Matka Polka

Żeby nie było niedomówień, nie nie zamieniam się w mamę. Ale do mam mam olbrzymi szacunek i zarówno te przyszłe jak i te, które dzieci już posiadają darzę olbrzymią sympatią i cóż, nie jestem nieczuła, lubię dzieci i jak mogę pomóc,to pomagam. Jaka to pomoc? Taka codzienna, normalna. Miejsce w autobusie, przepuszczenie w kolejce, otwarcie drzwi, nic specjalnego. Są mamy, które z uśmiechem dziękują, a są takie, które uważają,że jako matki-te z dziećmi w brzuchu, i te z dziećmi przy sobie mają specjalne prawa i w zasadzie za sam fakt bycia Matką Polką należy im się wszystko. I znów powtórzę, uważam,że matkom należy pomagać w trudnej codzienności, i należy im się dużo wyrozumiałości. Ale są takie matki, które odesłałabym na sam koniec kolejki i celowo zamknęła okienko na poczcie przed ich licem i ogłosiła-kwadrans przerwy.

Co mnie tak zirytowało? Sytuacja z przychodni. Nie wiem czy już wyjaśniałam,że do przychodni chodzę w potrzebie, czyli w chorobie. Nie wybieram się tam z byle czym. Jeżeli przychodzę to znaczy,że mam problem. I tak było parę dni temu. Musiałam skontrolować leczenie anginy i sprawdzić czy dostałam dobry antybiotyk. Umówiłam się, grzecznie czekałam w kolejce dwa dni i w końcu nadeszła pora wizyty.

Jako,że moja przychodnia jest kwadrans spacerem od domu musiałam poprosić tatę o podwiezienie. Brat na uczelni, mama u diabetologa, został tata. Niechętnie go o to prosiłam,bo miałam godzinę wizyty w szczytowym momencie w pracy,ale cóż,to był jedyny dostępny termin. Taksówka odpadała,bo ktoś musiał mnie odebrać, postojowe kosztuje, a mamy koniec miesiąca. Tata mnie podwiózł o czasie. Okazało się,że u lekarza jest jeszcze poprzedni pacjent. Zapytałam się pani siedzącej przed gabinetem czy ona też czeka, pani mówi,że tak. Zapytałam na jaką godzinę się zapisała, bo chciałam sprawdzić jak duże jest opóźnienie, czy też pani ma wizytę po mnie i nie muszę się stresować. Pani zaś poklepała ciążowy brzuszek i powiedziała,że ona co prawda nie jest zapisana, ale jest w ciąży  i chce wejść przede mną. Zaczęła mówić,że tu jest dużo chorych dzieci a ona nie może siedzieć w tym kompocie zarazków(jakbym ja o tym marzyła). A w ogóle to ona tylko po receptę. Powiedziałam,że jak po receptę to w porządku,bo na mnie ktoś czeka i nie może długo czekać bo goni go praca. Pani się uśmiechnęła,znów poklepała po brzuszku i powiedziała,że dosłownie wejdzie i wyjdzie. Też się uśmiechnęłam. Poszłam na bok,z dala od zarazków i kichających dzieci. Wyszedł pacjent, pani się poderwała jak strzała i wbiegła do gabinetu. Wtedy zobaczyłam,że nie tylko jest w zaawansowanej ciąży,ale i ma z 10 centymetrowe szpileczki. Pogratulowałam jej w duchu tego sprintu. Ja nie potrafię w nich chodzić, w ogóle w 4 centymetrowych się przewracam, a ona w 8 miesiącu pobija sprawnością chodu samą Victorię Beckham. No dobrze, zaczęłam czytać ulotkę o grypie. Nie minęło 30 sekund i pani wyszła. Naprawdę szybko jej poszło.  Nie kłamała,że na moment tylko wejdzie. Skierowałam wzrok ku drzwiom,ale pani zablokowała swoją osobą drzwi i rzekła- pani doktor prosiła bym się wpisała na listę w recepcji.

I tu pojawiły się schody, drobne schodki. Jedna pani wypisywała komuś zwolnienie, druga robiła zastrzyk. Ta co wypisywała zwolnienie robiła to 2 raz w życiu. Robiła to też 3 i 4, po kolei popełniając byki w druczku. Kiedy widziałam,że sprawa potrwa powiedziałam pani,że w takim razie ja wejdę,bo naprawdę nie mogę czekać. Już abstrahuję od tych zarazków, ale minęło 10 minut i zaraz mój tata zacznie krzyczeć,że musi wracać do pracy. A w deszczu nie widziałam siebie spacerującej do domu ponad kwadrans. Ale, ale.

Pani nie ruszyła się spod drzwi, powiedziała za to, że skoro już tam pani doktor potwierdziła,że ją przyjmie  to ona wejdzie pierwsza, w zasadzie to wróci do gabinetu,mam czekać. Złość wychodziła mi uszami i nosem,bo zanim ta pani wpisała ją do systemu minęło kolejne 5 minut, więc 10 minut pani doktor była niewykorzystana. Ale ok, nie będę się bić z ciężarną o dostęp do lekarza.

Myślałam,że pani doktor w tak zwanym międzyczasie wypiszę jej tę receptę, pani wejdzie, i w zasadzie wyjdzie. Dla mnie było to logiczne.

