Singielka na wsi-epizod pierwszy

Singielka( w tej roli dawno niewidziana Scarlett) od paru dni nie miała humoru,snuła się po domu,irytując się o wszystko i irytując wszystkich.  Życie Singielki wydawało się takie smutne i maksymalnie powtarzalne. Męczyło  ją już wszystko. Wtem Singielka zasiadła do komputera i bach, na jej twarzy pojawił się zarys uśmiechu. Singielkę-kucharkę amatorkę,zaproszono do jednej z lepszych lokalnych restauracji na warsztaty z szefem kuchni i fotografem lokalu.Takiego lokalu gdzie ceny przystawek zaczynają się od 35 złotych,więc Singielka nigdy tam nie była,bo lokal wydawał się mieć za dużo klasy dla stanu kasy bohaterki. Mniam,Singielce oczy zaczęły błyszczeć,w końcu.W końcu coś wyrwie ją z tej rutyny i z tej trasy-praca-wieś-market budowlany-sen. Singielka była maksymalnie zadowolona.

Singielka pochwaliła się dwóm osobom swoim szczęściem. Nagle katar wydał się mniejszy, gardło przestało boleć,wieś przestała tak uwierać.Taki drobny zastrzyk szczęścia.Życie jest fajne. Singielka, jako ta do bólu racjonalna postać,postanowiła sprawdzić połączenia autobusowe. W końcu nie mieszka w swoim mieście, skąd autobusy do centrum jadą co 7 minut. Kąciki ust opadły, uśmiech jakby się stopił od upału,na twarzy Singielki pojawił się dobrze znany grymas i rozpaczliwe pytanie-dlaczego, dlaczego o dobry losie mi to robisz, czym ja zawiniłam?No czym.Sprzątam, jestem miła i w miarę grzeczna. Singielka poczuła się jak dziecko,które zamiast wymarzonego prezentu od Świętego dostało rózgę,i to przed całym przedszkolem.

W soboty z tej wsi odjeżdżają trzy autobusy. Tak dobrze słychać,słownie trzy, a cyferkowo 3. Jeden o absurdalnej porze,czyli o 5.40.Drugi o 12.30, spóźniony na warsztaty o 3,5 godziny. Ten trzeci kurs o 18.42 podaję już pro forma. Singielka znów żałośnie załkała, i powtarzała-dlaczego,dlaczego o losie mnie tu zesłałeś? Po angielsku why,why……

Singielka pomyślała, że może brat pomoże.Nie, on nie wstanie o o 8 rano,nie ma szans. Sorry siostra. Singielka poszła do swego ojca.Tu było podobnie,sorry córka,to sobota,ślub mojej bratanicy,co prawda nie idę z mamą na wesele,ale mama chce iść do fryzjera,muszę ją tam autem zabrać…. Singielka nawet zadzwoniła do firmy taksówkarskiej ile teoretycznie kosztowałby taki kurs,ale kwota od 70 do 80 złotych skutecznie zakończyła rozmyślania o tej opcji transportu.

Gdyby Singielka miała więcej determinacji,siły wewnętrznej,odwagi,rozsądku i takie tam to dziś miałaby prawo jazdy,wzięłaby drugie auto i sruu, pojechała na warsztaty.

Gdyby Singielka miała super pracę i sporo pieniędzy bez żalu zapłaciłaby za taksówkę z uśmiechem na ustach. Ale Singielka zlikwidowała swoje oszczędności by dołożyć się do remontu pokoju,stąd dziś jej konto nie świeci nadmiarem gotówki.

Gdyby Singielka miała większy biust, dłuższe nogi,pełniejszy uśmiech, była milsza, etc,itp,itd, to dziś miałaby Szczura.Swojego Szczura,który z radością zawiózłby Singielkę na te warsztaty,będąc dumnym,że jego Mysza spełnia marzenia i się rozwija. Może po wszystkim poszliby na długi spacer, potem na kubek czekolady?I może nawet kupiłby je malutki bukiecik ogrodowych kwiatków od starszej pani….. Ona założyłaby tę uroczą sukienkę i tak szliby trzymając się za ręce….

