Summertime sadness

Jakoś tak za miło było. Tak spokojnie,sielsko i anielsko. Wakacje, remontowe ekscytacje, wszystko mnie cieszyło i w ogóle czułam się jakbym zażyła jakiś naturalny dopalacz.  Aż tu nagle parę drobnych zdarzeń i bach. Na ostatnią chwilę dopadł mnie letni smutek….

Remont zaczyna mnie irytować. Może nie tyle sam remont co ta otoczka. Życie na walizkach i kartonach. Początkowa radość zamienia się w złość. Nic nie mogę znaleźć,ciągle czegoś szukam. Boję się,że pewne rzeczy straciłam bezpowrotnie. Złości,wścieka,doprowadza do niezdrowych wypieków twarzy bałagan. Nie mam szafy,nie mamy szafy. W tym mieszkaniu nikt nigdy nie mieszkał dłużej niż podczas 2 tygodniowego urlopu.Brakuje szaf i schowków. Żyję jak w magazynie odzieży używanej. Wczoraj w ogrodzie znalazłam garnek,ten,którego szukałam parę dni. Jak moją pedantyczną naturę to rani,jaki zadaje ból ten nieporządek. Dosłownie czuję chaos całą sobą,również w głowie. Nie potrafię się zrelaksować. Ciągle chodzę w stanie niepotrzebnego napięcia. Męczą mnie dojazdy do pracy. Kiepsko mi się tu śpi. Nie tylko mi. Mój tata,moja mama,brat-nie umiemy tu spać. Kładę się każdego dnia coraz później,a rano nie potrafię wstać. A przecież muszę wstawać dużo,dużo wcześniej, bo dojazd zabiera ogrom czasu. W  tych korkach mam wrażenie,że zakwitnę. Nie znoszę iść na ten przystanek. Tylko ja tam wsiadam,przecież w tak ekskluzywnym miejscu każdy ma auto. Ja nie mam. Nie mam też prawa jazdy. A moja kuzynka właśnie robi kurs, przyjaciółka też się zebrała po 8 porażkach. Bombardują mnie swoimi postępami i czuję się jak nieco idiotycznie. Ostatnio jeden klient powiedział,że jestem kobietą wygodną,skoro nie mam plastiku uprawniającego do odpalenia samochodu poza własnym garażem. I tak męża nie znajdę. Trudno.

Ostatnio na rynku spotkałam taty brata z żoną. Jako,że kupowałam jajka u dalekiej cioteczki, musiałam wysłuchać opowieści o weselu już za tydzień. Było o menu-żebym wiedziała co tracę, jak pięknie będzie kuzynka wyglądać w sukni-żebym wiedziała,że ja nie będę tak wyglądać nigdy, że jej narzeczony to cudowny chłopak-dla mnie szczur, ale niech zazdroszczę. W każdym razie zostało mi tylko głupio się uśmiechnąć i tyle. Oczywiście jako,że nastrój miałam iście listopadowy zostało mi tylko kupienie czegoś do stworzenia ciasta i zjedzenia połowy na ciepło, prosto z pieca. Bo przecież jest mi smutno i źle. Szczur nie szczur, jakiś by się czasem przydał.

