3 szybkie dni

Święta mają to do siebie, że szykuje się je parę tygodni, a te dwa, trzy dni, mijają zupełnie niepostrzeżenie. Oczywiście tym razem było dokładnie tak samo.

W piątek ogarnęło mnie zniechęcenie. Nie do końca wiem czym było ono spowodowane, w każdym razie zmęczenie fizyczne i psychiczne wzięło górę. Na szczęście 99 % porządków było za mną, a moja część gotowania zacząć się miała dopiero dnia następnego, ale fakt faktem, dzień ten spędziłam na poniekąd rozkosznym, poniekąd irytującym przewalaniu się z kąta w kąt. Ilość zadań jakie czekała na mnie w sobotę przyprawiała o zawrót głowy. Uznałam,że jeżeli obudzę się z takim zniechęceniem to całe święta licho weźmie. Z takim  nastawieniem poszłam spać.

W sobotę obudziłam się wczesnym rankiem, 4.45, okazała się ta porą, która zapewnić mi miała komfort wyrobienia się ze wszystkim co planowane i nie zaplanowane. O dziwo piątkowy poziom energii dziwnie poszybował o 200 % w górę. Odważnie stawiłam czoła poszczególnym zadaniom jakie wyznaczyłam sobie dnia poprzedniego- tak  naprawdę w piątek zrobiłam tylko to, listę spraw do załatwienia w sobotę. Po drodze okazało się, że wujek, który miał upiec nam prawdziwy sękacz skręcił nogę, musiałam więc błyskawicznie wykonać ciasto zastępcze, czyli sernik. Ale jak tu znaleźć pyszny ser na ostatnią chwilę? Problem?, nie dla mnie. Na ostatnią chwilę tatko do listy świątecznych przysmaków dorzucił szpekuchy. Problem? Nie dla mnie. Udało mi się znaleźć o 6.50 księdza chętnego do spowiedzi, upiekłam 3 ciasta, pomalowałam jajka, zrobiłam sałatki i ostatnie porządki. Dziwnie zegar wybił dopiero 15. Jako, że czasu miałam sporo wybrałam się na Starówkę, celem odwiedzenia paru kościołów i złapania przedświątecznego oddechu. Było okropnie zimno i szczerze żałowałam, że norweski model ocieplenia zimowej kurtki, zamieniłam na lekki angielski puszek. Na wieczór zostawiłam sobie jedynie robienie szpekuch,czyli czegoś co żadna szanująca się modelka i fit kobieta nie weźmie do ust. Jak już wspominałam mi boczek i słonina nie straszne, stąd też zapał do robienia tych drożdżowych bułeczek był ogromny.

W niedzielę zmienił się czas. Nieco wytrącił mnie z równowagi szary i mglisty poranek. ale nie powstrzymało mnie to przed pójściem na Rezurekcję. Z roku na rok chodzi coraz mniej ludzi, ale ja dzielnie stoję na straży tradycji. Przynajmniej się staram. Rano czekało mnie jeszcze kończenie ciast, udekorowanie stołu i śniadanie złożone z jajka i kukurydzianej bułeczki. Moją dietę trzymałam do deseru, patrząc na sernik i zachwyty-najlepsze ciasto jakie zjadłam/zjadłem w życiu, skapitulowałam, nałożyłam sobie wielki kawał i ze słowami-niech się dzieje co chce,pożarłam zabójczy dla mnie sernik. Przeżyłam. Może to efekt pośniadaniowego spaceru? Poza wiatrem pogoda kusiła do wyjścia z domu. Musiałam jednak szybko wracać bo na obiad przybyć miała seniorka rodu, wymagająca jak diabli. Wszystko musiało być na tip i top, by babcia nie mogła narzekać po rodzinie, że dostała niezbyt lśniący widelczyk do ciasta, albo sałatka była nierównomiernie pokryta majonezem. Zasadniczo wizyta minęła naprawdę szybko, a mnie wyjątkowo szybko zmorzył sen. Ze świątecznego filmowego seansu wyszły więc nici.

