I po wakacjach,czyli ostatnia część mojej podróży

Ostatnia część mojej wakacyjnej podróży. Trochę mi szkoda.Wakacje zawsze są zdecydowanie za krótkie. Szczególnie kiedy są ciekawe. Ale nie będę tutaj zanudzać narzekaniem i marudzeniem,dlaczego urlop nie trwa 3 miesięcy. Każdy by tak chciał przecież.

Tego dnia żegnałam się z upalnym Krakowem,ubrałam się więc w bardzo lekką i bardzo zwiewną spódnicę maxi  z rozcięciem. Jako,że dzień był świąteczny wybrałam się Sanktuarium Miłosierdzia na Mszę.A jako,że lubię stać przy drzwiach to sobie stanęłam. Na wprost Ołtarza i księdza. Pech chciał,że nagle zrobił się przeciąg. Marylin,ha,pamiętacie jej podwianą spódnicę?No to to był pikuś. Moja spódnica praktycznie nałożyła mi się na głowę. I tak przez połowę Mszy. Tłum był ogromny,nie bardzo miałam gdzie się przesunąć, bo otoczyła nas wycieczka z dziećmi niepełnosprawnymi,więc cóż,stałam tak z odsłaniającą co chwilę,co nieco spódnicą i gorszyłam księdza. W pewnym momencie zabrakło mi rąk. Brat i siostra musieli pożyczać swoje. I wiecie co? Msza się skończyła i,bach koniec wiatru.

Wsiadamy do auta, jest cieplej niż wczoraj,więc bierzemy większą butelkę wody i w drogę. Mamy do pokonania około 200 km. Jedziemy malowniczą trasą. Siostra na szczęście śpi.Brat dalej gra w zgadnij o czym myślę.Raz zgaduję. Po dwóch pytaniach- Czy to muzyk?Tak jakby. Gra na czymś? Tak jakby. Andy Fletcher.

Dojechaliśmy.A nie,to stacja paliw. Celem naszej podróży jest bowiem rodzinna miejscowość mojej mamy. Musimy więc kupić wódkę dla wuja. Tata nie pija zbyt wiele,więc nie wie jakie są smaczne trunki,wybór butelki trwa 17 minut i 38 sekund. Na szczęście piekielna woda wybrana, w drogę. Zanim bowiem dojedziemy do celu,mamy przystanek. Ja po nim sobie wiele obiecuję.

Jesteśmy tam gdzie liczba morderstw na jedną osobę wynosi już z 4. Trup ściele się gęsto,a dzielny ojciec Mateusz pedałuje na rowerze. Tak,tak,odkrywam Sandomierz.Mam spędzić 3,5 godziny w tym sielskim i anielskim miejscu. Tłum prawie jak w Krakowie.  W serialu-którego nie oglądałam,a widziałam jakieś opisy czy też reklamy miasto wyglądało wspaniale. A jak było na żywo?

Na miejscu się pogubiliśmy. Zaparkowaliśmy pod Rynkiem,ale nie wiedzieliśmy,że to tam trzeba iść.To znaczy ja wiedziałam,ale nikt mi nie wierzył. Poszliśmy więc w drugą stronę,po kwadransie ustaliliśmy,że miałam rację ( jak zwykle) i poszliśmy ku centrum. Pod górę. Ojciec Mateusz ma kondycję,oj ma.Pędzi na tym rowerku po rynku,a ja po 2,5 godzinach w aucie miałam tak zastane kości,że ledwo szłam.Oj ledwo. Wystarczy wejść na Rynek by zrozumieć fenomen tego miejsca. To miasteczko jest tak piękne,takie po prostu serialowe. Urocze, kolorowe,ale nie jarmarczne. Ma niezwykły klimat. Wspaniale się po nim spaceruje. Jest bardzo romantyczne. Okoliczne knajpki kuszą by wstąpić do środka i w spokoju wypić pyszną lemoniadę.Spacerowanie,podziwianie widoków,ten niezwykły klimat,z Sandomierza w ogóle nie chce się wyjeżdżać.  Na pewno tam wrócę,ale nieco na dłużej. Jest tam tyle do odkrycia. I nawet ten paskudny rosół  z torebki,który imitował domowy nie zmieni mojego zachwytu nad tym urokliwym miastem.

Swoją podróż zakończyłam pod Warszawą u rodziny. Siedzieliśmy niemal całą noc w ogrodzie przy stole pełnym pyszności. Naśmialiśmy się, nagadaliśmy za wszystkie czasy, a ja nie mogłam uwierzyć,że moja ukochana kuzynka Weroniczka tak wyrosła. Już jest wyższa ode mnie. No dobra,jest prawie jak mój brat.A ma dopiero 15 lat. Po tym jednym dniu przez tydzień mogłabym nie  jeść tylko żywić zapasami. Wiecie jak to jest,my jeszcze jemy śniadanie,a ciocia już obiera ziemniaczki na obiad. To był wspaniały wyjazd.

