Niebieskie oczko i rozmyślania cukiernika

Ha, ten tytuł wiele mówi, prawdaż?

Niebieskie oczko. Niebieskie oczko to marzenie mojej mamy. Tak, moja mama odkąd książę Karol podarował Dianie pierścionek z niebieskim oczkiem przepadła. Mój tato oświadczając się mamie wybrał czerwone. Mama co prawda pierścionek przyjęła, ale to nie znaczy, że nie zapomniała o niebieskich kamykach. Marzyła o nich całe życie. To marzenie odkąd William oświadczył się Kate przy użyciu niebieskiego pierścionka rosło i rosło. Od paru tygodni zaś osiągnęło fazę krytyczną. Dzień dnia po 79 razy słyszałam- jak nie wiecie co kupić na dzień matki to kupcie mi pierścionek Diany vel Kate. Tam na górze u jubilera, już przymierzałam i wiedzą jaki wam dać. Oczywiście mamie powtarzałam,że dostanie to co uznamy za stosowne, ale dla świętego spokoju poszłam obejrzeć pierścień. Dla wyjaśnienia, on mi się w ogóle nie podobał na zdjęciach, nie lubię odcieni niebieskiego. Ale jak weszłam, poprosiłam o ten książęcy model i przymierzyłam na placu…. przepadłam. On był tak śliczny,że nie chciałam zdejmować go z palca. Nie i koniec. Cudo. Uznałam,że skoro mama zachwycona moimi nowymi butami natychmiast pobiegła do sklepu celem zakupu takiej samej pary, ja mogę sobie sprawić taki pierścień. I trwałam w tym postanowieniu dopóki nie zobaczyłam metki z ceną. Moja mama bardzo sobie ceni trud włożony w wychowanie dzieci. Marzenie o swoim pierścionku odłożyłam na czas posiadania własnego teoretycznego potomstwa. Im będę od niemowlęctwa śpiewać-mamusia chce pierścionek, taki sam jak u babuni, i księżnej Kate. Kiedy ja myślami wybiegałam do lata 2030 roku kiedy to zostałam mamą po raz pierwszy i ostatni, ekspedientka uznała,że mama moja zasługuje na więcej, bez kozery wyjęła wisiorek i kolczyki, do kompletu. Oj jak zachwalała,że tylko w kompleciku mamcia będzie wyglądać idealnie, i wszystko wzajemnie się pięknie uzupełni i w ogóle, bez wisiorka nie ma Dnia Matki. Grzecznie się zachwyciłam, po czym powiedziałam,że mama posiada też dwójkę pociech różnych ode mnie i oni też powinni się pozachwycać ta biżuterią i podarować mamie. Oczywiście cena pierścionka, samego pierścionka przekraczała budżet, więc mama na resztę musi poczekać. Albo zasłużyć. Zależy jak patrzeć.

Początek tygodnia był piękny. Ale jak zrobił się wolny dzień oczywiście pogoda zrobiła sobie wolne. Chmury zawitały nad Trójmiastem i groziły deszczem. Ten dojrzał dopiero do pokazania się światu dnia następnego. Ale brak słońca natychmiast poskutkował znaczącym obniżeniem temperatury. Moje plany wyjazdu nad morze na szczęście były bardzo luźne, więc brak ich realizacji nie wywołał większego żalu. Zamiast tego poszłam na procesję. Tatko tak prosił, że w końcu mu uległam. Ostatni raz byłam dawno, dawno temu. Zapomniałam parasola-a byłam pewna,że miałam go w dłoni przed wyjściem, więc patrzyłam z niepokojem w niebo zastanawiając się kiedy lunie. Nie lunęło. Za to parafialny ksiądz bez głosu postanowił całą drogę umilać swoim śpiewem, marnej, oj marnej jakości. Cierpię do dziś. Ponoć kto się śpiewem modli, modli się dwa razy. Kto słucha tego księdza, od razu powinien iść do nieba.

Po procesji miało miejsce dalsze świętowanie dnia matki-po wręczeniu pierścionka i niekończących się okrzyków radości, zabraliśmy mamę na pierożki. Tym razem w kolejce po stolik czekaliśmy jedynie 30 minut, a na jedzenie 65 minut z lekkim wąsem. Ale warto było, pierwszy raz próbowałam chinkali i przepadłam.

Czy wspominałam, że moi rodzice są idealnie dobrani? Kiedy tata zachorował na serce, u mamy zdiagnozowali również sercowe problemy. Tata zachorował na cukrzycę, i mama postanowiła sprawdzić również swoje poziomy cukru, i proszę, ona też ma cukrzycę. Zbyt dosłownie potraktowali słowa by się wspierać w chorobie.

Teraz nie będzie o chorobie, chociaż moja alergia mnie dobija, a lemoniada niestety nadwątliła moje gardło zbyt dużą ilością lodu. Ale nie o tym. Otóż dostałam propozycję wzięcia udziału w największym wojewódzkim festiwalu kulinarnym, jako wystawca. Ja, skromna kulinarna blogerka miałabym stanąć wśród znawców tematu i znanych nazwisk, przynieść moje wypieki i je sprzedawać? W ogóle liczyć na to, że ktoś to kupi? No nie żartujmy. Powiedziałam,że się zastanowię. Pierwszy dowiedział się brat, powiedziałam mu to w formie żartu, on uważał,że to nie żart a wspaniała okazja. Siostra podtrzymała entuzjazm brata. Tatko obrósł w piórka, jego córka miałaby stanąć wśród profesjonalistów, ktoś uznał,że się nada, no super, już zaczął organizować wszystko logistycznie, i tylko ja nie skakałam z radości. Poszłam do mamy, miałam u niej znaleźć wsparcie, czyli usłyszeć-dziecko daj sobie spokój, zostań w domu, nie wygłupiaj się. Mama zaś nieco myślała, i ostatecznie rzekła, wiesz co, ja tam stanę i będę mówić, że to wszystkie jest pyszne, no co prawda w pieczeniu ci nie pomogę, bo robisz to lepiej, i w ogóle ja nie lubię, ale już tam ci klientów nagaję.