Zonk. Miałam wizytę na 16. Weszłam do lekarza o 16.45. W pewnym momencie zaczęłam się zastanawiać czy fanka szpileczek nie wyjdzie z przedszkolakiem pod pachą. Nie, pani wyszła,uśmiechnięta i radosna jak skowronek. Za mną rosła kolejka pacjentów, tych z 16.15, z 16.30, z 16.45….. Zdenerwowanie można było kroić nożem, a pani wyszła z uśmiechem. I oczywiście wychodząc głaskała się po brzuszku, jakby to miało wytłumaczyć wszystko.

Kiedy w końcu udało mi się dostać do lekarza, pani mnie przepraszała za tą panią, ale ona miała problem z mamą i przyszła go omówić. Bo jej mama nie można doprosić się o skierowanie do sanatorium  i ona chciała ze swoją lekarką jej wyniki i sprawdzić czy lekarz jej mamy z jakiejś złośliwości nie daje jej tego skierowania. Pani doktor powiedziała,że wyprosiłaby ją z gabinetu, ale to kobieta w ciąży…

No właśnie. Ciąża wszystko tłumaczy?  Rozmowa o sanatorium jej matki na pewno nie była pilnym przypadkiem, że musiała przyjść nagle, bez kolejki i wprosić się przed innymi pacjentami. Szczególnie,że mamy sezon infekcji, w przychodni jest pełno chorych osób, które chcą dostać się do lekarza. I ci ludzie-w większości nie w ciąży, musieli grzecznie czekać, rejestrować się, zwalniać z pracy, organizować sobie transport, może niektórzy opiekę nad dziećmi. Nieważne, nie znoszę takiego wykorzystywania sytuacji, skoro jestem w ciąży i  mam wolne 3 kwadranse i przechodzę sobie przychodni to zajrzę i załatwię co chcę. Bo jestem w ciąży to mi wolno. Oczywiście, w ciąży wolno więcej, ale chyba są jakieś granice. Gdyby ta pani za parę tygodni przyszła tam z gorączkującym niemowlęciem wpuściłabym ją przed sobą. Gdyby sama była gorączkującą ciężarną-nie ma sprawy.

Ale jeżeli pani chciała skonsultować wyniki badań swojej matki w kwestii sanatorium to naprawdę mogła się umówić. Już w ogóle nie wspominam o tym,że jej lekarz rodzinny chyba nie jest od tego by udzielać porad na odległość jej matce. Ale ciężko odmówić kobiecie w ciąży. A może kiedyś trzeba zacząć?

W tej historii chyba najbardziej oburzyło mnie to, że ta pani mnie oszukała. Wiedziała dokładnie po co wchodzi, wiedziała,że nie będzie to 3 minutowe wypisanie recepty. Wiedziała,że na mnie ktoś czeka, że ja nie mogę czekać. Wiedziała,że dalej są inni pacjenci. Była nieszczera, by nie powiedzieć,że okłamała i mnie i panią w recepcji i resztę kolejki. Mam wrażenie, że celowo wykorzystała fakt, że jest w ciąży. Celowo pogładziła się po brzuszku,pokazując,że jako ciężarna nie może czekać i powinno się ją przepuścić. Bo nosi w sobie przyszłość narodu.

Nie byłam w ciąży,nie mam dzieci. Być może jestem nieczuła i czepiam się bez sensu.

Ale ciekawi mnie Wasze zdanie. Szczególnie mam. Takie „granie” ciążą jest ok, czy są jakieś granice w byciu uprzywilejowaną?  Jak byście się zachowały na moim miejscu, i na miejscu tej pani?

0d6db1b7db6963aa5d040427d67b445f

A w ogóle to moje migdałki ładnie zareagowały na antybiotyk. Co prawda pani doktor radziła mi spokojne życie i wzmacnianie sił, no i jak najdłuższy odpoczynek od pracy,to jest lepiej. Ba pochwaliła mnie za szybką reakcję i szybkie wzięcie antybiotyku i nawet nie wierzyła,że na karcie z „pogotowia” miałam napisane, że mam masywną anginę. Jestem super pacjentem. Powinnam dostać naklejkę. Ale jej nie dostałam….

 

Ścieżka dźwiękowa-U2- Raised by wolves

Krótko i na temat

Spełnienie marzenia. Akurat chciałam by to się spełniło. Wczoraj to spełnienie zapukało do mych drzwi.

Mam wrażenie, że moja angina zmarniała na widok mojej uśmiechniętej twarzy. Musi,nie ma wyjścia.

Sama nie wiem co więcej mogę napisać. Niech przemówi zdjęcie,bo wyraża więcej niż tysiąc słów.

 

P.S. Nie to nie przypadek. Zdjęcie celowo się rozmnożyło. Bo mam w sobie tyle radości. A co będę sobie żałować.

Ścieżka dźwiękowa- Arctic Monkeys-Old yellow bricks

Angina dzika

Mam idiotyczne wyrzuty sumienia. Wyrzuty sumienia, że choruję i cierpię. Tak, wiem,jestem idiotką. Idiotką do kwadratu. Ale wiecie takie wyrzuty są minusem pracy w rodzinnym biznesie. Bo zostawiłam tatę z pracą. A akurat tej pracy jest nadmiar. Tak,tak,wiem,że to mój tata podzielił się ze mną swoimi bakteriami. Sam mi wyhodował ta zacną anginę, ale mimo wszystko mój podły nastrój potęguje kiepskie anginowe samopoczucie. Co prawda tatko mówi,że mam sobie zdrowieć,nie martwić pracą i wyleczyć do końca,ale wiem jaki to ciężki tydzień pracy akurat się toczy. A ja byczę się w piżamie, oglądam,czytam,nic nie robię,na zmianę ze śpię. O ironio, w czwartek rano mówiłam sobie-marzę o wolnym. Jak ja marzę o wolnym. Jak mnie irytuje ten październik. Nie chcę iść do pracy. I bach, nie będę już marzyć o niczym,bo nie daj dobry Boże,spełnisz moje marzenia.

