Dramatycznie

Nie, tytuł nie nawiązuje do sobotniego meczu i czekania-strzeli karnego czy też nie? Szczerze mówiąc uważam,że Szwajcarom zwycięstwo się należało,bo nasi grają brzydko. Poza Fabiańskim i Błaszczykowskim. Ale nie o tym. Nie będzie też o zawirowaniu pogodowym i okropnej burzy z gradobiciem, która poczyniła wielkie szkody, a i napędziła mi wielkiego stracha. Jako żywo nie widziałam nigdy takiej pogodowej wariacji i nieustannej 8 godzinnej burzy. Dziś będzie o serialach dramatycznych. Czyli chyba najbardziej popularnym gatunki serialowych produkcji.

1109

Numerem jeden dla mnie jest Downton Abbey. Tak wiem, nie każdemu będzie pasować serial kostiumowy, gdzie akcja toczy się w lordowskiej posiadłości. Ktoś powie, że to szalenie nudne i wystarczyło zobaczyć jedną ekranizację powieści Jane Austen i już. Ale ja jestem fanką Anglii z początków zeszłego wieku. Te konwenanse, te problemy i dylematy. Tak odmienne w zależności do tego w jakieś rodzinie się urodziło. Te romanse, bardzo powolne. Te uroczyste kolacje, rauty i wielkie bale. Te ciągłe pamiętanie, że tego nie wypada, że tego się nie powinno robić. Te wytworne wnętrza, które budzą respekt. Uwielbiam seniorkę rodu graną przez cudowną Maggie Smith. Te jej utarczki słowne z Isobel. I złote myśli, oto próbki:

– Sybil ma prawo do własnego zdania – Lady Mary.
– Nie,dopóki nie wyjdzie za mąż. Wtedy to mąż jej powie jakie ma mieć zdanie – hrabina Violet”.

Lady Mary: „Babciu, mnie zarzucasz, że jestem materialistką, a Sybil – że nie jest. Jesteś niekonsekwentna”.
Violet: „Jestem kobietą, Mary. Mogę być tak niekonsekwentna, jak zechcę”.

maxresdefault

Inny serial, który zrobił na mnie wielkie wrażenie to Olive Kitteridge. No dobrze,to serial w wersji mini. Parę cudownych odcinków, parę wspaniale spędzonych godzin z niezwykle oryginalną postacią jaką jest Olive. A czemu Olive jest oryginalna? Czy nosi wymyślne fryzury, kolorowe stroje, i prowadzi życie bogate w podróże, bale i nie musi się o nic martwić? No nie. Olive jest nauczycielką, raczej nie z wielkiego powołania. Jest jednak rzetelna i pracowita. Jej mąż jest sympatycznym farmaceutą. Jest i syn. Jest dom, ogród, na pozór pełnia szczęścia. Ale to tylko fasada, którą zobaczyłby ktoś kto nie zna Olive. Jej nie w głowie małomiasteczkowe konwenanse. Olive jest bezczelnie szczera, bezczelnie cyniczna, nie boi się mówić co myśli, i nic nie robi sobie z tego,że może kogoś zranić. Olive idzie przez życie jak czołg, wyższe uczucia wydają się być jej obce. Nie doświadcza nadmiaru macierzyńskich uczuć. Idzie na ślub syna bo wypada, odwiedza swoje wnuki raczej z obowiązku niż chociażby z odrobinki sympatii. 4 odcinki tego serialu opowiadają o różnych momentach z życia Olive, widzimy jak się starzeje, jak odchodzą jej bliscy. Olive nie zamierza się zmieniać, ale i ona momentami pozwala sobie na słabość i delikatność… Ten serial bazuje na genialnym, choć bardzo okrutnym humorze, szczerości i grze aktorskiej, która ociera się o mistrzostwo. Aktorzy stworzyli nie role, a prawdziwe postaci. Ten serial piętnuje fałsz, zdziera sztuczny uśmiech z wielu twarzy, pokazuje świat takim jakim jest. Bez ozdobników.

Zawsze jesteśmy samotni. Rodzimy się w samotności. Umieramy w samotności.

goodwife

Żona Idealna. Teraz można pomyśleć,że ten serial traktuje o uroczej kobiecie w fartuszku. Matce, żonie,kochance, kucharce, sprzątaczce w jednym, która do tego wszystkie funkcje sprawuje idealnie. Kiedy wszyscy śpią ona smaży gofry, pakuje dziatwie plecaczki, szykuje mężowi lunch do pracy, dba o jego serce więc masło zastępuje awokado. Potem pędzi na zakupy, po drodze wpadnie szybko do fryzjera,by zrobić mężowi przyjemność i pokazać się w nowej fryzurze. Potem przyszykuje 3 daniowy obiad, odbierze dzieci ze szkoły, odrobi z nimi lekcje, posprząta cały dom, ogarnie ogródek i wieczorem znajdzie czas by wyprasować mężowskie koszule, przeczytać mądre gazety, pobiegać, a potem piękna i pachnąca sprawi,że mąż będzie zadowolony ze swojej Żony Idealnej. Alicia jest prawniczką, matką i żoną. Jej mąż to prokurator stanowy, okazuje się,że nie jest jednak mężem idealnym. Gdy zdrady i korupcja wychodzą na jaw traci stanowiska i idzie do więzienia. Alicia staje przed wielkim wyzwaniem,musi nie tylko wrócić do wykonywania zawodu, ale i stanąć w obliczu skandalu i jeszcze wychować dzieci. W każdym odcinku obserwujemy kolejną sprawę jaką prowadzi Alicia, po drodze obserwujemy też jej życie osobiste-a  to jest bardzo, bardzo ciekawe. Ten serial naprawdę wciąga. Pokazuje prawniczy świat i jego powiązanie w polityką. Te fronty, koalicje, ograniczenia i walka o dominacje. Do tego widz próbuje wczuć się w postać Alicii i zastanawia się jak zachowałby się na jej miejscu. Czy postępuje mądrze próbując wybaczyć mężowi? Czy powinna stać za nim? Jednak w Alicii jest bardzo wiele żony idealnej. Każdy odcinek zostawia spory niedosyt. Ale nie dlatego,że temu serialowi czegoś brakuje, po prostu każda sprawa jest trudna moralnie i zmusza widza do przemyśleń.

Prokurator: Kto pani powiedział o zdradzie męża?