Niestety był wspaniały. Bo teraz chciałabym tam wszędzie wrócić. Tylko skąd ja znajdę tyle czasu? Chyba muszę uśmiechnąć się do ukochanego Doktorka Who…..

Ścieżka dźwiękowa- Blur- Luminous

 

Powakacyjne wspomnienia, część trzecia. Ostatnia. No prawie.

Byliśmy już w uzdrowisku, byliśmy już w Krakowie. Jedziemy dalej. Gdzie? Wsiadamy do auta,zapinamy pasy, bierzemy butelkę z wodą, bo ciepło,cierpliwość do korków, i tak wysiadamy za 2,5 godziny wysiadamy. Gdzie?

Nowy Targ. Mój tato wiedziony nostalgią za młodością postanowił pokazać nam okolice, które odkrywał jako młody człowiek.Autostopem. Niestety droga wiodła przez słynną od złej strony Zakopiankę. Korek,korek, korek. Moja siostra non stop narzekała, ciągle za gorąco,albo za zimno,nie ta muzyka, a to głośno, a to cicho,a  to siusiu, a to piciu. Jakbym znów miała 5 lat, tak się czułam. Do tego mój brat postanowił umilić czas jazdy zabawą, zgadnij o czym myślę. Nie zgadłam ani razu. Bo jak można zgadnąć kominek zapachowy?

Nowy Targ. Chcieliśmy coś zjeść bo nagle zrobiło się około 14. Naszło nas na coś góralskiego. W okolicy same włoskie knajpy,pizze, makarony,albo z włoska pasty. W karczmie w weekendy obiadów zaś nie serwują. To znaczy w letnie weekendy mają mrożoną pizzę-a jakże, oraz frytki. W końcu znaleźliśmy lokal z bardziej tradycyjną kuchnią. Była góralska zapiekanka, placki, mięsiwa w stylu odpowiednim. Najedzeni poszliśmy się  przejść po rynku, po 3 minutach-bo taki jest rynek, poszliśmy na lody. Mój tata uważał,że to najlepsze lody świata. Sposób wydawania nie zmienił się do dziś, kupuje się je na wagę, nie na gałki. Wybrałam czekoladowe, które smakowały jak kakao. Słodkie, mocno mleczne i kakaowe. Specjalnie całego kraju bym dla nich nie przejechała,ale przy okazji warto. Ciekawostka tam wszędzie lodziarnie zwą się tak samo, Nowotarskie lody tradycyjne. Traf do właściwych lodów, ot zagwostka.

Posileni w kalorie ruszyliśmy w drogę. A gdzie? trasa wybitnie turystyczna, Pieniny. Wspaniałe góry, byłam zachwycona, widoki zapierały dech( no oczywiście było duszno z upału,ale jednak widoki sprawiały,że człowiek czuł potęgę natury i się zachwycał). Przystanek mieliśmy w pięknym Czorsztynie. Mieliśmy do wyboru dwie atrakcje, wejście na zamek, albo przepłynięcie po zalewie Dunajca i obserwacja dwóch zamków, w Czorsztynie i Niedzicy. Wybraliśmy rejs. Miało to być zajęcie relaksujące, ale, ale. Aby dotrzeć do przystani trzeba było przespacerować się górskim szlakiem, mocno stromym i błotnistym, oraz przejść po dziurawym moście. Autorka tych słów miała na sobie sukienkę, śliczną, ale sukienkę, która do górskiego spaceru pasowała jak śmietana do frytek. No i autorka musiała też wpaść w mostkową dziurę. nikt nie wpadł. Tylko ja. Na przystani okazało się,że stateczek właśnie odpłynął,dostaliśmy więc szansę podziwiania pięknych widoków. Przepiękne widoki zakłóciły czarne chmury,o nie,pojawiły się grzmoty. Akurat jak dopłynął nasz stateczek zaczęło kropić. Już widziałam sztorm na zalewie,już widziałam fale wdzierające się na pokład,już widziałam moją przegraną walkę o ratunkową kamizelkę i smutny koniec w Dunaju.Wyłowią mnie za rok i będzie po sprawie. Burza poszła jednak bokiem,a mi zostało upajanie się widokami, a było na co popatrzeć. Zupełnie nie rozumiem ludzi,którzy wolą tracić czas by pędzić,czy też raczej wlec się do Zakopanego,kiedy w bok są takie cuda przyrody. W drodze powrotnej moja mama odmówiła marszu po nieco mokrej ziemi. Szła więc 3 kilometry dalej po asfalcie. Był więc czas by dłużej podziwiać widoki, napić się miniaturowego kubka,sporo przepłaconej herbaty i uznać,że zakochałam się w Pieninach.Dosłownie od pierwszego wejrzenia.

W drodze powrotnej,bardzo,bardzo,chciało mi się spać. Ale nie mogłam.Wjechaliśmy w tę górską burzę. Wrażenia kosmiczne.Nie chciałabym tego powtarzać. Chociaż udało mi się dostrzec koniec łamane na początek tęczy. Tak,tak,przepiękne zjawisko. Ten dzień zakończyłam najprawdziwszym czulentem w żydowskiej knajpce.A następnego dnia czekała mnie podróż do…..