Mam wrażenie, że ktoś ważny przeczytał moje lutowe narzekanie na smak antybiotyków. I ten ktoś ważny sprawił,że antybiotyki mają jeszcze gorszy smak. Jedzenie ich razem z ciastem. Toną ciasta,ciasteczek i innych słodkości nie przynosi efektów. Do tego za karę muszę jeść je dwa razy częściej niż inni dorośli. Bo za chuda jestem i muszę brać mniejsze dawki,ale częściej. Jeszcze jeden fragment tabletki i nie wiem co zrobię. Eksmituję samą siebie w kosmos. Ktoś chętny by zjeść pozostałe tabletki za mnie? Jak sądziłam. Odważnych brak.

Sama nie wiem czy lepiej chorować samotnie, czy bardziej rodzinnie? Samotnie było samotnie, nieco nudno, trochę niepewnie, i chwilami męcząco. Ale nie tak męcząco jak rodzinnie. Moja mama 20 razy na godzinę pyta się- i jak, lepiej? A kiedy mówię 18 raz w ciągu godziny, tak samo, to słyszę narzekanie, że musi być lepiej,a  skoro nie jest,to jest źle. Co chwilę też słyszę- chcesz jeść/pić? Nie,nie chcę,bo kwadrans temu jadłam,mam trzy kubki herbaty obok. Ale to pytanie pojawia się co chwilę. Tak jakby ilość zjedzonych kanapeczek miała wpływ na zmniejszenie się ilości bakterii. Ciągle też słyszę-nie chodź, leż. Czemu nie leżysz. Nie wychodź z pokoju. Nie otwieraj okna. A za moment-czemu nie otwierasz okna? Od tego się choruje. Wstań, wyjdź z pokoju. Nie można tak leżeć. Uff, może się pogorszyć od nadmiaru troski. Albo i nie troski. Bo mama ciągle mówi- tylko mnie nie zakaź(staram się), obyś mnie nie zakaziła(no mówię,że się staram). nie chcę anginy(a ja chciałam?), a w ogóle to skąd ją wzięłaś? (darmo dawali, to wzięłam by się zmarnowała). Nie, mama jest urocza. Ale jej troska chwilami zamienia się w coś bardzo irytującego. A mój brat sam z siebie kupił moje ulubione bułki. A tata jogurciki. I babcia dzwoniła zapytać o zdrowie. Najpierw się obraziła,że jej nie powiedziałam w niedzielę o anginie. Przyjechałaby zrobić obiad. I budyń z jabłkami i czekoladą. Naprawdę to powiedziała. Budyń. I ciocia z dobrą radą. O, i siostra zza granicy. Widzicie jak mnie lubią. Wystarczy mieć anginę.

Nie,nie lubię anginy. Zapomniałam jak to boli, jakie to paskudne uczucie. W ogóle nie lubię chorować poważniej. Tak,że nie muszę leżeć i odpoczywać. Ja nie potrafię odpocząć nic nie robiąc. Męczę się okropnie. Nie chce mi się czytać, oglądać i spać. Godziny się wloką niemiłosiernie. Nie znoszę leżeć w ciągu dnia, to dla mnie męczarnia. Nie znoszę być zamknięta w czterech ścianach i nie mieć co z sobą zrobić. Od zawsze tak miałam. Owszem lubię posiedzieć z książką i kubkiem kakao. Ale kwadrans, góra dwa. A nie 48 godzin. Czuję się jak w więzieniu.

Jutro idę do lekarza na kontrolę. Mam nadzieję,że dostanę miłe wieści, że zmiany się zmniejszają, że wszystko zmierza ku dobremu i zdrowieję.  Chociaż chwilowo ciężko mi w to uwierzyć.

d462b813aa5a6548a7b05a357ca7c8c6

Ścieżka dźwiękowa- The Strokes-15 minutes

 

Weekend

Na ten weekend miałam dwa plany. Jeden,mniej ambitny polegać miał na sobotnim spacerowaniu po mniej znanych dzielnicach miasta w ramach festiwalu Narracje. No ok, macie mnie, tegoroczną dzielnicę znam jak własną kieszeń i mam do niej stosunek niezwykły,gdyż to dzielnica mojej mamy i wciąż jest tam mieszkanie moich dziadków. Nocny spacer, różne instalacje, sztuka na ulicy. Niedziela w wersji spokojniejszej miała polegać na obiedzie u przyjaciółki. W końcu udało nam się umówić. Ja miałam przynieść ciasto, ona danie główne. Taki był plan.

Miałam też inny plan. Dość niespodziewanie się pojawił, i mówiąc szczerze bardzo mi się spodobał. Weekend w Warszawie. Chciałam spotkać się ze wspaniałą koleżanką. Pójść do muzeum, oderwać od codzienności. Wstępnie wybrałam noclegi i zapłaciłam zaliczkę.

I takie to miałam plany.