Przydałoby mi się nieco farta. Wczoraj i dzień wstecz ,miałam niedofart.  Tak po prostu. Nie wiem czy istnieje takie słowo,ale podoba mi się,czyli może być. Szłam po pracy na autobus w tym wrześniowym upale. Dzwoni mama,że mam kupić parę rzeczy w sklepie z robaczkiem w logo. Ok,mama wspominała,że brakuje tego i tamtego,i jeszcze tych dwóch rzeczy,a tamtego produktu z dolnej półki to w ogóle tak na brak,że nie wiadomo jak możemy żyć bez niego. Dzielnie stoję w kolejce do kasy. Coś się popsuło.Ok, mija 7 minut, 38 sekund i taśma sunie moje zakupy ku kasjerce. Jeszcze parę uśmiechów, jeszcze zapłacę,i pędzę na przystanek. Po drodze przypomniałam sobie,że powinno być mi ciężko bo niosę za dużo. I rzeczywiście poczułam dziwną ciężkość. Krok mój zrobił się dziwnie dostojny, robił z pewnością wrażenie na okolicznych psiakach,ale nie na kierowcy autobusu,który gdy w końcu doczłapałam się do miejsca zwanego przystankiem odjechał. Kolejny autobus za 40 minut. Dzwonię do brata-przyjedź po mnie. On,że chętnie,ale poszedł sobie szukać stworków,jest 40 minut od auta,więc prościej będzie jak pojadę już tym autobusem. Ok, pomyślałam,że fajnie będzie wejść do mieszkania,bo panowie mieli kłaść podłogę w łazience i chciałam ją zobaczyć. Mili panowie mnie zaskoczyli bo zaczęli malować mój pokój. Kolor okazał się idealny. Śliczny. Do ostatniej chwili wahałam się między trzema odcieniami, ostatecznie wybrałam bez przekonania, to znaczy chciałabym najchętniej wszystkie trzy mieć na ścianach w pokoju. Jaki wybrałam? Nie zdradzę. Wybrałam kolor numer trzy,a na ścianie okazał się zaskakującym kolorem numer cztery.. W każdym razie rozmawiałam z panami, i dostałam wiadomość od mamy,skoro jestem w centrum to może zajrzę do apteki. Chętnie, od dwóch tygodni chodzę z katarem a, że w mojej wsi  nie ma apteki to wykończyłam wszystkie swoje zapasy. Czas znów wybrać się na zdrowotne łowy. W aptece była nieziemska kolejka. Ale ja musiałam kupić polopirynkę. Więc kupiłam,a potem biegłam na przystanek. I bach,powąchałam autobusowe spaliny.Spóźniłam się na drugi autobus tego samego dnia. Zadzwoniłam do brata-przyjedziesz? Przyjadę. Ok,czekam. Po 10 minutach dowiaduję się,że brat nie przyjedzie.  Pralka się zbuntowała,a jako,że to ta wynajmowana,to mama wpadła w dziką histerię. Ok, postanowiłam,że przejdę się na pętle. Bo mam spore te zakupy,a chcę mieć pewność,że spocznę wygodnie w autobusie. Doczłapałam się we wrześniowym upale na pętle,a tam już stoi autobus. No czy ktoś może mieć większego pecha? Znów mi odjedzie? Jak tak to siadam na ulicy i ogłaszam strajk głodowy. Pędzę,wpadam do autobusu,żądam biletu, pan się śmieje.  Śmieje się bo to nie ten autobus. Wysiadam z godnością. Za chwilę podjechał właściwy. Uff. Siadłam wygodnie. Spóźniona o 150 minut dojechałam do domu.

Właśnie,lato, pięknie jest. A ja zaziębiona. Kicham,kaszlę, okropnie boli mnie gardło. Musiałam chodzić do pracy,bo mej siostry nie było w mieście,konferencja. No i cóż, teraz te piękne dni późnego lata spędzę kichając i zamiast orzeźwiających lodów będę spożywać pastylki łagodzące ból gardzioła.

 

Mało Waszym zdaniem? Popsuł mi się telefon. Mam dwa. Jeden służy mi do rozmowy, drugi robi za aparat,który czeka na kabelek i z braku prądowego jedzonka się wyłączył. I teraz ja mądra włączyłam w pracy wi-fi, i mądry telefon sam z siebie pobrał aktualizację. I wiecie co? Sam z siebie dokonał restartu, takiego solidnego, wykasował mi wszystkie zdjęcia z Krakowa, w ogóle z ostatniego miesiąca. Wściekłam się jak mało kto. O mało co nie dokonałam jakiegoś czynu prawem zabronionego. Jakie to szczęście,że jest blog, gdzie mam nieco zdjęć,że jest Facebook,że jest Instagram,mogę je sobie pooglądać,ściągnąć i mieć parę wspomnień dla potomnych. Ale siłą rzeczy uciekło mi wiele pięknych zdjęć, rodzinnych. Czuję wielką pustkę. Czy to normalne?

Miałam takie fajne plany na ten dzisiejszy dzień. Już dawno je poczyniłam,miało być fajnie.I co?Wczoraj wieczorem miałam gorączkę.Pewnie ostatnią tak piękną niedzielę spędzę przed telewizorem przeskakując z kanału na kanał. I tyle by było na dziś.