Zaczął się więc mój słynny dylemat-iść czy nie? Co chwilę zmieniałam zdanie. Zaczynałam widzieć plusy, by zobaczyć jeden wielki powód by zostać w domu i się nie wygłupiać. Wstyd mi było za swój brak pewności siebie.Bo przecież takie festiwale to mój żywioł, marzyłam o tym, to spełnienie marzeń, które miałam od dziecka. Magda cukiernik. Zaczęłam radzić się dwóch koleżanek, oczywiście uznały moje rozterki za wprost idiotyczne. Jak los daje szansę,trzeba korzystać. W końcu nie wiem kto spróbuje tego ciasta, komu posmakuje? Poznam nowych ludzi, zdobędę doświadczenie, będą promować mojego bloga, i w ogóle to będzie przygoda. Problem w tym,że ja nie lubię przygód. Cenię sobie stałość,nawet nudną. Widziałam już oczyma wyobraźni puste inne stoiska, i moje, kiedy to nikt nie podszedł i wszystko nadawało się do wyrzucenia. I wtedy moja siostra rzuciła pewien pomysł, tak, ta bałaganiara miała dobry, ba świetny pomysł.

Jeden telefon, jedno pytanie i czekanie na odpowiedź. Nerwowo chodziłam po kafelkach w łazience. To było najdłuższe 45 sekund w tym roku. Przyszła pozytywna odpowiedź. Tak, wielkie tak, pewnie, że tak. To tak zaczęło wielką falę optymizmu, że może jednak warto spróbować i nie będzie to największa porażka mojego życia.

Za tak kryje się Nastka, która zawsze towarzyszy mi w najciekawszych momentach mojego życia. Ma ona ogromny talent kulinarny do pieczenia zdrowych i oryginalnych rzeczy. Pomoże mi w pieczeniu, stanie tam ze mną, doda mi odwagi. Będziemy we dwie martwić się i cieszyć. A jej dziecięca wręcz wiara w nasze możliwości sprawiła, że mniej się boję. Ba, uznałam,że to może być naprawdę świetna przygoda.

Do festiwalu został ledwie tydzień z jednym dniem. Tyle spraw do ogarnięcia, tyle jeszcze muszę zrobić. Ale mam pomocników z super pomysłami. Już dziś trzymajcie kciuki!

9e0ca6c08d4a2779025411e15daa8eea

Ścieżka dźwiękowa-Annie Lennox- Shining light

 

 

Jak ja coś zaplanuję…

Jak ja coś zaplanuję to mam 80 %, że coś się nie uda, 15 %, że może się nie uda, 3, 5 %, że udałoby się gdyby była nieco lepsza konstelacja gwiazd, czyli Uran nie w Wenus, a w Jowiszu. Te 1,5 % mówi,że się coś uda. Teraz pytanie jaka liczba definiuje przeszły weekend? Tak, ta pierwsza.

W sobotę zaplanowałam spokojne przedpołudnie, a potem noc w muzeum. Ze spokojnego przedpołudnia nic nie wyszło. Na przemian nadrabiałam zaległości sprzątaniowe i dokładałam sobie pracy, na przykład sadząc kaskadowe pelargonie na balkonie. Albo zachciało mi się piec ciasto. Poleciałam więc na złamanie karku do sklepu o nazwie Biedronka po parę produktów. Karku nie złamałam zaś przy kasie spotkałam swojego licealnego wychowawcę.Uświadomiłam sobie wykładając mleko i cukier trzcinowy na taśmę, że od matury minęło 9 lat. Niemal dekada. Nad tym mlecznym cukrem poczułam upływ czasu, poczułam się staro. Kiedyś wyobrażałam sobie takie spotkanie, ach pochwaliłabym się tym i owym. A przede wszystkim tym, że prawie jesteśmy kolegami po fachu. No dobrze ja może nie uczę, ale jakąś tam łączność powinnyśmy poczuć. A on nawet dumę, w końcu historyk wychował historyka. Powiedziałam więc dzień dobry i …. I czekałam aż zacznie się rozmowa. Ale nie, wychowawca spojrzał na mnie i tyle, raczej wymruczał odpowiedź dzień dobry. Na pewno skojarzył mnie z liceum ale to tyle. Jak to? Byłam prymuską, jego ulubioną uczennicą, miałam 6 z historii, i mnie nie pamięta? Nie opowiada o mnie kolejnym pokoleniom-tak, była taka Madzia, ach, ta to znała odpowiedź na każde pytanie, nie to co wy. Nie doczekałam się. Profesor sobie wyszedł. Za moment wyszłam i ja. Spojrzałam na lewo, mój były wychowawca cofał, cofał i… bum w drugie auto. Tak, ewidentnie zaczęłam mu się przypominać, te wszystkie idealnie napisane sprawdziany i daty w paznokciu małej palca. Uszkodził sobie wymuskanego Fiacika. Ups. Dostojnym krokiem udałam się w stronę domu. Jestem złym człowiekiem, lepiej mnie nie ignorować bo wzorkiem mogę wiele.

No dobrze minął dzień, zbliżał się wieczór. Po kolei wszyscy odstąpili od pomysłu wieczornego łamane na nocnego zwiedzania muzeów. Koleżanki zatrzymały w domu dzieci, mąż, albo fakt, że w muzeum naraz będzie więcej niż 15 osobników podobnych do ludzi. I wiecie kto chciał mi towarzyszyć? Może niezbyt specjalnie, ale dostałam tego wieczoru wiadomość tekstową, że On, czyli pan od tulipanów idzie sobie do muzeum i chciałby je pozwiedzać ze specjalistką,czyli ze mną. Parę wtajemniczonych osób wie,że poszłam studiować historię nie z myślą o byciu belfrem roku, a marzyła mi się praca  w muzeum. Tak więc nawet pomyślałam,że ja to chyba głupia jestem, i pomyślałam,że mogę z nim iść łamane na nie mogę. I ostatecznie poszłam spać. Niekoniecznie spać,przywdziałam piżamkę i oglądałam głupi film. Okropnie się wynudziłam. Przynajmniej miałam czas i okazję by rozmyślać nad mijającym czasem i mą samotnością w tłumie. No nic, jutro niedziela,mam tyle planów. Będzie miło.

W niedzielę miałam jechać na Kaszuby, pospacerować wśród jezior i lasów. Zjeść pyszny obiad, nasze plince i po prostu odpocząć. Rano obudził mnie paskudny katar, ból gardła i atak kaszlu. No i ból głowy. Sama nie wiedziałam czy to wiosenne zaziębienie, czy też zmasowany atak alergenów ? W każdym razie dzień spędziłam w domu,a  dzień ten był piękny. Chciałam zamówić obiad, dzielnie studiowałam menu z różnych knajpek, ale z okazji komunii wszystkie ciekawe organizowały przyjęcia zamknięte. Cóż, wysłałam siostrę po jakieś mięso i zajęłam się obiadem. Obejrzałam chyba z 20 odcinków Przyjaciół, chwilami wychodziłam na balkon popatrzeć na pelargonie i pocieszyć się słońcem.