A jak wyszło? Koc. Herbata z cytryną. Było i ciacho. Była samotność. No bo przyszło okropne przeziębienie. Kochany ojciec podzielił się nim ze mną. Sam wyzdrowiał. Ja walczę. A dopiero co pokonałam moją alergię, to znaczy ujarzmiłam ją. Cieszyłam się dwoma tygodniami bez kataru i kaszlu. I bach. Taty wirusy mnie pokonały. Siostra wybyła do Berlina. Rodziców wysłałam do tej Warszawy skoro mieszkanie opłacone. A sama siedzę w domu i snuję się z kąta w kąt. Obejrzałam co miałam, posłuchałam co miałam, przeczytałam co miałam, w nadmiarze do tego. A czas się wlecze. A gardło boli coraz bardziej.

Nie lubię sama jeść. Zaprosiłam babcię na obiad i ciacho. A moja babcia zaczęła mi tłumaczyć, że przyjść nie może. I nie dlatego, że ona boi się zaziębienia,bo się nie boi. Ale ona ma tyle spraw na głowie, tyle spotkań, że wysiadłam gdzieś w połowie soboty i nie wiem co babcia robi w niedzielę. Wiem,że ma masę planów. Jej życie towarzyskie kwitnie. A ja siedzę w piżamie i się snuję.

9f785773c8df6d1788f38465d563f18b

Piję herbatę za herbatą. Zmieniam tylko plasterki cytryny i odcinki seriali. Dołączam do zaszczytnego klubu Dateless Wonder Club. Chciałabym by ktoś mi coś ugotował, posiedział, podał paczkę chusteczkę, kazał wziąć syropek na kaszel…

Wypiłam za dużo herbaty. Za bardzo bałam się tej nocy. Wiecie parter i te sprawy. Miałam zapalone światło w każdym pokoju. I telewizor i radio. Pewnie dlatego się nie wyspałam. Pewnie dlatego marudzę i narzekam.

Biorę się za siebie. Albo i nie. Mogę marudzić i narzekać? Mogę. Założyłam dziś Związek Zawodowy Irytujących Kobiet. Jestem pierwszym członkiem. Mam prawo narzekać, narzekać i narzekać. Całą niedzielę. A w przerwach ssać czerwone tabletki na gardło.

P.S. Pani Prezes związku Singielek i Kobiet Irytujących zakasała rękawy i poszła rano do punktu nocnej i świątecznej pomocy medycznej. Jako, że była 7 rano kolejek nie było. Były tylko resztki palca pewnego pana po nocnej bójce z innym panem, który stracił 4 zęby.  Grzecznie wjechałam windą na pierwsze piętro, poczekałam  w zupełnej pustce na panią doktor, która po sekundzie patrzenia w gardło z uśmiechem na buzi(bardzo miłej zresztą ) orzekła,że posiadam książkowo czerwone gardło, powiększone migdały i ropne nacieki. Diagnoza? Ropna angina. Efekt? Antybiotyk i leżenie w łóżku. A w aptece wzbogacili się o 54 złote. Jakie to ważne by singielka mieszkała w 5 minut od nocnej przychodni i miała 3o metrów do apteki. Vivat samodzielność.

P.P. S. W nosie mam samodzielność. Kto mi zrobi herbatkę?  I zrobi kanapeczki? Nie,mam ochotę na jajeczniczkę ze szczypiorkiem. Nie, nie ma szczypiorku. Chcę omlet. Albo nie, budyń. Tak, budyń. Mamusiu………

24749df07b99d8dff800442229e6b750

Ścieżka dźwiękowa- Chris Cornel- You know my name

Allen by tego nie wymyślił

Zaczęła czytać pewną książkę. Nazywa się ona Suknia ślubna. Na razie jest urocza. W każdym razie była na setnej stronie, gdy usłyszała,że nie ma kartofli i fajnie by było gdyby poszła do sklepu. Było jej to na rękę,sobotnia pogoda była naprawdę przyjemna. Ni to zimno,ni ciepło. Nie wieje, nie pada, szukała impulsu by nieco się przejść, ok, pójdzie do marketu okrężną drogą. Zakłada słuchawki na uszy. Zazwyczaj tego nie robi, czasem idąc do pracy, albo udając się na długi spacer,kiedy jest zdenerwowana i szuka w muzyce ukojenia. Teraz sama nie wie dlaczego tak zrobiła? Przecież trasa nie była zbyt długa, ale jakoś jej dłonie bezwiednie wsunęły się w kieszenie płaszcza, wyjęły różowy prostokącik, wylosowały piosenkę. Tę piosenkę, którą kiedyś sobie zaklepała jaką pierwszą ślubną, czy też weselną. Singielka, singielką samodzielną jest, ale jak każda młoda dama Singielka pewne plany poczyniła i akurat wyboru piosenek dokonała. Gorzej szło jej z wyborem tego, z którym miała bawić się na swoim weselu, ale to szczegół. Uśmiechnęła się,bo kocha tę melodię, te słowa, ten głos. Stanęła przed przejściem dla pieszych. Spokojnie czekała na zielony kolor. Jest. Rusza, dość dziarsko. I wtedy coś się dzieje. W jej oczach widać….