O tym za moment. Czuwajcie i ze mną podziwiajcie te cuda natury.

Ścieżka dźwiękowa-Carl Barat-Run with the boys

 

Wakacje część druga

Była część pierwsza wakacji. Ta bardzo spokojna, bardzo leniwa,typowo relaksująca. Taka kiedy spałam do ……7 rano,a z łóżka wstawałam o rekordowej porze,czyli o 8 rano.Żeby nie było,że moje tempo życia na wakacjach przypominało ślimaka na emeryturze podkręcam tempo i wracam myślami do przeszłości.

fbe9cfbf7ab5084e145373f00a92fbc3

W tym roku wakacje były dziwne, nie wiedziałam do końca kiedy i gdzie jadę. Wszystko było załatwiane bardziej niż na wariata i bardziej niż spontanicznie. Po drodze i tak plany ulegały modyfikacjom. W każdym razie w niedzielę ustaliliśmy-w piątek wstajemy wcześnie rano, przepakowujemy się, chowamy walizy do piwnicy pani Trudzi i bach, w drogę.Wzywał nas Kraków.Ostatni raz byłam tam 6 lat temu, zupełnie na wariackich papierach. Było to moment przed ślubem mojej przyjaciółki, co chwilę dostawałam od niej niepokojące wiadomości typu-a czy ja w ogóle nadaję się na żonę? Po 20 sekundach-czemu nie odbierasz? Po 6 kolejnych- odpowiedz do jasnej cholery,odwoływać ślub? Do tego zdrowotnie było ze mną wtedy nijako.Chorowałam i tak naprawdę odczułam radość kiedy po 2 dniach wsiadłam z powrotem do pociągu. Teraz czekałam na ten wyjazd z ogromną niecierpliwością i lekkim pobudzeniem- bardzo chciałam by wszystko się udało. Tak bardzo,że w czwartkowy wieczór musiałam wypić kubek melisy,napięcie we mnie rosło. Przede mną 5 godzin jazdy z moją rodziną. Wiadomo,będzie gorąco.No i zdradzę Wam pewien sekret. Na basenie solankowym poznałam pewnego aktora, z teatru i telewizji. Pan przebywał razem z kolegą z branży w sanatorium,niestety obydwaj jeżdżą na dziś na wózkach. W każdym razie panowie okazali się fascynującymi rozmówcami,wybitnie elokwentnymi,inteligentnymi i ciekawymi. Pan aktor powiedział mi,że co prawda nie chce siać mi zamętu w głowie,ale powinnam pomyśleć o pracy na scenie. Tak,jako aktorka,bo mam oryginalną osobowość,odpowiednią dawkę urody(tutaj na przemian płakałam ze śmiechu i krztusiłam się cytrynową herbatą z automatu),a do tego jestem taka młodziutka. Kiedy wyznałam,że ja już skończyłam studia pan nie chciał wierzyć. A jak się śmiał kiedy zdradziłam swój wiek.Chyba mam zadatki na artystkę? W każdym razie jechałam do Krakowa,takiego artystycznego miasta. A nóż/widelec dostanę angaż w teatrze,tudzież kabarecie?

Rano powitało mnie słońce  i pozytywna energia. No niestety, jak to u nas bywa, nic nie może pójść zgodnie z planem.Zgodnie z planem o 11 mieliśmy wyjechać. O 11,owszem auto wyjechało, ale z 2 pasażerami,mamą i tatą. Kierunek lokalny szpital. Powód? Łóżko wodne masujące. Moją mamę zafascynowała bowiem ta uzdrowiskowa nowość i wykupiła serię zabiegów. Ja również się skusiłam. W połowie zabiegu zlazłam z tego łoża nie przyjemności a boleści. Myślałam,że kręgosłup mi pęknie,następnego dnia nie wyszłam z pokoju dalej niż na taras,bolało mnie okropnie. Moja mama zaś uznała,że skoro wykupiła cały pakiet, a zwrotów nie ma, to dokończy tę serię. I akurat w piątek doszło do kumulacji bólu całego ciała. Jako,że musieliśmy zwolnić pokój przez prawie 4 godziny chodziłam z rodzeństwem po mieście,niepewni swego losu. W końcu doszła do nas wiadomość o diagnozie i skutkach leczenia. Po kroplówce z lekami przeciwbólowymi i nawadniającej,wypisaniu recept i obietnicy, że mama nie położy się nigdy na podobnym łożu dostała zielone światło do podróży. Także już na starcie mieliśmy ponad 4 godziny opóźnienia i narzekającą mamę na pokładzie. Ale ruszyliśmy w drogę.

