I po październiku

Kończy się październik, zaraz zacznie się listopad. Nigdy go nie lubiłam. Może go jednak polubię? Październik nie był zbyt miłym dla mnie miesiącem, listopadzie, daję ci szansę i duży kredyt zaufania.

Maraton w pracy zakończony. Owszem było ciężko, siostra po dwóch dniach pracy wzięła sobie dwa wolne dni, chyba mi na złość. Zawsze kiedy jest najwięcej pracy zostaję sama. Wczoraj mieliśmy dzień rekordowej sprzedaży, gdybym tak dostała ledwie 1 %, nie musiałabym pracować do nowego roku. Niestety, od poniedziałku praca wzywa. Dzisiejszy wolny dzień zaczął się jednak dla mnie o 5 rano. Tatko nie radził sobie z budzikiem, przyszedł z tym okropnie piszczącym telefonem i prosił o pomoc, bo przecież lubię rano wstawać, tak szczególnie lubię nocne pobudki w  wolny dzień. Taki mój pech. Jako,że była 5 rano włożyłam telefon pod poduszkę. Było ciszej. Brawo ja.

Nic to, poszłam z samego rana dokupić zniczy. Nic mi się nie podobało, nigdzie nie mogę znaleźć otwartych, tradycyjnych zniczy. Uwielbiam wieczorem spacerować po cmentarzu, pogadać z dziadkami, i ogrzać duszyczkę w prawdziwym ogniu. Niestety moje miasteczko zalała fala zniczowej tandety. Dobrze chociaż,że święto znów wypada w weekend, można rozłożyć wizyty na cmentarzach na dwa dni. No chyba,że najpierw nie rozłoży mnie przeziębienie. Chciałam się przykładnie zaszczepić na grypę i nie mogłam. Mam lekkie zaziębienie. Piję więc herbatę z litewską nalewką na odporność, paskudztwo, ale ponoć skuteczne. Coś jakby do herbaty dodać ziołową przyprawę do kurczaka. Brzmi apetycznie prawda?

Przybyli stolarze by obejrzeć kuchnię. Pokazałam im swój pomysł vel projekt. Ponoć będzie to największe wyzwanie w ich karierze. Matula zapowiedziała,że ona tego nie przeżyje i wyprowadzi się do kuzynki. A mi się podoba wizja totalnej demolki. Jakbym mogła sama zburzyłabym kawał ściany.

W końcu udało mi się przeczytać Uległość. Nieco się zawiodłam, po takim szumie medialnym liczyłam na prawdziwą literacko-polityczną bombę, a tu proszę, po prostu solidna książka. Wstałam tydzień temu o niebezpiecznie wczesnej porze by oglądać transmisję koncertu Soulsavers, gdzie śpiewa oczywiście Dave Gahan. Jakby wiedział,że go oglądam i serduszko mi fika koziołki na jego widok, więc zaśpiewał jakby dla mnie Walking in my shoes. Niestety nie chciał zdjąć koszuli. Ale może to i dobrze? Do tej płyty jakoś rozbieranki mi nie pasują. Jest jesiennie, przytulnie, intymnie, ale nie sypialnianie, cokolwiek miałam na myśli, bo już sama nie wiem o czym myślałam?

A teraz czas na kakao, mam ochotę na kakao, i maślaną bułeczkę na śniadanie. Potem przybędzie moja przyjaciółka. Wypadałoby upiec jakieś ciasto. A jutro będzie smutnie, i w niedzielę też. Cały czas myślę jakby to było mieć dziadków nieco dłużej przy sobie. Czy byliby ze mnie dumni? Czego bym się od nich nauczyła? Mieliśmy przecież odbyć jeszcze tyle rozmów, tyle żartów sobie opowiedzieć, zwiedzić tyle miejsc. Miałeś mi dziadku Stasiu pokazać jak się jeździ na rowerze bez bocznych kółek. A Ty, dziadku Zygmuncie pamiętasz, że w piątek przed tym cholernym wypadkiem obiecałeś mi spacer i frytki? …. Nie ja wcale nie płaczę. To katar. Obiecałam Wam w końcu,że płakać nie będę.