Balkon. Wczoraj wyszłam wieczorem na momencik z domu na podwórko. Na naszym podwórku wywiesiłam bowiem pościel, balkon niezbyt szeroki, więc pościel lepiej mi się wiesza na zewnętrznej suszarce. Tak więc zatrzasnęłam drzwi i poszłam ją sobie zebrać. Nikogo nie było w domu. To ważne. Zatrzasnęłam bowiem drzwi i stojąc pod nimi z rękoma pełnymi poszewek uświadomiłam sobie,że nie mam klucza. Rozpaczliwe próby negocjacji z drzwiami nie przyniosły efektu. Głupie drzwi nie skusiły się nawet na obietnicę podwójnego woskowania. No cóż, chciałam już przysiąść na schodkach i czekać na kogoś z rodziny. Ale w ten nad głową zapaliła mi się żaróweczka-balkon, otwarte okno, parter. Nie sądziłam,że w wieku niemal 30 lat dane mi będzie skakać po balkonie z naręczem prania. Przeżyłam ja, przeżyło pranie. Miałam szczęście, że każdy z przechodniów uznał widok kobiety z pościelą wdrapującej się po szczebelkach za całkiem normalny i nikt nie zawołał służb specjalnych. Kolejna przygoda zaliczona.

Przygodą są dla mnie zakupy. Przed balkonową akcją postanowiłam,w zasadzie to rankiem postanowiłam pójść do biblioteki przypomnieć paniom,że żyję, i moja dwutygodniowa nieobecność spowodowana była nawałem pracy. W drodze do tegoż przybytku kultury uświadomiłam sobie,że czas zakupić jakieś baletki, tudzież inne letnie buciki. Zaszłam więc do obuwniczego i zgłupiałam. Setki modeli i ja jedna. Chodziłam jak człowiek we mgle-kokardki, cekinki, kwiatuszki czy może przeźroczyste boczki? Zaczęła mnie boleć głowa, z wrażenia omal nie usiadłam na truskawkach, które zakupiłam parę chwil wcześniej. Wtedy olśniło mnie. Kasia Tusk przekonywała, że tego lata warto mieć w szafie espadryle. W ogóle to warto je mieć każdego lata. Rzeczywiście po setce butów, które były okropnie niewygodne a do tego wyglądały tak, że każda szanująca się 5 latka byłaby wniebowzięta przymierzyłam owe espadryle i przepadłam. Nie zdjęłam ich i wyszłam ze sklepu. Nie bójcie się, oczywiście za buty zapłaciłam przy kasie. Mój nadworny stylista uznał je za fantastyczne, co wynagrodziło mi ból zakupów.

A teraz wybaczcie, idę się lenić. Dostałam dzień wolny gratis. Przezornie nic nie planuję.

5331d99b08428933e5daf00a9a27ab78

Ścieżka dźwiękowa- Placebo- Post Blue

Przetrwałam

Maraton w pracy za mną. Teraz mam cały wolny dzień. Jeżeli dodam do tego dnia weekend plus najbliższy czwartek to cieszyć się będę 4 dniami wolnymi. Bajka. Przetrwałam. Ogarnianie jednocześnie dwóch stanowisk w naszej pracy nie jest łatwe. Szczególnie kiedy przez trzy dni z rzędu pobija się historyczne rekordy sprzedaży. I do tego eksport. Tak drodzy państwo wchodzimy na rynki międzynarodowe, a dzięki mojemu opanowaniu i wiedzy wszystko poszło sprawnie. W ogóle wszystko szło sprawnie, a ja w świecie okuć aluminiowych poruszam się coraz płynniej. Tak, nawet szef mnie pochwalił. A ustalmy jedno-tata szef nie jest skory do wyrażania pochwał. Oczywiście nie przetrwałam tak w jednym kawałku. O nie. Chcąc umyć szklanki maszerowałam do łazienki, i bach, dostałam drzwiami w żebra. Można powiedzieć,że była to branżowa kontuzja, poczułam moc zawiasów na sobie. Z początku nie bolało. Potem zaczęło, miałam podejrzenie, że złamałam sobie każde możliwe żeberko. Na szczęście posmarowanie solidne maścią przyniosło ulgę. Biegnąć na busik do pracy naciągnęłam też mięsień. Logiczne byłoby gdyby to był mięsień nogi, nie, ja ambitnie naciągnęłam sobie ten u ręki. Sama nie wiem jak. No dobra wiem, bieganie, torba na ramię standardowa i ta płócienna ze śniadaniem, to jednak za dużo jak na bieg godny Bolta. Ale żyję, oddycham z trudem przez alergię, ale oddycham.

Oddycham atmosferą miłości. W końcu maj to miesiąc zakochanych. Bzy, jabłonie, kasztany co tam jeszcze, a konwalie, dłuższe wieczory, urocze zachody słońca. I wschody generalnie też. Nie, ja jestem na to wszystko odporna. Jestem stworzona z materiału nieprzepuszczające uczuć wyższych. Mnie po prostu otacza miłość własna mojej siostry do samej siebie i miłość innych do innych. Siostra wróciła z Berlina, zapomniała,że zmieniła się epoka przy okazji i wymagała traktowania jakby powróciła z Zachodu za czasów PRL-u. Skądinąd coraz bliżej nam do tych czasów, ale jednak zachowajmy pozory. Po całonocnej jeździe, bo taki autobus pasował jej przyjaciołom, czyli jej oczywiście również dama poszła spać na cały dzień. Najpierw pokazała prezenty-wieczorowa sukienka okazała się całkiem codzienną, moja siostra ma specyficzne pojęcie hasła sukienka wieczorowa, na szczęście zaniepokojona moim niezadowoleniem dokupiła mi naprawdę codzienną kreację i bluzkę do tego. Ale wróćmy do meritum, siostra uznała,że pobyt w Berlinie i jego archiwach czyni z niej wielką gwiazdę, stąd też wypakowała ciuchy z toreb, rzuciła je koło pralki i poszła spać. Zachowała się jak gwiazda rocka, czy też filmowa, która po pobycie np w Cannes rzuca sukieneczki służbie a sama idzie się relaksować przy basenie. Jako, że tych ciuchów było pół łazienki zaczęłam to prać i wieszać i tak z 6 razy. W połowie doszło do mnie jak nisko upadłam. Sobota, wolny majowy dzień, powinnam upajać się zapachem bzu i słuchać komplementów pod swym adresem,a  tymczasem latałam dzień cały ze ścierką i klamerkami dbając o każdy, nieistotny oczywiście szczegół. Oczywiście nikt tego nie zauważył, kiedy siostra bowiem wstała zaczęła snuć niesamowite opowieści czego to ona nie widziała, nie słyszała, nie przeżyła. A kto by tam chciał słuchać opowieści w stylu- wiecie, że ten nowy płyn  do mycia okien ma bardzo nieprzyjemny zapach, ale za to jak myje. Wystarczy malutkie psiknięcie i szklane okienko lśni jak największy diament w koronie królowej Elżbiety…  Brat zaczął sesję. Trzeba więc chodzić wokół niego na paluszkach, dopieszczać, głaskać po główce, i znosić humory. Nawet takie telefony do pracy-a gdzie ty jesteś, gdzie obiad, przyjedź i podgrzej mi zupę….