5 godzin i 10 pogubień się po drodze wydawało się,że jesteśmy pod naszym apartamentem.Oczywiście w międzyczasie wszyscy się kłócili kto lepiej zna drogę.Ja zachowałam stoicki spokój. A niech się złoszczą. Mnie nic nie rusza. W końcu znalazło się wolne miejsce pod samą kamienicą, pięknie, 22 druga,ciemno, jestem głodna, biorę wszystkie torby i pakunki jakie zdołam unieść i dziarsko ruszam. Coś się nie zgadza. Ano to nie ta ulica. Nocleg mieliśmy ledwie dwie przecznice dalej. Mój spokój gdzieś się ulotnił.Ciskałam gromami na prawo i na lewo. Ale doszłam,ledwie wejść na trzecie piętro i można iść pod prysznic. Marzyłam by ten dzień skończył się jak najszybciej.

Rano obudziło mnie piękne słońce i spory apetyt. Jako, że mieszkaliśmy na Kazimierzu postanowiłam to wykorzystać i przed 7 rano zabrałam siostrę na spacer po sobotnim,bardzo porannym Krakowie. Było śniadanie na rynku, herbata w żydowskiej knajpie.Był spacer na Wawel,a po drodze zwiedziłam wiele cudownych kościołów. Był Wawel, było wdrapywanie się by znów dotknąć Dzwonu Zygmunta, zniknął mój lęk wysokości i lekka klaustrofobia. Jak ręką odjął,żwawo pokonywałam kolejne ciasne i strome korytarze i popędzałam marudne włoskie dzieci przed sobą. Okazało się,że wycieczki przybywają dziś na Wawel by podejść do grobu Kaczyńskich i posłuchać opowieści o rodzaju trumny.Co kto lubi. Niektórzy idą dalej i robią sobie selfie z grobem,tak jak pewna mamusia,która najpierw zrobiła sobie mini sesję z grobem Piłsudskiego,a następnie ustawiła synka i zachęcała- Nikosiu uśmiechnij się,i przytul się do nagrobka….

Potem tętniący życiem Rynek,okropny tłok, dzikie tłumy turystów, do tego to ciepło i  parę kilometrów w nogach. A mi wciąż było mało i mało. Jak urzeczona spacerowałam tymi uliczkami, wstąpiłam na jarmark,skąd wyszłam ze słoiczkami miodu z orzechami, cieszyłam zmysły na festynie pierogów i chłonęłam niezwykły klimat.Bo wiecie, Gdańsk jest przepiękny,ale wojenne zniszczenia i odbudowa(choć bardzo pieczałowita)sprawiły,że miasto urzeka, kusi, zniewala,ale brakuje mu tego czegoś. I to coś znalazłam wśród starych murów.A szczególnie na Kazimierzu. Tam dosłownie czułam historię.Wiem,wiem, nudzę, ale w końcu jako magister historii mam prawo trochę się pozachwycać. Więc spacerowałam,podziwiałam, jadłam pyszne śniadania,piłam wspaniałe herbaty w uroczych kawiarenkach,cieszyłam pogodą, pozytywnym nastrojem, pięknym widokiem z okna apartamentu. Nie przeszkadzało mi zmęczenie, ciepło, gwar i tłum. Było prawie idealnie. Nie powiem,że było idealnie,bo wtedy nie musiałabym tam wracać. A wrócić muszę. Muszę wrócić i nieco więcej czasu poświęcić na Nową Hutę, muszę znaleźć czas na snucie się bez celu,a nie wedle planu,i muszę wrócić by powiedzieć pewnemu kelnerowi,że ma wspaniały uśmiech.

Sama się sobie dziwię.Bo przecież z 70 razy gubiliśmy drogę, ze 100 razy walczyliśmy o miejsce do parkowania, musieliśmy na ostatnią noc się przenieść do innego miejsca,ulice były strasznie brudne,za dużo imprezowiczów i w ogóle było zbyt dużo wrażeń jak na tak mało czasu. Ale te 4 krakowskie poranki były po prostu wspaniałe.To będzie tylko w części drugiej.Będzie część trzecia,więc czuwajcie.Teraz porcja zdjęć i powrót wspomnień.

 

Ścieżka dźwiękowa- Depeche Mode- A Question of Time

Po wakacjach. Część pierwsza.

Po kilkakrotnym przekładaniu terminu w końcu się udało. W końcu mogłam spakować swoje torby,wsiąść do auta i ruszyć w drogę. Cel wyprawy od paru lat pozostawał niezmienny.

Tym razem było tak samo jak poprzednimi razy. Czekała na nas pyszna szarlotka i pyszna herbatka. Dwa tarasy i mój ukochany bujany fotel,na którym spędzałam ranki i wieczory. Wszystko toczyło się dobrze znanym rytmem, wśród dobrze znanych ludzi. Były ranne spacery,a potem parę godzin lenistwa. Był basen solankowy,parę zabiegów spa i moje włóczenie się po parkowych alejkach. Była masa zjedzonych wspaniałych pierogów w wyjątkowo przytulnej knajpce. Były popołudniowe herbaty w kawiarniach i masa czasu na książki,lenistwo i  totalny reset. Z tego resetu parę razy straciłam rozum. Jak wtedy kiedy umyłam włosy płynem micelarnym ( da się drogie panie, nigdy nie miałam tak miękkich włosów,aczkolwiek na jedno mycie schodzi 3/4 opakowania, więc słabo się opłaca). Albo wtedy kiedy złożyłam się razem z leżakiem,zamiast samego leżaka. Żyję i o dziwo jestem w całości. W całości nie jest za to mój aparat. Tata zgubił mi przy przeprowadzce kabelek do ładowarki. Można go kupić jedynie w autoryzowanym salonie, w kuszącej cenie odpowiadającej połowie ceny aparatu. Nie odpuszczę tacie, o nie.

