Piaskowy dołek, ot maleńki

Wpadłam właśnie w taki dołek. Dołek jako sobie wykopałam kilka dni temu na plaży-strasznie się nudziłam. Oczywiście dołek ów szybko się zakopał, ostatnie ziarenka już czekają by wyrównać poziom i będzie super. Albo przynajmniej znajomo, bezpiecznie i chyba miło. Tak, miło.

Ten mały dołek kopał się powoli przez cały tydzień. Kulminacja nastąpiła w sobotę łamane na niedzielę. Ale przeszło.

Jakoś tak gorzej zaczęło się w piątek. Przed pracą poszłam do przychodni po recepty na leki. Stojąc w kolejce uświadomiłam sobie,że od pół roku najczęstszy kontakt towarzyski mam z panią doktor. Tyle, że ona za każdym razem pyta się o moje imię, więc jeszcze  tak dobrze się nie znamy. Wzięłam zapobiegawczo recepty na dwa miesiące. Ale dało mi to do myślenia. Ostatnio owszem, mało czasu weekendami spędzam w domu. Ale obracam się wciąż w tym samym rodzinnym gronie. Po prostu naturalną siłą rzeczy większość pozakładała rodziny i weekendy spędzają w swoim gronie, ze swoimi dziećmi, mężami, narzeczonymi, teściami. Uświadomiłam sobie,że mam tylko jedną bliską mi osobę bez bagażu męża,narzeczonego czy też dzieci. Problem jest taki, że w ogóle nie umiemy się zgrać. Umawiamy od pół roku i nic z tego nie wychodzi. No ok, widziałyśmy się w czasie kulinarnego festiwalu. Rozmawiałyśmy na żywo całe 3 minuty.Żeby nie było,w linii prostej dzieli nas 7 km. Ostatnio jakoś tak dziwnie nie drodze mi z tymi, których lubię…

W takim to nastroju burym przeżyłam piątek. W sobotę nie mogłam sobie znaleźć miejsca i zajęcia. Wszystko mnie albo irytowało, albo męczyło, albo z powrotem złościło. Sama nie wiem dlaczego? Pewnie dlatego,że w tę lipcową sobotę 3  znajome dalsze pary przysięgały sobie wieczną miłość. Pewnie dlatego, że moja mama zaczęła drążyć temat ślubu kuzynki. Sama nie ma ochoty iść, ale pewnie będzie musiała. W każdym razie zaczęła się mnie podpytywać czy ma mi szukać partnera na wesele. Bo przecież sama nikogo  nie znajdę, to miało być powiedziane z troską. Ale nie wyszło. Najgorsze, że mama ma rację. Nie znam nikogo kto mógłby pójść ze mną na wesele. Musiałabym pożyć męża od przyjaciółki. Na poważnie nie mam takich znajomych,wolnych facetów. Bo oczywiście nie mówimy o sytuacji, że znajdę sobie partnera, który zostanie ze mną po weselu. To jest tak samo realne jak to, że Beata Szydło jest samodzielnym politykiem. Konkluzja jest taka, na co dzień otaczam się ludźmi, ale jak dochodzi co do czego to nie mam z kim spędzić wolnego czasu.

Tak ponuro -dostosowałam się do aury panującej na dworze,przeżyłam sobotę. W niedzielę rano zobaczyłam wiadomość od przyjaciółki, innej z tych dwóch. Przesyłała mi pozdrowienia z wakacji z dużą ilością zdjęć. Turkusowe morze, piękne palmy, urocze rodzinne zabawy w basenie i jej radość. I jej słowa- wspaniałe miejsce na rodzinne wakacje, koniecznie tu przyjedź, każde dziecko będzie zachwycone. Uznałam, że chodzi o moje wewnętrzne dziecko. Może one byłoby zachwycone. Innego na pokładzie nie ma. I znów z rana podniosło mi to ciśnienie. Poczułam się gapowato. Nie wiem czemu, ale moje 28 urodziny nastroiły mnie depresyjnie. Uznałam,że w najlepszym przypadku 1/3 życia mam za sobą. I wiecie co? Ja nie mam pomysłu na pozostałe 2/3. Ja w ogóle nie wiem jak one będą wyglądały. Jak powinny wyglądać. Poczułam,że marnuję czas. Nie robię niczego konkretnego. Ciągle żyję tak jakbym miała 16 lat i miała dużo, dużo czasu na określenie swojej przyszłości i planów na życie. A ja żyję bez planu. Nie chodzi mi o plan szczegółowy, ale jakieś ramy. Etapy, które chciałabym zaliczyć, przekroczyć i cieszyć, że idę dalej. Ja stoję w miejscu. Może się nie cofam, na razie nie, ale nie ruszam z życiem do przodu. Kiedyś miałam głowę pełną marzeń i planów. Ostatnio w tej głowie coraz częściej witam się rano z frustracją i niepokojem, jak to będzie, jak być powinno, i czemu jest tak jak jest?….

Z tak rozpoczętej niedzieli nie powinno wyjść nic dobrego. Ale uznałam,że na przekór wszystkiemu zrobię coś co powinnam zrobić już dawno. Umówiłam się z przyjaciółką. Siedziałyśmy w kawiarni na Starym Mieście. Wokół tłumy zmęczonych turystów. Założyłam moją nową sukienkę, co prawda to były tylko plotki z przyjaciółką, ale uznałam,że okazje kreuję ja sama. I sobie wykreowałam okazję. Niedzielne spotkanie z przyjaciółką. Mały spacer, lody, uśmiechy, wspominanie okropnych egzaminów i przystojnych kolegów z roku i nieudanych zalotów. Poczułam się lepiej. Jakoś tak spokojniej.

Dalej nie wiem jak to będzie. Chciałabym by moje życie toczyło się scenariuszem, który kiedyś sobie ułożyłam. Ale nie potrafię wejść na prawidłowy peron.  Nie wiem czy kiedyś znajdę mój pociąg z marzeń. Może czas odciąć się od marzeń i uznać, że los wie lepiej? Może. Na dziś mam dla siebie zadanie, nie wybiegać myślami w przyszłość. Znów nauczyć się być tu i teraz. I nie myśleć co będzie kiedyś…..

1222ac0d7baaba5c9047e172a1bc8f0c

Ścieżka dźwiękowa- Lady Punk- The zoo that has no keeper

 

 

 

Advertisements

101 uwag do wpisu “Piaskowy dołek, ot maleńki

    1. ja mam wrażenie,że na nic nie mam wpływu i jakoś tak wszystko idzie nie tak jakbym chciała…. a w sumie wielkich oczekiwań nie mam, więc nie wiem czemu dosłownie nic nie może iść choć troszkę po mojej myśli.

