Dzień pieczonego pączka.

Tłusty czwartek, albo dzień pieczonego pączka. Pączka na mące razowej bez grama cukru. Brzmi absurdalnie? Dokładnie tak jak ten dzień.

O 6.30 udałam się do piekarni po chleb. Jako, że jest czwartek musiałam iść do piekarni X po chleb dla cukrzyków, który dostarczają jedynie dwa razy w tygodniu. Przed piekarnią zorientowałam się,że muszę iść do bankomatu, minęłam piekarnię, ludzi brak. Wróciłam dosłownie 3 minuty później, przede mną stało już 10 osób. Za mną nie stanął już nikt, zawsze na końcu. Po kwadransie czas na mnie, chleba brak,bo tłusty czwartek,bo skupili się na pączkach, a nie na dietetycznych chlebach. Cóż, wzięłam trzy faworki do zjedzenia w konspiracji. Dalej myślałam,że to może być bardzo udany dzień.

Jestem w pracy, z samego rana największy klient żąda listy wszystkich produktów jakie biorą. Wysyłam wersję z cenami, oczywiście po godzinie pracy. Dzwoni pani, że tych cen ma tam nie być. Ok, usuwam. Po dwóch godzinach dzwoni ich informatyk, że jednak mam tam wstawić ceny. Przy okazji mogłabym też wpisać wszystkie katalogowe kody producentów, a także zrobić zdjęcie i wstawić przy każdej pozycji. Pozycji jest 500. Postanawiam skoczyć  z okna. Wtedy przypominam sobie,że siedzimy na parterze. Rozmyślania o skoku przerywa telefon. To nasz pracownik, powinien być dawno u klienta z towarem, a tymczasem nie wyjechał nawet z miasta, wypadek,korek i opóźnienie. Nie odłożyłam dobrze słuchawki,a już kolejny telefon. To firma kurierska,zgubili paczkę. Proszą o wystawienie listu gończego, czyli zaginiona jest szarym kartonem,ktokolwiek widział,ktokolwiek wie. Uff, czas na drugie śniadanie, ale nie, słychać wybuch. Niezbyt duży, ale jednak, tak,zapomniało się dolać wody do kominka zapachowego. Najgorsze, że tym razem testowaliśmy nie aromatyczne olejki, a pachnący wosk. Cała szafa jest oblepiona woskiem, który za nic nie chce zejść. Mija pół godziny skrobania nożem, kiedy całość nie przypomina już miejsca zbrodni.

Mam iść do domu, ale dzwoni mama, idź do Biedronki na zakupy. Poszłam, wzięłam parę rzeczy i 2,5 kilo proszku do prania. Już przy kasie, uff, położyłam proszek na taśmie  i jakoś strasznie biało się zrobiło. Pani kasjerka przyjrzała się proszkowi, i spokojnie rzekła-jest cały, to pewnie karton był brudny. Ok, biorę proszek, idę już jakiś czas,kiedy spostrzegam,że jest mi dziwnie lekko, no tak 80 % proszku zostawiam za sobą. Lokalizuję piękną dziurę i cóż, wracam do sklepu. Kasjerka z początku proponuje mi siateczkę, nie mówię gdzie ma sobie wsadzić tę siateczkę.

W domu-z całym proszkiem. Mam iść po warzywa, ot 100 metrów od domu. Znów najpierw idę do bankomatu, kolejka po pączki dalej stoi, ale na placyku stoi też człowiek z piłą. Człowiek z piłą idzie za mną do bankomatu, stoi przed bankomatem a ja mam dylemat wyjść czy nie? Może od razu dzwonić na policję i krzyczeć -człowiek z piłą czatuje na mą głowę? Oczyma wyobraźni widzę swoją głowę turlającą się po chodniku. Widzę też resztę swego jestestwa stojącą i żegnającą się z niedawno ostrzyżoną główką-to cześć. Cóż, podejmuję wyzwanie i wychodzę,niemal biegiem. Idę do warzywniaka, człowiek z piłą za mną. To koniec, jak nic poćwiartuje mnie, właśnie mnie. Dlaczegóż, ach dlaczegóż. Wychodzę ze sklepiku, na schodkach stoi człowiek z piłą, mówi do mnie-wypadły pani rękawiczki, a pani tak ucieka przede mną. Uff.