065a11fc0c32c504994b63279904ff601

Ścieżka dźwiękowa-Lao Che-Errata

 

Advertisements

47 uwag do wpisu “Summertime sadness

  1. Może opisywane problemy z pozoru nie są problemami na skalę załamania nerwowego, ale gdy zbierze się je w ‚kupę’ to naprawdę można być mocno sfrustrowanym.
    Szybko zleci czas i nie zdążycie się obejrzeć, a już będziecie w wyremontowanym i pięknym gniazdku:)
    Perypetie z autobusem także wyprowadziłyby mnie z wewnętrznej równowagi:) A można zapytać o kwestię prawa jazdy? Jeśli tak to czy planujesz podjąć kolejną próbę? Kiedyś musi się udać, a jeździć nauczyć się można już z dokumentem w ręku.
    Zdjęć bardzo szkoda, tych straconych rzecz jasna.

    Lubię to

    1. właśnie ten czas mi się wyjatkowo dłuży, ciągle czuję się jak na biwaku.Już chciałabym być w domu;)
      Przestałam myśleć o prawie jazdy mówiąc szczerze-choć teraz mieszkając na totalnej wsi, czuję żal co rano mijając nasz samochód,którym mogłabym jechać do pracy,skrótem. Zamiast tego idę na autobus. Ale bardzo mnie złości gdy wszyscy mówią jakie to proste,widocznie ja jestem tumanem jakimś;)

      Lubię to

      1. Ja po wewnętrznym egzaminie doznałam załamania nerwowego i stwierdziłam, że to nie dla mnie, ale szkoda mi było kasy i czasu poświęconego. Lubię doprowadzić temat do końca. Mówią, że ‚to łatwe’ ci, którzy zdali, bo już mają dokument w ręku. Ja zdałam nie umiejąc jeździć, ale szczęście dopisało. Zdanie nie wiąże się z cudem, ale ciężko nauczyć się bycia super kierowcą tylko na kursie. Moim zdaniem, dałabyś radę, bo i tak na pewno lepiej jeździsz niż ja zdając egzamin. Szczęście mi towarzyszyło po prostu.

        Lubię to

      2. No mi właśnie brakuje tego szczęścia na egzaminie ;)To nie to,że ja nie mam umiejętności,paru egzaminatorów mówiło mi,że jeżdżę dobrze,sami zwracali uwagę,że paraliżuje mnie stres.Nie wiem jak byłoby teraz,ale powiem Ci szczerze,że mi szkoda pieniędzy na próbowanie czy teraz bym dała radę. Z jednej strony szkoda mi włożonych w to środków,z drugiej zaś liczba banknotów wydanych bez sensu powoduje,że nie chcę bilansu powiększać znów na minus.Może za 5 lat będę miała taką sytuację finansową,że będę mogła próbować do skutku bez stresu-wtedy pewnie zdam od razu:)Mnie chwilowo paraliżuje myśl,że znów się nie uda i wydam tyle pieniędzy na darmo. Także wiem,że jeździć potrafię,ale stresu nie umiem zahamować a podkręcić bieg na sukces.

        Lubię to

      3. Zbych pisze:

        Nie poddawaj się !! Ten kawałek plastiku to wielce przydatna umiejętność w dzisiejszych czasach nawet jakbyś miała nie posiadać własnego 4-kołowca (rzekłbym nawet że niezbędna – jak pływanie czy jazda na rowerze). Nie ma co robić sobie za dużej przerwy bo potem potem ciężko się wraca… A teorie masz już zaliczoną? Teraz o ile pamiętam jest „dożywotnia” , ale nigdy nie wiadomo co naszym szacownym rządzącym przyjdzie do głowy i mogą znów namieszać…
        Tak więc DO BOJU !!
        (wiem, wiem… brzmi to trochę socrealistycznie – niczym sławetne „kobiety na traktory” 🙂 )

        Lubię to

      4. dwa razy zaliczałam,bo raz ważna była pół roku,potem zrobiła się dożywotnia. Nigdy nie wiesz kiedy wrócę,może za pół roku,może za 10 lat? Kiedyś wrócę:) Nie poddam się to na pewno;)

        Lubię to

  2. jak pech to pech, u Ciebie to cała lawina negatywnych zdarzeń;/ jedno to jeszcze, nawet dwa można wytrzymać ale tyle bywa irytujące…. pociesz sie że każdy remont kiedyś sie kończy i wrócisz do swojego idealnego domku z wymarzonym kolorem na ścianach:)

