Lipiec w lipcu

I tak, podsumowanie lipca robię w lipcu. Na sam koniec. Ten miesiąc przeleciał mi błyskawicznie. Zdecydowanie zbyt szybko. Czerwiec był jakiś taki spokojniejszy, pozwolił się sobą nacieszyć, docenić uroki lata i  te deszczowe dni też jakoś tak płynęły powoli.

Lipiec zaś był bardzo, bardzo intensywny. Nie tylko w pracy, ale i po pracy. Nie było dnia podczas weekendu, który spędziłabym na lenistwie. Zaczynam odczuwać lekką tęsknotę do tych chwil kiedy się człowiek po prostu nudzi. Zdecydowanie brak mi słodkiego lenistwa. Ten miesiąc zdominowało jedno słowo-remont. Masa godzin spędzonych w marketach budowlanych. Dziesiątki kilometrów wydeptanych w sklepowych alejkach doprowadziło do tego, że moje życie na dwa miesiące przeniesie się na wieś. A za te 8 tygodni nie poznam swojego dawnego mieszkania. W zasadzie zostanie jedynie szkielet, wszystko inne ulega wymianie, a wcześniej destrukcji. Poza tymi marketami, spędzałam masę czasu na zacisznej plaży. No i w każdą niedzielę byłam na Starówce, gdzie na nowo zakochałam się w moim mieście. Byłam zakochana w nim wcześniej,ale teraz mam wrażenie przeżywam renesans uczuć. Teatr, kino na dachu-rozwijam się kulturalnie. Towarzysko też było miło, odbyłam trzy miłe spotkania, co z czerwcową posuchą czyni ze mnie osobę nad wskroś towarzyską. Ostatni spacer odbył się przedwczoraj. Dostałam od przyjaciółki uroczy prezent z wakacji, bawiłam się z jej córką i w końcu się szczerze wygadałam. Oczywiście spotkania były w konwencji damsko-damskiej. Tych damsko-męskich nie było. Kolejny miesiąc ciszy  w tym temacie. I wiecie co? Nie rozpaczam, nie żałuję, nawet jest mi dobrze samej z sobą.

Teraz czas na podsumowanie książkowe. Za mną 16 pozycji, z czego trzy to były naprawdę pokaźne tomiska.

Książki wielki minus: Jak znaleźć faceta w wielkim mieście. Singielka, rozczarowana kolejnymi nieudanymi związkami postanawia kupić parę poradników i szukać miłości życia zgodnie z wytycznymi autorek. Jedna książka każe jej zostać boginią seksu i wydać 120 % miesięcznej pensji na koronkowy komplecik bielizny. Inna zaś książka znawczyni tematu uwodzenia zmusza ją do wysłania każdemu znajomemu mężczyźnie swojej wizytówki. Ponoć ten trik działał gdzieś tam w 19 wieku. W każdym razie książkę tę radzę omijać łukiem szerszym niż ten Triumfalny. O tym jak „fantastyczna „jest ta książka niech poświadczy ten cytat:

13 kwietnia
Oderwałam wzrok od jego oczu i spojrzałam na lewy biceps. W ramach unikania kontaktu wzrokowego. Boże, jaki był seksowny. Zastanawiałam się, jak wygląda bez koszuli. Na przykład w warsztacie stolarskim.

Czas na plusy,a  tych było kilka, jak nie kilkanaście.  W naszym domu Jodi Picoult. Z początku omijałam jej książki, bo skoro zachwycał się nim tak mocno świat, to znaczy,że historie są łzawe i przeciętne. Oczywiście istniała też szansa, że się mylę i te książki naprawdę są na plus. I ta nią jest na pewno. Jacob ma 18 lat, jest piekielnie inteligentny, ma genialne poczucie humoru, oddaną matkę i młodszego brata. Ma też Zespół Aspergera. Choroba ta ogranicza go w wielu kwestiach, wymusza pewne zachowania. Jacob nie znosi wszystkiego co nie jest z góry zaplanowane. Wszystko musi mieć odpowiednie miejsce, czas, kolor czy kształt. Nastolatek każde słowo przyjmuje dosłownie, nie ma w sobie empatii, stroni od nowych osób i najlepiej czuje się w swoim uporządkowanym świecie. I ten świat upada gdy znika Jess, atrakcyjna studentka i trenerka społeczna Jacoba. Na Emmę, matkę spada nagle ogromny ciężar, który ciężko udźwignąć. Brzmi tak dość banalnie, ale ta książka jest mądra, uczy cierpliwości i szacunku do odmienności. Jodi to specjalistka od poruszania ważnych kwestii w dość przystępny sposób, który naprawdę wciąga.

Rozpamiętywanie żalów to jak jazda samochodem, który ma tylko wsteczny bieg

 

Przejdę teraz do grubej książki-prawie 900 stron, w różowej okładce. Pewnie myślicie, że to kobieca pozycja,albo poradnik dla żony idealnej? Ewentualnie kolorowanki z Barbie, albo zbiór wskazówek jak taką sztuczną lalą zostać. O nie. Różowa okładka skrywa powieść Orhana Pamuka, Muzeum niewinności. To historia miłości. Miłości wyidealizowanej, maniakalnej, po prostu chorej. On ma narzeczoną i 30 lat, ona jest jego 18 letnią kuzynką. W pierwszych scenach ulegają pożądaniu, przez resztę kart książki bohater nie może żyć normalnie, miłość go obezwładnia. On nie żyje niczym innym niż pragnieniem bycia z nią. Ale czy los im na to zezwoli? Ta książka jest po prostu pięknie napisana, Pamuk jest mistrzem słowa, kreśli przepiękne zdania o zwykłym/niezwykłym życiu. Do tego pokazuje Turcję, taką jaką jest i jaką była. Jest szczery, bezpośredni i intrygujący. Codzienne życie opisuje bowiem on w taki sposób, że nie sposób się oderwać, wręcz z napięciem czeka się na to przyniesie naszemu bohaterowi kolejny dzień wypełniony tęsknota. Jeżeli jeszcze nie czytaliście książek Orhana Pamuka, to Muzeum niewinności będzie idealne na początek.

Czym jest miłość?
-Czym?
-Miłością nazywa się uczucie, jakim Kemal darzy Füsun, gdy patrzy na nią na drogach lądowych i na chodnikach, w domach i parkach, a także w restauracjach oraz przy stole podczas kolacji.
-Hm, efektowna odpowiedź…- mówiła Füsun- Czy gdy mnie nie widzisz, miłość przestaje istnieć?
-Staje się wtedy chorobą, okropną obsesją.

Aż wstyd, że dopiero teraz sięgnęłam po Dziennik Anne Frank. Od razu zaznaczę, że Dziennik nie odznacza się literaturą najwyższych lotów, w końcu są to zapiski dziecka. Ale zmysł obserwacji Anne, jej skrupulatność, dbanie o szczegóły robi wrażenie. Anne to dziewczynka, która zaczyna dojrzewać w trudnych wojennych czasach. Jej listy do wyimaginowanej koleżanki są pełne niepokoju i lęku o przyszłość. Ale i problemów każdej dziewczynki w jej wieku. Kłótnie z rodzicami, chęć bycia traktowania jak dorosła, pierwsze zauroczenia, zainteresowanie własną cielesnością, zazdrość, gniew. To połączenie sprawia, że Dziennik jest tak poruszającą pozycją. Czytając ją momentami miałam łzy w oczach. Oczywiście jest to pozycja obowiązkowa. Przemyślenia młodziutkiej Anne naprawdę robią wrażenie, posłuchajcie:

W każdym zmartwieniu jest iskierka czegoś pięknego, kiedy się na to patrzy, zauważa się coraz więcej radości i samemu wraca się do równowagi. A kto jest szczęśliwy, ten będzie uszczęśliwiać innych, kto ma odwagę i ufność, nigdy nie zginie w nieszczęściu!