Wracam do domu. Nie zamknęłam dobrze drzwi jak słyszę- czemu komputer się nie włącza? Jak to się nie włącza? Działał, na pewno robisz coś źle. Próbuję,próbuję i nic. No,nie, tego mi brakowało. Zabieram komputer do serwisu. Pan jednym tchem mówi- może płyta główna padła? Super, akurat w miesiącu oszczędzania. No pech, po prostu pech. Zostawiam komputer i idę do domu.

Mama zrobiła spaghetti. Bardzo dobre. Spokojnie jem, kiedy mama staje nade mną z moim białym sweterkiem. Chwali się jak to piękna biel wyszła po użyciu nowego odplamiacza. Mama tak się ekscytuje bielą, że wrzuca mi rękaw prosto do talerza. Także tego,zamiast bieli są maziaje w kolorze spaghetti…

Mam ochotę na relaksującą kąpiel z rumiankową solą. Jest co prawda 19.30, ale potrzebuję relaksu. Odkręcam wodę i zrobiłam to jakoś tak, że cóż, wyrwałam coś. No woda nie chce przestać lecieć, wołam mądrzejszych od siebie. Jedyna rada, zakręcić całkiem wodę. A jako,że tatko nie ma takiej śrubki mam jechać z nim do marketu budowlanego. Przed domem mówię tatce-chyba światło mijania wysiadło? Tatko na to-jutro wymienię. Ok, mamy śrubkę, wyjechaliśmy z parkingu i miga słynny policyjny lizak. Panie kierowco za brak światła mijania grozi mandat w wysokości od 50 do 200 złotych. Dobra dawajcie ten mandat, ja chcę iść spać.

Po kąpieli postanawiam -dość logicznie, pościelić łoże. Robię to z takim impetem,że zegar ścienny w formie płyty Depeche Mode spada ze ściany. Jako, że nie ma on żadnej osłonki na wskazówki te wpadając za moje łóżko wygięły się w różne strony i zakończyły żywota. Nie zdziwiło mnie to. Nic a nic.

af7dc76dbb9cf99e1061a8afc3657faf

A Wy ile zjedliście pączków?

Ścieżka dźwiękowa- Dave Matthews Band- Too much

 

 

Advertisements

45 uwag do wpisu “Dzień pieczonego pączka.

  1. s. pisze:

    U nas otworzyli niedawno „stara paczkarnie”. Stalam w kolejce jakies 20-30 minut. Wyrabiaja i pieka paczki na miejscu. Pycha byly. Gorace do kartona 😀 zjadlam 3 duze trojkatne paczki z nadzieniem jagodowym 😉

    Kiepski dzien, ale i takie musza sie w zyciu zdarzac. Ja to nazywam seria niefortunnych zdarzen.

    Lubię to

    1. Ja to nazywam Dniem Leny 🙂
      U nas w Trójmieście to w Gdyni jest taka pączkarnia, zawsze mają gorące pączki-najlepsze z wiśniami. Ale trochę za daleko miałam 😉 Tutaj kupiłam wczoraj sobie, z różą, niby 3,5 za sztukę,a nadzienia na ćwierć łyżeczki…

      Lubię to

      1. S. pisze:

        Tw byly po 2, 50 😉 uwielbiam z wisnia! Ale wisnia a nie marmolada czy konfitura 😉 te jagodowe tez byly niezle, duzo nadzienia i jagody sie trafialy i nie smakowaly jak jakies mrozonki.