Przerażenie.Auto z piskiem opon i hamulców staje równo z linią jej jesiennych botków. Jest wściekła. Bo komuś tak się śpieszy,że wjeżdża na pasy na czerwonym świetle, prawie jej nie zabijając,albo taranując.Podniosła wzrok. Zamiast czuć wściekłość czy złość. Albo i przerażenie zaczęła się śmiać. Cała ona. Przed nią stał biały mercedes udekorowany kwiatkami. Tak, dobrze kojarzycie. Singielkę na pasach chciał zabić ślubny orszak. Samochód młodej pary. Singielka pomyślała,że byłoby to nawet zabawne, uderzona pociskiem miłości. Cudzej miłości. Zostałaby Gnijącą Nie-panną młodą.Zaśmiała się raz jeszcze. Strach zniknął. Wysiadł świadek. Zaczął przepraszać, że oni tak się śpieszą, że kościół,że goście, że miłość. Powiedziała,że nic się nie stało,że na szczęście żyje, bo jej mama byłaby zła. No wiecie, nie byłoby puree do obiadu. Dostała nawet parę cukierków. Takie kokosowe kuleczki. Otrzepała się z resztek zmieszania. Z przodu samochodu była tablica, na niej Karol. Karol się żenił. Auto ruszyło. Popatrzyła w bok, mignęła mi druga tablica. Tak, dobry losie, to była Magdalena. Znów się roześmiała. O ci losie, lepiej byś tego nie mógł wymyślić.

Doszła do sklepu, kupiła czekoladę. I te nieszczęsne kartofle.Wracając do domu minęła kościół. Szykował się piękny ślub.

P.S. Dlaczego zawsze mi zdarzają się takie rzeczy? Otóż, czekałam pod katedrą na mamę. Jako, że nie wychodziła,a  minęło 70 minut od początku Mszy,weszłam przemarznięta do środka. Przez 70 minut spaceru po parku nie działo się nic. Tylko weszłam usłyszałam donośny głos Dave’a. Tak, tak, dzwoniła moja mama, że wyszła. A Dave w kościele koncertowo zaśpiewał o osobistym Jesusie. A ja miałam rękawiczki i jakoś nie szło mi tego wyłączyć…… Pójdę do piekła.

bccf2e1372b836961601f6f32325dd03

Belle&Sebastian- You made me forget my dreams

Wiejski eksperyment

W niektórych gazetach były różnego rodzaju testy. Jaki zapach do ciebie pasuje? Jakim jesteś typem kobiety? Jaką formę spędzania wakacji preferujesz? I wśród różnych pytań znajdowało się dość często te o miejsce zamieszkania. Czy wolałabym mieszkać w nowoczesnym apartamentowcu ,gdzieś na 45 piętrze? A może mieszkanie w kamienicy, w samym centrum miasta? Albo dom za miastem z dużym ogrodem. Zawsze wybierałam ostatnią opcję. Duży dom,duży ogród, daleko od miasta, jak najdalej od sąsiadów. Wieczne wakacje, po prostu sielanka.

Ponoć nie można głośno marzyć o tym co by się chciało mieć, bo uwaga,może się to spełnić. Mi przynajmniej się spełniło. Dwa miesiące na wsi. Co prawda nie we własnym domu,ale w kameralnej kamienicy na luksusowym wiejskim osiedlu. Ogród,gdzie nie spojrzeć zieleń. Rzeka, jeziora,lasy,masa łąk i pól. Czyste powietrze, cisza, spokój,pełen relaks. Wszędzie daleko. Miejsce dla mnie idealne.

Z początku uznałam,że wiejski eksperyment potraktuję jako przedłużenie wakacji. Od jakiegoś czasu chodziło mi bowiem po głowie by wakacje spędzić z dala od świata. Na wsi zabitej dechami, w jakiejś wiejskiej chacie gdzie człowiek jest atrakcją. Teraz miałam mieć może bardziej cywilizowane warunki-marmurową klatkę schodową i sąsiadów z najnowszymi modelami aut klasy wyższej. Ale jedno pozostało niezmienne-wieś.

Do życia na wsi podeszłam dość optymistycznie. Na stanie są trzy auta. cztery osoby z rodziny mają prawo jazdy, do domu mam 13 kilometrów, do pracy o dwa więcej. Nie będzie źle. Do centrum wsi jakieś 2,5 kilometra- w jedną stronę. W centrum znajdował się kościół, sklepy,nawet dwa duże i znane markety. Była też amerykańska knajpa. Moim zdaniem  było to idealne połączenie, z jednej strony wieś zielona, z drugiej strony świetnie rozwinięte miasteczko. Tak to wyglądało na pierwszy rzut oka.