 

Herbaciarnia Madeline. Mam spory sentyment to książek o herbaciarni, którą prowadzi Madeline. Poznałam ją podczas czytania Uśmiechu Madeline, teraz sięgnęłam z dużą przyjemnością po Herbaciarnię. Wiecie jaka jest ta książka? Jak kubek herbatki,z  lipy bądź rumianku w zimny i ponury dzień. Historia urzeka bezpretensjonalnością, ciepłem i urokiem. Koi zmysły, odpędza złe myśli, a przepisy zawarte na samym końcu mają działanie terapeutyczne. Wiem, że historia mieszkańców Avalon nie jest czymś na miarę Nobla, ale nie zawsze ma się ochotę na coś co zmusza do myślenia i analizowania każdego słowa. Ta lekka i przyjemna książka po prostu dodaje otuchy.

Najbardziej fundamentalne rzeczy w życiu- narodziny i śmierć- nie podlegają naszej kontroli. Ludzie poświęcają nieraz całe życie, próbując je kontrolować, ale to po prostu niemożliwe. Nawet, jeśli nam się wydaje, że to my stawiamy warunki, tak nie jest. Taka jest trudna prawda. Może Ci się to nie spodobać, ale nie możesz z tym walczyć. Żaden człowiek nie jest do tego zdolny.

Filmowo nie było najlepiej. Skupiłam się na serialu Night Manager,w zasadzie to mini serialu. Obsada robiła wrażenie, szpiegowska historia również zapowiadała się ciekawie. Ale przez 2 pierwsze odcinki nie odczuwałam pozytywnych emocji w stosunku do żadnego bohatera, ani do fabuły. Doctor House bez fiolki Vicodinu nie był tak smakowity w odbiorze. Ale nie, w połowie 3 odcinka naprawdę się zaczęło coś dziać i całość mnie wciągnęła. I to mocno. W tym serialu urzeka brak szybkiej akcji, brak atrakcji, jest za to powolna akcja służb i próba skontrolowania handlu bronią z ogarniętym wojną Bliskim Wschodem. Na koniec stwierdziłam-podobało mi się.

O Taxi Teheran już pisałam,więc powtarzać się nie będę. Ale wspomnę o przeuroczym filmie 84 Charing Cross Road. Otóż film ten to relacja z korespondencji listowej między Helen a Frankiem. Ona jest amerykanką i szuka rzadkich książek, on prowadzi w Anglii mały antykwariat. Przez lata ich znajomości stają się sobie wyjątkowo bliscy, to prawdziwie głęboka przyjaźń, oparta na listach. Ten obraz jest bezpretensjonalny, bardzo skromny, niemal surowy, pokazuje różnice kulturowe między Anglią i Ameryką, i niezwykłe uczucie, jakim darzą się główni bohaterowie. No i ta obsada, Anthony Hopkins, Jodi Dench oraz Anne Bancroft. Ma ten obraz swoje lata, ale koniecznie zobaczcie jak wygląda prawdziwa przyjaźń.

A ja tymczasem witam słoneczny weekend kolejną partią kartonów do zapełnienia. Czy można cierpieć na kartonofobię? Ja ją właśnie zaczynam odczuwać. Karton mnie przeraża…

6da492949e34f0e654c13d6d58423f49

Ścieżka dźwiękowa- Kaiser Chiefs- Tomato in the rain

 

I mamy część trzecią

Jak ja mam wolny dzień to zawsze pochmurny i chłodny. Czwartek był piękny, słoneczny i ciepły. A piątek? Hmm, okropny. Szary, ponury i męczący. Musiałam załatwić parę spraw na mieście i nie rozstawałam się z parasolem. Trudno. Uznałam, że przynajmniej nic nie będzie mnie rozpraszać przy przygotowaniach do przeprowadzki. Zaczęłam się pakować. Zaczęłam od góry szafy, tam zaglądam bardzo, bardzo rzadko. Praktycznie prawie nigdy. Wiecie co znalazłam jako pierwsze? Katalogi biur podróży z sezonu 2000/2001. Wtedy bowiem szykowałam projekt o Meksyku na lekcje geografii. Wtedy też, mając 12 lat przygotowałam sobie w tym katalogu listę miejsc, które muszę odwiedzić w wakacje. Lista hoteli wciąż była zaznaczona w katalogach. Kto by pomyślał, że 16 lat wstecz uważałam,że jak wakacje to tylko na Dominikanie, albo w Kenii. Z planów nic nie wyszło, wręcz nie chciałabym by się spełniły- lot samolotem? Ależ byłam odważna. Bez żalu wyrzuciłam część dzieciństwa. No dobrze, nieco żalu było. W ogóle ten remont to masa zamieszania. Mój dom chwilowo wygląda tragicznie. Nie ma już połowy mebli, większość rzeczy leży luzem na podłodze co jak wiecie dla pedantki jest niemal równoznaczne z wielokrotnym zawałem. Smutno patrzeć na łyse ściany i kurz dookoła. A jeszcze zadzwoniła cioteczka z gór, że właśnie wybiera się do sanatorium nad morze, i wpadnie z mężem nas odwiedzić. Na szczęście wybito jej ten pomysł z głowy.

Kiedy tak już opróżniłam górą część szafy logicznym krokiem była wyprawa na śmietnik. Wzięłam jeden wielki worek śmieci papierowych i od razu drugi worek śmieci codziennych. Ledwo co wyszłam na klatkę, stanęłam u szczytu 6 schodków i bach,pękły mi worki. Na moje/swoje nieszczęście akurat drzwi wejściowe otworzyły się i młoda, elegancka sąsiadka wchodziła na klatkę. Ostatkiem rozsądku upuściłam worek z papierami, zaś normalny skierowałam na siebie. Sąsiadka i tak wykonała dziki taniec przerażanie i oburzona krzyczała,że atakuje ją papier. Tymczasem ja stałam i chciałam być niewidzialna. Mówiłam sobie-Boże spraw bym była niewidzialna, proszę, proszę.Niestety, otworzyłam oczy i to nie był sen. Dość powiedzieć, że był piątek, na obiad miałam łososia, tacki po rybie i łuski spoczywały sobie na moich spodniach. I wiecie? Naprawdę żałowałam,że nie posłuchałam mamy i z tych pofarbowanych nie zrobiłam sobie domowych dresików. Teraz stałam śmierdzącą rybami i próbowałam zachować dobrą minę do złej gry. Sąsiadka zaczęła się śmiać, ja również, w końcu co więcej może zrobić osoba, która ma na sobie nowoczesne ubranko złożone z tony śmieci? No cóż, pozbierałam co miałam, swoją godność włożyłam do fioletowego worka pachnącego truskawką i poszłam na śmietnik.

Z kategorii jeżeli ulicą idzie 20 osób to pijany nastolatek musi akurat wybrać ciebie by podzielić się  całym alkoholem jaki przyjął podczas weekendu? Jak to dobrze, że posiadam po prostu genialny refleks, dzięki temu uchroniłam buty-tak, te nowe, i kolejną parę spodni przed nieprzyjemnym spotkaniem z wnętrznościami młodzieńca. Niestety takie widoki są ostatnie w kolejce na mojej liście marzeń. Może jestem dziwna, ale nie znoszę wymiotowania w mojej bliskiej obecności. Dlatego też wczoraj pobiłam wszystkie rekordy świata w kategorii jak w 0,0003 sekundy uciec w lewo. A w ogóle to uważam,że ta dzisiejsza młodzież jest w sporej części dysfunkcyjna. Kiedy patrzę na dziewczyny z bloku obok, które w wieku 16 lat śpią w weekendy na ławce bo nie wiedzą jak trafić do domu 15 metrów dalej to mi się ręce załamują. Czy tylko ja byłam grzeczną dziewczynką, która nigdy nie miała kaca i nigdy nie przesadziła z alkoholem? Macie mnie, nigdy nie piłam, to nie miałam jak przesadzić. Chyba,że można upić się zieloną herbatką?

Przejdźmy do dużo przyjemniejszych rzeczy. Bo takie były.