Poniedziałek czyli zimny prysznic. Tradycja oblewania się wodą zanikła i w domu, i w okolicy. Nic nie szkodzi, można w końcu dostać zimny prysznic przy pomocy słów, naburmuszenia, złośliwości i tak dalej. By zrozumieć tę sytuację musimy cofnąć się do czasu przed świętami, kiedy to zmarła córka chrzestna mej babci. Mama ma bardzo chciała jechać na pogrzeb swojej ciocio-kuzynki, pani prokurator,ale odległość niemalże 500 kilometrów i pogrzeb we wtorek o 11, nakazywałaby wyjazd w dzień świąteczny. Wizja tego dnia w pociągu i trzech autobusach zdecydowanie nie odpowiadała mojej mamie. Nie odpowiadała jej też nieobecność. Stąd też poranny fatalny nastrój, który odebrał całkowicie świąteczną atmosferę. Ni z tego, ni z owego, mamie jednak przeszło, zarządziła wyjazd nad morze. Veto zgłosiła jedynie ma siostra, a my ruszyliśmy na gdyńskie bulwary. W kawiarniach, lodziarniach, na ławeczkach i betonowych murkach tłumy mieszkańców i turystów, wszyscy chcieli cieszyć się słońcem, 17 stopniami ciepła, i wolnym dniem. Zaliczyłam pierwszą herbatę w kawiarnianym ogródku, ale niezbyt mi się przysłużyła. Moje zatoki znów się odzywają, a bardzo nie lubię kiedy mówią mi- jest nam źle. Walczę z bólem głowy i katarem. To mój poświąteczny kac.

Ścieżka dźwiękowa- Depeche Mode- Behind the wheel 

To tylko Święta

Za moment Święta. No może za troszkę większy moment. Nie wpadajcie jak ja w panikę, gdy sąsiad z góry znów zacznie czyścić parapet przy pomocy wiadra wody i Wasze okna będą wyglądały jak po sztormowym dniu. Lepiej policzyć do 10 i odprężyć się. Nie warto lecieć od razu ze ścierką i szorować okien, bo za moment sąsiad wróci z drugim wiadrem i całą robotę porwie wielkanocny zajączek. W każdym razie Lany Poniedziałek mam za sobą.

Nie wpadajcie w panikę kiedy na złamanie karku lecicie przez pół miasta by kupić coś szalenie pilnego, coś bez czego świąteczna potrawa się nie uda, a przy kasie okaże się, że nie macie portfela. Lepiej tak samo policzyć do 10 i odprężyć się zamiast mieć chęć stłuc tysiąc jajek.

a0c1fef4e504a0a495f19292c9612e9c

Nie wpadajcie w panikę gdy postanowicie przetestować super sposób na wymycie piekarnika. Sposób ten polega na włożeniu do środka naczynia z wodą, włączenia piekarnika i po prostu czekaniu aż para wodna rozpuści to co mogło się przypalić. Kiedy minie godzina i wyłączycie piekarnik, nie wkładajcie broń nas kurczaczku żółciutki papierowego ręcznika do środka i nie zbierajcie tłuszczu za jego pomocą. Trochę się zdziwiłam, że mój elektryczny piekarnik ma takie moce, ale papierowy ręcznik natychmiast zajął się żywym ogniem. Oczywiście nie wpadajcie w panikę na widok płomieni. A już na pewno nie rzucajcie takiej palącej się rzeczy do worka na śmieci. Nim wróciło mi rozum i sięgnęłam po czajnik, którym ugasiłam domowe ognisko myślałam,że padnę na trzy zawały. Zupełnie jakbym przeholowała z ilością boczku na świątecznym śniadaniu.

Nie wpadajcie też w panikę, że zapomnieliście zasiać rzeżuchy, czary mary odprawiane nad naczyniu z  watą nie pomaga. Nie wpadajcie też w panikę gdy w  10 sklepie powiedzą Wam- przepraszamy farbki do jajek skończyły się dwa tygodnie temu. Nie wpadajcie w panikę gdy okaże się, że zapomnieliście włączyć piekarnik z jakąś ważną potrawą i po półtorej godziny zamiast kuszących zapachów dopadnie Was zdziwienie na widok bladego schabu. Nie wpadajcie też w panikę gdy ksiądz zrobił sobie wolne i ostatnia spowiedź last minute odbywała się w poniedziałek między 7.30 a 8 rano.