Tak, wyszedł mi kolejny akapit w stylu-jestem środkowym dzieckiem. Modne słowo od piątku-jestem żałosna.

Żałosna jest pewna pani z firmy ubezpieczeniowej, która dzień dnia wydzwania i kusi ofertą. Przez 4 dni namawiała mnie do oszczędzania z 500 plus na rzecz moich dzieci. Tłumaczyłam jej, że dzieci nie mam. A jako kobieta gwarantować mogę, że czegoś takiego jak poród nie zapomniałabym po pół godzinie. Następnie pani dzwoni z ofertą ochrony serca. Nie, nie przed nieszczęśliwym zakochaniem się-w końcu maj. Pani ostrzega przed zawałem. Kiedy tłumaczę,że nie zamierzam mieć przez najbliższe 20 lat zawału pani zmienia taktykę-ubezpieczenie od nieszczęśliwej śmierci. Jeżeli po 10 latach wciąż będę czołgać się przez życie to oni dadzą mi premię za wytrwałość. No i jak mam zachować dobry majowy humor, no jak?

Co chwilę dostaję ofertę-podziel się tym co masz najcenniejszego, oddaj swoje jajeczko. Moje jajeczko musi być wyjątkowo cenne, bo kiedy nie chcę go oddać dobrowolnie, chcą go zabrać siłą. Tak, oferują mi bym na potrzeby pewnego telewizyjnego show poleżała kwadrans w łóżku z nieznajomym. Ponoć pozbycie się odzieży i patrzenie sobie głęboko w oczęta gwarantuje miłość aż pod grób.

Tak, dziś zamierzam zakochać się. Sama w sobie, a potem na nowo w maju, który uciekł mi zdecydowanie za szybko. Dziś mnie nie ma dla całego świata.

3670a63c331712f68abad723f55cb769

„Zaczęli się wszyscy kłócić jak za dawnych, dobrych czasów, aż mi się przyjemnie na sercu zrobiło”

Joanna Chmielewska – Wszyscy jesteśmy podejrzani

Ścieżka- Led Zeppelin- Bron- Yr-Aur

Takie tam

Czy już wspominałam o tym, że zawsze kiedy moja siostra wyjedzie to w pracy coś się dzieje? Ledwo 3 tygodnie temu siedzieliśmy w biurze i narzekaliśmy na markotność. Ot,do 11 wszystko było gotowe i zrobione. Snuliśmy się z kąta w kąt, szukając zajęcia i czekając aż leniwy zegar w końcu wybije 15. A teraz? Teraz wychodzę z domu 40 minut wcześniej, i analogicznie wychodzę do domu 90 minut później. Sama nie wiem kiedy znika mi cały dzień. Mam za mało czasu na czytanie. Zdecydowanie za mało. Czytam w autobusie, który wiezie mnie do pracy, spacerować mi się nie chce. Zdecydowanie mi się nie chce. Podróżowanie komunikacją miejską sprzyja zawieraniu przyjaźni. Mi wystarczył tydzień bym poznała i polubiła się z panią Felą. Obie jeździmy do pracy, ona opiekuje się wnuczką, ja klientami. Ostatnio tak się zagadałyśmy o tatuażach, doradzałam pani Feli jaki rodzaj w jej wieku nie będzie zbyt ekstrawagancki i bach,  zagapiłyśmy i przegapiłyśmy przystanek. Musiałyśmy błagać kierowcę by nas wypuścił, on być uparty i cóż, nasza podróż wydłużyła się dwukrotnie. Ale nie narzekam. No owszem narzekam na pogodę. Owszem przez 3 dni było pięknie, nawet zbyt pięknie. Bo kto tu widział o 7.40 27, 6 stopnia? Za te trzy magiczne dni przyszło nam zapłacić całym paskudnym tygodniem. Chyba w życiu nie widziałam takiego deszczu i nie miałam deszczowej depresji. Wstaję -pada, kładę się-pada, pracuję-pada, chcę odpocząć-pada, a jakże. Do tego dodajmy porywisty wiatr i chłód, i już, mamy okropnie zimny maj, jak śpiewała Kora. Dziś na poważnie zastanawiałam się na ubraniem zimowej kurtki. Uznałam,że byłoby to jednak lekko przesadzone. Zanim doszłam na przystanek uznałam,że zimowa kurtka była jednak mądrym pomysłem. Oczywiście jak wyszłam z busika zaczęło padać, no i wiać. I rozwaliło mi parasol. Jak tylko doszłam do pracy przestało padać i wiać. Przypadek? Wątpię.Spółdzielnia przez 3 dni upałów dzielnie nas dogrzewała, a tylko jak zaczęły się chłody wyłączyła ogrzewanie. Brak słońca, nocne przymrozki i już, w  domu mam 12 stopni. Na noc chciałabym założyć rękawiczki.

Weekend minął za szybko. I zbyt deszczowo. Aby nie marnować go do końca w niedzielę na przekór ulewie ruszyłam na miasto, celem zjedzenia obiadu w nowej pierogarni. Po przybyciu na miejsce grzecznie zajęliśmy miejsce w kolejce, po 5 minutach mila pani wpisała nas na listę oczekujących. Tak, listę oczekujących na stolik, przy okazji mieliśmy szczęście,że nasze czekanie odbywało się w przedsionku pod dachem, a nie za drzwiami na deszczu. Ten deszcz nikogo nie zniechęcał, wręcz przeciwnie.Tym razem los się do mnie uśmiechnął, jako pierwszy zwolnił się stolik 4 osobowy, więc przeskoczyliśmy z 4 miejsca na liście na to pierwsze i po ledwie 15 minutach mogliśmy zająć miejsce przy stoliku-nie wspomnę jakie miny miały pary stojące wyżej w kolejkowej hierarchii. A potem zaczęła się uczta. Sama nie wiem , które pierogi były smaczniejsze, czy te z dzikiem, czy smażone z białą kiełbasą? A może te moje, na słodko z twarożkiem i sosem z malin? Nie wiem. Wiem, że godzinne oczekiwanie na pierożki zdecydowanie było warte 10 minut przyjemności jedzenia. A potem spacer, Gdańsk chwilę po deszczu i chwilę przed deszczem.