Nauczona doświadczeniem w sobotę wieczorem wyruszyłam z odpowiednim zapasem z domu by nabyć bilety na Kino na Szekspirowskim. Udało się bez problemu. No,została mi jedynie wolna godzinka. Ale nie oszukujmy się, jesteśmy w centrum Gdańska bez problemu można zająć sobie czas. Ja wybrałam małą knajpkę z muzyką na żywo, gdzie piłam bardzo pikantną herbatkę po żydowsku. Szczerze mówiąc, aż szkoda było mi wstawać i ruszać na dach. Ale ruszyłam. Film- Taxi Teheran, podbił moje serce. Prosty, taki codzienny obraz życia w Iranie, pokazany przez reżysera, który ma zakaz kręcenia filmów. W związku z tym film nakręcił nielegalnie, jeżdżąc taksówką. Całe show moim zdaniem skradła jego urocza siostrzenica Hana, dziewczynka ma olbrzymi talent. Jestem pewna, że może zostać wielką aktorką. Ale chwilami ciężko było mi skupić się na filmie. Wystarczył rzut oka w bok i podziwiałam nocną Starówkę . Po prostu bajka. Chwilami nie wiedziałam gdzie patrzeć. Gdyby tylko komary mnie kąsały, a krzesła miały miększe oparcie mogłabym nigdy nie schodzić schodami w dół ku normalności…..

W niedzielę pogoda znów się nie popisała. Zupełnie nie rozumiem czemu na trzy dni zapomniało o nas słońce? Owszem, mogłam założyć letnią sukienkę, wybrałam tę w kwiatki, i dokonałam zaskakującego odkrycia. Ona nie jest w kwiatki a liście. Wpadłam w konsternację i z zaskoczenia nie mogłam wyjść przez kwadrans. Byłam pewna,że kupowałam sukienkę w kwiatki, ale cóż, starość nie radość. Wracamy do pogody, która była szara i ponura. Ciągle nie wiedziałam-zacznie lać czy też nie? Nie padało. Pewnie dlatego,że wzięłam z sobą dwie parasolki. Gdybym tylko wyszła bez, od razu by lało. W sobotni wieczór nie miałam za wiele planów na niedzielę. Ale około 9 rano plany się pojawiły. Moja babcia chciała wpaść złożyć podwójnie imieninowe życzenia-mi spóźnione, mamie przyśpieszone. Ale warunki mieszkaniowe, a raczej ich brak, spowodował,że postanowiliśmy pojechać do naszej pierogarni i tam poświętować. Ale, ale, w końcu w Trójmieście była też Ania, a nie mogłam sobie odpuścić choć krótkiego spotkania. Spotkanie było za krótkie, ale było. Szkoda, że pogoda nie dopisała tym razem,ale postaram się za rok zabukować lepszą. Po uroczym, choć krótkim spotkaniu ruszyłam na rodzinną fiestę. Kiedy babcia mieszkała razem z nami było dziwnie. Często działaliśmy sobie na nerwy i mieliśmy siebie dość. A tutaj takie zaskoczenie, było wyjątkowo miło. Wszyscy dzielili się pierogami, żartowali i miło spędzili czas. A do tego okazało się, że moja babcia bardziej ceni imieniny od urodzin, dowiedziałam się tego po dwukrotnie większej zawartości koperty. A pierogi? O jejku, Oreo podbiły moje serce. Ale i sama nie wiem czy lepsze były te z bobem, czy z gęsiną i cebulową konfiturą? Do tego miła kelnerka powiedziała mojemu bratu, że jeżeli szuka Pokemonów to są w kąciku dziecięcym i ona dziś tam dużo nałapała. No obsługa idealna.

Idealnej obsługi nie miałam u fryzjera. Szalenie mi się spodobała fryzura pewnej aktorki. Dokładnie pani z serialu Night Menager. Pokazałam ją wczoraj fryzjerce, a ona zaskoczona rzekła-Madziu ja ciebie tak ścinam od pół roku. No widocznie ze mną kiepsko,bo tego nie zauważyłam,ale miło mi. Problem tylko jest taki, że tym razem moja ukochana fryzjerka ostrzygła mnie zupełnie inaczej niż pani z serialu. Jaka tam pani serialu, niż ja. Ale plusem był fakt, że pani Basia w ogóle nie zauważyła nadpalenia grzywki. Wręcz chwaliła miękkość włosów-padło pytanie czy nie zmieniłam oby szamponu. Nie, nie zmieniłam. Tak więc wszem i wobec ogłaszam- Dziewczyny, podpalajmy sobie końcóweczki.

Jako, że wczoraj kupiłam sobie sandałki, z racji upału oczywiście, dziś śmiało mogę odwołać upał i wakacyjne klimaty. Wybór odpowiedniego modelu zajął mi jedynie 40 minut. Wszystkie modele były albo na wskroś hipisowskie i posiadały setki, jak nie tysiące rzemyków. Albo świeciły się niczym diamenty w królewskiej koronie i krzyczały-kocham cekiny i brokacik. W końcu znalazłam te klasyczne, proste i eleganckie. I co? W kartoniku znalazłam jedynie jeden but. Po kolejnych 20 minutach pani znalazła drugiego, na wystawie w dziale dziecięcym…. Czyżby dziewczynki nosiły bardziej spokojne modele niż ich matki?

Dziś rano pomyliły mi się tubki z kremami. Zamiast tym pod oczy 25 plus, posmarowałam sobie solidnie delikatne okolice żelem punktowym na trądzik, własność mojej siostry. Nie polecam, chyba,że chcecie straszyć otoczenie swoim posępnym spojrzeniem i płakać z powodu pieczenia oczu. Tą dobrą radą kończę. Dziś zaczyna się przeprowadzka, a jeszcze tyle do zrobienia…..

7406308db190498b7343271935b07a71

 

Ścieżka dźwiękowa- Dave Matthews Band- Seven

 

Bracia Cohen szaleją część druga

Gdy się człowiek śpieszy to…. Traci włosy. No może nie wszystkie, ale zawsze. Otóż zajęta byłam konfiturami, uznałam,że póki mieszkam u siebie to zrobię zapas wiśniowej konfitury. Takiej z kakao. No pyszna po prostu. Wyjadłam z cały kubek na marginesie. Tłumaczyłam sobie, że na bieżąco muszę kontrolować poziom jednostek smakowych. Niestety, zorientowałam się,że coś ogień mi nierównomiernie działa. Odsunęłam garnek, nachyliłam się-do bezpiecznej wysokości i bach, naprawiłam gaz, ale i przypaliłam sobie grzywkę. Jak na ironię parę dni wcześniej przeczytałam, że panie płacą by fryzjer przypalił im końcówki włosów. Ponoć to hit wśród modelek. Wystarczy przypalić sobie włosy, a potem odżyją i będą po prostu piękne. W tańszej wersji możecie połączyć robienie przetworów z dbaniem o idealny wygląd. Na razie ciężko mi powiedzieć coś więcej na temat skuteczności tej metody, ale będziemy w kontakcie.

Czasami mam pecha. Czasami to peszek. Ot, zamarzyła mi się projekcja filmu na dachu Teatru Szekspirowskiego. Wiecie taki seans pod gwiazdami z cudownym widokiem na nocny Gdańsk. Kto uważa,że to nie jest bajka proszę wyjść. Dobrze, zostali wszyscy. W planie było Wielkie piękno. Piękny film i piękne okoliczności pokazu. Seans miał się zacząć o 21.30. Wiedziałam,że liczba miejsc jest ograniczona, dlatego też zaplanowałam wczesny przyjazd na miejsce zdarzenia. Uzbroiłam się w koc i ciepłe skarpetki-o tych letnich nocach gdy satynowa koszulka wydaje się grzać zbyt mocno możemy zapomnieć. W każdym razie byłam 45 minut przed projekcją i co? Pani mi powiedziała,że właśnie sprzedała dwa ostatnie bilety. A ja dwóch potrzebowałam, dla mnie i dla mamy. No cóż, moją mamę wzięło na spacer. Wieczorny spacer po centrum. Nie byłoby to takie złe gdyby nie fakt, że nałożyłam nowe tenisówki. W końcu miałam grzecznie leżeć/siedzieć i oglądać film. Po 1,5 godzinnym spacerze dorobiłam się odcisków dosłownie na każdym kawałeczku stóp. Nawet nie wiedziałam,że człowiek jest tak odciskogenny.