Spokojnie, to tylko Święta. Niech będą cudowne.

f610cc6641196f266800c8a10de7a88a

 

Ścieżka dźwiękowa- Suede- Astrogirl

Nieco dumy

Kurczaczki pieczone dumna z siebie jestem. Nie, nie chodzi o to, że nadałam sobie tytuł-najpilniej pucującej okna w sezonie zima/wiosna 2016, ani tytułu- mistrz szorowania kuchennych szafek, Wielkanoc 2016. Nie, jestem z siebie dumna, bo odważyłam się załatwić pewną sprawę, która od dawna mi ciążyła na liście do zrobienia. Nie chodzi o to, że ciążyła na tej liście zbyt długo, ale o to, że załatwienie jej wymagało pokonania swoich obaw, przezwyciężenia okropnej nieśmiałości i udowodnienia swojej wewnętrznej siły. Udało się. Wszystko poszło gładko. Odważnie powiedziałam co chcę, czego oczekuję i co mi się nie podoba. Sprawę załatwiłam bardzo, bardzo pozytywnie. Nie było się czego bać, tak to się łatwo mówi po czasie, a wcześniej człowiekowi drga każdy mięsień i łamie się głos na samą myśl o danym problemie. Ale to prawda. Jestem zachwycona i dumna,że uporałam się z tym tematem przed Świętami. Pewnie ta sprawa tutaj wróci, i to możliwe, że niedługo. Będę się chwalić. A dziś po prostu unoszę się nad ziemią, bo nie takie urzędy i ważne postaci straszne jak ich malują.

dce17a2917f2fc2897e3951fc041f652

Z tej radości zabrałam się za porządki. Tym razem na głowie. Taki tam relaks u fryzjera. Odważnie powiedziałam,że nie podcinamy grzywki,zostawiamy, zapuszczamy,coś zmieniamy. Po 27 latach czas na małe zmiany. Mówiłam w końcu, że odważna ze mnie bestia.

Troszkę tej odwagi mi zabrakło w Rossmannie. Znów zrobiłam zapas moich posiłków w słoiczkach i kaszki pod tytułem płatki ryżowe z kakao, promocja była, kup dwie paczki i oszczędzaj. To wzięłam. Pech chciał, że zawsze moje słoiczkowe zakupy obsługuje ta sama osoba. Ostatnio wmusiła we mnie kartę Rossnę, czy jakoś tam. Mam uzupełnić dane i jej odnieść, bo przecież kupuję tyle pyszności dla bezzębnych maluchów, że szkoda nie oszczędzać. Nie powiem trochę mnie ciekawiło co pani powie gdy w formularzu wpiszę swoją datę urodzenia jako datę urodzenia maluszka, ale odwagi mi zabrakło. Zmieniłam sklep. Jak alkoholik muszę zmienić dostawcę. Wstydzę się swoich słoiczkowych zakupów, ale cóż poradzić. Mus z banana i brzoskwini, albo owoców lata smakuje wybornie. Jedynie prosiłabym by ktoś zrobił szersze te otwory na łyżeczki, naprawdę ciężko mi się manewruje dorosłą łyżeczką, a nie dziecięcą łyżeczkunią.

To tyle ogłoszeń. Świąteczną atmosferę będę łapać na zakupach w jakimś markecie. Gdyby mi się chciało, jak się nie chce, to byłoby super.  A tak w ogóle to mamy pierwszy wiosenny mróz.

If blood will flow
when flesh and steel are one
Drying in the colour
of the evening sun
Tomorrow’s rain
will wash the stains away
But something in our minds will always stay
Perhaps this final act was meant
To clinch a lifetime’s argument
That nothing comes from violence and nothing ever could
For all those born beneath an angry star
Lest we forget how fragile we are

Ścieżka dźwiękowa- Sting- Fragile

 

Spacerowe porządki

Moja niechęć do sprzątania ulotniła się gdzieś tak koło 12.30 w sobotę. Siostrę zagoniłam do mycia łazienki, spisała się. Ale umycie porządne okiennych ram było już ponad jej siły. Albo ponad moje siły było oglądanie jak robi to niedokładnie. Uznałam,że nie dam rady oglądać tego dłużej i celem instruktażu pokazałam jak pucuje się okienne ramy. Po 5 minutach siostra się znudziła moim pokazem i sobie poszła. Ja zaś z rozpędu wypucowałam i ramy i parapety i okna, a potem przejrzałam świąteczną zastawę stołową i też ją wypolerowałam na wysoki połysk. Następnie upiekłam rodzinie ciasto i udałam się do kawiarni, gdzie wypiłam herbatę z umówionym tam przedstawicielem płci brzydszej.