Alicia Florrick: CNBC.

the_newsroom_tv_series-2560x1600

Newsroom. Uwielbiam, no po prostu uwielbiam. Chociaż szczerze mówiąc miałam dylemat czy nie umieścić tego serialu w dziale komediowym, przy każdym odcinku niemal płakałam ze śmiechu. Tak wiem to dziwne. W końcu ten serial ma obnażyć całą prawdę o przekazywaniu informacji. O walce między rzetelnością a chęcią pozyskania jak największej widowni. O  wszechobecnej komercji i paru idealistach, którzy chcą tworzyć telewizję w starym stylu. Ten serial jest szalenie inteligentny, świetnie napisany i naprawdę solidnie zagrany. Aktorzy mocno wczuli się w role i każdy odcinek ogląda się z ogromną przyjemnością.

Jestem zarejestrowanym Republikaninem. Wydaję się liberałem, ponieważ uważam, że huragany powoduje wysokie ciśnienie, a nie małżeństwa gejów.

2abb7dd8fe01fdcb9ca2665acb0fcf4a

I na koniec bardzo świeża produkcja, o której pewnie większość nie słyszała. Ja nie tylko słyszałam ale i oglądałam. American Crime Story-Sprawa O.J. Simpsona. Kojarzycie nazwisko Kardashian? No pewnie. Słyszycie je i widzicie wielki tył pani o imieniu Kim. Kojarzycie życie na sprzedaż, życie polegające na ciągłych operacjach plastycznych, podróżach i pozowaniu. Początek klanu sióstr i brata K. dał Robert Kardashian, prawnik, obrońca O.J. Simpsona,swojego przyjaciela. O.J. zostaje oskarżony o morderstwo byłej żony i jej kochanka, wszystkie dowody są po stronie winy O.J’a. Prokuratura ma wszystkie asy w ręku, ale słynny sportowiec ma pieniądze i oddanie fanów i nie ma zamiaru siedzieć w więzieniu. Dla mnie ważniejsze od procesu w tym serialu było obserwowanie ludzkich emocji. Nadmiernej pychy i pewności siebie prokuratury. Cwaniactwa obrony i perfidnego wykorzystywania uprzedzeń rasowych. I obserwacja ławy przysięgłych, która idealnie odzwierciedla Amerykę.  Konkluzja jest taka- pod publiczkę da się zrobić wszystko. Dosłownie wszystko. No i obsada, doborowa, serial jest wspaniale zagrany i z napięciem czeka się na kolejne odcinki.

 

Ścieżka dźwiękowa- The Strokes- Someday

 

Krok za kroczkiem,rok za roczkiem….

Niedziela. Zaplanowałam odpoczynek. W zasadzie to nie planowałam nic. Chciałam nic nie robić, czytać, relaksować się, zbierać siły. Znów nie wyszło.

Najpierw wybrałam się z tatą na wybieranie mebli do dużego pokoju. Mi się spodobał zestaw, który widziałam jako pierwszy. Naprawdę był wspaniały, nowoczesny,ale przytulny. Prosty, a jednocześnie stylowy. Idealny kolor, idealne kształty i rodzaje. Ale nie. Myślałam,że z moją decyzyjnością będzie problem-ja i 30 zestawów mebli. Ale problem był z  tatą. Mama od pół roku wybierała komplet i w końcu się poddała. Tata uznał,że on to zrobi raz dwa. Jeden zestaw obejrzany, potem drugi, minęliśmy 15, wracamy do 1, godzinę później jesteśmy przy 26 i wracamy do 1. Gdzieś tak kolejne 45 minut później przy zestawie numer 7 tata odkrywa,że nie ma tu tego zestawu, który oglądał w internecie. 15 schodów wyżej zestaw jest. Jest, ale jakby go nie było, nie podoba się nam. 15 schodków w dół znów stoimy przy zestawie numer 1. Dwa kroki w bok stoimy przy zestawie numer 3 i wracamy do jedynki. 20 minut później znów stoimy przy zestawie numer 7. I co? Ostatecznie, po ledwie trzech godzinach tatko zgadza się ze mną, że zestaw numer 1 jest najlepszy. Bez komentarza.

Myślałam,że teraz poleżę plackiem na kanapie. A gdzie tam. Tak pięknie świeciło słońce, że odezwał się we mnie morski wilk. Parę chwil i była gotowa. Nad morze, do Orłowa. Nad morzem oczywiście paskudnie wiało, a im dalej w molo tym gorzej, ale dla widoków warto było się przejść w tę i z powrotem i kląć pod nosem( używając słowa pieczyste kurczaki) na wiatr. Dziwne było to,że wszędzie widziałam -poza niebieskim kolorem oczywiście:

A. Szczęśliwie zakochane pary.

B. Kobiety w widocznej ciąży.

C. Szczęśliwe rodziny z radosnymi dziećmi.

Żeby nie było też byłam częścią szczęśliwej rodziny i radosnym dzieckiem. A jeszcze moja radość wzmogła informacja, że jedziemy na pierożki. Wrócę jednak do wrażeń wzrokowych. Od roku widzę wszędzie dzieci, kobiety w ciąży, i same pary. Chyba powinnam zmienić okulary.

W każdym razem moje szczęście wzrosło wraz z podaniem mi pod nos porcji pierogów. Smażone, tłuste, niezdrowe. Ale co będę sobie żałować.

Nie żałowałam też sobie wieczornego spaceru po Starówce. Znów biłam rekordy pokonanych kilometrów. I z każdym krokiem odkrywałam jakieś nowe miejsce, ciekawy zaułek. Z każdym krokiem dziękowałam,że mieszkam akurat tutaj i nigdzie indziej.

I tak minęła ta ostatnia niedziela.

Ostatnia niedziela. Ostatni dzień kiedy na pytanie ile masz lat mogłam powiedzieć wciąż 27. Od wczoraj wszystko się zmieniło.

Urodziłam się w poniedziałek. Padał deszcz. Wczoraj był poniedziałek i padał deszcz. Upiekłam sobie sernik, wyjątkowo pyszny. Wpadła babcia z życzeniami. Dostałam parę niezwykle uroczych urodzinowych życzeń. Parę bliskich mi osób zapomniało. Nie mam żalu.