Dnia następnego znów wybrałam się na naszą śliczną Starówkę. Chcę się nią nacieszyć przed Jarmarkiem. Owszem jest sporo turystów, są koloniści, ale wciąż mam wrażenie,że to moje miasto, a nie tysięcy obcych, którzy w biegu robią zdjęcia i nie doceniają piękna na każdym kroku. Irytują mnie ludzie, którzy na wakacjach nie spacerują, a pędzą, od zabytku do zabytku. Zrobią sobie zdjęcie i lecą dalej. Ja siedziałam w uroczej kawiarence, piłam prawdziwie domową mrożoną herbatę, jadłam wegańskie lody na mleku ryżowym o smaku lukrecji i kiedy tak spokojnie sobie siedziałam odkryłam,że czuję się w tym miejscu wspaniale. I nie chodziło o to, że siedzę sobie na Starym Mieście i oddaję relaksowi, a o to,że jestem tak zrelaksowana. I odkryłam,że jakby mniej mi dokuczają te odciski, i w ogóle czuję się świetnie. Uznałam,że winnym jest kolor ścian. Pierwotnie uzgodniłam z siostrą,że nasz pokój będzie w  kolorze szarości, jasnej szarości. Chłodny, bezpieczny, nienachalny. Ale zmieniłam błyskawicznie koncepcję. Chcę mieć pokój w kolorze bardzo mocno rozbielonej jagody. Coś jak jagodowy koktajl, wspomnienie lata.W ostatniej chwili zmieniłam koncepcję-cała ja. Wegańskie lody nie były smaczne. Były dziwne. Ale za to odkryłam swój idealny kolor do sypialni. Fajnie nie?

Kiedy taka zrelaksowana wyszłam z kawiarni postanowiłam otoczyć się sztuką. Akurat obok była galeria, gdzie wystawiały się młode artystki.Byłam z tatą i chętnie weszliśmy pooglądać jakie teraz trendy są modne w malarstwie. Szczególnie zainteresował mnie jeden obraz, połączenie szarości z niebieskim paskiem, a raczej paseczkiem, nieco większym od plamki. Dłużej przy nim przystanęłam, dołączył do mnie mój tata. Popatrzył i powiedział- wiesz ja nie bardzo rozumiem tę sztukę współczesną, albo coś jest ładne, albo nie. To jest ładne, ale nie wiem co to jest. Już miałam powiedzieć tacie co autor miał na myśli, gdy pomóc postanowiła sama autorka, która z oddali powiedziała o czym jest obraz. Tata usłyszał, zmarszczył czoło i mówi- aha, to już wiem, niebieski odcień to Bóg, ten obraz ma być alegorią Boga, ciekawie, ciekawie. Pani podeszła nieco bliżej, i rzekła- nie to nie Bóg, to Bug, wie pan rzeka, woda, płynie sobie powoli…. Tata nie stracił rezonu choć ja wewnętrznie płakałam ze śmiechu. Tata odrzekł- Bóg, czy Bug, nieważne, mi się podoba. Na marginesie ja od razu wiedziałam, że to niebieskie to rzeka. Może niekoniecznie odkryłam,że to Bug, ale zaliczam sobie wysoką znajomość sztuki współczesnej.

Z remontowego boju. Szef firmy, który miał nam robić remont zapowiedział, że przed 1 września bardzo ciężko będzie mu wejść do mieszkania. Może się wyrobi na 25,sierpnia oczywiście, ale to zrobi jedynie z tego faktu, że zna tatkę.1 września nie wchodzi w grę, bo nie przeżyję jesieni na wsi-deszcz, wiatr i ciemne wieczory, brr, październik. Znów na wariata trzeba było szukać nowego wykonawcy. Ten obiecał zająć się remontem maksymalnie 5 sierpnia. A znów myślałam, że wszystko pójdzie w łeb. Ale u nas to normalne. Szykuję się na 245 komplikacji po drodze.

P. S. Truskawki znów są po 6,5 zł za kilogram. Lecę na szybkie zakupy. Może zdążę uzupełnić zapasy bazyliowej konfitury z truskawkami? W końcu w tym tygodniu weekend zaczęłam już w piątek.

fdbdf15f2e188171faef0c96fa29b715

 

 

 

Ścieżka dźwiękowa- Pink Floyd- Mudmen

 

 

Bracia Coen szaleją

Woody żałuje. Wystosował nawet petycję do braci Coen- Panowie,nie szalejcie. Singielka to mój pomysł, zwolnijcie. Oni jednak nie chcą zwalniać. Nakręcili kolejną komedię pomyłek,omyłek i wpadek wszelakich.

Od paru tygodni czuję się jak profesjonalny architekt wnętrz. Gdyby płacili mi za każdy kroczek zrobiony w salonach meblowych i marketach budowlanych mogłabym dziś kupić sobie małą wyspę i zaprosić Was wszystkich na koktajl z mango i banana. Otóż moją głowę zaprzątały kafelki, panele, kolor płytek i rodzaj wanny. Okazało się,że mam dobry, choć chwilami dość ekskluzywny gust(ach te ceny). Kiedy pochwaliłam się wyborem kafelek do kuchni mojej przyjaciółce ona orzekła,że są cudowne( na marginesie czy jakiejś kobiecie nie podobałyby się kafelki o strukturze diamentów w kuchni?), ale wyższej kategorii, jej zdaniem za drogie i w ogóle luksus w pełni. Niestety tylko takie mi się podobały, bo tylko takie były w odcieniu czystej bieli. Ale dzięki temu,że moja kuchnia jest raczej z tych malutkich, podzielić na połowę dodatkowo i zabrać 10 % powierzchni to mogę sobie kupić diamentowe kafelki. A co będę sobie żałować. Podczas obierania ziemniaków będę się czuła kobietą luksusową. Po trzech godzinach łażenia w te i z powrotem wybrałam panele, wow. Czym mnie urzekły? Chyba tym,że w opisie miały napisane- polecane do małych kawiarni. Czy mogłabym ich nie wziąć? Na szczęście moja mama ma taki sam gust jak ja, wszystko zaaprobowała, pochwaliła i powiedziała,że wspaniale się ze mną robi zakupy. Ona przyjeżdża do sklepu na gotowe, wydaje zgodę na zakup i bach, można wracać do domu. Chyba odkryłam w sobie żyłkę architekta wnętrz. Będzie mi szkoda jak mój remont się skończy. Może straciłam szansę na karierę w urządzaniu mieszkań samotnych milionerów?

Jako,że robimy remont kapitalny, łącznie z burzeniem ścian i stawianiem nowych, wypadałoby nie przeszkadzać panom w kombinezonach i opuścić mieszkanie. Co oczywiście nie jest takie proste w przypadku 5 osobowej rodziny. Opcja hotelowa odpada, remont zajmie bowiem 8 tygodni. Rodzina? Szczerze? Nikt nie ma takiego metrażu i chęci by przygarnąć 5 osób(na marginesie od nikogo bym tego nie wymagała). Został wynajem. Ledwie 47 telefon i jest mieszkanie, u nas w okolicy, ładne, fajne, miłe. Na co dzień mieszkają tam studenci ale na lato wyjechali, więc właściciele chętnie wykorzysta przestój i nam je wynajmie. Wszystko gra. Do czasu. Dzwonię do pana by dograć warunki a pan mówi, że w zasadzie to jest lato, więc on przyjmuje warunki apartamentowe. Co to znaczy? To znaczy to, że płacimy nie za miesiąc a za dobę. 195 złotych. Co jak łatwo policzyć przy 61 dniach daje zawrotną sumę …. Ledwie 30 telefonów dalej i ciągłe słuchania- na dwa miesiące? Dziękuję. Owszem, mieszkanie stoi 2 rok na wynajem-bez skutku, ale co zrobię jak ktoś się trafi? Wolę czekać. I tak dalej. W końcu znalazło się mieszkanie, śliczne, nowe, z ogrodem, z pełnym wyposażeniem, nigdy na stałe niezamieszkane, bajka. Minus? Musi być. Osiedle jest naprawdę ekskluzywne, ale niestety mieści się na dalekich przedmieściach. W zasadzie jest to wieś. Aby zadbać o wysokie gusta mieszkańców w okolicy nie ma żadnego sklepu, który psułby widok. Jako,że jest to prestiżowe osiedle założono,że każdy ma samochód i podjedzie te 10 minut do marketu.Dlatego też autobus jeździ raz na 90 minut, by nie psuć ciszy. Nikt nie pomyślałam,że ja mogę tam zamieszkać. Bez prawa jazdy, bez szofera, czy chociażby nie jestem zapaloną kolarką. Mój krokomierz pęknie z radości kiedy rano będę szła po chleb i gazety-20 minut w 1 stronę, a w domu zorientuję się,że zabrakło mi masła, pomidora czy herbaty. Ale widzę i plusy. Ogród, oczyma wyobraźni widzę sobotnie i niedzielne poranki spędzane na trawie, gdzie będę zajadać się śniadaniem,czytać książki i pić mrożonką herbatę. I te wieczory, będę mieć 3, no dobrze, 30 kroków do wody. Las, lato, cisza, spokój. Może nie będzie tak źle?