Rzut oka rzutem oka, ale jak z praktyką? Praktyka dała mi w kość. Wyobraźmy sobie poranek. Poranek kiedy jadę do pracy. Muszę wstać o 40 minut wcześniej niż w mieście, ale nie ma problemu, wciąż ranki są słoneczne i jasne, chociaż z dnia na dzień coraz chłodniejsze. W normalnym życiu wstaję, ćwiczę jogę, jem śniadanie, idę do kiosku po gazety,następnie do piekarni- a mam ich 6 w pasie 200 metrów, robię sobie śniadanie do pracy, z ciepłych i chrupiących bułeczek,następnie piję zieloną herbatkę ,czytam gazety i wyruszam do pracy. Pieszo,bądź podjeżdżam przystanek autobusem. Na wsi wstawałam wcześniej, maszerowałam kwadrans na przystanek,następnie jechałam godzinę, a potem spacerowałam 25 minut do pracy. Nie mogłam iść po prasę, czy też pieczywo,nie tylko z braku czasu,ale i  z braku miejsca do zakupu. Tak, na osiedlu gdzie mieszka w tym luksusie ponad 1,5 ludzi nie ma miejsca na sklepik, bo obniża standard. Najbliższy sklepik znajduje się w sąsiedniej wsi,jest to tylko 30 minut spacerem. Na miejscu dostaniemy pieczywo, a jako,że sklepik ten jest przeznaczony dla mieszkańców luksusowych domów to bułka kosztuje tam…. złotówkę. Nie ma prasy,bo pan ma taki a nie inny światopogląd i brzydzi się moją gazetą. Za to można dostać prasę spiskowo-nacjonalistyczno-prawicowo-patriotyczną. Po gazety należy iść jedynie 8 minut dalej- w jedną stronę oczywiście na stację paliw. Prywatną,bo ta państwowa w centrum  wsi prasę promuje również w gatunku spiskowo-prawicowym. No dobrze omówiliśmy już brak sklepów, brak świeżego pieczywa i świeżej prasy. Okropnie mi tego brakowało. Oczywiście część mieszkańców jeździła po chleb samochodami. Dla mnie jest to idiotyczne, to znaczy na dłuższą metę nie mogłabym żyć daleko od sklepiku z podstawowymi produktami,być zależną od kogoś z prawem jazdy, planować zakupy trzy dni naprzód, choroby tydzień przed i spisywać możliwe zachcianki,byleby nie zaskoczył mnie brak tego i owego. Do centrum  po większe zakupy zdarzało mi się iść w soboty. Sam spacer zajmował 120 minut. Z zakupowej perspektywy wieś polecam albo osobom na odwykach czy to czekoladowych,papierosowych bądź anonimowych zakupoholików. Albo amatorom spacerów. nie dziwię się,że panie tam miały idealne sylwetki, każdą kostkę czekolady spalały z nawiązką. Mój portfel był oczywiście zadowolony, zaoszczędziłam co nieco. Ja byłam zadowolona mniej, kupowanie prasy na stacji benzynowej i ciągłe pytanie- z którego dystrybutora lane było paliwo, śniły mi się nocami.

Cisza. To wielki atut. Ale jak zwykle nie dla mnie. Jestem przyzwyczajona,że po meczach Lechii podpici kibice wracają nocą i się drą. Uwielbiam zasypiać w rytm przejeżdżających pociągów, aut, latających wojskowych helikopterów. Chociaż uważałam,że miło będzie od tego na chwilę odpocząć. I co? Tam było za cicho. Cisza dudniła w uszach. Nie mogłam nocą zasnąć, bałam się tej ciszy,jak przed burzą. Byłam trzy razy bardziej czujna,bo w końcu zaraz może coś tę ciszę przerwać. Zresztą stali mieszkańcy dopasowali się do tej ciszy idealnie. Otaczały mnie niemowlęta, one w ciągu tych dwóch miesięcy w ogóle nie płakały. Nic a nic. Zero płaczów, dąsów,krzyków. Ja u siebie słyszę kiedy sąsiadowi upadnie gazeta, tymczasem tam nie słyszałam nic. Zdaję sobie sprawę,że są ludzie szukający tej ciszy i spokoju. Ja jednak muszę czuć za szybą/ścianą życie. Ale to życie nie powinno być jedynie muchą i komarem. W życiu nie byłam tak pogryziona, w życiu nie byłam tak osaczona przez muchy, które  traktowały mieszkanie jak hotel najwyższej kategorii.

Spacery. Pamiętam,że kiedy pojechałam tam pierwszy raz zachwyciły mnie krajobrazy, byłam pewna,że każdego dnia będę spacerować i chłonąć naturę. I owszem ze dwa,trzy razy się przeszłam i tyle. Spacery po łące nie są moimi ulubionymi czynnościami jednak. Inne trasy na spacery? I owszem są. A raczej jest, jedna. Wzdłuż drogi wojewódzkiej, wśród dziesiątek tirów, spalin i w ogóle, idzie się wąskim chodniczkiem i można podziwiać, w sumie to nic. U mnie w mieście jest z 1o parków, masa skwerów, ławeczek,kawiarni. Spacery może nie odbywają się do wiejskiej łące, ale są dużo bardzo urozmaicone, jest gdzie usiąść,dzieci mają plac zabaw, a matka może wypić kawę. Gdybym była matką i na każdy spacer połączony z wyjściem na plac zabaw,musiałabym jechać 13 kilometrów,to chyba bym sobie strzeliła wiatrówką po oczach.

Zauważyłam,że tam ludzie zupełnie inaczej spędzają czas. Rankiem, wczesnym  rankiem,koło 7,pakują całe rodziny do przestronnych aut, potem szkoła,przedszkole,żłobek,praca,zakupy,grupowy obiad w jakiejś knajpie i do domu trafiają na 20. Spać i tyle. Weekendami robili wielkie zakupy, naprawdę wielkie. Krzątali się po ogródkach i masowo sprzątali mieszkania. W niedzielę obowiązkowo grill. I tyle. Mieszkanie poza miastem, dla osób, które uzależnione są od miasta-praca,.szkoła itp to męczarnia. Codziennie traci się trzy godziny w korkach a życie rodzinne toczy się w samochodzie. Ja jestem inna. Kiedy kończę pracę to w domu jestem w kwadrans, miasto oferuje mi wiele przyjemności, ale i dom kusi. Nie tracę czasu na bezsensowne przejazdy w te i z powrotem. Mam wiele możliwości  i ode mnie zależy co zrobię każdego dnia. Życie na wsi. Dla kogo? Sama nie wiem. Ja nie mogłabym tak żyć na dłuższą metę. Lubię sama decydować kiedy idę do biblioteki, drogerii, czy do kościoła. Lubię pojechać do centrum Gdańska bez proszenia każdego wokół o podwózkę,bo w weekendy są tylko dwa kursy. Nie chcę sobie wyobrażać co tam dzieje się zimą, albo deszczową porą….. Nie dziwię się, że w każdej kamieniczce są mieszkania do sprzedania. Gdy dzieci podrosną i trzeba je wozić do szkoły,przedszkola, na tańce, angielski i karate, ludzie wracają do miasta. By tak wozić dzieci trzeba albo mieć nianię, albo niepracującą żonę, szefa rodzinnej logistyki.

