Takie tam

Czy już wspominałam o tym, że zawsze kiedy moja siostra wyjedzie to w pracy coś się dzieje? Ledwo 3 tygodnie temu siedzieliśmy w biurze i narzekaliśmy na markotność. Ot,do 11 wszystko było gotowe i zrobione. Snuliśmy się z kąta w kąt, szukając zajęcia i czekając aż leniwy zegar w końcu wybije 15. A teraz? Teraz wychodzę z domu 40 minut wcześniej, i analogicznie wychodzę do domu 90 minut później. Sama nie wiem kiedy znika mi cały dzień. Mam za mało czasu na czytanie. Zdecydowanie za mało. Czytam w autobusie, który wiezie mnie do pracy, spacerować mi się nie chce. Zdecydowanie mi się nie chce. Podróżowanie komunikacją miejską sprzyja zawieraniu przyjaźni. Mi wystarczył tydzień bym poznała i polubiła się z panią Felą. Obie jeździmy do pracy, ona opiekuje się wnuczką, ja klientami. Ostatnio tak się zagadałyśmy o tatuażach, doradzałam pani Feli jaki rodzaj w jej wieku nie będzie zbyt ekstrawagancki i bach,  zagapiłyśmy i przegapiłyśmy przystanek. Musiałyśmy błagać kierowcę by nas wypuścił, on być uparty i cóż, nasza podróż wydłużyła się dwukrotnie. Ale nie narzekam. No owszem narzekam na pogodę. Owszem przez 3 dni było pięknie, nawet zbyt pięknie. Bo kto tu widział o 7.40 27, 6 stopnia? Za te trzy magiczne dni przyszło nam zapłacić całym paskudnym tygodniem. Chyba w życiu nie widziałam takiego deszczu i nie miałam deszczowej depresji. Wstaję -pada, kładę się-pada, pracuję-pada, chcę odpocząć-pada, a jakże. Do tego dodajmy porywisty wiatr i chłód, i już, mamy okropnie zimny maj, jak śpiewała Kora. Dziś na poważnie zastanawiałam się na ubraniem zimowej kurtki. Uznałam,że byłoby to jednak lekko przesadzone. Zanim doszłam na przystanek uznałam,że zimowa kurtka była jednak mądrym pomysłem. Oczywiście jak wyszłam z busika zaczęło padać, no i wiać. I rozwaliło mi parasol. Jak tylko doszłam do pracy przestało padać i wiać. Przypadek? Wątpię.Spółdzielnia przez 3 dni upałów dzielnie nas dogrzewała, a tylko jak zaczęły się chłody wyłączyła ogrzewanie. Brak słońca, nocne przymrozki i już, w  domu mam 12 stopni. Na noc chciałabym założyć rękawiczki.

Weekend minął za szybko. I zbyt deszczowo. Aby nie marnować go do końca w niedzielę na przekór ulewie ruszyłam na miasto, celem zjedzenia obiadu w nowej pierogarni. Po przybyciu na miejsce grzecznie zajęliśmy miejsce w kolejce, po 5 minutach mila pani wpisała nas na listę oczekujących. Tak, listę oczekujących na stolik, przy okazji mieliśmy szczęście,że nasze czekanie odbywało się w przedsionku pod dachem, a nie za drzwiami na deszczu. Ten deszcz nikogo nie zniechęcał, wręcz przeciwnie.Tym razem los się do mnie uśmiechnął, jako pierwszy zwolnił się stolik 4 osobowy, więc przeskoczyliśmy z 4 miejsca na liście na to pierwsze i po ledwie 15 minutach mogliśmy zająć miejsce przy stoliku-nie wspomnę jakie miny miały pary stojące wyżej w kolejkowej hierarchii. A potem zaczęła się uczta. Sama nie wiem , które pierogi były smaczniejsze, czy te z dzikiem, czy smażone z białą kiełbasą? A może te moje, na słodko z twarożkiem i sosem z malin? Nie wiem. Wiem, że godzinne oczekiwanie na pierożki zdecydowanie było warte 10 minut przyjemności jedzenia. A potem spacer, Gdańsk chwilę po deszczu i chwilę przed deszczem.