Źle było kiedy mój brat odkrył w sobie pasję do łapania Pokemonów. Owszem fajnie,że wyszedł z domu-jako,że zdał śpiewająco wszystkie egzaminy, postanowił spać do 14, i nie robić nic. Aż do zeszłego poniedziałku. Mój brat lata po mieście jak szalony. A, że samemu mu nudno to namawia mnie bym latała za nim. Na moje nieszczęście raz się zgodziłam. Teraz zaś dzień dnia mój brat każe mi z sobą chodzić. Po tym tygodniu odkryłam,że zrobiłam 79 kilometrów spacerując i szukając jakichś potworków. Albo raczej asystując. Nie czuję nóg. Albo wręcz przeciwnie, czuję każdą ich cząstkę. Na samo słowo spacer czuję taką odrazę jak do kubka śmietany.

Kiedy tak szłam z/za moim bratem błagając go o przerwę zamajaczyło mi Tesco przed oczyma-kupmy wodę. Zgodził się, o łaskawca. W każdym razie w sklepie mój brat powiedział,że może kupimy sobie nieco cydru na wieczór. Jako, że cydr to jedyny alkohol jaki mogę wypić w ilości-pół małej szklaneczki,4 razy na rok uznałam,że może rzeczywiście już czas na porcję cydru. On wybierał cydr, ja poszłam po twarożek i mleko, a także paczkę herbaty i nieco przypraw do mięs-uznałam,że niosąc zakupy brat szybciej się zmęczy i zarządzi odwrót ku domowi. Przy kasie ustaliliśmy,że wracamy do domu, jeszcze tylko parę sprawunków do skasowania i…. Pani wzięła cydr i zanim go nabiła poprosiła o dokument tożsamości przy czym powiedziała to głosem, który mroził. Zgłupiałam, powiedziałam,że nie wiedziałam iż cydr dostępny jest z dokumentem i w ogóle to dlaczego. Pani znów spojrzała się na mnie jak na idiotkę i niemal krzyknęła- proszę o dokument tożsamości. Za mną stała spora kolejka, poczułam się idiotyczne, jakbym była nieletnia i chciała upić się cydrem w ilości 0,33 litra Ludzie stali za mną, i wcale im się nie dłużyło, sklep zamarł w oczekiwaniu na próbę oszustwa i wyprowadzenie mnie ze sklepu, najlepiej w kajdankach. I wtedy zirytował się mój brat i rzekł cichutko- pokaż dowód. I wtedy dopiero mnie olśniło, pani myśli,żem nieletnia i chcę kupić sobie alkohol ,wypić go duszkiem na działkach a potem napadać staruszki. Wyjęłam dowód z uśmiechem mówiąc- to się pani zdziwi. Pani wzięła, popatrzyła, i krzyknęła- dobry Boże, jak ja panią przepraszam, pani jest ode mnie starsza. Proszę to traktować jako komplement. Dziewczyna wyglądała na dobre 35 lat, więc reszta sklepu myślała,że jestem 40 latką, a mój brat, który wygląda na 15 latka to mój syn. Wyszłam ze sklepu z godnością i tłumionym śmiechem. W wieku 28 lat zostałam pomylona z 17 latką. Czyżbym wykąpała się w eliksirze młodości?

W czwartek przeżyliśmy 14 godzin deszczu i chwilowe zalanie miasta. Pech chciał, że dzień wcześniej postanowiłam rozjaśnić białą podeszwę moich tenisówek. Ktoś mi doradził bym umyła je mydłem, tak też zrobiłam. W czasie ulewy-i koniecznego (niestety) spaceru moje buty zaczęły się pienić. Szłam ulicą jak żywa reklama środków piorących. Mogłabym pobić samego Chajzera i jego Wizir. Gapa ze mnie, źle wypłukałam buty. One zresztą ze wstydu się rozkleiły. Wyrzuciłam je bez żalu. Przyniosły mi masę wstydu. Ale muszę przyznać, test bieli wyszedł wręcz śpiewająco.

Moja kuzynka przybyła z dalekiego kraju-bardzo ciepłego  do domu. Przybyła by pochwalić się hiszpańskim narzeczonym. Kuzynka jest młodsza o 3 lata. Moja mama chodzi po domu i mówi w kółko- dziecko , zacznijmy od podstaw, czy ty nie lubisz chłopców tak w ogóle czy tylko teraz nie masz ich w głowie ? Brawo mamusia.

Mamusia moja robiła pranie. Jako, że prała spodnie postanowiłam przeprać nowe spodnie, które raz miałam na sobie-niestety w dzień powodziowy, więc dostały nieco piany. Moja mama zapewne wciąż myślała nad moją orientacją, bo pomyliła płyn do płukania z wybielaczem. Moje nowe, piękne letnie spodnie we wzorki dostały nowe wzorki. 8 wypalonych miejsc, w odcieniu żółci, niestety nie dodało to spodniom uroku. Plamy nijak nie korespondują z granatem spodni i wszelkie próby maminego pocieszenia, że w sumie to będzie zabawna piżama, nie zdały egzaminu.

Egzaminu nie zdała próba opisania wszystkich wpadek z całego tygodnia. Szykujcie się na kolejną część i bądźcie czujni. Licho nie śpi.

7deb08d0310df7170a8b3b4313fb7691

Ścieżka dźwiękowa- Depeche Mode- Martyr

 

Strach się bać.

Dziś kolejny odcinek mojego serialu o serialach. Dziś będzie o tych obrazach, które mrożą krew w żyłach. O tych serialach gdzie trup ściele się gęsto, a sztuczna krew leje się bez opamiętania. Nie wiem czemu, ale seriale kryminalne od zawsze były jednym z moich ulubionych gatunków. Być może dlatego,że nie mam w sobie nic z mordercy i złoczyńcy. Stąd też muszę posiłkować się serialami i książkami, które wprowadzają nastrój grozy.

Na pierwszym miejscu zawsze i wszędzie będzie u mnie Most nad Sundem. Ale uwaga mówię o wersji skandynawskiej. Nie amerykańskiej. Amerykańską zostawiamy daleko w tyle i włączamy oryginał. O czym jest Most? Zaskoczę Was jeżeli powiem,że o moście? Tak, o moście nad Sundem, moście  łączącym Danię z Norwegią. Na tym moście, gdzieś na granicy, znaleziono zwłoki. Od tego wszystko się zaczyna. W sprawę włączają się policjanci z obydwu państw. Z Danii mamy Martina, z Norwegii Sagę. Są zupełnie niedopasowani. Przede wszystkim dlatego, że Saga jest skomplikowaną osobą. Jest świetną policjantką, ale cierpi na zespół Aspergera. Nie ma w sobie za grosz empatii, co przydawałoby się w chwili przekazywania smutnych wiadomości. Do tego serial jest wyjątkowo realistyczny. Saga ma ogrom problemów, Martin też nie próżnuje w tej kwestii. Obydwoje są po prostu ludzcy,nie latają po scenie zbrodni w lakierkach i z różowym manikiurem, świeżo zrobionym zresztą. Ten serial zahacza o wiele tematów, mamy tutaj konflikty rodzinne i małżeńskie, wielką politykę, i radzenie sobie ze swoimi demonami. Wszystko jest okraszone niezwykłym wręcz klimatem jaki gwarantują skandynawskie seriale. Jest więc mroczno, zimno i nieco klaustrofobicznie. Napięcie czuć na każdym kroku.