      Polubione przez 1 osoba

  1. sanglant pisze:

    Zsynchronizowałyśmy się, bo też miałam lekkiego doła. W sumie to przez pewien oglądany od niechcenia film, gdzie dziwaczna i męcząca ciotka przyjechała do rodziny, a ta uznała, że ciotka czuje się samotna i trzeba jej kogoś znaleźć…
    Też nie wiem, jak ma wyglądać reszta mojego życia, nie mam nawet scenariusza z kiedyś, co najwyżej jakieś swoje pojedyncze marzenia. Powoli sobie to życie buduję, nawet konsekwentnie, ale w kształcie, który nie do końca mi odpowiada.
    Jacyś znajomi samotni faceci może by się znaleźli, ale na wesela zawsze chodziłam sama. Nie są to aż tak dobrzy znajomi i nie zaproszę też kogoś, kto mógłby to nadinterpretować. Przeszło mi tylko kiedyś przez myśl, że brat mógłby mi wziąć jednego swojego kumpla, który lubi wesela i przed jednym mu wzdychał, że też by sobie poszedł. ;P
    Wiele miejsc wakacyjnych jest reklamowanych jako „idealne na rodzinne wakacje” – dobrze, że chociaż filtrując opinie w sieci można wybrać opcję „od singli i przyjaciół” i nie czytać, czy dziecko się dobrze bawiło. 😉

    Lubię to

    1. No ja na wakacje pojadę z mamą…. Bo moja przyjaciółka bez rodziny nie ma pieniędzy na żaden wyjazd, siostra w sumie jedzie na konferencje i to są jej wakacje. A nie mam z kim i jeżdżę z mamą… Jak ofiara losu i życia. 20 lat w to samo miejsce, a naprawdę jakiegoś świeżego powietrza mi brakuje.
      Byłam w niedzielę na cmentarzu u cioci, siostry mojej babci.Nie miała swojej rodziny, smutne,że tylko my chodzimy na jej grób, i tak mi się smutno zrobiło,że na mój grób może przychodzić jedynie moje rodzeństwo, a potem kto?Może ktoś z dalszych krewnych raz na parę lat wpadnie. I jakoś tak smutno mi się zrobiło, że niby mam wokół sporo ludzi,ale jakby byli okropnie daleko.
      Na wesele na pewno nie pójdę, co to to nie;)

      Polubione przez 1 osoba

      1. sanglant pisze:

        Tak naprawdę to też nie mam z kim, zostaje mi zwykle jedna dobra koleżanka, z którą mamy trochę inne oczekiwania, ewentualnie mogłabym jechać ze znajomymi jako ta trzecia albo dołączyć, gdyby jechali większą grupą. Dochodzi jeszcze kwestia dogrania urlopu. Zastanawiam się nad samotnymi wyjazdami, po Europie to nie problem, tylko trzeba by się przełamać i boję się, że będę się czuła bardzo samotnie. Można też szukać towarzyszy to wyjazdu w internecie – inna dobra koleżanka z chłopakiem właśnie tak szukali, bo mimo że we dwójkę, też woleli jechać z kimś jeszcze.
        Mnie czasami martwi, kto się mną zajmie na starość – nawet taki dom starców czy dochodzącą opiekę ktoś przecież musi zorganizować… Czasami myślę o jednym z kolegów, z którym trochę pracowałam, że on właściwie tylko tą pracą żyje i boję się, że u mnie będzie podobnie.

        Polubione przez 1 osoba

      2. Ja bym się chyba zanudziła tak sama podróżując. To znaczy na przykład moja siostra to lubi, a ja nie. Bo ja przy tej całej mojej nieśmiałości jestem okropną gadułą i cierpiałabym jakbym sama musiała jechać, a nie byłoby obok mnie kogoś kto słuchałby zachwytów, posiedział przy obiedzie i kłócił co dalej będziemy zwiedzać, albo motywował do dalszej wędrówki jak opadnę z sił. 🙂 Na takie rodzinne wakacje to się nie wepchnę do kogoś, więc w sumie zostaje moja mama:)
        ja to się właśnie nieco boję,że poza pracą to niewiele będę miała z życia i na emeryturze zostanę z niczym….

        Polubione przez 1 osoba

      3. sanglant pisze:

        Wydaje mi się, że wyjazdy z rodzicami uwierają głównie dlatego, że jak to tak w tym wieku – a to wcale nie musi być złe rozwiązanie. Z mieszkaniem sprawa jest trochę bardziej złożona, bo chciałoby się poczuć niezależnie…
        A co do starości trochę się pocieszam, że obecnie jest coraz więcej inicjatyw dla seniorów. 😛

        Polubione przez 1 osoba

      4. ja lubię wyjazdy z moimi rodzicami, bo mam fajnych rodziców-przez 99 % czasu 🙂 Ale jednak ostatnio 99 % czasu spędzam z nimi-w domu, w pracy, w wolnym czasie, tak trochę się czuję jak maluch 😉
        Ja się na pewno zapiszę na uniwersytet trzeciego wieku i będę latać na każde zajęcia:)

        Lubię to

  2. Oj Kochana, jakiś czas temu jeszcze sama się czułam podobnie i zobacz, jak mi się wszystko pięknie pozmieniało… Nie chcę pisać banałów ale musisz wierzyć i w siebie i w dobro, na które zasługujesz i które na pewno znajdziesz – może jeszcze nie dziś, może nie jutro, popatrz mi 33 lata stuknęły jak zaczęłam w końcu żyć takim życiem jakiego zawsze pragnęłam, niestety też mam za sobą wiele pustych dni, godzin…. Często jest niestety tak, że sami nie dopuszczamy do siebie szczęścia, że go nie zauważamy, że zamiast coś zrobić by je w końcu dosięgnąć wolimy pomarudzić i ponarzekać. Te wszystkie teksty typu ‚jedyną przeszkodą stojąca na drodze do Twojego szczęścia jesteś Ty sama’ są często prawdziwe, niestety. I nie myśl proszę, że łatwo mi mówić bo sama jestem tą Matką Polką z radosną rodzinką u boku – nic mi łatwo nie przyszło, staram się pamiętać, żeby nie brać tego za pewnik i pracować nad tym, żeby tak już zostało bo SAMO to się nic nie zrobi. Byłam tam gdzie jesteś (bywasz w gorsze dni) Ty, byłam może nawet w jeszcze ciemniejszych miejscach i właśnie dlatego wiem, że czasami sami się w takich kryjówkach do których nie dociera słońce zaszywamy. I trzeba dużej odwagi, żeby na te słońce wyjść, żeby się do niego i do siebie uśmiechnąć, wiem.

    http://virgo1982.blogspot.com/

    Polubione przez 1 osoba

    1. Ja mam wrażenie,że jak wychodzę na to słońce z tej kryjówki,to wiesz, od razu łapię poparzenie słoneczne i muszę się chować z powrotem:)
      Ostatnio zdałam sobie sprawę, że dzielę mały pokoik z siostrą, nie mam nic swojego, mam 28 lat, a jakoś nie osiągnęłam nic konkretnego. Nawet głupiego prawa jazdy nie mogę zdobyć. Nie pracuję w zawodzie, znajomi się oddalają, a wolny czas spędzam z mamą i tatą. No ile można?….

      Polubione przez 1 osoba

  3. Ja Ci zabraniam mieć depresji 😛 Bo to nic dobrego z tego nie wyniknie 🙂 2/3 życia przed Tobą, więc wszystko co najpiękniejsze, bo teraz dopiero się rozpędzałaś a jak wiadomo początki są najgorsze 🙂

    Polubione przez 1 osoba

  4. Ka pisze:

    Ja mialam podobnie jakies 10 lat temu, jako nastolatka. Niewazne, jak dlugo zyjesz w takiej stagnacji, zawsze mozesz z niej wyjsc, ale musisz zaczac cos z tym robic. Zaangazowac sie w cos poza pieczeniem ciast i czytaniem ksiazek, zaczac spedzac czas nie tylko z rodzina.
    Moglabys zapisac sie na jakies regularne zajecia w stalej grupie – np. kurs jezyka, lekcje tanca, jakies warsztaty, moze gotowania? Cos co lubisz i co Cie wciagnie, dzieki czemu poznasz ludzi dzielacych Twoje pasje.
    Poza tym, np. … http://www.meetup.com/Gda%C5%84sk-New-friends-Meetup/