Ścieżka dźwiękowa-Keane-Hamburg song

Polityka

Chciałam napisać coś innego, ale ostatecznie słowa nie chciały zebrać się w logiczne zdania. Cały czas wracam myślami do jednego tematu, od niedzielnego wieczoru do tego samego,czyli do wyborów.

Wynik z jednej strony mnie nie rozczarował, bo się takiego obrotu sprawy spodziewałam. To znaczy spodziewałam się porażki, nie spodziewałam się zaś samodzielnych rządów wygranej partii. Takie prawo demokracji, przechodzę do opozycji,nie twierdzę ,że nie bez przyczyny, dostrzegam błędy, ale trzeźwo myśląc cała w ręce PiS-u, wywołuje we mnie gwałtowny wzrost ciśnienia.

I jak zawsze rację ma mój tata, nieważne kto rządzi i tak rano trzeba wstać do pracy. Ale tym razem to czego się boję to coś co miałam okazję usłyszeć wczoraj w pracy. Padły te słowa z ust wydawać by się mogło rozsądnego, wykształconego, szanowanego człowieka. Otóż człowiek ten przybył triumfując do firmy, specjalnie pokonując 20 kilometrów, z hasłem na ustach- pokonaliśmy was, POpaprańcy pójdą siedzieć za to jak rozkradli naród, jak zdezelowali kraj, jak wykarmili komunę, jak tuczyli Europę niszcząc ojczyznę. Kiedy pytam się co panu konkretnie ukradli, słyszę ciszę. Kiedy pytam czy widział pan przestępstwo, bo jak tak to trzeba było iść na policję, słyszę ciszę.

Za to po chwili znów to samo, Najświętsza Mateńka, przy pomocy Świętego Jana Pawła naszego natchnęła naród, dobiliśmy s-wo, k-wy polityczne pójdą siedzieć na chwalę polskich bohaterów I i II Wojny. Polskie dzieci przestaną głodować, w końcu z podniesionym czołem będziemy mogli chodzić po ulicy. Polityczne ś-wo wypędzimy z telewizji, komunę z sądów wytępimy i Polska będzie normalna. W końcu będziemy razem, w końcu będziemy wspólnotą, w końcu będziemy zjednoczeni, bo Bóg tak chce. Polska jest jedna, w końcu koniec z podziałami, koniec z chamstwem, obłudą i dzieleniem narodu.

Naprawdę, tak chce Bóg? Naprawdę to koniec podziałów? Naprawdę….

Wiem,że mój sukces i moje szczęście zależy w większości ode mnie, a nie od tego kto będzie marszałkiem sejmu. Tego czego boję się w obliczu nadchodzących 4 lat rządu PiS-u, to właśnie takich ludzi. Ludzi, którzy z Bogiem na ustach przeklinają innych, którzy w imię jedności obrażają swoich przyjaciół, straszą, dzielą, sieją zamęt i panikę. Boję się wyznawców PiS-u, po prostu boję się takich ludzi, nie wiem co mają w głowach. Boję się mediów piszących pod dyktando stanu umysłu takich ludzi, ludzi, którzy karmią się nienawiścią.

Mam nadzieję,że tacy ludzie są w mniejszości. Inaczej nie wyobrażam sobie następnych 4 lat.

Ścieżka dźwiękowa-The Velvet Underground-Run, run,run

Wyzwanie 7/30-wymarzona praca

Wolna niedziela, do tego z dodatkową godziną snu, to idealna pora by pomówić o pracy. Wracam do wyzwania, gdzie czeka na mnie pytanie o moją wymarzoną pracę.

Kiedy miałam 5 lat bardzo chciałam być fryzjerką, wydawało mi się,że jest to bardzo lekka praca, gdzie głównie się plotkuje i sprawia,że ludzie są szczęśliwi. Tak to widziałam z perspektywy dzieciak chodzącego do fryzjera. Dostałam nawet lalkę, która zmieniała kolory włosów pod wpływem wody, bym mogła tworzyć różne fryzury. Raz postanowiłam obciąć lalce włosy, i właśnie po tym wydarzeniu marzenia o byciu fryzjerką poszły w siną dal. Lalka pewnie do dziś straszy dzieci swoim kosmicznym wyglądem, a ja obiecałam,że w życiu nie wezmę do ręki nożyczek.