Warto było również solidnie się przygotować do wizyty pani z Inspekcji Pracy. Jako, że uczciwi z nas ludzie poza za małym zapasem papierowych ręczników nie było większych uchybień.Cała inspekcja co prawda zajęła cały dzień, ale nie była zbyt drastyczna. Pewnie dlatego, że jesteśmy solidną firmą. No ok, podpadliśmy za brak mleka do kawy-wiadomo dobry szef zawsze ma lodówkę pełną mleka, i te ręczniki.  Zapas ręczników zabrał bez. Piękny bukiet cieszył oko i zmysły węchu. Niestety był zbyt pokaźny i przewrócił wazon. Woda zalała całe biurko, krzesła i dokumenty. Dobrze, że potop zdarzył się jeszcze przed inspekcją a nie w trakcie. Najważniejsze,  że bez wyszedł bez szwanku i dalej cieszy wszystkie zmysły.

Z medycznych ciekawostek -bo w moim wieku muszą takie być, znów zawędrowałam do przychodni. Zaczęły pylic trawy i ledwo żyję. Żadne leki bez recepty nie dały rady. Te od lekarki blokują katar, i zasadniczo całą mnie. Non stop chce mi się spać. Od trzech dni oglądam ten sam film. Pierwszy kwadrans znam na pamięć, potem zasypiam. W ogóle czas mi się dłuży w pracy, a zadania do wykonania się piętrzą. Tylko wyjdę z biura mam wrażenia, że godziny płyną jak sekundy i już szykujemy się świąt Bożego Narodzenia.

Boże Narodzenie równa się prezenty. Moja siostra miała mi przywieźć sukienkę, taka tradycja, z każdej podróży musi mi przywieźć sukienkę. Tym razem zamówiłam sobie sukienkę codzienną, letnią, do pracy, do parku, na spacer. W kwiatki, albo w stylu safari. Siostra jednak zakochała się w kolejnej wieczorowej kreacji, szyfonowa bez ramiączek. Kolejna sukienka na specjalne okazje, które nigdy nie nadchodzą. Mam nadzieję,że na żywo będzie lepsza niż na zdjęciu. Zdecydowanie lepsza. Inaczej ktoś straci kciuka, albo i dwa.

A Ryan Gosling ma drugą córkę. A tak prosiłam czekaj na mnie, nie, nie mógł się powstrzymać. W kwestii dzieci to w ciągu dwóch tygodni urodziło się 3 Nikodemów i 3 Kornelie. Żywię głęboką niechęć łamane na irytację kiedy słyszę imię Nikoś. Kornelii jakoś też za dużo.

Kończę już. Za dwa dni weekend. W końcu. Wytrwać.

c1249a0bf27fffb286387ced38a2119c

Ścieżka dźwiękowa- Depeche Mode- Behind the wheel 

 

 

 

Pośmiejmy się na weekend

Po tak męczącym tygodniu z miłą chęcią poddam się procesowi „odmóżdżania” przed ekranem. Jakiś czas temu pisałam o serialach, które mnie zawiodły. Dziś będzie o tym, które seriale oglądam nałogowo, które kocham i szczerze płaczę gdy mają się kończyć. Jako, że mój post z ulubionymi serialami miałby z miliard słów i czytalibyście to pewnie z 5 dni roboczych postanowiłam podzielić je na parę kategorii. Dziś zaczynam od kategorii mi bliskiej, czyli -komedii. Z moich życiowych doświadczeń można śmiało nakręcić serial, czy niezły,czy też gorszy-nie mnie oceniać. W każdym razie wczoraj postanowiłam iść do pracy w długiej spódnicy. Chciałam wykorzystać te plus 26 stopni i dumnie przejść przez miasto w uroczej spódnicy maksi.Nie wyszłam dobrze z domu jak zerwał się wiatr. Naiwnością było moje myślenie, że to tylko wiatr. Coś mnie jednak podkusiło by zrezygnować ze spaceru i po prostu wsiąść w nadjeżdżającego busika. Tak też zrobiłam. Nie usiadłam za dobrze a rozpętała się ogromna ulewa. Niestety wsiadłam do busika, który parkuje 500 metrów od pracy. Niestety nie miałam też parasola, bo dzień wcześniej w torbie eksplodował mi wiśniowy żel pod prysznic, i zmieniłam torbę, zapominając włożyć doń parasolkę. Tak więc do pracy przyszłam kompletnie mokra. Jakby tego było mało w  drodze powrotnej naszło mnie na truskawki. Owoce kupiłam i zobaczyłam, że mam zielone światło. Zaczęłam więc biec, zapominając,że mam na sobie tę powłóczystą spódnicę. Wywróciłam się tuż przed samym przejściem. Powodem była torebka, tak mój bieg zakończył się zaplątaniem w sukienkę, roztrzaskaniem telefonu i rozpacianiem kilograma truskawek. Na spódnicy oczywiście. Pasuje do serialu? Pasuje. A co mi pasuje?

Wiecie co jest dziwne? Kaczor Donald nigdy nie nosi spodni. Ale ilekroć wychodzi spod prysznica, zawsze zakłada ręcznik wokół swej talii. Po prostu, wiecie, o co w tym wszystkim chodzi?

Numerem jeden zawsze i wszędzie będą dla mnie Przyjaciele. To taki serial, którego odcinki znam na pamięć, a one i tak mnie śmieszą do łez. Oglądam gdy mi źle, i gdy wręcz za dobrze. Najbliżej mi do Moniki. Łączy nas miłość do gotowania i lekka nerwica natręctw na temat czystości i porządku. Najbardziej zaś uwielbiam Pheobe i Joey’a. Ale prawda jest taka, że bez Rachel, Ross’a i Chandlera nie byłoby tak śmiesznie. Z paczką Przyjaciół spędziłam mnóstwo czasu i nie żałuję ani sekundy. Ukochany odcinek? Najchętniej powiedziałabym, że wszystkie. Ale ok, jak już sama kazałam sobie wybrać to wybiorę. Nie, nie mogę wybrać. Kocham każdy. I nigdy nie przestanę.