most-nad-sundem57

Kto zabił Rosie Larsen? To pytanie przewija się przez dwa pierwsze sezony genialnego serialu The Killing. Pierwowzór, a jakże powstał w Skandynawii, ale wersja amerykańska jest wyjątkowo udana. Znów mamy dwójkę policjantów, zupełnie niedopasowanych. Ona jest samotną matką i bardzo oddaną pracy policjantką. Nie dba o siebie, nosi okropne sweterki, i stara się ogarnąć swoje życie,co jej niezbyt wychodzi. On nosi bluzę z kapturem, ma bardzo luźne podejście do życia i pracy. Nikt nie powiedziałaby o Stephenie Holderze-wzór policjanta. Mimo wszystko musi połączyć siły z Sarah Linden i rozwiązać zagadkę Rosie. Obydwoje są tacy jak my, mają swoje problemy, mniejsze i większe życiowe zawirowania. Nie są wzorami do naśladowania. Ona nie jest kobietą, w której zakochują się podejrzani, on jest takim facetem, którego nie przyprowadzi się z radością na niedzielny obiad z babcią. Nie rozwiązują trudnych spraw w ciągu jednego dnia, napotykają na setki trudności i to czyni ten serial wyjątkowym. Do tego akcja dzieje się w Seattle, ciągle pada, wszystko spowija mgła co tylko dodaje całości tajemniczości….

the-killing

Nie mogę pominąć Detektywa. Jednego z najlepszych seriali w historii telewizji. Aczkolwiek od razu zaznaczam, mówię o pierwszym sezonie, nie o drugim. Drugi jest dużo,dużo gorszy. To tak jak byśmy porównali okruszki ciasta do całej blachy sernika. Nie da się tego porównać. Drugi sezon śmiało można sobie pominąć, tym bardziej,że nie ma żadnego (niestety) żadnego związku z sezonem pierwszym. Jest zupełnie odrębną historią, z zupełnie innymi aktorami. Żałuję. Wrócę więc do części pierwszej. Matthew McConaughey  i Woody Harrelson. Z początku myślałam,że skoro w obsadzie znalazł się Matthew”latam w filmach bez koszulki,koniecznie po plaży” McConaughey to nie będzie to nic dobrego. O jakże się zdziwiłam. Ten serial jest genialny do kwadratu. Zaczyna się już czołówką, niezwykłą, przepiękną, bardzo artystyczną. A ta muzyka, wprost idealnie dobrana. Następnie widzimy dwóch policjantów, Rust i Hurt, każdy to facet po sporych przejściach, zmęczeni, znużeni życiem. Żadni tam przystojniacy, którzy są tak idealni, że aż sztuczni. Następnie cała sprawa, tajemnicze morderstwo z wątkiem po prostu mistycznym w tle, a może na pierwszym planie? Do tego sposób kręcenia, który nazwałabym narkotycznym. Zdjęcia, niezwykłe krajobrazy, to wszystko uzależnia. Ten serial jest duszny i senny, dokładnie tak jak Luizjana. A jednocześnie nie pozwala ani przez moment się rozluźnić, ciągle ma się wrażenie, że nasze tętno jest tak wysokie jakbyśmy jechali najszybszą kolejką górską świata bez pasów. A rozstrzygająca scena w finałowym odcinku? Powiem Wam szczerze oglądałam ją z 15 razy, po prostu jestem nią zachwycona. I uzależniłam się od niej. Chyba żaden serial nie został nakręcony z taką starannością, z takim pomysłem  i z taką pasją. Tę pasję czuć dosłownie w każdej sekundzie. Szkoda, że autorzy dali nam jedynie jeden sezon. Ale może i lepiej zejść ze sceny niepokonanym?…..

123_121100772

Kolejną pozycją będzie Broadchurch. Serial opowiadający o małym i bardzo spokojnym miasteczku. Tę ciszę przerywa śmierć Danny’go Latimera, małego chłopca. Sprawą zajmują się Ellie i Alex. On jest tu nowy, ona to przyjaciółka matki chłopca, ta sprawa ma więc dla niej szczególne znaczenie. Założenie jest naprawdę proste. Senne miasteczko, gdzie każdy każdego zna,lubi i szanuje. Ale wystarczy chwila by wyszły na jaw głęboko skrywane sekrety i problemy. Miasteczko przechodzi ciężką próbę, nigdy nie było bowiem obiektem zainteresowania mediów i nie wie jak sobie poradzić z tą tragedią. Co jest plusem tego serialu? Wspaniała obsada, Olivia Colman gra ufną i serdeczną osobę, która nie wierzy w to, że zło mogło zamieszkać w Broadchurch. Alex w wykonaniu mojego kochanego Davida Tennanta jest nieufny, podejrzliwy,a  jednocześnie sam skrywa niejeden sekret. Razem muszą znaleźć mordercę. Dodatkowym plusem jest muzyka, i przepiękne krajobrazy. Aż nie chce się uwierzyć, że takie piękne miasteczko może być sceną zbrodni. Do końca każdego odcinka widz zostaje w niepewności. Poczucie mętliku w głowie rośnie z każdą chwilą i eksploduje w finale.

23FB35DC00000578-2870505-image-a-6_1418327401990

I nas sam koniec serial kryminalny, który rzadziej straszy a częściej cieszy i poprawia humor. Serial kryminalno komediowy? Tak występuje taki typ, najlepszym przedstawicielem tego gatunku jest stary,dobry Detektyw Monk.Serial, który towarzyszy mi od wielu, wielu lat. I zawsze gdy trafię na Adriana Monka gdzieś w gąszczu telewizyjnych obrazków po prostu się cieszę. Nie ma bowiem nic ciekawszego niż połączenie genialnego umysłu z zaburzeniami na jakie cierpi Monk. Specjalny sposób krojenia pomidorów? Nie ma problemu. Rozdzielanie kolorowego jedzenia? To Monk tu rządzi. Ciągle dezynfekowanie rąk i wszystkiego co może być choć odrobinkę zabrudzone? Skoro Monk tego wymaga. Te obsesje na punkcie bakterii, wirusów i brudu niezbyt pasują do detektywa, ale o dziwo nie zamykają Monka w domu. Wręcz przeciwnie, jest wyjątkowo skutecznym detektywem, a jego sposób analizowania i dostrzegania każdego szczególiku sprawia, że nie ma dla niego spraw beznadziejnych.

00028I8I0QRMT9UH-C459

Ścieżka dźwiękowa- Soundgarden- Mood for trouble

Piaskowy dołek, ot maleńki

Wpadłam właśnie w taki dołek. Dołek jako sobie wykopałam kilka dni temu na plaży-strasznie się nudziłam. Oczywiście dołek ów szybko się zakopał, ostatnie ziarenka już czekają by wyrównać poziom i będzie super. Albo przynajmniej znajomo, bezpiecznie i chyba miło. Tak, miło.

Ten mały dołek kopał się powoli przez cały tydzień. Kulminacja nastąpiła w sobotę łamane na niedzielę. Ale przeszło.

Jakoś tak gorzej zaczęło się w piątek. Przed pracą poszłam do przychodni po recepty na leki. Stojąc w kolejce uświadomiłam sobie,że od pół roku najczęstszy kontakt towarzyski mam z panią doktor. Tyle, że ona za każdym razem pyta się o moje imię, więc jeszcze  tak dobrze się nie znamy. Wzięłam zapobiegawczo recepty na dwa miesiące. Ale dało mi to do myślenia. Ostatnio owszem, mało czasu weekendami spędzam w domu. Ale obracam się wciąż w tym samym rodzinnym gronie. Po prostu naturalną siłą rzeczy większość pozakładała rodziny i weekendy spędzają w swoim gronie, ze swoimi dziećmi, mężami, narzeczonymi, teściami. Uświadomiłam sobie,że mam tylko jedną bliską mi osobę bez bagażu męża,narzeczonego czy też dzieci. Problem jest taki, że w ogóle nie umiemy się zgrać. Umawiamy od pół roku i nic z tego nie wychodzi. No ok, widziałyśmy się w czasie kulinarnego festiwalu. Rozmawiałyśmy na żywo całe 3 minuty.Żeby nie było,w linii prostej dzieli nas 7 km. Ostatnio jakoś tak dziwnie nie drodze mi z tymi, których lubię…

W takim to nastroju burym przeżyłam piątek. W sobotę nie mogłam sobie znaleźć miejsca i zajęcia. Wszystko mnie albo irytowało, albo męczyło, albo z powrotem złościło. Sama nie wiem dlaczego? Pewnie dlatego,że w tę lipcową sobotę 3  znajome dalsze pary przysięgały sobie wieczną miłość. Pewnie dlatego, że moja mama zaczęła drążyć temat ślubu kuzynki. Sama nie ma ochoty iść, ale pewnie będzie musiała. W każdym razie zaczęła się mnie podpytywać czy ma mi szukać partnera na wesele. Bo przecież sama nikogo  nie znajdę, to miało być powiedziane z troską. Ale nie wyszło. Najgorsze, że mama ma rację. Nie znam nikogo kto mógłby pójść ze mną na wesele. Musiałabym pożyć męża od przyjaciółki. Na poważnie nie mam takich znajomych,wolnych facetów. Bo oczywiście nie mówimy o sytuacji, że znajdę sobie partnera, który zostanie ze mną po weselu. To jest tak samo realne jak to, że Beata Szydło jest samodzielnym politykiem. Konkluzja jest taka, na co dzień otaczam się ludźmi, ale jak dochodzi co do czego to nie mam z kim spędzić wolnego czasu.