    Planszówki w 3mieście / Board games in 3city

    Gdynia, PL
    164 Gracze

    Do you like to spend time playing board games but you are looking for more players? Or maybe you would like to check out some new games ? Join our group, we share board games …

    Check out this Meetup Group →

    http://freewalkingtour.com/gdansk/tours/free/main-town-gdansk/
    https://www.google.pl/webhp?sourceid=chrome-instant&ion=1&espv=2&ie=UTF-8#q=wolontariat%20gda%C5%84sk
    W Trójmieście przeciez tyle się dzieje, tyle ludzi i wydarzen na wyciagniecie reki. Musisz tylko po nie siegnac 🙂

    Lubię to

    1. Ja wiem,że dużo się dzieje, problem w tym,że pracuję dość dużo i muszę ogarnąć cały dom, więc czas mam ograniczony-niestety. A po drugie jestem nieśmiała i wejście do nowej,nieznanej mi grupy, czy w ogóle wyjście samej na przykład do teatru, czy na kurs tańca-czego nie znoszę, nie wchodzi w grę. Można się śmiać,ale jestem wyjątkowo nieśmiała jeżeli chodzi o nowe osoby. Idealnie czuję się gdy mam obok siebie miłą duszyczkę, którą znam. Ale opcja bym sama coś zrobiła odpada, bo nie mam z takich wyjść zbyt wiele przyjemności. Tak wiem jestem pełna sprzeczności, ale cóż, taka jestem. I potrzebuję ludzi dookoła, ale nie umiem poznawać nowych ludzi przez swoją nieśmiałość.

      Lubię to

      1. Ka pisze:

        Uwierz, że Cię rozumiem, bo mam tak samo, ten sam lęk. Ale wiele razy już się zmusiłam na przekór temu i opłacało się, zrobilam tyle swietnych rzeczy mimo nieśmialosci, teraz nawet jadę pracować przy olimpiadzie w Rio.
        Pamiętasz jak bałaś się targów kulinarnych? A jak się świetnie po nich czułaś i jak ożyłaś? Wszystko poszlo dobrze.
        Oczywiscie taniec byl tylko przykladem, to musi byc cos, co Ty lubisz.
        A nie mozesz zabrac tej wolnej przyjaciółki, siostry albo brata na jakies wydarzenie służące poznawaniu ludzi?
        I pamiętaj, że nie Ty jedna przychodzisz z duszą na ramieniu…

        Lubię to

      2. Muszę się przełamać, wiem,że jak się przełamię będzie super, i będę zadowolona. Ale dziś musiałam iść załatwić jedną sprawę w urzędzie i nie wiem czemu,ale okropnie się stresowałam,bo musiałam rozmawiać z kimś obcym;) Wiem,to dziwaczne, ale naprawdę czasem moja nieśmiałość jest zbyt duża. Ale jak się przełamię,zaraz znika. Tylko ciężko się przełamać niestety…

        Polubione przez 1 osoba

      3. Blueberry pisze:

        O ile nieśmiałość to faktycznie może być przeszkoda – ja sama czasem mam z tym ogromny problem i poproszenie panią w sklepie o 10 dag sera to wyzwanie dnia. Tak już: „problem w tym,że pracuję dość dużo i muszę ogarnąć cały dom” brzmi jak wymówki 😉 Domyślam się, że rodzinna firma to inny układ niż pracowanie dla obcej osoby, kiedy możesz po prostu wstać i wyjść z pracy o 15:30, ale warto sobie zadać pytanie – czy naprawdę musisz tyle pracować czy raczej chcesz? Podobnie z ogarnięciem domu – chyba są jeszcze inni domownicy? Nie wiem też jaki jest Twój zakres obowiązków, ale np. zamiast domowego obiadu można zamówić pizzę, a kurz i tak leży, więc przez dodatkowe 2 dni nie ucieknie.

        Lubię to

      4. Widzisz muszę gotować sobie sama, bo mam chory żołądek i poza domem jem rzadko, i tylko w moje dobre dni. Tak to muszę gotować sobie sama, nawet jak moja mama zrobi obiad,to najczęściej nie mogę go zjeść, bo ona przez cukrzycę musi jeść masę warzyw, a ja nie mogę, więc już sama widzisz. Pracować chcę, tata mnie nie zmusza. Ale widzę po prostu jak się męczy i wolę zostać godzinę dłużej. W końcu nie ma tata już 40, czy 50 lat i potrzebuje pomocy. Oczywiście dużo lepiej byłoby pracować u obcych i o 15.30 zamknąć drzwi z drugiej strony,a u mnie się nie da. To znaczy mogłabym,ale miałabym ogromne wyrzuty sumienia, tata i tak pracuje po 12 godzin na dobę, więc ta moja godzinka jest niczym przy nim. Ale na serio, wracam o 16.30 do domu, ogarnę wszystko, zrobię obiad, i bach, robi się prawie 18. Już nic mi się nie chce, poza książką i odpoczynkiem. Zostają weekendy….

        Polubione przez 1 osoba

      5. Blueberry pisze:

        Rozumiem domowe gotowanie, bo mój mąż ma problemy z układem pokarmowym, więc też na ogół gotuję w domu – wyjście do knajpy musi być bardzo przemyślane 😉 Pobudka o 6, powrót z pracy jak jest o 16:30 to sukces, najczęściej koło 17-17:30 (a bo coś, bo zakupy etc.) i zanim się człowiek w domu ogarnie to jest 18. Z tym, że my obiad jemy w pracy, więc między 18 a 21:30 muszę jeszcze obiad i resztę posiłków przygotować na kolejny dzień albo dwa (nie wiem czy możesz jeść odgrzewane, ale dla mnie gotowanie na 2 dni jest sporym ułatwieniem). Wiem, że człowiekowi nie chce się wychodzić, tylko miło jest odpocząć z książką. Z drugiej strony wiem też, że najgorszy jest ten pierwszy krok, kiedy trzeba się zmusić do wyjścia, bo potem jest już fajnie. Jak idzie się na lekcje języka, na fitness, na spotkanie, na cokolwiek.
        Nie wiem czy to też tak działa u Ciebie, w każdym razie ja wiem, że spora część mojego zmęczenia i braku czasu wynika z tego, że sobie na to pozwalam. Że uznaję o 18 czy 19, że już późno i bez sensu wychodzić z domu. A potem z niedowierzaniem odkrywam, że o 21:30 dalej na dworze jest jasno 😉 Zawsze w takich chwilach niechęci myślę sobie o koleżankach matkach, które mają podobny rytm dnia do mojego, ale w międzyczasie ogarniają dwójkę dzieci. I nie mogą o 18 usiąść z książką w ręce, bo się trzeba zająć dziećmi. Między 19 a 21 następuje operacja „kąpiel i usypianie” i wiem, że jeśli te moje wolne popołudnia i wieczory będę spędzać na niechcemisieniu to kiedyś będę tego żałować, że nie korzystałam z czasu, który miałam. To nie musi być nic wielkiego i nie musi być codziennie, ale dobrze wprowadzić do tego rytmu „praca-dom-sen” przerywnik. Raz na tydzień albo dwa razy na tydzień wyjść np. na godzinę z książką na ławkę w parku. Albo do kawiarni (bywa, że jak P. jest zajęty to sama idę do kawiarni ;)).
        Najciężej jest się zmusić 😉