    Lubię to

  3. Norrie pisze:

    Wiesz, jaki kolor wyszedł, jak pomalowałam ściany w swoim pokoju kolorem „piasek pustyni”? Ceglasty czerwony. Remonty są męczące, ale jak później jest ładnie, świeżo, nowo 🙂
    Sprawdziłam i nie ma takiego słowa jak „niedofart”, ale doskonale wiem, o czym mówisz.Niby to tylko takie upierdliwe drobiazgi, ale jeśli nazbiera się ich więcej, to czasem są gorsze niż jeden wielki niefart.
    A jeśli cię to pocieszy, to w ubiegłym tygodniu rozkładała mnie grypa, a jak już się wyleczyłam, to dopadł mnie taki ból gardła, a później katar, że nie wyrabiam… :/

    Lubię to

    1. U mnie aż takiej różnicy nie ma,aczkolwiek byłam nieco zdziwiona efektem. Każdy kolor wyszedł nieco inaczej,na szczęście wybieraliśmy jeden kolor,różne odcienie,więc cały dom jest kolorystycznie dopasowany,aczkolwiek niedopasowany do tego co zakładaliśmy 😉
      To przybijam przeziębieniową piątkę.Właśnie piję majerankową herbatkę z imbirem i miodem. Ponoć ma nieco zmniejszyć katar.Kolejnej nocy z zapchanym nosem nie chcę mieć:) Zdrówka:)

      Lubię to

  4. sanglant pisze:

    Takie drobne dobijające zdarzenia, do tego jakieś niepotrzebne komentarze i można się gorzej poczuć…
    Samo życie w chaosie i na walizkach męczy, ale niedługo wprowadzicie się z powrotem do swojego nowego lepszego mieszkania. Ja ostatnio miałam kryzys decyzyjny, już robiło mi się niedobrze od patrzenia na katalogi grzejników, a do tego szybko muszę się zdecydować na okna i drzwi wejściowe…
    Strata zdjęć też by mnie wkurzyła, i to jeszcze z wakacyjnego miesiąca. :/ Nie zapisał ich gdzieś w chmurze (samsung mi zapisuje niepytany)?

    Lubię to

    1. No ja zawsze zapisuję zdjęcia na dysku wewnętrznym w stacjonarnym komputerze. Ale teraz korzystam z laptopa siostry-nie chciało mi się tamtego podłączać i byłam pewna,że będzie w porządku jak sobie poczekają w telefonie te parę tygodni,a tu bach i klops. Nie chciałam zajmować siostrze pamięci i mam,zdjęcia w swojej pamięci;)
      Eh,mnie ten czas już się maksymalnie dłuży. To już 6 tygodni poza domem, nie sądziłam,że będę tęsknić do tamtego miejsca i w ogóle,kiepsko mi się tutaj żyje,bo jednak nie ma tu domowej atmosfery,tylko bałagan.

      Lubię to

      1. sanglant pisze:

        Nie ma to jak u siebie. Pamiętam, jak na jednej delegacji ciągle krążyłam między hotelem a wynajętym domem (same z koleżanką chciałyśmy się tak zmieniać), potem zbierałam wszystkie swoje rzeczy, żeby przeprowadzić się do innego domu, ale w dniu wyprowadzki zmieniliśmy decyzję, więc rozpakowałam się znowu, potem z kolei nie wiedziałam, w którym pokoju mam spać – szału dostawałam…
        Wyprowadzka to i tak lepsze rozwiązanie niż remontowanie po kawałku i mieszkanie w pyle i jeszcze większym chaosie.
        Wracając do wyścigów ślubnych, przyjaciółka pytała, czy nie czuję się dziwnie, że mój młodszy brat się żeni przede mną… Nie rozumiem po co w ogóle rywalizować?
        A szczura to bym przygarnęła, ale takiego z futerkiem i ogonkiem. 😛

        Lubię to

      2. ja się szczurów zawsze bałam,ale moja przyjaciółka z dzieciństwa prowadziła ich hodowlę w pokoju. Wtedy mi nie przeszkadzało,że to coś po mnie spaceruje 😉
        Na szczęście mnie ratuje starsza siostra i jej brak małżonka,mniej razi moja samotność.W końcu jestem młodsza;)
        Po kawałku można remontować tak lajtowo,ot pomalować, zmienić meble, oświetlenie itp. Jak już zmienia się wszystko to raczej nie ma wyboru, nie znam się,ale chyba instalacje trzeba zrobić za jednym zamachem,a nie na raty 😉