Nie,nie, nie ćwierkają nam gołąbki miłości i nie lata różowe konfetti. Spotkaliśmy się w ramach działań obrony demokracji. Nie powiem płeć brzydsza uznała moją osobę za dość ciekawą, bo w przeciwnym wypadku nie proponowałaby spaceru osobistego, ale na ten spacer to płeć brzydsza podrepce sobie sama. Tak, tak, możecie mnie bić wielkanocną palemką po łepetynie, że płeć brzydsza inteligentna, sympatyczna, przystojna, a ona nie chce iść na romantyczny spacerek. Ale powiem w sekrecie, że po spotkaniu bardzo się ucieszyłam,że nadszedł jego kres. Płeć brzydsza reprezentowała taki poziom energii, który umarłego skłoniłby to powtórnego odebrania sobie żywota. Taki typowy informatyk we flanelowej koszulce w krateczkę. Zawsze uważałam,że to ja jestem cichą osóbką i bardzo spokojną, ale to już była przesada. Czułam się jak na wyjątkowo nudnym kazaniu. Do tego co parę zdań słyszałam-dużo osób pyta się mnie jak zachować pogodę ducha, dobrą formę, dystans do świata, wewnętrzny spokój etc, i on wtedy odpowiada pytającym-należy uprawiać dużo sportu, pić świeżo wyciskane soki i codziennie medytować. Zapytał się i mnie jak z bieganiem po mojej stronie, nie wiem, nie biegam,chyba,że autobus mi ucieka. Strzeliłam,że pół godziny mogę biec, tak pi raz oko podzielone przez francuski klucz. Przeszarżowałam bo uznał,że to świetny wynik i możemy biegać razem. Tak wiem jestem dziwakiem, powinnam myśleć bardziej pozytywnie i cieszyć okazanym zainteresowaniem,ale jakoś nie potrafię.

Aby podnieść sobie poziom życiowej energii po spotkaniu zrobiłam sobie filmowy seans, tym razem wypadło na Mów mi Vincent, i mogę ten obraz polecić każdemu na przyjemny wieczór z filmem. Zabawne i mądre dialogi, świetni aktorzy, czegóż chcieć więcej?

W niedzielę zaś zabrałam się skoro świt do porządków w szafie ubraniowej. Byłam jak mściciel bez maski, wyrzuciłam kolejne 3/4 worka niepotrzebnych rzeczy i poczułam się super. Z rozpędu namówiłam siostrę na spacer. Jako,że ostatnio miałyśmy z sobą nieco na pieńku miły spacer w przyjemnych okolicznościach przyrody,połączony z odkrywaniem nowych dzikich miejskich zakątków przyniósł nam obydwu dużo radości. Odkrywanie nowych zakątków zakończyłyśmy zakwasami,zadyszką i koniecznością odwiedzenia Tesco celem uzupełnienia płynów i zapasów hiacyntów. Ja dodatkowo przepadłam i czasowo i finansowo na stoisku z wiejskimi wędlinami wprost z Podlasia. Pan tak mnie częstował, że kupiłam wędzone polędwiczki i wołowe szyneczki. Boję się,że niestety nie dotrwają one w zamierzeniu do Świąt i wycieczkę trzeba będzie powtórzyć.

Moje drapanie w gardle nie było spowodowane wcale małą ilością lodów. Spowodowane było tatą i jego wielkim przeziębieniem. Na szczęście na razie jestem zdrowa. Natomiast tatko zamienił się w wielkie dziecko. Leżał cały weekend i narzekał gorzej niż w trakcie zawału. Przy każdym kichnięciu żegnał się z życiem. Przy okazji okazało się, że zapomniał wykupić sobie leków na cukrzycę i serducho. Zwiedziłam z bratem autem całe miasto w poszukiwaniu czynnej apteki, a jak już znalazłam nie było w niej połowy zawartości recepty. Za to przede mną 4 panie kupowały ciążowe testy. Zdecydowanie jest to oznaka rychłej wiosny.

Nowy tydzień czas zacząć. Szukam dziś czegoś do umycia i ze zgrozą stwierdzam, że nie mam czego wypucować.

Ścieżka dźwiękowa- Suede- Hard Candy

 

Sobota

W 59 % jestem zołzą. W czwartek bardzo sprawnie uwinęliśmy się ze wszystkim w pracy, więc od 13 nieco się nudziłam i poczyniłam jakiś test w internecie. Nie jest źle. Co prawda liczyłam na jakieś 80 %, ale widać muszę popracować nad swoją zołzowatością. Albo na serio potraktowałam wiosenne zalecenia i postanowiłam być radośniejszym człowiekiem? Wczoraj mój organizm się nieco zbuntował, zawsze kiedy mam osłabioną odporność-a taką mam po kolejnej kuracji antybiotykami, wraca do mnie pewna skórna choroba, i bach, pojawiła się akurat wczoraj. W pewnym momencie wstałam i ledwo wydukałam szefowi, że muszę iść do apteki po jakąś maść. Nie wspominałam, że ta choroba-nikomu nieznana, atakuje mnie od prawie 20 już lat, i zawsze pojawia się w okolicy ust? Coś jak poparzenie, w każdym razie nie da się otworzyć ust, ani wysiedzieć z zamkniętymi,bo mam wrażenie, że skóra mi płonie. Takie poparzenie na sucho. W każdym razie zamiast biadolić i narzekać pomyślałam-super, apteka jest daleko, słońce świeci jako tako, mam 20 minutową przerwę w pracy, całkiem to przyjemne. Jesteście ze mnie dumni? Bo ja tak.