Nie mam żalu do jakiejś pani, która w dniu moich 28 urodzin zatrzasnęła mnie na śmietniku. Zawsze po cichu marzyłam o takiej przygodzie. I proszę bardzo. Kwadrans wśród śmieci wyjątkowo człowieka ubogaca. Można sobie przemyśleć cały konsumpcjonizm, pogoń za dobrami, które i tak lądują w kontenerze. Można też po tej przygodzie postanowić sprawić sobie urodzinowy prezent i kupić koszulki. W końcu ma przyjść upalne lato. Na razie w prezencie od losu mój alergiczny katar znów zajął zatoki. Czuję się jak w listopadowy szary dzień.

Moim urodzinowym prezentem miał być sobotni koncert Davida Gilmour’a we Wrocławiu. Raczej tym prezentem nie będzie. Powodem zmiany planów jest zmiana planów. Banalne. Moje rodzeństwo nie może nocować we Wrocławiu, w zasadzie to wszyscy nie możemy. W niedzielę rano powinnyśmy być grzecznie w domu. No i teraz rzut oka na mapę, gdzie Gdańsk gdzie Wrocław i wszystko jasne. Moje rodzeństwo nie rezygnuje z koncertu. Po prostu odpoczną na dworcu między 1 w nocy a 4,10, wsiądą w pociąg i przyjadą do Trójmiasta. Ja na samą myśl o siedzeniu nocą w dworcowej poczekalni mam dreszcze. Możecie uznać mnie za leszcza, za panikarę itp, ale nocami nie spędzam czasu w obcym mieście. Koniec i kropka. Już nie chcę myśleć co by było gdyby drzwi dworcowej poczekalni miałyby być zamknięte. Spacery w świetle księżyca? Może to i romantyczne, ale po własnym ogródku za płotem. Wysokim. Można się śmiać, ale straciłam już zęba w konfrontacji z pijanym człowiekiem, stąd też wieczorami nie wychodzę z domu bez nadmiernej potrzeby. Tak, byłam wtedy z tatą. Tak, był wtedy bardzo wczesny wieczór. W ogóle to miałam wtedy 7 lat. W każdym razie od tamtej pory nocą nie spotkacie mnie na spacerze. Owszem ciągle mam bilet, ciągle staram się kombinować i nieco zaklinać rzeczywistość, ale to raczej przegrana sprawa. Sorry David, zobaczę cię w telewizji. Chyba się starzeję, albo i dojrzewam. Przyjmuję to zupełnie spokojnie. Owszem nieco żalu mam, ale to tylko koncert.

I tym mało optymistycznym akcentem mogłabym skończyć. Ale byłoby niezbyt pozytywne. Kiedy 6 dni temu żegnałam się z moją ciocią usłyszałam- życzę ci dużo miłości. I tutaj był ten wzrok mój, który mówił- zacznę gryźć, zacznę mordować, będę zionąć ogniem. Ciocia więc dodała, ale nie tylko do chłopa. Nie. Ja ci życzę miłości do życia.

I tej miłości do życia- z wzajemnością, życzę sobie sama na ten 28 rok mojej życiowej przygody.
Let me take you on a trip
Around the world and back……..

 

Ścieżka dźwiękowa- Depeche Mode- Enjoy the silence

 

Urlop od urlopu

Zdecydowanie należy mi się teraz urlop od urlopu. Teraz pragnę ciszy, spokoju, nic nierobienia, i maksimum relaksu. Marzy mi się całe popołudnie na tarasie, do tego duża porcja mrożonej herbaty z miętą i miseczka truskawek. Bosko prawda?  Nie, mój urlop był zupełnie inny niż sobie zaplanowałam. Gorszy?

Wyruszyłam w sobotę, po 3 godzinach byłam prawie na miejscu. Zamiast autostradą jechaliśmy zwykłą drogą. Po drodze napotkaliśmy konwój żołnierzy Nato. Rok temu kontrolowałam przejazd wojsk z dalekiej Ameryki, teraz padło na Niemcy i Anglię. Przypadek? Wątpię. Po drodze przerwa na obiad. Na obiad zjadłam dwie gałki lodów o smaku białej i super gorzkiej czekolady. W końcu ważna jest zbilansowana dieta. Po obiedzie, w zasadzie to kolacji, połączonej z małym spacerem po toruńskim rynku znów w drogę i bach, rodzinne spotkanie. Mój urlop został bowiem przyśpieszony z ważnych przyczyn rodzinnych. Moja ukochana ciocia i wujo spędzali bowiem czas w Ciechocinku na turnusie w sanatorium. A jako,że dzieli nas pół kraju postanowiliśmy spotkać się w połowie drogi i spędzić w sumie 5 wspaniałych dni. Już tego pierwszego wybraliśmy się na długi spacer, zakończony meczem hokeja. Przegrałam, a do tego zgubiłam krążek. Uciekłam z miejsca zdarzenia z dużym poczuciem wstydu.

Dnia następnego dokonałam przerażającego odkrycia. Zniknął mi cały katar. Wystarczył jeden spacer połączony z wdychaniem solanki i bach, jestem wolna od alergii. Z tej okazji postanowiłam poświętować, udałam się solo do kawiarni, gdzie piłam herbatę, czytałam książkę i odbyłam jedyną próbę relaksu. Jako, że moja ciocia to osoba gościnna ponad miarę zaprosiła nas na obiad do sanatorium. Popędziłam więc ku reszcie familii, przy okazji zahaczając o pokaz starych samochodów. Niestety na obiad był zestaw rzeczy, których nie lubię. Ale ciocia przygotowana była i na to. W pokoju czekał barszczyk, który pieczałowicie szykowała w czajniczku. No powiedzcie kto ma lepszą ciocię? Pewnie, że nikt. Następnie udaliśmy się do kawiarni w celu nastrojenia się mecz poprzez wypicie mrożonej herbaty i taktyczne rozpracowanie przeciwnika. Pożegnaliśmy też dwójkę z nas, którzy pognali autostradą ku domowi, a same z mamą poszłyśmy do naszego tymczasowego domu oglądać mecz. Ciocia i wujek choć kochani dysponowali malutkim odbiornikiem, który przy całej sympatii do nich nie spełniał warunków do komfortowego oglądania. Niestety plan taktyczny nie został zrealizowany po mej myśli. Panowie bowiem wygrali. Ja byłam za tymi w zielonych koszulkach.

