. Zachciało mi się czegoś z drogerii? Mija kolejne 1,5 godziny. Zaskakująco dużo czasu traci się na te czynności, które w mieście załatwia się w parę chwil,i człowiek nie zdaje sobie sprawy nawet jakie to udogodnienie mieć to wszystko pod ręką…

      Lubię to

      1. katasza pisze:

        Niezależność i wszystko (albo przynajmniej dużo) pod ręką to ogromne plusy, których braku mnie również nie wynagrodziłby domek wśród zieleni. Muszę być w stanie załatwić przynajmniej podstawowe sprawy bez organizowania całej wyprawy. Życia na takiej wsi, gdzie wokół są tylko pola, zupełnie sobie nie wyobrażam.
        Ale brak konieczności tracenia czasu na dojazdy to dla mnie niestety luksus i mieszkanie w mieście tego nie zmienia – często pracuje się w innym mieście, często trzeba dotrzeć do innej części, niż ta, gdzie się mieszka i już czas dojazdu się wydłuża. Z tej węgierskiej wsi jechałam do pracy krócej niż jeżdżę w domu…

        Lubię to

      2. Ja akurat odnoszę się do mojego przypadku,czyli osoby, która ma stałe miejsce pracy i zawsze wynosi to tyle samo kilometrów 😉 Jednak te dojazdy wtedy męczą….
        Nie znoszę ciągle kogoś prosić o podwiezienie i tłumaczyć się dlaczego i czego mi potrzeba. Nie, muszę podstawowe miejsca-apteka,drogeria,spożywczak,mieć po prostu pod ręką:)

        Lubię to

      3. katasza pisze:

        Mnie chodziło bardziej o to, że większość ludzi z mojego otoczenia musi spędzać trochę czasu na dojazdach, niezależnie czy mieszkają w miastach, czy na wsiach, bo niekoniecznie da się dostać odpowiednią pracę akurat tam, gdzie jest blisko. Tyle tylko, że zwykle w miastach komunikacja publiczna jednak lepiej działa. Osobiście mogłabym mieć dobry dojazd do pracy, gdybym przeprowadziła się w inne miejsce (nawet do dziury, ale położonej po drugiej stronie korków), ale wtedy miałabym daleko gdzie indziej. 🙂

        Lubię to

      4. Oczywiście,że są osoby, którym bez różnicy odległościowo czy mieszkają na wsi czy w mieście, bo i tak pracują gdzieś dalej 🙂 I wychodzi na to samo. A na wsi można mieć większe mieszkanie w cenie miejskich 2 pokojów,tam można mieć trzy. Ale jeżeli ktoś pracuje w mieście x i wybiera mieszkanie we wsi 20 km od niego, i dzień dnia dojeżdża, i odwozi/przywozi dzieciaki, to jest bez sensu,bo żyje w mieście, a na wsi tylko śpi. I masę czasu traci bez sensu. W moim przypadku takie mieszkanie poza miastem sensu nie ma. No chyba, że miałabym pracę zupełnie w innym miejscu. Ale mam tutaj i nie chciałabym mieszkać dalej niż w zasięgu moich nóg od niej:)

        Lubię to

  5. Zarówno miasto jak i wieś mają swoje plusy:) Ja kocham mieszkać na wsi – cisza, spokój, świeże powietrze. Chociaż mieszkając w niedużym mieście na studiach też mi się podobało – wszędzie blisko, ruchu na ulicach też nie było wielkich…

    Lubię to

  6. Zbych pisze:

    Tak naprawdę wszystko zależy od przyzwyczajenia – kto się urodził i wychował na wsi, a zamieszkał w mieście, będzie mu tej wsi brakowało. A kto mieszkał w młodość w mieście i przeprowadzi się na wieś będzie tęsknił za miastem. Poza tym to się potęguje z wiekiem, bo im człowiek starszy, to trudniej mu się przestawić i dopasować do otaczającej rzeczywistości – ma już swoje przyzwyczajenia, obrzędy i styl dnia.
    Mogę tylko dodać, iż życie na wsi uczy planowania i organizacji – trudno nagle stwierdzić, że chce się coś kupić np. niebieskie skarpetki gdy sklep 20km. Zabrakło mąki… trudno, trzeba improwizować i zrobić coś innego… Posiadanie samochodu to wielkie udogodnienie ale z drugiej strony, jeździć co godzinę kilkanaście km by coś kupić czy pozałatwiać to wbrew pozorom spore koszty paliwa.
    Jedno nie ulega wątpliwości –> człowiek jest z natury bardzo leniwy i szybko przyzwyczaja się do wszelkiej wygody traktując ją potem jako normę 🙂