        Lubię to

      6. Wiadomo,że teraz siedzę sobie dużo czasu na dworze w parku, czy na spacerach-o dziś byłam dwie godziny z bratem, wczoraj tak samo. Tyle, że ja mieszkam w bardzo,bardzo spokojnym miejscu, typowa sypialnia, idealne miejsce dla rodzin z dziećmi i emerytów:) Jeżeli chciałabym coś ciekawego zrobić muszę jechać do centrum, a powiem szczerze, że dla mnie to problem. Bo już na dojazdy tracę godzinę, a po drugie ja nie znoszę autobusów-dojeżdżałam 9 lat do szkół dzień dnia 4 autobusami w sumie po 1,5 godziny w jedną stronę, teraz też jeżdżę do pracy, i w wolnym czasie unikam ich jak mogę 😉 Auta nie mam, prawda jazdy też nie, więc w okolicy idę sobie do spokojnej kawiarni, albo na spacer w grupie mam z dziećmi;) Ale to są aktywności, które wykonuję sama. Bo co najwyżej mogę poznać kolejne matki z dziećmi, albo koleżanki mojej babci:)
        Gotuję sobie na bieżąco, z prostego powodu, ja nie wiem jak jutro będę się czuła. Jednego dnia jest fajnie,a drugiego muszę mieć dietę specjalną. No normalnie mam pecha;)

        Lubię to

  5. Blueberry pisze:

    Jestem w stanie nieco Cię zrozumieć, bo sama pamiętam jak zależało mi na ślubie. Pamiętam moje wyobrażenia z nastoletnich czasów, według których aktualnie powinnam odprowadzać moje dziecko do żłobka i zastanawiać się nad drugim 😉 A ja dalej jestem w podobnym punkcie życia, jak mając lat 20 (czyli 5 lat temu). To nie zawsze jest takie proste i oczywiste, że „o tak” spełnią się nasze wyobrażenia.
    To też nie jest tak, że założenie rodziny nagle zlikwiduje wszystkie problemy i będzie się wiodło spokojne, wymarzone życie. Wszyscy mamy gorsze momenty – nawet osoby wiodące idealne (w naszym odczuciu) życie. Ja sama nie mam pomysłu na rzeczywistość i nie mam pojęcia, gdzie będę za rok, za pięć czy za lat 20. Nie wiem. Kiedyś to było oczywiste – studia, mąż, dzieci, praca, Gliwice. Osoby, które poszły takim rytmem mówią mi teraz, że mi zazdroszczą, że rok byłam w Warszawie, teraz rok w Krakowie – a one wiecznie w domu. A ja sobie zupełnie nie zazdroszczę, bo w ogóle z Gliwic nie chciałam się wyprowadzać – teraz w Krakowie jest ok, ale też nie wiem na jak długo tu zostaniemy, bo nie jestem przekonana, że na zawsze. W związku z tym, nie wiem co dalej 🙂 Nie wiem kiedy zostanę mamą, nie wiem, gdzie będę mieszkać za kilka lat, nie wiem czy mi się nie odwidzi moja praca etc.
    Staram się o tym nie myśleć – co ma być to będzie, mamy znacznie mniejszy wpływ na nasze życie niż nam się wydaje 🙂 Za to możemy zrobić jedno, właśnie to co, zrobiłaś Ty – cieszyć się z drobnostek. Nie nosić ładnych sukienek tylko na specjalne okazje, ale także na co dzień, żeby zwykły dzień był specjalną okazją. Cieszyć się powolnym śniadaniem każdego dnia, a nie tylko w weekendy. Jeść ze swojej ulubionej zastawy. Iść powoli przez park i rozkoszować się śpiewem ptaków. Korzystać z życia, jakie mamy, a nie czekać na to z wyobrażeń.

    Lubię to

    1. Mi to nawet nie chodzi o to,że jak założę obrączkę na palcu to będzie super. Mi chodzi o to,że ja już nic nie wiem. Miałam jakieś tam plany, a teraz ich nie mam. Robię remont mieszkania, pokoju w którym tkwię od 17 lat, i boję się,że do końca będę dzielić te 12 metrów z siostrą i żyła jak małe dziecko, wciąż z rodzicami według takiego samego schematu. Chciałabym mieć coś swojego-nawet plany czy marzenia, których mogłabym się trzymać. A ja nie mam nic, zupełnie, pustka. Widzę tylko,że czas nie zatrzymuje się, płynie dalej, lata mi się mieszają, a ja wciąż siedzę w tym pokoju i nie wiem co zrobić by zmienić swoje życie w nieco dojrzalszą wersję.

      Lubię to

      1. Oczywiście jak zobaczysz wstecz to nie jest tak,że ja siedzę całe życie w domu:) Ja naprawdę ostatnimi czasy mało w tym domu czasu spędzam, a to teatr, a to wyjazdy dalsze i bliższe, a to wyjścia do sprawdzonych restauracji, jest ok,czasem w weekend zapomnę usiąść:). Ale jak pisałam to są wyjścia rodzinne bo wszyscy mają swoje rodziny i wolą spędzać z nimi czas. A nie na kursie gotowania ze mną, czy na włóczeniu się dwie godziny po plaży. I w sumie otaczając się w tym samym gronie czuję,że wróciłam do pozycji dziecka, jest fajnie, ale nie chciałabym tak żyć na dłuższą metę…

        Lubię to

      2. Blueberry pisze:

        Wiesz co, wydaje mi się, że na pewnym etapie życia generalnie ciężko utrzymywać takie kontakty ze znajomymi jak wcześniej. I to niezależnie czy mają parę, dziecko czy są singlami. Ja mam większość znajomych 100 km od siebie, w Krakowie tylko kilka osób, ale nie na tyle bliskich, żeby się spotykać częściej niż raz na kilka miesięcy. A organizacja spotkania w Gliwicach jest zawsze męką, bo ostatecznie może jedna osoba z kilku w danym terminie. Co zabawne, najtrudniej jest mi złapać kolegów-singli. I tak szczerze, to gdybym zaproponowała komukolwiek np. przyjacielowi, który siedzi czasem cały weekend w domu i gra, dwugodzinne szwędanie się gdziekolwiek albo kurs gotowania to stwierdziliby, że chyba na głowę upadłam. Dwie godziny mogliśmy się szwendać w liceum, teraz to mało komu się chce 😉
        I są sytuacje, że chętnie wyszłabym na miasto. P. jest zajęty, a ja nie mam z kim iść, więc idę sama i staram się cieszyć tym jak najbardziej.

        Widziałam jeszcze niżej, że pisałaś, że nie wiesz na co poświęcić energię i czas, a w efekcie siedzisz i nic nie robisz – ten czas i tak upłynie, więc tak naprawdę możesz poświęcić go na cokolwiek. Najwyżej za pół roku uznasz, że to nie Twoja bajka i trudno, ale przynajmniej coś zrobiłaś, spróbowałaś. Sama tak miewam, że nie chcę podjąć błędnej decyzji, że nie wiem, a ostatecznie zamiast coś zrobić i nawet się sparzyć, siedzę i tracę czas.
        2/3 życia, o którym piszesz to naprawdę dużo. I ono minie, pewnie szybciej niż zakładamy. I jeśli nie może być idealne to warto sprawić, żeby było fajne.
        Nie czujesz, że masz swoje miejsce w życiu? Wiele osób tak ma, a jestem pewna, że jeszcze więcej jest ze swojego niezadowolonych 😉 Nie wiesz co chcesz robić w przyszłości, za 10 lat? Ja też nie mam pojęcia – podobnie jak Ty chciałabym mieć kawiarnię, piec ciasta i parzyć dobrą kawę, ale czy byłabym w stanie spędzić tak kolejne 40 lat życia? Nie mam pojęcia, bo to prawie 2 razy więcej niż moje obecne całe życie! Podobnie nie wiem czy chciałabym być w mojej obecnej firmie przez kolejne 40 lat, raczej nie – 2-3 jeszcze ok, ale 40?! To dość kosmiczna liczba 😉
        To, że mam męża oznacza, że mam przy sobie (mam nadzieję) właściwą osobę, ale nie sprawia, że mam swoje miejsce w życiu. Bycie mężatką nie definiuje mnie jako osoby. Ciebie nie definiuje mieszkanie z rodziną – najczęściej my sami się wpychamy na taką pozycję 😉 To, że chcesz się rozwijać i szukasz sensu w życiu świadczy o tym, że jesteś inteligentną i myślącą osobą.