Kiedy tak szłam zadzwoniła moja babcia, wyszła na dwór i bach, spotkała Zajączka. W grudniu zawsze wpadnie na Mikołaja, wiosną na pana Zająca. W każdym razie koniecznie musiała coś zostawić w domu. Zostawiła mamie komplety pościeli. Jako, że jej trzecia wnuczka niebawem wychodzi za mąż, babcia kompletuje jej starym zwyczajem wyprawę-pościele, koce, garnki,obrusiki. To czego nie chciała ma kuzynka dostałam ja. Kuzynka nie chciała pojedynczej pościeli, więc babcia przyniosła ją mi i siostrze-przestała bowiem wierzyć, że kołdra małżeńska nam się kiedyś przyda. Ale nie narzekam,nie. Prezent w najwyższym gatunku, przyjemne wzory, mam zapas pościeli na parę lat,  czemuż tu narzekać?

Nie mam żadnych planów na ten weekend. Nie chce mi się sprzątać. Nieco ostygł mój przedświąteczny entuzjazm porządkowy. Coś poukładam, poświęcę na to czas i się wypocę, a potem i tak nikt tego nie szanuje. Szkoda zachodu. Postanowiłam więc odpuścić. Niech inni się męczą, ja nie mam na to siły,ani ochoty. Wolę posiedzieć z książką.

Ostatnio dwa wieczory zajęła mi Pewna zimowa noc. Jako, że jestem z tych co kochają wszystkie książki dziejące się w Rosji, musiałam ją przeczytać z  wypiekami na twarzy. Historia grupy uczniów elitarnego liceum, dzieci wysoko postanowionych obywateli, jedno wydarzenie, śledztwo, i przekonanie, że ponad rodziną zawsze stanie Dobra Narodu. Czytałam jak zaczarowana. Koniecznie przeczytam inne pozycje tego autora.

A w ogóle to zgrzeszyłam dietetycznie. Owszem jabłko z mango, jabłko z malinką i dzika róża z winogronami to fajne smaki dziecięcych musików. Ale za jakie moje grzechy Lidl akurat teraz ogłosił tydzień amerykański z lodami o smaku masła orzechowego i surowych ciasteczek? Przez dwa dni chodziłam wokół zamrażarki jak alkoholik na głodzie. Wczoraj się poddałam. Zjadłam jedną łyżeczkę. No faktycznie, macie mnie. W tej jednej nie było ciasteczka, więc musiałam wziąć drugą. Żołądek przeżył. Ale gardło coś nie ten tego. Nie żałuję jednak. A teraz grzecznie zjem płatki ryżowe na wodzie z cynamonem. Mniam.

040b2f8b3361aa87a8f97da11b6d4802

Ścieżka dźwiękowa- Family of the year-Hero

 

 


 

Dziś inaczej

Dziś chciałam znów wrócić do Lusiowego wyzwania, ale kiedy zobaczyłam o czym mam pisać w zagadnieniu numer 14, uznałam,że to nie ten dzień i zrezygnowałam. Oczywiście wrócę do tego tematu, ale nie dziś.

Dziś świeci słońce, i chociaż jest mroźno to jest po prostu pięknie. W tle słyszę bardzo relaksujące dźwięki. W piekarni nawiązałam sympatyczną rozmowę ze starszym panem. Do tego mam wolny dzień. Na stole dumnie moszczą się w wazonie żonkile. Mam ochotę na spacer, niezbyt długi, ale to słońce wiele obiecuje. Nie zirytował mnie sąsiad, który zaczął czyścić parapety kwadrans po tym jak ja umyłam okna. Trudno, umyję je znów w weekend. Miałam piękny sen, w którym spełniłam swoje marzenia z dużą nawiązką. Chcę więc zachować to uczucie porannego zachwytu.