Jako 7 czy 8 latka zapragnęłam być kelnerką. Bardzo podobało mi się pracowanie z jedzeniem, zapisanie na karteczkach zamówienia i noszenie spódniczek. Każdemu gościowi w domu starałam się służyć i częstować „herbatką”. Nawet ksiądz po kolędzie musiał złożyć oficjalne zamówienie na porcję wyimaginowanej herbatki. Jako,że nikt nie zostawiał napiwków  doszłam do wniosku,że to mało korzystne finansowo zajęcie i postanowiłam pójść w inną stronę.

Gdzieś tak mając lat 10 byłam pod wielkim wrażeniem mojej cioci, prawniczki. Postanowiłam więc zostać notariuszem. mieć dwa domu i wielki ogród. W przekonaniu,że jestem stworzona do bycia prawnikiem wytrwałam do połowy gimnazjum, kiedy zdałam sobie sprawę,że podpisywanie umów nie jest tym co chcę robić do końca życia.

Wtedy podjęłam decyzję,że zostanę panią z muzeum. Od zawsze kochałam historię, uwielbiam sztukę, i dzieci. Wydawało mi się,że będę idealną osobą,która będzie zajmować się wizytami dzieci w muzeum. Jako,że fizyka i chemia były ponad moje zdrowie psychiczne,postanowiłam zostać historykiem, dokładnie muzealnikiem.

W przekonaniu tym trwałam gdzieś do 1 października 2007 roku, kiedy to na pierwszym dniu na uczelni okazało się,że specjalizacja muzealnictwo została po prostu wygaszona. Kazano mi wybrać-nauczyciel czy archiwista?  Jako,że archiwista musiał uczyć się niemieckiego, na który posiadam wrodzoną alergię poszłam się uczyć bycia dobrym nauczycielem. Z moją wielką nieśmiałością przeżywałam męki,kiedy moje próby prowadzenia lekcji oceniali wykładowcy, nauczyciele z długim stażem, dyrektorzy, a co najważniejsze-uczniowie. Mówiłam wszystkim,że to moja wymarzona praca, ale nie była to prawda.

Dziś wypisuję faktury, przyjmuję zamówienia, wysyłam towar na wielkie i mniejsze budowy. Mam kontakt z ciekawymi ludźmi, i wiem pierwsza co się buduje w  okolicy. Bez problemu mogę idąc obok jakiegoś hotelu powiedzieć jakie są wymiary okien i jaki rodzaj profilu zastosowano, a także zawiasy jakiej firmy są użyte. Praca jest ciekawa, ale nie jest tą wymarzoną.

Wiem,że moją największą pasją jest gotowanie. Dlatego z całą stanowczością mogę powiedzieć,że moja wymarzona praca to prowadzenie małej knajpki, miejsca rodzinnego, bardzo ciepłego,gdzie codziennie gotuje się co innego. Gdzie jest tylko parę stolików, a jest bardzo głośno i radośnie. Gdzie podaje się najlepsze naleśniki w całym województwie. To zdecydowanie jest moja wymarzona praca.

Ścieżka dźwiękowa- U2 -With or without you

Tempo, tempo.

Szłam wczoraj po pieczywo na śniadanie, około 6.30, ciemno, zimno, lekki deszcz. W duchu przeklinałam wrzesień, ależ nam się trafił okropny. Zimowa kurtka, ciepła czapa, i ta ciemność. Dopiero po chwili uświadomiłam sobie,że to nie wrzesień, acz koniec października. Przez nadmiar zmartwień i powtarzalność kolejnych dni uciekł mi cały miesiąc.

Uciekł mi też ten tydzień. Zaczął się ten czas gdy idąc do pracy podziwiam egipskie ciemności, i wracając też cieszę oczy szarością. Od tygodnia nie widziałam słońca. Aczkolwiek ono po prostu się schowało i skutecznie omija północe rejony. Doprowadza mnie to szaleństwa.