    Lubię to

    1. tu już nawet o lenistwo nie chodzi 😉 Pewnie gdybym miała prawo jazdy i samochód nie byłoby to tak uciążliwe, ot,wsiadam,jadę i robię co mam w planie. Gorzej jak tego prawa jazdy nie mam i jestem zależna od autobusów albo łaski rodziny. To naprawdę irytujące tłumaczyć się czemu ktoś ma ciebie podwieźć to tu to tam. A jak nie chce się korzystać z ich pomocy tylko być autobusowo samodzielnym to i tak,większych zakupów nie zrobisz, bo jak to potem dotaszczyć do domu 😉 I błędne koło. wieś to nie jest miejsce dla kogoś kto musi bywać dzień dnia w mieście przez pracę, a nie ma prawa jazdy i musi ciągle patrzyć na zegarek-czy jak zajdę do apteki to mi ucieknie kurs? Albo prosić kogoś by podjechał po ciebie bo kupiło się 3 mleka i 2 litry soku i jednak nie da rady się dotyczyć na przystanek….

      Lubię to

  7. Powiem ci, że ja mieszkam w małym miasteczku, w bloku konkretnie. Nie jest ani cicho ani głosno, jest idealnie. Jak wyjeżdżam na studia to mieszkam w bloku, ale za to przy bardzo głośnej ulicy, bo obok galerii, więc samochodów przewija się tam tyle, że w dzień nie ma chwili ciszy. Za to w nocy jest ta cisza. Bardzo jej nie lubię. Wprawia mnie w taką dziwną niepewność, że aż zaczynam tęsknić za hukiem. Za to u siebie ciągle słyszę to życie, bo to sąsiad pijany wraca do domu, a to jakieś nastolatki wracają z ogniska, zawsze coś się dzieje. Ta cisza mnie tylko przeraża. Nie wiem, czy bym się zdecydowała na życie na wsi. Miasto wydaje mi się być idealne, bo lubię mieć wszystko pod ręką.

    Lubię to

    1. dokładnie,jak jest za cicho to ta cisza zaczyna człowieka po prostu przerażać. Zamiast delektowania się tą ciszą i spokojem czeka się tylko kiedy coś ją zagłuszy. Chyba zbyt jestem przyzwyczajona do miejskich hałasów, choć u mnie wieczorem już raczej spokojnie, i za dnia w sumie też, bo jednak na Starym Mieście nie mieszkam z masą turystów 😉

      Lubię to

  8. Pewnie do wszystkiego można się przyzwyczaić, ale ja też wolę miasto. Mnie wykończyłyby dojazdy i czas na nie stracony. Mam w pracy kolegę który ma piękny dom, ale co z tego jak w jedną stronę dojazd zajmuje mu 1,5 h? W zimie jak wraca jest ciemno :/ Po co mieć dom z którego tak mało można skorzystać. Mogłabym mieszkać na wsi czy tez pod miastem, może jakbym nie musiała pracować albo do pracy miałabym chwilkę 😉 Bo ze sklepami, kinami i innymi rzeczami można się przyzwyczaić – chyba, chociaż i tak wolę miasto 😉

    Lubię to

    1. właśnie gdyby nie praca, pewnie mój odbiór tego miejsca byłby inny. I rozumiem np ludzi mających wolne zawody, którzy mogą sobie żyć na wsi, a pracują przez internet,wtedy ok. Ale jak ktoś dzień dnia musi jechać w te i z powrotem to jednak jest to męczące, i wieś zamiast koić nerwy to tylko je potęguje….

      Lubię to

  9. krolowakaro pisze:

    Mnie na wsi nie zaskoczyła wszechobecna cisza. Miałam w życiu epizod mieszkania na wsi i po pierwszej przespanej nocy o 5 rano obudziły mnie ptaki. Tak się wydzierały, że się spać nie dało. Człowiek przywykł do samochodów za oknem, ale ptaki? Błyskawicznie postawiły mnie na nogi.