Zaczęłam czynić wiosenno-świąteczne porządki. Jak ja to lubię. Zdecydowanie wolę te wielkanocne czynności porządkowe. Sama nie wiem czemu, ale czuję zbliżającą się wiosnę i mam w sobie więcej energii. Dziś obudziłam się o 5.33. Po miesiącu wstawania plus minus 4 rano, ta godzina wydaje mi się rajską porą. Mam w sobie dziwnie dużo pozytywnej energii. Nie wiem czy to zasługa tych żółtych kwiatów, aromatu pomarańczy z zapachowego kominka, czy nadmiaru kukurydzianych flipsów. A może powoli budzę się z zimowego snu?

W każdym razie dziś postanowiłam mieć dobry humor, ale nie mówię o tym za głośno by nie zapeszyć.

22d11c04ef15070fef921adfb58037e6

Ścieżka dźwiękowa-  Message to Bears- Swim

Szum…

Rodzinna niemoc nas dopadła. Mamcia moja po grypie doznała znacznego osłabienia serducha. Lekarka od razu chciała ją wysłać do szpitala,ale mamcia uznała,że z rana wyjęła indycze biusta z zamrażarki i jej to nie pasuje, tak więc dostała na cito zestaw badań i nakaz oszczędzania swojej osoby. Tak więc rodzinnie siedzimy i narzekamy na zdrowie jak leci.

W sobotę sprawdziłam ile muszę zjeść wafli ryżowych by poczuć się najedzoną. Odpowiedź brzmi bardzo wiele. Gotowany kurczak na ryżowym podkładzie już mi się znudził. Namówiłam więc brata do lepienia bezglutenowych pierogów. Nieco mnie poniosło przy szykowaniu ciasta i mamy zapas na pół roku. Ale wszem i wobec ogłaszam, że kukurydziane pierogi są naprawdę smaczne. Nim się obejrzałam minęła mi sobota w kuchni i brązowym fartuszku.

W niedzielę powitało mnie zaś piękne słońce. Pomna mojego postanowienia o ciekawym spędzeniu choć jednego weekendowego dnia w miesiącu wymyśliłam sobie spacer. Jako, że nie miałam zbyt wiele sił na wielkie spacerowiska pomyślałam,że po prostu przejdę się osiedlowymi alejkami. Ostatecznie uznałam,że to strasznie nudne i codzienne. Wybrałam się więc na plażę. Morza szum, ptaków śpiew, złota plaża… I zero turystów. Cisza, spokój, piękne słońce i przerażający wiatr, który odmroził mi wszystko co tylko się dało. Wystarczył półgodzinny spacer bym zaczęła myśleć pozytywnie i nabrała spokoju. Oczywiście nie byłabym sobą gdybym nie natknęła się na ślady po niedawnych oświadczynach nad morskim brzegiem. Pudełeczko po pierścionku, plastikowe kieliszki po szampanie, kiczowato, czy też romantycznie?

Niestety, spacery w mroźne dni mają to do siebie, że człowiek marznie, więc chętnie napiłby się herbaty, a dodatkowo mróz wzmaga głód. Na wafle ryżowe w torbie nie mogłam patrzeć, dlatego też postanowiłam zjeść coś na mieście. Oczywiście szukanie miejsca gdzie mogę coś zjeść było skomplikowane, ale misję zakończyłam sukcesem. Odkryłam nowy lokal, Przystanek Zdrowia. Właściciel Przystanku jest Palestyńczykiem, serwuje dania egzotyczne, możemy tam zjeść falafele, tatarskie pierożki, afrykańskie samsy czy skąpaną w miodzie baklavę. Do tego pyszne soki i koktajle pełne przypraw, ale i polskie smakołyki jak gołąbki czy mielone. Ja skusiłam się na…. ryż. Złoty ryż, i pierś z kurczaka bez niczego. W domowych warunkach jedzenie bladej piersi bez przypraw i porcji ryżu wywołałoby we mnie złość, ale  w miłej knajpce, z imbirową herbatą, po takim spacerze, to danie zyskało miano królewskiej uczty.

W weekend też nie mogłam się oderwać od pewnej książki. Książka ta zowie się Absolwent. Dawno już nie miałam tylu sprzecznych uczuć wobec książki. Dawno żaden bohater z książkowych kart, aż tak mnie nie zirytował. Dawno żaden autor nie zdenerwował swoim stylem i dialogami. Ale cała historia dosłownie mnie pochłonęła. Pani Robinson wciąż budzi emocje.

A teraz zapraszam na mały spacer.

Ścieżka dźwiękowa- Metallica- Welcome home