Warto było również solidnie się przygotować do wizyty pani z Inspekcji Pracy. Jako, że uczciwi z nas ludzie poza za małym zapasem papierowych ręczników nie było większych uchybień.Cała inspekcja co prawda zajęła cały dzień, ale nie była zbyt drastyczna. Pewnie dlatego, że jesteśmy solidną firmą. No ok, podpadliśmy za brak mleka do kawy-wiadomo dobry szef zawsze ma lodówkę pełną mleka, i te ręczniki.  Zapas ręczników zabrał bez. Piękny bukiet cieszył oko i zmysły węchu. Niestety był zbyt pokaźny i przewrócił wazon. Woda zalała całe biurko, krzesła i dokumenty. Dobrze, że potop zdarzył się jeszcze przed inspekcją a nie w trakcie. Najważniejsze,  że bez wyszedł bez szwanku i dalej cieszy wszystkie zmysły.

Z medycznych ciekawostek -bo w moim wieku muszą takie być, znów zawędrowałam do przychodni. Zaczęły pylic trawy i ledwo żyję. Żadne leki bez recepty nie dały rady. Te od lekarki blokują katar, i zasadniczo całą mnie. Non stop chce mi się spać. Od trzech dni oglądam ten sam film. Pierwszy kwadrans znam na pamięć, potem zasypiam. W ogóle czas mi się dłuży w pracy, a zadania do wykonania się piętrzą. Tylko wyjdę z biura mam wrażenia, że godziny płyną jak sekundy i już szykujemy się świąt Bożego Narodzenia.

Boże Narodzenie równa się prezenty. Moja siostra miała mi przywieźć sukienkę, taka tradycja, z każdej podróży musi mi przywieźć sukienkę. Tym razem zamówiłam sobie sukienkę codzienną, letnią, do pracy, do parku, na spacer. W kwiatki, albo w stylu safari. Siostra jednak zakochała się w kolejnej wieczorowej kreacji, szyfonowa bez ramiączek. Kolejna sukienka na specjalne okazje, które nigdy nie nadchodzą. Mam nadzieję,że na żywo będzie lepsza niż na zdjęciu. Zdecydowanie lepsza. Inaczej ktoś straci kciuka, albo i dwa.

A Ryan Gosling ma drugą córkę. A tak prosiłam czekaj na mnie, nie, nie mógł się powstrzymać. W kwestii dzieci to w ciągu dwóch tygodni urodziło się 3 Nikodemów i 3 Kornelie. Żywię głęboką niechęć łamane na irytację kiedy słyszę imię Nikoś. Kornelii jakoś też za dużo.

Kończę już. Za dwa dni weekend. W końcu. Wytrwać.

c1249a0bf27fffb286387ced38a2119c

Ścieżka dźwiękowa- Depeche Mode- Behind the wheel 

 

 

 

Advertisements

56 uwag do wpisu “Takie tam

  1. Haha, byle do weekendu…u mnie to tak jednak nie działa. Czasem tego aż zazdroszczę, jakiejś regularności- a czasem za nic nie chciałabym się jej poddać.
    I jeny, nie tylko mi tak czas szybko leci, w tym roku zwłaszcza?:D

    Lubię to

  2. Kaśka pisze:

    Ta Goslingówna to pikna dziewuszka musi być po tatusiu i po mamusi:)

    Na mnie Brad Pitt też nie chciał zaczekać ( i nie chodzi o dzieci, bo ich nie lubię ), tylko poleciał do Andżeliny.
    Skandal.
    Taki brylant przegapił…

    Lubię to

  3. Chętnie bym poszła na takie dobre pierogi. U nas kolejki są do pysznych naleśników, ale to takie kolejki że po kilkadziesiąt stoi i ja nigdy w takiej kolejce nie wytrwałam (ale niewątpliwie naleśniki muszą być pyszne)
    Pogoda ostatnio też u nas pod psem, ale coś zaczyna się poprawiać od wczoraj, oby już tak bardziej na stałe 🙂

    Lubię to

  4. Oj tak, ten rok płynie zdecydowanie zbyt szybko, lato pewnie tez nam tylko mignie :/ W centrum Polski też paskudna pogoda, do wczoraj, dzisiaj słońce i ciepło, całe szczęście, bo z opóźnieniem się do mnie jakieś choróbsko przyplątało, pół opakowania gripeksu i pół główki i czosnku, i dzisiaj w pracy jakoś funkcjonuję. I też czekam na weekend, może mi się coś zachce, zrobić, sprzątnąć, upiec, ugotować, kwiatki przesadzić… Ale to tylko może.