    Lubię to

  10. Blueberry pisze:

    A ja wolę te pola i lasy na spacery 😉 Parki też fajne, ale jakoś mnie męczy ograniczona liczba ścieżek i tak głupio mi trochę wejść na tę skoszoną trawę, a po lasach i łąkach mogę w nieskończoność, nawet tą jedną ścieżyną 😉
    Zdecydowanie wolę też ciszę. Co prawda tylko w jednym bloku mieliśmy głośnych sąsiadów i kibiców pod blokiem, obecnie zupełnie nie mogę narzekać, bo cichutko jest w bloku i mieszkanie mamy na rogu, więc mocno odcięte od sąsiadów, ale nie zawsze tak jest i będzie, więc tutaj wieś/dom ma sporą przewagę.

    Ale, cała reszta o której piszesz stoi bardzo wysoko na mojej liście pt. „dlaczego nie chcę mieć domu”. Podziwiam osoby, które decydują się na wybudowanie bądź zakup domu, o ile jeszcze w granicach miasta to może nie być najgorzej (chociaż dla mnie wciąż jest wiele ciekawszych rzeczy do roboty niż sprzątanie 150 metrów kwadratowych czy koszenie hektarów ogródka), to gdzieś pod miastami już jest tak jak piszesz – godzina drogi, dwa autobusy w weekend, w najbliższym sklepie ceny z kosmosu itd. Mój mąż ma dość dojeżdżania po dojazdach ze wsi (takiej właśnie nowobogackiej sypialni) do szkoły. Czasem jechał do szkoły stopem, jak mu autobus uciekł 😉 A moi teściowie dopiero niedawno zaczęli odczuwać co to naprawdę znaczy mieszkać tak daleko od miasta – jak młodszy brat P. poszedł do szkoły i nie wystarczy go tylko odebrać (co robili i robią dziadkowie, którzy się specjalnie przeprowadzili, żeby być blisko córki i rodziny), ale ktoś musi zawieźć na zajęcia dodatkowe etc.
    Zdecydowanie bardziej wolę mieć nawet małe mieszkanie, ale w mieście (w Krakowie mamy całkiem fajną okolicę pod względem łąk i lasu), a jak mnie najdzie ochota na kontakt z naturą czy grilla to jadę wtedy 1,5h w góry do chatki (czy na działkę czy gdziekolwiek się posiada kawałek zieleni).

    PS Dla pocieszenia dodam, że wyprowadziłaś się przed zimą 😉 Jak będziesz mieć chwilę to polecam posłuchać: https://www.youtube.com/watch?v=eumEuK1sD90&feature=youtube_gdata_player

    Lubię to

    1. Ja też uwielbiam spacery po lesie, ale wolę pojechać do tego lasu z miasta, niż mieć ten las jako jedyną atrakcję,bo w okolicy nie ma nic:)
      ja też wolę miejskie małe mieszkanie,niż te przestrzenie poza miastem i godziny spędzane w autobusach, autach i korkach. To nie dla mnie:)

      Lubię to

      1. Blueberry pisze:

        No to się zgadzamy 🙂 Doceniam miasto, choć też go nie przeceniam, bo kiedy jest za duże to też jest źle (moje doświadczenia z Warszawą) i z jednego końca można dojeżdżać na drugi koniec 1,5 godziny 😉 Dlatego np. uwielbiam moje rodzinne Gliwice, bo jak dla mnie to rozmiar mają idealny. Kraków jest już na granicy – ciężko przejść pieszo z jednego końca na drugi, ale dalej można sobie całkiem wygodnie życie ułożyć.

        Lubię to

      2. Moje jest idealne, z jednej strony to osobne miasto-swój burmistrz, swoje urzędy, 30 tysięcy ludzi, a od Gdańska oddziela nas jedynie tablica z nazwami. Także do Gdańska mam może z 5 minut pieszo od domu, a z drugiej strony jest tu kameralniej,bardzo zielono, spokojnie,ale z drugiej strony jest wszystko co mi potrzeba do życia, masa sklepów, galerie, usługi itp. Takie miasta lubię:)

        Lubię to

      3. Blueberry pisze:

        A, i miałam napisać, że podziw, że idziesz po te bułeczki rano itd. Ja niestety wolę zostać te 5-15 minut dłużej w łóżku i zakupy zrobić w drodze do pracy i tamże przygotować posiłek.