Moja siostra zawsze wie kiedy wybrać się w podróż i zrobić sobie wolne od pracy. Tylko wyjedzie nadchodzi epicentrum, psują się auta, gubią paczki, klienci stają się uparci i nieznośni, zamówienia wydają się nie mieć końca. Do tego postanowili podnieść mi na wyższy poziom Biedronkę, nie mam dokąd iść na krótką przerwę związaną z rzuceniem hasła-o mam ochotę na małe co nie co, albo skończyło się to i to, trzeba uzupełnić zapasy. Teraz mam za daleko do najbliższego sklepu. Chwilowo mam dość pracy i chętnie poszłabym na relaksujący urlop. I nawet to ptasie mleczko i całe 4 złote napiwku od pewnego pana nie skuszą mnie by zostać pracownikiem miesiąca. Zamierzam prześlignąć się do jutra do 16, jak najmniejszym kosztem.

Siostra zaproponowała mi weekend w Berlinie. Poczyniłam więc pewne przygotowania. Zamówiłam śpiwór i materac. Załatwiłam sobie głosowanie korespondencyjne, ba już zagłosowałam. Ustaliłam sobie trasę zwiedzania, i dopiero na sam koniec sprawdziłam czym można tam dotrzeć. Pociąg czy autobus jadą razem, o 7 rano. Jako,że w piątek muszę być w pracy, jak i  w poniedziałek, wychodzi na to,że w Berlinie byłabym mniej więcej tyle samo godzin co w podróży. Zrezygnowałam. Wolę cały weekend odpoczywać i nie robić nic co mnie zmęczy. Trudno, mam za mało zapału podróżnika.

Mam za to zapał do jogi. Wstaję dzień dnia nieco wcześniej i robię sobie swoją sesję. Angielskie słówka zaczynam powtarzać czekając na pierwszą listopadową lekcję. Chyba nie jest z moją motywacją aż tak źle?

Ścieżka dźwiękowa-The Cranberries-When you’re gone

Takie tam

Ten tydzień miał być bardzo ciężki, zaskakująco jednak tak ciężki nie był. Wczoraj musiałam być sama w pracy, weszłam, posiedziałam 4 godziny,przyjęłam parę zamówień, wysłałam towar i bach, spakowałam się i do domu.. Ano jeszcze miałam ostrą wymianę zdań, znów sama z sobą. Bardzo chciałam zabrać pewnego małego kociaka do domu, ostatkiem sił odwróciłam jednak głowę i wróciłam sama. Aczkolwiek zaczęłam temat kociaczkowy w domu, zjednałam przychylność dwóch osób. Najgorzej jest z panem ojcem, który, choć wychował się wśród zwierząt, ledwo zgodził się na akwarium. No nie lubi i cóż na to poradzić? Ja się jednak boję,że w okolicach środy czy czwartku nie dam rady i po prostu zmięknę wobec tego słodkiego kociaka. Wtedy zaś musiałabym zamieszkać z nim w piwnicy…

W ramach walki z rutyną wymyśliłam sobie kurs obcego języka. Ze względu na moją wzmożoną zapadalność na katary(przy okazji zaraziłam mamę, która zaraziła wpierw mnie, więc rewanż i brata też dosięgła moja zaraz) uznałam,że aktualnie lepszy będzie jakiś kurs indywidualny niż grupowy. Aktualnie waham się jaki język wybrać, ale jestem pewna,że podejmę wyzwanie.

Podjęłam też wyzwanie w sensie zadbania o formę. O ile latem chętnie chodzę do pracy, to od miesiąca nie przeszłam ciurkiem więcej niż 10 minut. Wymyśliłam więc sobie,że nie jest to za zdrowe dla mojego kręgosłupa, który w pracy głównie siedzi. Zaczęłam przygodę z jogą, na razie jestem zachwycona. 20 minutowa sesja bardzo mnie relaksuje i o dziwo  w ogóle nie męczy.

Męczyła mnie ostatnio ta stagnacja weekendowa. Zadzwoniła przyjaciółka czy nie wpadłabym na kawę. Dumałam, dumałam i uznałam,że nie znajdę czasu. Bo zakupy, bo książka, bo ciasto, bo po antybiotyku jestem zmęczona i nic mi się chwilowo nie chce,a tu musiałabym się umalować, ubrać, jechać autobusem…. Jednak weekendy z herbatą we własnym kubku i z książką  w ulubionym fotelu nie są takie złe. Może nie jest to weekend, którym można pochwalić się innym, ale ja naprawdę lubię te moje  jesienne domowe pielesze. Latem nie spędziłam żadnego weekendu w domu. W szare jesienne dni robię się maksymalną domatorką, kochającą slow life w swoim stylu.