        Co najbardziej uwiera Cię w życiu? Może jesteś w stanie coś z tym zrobić (jestem zdania, że nie ma sytuacji bez wyjścia)? Najtrudniej jest wyjść z tego dołka, tzw. strefy komfortu i zacząć działać.

        Lubię to

      3. O widzisz, to jest mój problem,że ja bym chciała robić masę rzeczy, problem w tym,że chciałabym wszystkie robić idealnie i maksymalnie się w to wciągnąć, a to wymaga czasu, którego mi szkoda,bo sobie myślę-a jak nie wyjdzie to tylko stracę czas. A ja nie będzie mi się podobać to znów stracę czas, i w sumie nie chce mi się tak często wychodzić poza tę swoją ulubioną strefę komfortu-czyli robienia tego robię na co dzień. Festiwal kulinarny jest raz na parę miesięcy, ale na co dzień brakuje mi takich wyzwań….
        No i znów się powtórzę, ja nie uważam,że związek sprawia,że człowiek jest zadowolony i wiecznie szczęśliwy i w ogóle staje się lepszy. 😉 Uważam,że lepiej być singlem niż na siłę z byle kim. Mogłabym być z kimś dziś,byleby nie być samą,ale nie chcę. Tyle,że mierzi mnie trochę to, że np nie mogę zorganizować kolacji dla znajomych, wieczoru filmowego, zaprosić kuzynki na maraton filmowy i niedzielne śniadanie, zaprosić koleżankę na popołudniową herbatkę. Nie mam warunków. Jestem urodzoną organizatorką spotkań i przyjęć, kocham gotować, dekorować, organizować. A nie mogę tego robić, bo mieszkam z rodzicami, bo mam pokój z siostrą. Wszyscy mają coś swojego-jakiś kąt, wynajęty, kupiony,wybudowany, dostany, a ja nie. I to mnie wkurza. Strasznie wkurza. I przez 3-4 lata to się nie zmieni. I ciągle będę jak dziecko. Tylko trochę wyrośnięte.

        Lubię to

      4. Blueberry pisze:

        Doskonale to rozumiem, bo też chcę robić masę rzeczy, ale często mnie blokuje myśl, że nie będzie idealnie i to nie dla mnie i zmarnuję czas. Walczę z tym, próbuję robić rzeczy chociaż raz, żeby pokazać sobie, że spróbowanie nie boli. Obecnie zaczęłam w wolnym czasie się doszkalać z jednej dziedziny, co oznacza zmierzenie się z moją traumą studencką etc. I boję się bardzo, że nie dam rady.

        A czy np. rozmawiałaś kiedyś z rodzicami, żeby móc takie spotkanie zorganizować? Rodziców wysłać do teatru, a samej zaprosić znajomych? Mi się zdarza organizować spotkania w ogrodzie u moich dziadków, kiedy wyjeżdżają na urlop :p Zdarzyło mi się też organizować spotkania naszej paczki w mieszkaniach znajomych, ale to już inna kwestia (też jestem urodzonym organizatorem).
        Kwestie mieszkaniowe to zawsze coś za coś – my wynajmujemy, w Krakowie mamy dość komfortowe 2 pokoje, ale w pewien sposób oddala nas to od zakupu własnego lokum. Gdybyśmy zostali w domu i jakoś się dogadali z rodzicami to szybciej byśmy te pieniądze zebrali. A jak dojdziemy do etapu, że się decydujemy na swoje to pewnie z kredytem na miliony monet 😉

        Lubię to

      5. No ja z siostrą myślę o kredycie poważnie, ale to kwestia wciąż paru lat. A rodziców nie wyślę do teatru, mam jeszcze brata-studenta medycyny, który non stop się uczy i siostrę. Więc za dużo zachodu i zbyt wiele osób musiałaby się poświęcić dla mojego bycia gospodynią. i to mnie właśnie irytuje, że po tych 28 urodzinach myślę non stop o tym,że zaraz 30 mi wybije, a ja wciąż będę mieszkać z rodzicami jak dziecko. I boję się,że ten układ za bardzo mi się spodoba-bo tanio,bo tak wygodniej, bezpieczniej. I to mnie chyba najbardziej dołuję, że nie mam planu jak to zmienić i jakichś perspektyw. A moi znajomi mają to życie poukładane, nie wiem czy mieli więcej szczęścia, sprytu, energii, odwagi? W każdym razie ja ostatnio czuję się z tym źle. Uwielbiam moich rodziców i bliskich, ale coraz bardziej zaczyna mi przeszkadzać to, że jestem jak gimnazjalistka….

        Lubię to

  6. Wiesz… Jesteśmy prawie takie same. Ja dzielę czas między pracę i pracę w domu, studia i sen. Koleżanki rodzą 3 czy 4 dziecko a ja nie mam nawet czasu wyspać się spokojnie. Łatwo mówić komuś kto w wieku 20-stu paru lat założył rodzinę i teraz pstryka selfie z mężem i prawie odchowanymi dziećmi. Nie każdy ma tyle czasu ani samozaparcia żeby wyjść i poznać kogoś

    Lubię to

    1. Tak, jesteśmy bardzo podobne. Ta nasza codzienność wygląda praktycznie tak samo, praca-dom-sen i tyle. Ciężko od tak się zmienić i stać się duszą towarzystwa i wieczną optymistką..

      Lubię to

      1. „Może się trochę spóźniłam
        może zabrakło mi szczęścia
        może złe czasy wybrałam
        i dla mnie nie ma tu miejsca?
        Może w tej ślepej loterii
        losy pechowe zostały
        może, co lepsze, już dawno
        między szczęściarzy rozdałeś?

        Może przez wszystkie te lata
        biegnąc po słodkie zwycięstwa
        miałam zbyt wiele rozsądku
        może zbyt mało szaleństwa?
        Może sięgałam po szczęście
        pełna nadziei i wiary
        może zbyt często z pokorą
        może zbyt rzadko z łokciami?”