        Lubię to

      3. sanglant pisze:

        Ja kojarzę głównie remonty po kawałku. Z grubszych rodzice robili u nas raz płytki w przedpokoju, łazienkę i kuchnię, z tego co pamiętam z wymianą rur od wody i gazu (wtedy przeniosłam się na ferie do babci, a oni się jakoś męczyli; nie pamiętam, jak to było z oczekiwaniem na meble kuchenne i kiedy pojawiły się nowe sprzęty i meble łazienkowe), w tym czasie też zdaje się kładli panele, raz gładzie i sufity w jednym pokoju, potem w drugim, ostatnio w przedpokoju i kuchni, pod drodze była jeszcze zabudowa przedpokoju. Ale elektryka zdaje się nie była ruszana, poza przesunięciem jakiejś lampy czy gniazdka, futryny zostały stare, żadnego przesuwania ścian też nie było.

        Lubię to

      4. U mnie w domu jest nieco inna filozofia,albo wszystko albo nic;) Wiadomo malowane było,meble wymienane, sprzęty kupowane,ale teraz właściwie budujemy mieszkanie zupełnie na nowo. Sami panowie od remontu mówią,że takie szerokie spektrum działań na raz się nie zdarza,bo to jednak wymaga wyprowadzki,i ogromnych nakładów finansowych. Po kawałku portfel by odpoczął przynajmniej;)

        Lubię to

  5. Katarina pisze:

    Przeprowadzka i remont to zuo, szukanie zwykłych gaci, czy butów, które CHCESZ właśnie założyć, bo masz dość tych, których nie spakowałaś i ciągle w nich latasz to zuo, burdel przeprowadzkowy to zuo…ale co nas nie zabije to nas wzmocni, wiem to. Pomyśl, jak zajebiście niedługo będzie wyglądało Wasze mieszkanie i weź głęboki oddech.
    Przed prawkiem kiedyś mocno się wierzgałam, zdawać-zdawałam parę razy i za każdym razem rzucałam na pełnej kurwie „nigdy więcej”, ale…zdałam, mam, jeżdzę , lubię, jestem niezależna:)
    Mnie żaden ślub nie frustruje, zresztą nigdy ślub nie był na liście moich priorytetów, szkoda, że takie coś psuje Ci humor. Ja czuję się dobrze sama ze sobą, facet po tym co przeszłam jest mi niepotrzebny do niczego, poza tym teraz większość- to albo właśnie jakieś szczury, albo pipy grochowe albo mamisynki albo pokemony…

    Lubię to

    1. Wiesz ja tam w swoim planie życiowym mam jakiegoś miłego faceta u boku,i jakieś miłe(choć jak odziedziczy mój charakter to miło nie będzie) dzieciątko. Ale cóż, mam wrażenie,że to mnie ominie. Każdy spotyka swego szczura, a ja nie mogę poznać . I rodzina tak się ekscytuje tym ślubem,bo spisano mnie na straty. Niestety z każdym miesiącem jest mi coraz lepiej ze swoim życiem, to znaczy przyzwyczajam się do samotności i boję się,że nikogo nie wpuszczę do swojego świata,bo dziwaczeję nieco. No stara panna jak nic;)
      Staram się pocieszać,że mieszkanie będzie super i w ogóle och i ach. Ale jednak mówiąc szczerze zakładałam,że panowie zdążą do 15,ale na pewno nie zdążą. I myślę,że termin 1 października jest zagrożony…..

      Lubię to

      1. Katarina pisze:

        Welcome to Poland- to odnośnie ‚terminowości’ remontów:/ ja już o moim nie piszę…
        Ja nawet nie wiem, czy mnie spisano na straty, bo nikt nie śmie przy mnie poczynić takiej uwagi, znając mój charakter, język i styl możliwej ewentualnej riposty:D
        Facet, cóż-mógłby być, ślub to mi lata koło pióra, a dzieci- hehehe, napiszę tylko, że niemowlaków nie trawię, do reszty mam ograniczoną cierpliwość, aczkolwiek wytresowane nie są aż takie złe ( na chwilę, bo na stałe raczej bym nie zniesła ).