Gdyby Singielka miała więcej kondycji,albo bądźmy szczerzy,po prostu rower obok siebie,pojechałaby na te warsztaty. A potem zjadłaby wszystko do ostatniego okruszka. A co!

Ale nie, Singielka sobotę spędzi w domu, zamknięta na wsi niczym kura w klatce. Upiecze ciasto, zamiast pod okiem szefa kuchni,pod swoim.O ile coś zobaczy,bo jej oczy będą nachodzić łzami. Bo ona bierze ślub, bo tam gotują z szefem kuchni, bo ktoś chodzi na randki i spaceruje po tym pięknym mieście,a ona? A ona znów będzie udawać,że jest ok. Albo nie będzie?….

Mówię Wam,Singielka na wsi ma zawsze pod górkę.

39863209a6a9b0a42242da5e83972f1c

Ścieżka dźwiękowa-Toto-Rosanna

 

 

 

Advertisements

44 uwagi do wpisu “Singielka na wsi-epizod pierwszy

  1. Blueberry pisze:

    A nie ma szansy, żeby przespać się u kogoś znajomego w mieście warsztatów?

    Nie podoba mi się gdybanie nr 3 – dlaczego zakładasz, że problemem jest dziewczyna, a zwłaszcza (o zgrozo) jej wygląd? Może trochę pechowo spotyka samych palantów na swojej drodze? Myślę, że sama dobrze wiesz, że nie zawsze życie ze Szczurem jest takie kolorowe – jak się trafi jakiś parszywy osobnik to zamiast gdzieś zawieźć, zamknie w klatce.

    I na koniec, nie gdybaj (Kazik ma taką piosenkę, chyba „Plamy na słońcu”), to nic nie zmieni. Nikt nie ma idealnego życia, każdy codziennie mierzy się z masą problemów. Ja też czasem łapię się na myśleniu „gdybym coś” – ale wybrałam inaczej, stało się inaczej i mam masę innych rzeczy, z których mogę się cieszyć. Poza tym, „gdyby coś” okazało się prawdą mogłabym nie przeżyć wielu innych fajnych rzeczy. Życie mamy jedno, nasze własne i wbrew wszystkim przeciwnościom warto się nim cieszyć.

    Lubię to

    1. Myślałam o tym by poprosić kuzynkę o nocleg,ale ona akurat ma gości i miejsca brak.Ciocia zaś nikogo nie gości,bo ma hmm dziwne zasady,a reszta to idzie na ten ślub i raczej moje niepojawienie się na ślubie razem z rodzeństwem jest odbierane jako afront,więc nie będą mnie gościć. A dzieciatym koleżankom się nie będę zwalać na głowę, także tego,wieś mnie pokonała.
      Ja to wszystko bardzo ironicznie napisałam:) Ja się życiem cieszę, i nawet śmieszy mnie ta cała sytuacja,ot,dostaje ciekawą szansę to głupi autobus jest staje na drodze. Już mnie zacznie dziwić jak coś pójdzie po mojej myśli 😉

      Lubię to

  2. katasza pisze:

    Szkoda, taka fajna okazja… Może brat by się jednak poświęcił?
    W ogóle to skandal – trzy autobusy w sobotę? Na wsiach bez samochodu albo innego własnego środka transportu bywa ciężko, ale tak blisko miasta?
    Gdybać zawsze można. Czasami myślę, że mogłam zrobić coś inaczej albo że coś się mogło inaczej potoczyć, nie jestem do końca zadowolona ze swojego życia, ale nie mam pewności, że potrafiłabym inaczej zdecydować, swojego charakteru też do końca nie zmienię…

    Lubię to

    1. W niedzielę dwa,na Mszę 😉 I tyle,bo to wieś,ale jednak każdy tu ma samochód i busem mało osób jeździ muszę przyznać, a w niedzielę to już by pusty musiał jeździć pewnie,bo naprawdę jest kamieniczka na 4 rodziny i 8 garaży pod spodem…. Także z autobusu korzystam ja i dzieci,które dwa przystanki podjeżdżają do szkoły.