Ścieżka dźwiękowa- Kasabian-Take aim

Misz masz

Środę zaczynam od weekendowych rozmyślań. Siedziałam pod kocem, grzałam zaziębione kości, sięgałam po chusteczki i tak drugi weekend z rzędu. Tymczasem kiedy zaglądam do internetowego świata widzę,że Kasia i Filip pozdrawiają z podróży poślubnej na Kubę. Joasia i Wojtek, 4 rocznica związku, zaręczyny, uroczy weekend na Mazurach. Hania i Witek, sobotę spędzili na świętowaniu roczku córeczki, a w niedzielę obchodzili drugą rocznicę ślubu, impreza za imprezą. Mąż Doroty wyjechał,ale ona i ich synek Jurek spędzili uroczy weekend na nadmorskim spacerze i w 3 cukierniach. Świeża singielka Gosia pozdrowienia przysyłała z Wiednia gdzie wybyła na weekend. Ewa sobotę spędziła w kinie, niedzielę na ognisku z przyjaciółmi. I tak można mnożyć przykłady. Zaraz wpadnę w kompleksy. Tak, nawet kiedy jestem w domu weekendy zazwyczaj spędzam w kuchni na gotowaniu,w pokojach na sprzątaniu, i na rynku na zakupach. Jak dochodzi do niedzieli bywa,że jadę na cmentarz. I to tyle z życia singielki w wielkim mieście. W książkach jest inaczej. Czy tylko mi się nie chce niczego atrakcyjnego zaplanować? Czy tylko ja nie mam z kim? Czy tylko ja mam pecha,że nawet jak coś zaplanuję to zachoruję? Pocieszcie mnie, bo dochodzę do wniosku,że moja babcia ma bogatsze życie towarzyskie. Bo ma.

Moja mama pasjami ogląda serial na Dwójce o wcześniakach. Ok, oglądam go razem z mamą. Dzieciaczki mnie wzruszają. Ale moja mama, moja mama nie powinna oglądać takich rzeczy. Natychmiast domaga się wnuków. Ba,okazało się,że moja droga mama zaplanowała już mi wesele. Ostatnio prowadziła nawet negocjacje z przyjaciółką celem wydania za mąż jednej z nas za jej syna. Ostatecznie projekt upadł, bo to rozwodnik. Według mamy mamy jeszcze z 5 lat na rozwodników. Hurra.

A i w końcu przyszły mamy wyniki. Zmiana okazała się na dziś zmianą nienowotworową. Owszem, za pół roku mogła już nią być ,bo badanie wykazało niezbyt przyjazne komórki w środku, ale na dziś wystarczy jej usunięcie i leczenie 4 antybiotykami na raz. Na szczęście.

Pokłóciłam się sama z sobą. Też zastanawiałam się czy to możliwe, a jednak. Poszło o sweter. Tak, o zimowy, ciepły sweterek. W końcu go kupiłam. Ale najpierw się z sobą pokłóciłam.

A ja wracam do pracy w  ten szary poranek. Zgodnie z planem wszystko idzie nie tak. Jako, że mamy firmę rodzinną śmierć w rodzinie jednego wspólnika oznacza,że zabrakło nagle połowy personelu. Biorąc pod uwagę zagraniczne wojaże mojej siostry do wtorku zostałam z tatą na placu boju sama. W zasadzie jest nas troje, ja,tata, i mój katar, który musiał przyjść do pracy. Potrzebuję dużo herbatki, i kolejnej dawki antybiotyku. A do tego czekoladki. Dużej dawki czekoladki.

Ścieżka dźwiękowa-New Order- The perfect kiss

Poniedziałek z książką

Poniedziałek 8 rano, a ja wciąż w piżamie. Mój weekend nie ma końca. Co robię? Na przykład piekąc ciasto dodaję do kruszonki pieprzu zamiast mąki-pomylenie cukru z solą jest przecież zbyt banalne. Dozując łyżeczkę syropu wylewam pół butelki na torebkę. Spaliłam kominek zapachowy, biedak nie wytrzymał nadmiaru aromatu syberyjskiej sosny. Odcedzając makaron do leczniczego rosołu zapomniałam o durszlaku, cały makaron wylałam do zlewu… Aby zminimalizować straty postanowiłam więc zająć się tylko tym co potrafię-czytaniem. Przy okazji korzystając z zaproszenia Moniki odpowiem na parę pytań o czytanie właśnie.