Dwa następne dni były upalne. Streścić je można w ten sposób-wyszłam rano z domku, wróciłam bardzo, bardzo późno. Przerobiłam po 15 kilometrów na mych wątłych nogach. Do dziś odczuwam skutku spacerów. Wieczorami robiliśmy postoje w sanatoryjnym pokoju u cioci i wuja, gdzie imprezowaliśmy przy parówkach z czajniczka. Żadne tak dobrze nie smakują jak te. Gwarantuję. Było upalnie, bez deszczu, rodzinnie, nieco męcząco, ale szalenie miło. Dzięki własnej głupocie idąc na diabelską kąpiel w spa zwiedziłam hotelową pralnię. Spełniłam jedno ze swoich marzeń, których spełniać nie chciałam. Jestem w ciemnej piwnicy, otwieram jedne drzwi, potem drugie,trzecie, czwarte, one się nie kończą. I zaczynają być coraz mniejsze i mniejsze. Takie atrakcje tylko ze mną.

I nadszedł jeszcze bardziej upalny dzień powrotu. Od rana latałam jak nakręcona na baterię. Okropnie żałowałam,że muszę wracać, najchętniej zostałabym do końca tygodnia. Ale praca wzywała. Nasz transport się spóźnił, co  z jednej strony dało nam nieco więcej czasu na swobodne pakowanie, bo w końcu wróciłam z większą ilością bagażu-kostium kąpielowy, bo może się przyda, nie przydał się,ale jest. Czekoladowy makaron,bo skoro jest,to wezmę trzy paczki. Kosmetyki, które spokojnie kupię w domu, ale po cóż, skoro mogę już dziś?A  z drugiej przerażał mnie fakt kiepsko przespanej nocy i poranka w pracy. Oczywiście musiałam obiecać cioci, że w tym roku nie ma bata, jedziemy te 500 km do nich na pierogi. I nie odpuszczę.

Jako, że po powrocie musiałam się rozpakować i liczyć straty związane rządzeniem w domu mojej siostry następnego dnia ledwo żyłam. Do teraz jestem niewyspana, zmęczona, i obolała. No i nieco wściekła. Któż bowiem inny niż moja siostra potrafiłby w parę dni zasuszyć aż 4 kwiaty i powitać siatką spleśniałych pomidorów, której nie miał kto wyrzucić? No i ta pogoda. Chłodno, pada, w zasadzie to leje, wieje, burze dodajmy do kompletu. Paskudnie.

Mimo tego, że wyjazd był zupełnie inny niż go sobie zaplanowałam to jestem naprawdę zadowolona. Odpocznę sobie kiedy indziej. Od kataru też, bo ten wrócił gdy tylko opuściłam Kujawy. A na razie pozostaję w nieutulonym żalu za faktem, że akurat najlepsza część mojej rodziny mieszka tak daleko ode mnie. Tam nikogo nie obchodzi kiedy biorę ślub i dlaczego jeszcze nie mam dzieci. A może tak ich lubię bo są tak daleko i każde spotkanie jest wielkim świętem?

Ścieżka dźwiękowa- Kasabian- Where did all the love go?

 

Relaks

Nie będę udawać, wciąż siedzi we mnie festiwal słodkości. Przełamałam swoją nieśmiałość, spróbowałam czegoś nowego i czuję się z tym świetnie. Ba, liczę,że takie doświadczenia będą się powtarzać. Nie wiem skąd mi to się wzięło. Siedzenie w domu w dobrze znanych czterech ścianach wydawało mi się wyjątkowo komfortowe . A teraz nie potrafię usiedzieć w domu. Im więcej ludzi i wrażeń dookoła tym mi lepiej. I o dziwo spokojniej.

Spokojna nie jest pogoda. Burzowo, pochmurnie, deszczowo. A ja cierpię. Jestem meteopatką pierwsza klasa. Ostatnimi miesiącami zmiany pogody, nawet drobne wahania ciśnienia odczuwam całą sobą. W pracy śpię. Aktu zniszczenia dopełniają leki na alergię. Znów doszłam do tego etapu gdy reagują alergią na leki na alergię. Mimo wszystko naprawdę lubię czerwiec. Nie narzekam. Nie narzekam. Nie narzekam. Powtórzę to sto razy i zacznę w to wierzyć.

Nie wierzyłam,że moja stryjeczna siostra zaprosi mnie na swój ślub. A jednak nie mogła sobie odmówić tej przyjemności.  Bo młodsza, bo wychodzi za mąż, i nieważne,że ostatni raz rozmawiałam z nią na poważnie 16 lat temu. Miałam wtedy 12 lat, ona 9. Mijały lata, a my widywałyśmy się na jakichś większych uroczystościach i udawałyśmy,że się nie znamy. Z dużą życzliwością oczywiście. W każdym razie dostałam zaproszenie- widzę tutaj pracę babci, która pęka wprost z radości,że w końcu któraś z wnuczek już dawno pełnoletnich wychodzi za mąż. A i może uda się prawnuki zobaczyć? Bajka. Nie pójdę. Bo co z bratem pójdę? Ja go pod jedno ramię, siostra pod drugie? Gdyby to był ślub znajomych to nie ma problemu. Poszłabym sama bez skrępowania. Ale nie widzi mi się nic a nic tłumaczenie rodzinie i obcym ludziom czemu nie mam partnera(bo się nie złożyło mieć), narzeczonego(wypadkowa braku partnera), kochanka(skoro nie ma chłopaka,nie ma kochanka), męża(jeżeli nie było partnera, narzeczonego to nie ma męża, jak i kochanka), i gromadki dzieci(skoro nie ma pierwiastka męskiego wokół mnie to dzieci jakoś dziwnie nie posiadam), skoro mam już 28 lat(czas kopać grób) i zaraz skończą mi się kawalerowie do wzięcia(i zostanę starą panną z kwaśną miną i alergicznie zapchanym nosem). Zachowam godność zostając w domu.

Teraz nie zostaję w domu. Na całe 5 dni wyruszam na moje mini wakacje z mamą. W końcu. Co prawda nieco się obawiam,że moja nasilona alergia zechce odebrać mi przyjemność wyjazdu, ale nie zważam na to. Potrzebuję  chwili nic nie robienia, spania do 7 rano-szaleństwo i życia bez faktur, pralki i patelni. Las mnie wita. Morze żegna.

92e2c883f6ec3c4c612acc93419c5458

Ścieżka dźwiękowa- Nirvana- Come as you are

 

 

 

Relacja. Porażka czy sukces?