Tak ponuro -dostosowałam się do aury panującej na dworze,przeżyłam sobotę. W niedzielę rano zobaczyłam wiadomość od przyjaciółki, innej z tych dwóch. Przesyłała mi pozdrowienia z wakacji z dużą ilością zdjęć. Turkusowe morze, piękne palmy, urocze rodzinne zabawy w basenie i jej radość. I jej słowa- wspaniałe miejsce na rodzinne wakacje, koniecznie tu przyjedź, każde dziecko będzie zachwycone. Uznałam, że chodzi o moje wewnętrzne dziecko. Może one byłoby zachwycone. Innego na pokładzie nie ma. I znów z rana podniosło mi to ciśnienie. Poczułam się gapowato. Nie wiem czemu, ale moje 28 urodziny nastroiły mnie depresyjnie. Uznałam,że w najlepszym przypadku 1/3 życia mam za sobą. I wiecie co? Ja nie mam pomysłu na pozostałe 2/3. Ja w ogóle nie wiem jak one będą wyglądały. Jak powinny wyglądać. Poczułam,że marnuję czas. Nie robię niczego konkretnego. Ciągle żyję tak jakbym miała 16 lat i miała dużo, dużo czasu na określenie swojej przyszłości i planów na życie. A ja żyję bez planu. Nie chodzi mi o plan szczegółowy, ale jakieś ramy. Etapy, które chciałabym zaliczyć, przekroczyć i cieszyć, że idę dalej. Ja stoję w miejscu. Może się nie cofam, na razie nie, ale nie ruszam z życiem do przodu. Kiedyś miałam głowę pełną marzeń i planów. Ostatnio w tej głowie coraz częściej witam się rano z frustracją i niepokojem, jak to będzie, jak być powinno, i czemu jest tak jak jest?….

Z tak rozpoczętej niedzieli nie powinno wyjść nic dobrego. Ale uznałam,że na przekór wszystkiemu zrobię coś co powinnam zrobić już dawno. Umówiłam się z przyjaciółką. Siedziałyśmy w kawiarni na Starym Mieście. Wokół tłumy zmęczonych turystów. Założyłam moją nową sukienkę, co prawda to były tylko plotki z przyjaciółką, ale uznałam,że okazje kreuję ja sama. I sobie wykreowałam okazję. Niedzielne spotkanie z przyjaciółką. Mały spacer, lody, uśmiechy, wspominanie okropnych egzaminów i przystojnych kolegów z roku i nieudanych zalotów. Poczułam się lepiej. Jakoś tak spokojniej.

Dalej nie wiem jak to będzie. Chciałabym by moje życie toczyło się scenariuszem, który kiedyś sobie ułożyłam. Ale nie potrafię wejść na prawidłowy peron.  Nie wiem czy kiedyś znajdę mój pociąg z marzeń. Może czas odciąć się od marzeń i uznać, że los wie lepiej? Może. Na dziś mam dla siebie zadanie, nie wybiegać myślami w przyszłość. Znów nauczyć się być tu i teraz. I nie myśleć co będzie kiedyś…..

1222ac0d7baaba5c9047e172a1bc8f0c

Ścieżka dźwiękowa- Lady Punk- The zoo that has no keeper

 

 

 

Truskawkowa Kate w beżowych koturnach

Jakoś tak się przyjęło,że kolejne odcinki przygód jakże uroczej Singielki reżyseruje sam Woody Allen. Stąd też Singielka nigdy nie może liczyć na nudę w kwestii damsko-męskich spotkań. Okazuje się jednak, ze stęskniony Woody postanowił znów spotkać się z Singielką. Co prawda chwilowo przebywa on na wakacjach, dobrze poinformowani mówią,że zaszył się w luksusowym hotelu i gdzieś tam na 154 piętrze pisze kolejne części przygód zabawnych perypetii Singielki w mniejszym mieście. Jako, że wakacje trwają w najlepsze Woody do realizacji następnego odcinka oddelegował braci Cohen. Bracia ci postanowili nieco zamieszać w życiu Singielki. Nie, spokojnie, nie wydali jej bogato za mąż i nie zakochali na zabój w przystojnym Hiszpanie Jorge  Manuelo, który pod jej okien leczył złamane serce po porażce hiszpańskiej piłki na Euro. Nie, bracia Cohen uznali,że skoro Singielka jest singielką to jak na singielkę przystało ma swoje wyjątkowe przygody przeżywać jak na singla przystało w pojedynkę. Stąd też zapraszam na krótką relację z planu zdjęciowego, który to miał miejsce w przeciągu ostatnich paru dni.

Kiedyś moja przyjaciółka dała mi książkę o singielkach. Nie pamiętam szczegółów, był to jakiś idiotyczny poradnik. W każdym razie twierdzili tam, że kiedy kobieta samotna ma wolny czas to w głowie układa szczegóły zaręczyn, ślubu, tworzy listy gości, wybiera imiona dla dzieci i zastanawia się jak schudnie po ciąży. Dlatego też singielka może byc gapowata i rozkojarzona. Ustalmy więc, że moje piątkowe rozkojarzenie spowodowane było tym, że w myślach wybierałam weselne serwetki,tak by pasowały do skarpetek pana młodego. W każdy razie z tego też powodu jadąc do pracy wsiadłam do złego autobusu. Autobus ten zawiózł mnie w inną stronę miasta. Nie mogłam zaprotestować i błagać o wypuszczenie. Nie, musiałam iść w nieziemski upał 25 minut spacerowym krokiem. I kiedy tak szłam dostrzegłam mały straganik, niby nic specjalnego,bo większą część straganu zasłaniał samochód,ale wtedy zobaczyłam coś co mnie zachwyciło. Świeżo zebrane truskawki prosto z Kaszub. Wspaniałe,pachnące i takie śliczne. Musiałam kupić, tym bardziej,że cena była śmiesznie niska. Od razu wzięłam dwa kilogramy. I kiedy tak szłam dumnie z tym koszykiem przypomniałam sobie,że idę do pracy. I ten tego te truskawki jakoś tak, no nie pasowały do kontekstu. Mimo to nie traciłam rezonu kiedy dumna z zakupu weszłam do biura i dokonałam prezentacji truskawkowych łowów.Nasze magazyny okazały się posiadać idealny dla truskawek mikroklimat, tylko ktoś,nie wiem kto. Dobra wiem kto,ale nie powiem podjadał mi te truskawki i dam sobie ręce uciąć,że ubyło mi z pół kilograma. W każdym razie w następny poniedziałek celowo pomyliłam autobusy i znów trafiłam na niepozorny stragan. Słoiki z truskawkową konfiturą dumnie stoją w kuchni. I wiecie co? Dziś też celowo zgubię się w drodze do pracy.