Friends
FRIENDS

Modern Family-znacie? Jak nie to warto poznać. Co prawda gdzieś tak po 5 sezonie serial wyraźnie siada, ale do tego momentu po prostu go uwielbiam i bywały odcinki, które oglądałam po 8 razy. Szalona współczesna rodzina, geje adoptujący dziecko, głowa rodziny biorąca sobie za żonę seksowną latynoskę, młodszą o 30 wiosen, oraz z pozoru „tradycyjna” rodzina Claire i Phil’a. Obejrzenie choć jednego odcinka to gwarancja poprawy humoru.

modernfamily-s2-002

Następnie nie mogę nie wspomnieć o Allo Allo. Ten serial to moje dzieciństwo. Z moim rodzeństwem zasiadaliśmy przed telewizorem i z początku niewiele rozumiejąc wciągaliśmy się w życie Rene i jego zwariowane losy. Mówiliśmy do siebie cytatami z serialu- Ty głupia kobieto!, Dziń dybry, Czy mam pana pocałować, Herr Flick?,To ja, Leclerc!  Trzeba mieć w sobie olbrzymią dozę dystansu by zrobić serial o wojnie na wesoło. Nie sądzę by nam się to udało. Ale Francuzi zrobili kawał dobrej roboty. Co jakiś czas wpadam do bistro Rene by odświeżyć sobie wspomnienia i po prostu poprawić sobie humor.

00050E3IEWEA9D7V-C122-F4

Kolejny serial będzie bardzo słaby znany w naszym kraju, a wielka to szkoda. Mowa o Parks& Recreation. Otóż Leslie Knope jest urzędnikiem, dziwnym urzędnikiem. Zapału ma za pół stanu, zawsze chodzi uśmiechnięta i jest zakręcona na punkcie poprawy jakości życia mieszkańców. Leslie ma szefa, Rona, który zasadniczo nie ukrywa,że praca w urzędzie nie jest spełnieniem jego marzeń i od rana czeka na koniec pracy. Pierwszy sezon mnie rozczarował, ale wystarczy wytrwać, albo nie oglądać i od razu zająć się sezonem drugim. Tak, tam czeka Leslie randka życia, w końcu nie każdą dziewczynę zaprasza się na rezonans. Szczerze polecam tym co nie znają tego serialu poświęcenie mu paru chwil.

Season_5_Promo

Dolina krzemowa, dość świeża produkcja, która całkowicie zawładnęła moim sercem. Jak można się domyślić akcja dzieje się w Dolinie Krzemowej o dotyczy wybitnych informatyków. Są to typowi informatycy, świetnie sobie radzą przed ekranem, zupełnie im nie idzie w życiu. Można powiedzieć, że pomysł nieco jest oparty na Bing Bang Theory, ale przyznam szczerze, wolę go milion razy bardziej-tym bardziej,że Teoria lekko mi się przejadła. Dolina to świetne dialogi i humor, który każdemu poprawi humor.

12360_875_256

Na koniec dwie polskie produkcje, które są dla mnie ponadczasowe i wspaniałe.

Dzień dobry, czy jest suchy chleb dla konia?

Któż nie zna tego cytatu. Przyznaję szczerze, że mam pewien wakacyjno-urlopowy zwyczaj. Zawsze oglądam wtedy Wojnę Domową. Plejada wybitnych aktorów, ponadczasowy scenariusz i odwieczny konflikt między rodzicami a dorastającymi dziećmi. Kocham i kochać będę po kres swoich dni.Uwielbiam gdy Irena Kwiatkowska chodzi za Pawełkiem na randki. Po prostu uwielbiam.

hqdefault

Przyzwoity człowiek to siedzi w domu i kombinuje, jak koniec z końcem związać!

No i na koniec serial, któremu wiele zawdzięczam, stąd nie mogłam go pominąć. Jest nim Czterdziestolatek. Co mu zawdzięczam? Otóż kiedy tata nie zgodził się na Nataszę, a  dziadkowe zgodnie odrzucili Weronikę jako  zbyt ” wydziwione” imię, mama na moment przed porodem obejrzała-kolejny raz Czterdziestolatka i ją olśniło- Madzia, tak, Madzia. Tak więc zostałam Madzią po Madzi Karwowskiej. I przyjęłam cały jej charakter.Mam do tego obrazu olbrzymi sentyment i wierzcie mi kiedy go oglądam czuję się jakbym oglądała film ze swojego życia. Madzia to ja i basta.

0001obtwe11114h4-c122-f4

Ciąg dalszy nastąpi. A ja idę cieszyć się weekendem. W końcu skończył się ten tydzień. Hurra.

Ścieżka dźwiękowa- Charles Aznavour L’amour à fleur de coeur

 

Miks poniedziałkowy

Zawsze i wszędzie prześladują mnie dziwne wypadki i przypadki. Byłam w bibliotece, gdzie uzupełniałam książkowe zapasy na całe dwa tygodnie. Udało mi się zdobyć w końcu Wszystko co lśni, co wywołało na mej buzi wielki uśmiech. Oczywiście obok tej książki leżały trzy inne- Wyjdź za mnie, Greckie zaręczyny i Poradnik jak wziąć ślub idealny. Nie dałam się, uśmiech, proszę uśmiech. Z tym też uśmiechem wyszłam z biblioteki i postanowiłam zajść do kościoła, który mieście dokładnie 3 kroki do biblioteki. Zanim weszłam zainteresowała mnie tablica z ogłoszeniami, a, że czytać to ja kocham to zaczęłam podczytywać. Na tej tablicy mieściły się zapowiedzi. Naprawdę było ich sporo,więc miałam co czytać. A, że były to zapowiedzi parafii mojej kuzynki postanowiłam sprawdzić czy już tam jest i w końcu sprawdzić nazwisko jej narzeczonego. Gdy tak czytałam i czytałam poczułam czyjąś rękę na mym ramieniu. Nieźle się wystraszyłam, odwróciłam głowę, będąc pewną, że spotkam wzrokiem profesjonalnego zabójcę, który to zaraz zgrabnym cięciem odejmie mi głowę. Niestety nie był to pan z siekierą. Był to ksiądz, proboszcz. Zapytał- szukasz siebie tu na liście, gratuluję.