Tradycyjnie pogryzła mnie setka komarów, tradycyjnie rozwaliłam sobie palca chodząc cały dzień w nowych sandałkach. Tradycyjnie wzięłam za dużo rzeczy.Dużo za dużo. Większości nawet nie wyjęłam z walizek.Tak,miałam dwie.

Wczoraj pierwszy raz od 16 dni zobaczyłam mieszkanie. Kiedy stanę w kuchni w miejscu gdzie stanie zmywarka widzę łazienkę, mój przyszły nowy pokój i sąsiedni blok. Zawsze chciałam mieć kuchnię z ładnym widokiem,więc mam. Garderoba stoi, co miało być wyburzone zniknęło, co dodane już jest. Łazienka jest powiększona jak i kuchnia.Wszystkie instalacje są już wymienione. Ściany zryte do  cegieł już mają nowe tynki,trwa cekolowanie. Wszystko wygląda surowo, dziwacznie, ale panowie pracują 6 dni w tygodniu po 10 godzin, trzymajcie kciuki za to tempo.

To było bardzo słonecznych i ciepłych 9 dni. Padało tylko raz, wczoraj.W zasadzie to nie padało,lało. Ha, 9 dni,a przecież nie było jej 14.Co się działo w pozostałe? O tym później.Towarzysze facebookowi wiedzą,ale nic nie mówcie. Relację z czasu poza moim uzdrowiskiem przygotuję za parę dni.

607cf35824fc3cd6a2944bb943d9031e

 

Ścieżka dźwiękowa- Franz Ferdinand- Do you want to.

 

Takie tam

To, że jestem sentymentalną istotą świetnie wiedziałam. Ale, że aż tak? Zadumałam się nad lokówką babci. Taką z lat 50. Uznałam,że to prawie zabytek, antyk jakiś. A owa lokówka leżała ukryta w łazience, dokładanie to pod wanną, w schowku dziadka. Nie mnie wnikać jak bardzo irytowało dziadka dbanie,przesadne, babci o fryzurę, skoro schował ten przedmiot, z dala od swojej żony. W każdym razie zafascynowała mnie ta lokówka całkowicie. Postanowiłam sprawdzić czy działa. Uznałam,że jak będzie działać to zostawię ją sobie na pamiątkę. Co prawda sensu wielkiego to nie miało, bo ja i tak z lokówki nigdy nie korzystałam, ale szkoda byłoby mi wyrzucać działający zabytek. Włączyłam więc sprzęt do kontaktu i po dwóch sekundach, dosłownie dwóch, no może i trzech, usłyszałam- pali się, coś się pali. Zdumiało mnie to bo cóż się mogło palić? Szybkie spojrzenie w bok, i mam winowajcę. Lokówka. Swąd spalenizny dosięgnął i mnie. Bałam się dotknąć radzieckiej myśli technicznej, ale w końcu odłączyłam ją od prądu, odmawiając przy tym ze trzy Zdrowaśki. Bez żalu wyrzuciłam ją do śmieci. To coś chciało mnie zabić.  Za kuchenną szafką odkryłam fenomenalną tapetę z lat 60. Po prostu cudowna, wzór skradł moje serce-a mówię to ja, osoba, która nie znosi z założenia tapet na ścianie. Gdyby tylko można było w jakiś sposób ją odświeżyć na pewno oprawiłabym ją w ramki i powiesiła fragmencik jako cudowny obraz na ścianie. Ale niestety naturalny kolor gdzieś zniknął, a ten kolor,który powstał poprzez działanie kurzu i brudu niezbyt mi się podoba.

Jeżeli myślicie,że wpadka z lokówką była jedyną,to się mylicie.Otóż w środę doszło do aktu wyprowadzki. Na ostatni moment zostawiłam sobie bardzo bardzo osobiste rzeczy. Typu zestaw leków jak dla emeryta, moje kolorowanki-tak,tak,uwielbiam je i mam zawsze przy sobie.Do tego pościel, kocyk,dwa kochane bezimienne misie płci męskiej(o tym,że są płci męskiej wnioskuję po tym, że nazywam je Miśkami,a nie paniami Misiowymi) oraz bieliznę. Jako, że część miałam zapakowaną w walizce na jutrzejszy wyjazd,drugą część zabierałam luzem.No może nie luzem,ale wiecie o co chodzi. Skończyły mi się worki.Użyłam więc pudełka po butach. Oczywiście kiedy szłam do auta zerwał się wiatr, pokrywka odleciała, a majtaciory i inne części garderoby poczuły wolność i zaczęły latać po parkingu. Szczerze? Dużo mniej upokarzający był zamach na sąsiada,nieudany z  resztą. Dużo mniej upokarzające  było oblanie egzaminu z historii powszechnej.W ogóle chyba wszystko było dużo mniej upokarzające niż łapanie majteczek na oczach sąsiadów. Jakie jest prawdopodobieństwo,że za dwa miesiące nikt nie będzie o tym pamiętał?