        Lubię to

      2. w sumie panowie ostrzegali od początku,że to długo potrwa, a po drodze okazało się,że trzeba parę rzeczy zrobić,które zajęły dużo,dużo,czasu i wiadomo było,że całość może się przesunąć.Ale to ja się taka niecierpliwa zrobiłam,że najchętniej bym ich zamknęła w chałupie i kazała pracować 24 na dobę 🙂 Narzekać na nich nie mogę,raczej na stare budownictwo,pod ścianami jest wiele niespodzianek…. Zbyt wiele:)
        Ja w sumie lubię maluchy,ja je wytrenuję i oddam w dobre ręce bym ominęła imprezy i czas buntu 😉

        Lubię to

      3. Blueberry pisze:

        Katarina, w temacie terminowości remontów – to dlaczego od razu „Welcome in Poland”? Masz doświadczenia, że „zagranico” to lepiej jest ;)? Tzn. wiem dobrze, że wielu panów majstrów odwala fuszerkę, ale remont to nie jest pieczenie ciasta, które można sobie zaplanować z dokładnością 10 minut. Często się okazuje, że jak ekipa zacznie grzebać to się robi jedna, wielka masakra, bo najgorsza robota była ukryta 😉

        Lubię to

      4. Dokładnie,u nas po skuciu ścian okazało się,że trzeba robić parę rzeczy,których nikt nie planował.Też na bieżąco nieco zmieniliśmy panom plany,na przykład parapety,ustawienie grzejników i zmiana położenia piecyka,więc musieli rury przekładać. Ogólnie jednak liczyłam,że te prace bardziej efektowne będą szły szybciej-podłogi,ściany itp. Ale pan mi mówi,że prościej jest robić wielką łazienkę,bo mogą robić we dwóch,u mnie zmieści się jeden;) No,ale ja na nich nie mogę narzekać,są świetni;)

        Lubię to

      5. sanglant pisze:

        Moje doświadczenie z budową / uruchamianiem dużych zakładów mówi, że „zagranico” jest tak samo – a projekt obliczony, zaplanowany i zarządzany przeważnie przez „ordnung-muss-sein” Niemców. 🙂

        Lubię to

      6. Zbych pisze:

        Prawda jest taka, że im starsze budownictwo w którym trwa remont tym więcej nieprzewidzianych komplikacji – tego nie da się nigdy przewidzieć ani zaplanować

        Lubię to

  6. Anna pisze:

    Oj niestety, nieszczęścia, nawet jeśli nie tak duże zazwyczaj chodzą stadami :/
    Zdrowia życzę i oby remont już szybko się kończył. Już za chwilę będzie lepiej! 🙂

    Lubię to

  7. Blueberry pisze:

    Faktycznie jakoś tak melancholijnie i smutno się tu zrobiło. Trzymam mocno kciuki, żeby się poukładało, bo taka fajna dziewczyna jak Ty, zasługuje na masę uśmiechu codziennie!

    My kiedyś przez miesiąc żyliśmy w dwóch mieszkaniach – 5 dni w Warszawie, 2 dni w Gliwicach. Bo się przeprowadzaliśmy na raty i nigdy więcej tego nie zrobię ponownie. Do tego mieszkanie w Wawie niby dwa pokoje, ale jeden czekał na remont, więc w zasadzie był tam jeden wielki bałagan, bo nie było sensu układać części gratów, skoro zaraz miał być remoncik. Nie pamiętam dokładnie, ale chyba ze 2-2,5 miesiąca w ten sposób funkcjonowaliśmy, plus najgorsze dwa tygodnie mieszkania na budowie i codziennie sprzątanie tony pyłu ze wszystkiego. Aż odkurzacz się krztusił 😉 Że też się udało nic nie zniszczyć (ok, oprócz tego, że pan złota rączka położył wory z tynkiem czy inną zaprawą akurat na najbardziej zniszczonych panelach i ten pył w nie wlazł, a jak umyłam podłogę to było jeszcze gorzej :P) to naprawdę był fart. Potem było ok, jeśli chodzi o mieszkanie, ale dalej musiałam się męczyć z Warszawą 😉

    Nie zazdroszczę przygody z autobusem. Ani tym bardziej spotkania wujostwa – nie wiem skąd w niektórych ludziach taka przemożona chęć wtykania szpil innym. Muszą się dowartościować?

    Ech, elektronika :/ Mojemu mężowi też telefon ostatnio padł – pół roku po gwarancji, a jak. Natomiast warto się zaprzyjaźnić z jakąś aplikacją, która przechowuje zdjęcia np. google photos.