Ha, szukam, szukam, ale jako, że nikt nie zapowiadał chęci ożenku ze mną, logicznym byłby fakt, że nie mogę siebie znaleźć. Szybko powiedziałam, nieco z humorem w głosie- Ja? Broń Boże. Dopiero po chwili naszła mnie refleksja, że rozmawiam z księdzem proboszczem. Na szczęście ksiądz nie ekskomunikował mnie na miejscu, a westchnął- no tak wy młodzi to lubicie te wolne związki. Kusi was ta kocia łapa, ale przyjdź z partnerem, pomódlcie się, na pewno zmienicie zdanie.

No z tym może być kłopot-odrzekłam.

A niewierzący-rzekł ksiądz. Tutaj podrapał się po głowie, ale jak kocha to go przekonasz do ślubu w kościele.

On właśnie nie kocha…-rzekłam z nutką żalu.

Nie kocha? Oj dziecko, dziecko, to go rzuć. Nie wierzy i nie kocha. To nie będzie dobry mąż z niego. A dzieci macie?

No nie, nie możemy-by czy ktoś słyszał o dziecku zrodzonej z platonicznej miłości do faceta, którego kobieta widziała raz w życiu i dzieliło ich z 500 metrów? No ja wiem ksiądz słyszał, więc tego nie dodałam. Rozmowa mnie zmęczyła, nie chciało mi się ciągnąć pełnej nieporozumień wymiany zdań, rzekłam więc po prostu – to ja już sobie pójdę, Szczęść Boże. Ksiądz serdecznie mnie pożegnał i szczerze się zamartwiał moim marnotrawnym narzeczonym, co nie chce wziąć ze mną ślubu w kościele.

No nic idę. Spotykam kiedyś moją najlepszą gimnazjalną koleżankę, może wtedy i przyjaciółkę? Mieszka dwa bloki ode mnie, a szczerze to ostatnio nawet nie odpowiada na moje cześć. Dlatego też zdziwiłam się gdy podbiegła do mnie i  z uśmiechem na buzi. Ja wiedziałam o co chodzi, albo bierze ślub, albo jest w kolejnej ciąży. Bingo, ślub. Zaprasza by przyjść do kościoła, bo przecież tak się lubimy i inne bla bla. Wyszło na to, że beze mnie nie złoży przysięgi na wierność i uczciwość. Łezka pociekła. Założę się,że gdybym była szczęśliwą mężatką z czwórką brzdąców dalej omijałaby moje „cześć” z daleka. A tak może się pochwalić ślubem i chrzcinami. Jak mówił mój licealny wychowawca, Head& Shoulders.

Piątek udało mi się załatwić wolnym dniem od pracy. Spędziłam go z moją przyjaciółką i jej córeczką. Czy mówiłam jak się wzruszam gdy mała mówi do mnie „ciocia”. Ja tak się łatwo wzruszam, szczególnie jeśli chodzi o dzieci. Do tego Zuzia bardzo chciała iść koniecznie ze mną, rączka w rączkę. Matko, ależ mi się instynkt macierzyński włącza. Powinnam szerokim łukiem omijać dzieci, kobiety w ciąży i sklepiki z gadżetami dla maluszków. Tego samego dnia moja przyjaciółka, w zasadzie dwa kwadranse po spotkaniu zadzwoniła i rzekła- Madzia ratuj, zrób mi tort, to znaczy dla Zuzi, na jutro, ja się wracam i zaraz daję Ci pieniądze. Cukiernia zgubiła zamówienie, przyjaciółka nie piecze nic a nic, jej mama na urodziny przyjedzie prosto z sanatorium z gór,a  teściowa ma migrenę zawsze kiedy trzeba w czymś pomóc. Także musiałam. No i chciałam. Nie, nie chciałam. Nie jem tortów, nie lubię, nie znoszę ich piec. Poza tym to tort dla dziecka, jakaś dekoracja by się przydała. Żaden problem, chętnie zrobię. No właśnie nie zrobię, jak mam zrobić tort na ostatnią chwilę bez grosza tortowego zacięcia?

Kasiu, robię, wyzwanie podjęte. Tak, to było wielkie wyzwanie. Uznałam,że tort zrobię w prezencie. Przyjaciółka się jednak obraziła. Nie może być w prezencie, zapłaci za składniki, i tak ratuję jej życie. Niechętnie się zgodziłam. Przyjaciółka wróciła z pieniędzmi i prośbą o owocowy tort z jakąś małą dekoracją. Dała mi też w podzięce wielką książkę kucharską Hanny Szymanderskiej. Poczułam się cholernie głupio. Poszłam więc po maliny do tortu, a jednocześnie do zabawkowego po prezent dla małej. Ale co lubią dwulatki? Po 40 minutach z wąsem zakupiłam puzzle ze świnką, którą ponoć dzieci kochają. Zaczęłam też robić tort. Tęczowy biszkopt, malinowy krem z borówkami i truskawkowe motylki a’la robaczki. Pełno różu. Sam tort wyglądał jakby zrobił go równolatek Zuzi, nieco raził moje poczucie estetyki-tak, posiadam takie, i nie raził tak różem, jak ogólnym wyglądem-patrz zdjęcie. I uwaga mam na koncie 4 wygrane konkursy plastyczne. Ewidentnie dano mi je bo moje rysunki wywołały łzy wzruszenia komisji- czy ktoś może nie mieć aż tak talentu? Może, witam się.

photomania-9fd92dae0a225b24f7c053ff7bd59c0a

Ale ogólnie poczułam się nieco dumna. W końcu mój tort miał wylądować na obcym stole. Miałam ogromną tremę, tym bardziej,że zostałam zaproszona na te urodzinowe przyjęcie.Do podania tortu nie dotrwałam, może to i lepiej? Już w domu dostałam telefon od przyjaciółki,że wszyscy zażądali dokładki i ona jest w kłopocie, bo został się jeden kawałek i w ogóle wszystkim tak smakowało,że nikt nie uwierzył,że to domowy tort. Nie powiem było mi miło jak nigdy.  W ogóle to podczas tej imprezy uświadomiłam sobie jak bardzo tęsknię do takich chwil w przyszłości. Dzieci biegające w ogrodzie, mąż przy grillu, cała rodzina przy stole. Eh, wiosna w pełni a ja tu lecę z melancholią.

Właśnie jest cudowna wiosna. Ciężko wytrzymać w biurze, tak chciałabym spacerować wśród kwitnącego bzu i cieszyć słońcem, ale nic, trzeba pracować. Siostra wyjechała do Berlina, ja muszę zostać na posterunku. Niestety mamy paskudny czas w pracy. Czeka nas wizyta Inspekcji Pracy, parę trudnych tematów do ogarnięcia i zakończenia. A ile czeka na rozpoczęcie. Sama myśl o pracy wywołuje we mnie dreszcz, i nie jest to dreszcz rozkoszy.