Zaglądanie do piwnicznych szafek ma swoje plusy.Oczywiście jest masa minusów,na przykład okropne tłuste plamy i jakieś kawałki tego co kiedyś było posiłkiem, to znaczy przetworem.Ale moja babcia w piwnicznej szafce miała sekretne pudełko,w nim zaś przedwojenną biżuterię prababci,czyli swojej mamy. Znalazłam przepiękny pierścionek i piękne broszki z masą kamyków.Broszek nie noszę, ale pierścionek po odkażeniu znalazł sam drogę na mój palec. Jest piękny, prawdziwy vintage. Drogie panie,robimy porządek w  babcinych piwnicach. Moja oczywiście uznała,że co znajdę to moje.

A na koniec,przyznam się do czegoś,nie wydajcie mnie. Dyplomatycznie stłukłam parę niepotrzebnych rzeczy. W tym ten paskudny obraz,zero wartości artystycznych, za to ponoć sentymenty,ba,wzięły górę i ktoś to trzymał.Jako,że jestem osobą o wielkim pechu,obraz stłukł mi się 5 metrów od domu. A jako,że nie miałam czasu/sił/ochoty, zostawiłam dowody przestępstwa na miejscu zbrodni. Wiem,niedobry ze mnie człowiek.Dla bezpieczeństwa,niczego nie dotykam,nic nie pamiętam.

0c3b4d77c1b9fdf6d5bcab0c729c957f

Ścieżka dźwiękowa-Archive-Game of pool

Kartonowe bum…..

Ha, czym byłby aktualny wpis bez wpadki przeprowadzkowej? Nudnym wpisem zapewne, więc śpieszę donieść, że kolejny raz skompromitowałam się przed sąsiadami i w ogóle samą sobą. Otóż wymyśliłam sobie, że męczy mnie latanie z kartonem w te i z powrotem, więc od razu wezmę dwie sztuki i bach, będzie szybciej. W jednym kartonie miałam książki-wierzcie, bądź nie, ale w piwnicy mogłabym otworzyć bibliotekę lepiej wyposażoną niż niejedna szkolna. Tak więc niosłam ostatnią porcję książek(albo i nie), w drugim kartonie miałam maszynkę do mięsa. Mielenia oczywiście. Gdzieś tak 5 centymetrów od wyjścia z domu uznałam,że to był idiotyczny pomysł i nie dam rady. Ale duma i godność osobista kazała mi iść dalej, bo przecież wszyscy mówili,że nie dam rady. To ja im pokażę,że dam radę. Oczywiście postanowiłam nieco ułatwić sobie pracę. Uznałam,że z dwoma kartonami nie dam rady jednocześnie, ale jeden problemem nie będzie, drugi doniosę po chwili, a w domu powiem,żem dzielnie te dwa zaniosła niczym Herkules. Ok, zniosłam jedno, o z maszynką. Wróciłam po karton z książkami, akurat schodził sąsiad, miły starszy pan. Przepuściłam go, mówiąc,że mi moment zejdzie zanim to podniosę, więc niech idzie przodem. Sąsiad życzliwie zaproponował,że mi pomoże. Ale uznałam,że byłoby bardzo nieelegancko prosić o pomoc 70 latka, w końcu młoda żem, zdrowa, dam radę. Sąsiad podreptał do piwnicy, a ja podniosłam karton i z wrażenia,że tak lekki, żwawo ruszyłam naprzód. Za żwawo. Karton się rozpadł z rękach, zrobił bum. Książki poleciały, i niczym w dziecinnej grze Domino poruszyły maszynkę do mięsa, która wypadła z kartonu i ruszyła schodami za sąsiadem. Usłyszałam krzyk i huk. Byłam pewna,że zabiłam sąsiada i pójdę siedzieć do więzienia. A jako,że zabiłam go przy pomocy maszynki do mięsa, sąd uzna,że było to morderstwo ze szczególnym okrucieństwem i nie wyjdę z więzienia, nim sobie nie wykopię podkopu. Bałam się ruszyć, naprawdę mnie sparaliżowało. I wtedy usłyszałam takie radosne i pełne życia hop hop, żyje pani?Byłam pewna, że to pytanie padło z zaświatów. A ja na to- a pan też żyje? Pan się zaczął śmiać, i zapytał czy tak nie lubię pasztetu na święta, skora rzucam maszynką? Nie, ja kocham pasztet, po prostu jestem gapą. Pan na szczęście zszedł w chwili ataku maszynki grozy już dawno ze schodów, ale nieco był zaskoczony moją metodą na przenosiny rzeczy, ot rzucanie ich po schodach. Dla bezpieczeństwa samodzielnie mi tę maszynkę zaniósł do piwnicy i ładnie ułożył. A ja do końca dnia dziękowałam Bogu, że nikogo moja duma nie zabiła. W ogóle to zaczęłam układać wszystko w tymczasowym mieszkaniu. Po serii dąsów mamy i złości taty, bo im ciągle coś nie pasuje, ciągle słychać pretensji, podczas spaceru po plaży i między moimi okrzykami-ale ta woda zimna, mam mokre stopy, ojej,będę mieć katar, znalazłam bursztyn, jestem głodna-ustaliliśmy,że rodzice rodzicami,ale nadszedł czas byśmy wzięli sprawy we własne ręce. I w jedną godzinę zrobiliśmy porządek z połową kartonów. Dodatkowo dokładnie wymyłam wszystkie kuchenne sprzęty, odkaziłam, i oczywiście chciałam umyć okna. Już złapałam płyn do mycia okien, kiedy zaczął padać deszcz. No ja to mam pecha nie?