      Lubię to

  3. A nie za łatwo się ppoddajesz? Czasami warto troszkę się poświęcić. Jedzie o 5.40 autobus? Jedzie! Tata również mógłby najpierw Cię powieźć, a pozniej do fryzjera. Nie musisz byc na rowna godizne- poczekałabys godzinkę dwie i dotarłabyś na warsztaty. Nie masz w tym miescie rodziny, przyjaciol, znajomych ktorzy mogliby Cie przenocowac? A moze warto wydac kase na taksowke? Mnie akarat takie warsztaty nei bawia ale potrafilam jechacv w ciemno ponad 200 km bez zapewnionego noclegu i bez planu jak wszystko ogarnac by walczyc o to bylo dla mnie wtedy wazne!

    Lubię to

    1. Tak,ale fryzjer jest w innej części miasta,nie da rady mnie zawieść, bo straciłby w sumie 3 godziny. Już się wścieka,że musi mamę zabrać i wieść do jakiejś super fryzjerki do innego miasta. Więc odpada. A autobus o 5.40?Nie mam problemów z rannym wstawaniem,tyle,że co ja będę robić o 6.10 w Gdańsku? :)I pamiętajmy zostanie mi 3,5 godziny do warsztatów. Ani kawiarnia nie otwarta,ani koleżanka mnie nie zaprosi na herbatkę,więc siedzenie na ławce odpada jednak. Jak pisałam nie mam możliwości noclegu,rodzina wybiera się na wesele,a ja nie,więc jestem złem wcielonym. A wiadomo zależy mi,ale jednak nie aż tak,by jechać po ciemku.Niestety, ta data nie jest fortunna, gdyby to było tydzień później,byłoby super,ale przez ten ślub jestem tutaj uwięziona.

      Lubię to

  4. Katarina pisze:

    Szczerze? To trochę chujowe podejście ma Twój brat.Nie wozi Cię codziennie ani nie jest to środek nocy, więc mógłby się poświęcić i podrzucić Cię do miasta.
    Mówię Ci, rób to prawko. Niezależność cudownie smakuje.

    Lubię to

    1. Mój brat kładzie się o 4 spać,więc dla niego to środek nocy;) Aczkolwiek oczywiście mógłby się poświęcić,ale go nie zmuszę.
      Gdyby to zależało od moich umiejętności to bym miała prawko,ale niestety,stres mnie pokonuje, i na samą myśl o egzaminie mam dreszcze.

      Lubię to

      1. Katarina pisze:

        No to rozumiem, ale ten jeden raz naprawdę mógłby ruszyć zadek- nie zrywasz go tak „z rańca” co tydzień, nie?
        Też się stresowałam, ale zdrowy rozsądek zwyciężył- trzeba było jeżdzić samemu i tyle.
        Aczkolwiek, jak naprawdę czujesz strach, to może lepiej odpuścić-zbyt wielu kierowców widzę, których za wuja pana nie powinno się dopuścić za kółko, co najwyżej karuzelą mogą kręcić a nie furą…

        Lubię to

      2. Strachu przed jazdą nie mam. Najbardziej mnie stresuje mówienie instruktora-ja nie widzę czego więcej mogę ciebie nauczyć,potrafisz wszystko i zdasz. I lubię jeździć i dobrze jeżdżę,ale czuję taką presję by zdać,że moje umiejętności przegrywają ze stresem,który mnie dosłownie ogłupia. Ot,nie zdałam bo zapomniałam światła włączyć….. No głupota totalna,ale znów działają nerwy,bo mi wstyd,że nie potrafię zdać i tak chcę,że nie udaje mi się.

        Lubię to

      3. Blueberry pisze:

        Katarina, stres przed egzaminem, nie jazdą 😉 Ja doskonale Lenę rozumiem, bo mnie egzaminy również mega stresują, zwłaszcza takie, gdzie zdanie nie zależy od mojej wiedzy, tylko np. czasu reakcji, innych osób etc.
        Zdałam za drugim razem, a porażka po pierwszym była tak głęboka i tak się stresowałam, że jak wsiadałam i ruszałam na placu to przy przyciskaniu sprzęgła tak mi się noga telepała, że myślałam, że nie dam rady 😉 Do tego u mnie wtedy była presja otoczenia, bo 95% osób z klasy robiło prawko i co chwilę ktoś zdawał – głupio i wstyd oblewać i marnować pieniądze rodziców na egzaminy i dodatkowe jazdy. A kierowcą chyba jestem w miarę okej :p
        Podobne przeżycie miałam na egzaminie żeglarskim – choć tutaj mniej stresu, bo jednak patentu mieć nie musiałam. Wiedziałam, że żeglować umiem i nawet bez patentu będę to robić (ostatecznie zdałam w bardzo ładnym stylu, mając najkrótszy egzamin ze wszystkich :p). Ale w przypadku prawka – bez niego nie pojeździsz, a porażka boli.