        Danuta Błażejczyk – Moja modlitwa

        Lubię to

  7. Lenka 2/3 życia to całkiem sporo by je zmienić… Nie zawsze jest plan na życie, nie łatwo go znalejźć a co dopiero zrealizować… Fajnie jest brać ślub albo rodzić kolejnego potomka tyle że to wszystko fajnie wygląda z boku i nieczęsto jest takie różowe jak nam sie wydaje. Wszystko ma swoją cene tylko nie każdy chce o niej mówić, łatwiej chwalić sie tym co dobre… Ciesz sie tym co masz i realizuj swoje marzenia własną drogą, a nie wyidealizowaną przez innych. Ja cały czas nie moge sie doczekać kiedy założysz swoją własną małą kawiarnie ze swoimi wypiekami a ja przyjade nad morze i będe sie nimi objadać:))

    Lubię to

  8. Katarina pisze:

    Nigdy nie wiesz, jakie niespodzianki zgotuje Ci życie. NIGDY. Piszę to z pełną premedytacją, bo np. sama nie sądziłam jeszcze rok temu, że moje życie aż tak bardzo się zmieni:)- i to na tak wielu płaszczyznach…
    Poza tym- myślisz, że te wszystkie osoby, które sobie ślubują „wietrzną miłość” i przez które łapiesz doła mają pozamiatane jeśli chodzi o życie…Guzik. Żadna przysięga dla mnie w obecnych czasach nie gwarantuje hapi endu.
    Owszem- są wyjątki, ale są też małżeństwa, gdzie on jedzie z pewną panią do Krakowa na weekend, a żona siedzi z dzieckiem w domu, albo gdzie pół roku po ślubie ( z takiej wieeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeelkiej miłości ) wychodzą na wierzch dragi i wóda i rozwód jest po roku związku ( w wieku 23 lat )…Albo ( mój osobisty faworyt )- dwoje gówniarzy bierze ślub z taaaaaaaaaaaaaakiej wieeeeeelkiej miłości a potem przychodzi życie, rachunki, mieszkanie z czyimiś rodzicami. Bosko:D

    Nie każdy musi mieć plan na życie. Wystarczy mieć plan na jakąś jego część:)I potem realizować go albo modyfikować…
    Tak sobie pomyślałam- Ty żyjesz tym gotowaniem. A może tak wejść w tę pasję na całego?Robić coś, co się uwielbia i w czym się jest dobrym:)?

    Lubię to

    1. Mi tutaj nie chodziło o to,że muszę jutro wyjść za mąż bo to mi da szczęście. Nie,nie chodzi o związki. Ja kiedyś miałam jakieś plany-między innymi z tym gotowaniem, ale w ogóle to porzuciłam. Nie wiem co chcę robić za 10 lat. Czy chcę prowadzić taty firmę, czy zajmę się gotowaniem, szyciem skarpet, albo będę super mamą. No nic. Nie mam pomysłów na swoją przyszłość. Nie wiem w co „zainwestować ” swój czas i energię. I w efekcie siedzę w fotelu tylko rozmyślając ile tracę. Jakiś impuls jest mi potrzebny….

      Lubię to

      1. Katarina pisze:

        A czym impulsem nie było b.ciepłe przyjęcie Twojej pracy na tym evencie związanym z gotowaniem/pieczeniem?

        Lubię to

      2. Katarina pisze:

        PS. To może źle odczytałam, ale często wspominasz, że pierdyliard Twoich znajomych się zaręcza/wychodzi/rozmnaża i wyraźnie czuć między wierszami, że Ciebie to uwiera…

        Lubię to

      3. Nie uwiera, a raczej chodzi o to,by podkreślić fakt, że w moim wieku ludzie żyją inaczej, i spędzają czas ze swoimi rodzinami, a wolne ptaki traktują jako kogoś gorszego, z którym niekoniecznie warto spędzać czas, bo skoro nie mam męża i dzieci to nic nie wiem o życiu i nie warto ze mną gadać.

        Lubię to

      4. Katarina pisze:

        „Nie poszło” ale może warto, żeby spróbowało pójść.Niewiele tracisz, wiele możesz zyskać…
        Nie każdy musi mieć rodzinę ( z różnych powodów ) i nie każdy ją ma- skoro Twoi znajomi traktują Cię jako „osobę gorszego sortu”, bo jesteś singlem-to współczuję znajomych:(. Chwała Bogu, ja mam innych…

        Lubię to

      5. Wiadomo,że ci bliscy tak mnie nie traktują 😉 Aczkolwiek spotkanie z przyjaciółką-matką uroczej córki, muszę planować na parę tygodni naprzód i często słuchać jedynie o jej dziecku,bo dla niej to najważniejsza sprawa, i trudno się dziwić:)

        Lubię to

      6. Katarina pisze:

        To trzymaj się tych bliskich:)
        j\Ja zrobiłam selekcję wśród znajomych rozmnożonych-nie spotykam się już z tymi, którzy nie mają innych tematów niż ich bachory- parę razy próbowałam z nimi „porozmawiać”, nie zdzierżyłam, nie mam zamiaru słuchać ich więcej:)

        Lubię to

      7. Ja w zasadzie trzymam relacje bliskie z 5 osobami, reszta to szkolno-studenckie znajomości. Jak czasem na mieście spotkam taką dawną znajomą to najczęściej z wózkiem, albo pokazuje mi zdjęcia ze ślubu i daje odczuć,że cóż,ona osiągnęła już tak wiele:)

        Lubię to

    2. Katarina pisze:

      Cóż…jak widać dla niektórych osiągnięciem życia będzie wlezienie do kościoła, złożenie przysięgi i spłodzenie potomstwa…można i tak.

      Lubię to

    3. Katarina pisze:

      Małżeństw to nie wiem czy mniej ,ale na pewno z krótkim stażem to przybywa lawinowo:D Wielu 30latków już ma jeden rozwodzik na końcie:D

      Lubię to

      1. Jak miałam staż w urzędzie to siedziałam miesiąc w USC, byli tacy co mieli po 30 lat dopiero, a już 2,3 ślub brali 🙂 Albo w tym samym roku rozwód i kolejny ślub. Masakra jakaś.

        Lubię to

    4. Katarina pisze:

      Hahahaha, serio?:>:>:>
      Widać, teraz stawia się na ilość a nie na jakość:)
      Poza tym- moje koleżanki w przeważającej większości stawiały na szybkość ( czyli mam dwadzieścia parę lat-muszę mieć męża!). Nie muszę chyba pisać jak wyglądają obecnie ich związki…;)

      Lubię to

      1. Jak ja tam byłam to był wysyp ślubów gdzie oboje mieli mniej niż 23 lata. I to już dzieci w drodze oczywiście, a zaraz potem się rozwodzą. Jak moja była przyjaciółka, po miesiącu była w ciąży od poznania, po 3 ślub, dziecko się urodziło i miało z pół roku i rozwód. Jego trzeci – a nawet 30 nie miał chłop 😉

        Lubię to

  9. kocia_dama pisze:

    Powiem Ci tak: rzeczywistość kreujemy my sami 🙂 Kochana, tylko od Ciebie zależy, co będzie dalej, ale jedno jest pewne: jesteś szczęściarą! Masz fantastyczną rodzinkę, swoje miejsce w życiu, pasje. Spróbuj je rozwijać, działać zgodnie z tym, czego na tę chwilę chcesz. Podkreślam, na tę chwilę, a przyszłość się poukłada. Wiem, co mówię, zaufaj mi 🙂

    Lubię to

      1. Zbych pisze:

        Z tym nigdy nie jest łatwa sprawa… poza tym trudność polega na tym iż nie można stwierdzić że to co chcę właśnie tu i teraz będzie mi odpowiadało za 5 czy 10 lat… wbrew pozorom człowiek się zmienia. Albo może inaczej – nie tak się zmienia jak zmieniają mu się życiowe priorytety

        Lubię to

  10. Mnie, gdy byłam wolna miłość nigdy nie chciała znaleźć. Teraz czasem się zdarza, że ktoś zaczepi, ale w sumie to nie są mężczyźni moich marzeń. Ja na szczęście takiego już znalazłam, chodź aniołem nie jest.

    Lubię to

  11. Ugh, znam to. Mój piaskowy dołek kopie się sam jakoś odkąd mam wolne od pracy (pracuję dorywczo, więc nie potrzebują mnie cały czas). Przyjaciółki mają swój świat, chłopak pracuje w delegacji, więc mam go tylko na weekend i to co kilka tygodni, siostra za granicą… została mi tylko mama. Nigdzie nie wychodzę, nic mi się nie chce, wszystko mnie złości i tak w kółko. Masakra!