W każdym razie dziś nie powinnam pisać. Powinnam być na wakacjach. Już. Ale nie. W niedzielę miałam jechać. Uparłam się, że wyjedziemy po Mszy. Szalenie przeżywałam Dni Młodzieży i godzinami siedziałam przed telewizorem. Możecie się śmiać, ale ja byłam święcie przekonana, że Franciszek mówił o mnie i do mnie. Wycięłam z gazety jego przemówienia i wkleiłam do specjalnego zeszytu. Nie będzie więc narzekania, będzie uśmiech. Bo jak tu się nie uśmiać? No i cóż, kierowca czyli tatko był zły. Bo on miał oczywiście tyle do zrobienia, a tutaj ja sobie Mszę oglądam i w ogóle wszyscy tak leniwie dzień zaczęli. Tatko się zezłościł, że on musi wrócić do domu, że my o nim nie myślimy i  w ogóle to leciały wióry w powietrzu. Albo i gwoździe. Tatko ze złości zrobił rzecz głupią i okropną. Ale dalej. Połowa bagaży była już w bagażniku, gdy brat poszedł włożyć resztę rozległ się głośny sygnał alarmu. Z jakiego to auta?Ano z naszego. Brat wpadł do domu wściekły czemuż to tata zamknął bagażnik i by dał kluczyki, ojciec mój spojrzał na niego wściekłym wzrokiem i rzekł,że kluczyki są na siedzeniu kierowcy, i może sobie wziąć. Brat poszedł i wrócił. Miał dwie wiadomości, dobrą i złą. Dobra to ta, że kluczyki, rzeczywiście są na swoim miejscu. Zła jest taka, że ze złości tata trzasnął drzwiami. Kluczyki zostały w środku.Owszem jest drugie auto. Ale mama odmawia jazdy bez leków na cukrzycę, które są w bagażniku, a ja dziwnie protestuję gdy tata mówi,że wszystkie ubrania dowiezie mi dopiero w niedzielę.  Po 40 minutach eureka, w pracy jest dodatkowy komplet. Tylko trzeba polecieć do firmy i gotowe. Zonk numer dwa-kluczyki do pracy leżą spokojnie za szybą auta. Eureka, taty wspólnik ma komplet kluczy. Zonk numer dwa, wyjechał 200 km dalej na urodziny chrześnicy. Eureka, syn wspólnika wpadnie do jego domu, weźmie klucze, przywiezie kluczyki i będziemy uratowani. Zonk numer trzy, syn ma gości i pojechał z nimi nad morze, zadanie wykona około 19. No to lipa. Atmosfera potworna, tak gęsta, że nawet nóż by nie dał rady. No cóż. Mija kolejna godzina,brat odkrył,że drzwi są zatrzaśnięte na pierwszym poziomie. Ten drugi to na amen, ten pierwszy zostawił lekki prześwit. Próbują walczyć z drzwiami, alarm wyje coraz głośniej. Na balkony wychodzą sąsiedzi, wychodzi i taty kolega. Schodzi na dół, bierze patyk. Patyk już w środku, ale za krótki, nie sięgnął kluczyków. Biorą drugi, dłuższy,ale giętszy, łamie się. Brat proponuje metodę na Breaking Bad. Bierze sznurek, patyk, robi pętelkę, chce złapać klucz. Po 30 minutach efektów brak. Taty kolega wpada na pomysł, idzie do domu po cieniutką, elastyczną, ale wytrzymałą metrówkę. Manewruje, manewruje i wciska przycisk na kluczyku, po 20 minutach jest efekt, drzwi odblokowane. Sąsiedzi biją brawo. Jesteśmy o 3 godziny spóźnieni względem pierwotnego planu. Przekładamy wyjazd , bo tata w takich nerwach spowoduje ze 3 wypadki. A i czasowo leżymy. Leżymy więc kwadrans później na plaży, resetując kompletnie umysły. Mnie już nic nie zdziwi, pewnie dlatego ta sytuacja niezbyt mnie porusza.