Sobota 11.00 Udało mi się dostać do fryzjera, relaks na fotelu, na 20 minut zostawiłam garnki, blaszki i piekarnik. Zamiast się relaksować męczyłam się strasznie, natłok myśli i spraw do załatwienia. Fryzjerka mogłaby mnie odciąć na zero. Nie zauważyłabym.

Sobota 16.00 Wciąż nie mamy menu. Wiadomo drukarnie już nie działają. Jestem w kropce. Ups, ciasto woła. Czas wyjąć brownie z pieca.

Sobota 18.00 Zaczęłam robić drożdżowe. Topię masło, dodaję mleko, a gdzie rozczyn? Halo halo, rozczyn, odbiór. Nie ma rozczynu bo nie ma drożdży. Myślę,że zwariuję albo strzeli mnie piorun. Cudem zdobywam drożdże.

Sobota 22.00. Siłą woli wyciągam blachy drożdżowych bułeczek z pieca. Dobrze, że w tle lecą mi Przyjaciele. Akurat Chandler postanawia rzucić palenie i zamienia się w kobietę. Śmiechy trzymają mnie przy życiu. W końcu kładę się do łóżka.

Niedziela 1.30. Nie mogę spać. To znaczy śpię,ale budzę się co kwadrans sprawdzając czy już czas wstawać. W środku jestem trzęsącą się galaretą wieprzową.

Niedziela 5.15. Ok, wstaję. Robię podwójną sesję jogi. Sprawdzam ostatnie ważne kwestie. Czytam. Nie mogę się na niczym skupić. Ratunku.

Niedziela 7.30. Jestem w kościele na rannej Mszy. Wszystko w środku mi się trzęsie. Godzina zero coraz bliżej, modlę się o szeroko pojęty spokój.

Niedziela 8.15. Przebrałam się 3 razy. Wciąż nie wiem czy wybrać asymetryczną spódnicę, prostą sukienkę w kwiatki, czy sukienkę wersję wypasioną?

Niedziela 8.35. Wybrałam wersję numer dwa. Czas szykować się do wyjścia.

Niedziela 8.45. Wybrałam wersję numer trzy.

Niedziela 8.47. Wracam do wersji numer dwa.

Niedziela 8.50. Tata pogania, czas znosić rzeczy do samochodu. Zamiast pakować ciasta do kartonów zmieniam wersję numer dwa na numer trzy. Mam sukienkę w której mogłabym zatańczyć z Johnem Travoltą w Grease. Jest lekko kremowa w niebieskie kwiaty, dopasowana na górze z kołnierzykiem, a mocno rozkloszowana na dole. Jak szaleć, to szaleć.

Niedziela 9.15. Wychodzę z domu. Sąsiedzi zmierzają na Mszę o 9.30. Dziwi ich mój widok. Niosę bowiem w ręku bukiecik. W wazonie. W wazonie jest woda. Z tym bukietem, wazonem i wodą wsiadam do auta.

Niedziela 9.35. Jesteśmy na miejscu. Bukiet żyje. Wazonik też. Nie uleciała ni kropelka wody. Sukces.

Niedziela 9.37. Dzwoni Nastka, zgubiłam się.

Niedziela 9.38. Dzwoni Nastka. Wiem jak jechać.

Niedziela 9.38 sekund 25. Niestety nie wiem gdzie jestem.

Niedziela 9. 38. sekund 31. Tata przejmuje stery i zastępuje GPS. Dziewczyny są na dobrej drodze.

Niedziela 9.40. Stary Maneż, wchodzę do środka. Ktoś mi macha, ale kto to? Tak, to koleżanka ze studiów, kulinarna blogerka, mamy stoiska obok siebie. Zaraz zaraz, to nie jest kąt, dostałam idealne miejsce przy dwóch drzwiach, jestem zaskoczona, mile.

Niedziela 9.43. Znosimy kartony, dekorujemy stoisko, pracy jest nadmiar. Nie wiem w co ręce włożyć. Mija godzina. Stres zniknął, nie ma na niego czasu. Sorry panie stresie. Został za drzwiami.

Niedziela 10.55. Odliczamy sekundy do początku imprezy. Ostatnie poprawki, motywujące zdjęcie, klepiemy się po udach i zacieramy ręce.

Niedziela 11.00. Zaczęło się, wchodzą goście. Gdzie jest stres? Nie ma. Cieszymy się jak dzieci. Chłopak Nastki w ostatniej chwili przynosi nam piękne menu. Spokój, ogarnia nas słodki spokój.

Niedziela 11.10. Jest mój pierwszy klient, dobry kolega. Sprzedaję pierwszy kawałek Leśnego Mchu. Robi wrażenie, pierwsze komplementy, pierwsza 50. Ups, muszę wydać prawie wszystkie drobne. A w ogóle to gdzie jest moja puszka na pieniądze? Halo, halo, obsługa, obsługa na pomoc. Siostry nie widzę. Gdzie jest moja puszka?

Niedziela 11.15. Drugi klient, miły pan kupuje dwie drożdżówki kokosowe. Płaci stówką. Pożyczam drobne od Nastki, moja siostra zniknęła. Dalej nie wiem gdzie jest moja puszka na pieniądze. Wyjść nie mogę jej poszukać, zostałyśmy uwięzione w słodkim więzieniu stoisk.

Niedziela 11.20. Znalazłam siostrę, mam puszkę. Kolejny klient. Znów chce drożdżówkę. Znów płaci grubą gotówką. Proszę siostrę o rozmienienie pieniędzy. Daje mi 3 złote. Dzięki.

Niedziela 11.45. Zeszła połowa leśnego mchu. Ludzie robią sobie z nim zdjęcia, dopytują o przepis. Jeden pan pyta się mnie jaką przyprawą jest Ricotta-wyrazistą czy słodką?. Rozmowy z gośćmi idą mi prosto. A przecież jestem na co dzień osobą nieśmiałą. Ale mówienie o zaletach szpinakowego ciasta i orzechowych batoników bez pieczenia idzie mi zaskakująco płynnie. Uwaga klient.