Oczywiście było parę plusów. Dużo spacerów, pewnie nigdy mój krokomierz nie odnotuje z powrotem tych wyników. Fajnie było mieć ogródek,  własny kawał zieleni za oknem. Fajnie było wykorzystać ten piękny wrzesień. Jadać na powietrzu, odpoczywać na powietrzu.

Lubię niezależność jaką daje mi miasto. Oczywiście nie dla mnie życie na Starówce nad nocnym klubem czy restauracją. Nie dla mnie nowoczesny apartament na 22 piętrze z potrójnym systemem ochrony. Nie dla mnie jednak też i wieś. Muszę mieć wszystko w zasięgu swoich nóg. Nawet kosztem tego, że jest głośno, że bywa brudna i czasami będę marzyć o tej wsi zabitej dechami. Ale tylko na tydzień. Parę dni. Dłużej nie dam rady.

ścieżka dźwiękowa- Adele- I set fire to the rain

Jesienna apatia

Lubię jesień za dwie kwestie. Pierwsza, gdy nie chce mi się umyć włosów z rana, po prostu nakładam czapkę na mą głowę i problem z głowy. Po drugie, kiedy leje, jest szaro,wieje i w ogóle ciśnienie wariuje mogę narzekać ile wlezie. Pomyliłam się w pracy? Wina jesieni. Nic mi się nie chce? A komu by się chciało kiedy szósty dzień nikt nie widział słońca? No to mam na kogo zwalać. Na biedną jesień. I nawet zakup nowych rękawiczek nie poprawił mi znacząco nastroju. Nawet miękkie swetry i szale. Urocza czapka, którą musiałam  kupić w akcie desperacji 10 kroków po wyjściu z domu i walce z wiatrem. Zapasy herbaty i gorącej czekolady. Jesień przyszła za szybko. Nie, nie za szybko. Ale zbyt gwałtownie. Zamiast pozwolić pożegnać się ze słońcem,przyzwyczaić do mżawki i szarości od razu pokazała swoją najgorszą stronę. Gdzieś wyczytałam jednak,że jesień to tylko pogoda za oknem. Za swój umysł i stan ducha odpowiada każdy sam. Może to i prawda? Może spróbuję znaleźć jakieś plusy?  Ale jak je odszukać kiedy popsuł się internet? Akurat w dniu kiedy pojawił się nowy komputer. Poszłam za kanapę sprawdzić co się dzieje z routerem i uznałam -po wnikliwej analizie, że winny jest przedłużacz. Postanowiłam więc go wymienić. Zrobiłam to jednak tak,że wyrwałam kabel. Myślałam,że sama siebie zlinczuję. Piątkowy wieczór, wkurzony ojciec, wrzeszczący brat i zniszczony kabel. Brat o dziwo wziął winę na siebie, tatko uznał,że nie ma problemu, znalazł złączkę i wrócił internet. Jeden problem rozwiązany. Drugi to sąsiad. Od czasu remontu zalał nam 4 razy sufit w łazience. Okazało się,że źle podłączył brodzik w łazience, z każdą kąpielą zalewa więc nas. Ostatecznie sąsiad przestał się kąpać,mówi,że czynność tę wykonuje u dzieci,ale kto go tam wie. Wymyślił sobie jakiś wyjątkowy brodzik na który czeka się 4 tygodnie. Czekamy i patrzymy czy znów pojawi się mokra plama. 3 razy musiałam odnosić lampkę do sklepu. Nie wiem co się działo, ale za każdym razem dostawałam trefny model, który nie działał. W końcu wybrałam inny model. Zupełnie mi się nie podobał.ale działa. A jak wiadomo jesienią światło ma moc. Zgubiłam mp3. Zupełnie nie wiem gdzie się zapodziało. Zgubiłam też ukochane mięciutkie kapcioszki. I kocyk. I w ogóle dziesiątki rzeczy pogubiło się gdzieś w drodze z jednego mieszkania do drugiego. Jest mi smutno. Zmarła babcia mojej dziecięcej przyjaciółki. Bardzo ją lubiłam. Do ostatniej chwili była moją sąsiadką. Jakoś tak popsuło mi to nastrój na dłuższą chwilę. Jej babcia robiła naprawdę pyszny makaron do przepysznej zupy pomidorowej, którą każdego częstowała. Mogłabym wspomnieć o pracy, o tym,że moja siostra zrezygnowała z ciepłej posadki na rzecz doktoratu, że po obronie-a ta ma być latem,planuje pracować w zawodzie. Dokładnie byle gdzie byle na jakiejś uczelni. W każdym razie w pracy zostałam sama. Na razie sobie radzę,ale tylko ja wiem ile kosztuje mnie to nerwów,zamieszania i chwil pełnych paniki kiedy klient uważa, że wiem więcej niż on. Tu się akurat pan inżynier myli,bo ja nic nie wiem. Teraz muszę zajmować się wszystkim,nie tylko pisaniem faktur i zarządzaniem biurem. Teraz muszę doradzać, ofertować samodzielnie i udawać,że rozumiem to co ktoś do mnie mówi. Nieraz mam ochotę niczym Małgosia Rozenek rzucić – Nie mów do mnie teraz. Idę pociąć sobie żyły mydłem w płynie. Do tego stan napięcia w pracy potęguje tatowe zaziębienie. Mówić nie może, kicha, prycha. Chciałam mu pomóc i przyniosłam domowy syrop z czarnego bzu do rozgrzewającej herbaty. Jako,że dopadło mnie jesienne zaćmienie umysłu pół słoiczka wylałam sobie na buty. A co będę żałować im zdrowej pyszności. A i jeszcze Wajda. Akurat w niedzielne popołudnie oglądałam-kolejny raz Człowieka z Marmuru. Zupełnym przypadkiem na niego trafiłam i z początku chciałam przekręcić-przecież widziałam 11 razy, może z 13? Ale nie, obejrzałam. I to chyba będzie to najważniejsze spotkanie z Wajdą. Ale to kolejne pożegnanie…..