Następnego dnia śnił mi się wypadek samochodowy. Wracając z bratem z tymczasowego mieszkania namówiłam go byśmy odpuścili jazdę główną drogą. Mówię, że chociaż jeździ świetnie, to wybierzmy drogę wiejską, taką, gdzie jest spokój. A nie krajową ze zjazdem z autostrady i korkami. I te tiry, brr. Brat niechętnie, bo to dłużej, ale się zgadza. My jedziemy spokojnie i powoli z dala od ruchu, gdy słyszę karetki, straż i policję. Ciężarówka wjechała w auto osobowe właśnie po zjeździe z autostrady. Są ranni. No kto miał przeczucie?  No ja. Potem, koło 17, pojechałam z mamą do Tesco po coś na szybki obiad. Mama nie prowadziła źle, ale jak to mama, uważa,że najbezpieczniej jest jeździć 20 km na godzinę i ciągle na pierwszym biegu. Jedzie dopiero wtedy jak ma całkiem wolną drogę. Po jeździe w pierwszą stronę proponuję mamie byśmy pojechały osiedlową dróżką, taką gdzie nie ma innych aut, bo jakoś mama no cóż, jeździ niepewnie. Mama się nie zgadza. Bo w końcu 20 miesięcy ma prawo jazdy i wszystko super ogarnia. Jedziemy na skrzyżowanie. Nie mamy pierwszeństwa, ale autobus się zatrzymuje i mamę przepuszcza, pokazuje ręką by jechać. Mama stoi, i nie reaguje na moje jedź, ona nie pojedzie bo nie ma pierwszeństwa. Co z tego, że za nią stoi 10 aut, ona musi mieć wolną drogę i dopiero pojedzie jak autobus sobie przejedzie. Kierowca znów pokazuje by jechać, mówię głośniej, no jedź do przodu, on ciebie puszcza. Mama nic, facet trąbi w rytm-jedź kobieto, kto dał ci prawo jazdy, chyba mąż ci kupił. Mama reaguje, mówi mi, ojej on nie ma miejsca i ja muszę pojechać trochę by on mógł wziąć zakręt. No w końcu załapała. Halo, halo, co ty robisz? Buumm…. Tak, moja mama się cofnęła, pojechała do tyłu. Wjechała w inne auto, bo musiała zrobić miejsce dla autobusu. Jezusie słodki, sparaliżowało mnie. Nigdy nie byłam uczestnikiem takiej sytuacji. Na kolanach trzymam truskawki, parę się rozkwasiło, jestem przekonana, że krwawię i zaraz umrę. Nie, spokojnie, żyję, mama się uśmiecha- ha, ha, pierwsza stłuczka dopiero po 20 miesiącach. Jestem super kierowcą. Mi się trzęsą nogi, serce wali, czuję, że zaraz dostanę ataku astmy, wszystko z nerwów. Jestem jakieś 300 metrów od domu, najchętniej bym pobiegła do mieszkania ile sił w wątłych nogach i nigdy nie wsiadła z mamą do auta. Ale głupio mi zostawić mamę, a po drugie wciąż się trzęsę. Na szczęście stuknięty chłopak jest miły i chyba rozczulił go mamy uśmiech. Godzi się nie wzywać policji, i ubezpieczenia,pod warunkiem, że mama da mu pieniądze. Mama daje 500  złotych. To znaczy daje numer telefonu i obiecuje, że za kwadrans wróci z bankomatu. Wsiada za kierownicę i jest taka radosna, że jedzie na słupek. Cudem hamuje, tym razem uderzenie jest leciutkie. Następnie wjeżdża na chodnik, i tak jedzie ze 100 metrów, na moje pytanie co robi w ogóle nie rozumie o co mi chodzi. W domu ochoczo przyznaje się do stłuczki. Tata bierze leki na spokojność, na spokojnie ogląda i wycenia koszt naprawy tyłu auta. Orzeka jednak, że mama ma szlaban na samodzielne jazdy. To znaczy bez taty. Bo moja mama dalej tłumaczy, że to nie jej wina. Bo ona jest dobrym kierowcą. To kierowca autobusu głupio zrobił,że ją puszczał. Bo nie ma prawa przepuszczać innych. To tylko wprowadza zamęt. A mama przecież jeździ zgodnie z przepisami. Kiedy tata mówi- no dobra, to po co jechałaś do tyłu? Nie wiedziałam,że tam jest auto. Nie patrzyłaś w lusterka? No nie, bo po co? Matko i córko. Boję się swoich snów.

W ogóle widzicie ile u mnie się dzieje. Sama jestem zmęczona. Idę się relaksować w kartonowym zamęcie.

d89ed5d9d4e1a85349142529935790e8

Ścieżka dźwiękowa- Kasabian- L.S.F.