Niedziela 12.12. Klientem okazał się pan, bardzo miły, szalenie miły. No dobra, okropnie przystojny. Rozumiecie skąd ta przerwa, musiałam zaczerpnąć tchu. Nastka mi szepce- jakby on cię tutaj poprosił byś dla niego okradła bank to byś to zrobiła nie? Bez wahania odpowiadam tak. Te niesamowicie niebieskie oczy. Oczy, czy one mnie nie mylą? Jezusie słodki, dobrze widzę? Tak, tak, to prawda. Szybko poprawiam włosy, ćwiczę uśmiech nr 76.I…

Niedziela 12.25. Ledwo stoję. Muszę usiąść. Wachlarz, potrzeba mi wachlarza. Czy ja na pewno siedzę? Czuję jakbym unosiła się minimum 5 metrów nad dachem Maneżu. Te błękitne oczy mają na imię,  dajmy na  to, Teodor. I ten oto Teodor kupił kolejne ciasto. I wiecie co dostał gratis do tego ciasta? Mój telefon. No dobra numer, telefon sobie zatrzymałam. Tak ja wiem, że wyobraźnia podpowiada by teraz w tle poleciał Marsz Mendelsona, gołąbki powinny latać w powietrzu, a konfetti powinno spadać w ilości hurtowej. Ale nie. Otóż te błękitne oczęta, wróć Teodor zauroczony został naszymi słodkościami. Wypiekami znaczy się i jako właściciel knajpy szukał na festiwalu dostawców ciast do jego małej i kameralnej knajpy. I jakoś tak uznał,że jestem najlepsza. Wody, wachlarza, wody, powietrza. Ja latam.

Niedziela 12.45. Trzeba wziąć się do pracy. Koniec z lataniem w powietrzu. Lądujemy. Chciałabym powiedzieć,że z leśnego mchu zostały ino okruszki,ale to nie prawda. O ostatni kawałek toczyła się walka. Przegrana kupiła okruszki. Dobrze słyszycie, okruszki. Ja latam.

Niedziela 13.00. Przychodzi,a  raczej przyjeżdża na rowerze moja Agnieszka, czyli przyjaciółka. Niemal w biegu łapie małe babeczki, ma wyjątkowo mało czasu,ale powiedziała,że w tak ważnym dla mnie dniu nie może jej nie być ze mną. Choć na chwilę. Słodko.

Niedziela 13.10. Okropnie burczy mi w brzuchu. Rano 20 minut debatowałam z jogurtem zjeść go nie czy nie zjeść? Teraz zjadłabym konia z kopytami, na razie starczyć mi musi kawałek ciasta. Robimy z Nastką handel wymienny, ja ci moje, ty mi swoje.

Niedziela 13.22. Było jedzenie, popiłoby się czymś. Obydwie jesteśmy niewyspane i nieco zmęczone, a przecież tyle przed nami. Ustalamy, że przehandlujemy ciacha za kawę. Za nami stoisko ma dwóch chłopaków, niezwykle przystojnych chłopaków. Robimy miłe minki, oferujemy co mamy najlepszego w ofercie, a w zamian dostajemy wyjątkowo pyszną kawę z pięknym wzorkiem. Łyk kawy i  klient.

Niedziela 13.50. Ten klient zabrał nam dużo czasu. Pani ma kawiarnię i tak jej się wszystko spodobało, że robiła zdjęcia, pytała jak robimy ciacha i znów wzięła namiary. Słodki pudrze, czemu nie zrobiłam jakichś wizytówek?

Niedziela 14.00. Jeden pan kupił właśnie dwie siatki naszych słodkości. Wróciła pani, o jejku, czyżby reklamacja? Znalazła palec w batoniku orzechowym?

Niedziela 14.03. Nie, palca nie było. Gorzej. Pani się obraziła. Obraziła kiedy dowiedziała się, że nie można regularnie kupować naszych wyrobów. Jeden pan powiedział, że to nie fair, że ciasta może sobie jedynie pooglądać w internecie. To pytanie -a gdzie panie na co dzień mają swoją kawiarnię/cukiernię padnie jeszcze 10 razy. I za każdym razem pojawi się żal, że jestem tylko blogerką a Nastka mi dziś jedynie pomaga.

Niedziela 14.18. Przyjeżdża mój tata, moja mama i babcia. Babcia prosi o największy kawałek brownie, jest zachwycona. W ogóle impreza zrobiła na niej wielkie wrażenie. Tyle, że, no właśnie. Babcia zapomniała zapłacić. Nie dała też napiwku. Własna babcia. Wstyd.

Niedziela 14.45. Jestem znów głodna. Gdzie jest moja siostra? Siostro proszę poleć do pewnego Fast Foodu po nuggetsty dla mnie. Proszę.

Niedziela 15.20. Ależ jestem zmęczona, a wciąż do końca prawie 4 godziny. O, jest moja ulubiona klientka, mała Zuzia z rodzicami, moją przyjaciółką. Uciekli z rodzinnej imprezy by być ze mną, choć na chwilę. Robimy sobie zdjęcie. Przyjaciółka jest dumna. A mi jest miło, że wpadli. Okropnie miło.

Niedziela 15.50. Z poślizgiem wpada na salę mój kurczak, już widelec zatapia w chrupiącej panierce gdy słyszę Cześć. Podnoszę wzrok, tak, dobrze widzę. To pan od tulipanów. Na FB dowiedział się o moim stoisku i udziale czynnym w imprezie. Kupuje brownie, targuje 20 groszy zniżki. Chce pogadać, a ja chcę jeść, a po drugie nie mam ochoty na rozmowy. Na szczęście….

Niedziela 16.00. Na szczęście widzę moją ciocię. Moje kuzynki nie mogły przyjechać, ale wysłały kochaną ciocię na festiwal. Ciocia wzięła przyjaciółkę. Przy okazji dostaję prezent na urodziny od nieobecnego chrzestnego. Ciocia jest pod wielkim wrażeniem. A mi znów jest okropnie miło.

Niedziela 16.10. Siostra się pyta co to za przystojny chłopak tak długo stał przy stoisku. Nie chce mi się opowiadać. A znów klient.

Niedziela 17.00. Udaje mi się zjeść pierwszy z 3 kawałków kurczaka. Idę po obłędną lemoniadę pomarańczową. Nie czuję nóg. Albo na odwrót, czuję każdy kawałek mięśnia. Wszystko mnie boli.

Niedziela 17.30. Zaczyna robić się spokojniej. Dostajemy jednak z Nastką głupawki. Efekt zmęczenia. Uznałyśmy, że wszystkie głupoty powiedziane i poczynione w tym czasie zostają w Starym Maneżu.