    Lubię to

  12. Jakiś czas temu i mnie dopadł taki dołek, ale całe szczęście sprawnie się wygramoliłam.
    W sumie nie ma czego planować, bo los i tak ułoży wszystko po swojemu. Najlepiej jest właśnie żyć. Myślę, że w swoich planach nie powinnaś wybiegać dalej niż do kolacji – to czyni człowieka szczęśliwszym. ^^ A co do faceta – na tego właściwego warto poczekać. Jakbym była facetem chętnie bym się z Tobą przeszła na to wesele xD

    Lubię to

    1. Oczywiście wiem,że nie warto planować nic dalej niż do godziny od tej pory:) Ale jakiś taki ramowy plan chciałabym mieć, wiedzieć co chcę robić, ot, że robię wszystko by założyć kawiarnię, że robię wszystko by wystartować w maratonie, a ja nie mam żadnych pomysłów….

      Lubię to

  13. Oczywiście, że znajdziesz peron z którego wyjeżdżać będzie Twój pociąg marzeń z wymarzonym maszynista u boku. Na pewno! Sama mam czasem podobne myśli, ale wtedy sobie powtarzam, że będzie do będzie, a musi być na pewno dobrze! 🙂

    Lubię to

  14. krolowakaro pisze:

    Kochana, nie ma co kopać dołków 🙂 Ja kiedy miałam 28 lat też ciągle szukałam pomysłu na siebie. Nie znałam jeszcze taty juniora, nie miałam juniora w planach… Wszystko w życiu ma swój czas, korzystaj z tego, co masz, bo jeszcze nie raz za tą wolnością zatęsknisz 🙂

    Lubię to

  15. Zbych pisze:

    GŁOWA DO GÓRY ! Doły i dołki trzeba szybko zasypywać i nie ma się co załamywać, zazwyczaj tak jest że nie da się swojego życia zaplanować nawet w 80%. Chociaż zdarzają się tacy co planują wszystko i żyją wg ściśle ustalonego harmonogramu, łącznie z aranżacją pogrzebu i wyborem nekropolii. Rzeczywiście urodzony mogą nastrajać pesymistycznie, szczególnie gdy się myślało że nie będzie się w miejscu w którym się je obchodzi. Coś chyba w tym jest że największego doła ma się przy 30tych urodzinach (nie chcę straszyć ale zazwyczaj tak to wygląda z uwagi na zmianę licznika z przodu – u mnie przynajmniej tak było). Jednak potem przestałem się tym przejmować, niedawno obchodziłem 32 i wszelkie obawy sprzed lat się ulotniły.
    W ogóle to mam wrażenie że zawsze największe naciski na jakieś konkretne planowanie czy spełnianie oczekiwań są ze strony rodziców (jak to zawsze bywa). Czasem się zastanawiam czy to nie jest w dużej mierze ze względu na to żeby mieli o czym gadać spotykając się ze znajomymi – nie oszukujmy się, zazwyczaj tak to wygląda że opowiada się gdzie to córka/syn nie byli na wakacjach, jaki nowy samochód kupili, jaki to ślub mieli 5 lat temu, ile to nie zarabiają na prominentnym stanowisku itd. Mało kto jest w stanie z równą werwą wspominać o tym iż pociecha po wypadku samochodowym od miesięcy zalega w szpitalu, o frustracji z oczekiwania na wnuka (bo młodzi się starają ponad 5 lat i nic) czy o spłacie kredytu za super dom, gdzie po skoku franka są na wyżywieniu rodziców bo by musieli wbijać zęby w dębowe panele za 180zł/m2….

    PS: Eh… jakoś dziś się wszystko pesymistycznie skumulowało. Od wczoraj u mnie nonstop leje….pies od północy ma permanentną sraczkę… rano prawie godzinę gadałem przez telefon z upierdliwym kierownikiem budowy (używającym jak przystało na osobę z wyższym wykształceniem co chwila przerywników w postaci rzeczowników na K i czasowników na P)… przez ten bezproduktywny a frustrujący telefon kawa mi wystygła… myślałem że może jak tu zajrzę to poczytam o czymś wesołym a tu klops… jak widać wszyscy mają pod górę 🙂

    PS2: Ten angielski Lady Pank wielce zabawny (w ogóle cała płyta). Ciekawa sprawa że Panasewicz ze względu na to że nie znał angielskiego ni w ząb uczył się teksów rozpisanych fonetycznie na pamięć 🙂

    Lubię to

    1. No właśnie, w tym wszystkim taki plus,że jak trafiłam na tę płytę to chociaż mi się humor poprawił dzięki cudownemu śpiewowi po angielsku Panasewicza 🙂
      A wiesz.,że masz pełnię racji. W [pracy mój tata ciągle słucha jakie cudowne są wnuki jego przyjaciela ze szkolnej ławy-on ma już 6. Mama też ciągle słucha o wnukach, ślubach itp swoich koleżanek,a u nas nic, nie ma się czym chwalić. I stąd takie uszczypliwości docinki-kiedy,kiedy…

      Lubię to

  16. Katarina pisze:

    „To, że mam męża oznacza, że mam przy sobie (mam nadzieję) właściwą osobę, ale nie sprawia, że mam swoje miejsce w życiu. Bycie mężatką nie definiuje mnie jako osoby. Ciebie nie definiuje mieszkanie z rodziną – najczęściej my sami się wpychamy na taką pozycję😉 ”

    Dawno nie słyszałam tak celnej uwagi!!!!

    Lubię to

  17. Gucia pisze:

    Witaj, czytam Cię od jakiegoś czasu. Już kilka razy miałam coś napisać, ale za każdym razem rezygnowałam. A dzisiaj mnie tknęło. Przeczytałam ostatnio fajną rzecz i myślę, że i w Ciebie może trafić. Cytat nie będzie dosłowny, ale sens: Uzależniamy nasze szczęście od czyjejś miłości, od lepszych pieniędzy, lepszej pracy, od koleżanki/kolegi. Generalnie od rzeczy, których nie mamy, a mamy dopiero mieć. A szczęście zazwyczaj jest na wyciągnięcie ręki – tu i teraz. I jestem pewna, że jak się zastanowisz to dostrzeżesz to szczęście w okół siebie. Tylko właśnie bądź szczęśliwa tu i teraz a nie czekaj wiecznie na szczęście. Jesteś osobą wierzącą , ja również, to może warto oddać planowanie Bogu? On wie co dla Ciebie najlepsze, na pewno ma plan, więc może warto Mu zawierzyć i przyjąć co Ci daje.
    Co do mieszkania z rodzicami, samodzielnością, realizowaniu siebie – rozumiem Twój problem. Ale może warto wynająć coś? Po co od razu kupować, czekać kolejnych kilka lat, jak może warto wynająć i zrobić jeden krok na przód. Niby nie opłacalne, bo przecież zbierasz na mieszkanie – ale co jest lepsze? Usamodzielnić się w ciągu miesiąca, czy mieszkać z rodzicami przez kolejnych 5lat? Jeśli chodzi o realizacje siebie jak i poznawanie ludzi – wszystko zależy od Ciebie. Wyjście poza strefę komfortu nie jest proste, ba! jest ch.o.lernie trudne, ale warto, trzeba się tylko trochę odważyć.
    Życzę Ci szczęścia i powodzenia 🙂