        Lubię to

  2. Ja rozmawiałam z kuzynką, że w czwartek był dzień przyjaciela (chyba) a 5-letnia dziewczynka mówi: nieprawda, dzisiaj jest tłusty dzień 😉
    Przecież w czwartek nie był 13;-)

    Lubię to

  3. sanglant pisze:

    W Katowicach teraz jest jakaś pączkarnia ciesząca się bardzo dobrą opinią – nie jestem fanką pączków, przynajmniej takich klasycznych z różą czy innymi dżemowatymi nadzieniami, ale stamtąd bym spróbowała, tylko że najpierw trzeba się nastać w kolejce. Teraz mogłam sobie kupić najwyżej takiego przeciętego ze śmietaną albo oponkę, ale też nie miałam specjalnej ochoty.
    Kiedyś też tak zepsułam kran, że odkręcałam i mi wajcha w ręce została – trzeba było zakręcić główny zawór dla mieszkania, odkręcać, gdy był potrzebny i następnego dnia szybko zdobyć nowy kran. 😛

    Lubię to

    1. Ja nie jestem fanką pączków, ale jak jem to tylko z róża, z niczym innym. I to musi być prawdziwa konfitura różana, a nie marmolady o smaku róży;)
      Ja na szczęście całego kranu nie popsułam-chyba by mnie zlinczowali jakbym na jeden dzień wodę odcięła:)

      Lubię to

      1. sanglant pisze:

        Mnie smak róży też nie odpowiada. A najczęściej zamiast owoców są przesłodzone dżemy.
        Ja odcięłam tylko na jedną noc. 😛

        Lubię to

      2. Mnie odpowiada, ale niestety zamiast róży dają te marmolady okropnie słodkie… A prawdziwie różana konfitura jest boska. Mam swoje płatki róży, kurcze,mogłam upiec boskie pączki:)

        Lubię to

    1. Masa nieszczęść? Nie wydaje mi się bym tak to określiła. Po prostu zbieg różnych okoliczności, które mnie śmieszą na zmianę z irytują. Ale nie nazwałabym tego nieszczęściem 🙂

      Lubię to

  4. Az nie wierze ile rzeczy dziennie Cie spotyka…. a przeciez czytam Cie i powinnam wiedziec, ze masz niemozliwy dar do przyciagania, hm, ciekawostek, jakie zwyklym smiertelnikom sie nie przytrafiaja:) Tak z ciekawosci, o ktorej konczysz prace, bo ja w zaden sposob pojac nie moe jak po skonczeniu pracy da sie jeszcze tyle rzeczy zalatwic, a przede wszystkim byc w tylu miejscach, zeby juz myslec o kapieli o 19.30? U mnie dzien w pracy, to tylko praca dom, zakup jakis szybki ewentualnie po drodze/

    Lubię to

    1. Jestem najczęściej koło 15.30 w domu, o ile nie wpadam po zakupy, albo nie ma nawału pracy,wtedy trwa to nieco dłużej. Ale w 90 % przypadków, przed 4, już jestem w domu 🙂 Jak ja patrzę na siebie, to jakoś dużo rzeczy robię w ciągu dnia;)

      Lubię to

  5. Ojej! Ale tłusty czwartek dał Ci popalić! I to tak wszystko w jeden dzień? Ale jest jedna dobra rzecz w tym wszystkim – masz o czym napisać, a że robisz to świetnie to wiele osób uśmiechnęło się do komputera czytając to 😉

    Lubię to

      1. Zbych pisze:

        Oj tak… i wtedy nadchodzi dzień totalnego kataklizmu a człowiek modli się żeby w końcu się skończył.
        PS: Ja też w czwartek nie zjadłem żadnego pączka. Piekarnia w której zawsze kupuje takie specjały, tego dnia robi „masówkę” z wyrobami marmoladowymi z posypką. Na jedyne pączki jakie kupuje (z szarlotkowym nadzieniem jabłkowo-cynamonowym i w lukrze) musiałem zaczekać do niedzieli

        Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s