Niedziela 19.00. Koniec. Zaczynamy powoli się pakować. Mimo to wchodzą ostatni goście. Kupują ciastka, dajemy gratisy. Jesteśmy tak zmęczone, i tak zadowolone, że działamy jak automat.

Niedziela 19.20. Stoisko posprzątane. Wszystko z powrotem trafia do kartonu. Przyjeżdża tata. Pakujemy blaszki, blachy, tortownice i materiały pomocnicze. Znów trzymam wazonik w ręku. Od nadmiaru emocji zaczyna kręcić mi się w głowie. Zdecydowanie był to cudowny dzień.

Niedziela 23.45. Jestem maksymalnie zmęczona. Jestem tak zmęczona, że nie mogę zasnąć. Jestem maksymalnie zadowolona.

Poniedziałek 8.00. Czuję się jak zombie. Niewyspana, nie czuję nóg. Albo znów, czuję je w nadmiarze. Boli mnie wszystko. Ale jestem szczęśliwa.

Poniedziałek 22.30. Dalej wszystko mnie boli. Powoli zaczynają opadać emocje.

Wtorek 5.45. Jak te nogi mnie bolą. Przydałby mi się masaż. Na wspomnienie niedzieli…. Po prostu się uśmiecham.

Jeszcze podziękowania. Nastce za cudowną współpracę. Tacie za logistykę. Siostrze za to, że swoje urodziny spędziła całościowo na tej imprezie i wynosiła non stop śmieci. Przyjaciołom za obecność. I Wam,że powiedzieliście-idź.

Bez zdjęć raport byłby niepełny. Oto i one.

Ścieżka dźwiękowa- Leonard Cohen- Seems so long ago, Nancy. 

 

 

 

 

Cukier,wszędzie cukier.

Serce mi telepie, nie wiem w co mam włożyć ręce,a  przecież mam masę pracy. Jeszcze tyle niegotowe, wciąż nie wiem jakie kwiaty wybrać do dekoracji stoiska? Wciąż nie wiem jakie ciasteczka przygotuję, wciąż nie wiem na którą się umawiamy, wciąż nie mam  wydrukowanego menu. Boję się o tysiąc rzeczy. Najchętniej bym się schowała po kołdrę i udawała,że mnie nie ma. Przeskoczyłabym niedzielę od razu na korzyść poniedziałku. Na poważnie nie lubicie tego dnia? Ja go wyczekuję z wielką nadzieją. Bo będzie już po.

Uwielbiam stać z tyłu, być na tyle anonimową na ile się da. To znaczy nie znoszę być w centrum zainteresowania. Jestem osobą introwertyczną. Nie kręcą mnie dzikie spędy ludzie, zdecydowanie wolę kameralne okoliczności. Boję się okrutnie. Boję się,że nie dam rady upiec dobrych ciast, że za bardzo się przejmę i coś po ludzku popsuję po całości, klasyka sól zamiast cukru, smalec zamiast masła i zamiast mąki puder.Boję się, że nikt do nas nie podejdzie. Bo w końcu kim ja jestem, by ktoś kupił coś ode mnie? Nikim. Boję się entuzjazmu mojej festiwalowej wspólniczki. Boję się, że rozczaruję ją swoim marudzeniem i czarnowidztwem. A ona rozczarowuje mnie swoim optymizmem. Żeby choć miała jakiś problem, jakieś obawy, dylematy. Nie, ona się non stop cieszy, widzi same plusy, w ogóle nic jej nie przeszkadza, wszystko jest super. A ja dygocę jak galaretka z sernika na zimno.

Mój poziom stresu podniósł się ponad wszelkie skale gdy dostałam mail od organizatorów. Taki maksymalnie oficjalny. Poczułam, że to nie są przelewki. Żadne tam imieniny u cioteczki, święto zielonego kartofla, czy 68 lecie zasadzenia dębu. Nie, to szalenie poważna impreza. Mam się uśmiechać, jak ktoś zechce udzielać wywiadu, ładnie wyjść na zdjęciu, i częstować krytyków kulinarnych swoimi wyrobami. Zostaliśmy uprzedzeni o tłumie gości. Niestety nie będą to tylko dzieci z rodzicami, nudząca się młodzież, czy też seksowni panowie , ale i ludzie mediów. Cała impreza będzie szeroko relacjonowana, cały dzień. Recenzje pojawią się w znanych branżowych pismach i na blogach tych co lubią gotować i robią to już profesjonalnie. Jestem bliska dostania ataku paniki i zostania w domu. Pod kołdrą. Nie, pod kołdrą za gorąco, pod letnim kocykiem.

Nieco mnie irytuje zaangażowanie mojej rodziny, są na każde zawołanie, spełniają każdą prośbę i dzielnie próbują kolejnych pokazowych dań. Tata od paru dni nie robi nic innego tylko planuje całą logistykę. Dzielnie robił ze mną zakupy,podczas których kupiłam hurtowe ilości mąki, cukru i masła. Nikt się nie skarży, nikt nie narzeka, że w kuchni jest bałagan, że ciągle blokuję piekarnik, a lodówka pęka w szwach. Nie, zamiast tego słyszę jak mama się chwali, że córka to i córka tamto, i w ogóle to w niedzielę będzie miała swój dzień.

Niech ta niedziela się skończy, niech będzie już po wszystkim.

Trzymajcie kciuki, by ta trzęsąca się galareta nieco stężała i w ogóle dała radę.

d3a1429cbe6e66bde6e3cab7466ac409

A na koniec krótki spacer nad morzem, raz, dwa, trzy-oddychamy, i się uspokajamy.

Ścieżka dźwiękowa- Pink Floyd- The great gig in the sky

 

I po maju, ale wróćmy do przeszłości

Sama nie wiem jak minął ten miesiąc. Mam wrażenie jakby miał ledwie z tydzień. A kiedy podsumowuję ostatnie 31 dni dochodzę do wniosku,że działo się wyjątkowo wiele. Bardzo mało chwil spędziłam po prostu się leniąc. Mam cichutką nadzieję,że czerwiec pod tym względem będzie nieco bardziej łaskawy.

Ku mojemu wielkiemu zdziwieniu w maju przeczytałam 15 książek. Sama nie wiem jak i kiedy. To jest wielka zagadka. W każdym razie mam swoje typy.