Dreszcz przyjemności zapewnia mi ten pan. Ten pan świętuje dziś swoje urodziny. A ja z nim. Tak, zamierzamy razem spędzić ten wieczór.

6c8fd9b5f51fe838931b5536441c17d6

 

Ścieżka dźwiękowa- Mando Diao – Gloria

 

 

Przed weekendem o majówce

No tak zaraz nowy weekend, a ja tu wspominać będę ten poprzedni. Cóż cała ja. Ostatnimi dniami tyle się działo, że sama nie wiem czy jeszcze żyję czy już unoszę się nad ziemią niczym duch wyzuty z energii.

Ale do rzeczy. W tym roku nie planowałam nic specjalnego, wiedziałam co będę robić we wtorek i tyle. Reszta była wielką niewiadomą. Sobotę spędziłam powolnie. Powolnie snułam się po mieszkaniu zgrabnie przemieszczając swoje stare już kości. Myślałam o spacerze, i ostatecznie wybrałam się na niego. Mentalnie, w głowie. Tak, pospacerowałam parę kilometrów w myślach. Realnie nie robiłam nic. I było mi z tym wyjątkowo wręcz dobrze.

Niedzielę zamierzałam spędzić podobnie. Taka forma biernego wypoczynku wyjątkowo przypadła mi bowiem do gustu. Ale, ale. Ta część mózgu odpowiedzialna za aktywność obudziła się i stanowczo zażądała przewietrzenia umysłu. Tak, spacer, to mi chodziło po głowie. 200 kilometrów dalej i jakieś 2   godziny z wąsem  później wyszłam na dość zimny olsztyński rynek gotowa do spaceru. Tak, wiem normalni ludzie idą na spacer do pobliskiego parku, jadą do lasu jakieś 10-15 minut, a ja jadę na spacer 200 kilometrów na wschód. Olsztyn powitał mnie manifestacją narodowców i okrzykami o tym, że Unia jest bee i fuj. Poza tym doznałam samych pozytywnych zaskoczeń. Ostatni raz w Olsztynie byłam 10 lat temu kiedy miła pani sprzedała mi bilet z Warszawy do Gdańska przez Olsztyn. Pociąg okazał się pociągiem widmo, miałam więc niemiłe wspomnienia ze stolicy Warmii. Ale, ale, wszystko się zmieniło. Stare Miasto jest po prostu urocze, te piękne kamieniczki, zaułki, drobne elementy, które przykuwają wzrok. Gdyby tylko tak podnieść temperaturę o 5 stopni byłabym w siódmym niebie. Czy bowiem tylko ja wybieram sukienkę w ciepły, słoneczny dzień i nagle ta pogoda się załamuje skazując mnie na dygot każdej kosteczki? Mimo tej drobnej niedogodności przyznaję, spacer po Olsztynie był wart zachodu.

W poniedziałek nie planowałam za wiele. Ale na pewno nie planowałam pójścia do pracy. Ale cóż, szef wzywał, poszłam. Wypucowałam wszystkie okna. W czasie mycia tychże okien naszła mnie ogromna, przeogromna ochota na owoce zwane truskawkami. Przeszłam pół miasta, bo ubzdurałam sobie, że znajdę polskie spod folii, ale polskie. Nic z tego, poddałam się i wzięłam hiszpańskie. I były przepyszne. Gdy zaspokoiłam moje kulinarne potrzeby udałam się do Rossmanna by kupić pomadki do ust. Podsłuchałam jak jedna pani mówi drugiej,że ta ustowa promocja jest od środy, odłożyłam zakupy, wzięłam na szybko jakąś przekąskę i stanęłam w 25 minutowej kolejce do kasy, bo głupio było mi wyjść z pustym koszykiem. Przede mną stała ta podsłuchana pani, miała pół koszyczka lakierów i błyszczków, zapłaciła podejrzanie mało, promocja działała. Chciała wykosić konkurencję. Ale nie ze mną te numery. W środę kupiłam wszystko co chciałam.

Ale przed środą był wtorek. Rano obejrzałam 227 raz uroczy film Skutki noszenia kapelusza w maju, upiekłam ciasto, ponoć godne Masterchef Junior-dnia następnego awansowało do seniorskiej kategorii, więc spokojnie. Wtorek spędziłam maszerując. Nie powiem gdzie i po co, bo po co? Powiem tylko, że zupełnym przypadkiem stanęłam na czele wokół bardzo ważnych postaci. Jeszcze dobrze nie doszłam do celu a już dostałam trzy wiadomości i jeden telefon, czy ja to ja, czy mogę pomachać, że mi się sweterek źle ułożył,ale w ogóle to mnie serdecznie pozdrawiają i podziwiają. Nie tylko tak życiowo, ale i przez telewizor. Tak, sweterek, bo wtorek był nie tylko bardzo słoneczny ale i upalny. Oczywiście nieco żałowałam, że mam swój debiut w telewizji, i go nie widzę. Po chwili sobie przypomniałam, że jakbym była teraz w domu, to analogicznie nie byłoby mnie w telewizji. Zaczęłam żałować, że ubrałam się za mało elegancko, że mogłam postawić na coś bardziej wyrafinowanego, myślałam jak moja fuksja na ustach-czy wciąż jest, i czy wszyscy widzą, że w połowie zeszła mi bezbarwna odżywka do paznokci z paznokci, tak drodzy państwo, to ważne kwestie w obliczu 3 minut sławy. W każdym razie podniesiona tym wydarzeniem postanowiłam nie kończyć tak tego dnia. Pojechałam więc do pięknego parku oliwskiego, licząc chyba na to, że zacznę rozdawać autografy i przyjmować wyrazy uznania. Przeszłam się 3 razy w te i wewte, ale niestety nikt mnie nie rozpoznał. Nikt. Zapewniłam sobie jednak moment sławy i chwilę popularności. Wystarczyło suchą nogą przejść po strumieniu u stóp wodospadu. Wszystkie dzieci były zachwycone.

A co tam u Singielki, czy mam jakieś przecieki ze scenariusza nowego odcinka? Ano mam. Asystentka pani roznoszącej zieloną herbatkę na planie wspominała, że w scenariuszu jak byk stoi, że pan z tulipanami zadzwonił do Singielki i z buta strzelił proponował wypad na przegląd kina z jakiegoś małego kraju. Wyobrażacie sobie taką bezczelność? Bo Woody nie.

Ścieżka dźwiękowa- Depeche Mode- Blasphemous rumours