        Lena, znam dziewczynę, która zdała za 13-tym razem 😉 Ostatnio moja koleżanka zdała po 11 latach „przerwy”, w sumie to chyba był jej 4 raz. Sama ze sobą i moim strachem często walczę, ale warto próbować.

        Lubię to

      4. ja na jednym egzaminie tak się zablkowałam,że 7 razy zgasłam nim na pas ruchu dojechałam;) Właśnie,wszyscy w domu mają prawko,zaczęłam kurs z mamą i bratem,jeździliśmy z jednym facetem,on mi mówił,że jeżdżę z nas najlepiej,ale, ale wszyscy zdawali,a ja nie. I to przez głupoty same,bo ja na egzaminie naprawdę głupieję i zamieniam się w idiotkę totalną…. Musiałabym zjeść 5 Relanium by to przejść na raz oczywiście.

        Lubię to

      5. katasza pisze:

        Jestem zdania, że egzaminy u nas są za trudne i zbyt stresujące, przez to robi się z nich loteria.
        Nauczanie też wygląda różnie, zdarza się klepanie placu na pamięć, a mnie to w ogóle na pewne rzeczy ludzie zwracali uwagę dużo później (a długo jeździłam wyłącznie z tatą – nie polecam, uwsteczniające i oduczające samodzielności doświadczenie)…

        Lubię to

      6. Wszystko co wymagane co prawda opanowałam,aczkolwiek tego opanowania mi właśnie brakuje. Gdyby egzamin miał tylko sprawdzić wiedzę byłoby super, ale u nas w statutach tych ośrodków jest zapis ,że mają przynosić zysk,czyli jednak oblewanie jest najprostszym sposobem na to. A ja jestem idealną kandydatką do oblania, wystarczy nie ta mina egzaminatora i koniec, panikuję i po zabawie.

        Lubię to

  5. To fakt, jako człowiek ze wsi potwierdzam, że bywa ciężko. Jednak przez 3 lata chodzenia do liceum w mieście narobiłam sobie dość znajomości, żeby bez problemu wprosić się do kogoś na nocleg i ominąć jakoś te kijowo jeżdżące pociągi. Bo na rodzinę naprawdę nie ma co liczyć, za to na przyjaciół jak najbardziej.

    Lubię to

    1. Na rodzinę zawsze mogę liczyć,to nie tak 😉 Taka sytuacja poplątana się zrobiła,tu ten remont,ta wieś wyskoczyła, ten ślub, i jakoś tak wyszło,że moja potrzeba zniknęła w tłumie. Ale cóż,nie zabiję się przecież dla warsztatów.To tylko warsztaty….

      Lubię to

  6. A już miałam gratulować! Bo taka okazja – warsztaty nie zdarzają się każdemu i zawsze! Czuj się wyróżniona! Ja bym jednak coś pokombinowała, brata błagała, przekupiła i obiecała tonę ciastek i pysznych śniadań przez najbliższy miesiąc to potrafisz zapewnić 😉
    Ale tak czy inaczej gratuluję – fajnie się odezwali! 🙂

    Lubię to

    1. Dziękuję 🙂
      No niestety mój brat jest innym typem niż ja.On wcześniej niż o 3 w nocy nie zaśnie, za to śpi potem do 10 i nie daj Boże go obudzić wcześniej,choćby się paliło,to on musi spać.Próbuję go przekonać,ale gad oporny.

      Lubię to

    1. Wybacz, dziś stojąc na przystanku zobaczyłam,że się pomyliłam z tym rozkładem. autobus nie jedzie o 5.40, ale o…. 4.50. Tak, 4.50. Także na pewno nie pojadę o tej porze…… Na marginesie kto i gdzie jeździ o 4.50?…..