    Lubię to

    1. Też muszę kwiatkami się zająć, to znaczy posadzić pelargonie na balkonie. Ale też ten majowy chłód mnie rozkłada. Muszę coś wziąć szybko by weekendu nie spędzić na marudzeniu w łóżku.

      Polubione przez 1 osoba

      1. Ja czekam na ciepły dzień w weekend, żeby domowe kwiatki wynieść na balkon i je trochę doprowadzić do porządku. Ehh, człowiek by tyle zrobił jakby miał wolne, a jak ma wolne, to mija i nic nie zrobione 😛

        Lubię to

  5. Pogoda nie rozpieszcza – my w weekend zamieniliśmy nasze przytulne biurowe poddasze na parter, co prawda więcej miejsca, mniej schodów do biura itd. Ale jak zimno!
    We wtorek była w Krakowie taka mocna ulewa przez 15 minut, akurat zaczęła się jak stałam w piekarni po deser (gdybym nie była łasuchem to pewnie oglądałabym ją przy biurku). Oczywiście parasol został w biurze.

    Ja natomiast doskonale wiem, że wtedy jak zaplanuję urlop z wyprzedzeniem to w okolicy będziemy mieć termin na cokolwiek. A jak zaplanuję znając terminy to na pewno i tak się przesuną na mój urlop 🙂

    Pierogarnia brzmi pysznie – uwielbiam takie ciekawe pierogi. Pamiętam naszą wycieczkę m.in. do Nowego Sącza, tam właśnie jest tego typu knajpka i mają kilkadziesiąt propozycji. W mojej okolicznej pierogarni to oprócz standardu (ruskie, mięso, kapusta, szpinak oraz owocowe) są jeszcze z białym serem i boczkiem (niezłe) oraz z soczewicą i marchewką (bez szału).

    Lubię to

    1. Tutaj było z 40 rodzajów pierogów, nie mogłam się zdecydować, na szczęście w większym gronie byłam i mogłam ukraść z talerzy innych:)
      A to pechowo, u mnie na szczęście w firmie ogrzewania nie wyłączyli i jakoś tak wyszło,że teraz w pracy miałam dość przyjemnie. W porównaniu z domem to jakby Norwegię przyrównać do Maroko. Szczerze to żałowałam jak musiałam zamienić ciepłą firmę na chłodny dom. Latem poczujesz różnicę, w upały będzie milej:)

      Lubię to

  6. sanglant pisze:

    Siostra wie, kiedy wyjeżdżać. 😉
    U mnie pogoda tez rozczarowująca, ale bez takich skrajności. W niedzielę było całkiem przyjemnie, zrobiłam małe kółko po mieście (wybrałam się na długi spacer do pewnej apteki, okazało się, że sklepy są pozamykane i działają tylko apteki dyżurujące, więc spacer mi się wydłużył) i pogoda na szczęście nie sprawiła problemu.
    Fajne takie ciekawe pierogi, na pewno miałabym problem z wyborem. 🙂
    Osobiście znam aż jedną Kornelię, w moich czasach to było rzadko spotykane imię. Teraz częściej słyszę o takich tradycyjnych, typu Staś, Zosia czy Marysia – zdecydowanie lepsze takie niż zbyt wymyślne.
    Znam jedną dużą firmę, gdzie na mleko do kawy składali się pracownicy i jeszcze wymuszali haracz od przyjezdnych – oni to by dopiero podpadli. 😛

    Lubię to

    1. Staś to mój prywatny hit, i rodzinne imię. Marysia mam na drugie.:) Żadne tam Nikodemy mi się nie podobają, zresztą zdrobnienie Nikoś jest dla mnie śmieszne po prostu:)
      U mnie pogoda była tragiczna i zimno, i pada i zimno i pada. Na szczęście odpukać dziś bez deszczu:)