Stop.

W domu ciągle rządzi bałagan i brak stabilizacji. Jednak weekend spędzony na układaniu,przekładaniu,wierceniu i wieszaniu na coś się przydał. Widać postępy. Poświęciłam też czas na opanowanie piekarnika. Pierwsze ciasto upieczone. No dobrze, najpierw upiekłam ciasto, a potem przeczytałam instrukcję. Instrukcja potwierdziła to co sama sobie wydedukowałam. Magiczny piekarnik opanowany. Brawo ja. Okazało się,że mam magiczne zdolności i telepatycznie komunikuję się z piekarnikiem. Nic się nie przypaliło,nie było zakalca,a pieczeń na obiad wyszła wprost idealna. Czysta magia. Do tego zjedzona została przy stole. Tak, w końcu przyszedł ten właściwy. W końcu został złożony. Są kwiaty, obrazy, zdjęcia. Zostało tylko przyniesienie z piwnicy pozostałych kartonów,rozpakowanie i wyłożenie ich na półki.

Mam wannę. Dwa miesiące bez tego urządzenia dały mi w kość. Nie lubię prysznica na co dzień. By poradzić sobie z jesienną apatią kupiłam parę rodzajów płynów do zapachowych kąpieli i wieczorami oddaję relaksowi w moim nowym królestwie. Dużo piany, parę świeczek i jakbym miała lepszy nastrój.

Zaszalałam. Tak, proszę państwa,szaleję. Pomalowałam paznokcie. Dzięki promocji zaoszczędziłam połowę ceny kosmetyków. No, ok, prostu wydałam połowę mniej. Kupiłam ukochane pomadki, jesienne lakiery do paznokci. Od razu zrobiło mi się przyjemniej.

Grzany cydr. To moje odkrycie. Pół szklaneczki to moje maksimum co trzeci dzień, ale uwierzcie, działa gdy wieczór ponury i deszczowy.

Herbata. Jagodowa. Wypita w samotności w kawiarni. Zajęłam najlepszy stolik, wyjęłam książkę. Co z tego,że koleżanka odwołała spotkanie. Miałam pomalowane paznokcie, szkoda było niedzieli na chowanie ich za drzwiami. Co z tego,że wokół same pary na jesiennych randkach. Ja byłam na randce sama z sobą. Polecam.

Pokochałam zbożową kawę z cynamonem na podwieczorek. Do tego kawałek ciasteczka. Celebruję takie drobne chwile bo dają nieco radości.

Wróciłam do jogi. Takiej dłuższej wersji,nie robionej w 2 minuty. Mam jakby więcej dystansu. Nawet do bolących mięśni.

Bolą mnie nogi od chodzenia z tatą po centrum  handlowym. Mój tata jest gorszy niż tysiąc kobiet na zakupach. Miał wybrać sobie buty. Wybierał trzy dni. I nie wybrał do tej pory. Ale to takie urocze chwile. To jego niezdecydowanie, lekka próżność, nieufność… Kochany tatuś.

Za to ja już wybrałam miejsce gdzie spędzę swój imieninowy weekend. No tak, wiem to śmieszne, imieniny mam przecież 22 lipca. Ale wiecie gdzie zacznę świętowanie? Kto jako pierwszy złoży mi życzenia? I to śpiewająco? |Kto rozkręci imprezę w noc przed imieninami i sprawi,że zacznę świętować już dzień przed, a raczej noc przed? Oczywiście Dave Gahan, który tego dnia będzie czarował, tańczył, śpiewał i się rozbierał w Warszawie. Szykuje mi się cudowny,babski weekend. Kocia Damo-czekam na Ciebie.

Miało być o apatii. O początkach zniechęcenia. Ale wyszło, że jednak jesień to jedynie pogoda za oknem…..

ścieżka dźwiękowa- Leonard Cohen- If it be your will 

P.S. Mp3 znalazłam. Leżało, aż wstyd, koło łóżka,pod ładowarką.

P.P.S. Przepraszam tego pana, który dzwonił dziś w trakcie konferencji Depeszy. Nie chciałam być niemiła, ani nie,że mi nie zależało na pana sporym zamówieniu. Ale wie pan mam pewne priorytety. I nawet bura od taty-szefa tego nie zmieni.