        Lubię to

  11. Jesteś po prostu zwierzem miejskim 🙂 Ja wieś uwielbiam i nic mi jej nie obrzydzi – ani brak sklepów, ani cisza ani wszystkie inne „minusy” 🙂 Zakupy mogę robić większe w mieście a jak będę czegoś potrzebować to podjadę autem (wierzę, że w końcu zdam!), chcę żeby mi sarenki chodziły po ogrodzie i żeby budził mnie nie budzik a skowronki 🙂
    Jestem zwierzem wiejskim, bo się na wsi wychowałam 🙂

    Lubię to

    1. wiadomo,ja całe życie mieszkam w mieście,więc wieś nie jest moim naturalnym środowiskiem, i niestety źle się tam czułam, plusy były minimalne. Oczywiście gdybym nie pracowała, albo miała wolny zawód pewnie inaczej bym na to patrzyła. I doceniła wieś. Ale traciłam dziennie dodatkowo prawie 3 godziny na korki i dojazdy do pracy. To było okropne.

      Lubię to

  12. Też bym nie wytrzymała na takiej wsi zabitej dechami. 😛 Muszę mieć sklep pod nosem, właśnie w razie zachce mi się czegoś, czego nie mam pod ręką. 😀 Sama mieszkam na wsi, jednak jak to mój B. mówi – moja wieś jest taka trochę oszukana, bo to w sumie takie małe miasteczko – mnóstwo sklepów, drogerii, fryzjerów itp. Moja babcia żyje na wsi w której nie ma NIC, tylko jezioro. Żadnego sklepu, no i w sumie ją podziwiam – ją i te jej rytualne wyprawy na zakupy, na prawdę ogromne. 😛

    Lubię to

    1. dziadkowie mojej kuzynki mieszkali na takiej wsi,że tam sklep przyjeżdżał raz w tygodniu… W szoku byłam,że tak można żyć, czekać cały tydzień aż ktoś przywiezie masło…. Kiedyś tam byłam w dzień targowy, ile radości tam było,że można było coś kupić…. ja za bardzo lubię być samodzielną i zakupy robić kiedy chcę:)

      Lubię to

  13. kocia_dama pisze:

    Wiesz, od jakiegoś czasu mamy z mężem ten sam problem 🙂 Bo niby chcielibyśmy wynieść się z miasta, bo gwarno, głośno, bo wieś cicha, spokojna, ale… No własnie. Są i plusy, i minusy tej decyzji. Większość z nich opisałaś 😉

    Lubię to

  14. Dlatego ja uwielbiałam swoją lokalizację w Polsce 🙂 Mieszkałam w miejscu które kiedyś było wsią ale w związku z rozrastaniem się miasta, stało się najbardziej pożądanym osiedlem przez wszystkich prawników, lekarzy itd. W związku z czym musiało powstać kilka dobrych sklepów, oczywiście dyskretnie ukrytych aby nie burzyć sielskiego widoku zieleni do w okół. Autobusy co 30 minut, przystanki co 10 minut drogi spacerkiem – bajka! Za to teraz mieszkam w centrum miasteczka a i tak wszędzie muszę jeździć samochodem bo amerykańskie odległości są ogromne -,-

    Lubię to

    1. No tak, w Stanach czy Kanadzie odległości są inne:) Moja rodzina niby mieszka w Toronto, ale do szkoły kuzyni jechali autobusami 30 minut, -ta najbliższa 😉 A do centrum miasta wychodziło jak ode mnie do Torunia, czyli 1,5 godziny. Ja mam do centrum Gdańska 8 minut, a u siebie mieszkam w centrum,właśnie w takim fajnym sypialnianym mieście,gdzie jest wszystko potrzebne do życia:)

      Lubię to

  15. Ja wychowywałam się na wsi, ale zwykłej, nie luksusowej 😛 Sklep i bibliotekę miałam pod nosem, ale reszta już samochodem albo autobusem, teraz dla odmiany od ponad 10 lat mieszkasz w dużym i podobno brzydkim mieście i kiedyś miałam przebłysk, żeby wrócić do siebie, ale jak tylko mi ten pomysł zaświtał, to zaraz było „i już nigdy więcej tego, tego, tego…?” Więc zostałam. Lubię moje duże, brzydkie miasto, dla mnie jest ładne, a wiejską ciszę i spokój na weekend 🙂

    Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s