Truskawki odhaczone. O co chodzi z koturnami ? I do tego odhaczymy pierwszą część zagadki dotyczącą Kate. Otóż pamiętam jak parę dni po swym bajkowym ślubie księżna Kate wyszła z pałacu w sukience i butach na koturnie. Okropnie mi się spodobały, szukałam 5 lat czegoś podobnego, owszem niezbyt intensywnie,ale jednak zerkałam okiem na podobne modele. Kate dawno już świętowała pół dekady udanego małżeństwa, a ja wciąż nie miałam butów. Ostatnio poszłam do Biedronki. Ot przerwa w pracy, miałam zakupić zapasy wody i soku bez cukru dla chorych na serce. I wtedy obok desek do krojenia zobaczyłam parę par takich właśnie butów. Były naprawdę śliczne. Do tego w tak śmiesznej cenie, że chciałam od razu zakupić ze dwie pary. Ogarnęłam się jednak i pomyślałam-dziewczyno myśl. Nie potrzebujesz dwóch par, w ogóle to chyba nawet jednej nie. Ale przymierzyć możesz. Ale czy powinnaś, czy w Biedronce można mierzyć buty? Reżyserzy podpowiadają- zmierz, zmierz. To jako podrzędna aktorka ( wszystkie aktorki pojechały za Woody’m na wczasy) zrobiłam co mi kazano. To nic, że obok pan grzebał w marchewkach, a inna pani kłóciła się o jakość papieru toaletowego, ja mierzyłam buty. Dyskretnie i spokojnie. Zdjęłam jednego buta, bucik na katurnie wszedł. I kiedy tak zastanawiałam się czy aby na pewno potrzebuję tych butów na mój tor weszła kolizyjnym krokiem matka polka. Zacięty wyraz twarzy sugerował nieprzespaną noc, której sprawca strasznie krzyczał w spacerówce. Matka przejechała po moim torze i porwała z prądem mojego buta. Ten zaś wylądował jakieś 30 do 20 metrów dalej koło mrożonek. Zostałam więc w jednym bucie zwanym baletką i jednym koturnie. Hmm, pomyślała aktoreczka Singielka cóż mam uczynić? Reżyserzy mówią- idź po buta, idź po buta. Ale jak?  Mogłam skakać na jednej nodze, w ogóle zdjąć drugiego buta, wezwać ochronę, albo wybrać wersję numer 4 czyli iść w dwóch różnych butach, o dwóch drastycznie się różniących wysokościach podeszwy. Uznałam,że wersja numer 4 jest najlepsza i przeszłam się w dwóch różnych butach. Po drodze zaś rozerwałam łączenia w koturnach i nie było bata, buty musiałam kupić. Opcja pozostawienia butów z rozerwanymi tasiemkami nie wchodziła w grę, więc grzecznie poszłam do kasy i położyłam każdy but luzem na taśmie. Trudno się mówi. Na szczęście owa wada jest niewidoczna i w ogóle nie jest wadą, aczkolwiek głupio byłoby mi odłożyć takie buty. No cóż, grzecznie buty kupiłam. Do sukienek będą jak znalazł.

W sobotę rzeczywiście ubrałam sukienkę,plażową. Korzystając z upalnej pogody pojechałam nad morze. Leżenie wynudziło mnie ogromnie. Ja nie lubię plażować, oj nie lubię. Na szczęście zerwała się burza i cóż, czas do domu.

Następnego dnia Singielka założyła koturny a’la Kate i ruszyła do teatru. Celem jej był musical Kiss me, Kate! grany na scenie Teatru Szekspirowskiego. Okropna ze mnie aktorka,więc Singielka fatalnie udawała, że potrafi chodzić na tych koturnach. Wypracowałam swój kaczy krok łamane na żabie ruchy i dowlokłam się na 3 piętro by wygodnie usiąść na drewnianych ławach i delektować się sztuką. Musical jest typowo letni,czyli miły,przyjemny i zabawny. Warta akcja, cudowna choreografia, genialnie wykonane wspólne sceny-miło się patrzy na ten kultowy musical o wystawieniu w małym teatrze Poskromienia Złośnicy. Jeżeli będziecie w Trójmieście,i akurat będzie padać koniecznie wpadnijcie do teatru.Albo jak będzie za gorąco też możecie wpaść. Ale tego wieczoru, no raczej popołudnia nie przeszkadzały mi jedynie za duże buty, ale i trzy dziewczęta, które przyszły do teatru na ploteczki, na śledzenie nowinek w internecie i w ogóle nudziły się potwornie. O ile były daleko nie przeszkadzały mi tak by podnieść krwi ciśnienie, ale nie, panienki musiały się przesiąść. I przesiadły dokładnie pode mną, jako,że dziewczęta nie rozumiały koncepcji teatru siadły tam gdzie trzyma się nogi. Akurat to były moje nogi, w tych za wysokich butach, które powiewały na mych stopach jak amerykańskie chorągiewki na święto 4 lipca. W każdym razie nic nie widziałam gdyż panienki zasłoniły mi wszystko swoimi osobami. Słuchać też nie mogłam. Grzecznie zwróciłam uwagę, udawały,że nie słyszą. Delikatnie położyłam więc rękę na ramieniu jednej z dziewcząt co by się odwróciła i posłuchała by nieco się przesunęła. Ale nie posłuchała. Za to poprosiła o moje dane i zapowiedziała,że jak się nie zamknę to spotkamy się w sądzie. Bo uwaga ona za 2 lata będzie studiować prawo i w zasadzie to obraziłam prawnika. Powiem Wam,że już widziałam siebie w więzieniu i jakoś ta wizja niezbyt mi się spodobała. Tak na szybko, pi razy drzwi policzyłam,że za grzeczne poproszenie licealistki, przyszłej prawniczki, by się nieco przesunęła dostanę z 15 lat bezwzględnego więzienia i jeszcze 10 lat ciężkich robót. Grzecznie się przesiadłam. W końcu obejrzałam jeden sezon Orange is new black i wiem jedno, w pomarańczu mi niezbyt do twarzy. Dla ostudzenia emocji władze teatru podniosły dach. Takie atrakcje tylko u mnie.

Zawsze w okolicy urodzin wybieram się do przychodni na rutynowe badania. Kiedy weszłam o 7.07 do poczekalni okazało się, że będę 11 w kolejce. Po 9 paniach w ciąży i jednej emerytce. Siadłam koło emerytki, gdzie mi tam do ciężarnych. Jako,że panie w ciąży dość długo oddawały krew zaczęłam się nudzić, bo nie wzięłam z sobą książki, licząc,że wakacyjną porą w środku tygodnia o 7 rano na płatnych badaniach będzie mało ludzi. Przeliczyłam się. Po 40 minutach słuchania o wszystkich możliwych ciążowych dolegliwościach, o przewadze pieluch a nad pieluszkami b, o tym ile razy, która pani miała zaparcie, o tym jaki poród wybrały, o tym czy w ciąży można pobaraszkować z mężem/partnerem/kochankiem sięgnęłam po telefon. Czujna pani emerytka spojrzała się na mój telefon i cała się zaczerwieniła i powiedziała- ależ przystojny narzeczony. Zrobiłam szalenie głupią minę, ale nie chciało mi się zaprzeczać, że Dave Gahan bez koszulki z mojej tapety nie jest moim narzeczonym, podziękowałam więc. Pani jednak ciągnęła dalej- dojrzały, tacy są najlepsi, nie tam młodzież, taki mężczyzna to skarb. Potakiwałam głową,bo przy tych matkach głupio było mi zaprzeczyć,że nie dość,że nie jestem w ciąży to nie mam narzeczonego. W każdym razie brak dementi i oszukiwanie emerytki zemściło się na mnie w gabinecie pielęgniarki. Tylko co weszłam na fotel pani zaczęła narzekać, bo budzik nie zadzwonił, autobus się spóźnił, a w piekarni zabrakło babeczek jogurtowych i ona się pyta jak żyć? Ja nie umiałam odpowiedzieć czemu zabrakło jogurtowych słodkości,a  pani nie potrafiła pobrać mi krwi. Bawiła się moimi żyłami dobre parę minut „żartując”, że mam leniwą krew. Efekt braku w jej krwi jogurtowej babeczki to ogromne siniaki na prawej ręce. Wyglądam jak pełnoetatowa narkomanka. Dobrze chociaż,że wszystkie wyniki mam w normie. Jedyne co mi się nie podobało na karcie z wynikami to to, że podali wiek, 28 lat. Naprawdę? Boże umawialiśmy się,że to inni się starzeją  a nie ja. Dlaczego, dlaczego, dlaczego……

Dlaczego zabrzmiało bardzo dramatycznie. Singielka padła z wyczerpania i bólu ręki. Wybaczcie.

Cięcie.

Ścieżka dźwiękowa- Kate Bush- Never be mine