    Lubię to

    1. Teraz nauczona doświadczeniem już przerzuciłam zdjęcia kulinarne,od razu po zrobieniu,by nigdzie nie zginęły.Będę jednak poza dyskiem przerzucać je od razu w jakąś chmurę:)
      Moje wujostwo bardzo się cieszy tym ślubem,bo cóż, kuzynka młodsza nas przegoniła w zamążpójściu,a dla nich to zawody,naprawdę:)
      Nie wiem czy chciałabym powtarzać takie remontowe życie-chyba nie.Może jak się wprowadzę na nowe /stare śmieci,uznam,że to było warte jeszcze większego poświęcenia;)Ale na dziś już czuję się zmęczona tym wszystkim….

      Lubię to

      1. Blueberry pisze:

        Teraz tyle danych elektronicznych się trzyma, że trzeba czasem na kilka sposobów 😉 My też mamy i chmury i dyski (idące w tera), a potem i tak niewiele się z tego korzysta :p

        Kurcze, trochę im współczuję życia, skoro ślub córki przed kuzynkami to taki powód do dumy i wygranie zawodów :p

        Ja też nie chcę powtarzać remontowego życia 😉 Na ogół warto, ale myślę, że jeszcze więcej to by już była przesada.

        Lubię to

      2. Skoro wykształceniem nie mogą się pochwalić,ani urodą jakąś wybitną to chociaż sobie ślubem nadgonią,mówiąc szczerze patrząc na jej męża chętnie oddam jej palmę pierwszeństwa 😉
        moja ciocia co roku robi remoncik, 3 lata temu robiła łazienkę i już mówi,że trzeba by kafelki zmienić.Niektórzy to na poważnie lubią;)

        Lubię to

  8. „Szczur nie szczur, jakiś by się czasem przydał.” Umarłam w butach 🙂 Swoją drogą chyba cofamy się w naszym kraju do średniowiecza ba nawet to epoki kamiennej skoro tylko ślubu i śluby… ach znam to z własnej skóry

    Lubię to

  9. Też jestem chora i też popierdzielam co rano do pracy – z kaszlem, katarem i bólem gardła. Dodatkowo co jakiś czas łzawią mi oczy – raz jedno, raz drugie, a czasem oba- i tak cały dzień zabeczana chodzę, nie mogąc się doczekać cudownego uzdrowienia. 😛
    Gdybym straciła zdjęcia z telefonu to też nieźle bym się wściekła. Jakiś czas temu zaczęłam je więc hurtowo wywoływać, ale na 200 się skończyło. A jest ich jeszcze dużo więcej. 😛

    Lubię to

    1. Mi na katar pomogła mieszanka leków, najpierw spray z solą morską,potem Tabcin, a na koniec na katar alergiczny, o dziwo zadziałało:)
      Muszę jak najszybciej zamówić sobie kolejną fotoksiążkę,lepiej dmuchać na zimne i mieć wspomnienia na papierze;)

      Lubię to

  10. Zbych pisze:

    Powinnaś myśleć o remoncie optymistycznie – w końcu już już bliżej niż dalej, w zasadzie koniec widać już tuż tuż… – i tego się trzymaj ! Jest jeszcze jeden plus takich wielkich remontów – można zrobić kompleksową inwentaryzację posiadanych dóbr i powywalać/oddać/rozdać niepotrzebne graty.
    A wracając do tematu „związkowego”, niestety chyba każda rodzina już tak ma, że jest ciągłe porównywanie (a jeszcze jak stosunki nie układają się najlepiej to przekłada się to na niezdrową emocjonalną rywalizację). Ślub, ślubem ale to tylko jeden element układanki, która przedstawia się mniej więcej tak (można powiedzieć że to taki efekt domina): to kiedy poznamy twojego chłopaka/dziewczynę?…. to kiedy oświadczyny ?….. to kiedy ślub?….. to kiedy dziecko?…. to kiedy drugie? itd.

    PS: Utraty zdjęć bardzo współczuje bo bardzo dobrze znam ten ból 😦

    Lubię to

    1. inwentura już była w pierwszą stronę:) w drugą ze względu na napięte terminy będzie szybki transfer:)
      Jakoś większa część rodziny jest pod tym względem bardzo miła,ale jest parę irytujących osobników z własną babcią na czele.
      Ciągle rozpaczam po stracie zdjęć….

      Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s