      Lubię to

      1. Katarina pisze:

        Ludzie do pracy na pierwszą zmianę. Od moich Dziadków są autobusy do Wawy w takich godzinach, bo ludzie 90 km jadą do pracy…:/

        Lubię to

      2. Ale w sobotę? Normalnie w tygodniu pierwszy autobus o 5.30,a w sobotę nagle o 4.50….Tutaj ludzie raczej o takiej porze nie pracują,to jak mówiłam wyjątkowo bogate tereny i autobusami mało kto jeździ… Same wiejskie wille….

        Lubię to

  7. Singielka musi uwierzyć w siebie, a wtedy pojawi się Szczur, taksówkarz, a nawet i ochroniarz :). A poza tym, to dobrze Cię rozumiem, bo miałam tak samo i brat też nie chciał mi pomóc, choć mógł.

    Lubię to

      1. Katarina pisze:

        powtórzę- chujowe podejście. Gdyby sytuacja była odwrotna ( i miałabyś prawko:P ), to na pewno byś go podwiozła. Co z niego taka „szlachta”?

        Lubię to

  8. Lena nie marudź, faceci nie zwracają uwagi na duży biust czy długie nogi, po co im taka panna jak ma pstro w głowie, na dłuższą mete faceci wolą coś więcej niż ładny wygląd choć czasem ma on znaczenie ale na pewno nie pierwszoplanowe! ja mam duży biust i nie wiem czy jest to aż taki atut jak tylko na to mężczyzni zwracali we mnie uwage, a to jaka jestem pomijali;/ to faktycznie zadupie;/ ja bym chyba zainwestowała w noc w hotelu czy pensjonacie i poszła na te warsztaty:)

    Lubię to

  9. Bardzo szkoda, że tak wszystko pod górkę, bo super okazja. Zawsze współczułam współlokatorce, która mieszka na wsi. Tragiczne połączenie, 2 autobusy do miasta i to w takich porach, ale aż się żal robi. O sklepy też ciężko. Wszędzie daleko. W dzisiejszych czasach mieszkac na wsi bez samochodu musi być bardzo ciężko, bo prosić też nie można zawsze. Sama nie mam prawa jazdy, więc wiem, że to trochę ogranicza, chociaż ostatnio wszędzie jeżdżę rowerem, bo super opcja.
    Szkoda, że brat się nie da uprosić…

    Lubię to

    1. Ja na co dzień nie potrzebuję auta-mieszkam w samym centrum,wszędzie dojdę pieszo,albo miejskim,bezpłatnym autobusem dojadę w parę minut.A teraz te dojazdy mnie wymęczą i wszędzie daleko,dookoła nic nie ma i to rodzi problemy….

      Lubię to

  10. Zbych pisze:

    Taki chwytliwy tytuł że liczyłem na jakieś fotki z wypraw po okolicznych polach/lasach 🙂 W końcu warto wykorzystać te kilka dni na peryferiach by pokontemplować na łonie natury. Niestety kwestia logistyczna to zawsze największy problem mieszkania w takiej okolicy. Musze kiedyś podpytać babcię jak to było w zamierzchłych czasach siermiężnego PRLu, gdy nie było samochodów – ale z tego co kiedyś dziadek opowiadał to wszędzie się chodziło piechotą ewentualnie łapało podwózkę na konnym wozie bo nawet jak był rower to dętki były na wagę złota (ale tamte czasy to zupełnie inna bajka).
    Eh… chciałem dodać coś optymistycznego na koniec ale nic mi do głowy nie przychodzi bo sam mam podły nastrój… w dodatku marną pogodę za oknem bo u mnie jesień zawitała na całego

    Lubię to

    1. Fotki może będą,może:)
      Mój tata mieszkał 12 lat na wsi, do szkoły szedł 4 kilometry w jedną stronę,autobusów nie było,no fakt,dziadek miał auto,ale raczej był to pojazd niedzielny do kościoła ;)A tak to cóż,wszędzie pieszo, a sklep 6km od domu był. I jakoś żyli;) Nawet nie będę porównywać tego z odległościami na Syberii,nie będę pytać babci jak sobie tam radziła,nie wiem jak to wytrzymała,w ciąży i z dzieckiem;)

      Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s