Na wielki plus zasługuje książka, którą skończyłam kilkanaście godzin temu. Bardzo długo odkładałam przeczytanie tej książki, nie potrafię powiedzieć dlaczego, ale chciałam maksymalnie celebrować tę historię. W końcu nadszedł ten dzień, po prostu się obudziłam, wzięłam do ręki czytnik, poprzestawiałam kolejność i bach, przeczytałam. Choć przeczytałam to za mało, ja nią po prostu żyłam. To śmieszne, bo przecież ta książka nie zmienia sposobu myślenia o świecie, nie sprawia,że źli ludzie staną się lepsi, że na świecie zapanuje pokój i ład. Nie, to jest po prostu genialnie napisany kryminał. Dwójka głównych bohaterów kolejny raz staje twarzą w twarz z niezwykle groźnym mordercą i musi powstrzymać falę zbrodni. Do tego zbliża się jej ślub, a on zaczyna widzieć w swojej partnerce w pracy kandydatkę na partnerkę. A, że niezbyt lubi pana narzeczonego to niespecjalnie cieszy go ta cała ślubna gorączka. Jak to się skończy? Trzeba przeczytać. A co takiego? Żniwa zła.

London-Street-scene-Mystery-of-the-Wax-Museum-1933

Teraz będzie książka idealna na lato. Bardzo urocza, bardzo naiwna, bardzo prosto napisana. Ale przynosi masę radości każdemu kto ją czyta. Jest sobie staruszka i drabina. To połączenie nie może wróżyć niczego dobrego. Ale książkę tę napisała Fannie Flagg, tak ,ta od Smażonych zielonych pomidorów. Więc kiedy mamy staruszkę i drabinę to najczęściej mamy poważną kontuzję, a czasami i śmierć. Elmer też wydaje się być nieżywa po spotkaniu z drabiną i bandą szerszeni. Już szykują się pogrzebowe wieńce, płyną kondolencje, masowo pieką żałobne zapiekanki, a tymczasem Elmer odbywa najlepszą przygodę swojego życia. Życia czy śmierci? Nie mogę się doczekać, kiedy wreszcie pójdę do nieba. Na letnie wieczory i poranki mogę polecić każdemu.

51283453ecb388d16f1185ceb6f46922

Nie każdemu mogę polecić następną książkę. Na pewno nie zabierajcie jej na plażę. To nie jest książka, która lubi słońce, szum fal i słodycz lodów. Mechaniczna pomarańcza, książka legenda, w końcu zaliczam ją do grupy przeczytanych. Antyutopia, genialna historia. Aczkolwiek ja najbardziej doceniam trud tłumacza, który stworzył nowy język polski. To pozycja obowiązkowa.

32

Teraz będzie po polsku. Ości, Ignacego Karpowicza to książka, która szczerze mnie zaciekawiła, poruszyła i sprawiła,że chwile, które z nią spędziłam zaliczam do wyjątkowo udanych. Przyznaję, że najchętniej podsunęłabym tę książkę Allenowi, ależ on by zrobił z niej gorzką komedię omyłek i wszelakich życiowych pomyłek. Bohaterowie mają od groma problemów, okazuje się,że świat na nich czeka, wręcz przeciwnie, ten świat wali im się na głowę. Mimo wielu gorzkich chwil, ta książka nie dołuje. Wręcz przeciwnie. Duża w tym zasługa autora, który bawi się konwencją i słowem niczym stary wyga.

A co mnie rozczarowało? Najbardziej w Drodze Jack Kerouac’a. Ok, mamy tutaj narkotyki, dziewczęta,morze alkoholu, muzykę, narkotyki i młodych ludzi, którzy szukają w drodze swojej życiowej drogi. Problem w tym,że po 20 stronach to wszystko po prostu zaczyna nużyć. Ileż można? Książka wydaje się nie mieć celu, jakiegoś punktu do którego zmierza, ot podróż, której każdy wieczór kończy się muzyką, śpiewem i morzem wódki.

A filmy? Znów się zaskoczyłam ilością obejrzanych dzieł. Kiedy ja to zrobiłam to nie wiem. Mogę polecić Interstellar, nigdy nie sądziłam,że zainteresuje mnie film z gatunku science fiction, którego większa część dzieje się w kosmosie i w ogóle całość jest tak pokręcona, że powinnam płakać gdy to oglądam. A jednak nie, obejrzałam, podobało mi się, ba, bardzo mi się podobało.

Nieco bardziej, no dobrze dużo bardziej, podobał mi się jednak inny film, Zanim się rozstaniemy to niebanalna i nieprzesłodzona miłosna historia. Ona, on i jedna wspólna noc. Ona została okradziona, nie ma jak wrócić do domu, on nie może zapomnieć o byłej ukochanej i gra na ulicy. Postanawia dotrzymać jej towarzystwa. Tak zaczyna się ta historia, nastrojowa, klimatyczna, z zakończeniem, które daje nadzieję. Piękny, skromny film, w stylu Once. Bardzo się cieszę,że przypadkiem na niego trafiłam.

d3e0800a3aaf0b936b4df95315b2299c

Nie polecam zaś Daję nam rok. Komedia, która zaczyna się ślubem i pokazuje parę, zupełnie niedobraną, która próbuje stworzyć zgrane małżeństwo. Choć tak naprawdę każde z nich lubi, czy też kocha kogoś innego. Nuda, nuda, paskudne żarty, i zakończenie, które przychodzi o jakieś 80 minut za późno. Strata czasu.

KINÓWKI.pl
KINÓWKI.pl

W maju najwięcej czasu wolnego spędziłam w mojej ulubionej pierogarni. Nie ma niedzieli bez pierożków w Mandu. Zupełnie nie przeszkadzają mi te kolejki, może to patent na dużą ilość przeczytanych książek? Poza tym zostałam ogrodnikiem, mam swój ogródek na każdym parapecie w postaci pelargonii, a także hoduję dzielnie dwie odmiany pomidorów i ogórków. Aż boję się co będzie za rok?

Poza tym zaczynam panikować. Jeżeli dziś jest środa, to do niedzieli zostało… Nie chcę wiedzieć. Najchętniej schowałabym się pod kołdrę, uciekła i zapomniała o niedzieli. Snucie marzeń jest dużo przyjemniejsze od ich realizacji. Zdecydowanie. Chociaż ta druga część mnie jest podekscytowana. Tak odrobinkę, malutką odrobinkę…

7e685a5e7b5abea0ff59bb4fc1689918

 

Ścieżka dźwiękowa- Leonard Cohen- Strory of Isaac