1. Czy masz ulubione miejsce do czytania w domu?

Zdecydowanie moje łóżko jest miejscem gdzie czyta mi się najmilej i gdzie czytam najwięcej. Aczkolwiek tak naprawdę nawet smażąc kotlety potrafię co nieco poczytać.

2. Zakładka czy świstek papieru?

Zakładka zdecydowanie. Papier jest zbyt oczywisty. Lubię zbierać zakładki, albo sama je robię z pocztówek.

3. Umiesz przerwać lekturę w dowolnym miejscu, czy musisz doczytać do końca rozdziału, strony, itp.?

Nie mam problemu by skończyć czytanie w połowie książki, rozdziału, zdania czy słowa. Czasem przy tym cierpię, bo wolałabym wiedzieć co jest dalej, ale nie mam z tym większego problemu.

4. Czy jesz lub pijesz przy czytaniu?

Bez kubka herbaty/gorącej czekolady czy zwykłego kakao nie ma czytania. Tak jest bez śniadania, obiadu, kolacji, przekąski, ciasta… Uwielbiam jeść przy lekturze. Nawet nie przeszkadza mi w tym to,że  w książce jest np opis stanu rozkładu zwłok. Dobra lektura wyostrza apetyt.

5. Wielozadaniowość. Muzyka, telewizja w trakcie lektury?

Oczywiście. Jestem dziwakiem-słucham radia, czytam książkę, w tle oglądam wiadomości i wiem co w każdym z tym elementów aktualnie się dzieje. Nie potrzebuję bezwzględnej ciszy by zacząć czytać.

6. Jedna książka na raz czy kilka?

Czytam naraz dwie. Jedną tradycyjną, drugą na czytniku. Tą pierwszą czytam rano, po przebudzeniu-nic mnie nie budzi lepiej niż parę stron książki, i przed snem-nic mnie tak nie relaksuje niż przewracanie kartek papieru. Ebooki towarzyszą mi w ciągu dnia. Zazwyczaj staram się wybrać jeden kryminał i coś lżejszego, tak w opozycji do trupów i seryjnych morderców.

7. Czytasz w domu czy wszędzie?

Wszędzie, zdecydowanie wszędzie.

8. Czytasz głośno czy po cichu?

Po cichu. Ostatni raz głośno czytałam w 6 klasie podstawówki, mieliśmy wybrać ulubiony fragment Chłopców z placu Broni, losowe osoby czytały na ocenę. Pani wybrała mnie, gdy zaprezentowałam moją wersję śmierci Erno Nemeczka, wszyscy się rozpłakali,a  pani chlipiąc wstawiła mi 6 i zabroniła więcej czytać  na głos, bo wszystkich zbyt wzruszam.

9. Zerkasz w nieprzeczytane części książki, przeskakujesz strony?

Lubię sobie przekartkować książkę, ale nie czytam co jest dalej. Nie wiem czemu to robię, ale nim przeczytam muszę przekartkować całość i sprawdzić czy wszystkie kartki są na swoim miejscu.

10. Łamiesz grzbiet książki, czy wolisz,  żeby pozostał jak nowy?

Lubię jak książki wyglądają jak nowe przez długi, długi czas…

11. Piszesz w książkach?

Nigdy. Dla mnie to jak poprawianie autora, nieszanowanie jego pracy. Poza tym lubię dbać o książki.

12. Nietypowy bibliofilski gadżet/wymarzone miejsce na książki?

Mam w domu plan pokoju do czytania /słuchania muzyki. Jest jasny, od góry do dołu zawalony książkami, muszę mieć drabinkę by sięgnąć po te najwyższe pozycje. W myślach jest tam szezlong, i wielkie okno z widokiem na ogród… I oczywiście tylko 3 kroki do kuchni.

Ścieżka dźwiękowa-Depeche Mode-Enjoy the silence