      Lubię to

    1. Mi by regularnie po 17-18 stopni starczyło. Ale jakby rosło stopniowo, a nie, że w kwietniu są dni po 28 stopni, a potem 3 tygodnie zimna, potem znów 4 dni ciepłe i znów zimno. Brr.
      Pierogi z dzikiem były wybitne:)

      Lubię to

  7. przyjedź do mnie, deszcz nie pada a słońce wychodzi zza chmur:) ja pierogi to tylko ruskie, kiedyś mnie poczęstowano kiełbasa z dzika i zjadłam ale dopiero po fakcie sie dowiedziałam z czego była zrobiona i już nie wezme do ust:)

    Lubię to

      1. a ja jestem taki francuski piesek:) i wielu rzeczy nie potrafie przełknąć choćby nie wiem jak były smaczne, brzydzą mnie i nie potrafie sie do nich przekonać.

        Lubię to

      2. ja mam tak samo, trzy razy upewniałam się,że pierożki z malinami nie będę miały śmietany-tak je podawali,ale śmietany nie ruszę takiej „na sucho” czyli na biało 🙂

        Lubię to

  8. Ja sama zawsze staram się kupić sukienkę, którą będzie mi dane na co dzień wynosić i co? I bach, zawsze kupię taką, która nadaje się tylko na jakieś imprezy – czy to rodzinne czy ze znajomymi, ale imprezy i do pracy jej raczej nie założę. 😛
    A u mnie tych imion jakoś mało. Dużo staropolskich się pojawia za to. Franki, Staszki, Zochny. 😀

    Lubię to

    1. U mnie jakby szał na staropolskie się skończył, non stop Nikodem i Kornelia. A i Debora, to już hit nad hity:) Chyba naśladowców to imię mieć nie będzie-oby:)
      Ja mam zdecydowanie za dużo sukienek na jakieś okazje, oj za dużo. Bo też idę po codzienną,wracam z niecodzienną:)

      Lubię to

      1. Zbych pisze:

        Hit nad hity to słyszałem niedawno w Katowicach – babka wołała synka: Quentinek. Możliwe że jakaś lokalna miłośniczka Tarantino bo ze swoim towarzyszem (zakładam że to był ojciec) rozmawiała bardzo „kwieciście” 🙂

        Lubię to

      2. O jak uroczo 🙂 Ja miałam przyjemność z pewną Dajaną-rodzice byli fanami pewnej piosenki,ale niezbyt wiedzieli jak się to pisze i wzięli ze słuchu-Dajana 😉
        Znałam też Roksana-tak, chłopiec, Roksan. Ale Quentinek rzeczywiście wymiata:)

        Lubię to

      3. Zbych pisze:

        Roksan… w zasadzie to może być jakaś przemyślana strategia. Teraz podobno rządzi gender więc jak skończy 18tkę to sam będzie mógł zadecydować o swojej płci więc imię jak znalazł

        Lubię to

      4. Całkiem możliwe. To jak Nikol-miałam takie imię w dzienniku i szczerze nie wiedziałam co usłyszę-obecna czy obecny. To był chłopiec. Jakiś niedokończony Nikolas:)

        Lubię to

  9. Pamiętam, że kiedy do nas przyjeżdżała Inspekcja Pracy, musieliśmy nieźle wkręcać, że się nie narabiamy, że pracujemy mało itepe :). A Goslingiem się nie przejmuj, znajdzie się lepszy ;).

    Lubię to

  10. Bardzo sie usmialam z tego posta, z calosci, ale juz z czekajacym na Ciebie Goslingiem, to pojechalas na calego. Gdybym nie doczytala w komentarzach nade mna, za co zaraz sie zabiore, poprosze o adres, miejsce, nazwe tej pierogarni, na wypadek, gdybym znowu w Gdansku zawitala.

    Lubię to

    1. Mandu się nazywa, naprawdę jak na fakt, że jest na Starówce w samym centrum miasta to ceny są kosmicznie małe 🙂 Za 100 zł najadły się 4 osoby z napojami, i zupami-oczywiście każdy zjadł pierogi:)

      Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s