    Lubię to

    1. Wiesz nie bardzo wiem jak wynająć mieszkanie, czy nawet pokój i nie mieć za co potem żyć-chodzić nawet na herbatę do mamy i taty. Na dziś nie stać mnie na wynajem, i nie jest to taki problem,że muszę dziś czy jutro się wyprowadzać, ale nie mam planu jak do tego dojść szybciej.
      Nie piszę,że jestem nieszczęśliwa, sama ciągle piszę,że cieszą mnie dobre lody, spacer nad morzem 🙂 Ale czasem są takie dni kiedy ma się po prostu gorsze myśli i tyle 🙂 Ja mam dużo szczęścia, i je doceniam, ot czasem sobie ponarzekam dla zdrowia:)

      Lubię to

      1. Gucia pisze:

        Ale kupić mieszkanie planujesz z siostrą, wynająć pewnie też by się dało z siostrą więc wtedy koszty najmu dzielą się na 2 osoby, więc trochę łatwiej. Podejrzewam, że masz swoje powody, dla których pracujesz w rodzinnej firmie, ale może warto pomyśleć o zmianie pracy tak żeby Cię było stać na własne lokum? Bądź porozmawiać z „szefem’ o podwyżce 🙂 To są pierwsze rzeczy jakie przychodzą mi na myśl jeśli chodzi o mieszkanie. I ja rozumiem, że to nie jest potrzeba wynikająca z tego, że musisz się wyprowadzić, a Twoja własna potrzeba usamodzielnienia się, którą doskonale rozumiem.
        Super, że odnajdujesz szczęście w prostych rzeczach. Narzekać raz za czas nawet trzeba. Odebrałam Twój ostatni wpis raczej jako potwierdzenie braku szczęścia, cieszę się, że to moja nadinterpretacja i nie zapominasz o tym, żeby doceniać co masz 🙂

        Lubię to

      2. No widzisz najem to nie jest jedyny koszt, dochodzą rachunki, czynsz-na ten moment, dopóki siostra nie skończy pisać doktoratu nie ma szans byśmy wynajęły coś razem. Bo ona ma pół etatu, i co? Będziemy głodować,ale na swoim? Wybacz,ale to nie ma szans. Tak jak zmiana pracy, co najwyżej dodatkowe zajęcie, i nad tym poważnie myślę. Chciałabym się rozwijać jakoś kulinarnie,ale właśnie na to brakuje mi kompletnie pomysłu.
        Poczytaj sobie wstecz, ja się nawet uśmiecham do moich porażek i ewidentnego pecha 😉 Ot jak kobieta mam swoje humory, gorsze chwile i muszę wtedy się wygadać:)

        Lubię to

  18. A czy Ty przypadkiem miałaś nie iść na to wesele kuzynki? Bo o ile dobrze kojarzę, to nie jesteście jakoś zżyte…
    Jak nie masz pomysłu? A swój własny lokal z Twoimi cudownymi wypiekami?
    I jak te sukienki?

    Lubię to

  19. T.1987 pisze:

    Wiesz mnie kiedyś bardzo bolały docinki rodziny czy rowiesniczek ktore tylko machaly mi przed nosem pierscionkami i obraczkami. Dzis po prostu odpowiadam z przekasem że jestem lesbijką albo że nie stać mnie na utrzymanie takiego zwierzecia domowego jakim jest mąż miny innych są bezcenne 😊 bo ludzie tak naprawdę nie znaja nas a oceniają a same kobiety niestety przewraca im się w głowach i kiedy jest obok facet kiedy co złapią mają w głowie jedynie jego i siebie a koleżanki to zbędny dodatek

    Lubię to

    1. Ja mam pierścionek rodzinny, noszę jak mi wygodniej-ponoć to miejsce na pierścionek zaręczynowy i za każdym razem jak ktoś mi mówi -o,zaręczynowy, mówię tak- z babcią się zaręczyłam, ślub niebawem:)

      Lubię to

  20. Nic nie przychodzi łatwo nawet odcinanie się od tego co nas drażni ale warto bo nie oszukujmy się z każdym rokiem jesteśmy starsze i trzeba na pewne sprawy patrzeć trzeźwo choćby na perspektywę samotności

    Lubię to

  21. Widzę, że trafiłam na sam koniec ogromnej dyskusji… Hmm… Nigdy nie miałam takiego problemu, bo wyszłam za mąż w wieku 21 lat, a w wieku 22 i 24 lata urodziłam dwójkę dzieci, jednocześnie studiując, a potem pracując. Od momentu ślubu, przez 20 lat żyłam jak kieracie, bo nie dość, że obowiązki to jeszcze mąż fiksował. A szczególnie dobijał mnie fakt, że nigdy nie mogłam się wyspać. Dzisiaj wszystkie problemy już minęły, nareszcie mam luz i kiedy czytam o Tobie, to myślę: o rany, ale Ta ma fajne życie 🙂 Serio. Często wspominasz o tych zamążpójściach dookoła i licznych urodzeniach, i co? Myślisz, że u nich życie takie różami usłane? Życie w stadle wymaga zdrowych nerwów i poświecenia i często kończy sie źle. Nigdy nie wiadomo, co lepsze. Na pewno lepiej zostać samą niż trafić na jakiegoś fiuta. Masz wg mnie na sto procent rację, by zacząć żyć tu i teraz, tak na 100% i trochę więcej czasu sobie poświęcać, bo wygląda mi na to, że się zapracowujesz trochę… W każdym razie – z całego serca życzę powodzenia!

    Lubię to

    1. Jak to mówią syty głodnego nie zrozumie 🙂 Zresztą wydaje mi się, że mało kto zrozumiał moje wynurzenia. Każdy tylko czepia się tego tematu dzieci i męża, jakbym ja bez tego nic tylko płakała w kącie i mówiła,że bez faceta i gromadki dzieci nic nie znaczę;) Już mi się nie chce tłumaczyć,że to nie o to chodzi tak naprawdę. Ale zrobię to-chyba już na szczęście ostatni raz. Nie, nie szukam nikogo na siłę, i nie, nie chcę jutro być w ciąży bo inaczej skoczę z mostu. Chcę mieć tylko jakiś plan na przyszłość-i niekonieczną tą matrymonialną. Chcę wiedzieć co chcę w życiu robić, jak stać się w pełni dorosłą i niezależną, poszukać swojego miejsca na tym świecie. I tyle.

      Lubię to

  22. Każdy patrzy na pewne sprawy z własnej strony, i chyba każdy ma trochę racji. Chociaż ja z własnej perspektywy nie wyobrażam sobie w obecnym wieku wiązać się z kimś na stałe. Mam 29 za nim kogoś poznam, zaufam minie wiele czasu, bo dla mnie ślub po 2 czy 3 latach znajomości to zupełna abstrakcja… i szaleństwo a dzieci? Z moim zdrowiem nawet o tym nie myślę… leczenie wizyty u lekarza poród w wieku 30 paru lat… żyję tylko dniem jutrzejszym i pracą

    Lubię to

  23. Ehhh, ja niestety też tak mam… rocznik ze szkoły, rocznik ze studiów, wszyscy mężaci i dzieciaci… FB roi się od zdjęć radosnych, rodzinnych chwil, jak zdjęcia solo to tylko dzieci, inne nie wchodzą w grę, bo na tym etapie kobieta zazwyczaj definiuje się tylko w zestawieniu z dziećmi i mężem. Więc człowiek jak na to patrzy, z trzydziestką na karku, to ma poczucie straconego czasu… A jak się marzyło o przyszłości będąc dzieckiem, to miało być tak pięknie mając te lat dwadzieścia kilka. Ale z zawojowania świata nic nie wyszło. I tak jakoś życie to czy się dalej…

    Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s