Kryzysowy wrzesień

Siedziałam u mojej przyjaciółki, w końcu udało nam się spotkać. Bardzo tego potrzebowałam. Wymyśliłam sobie jadąc do niej dwoma autobusami jak będzie przebiegać nasza rozmowa. Wszystko miałam zaplanowane, tak jak lubię. I tak jak lubię wszystko poszło nie tak. Mała nam przeszkadzała, co było urocze, patrzyłam na tę ich codzienność, karmienie, oglądanie bajek, zabawy na podłodze i pomyślałam-jak zwykle zresztą, po cóż im moje problemy? Nacieszę się beztroską małej Zuzy i ruszam w swój smutny świat. Ale kiedy wychodziłam przyjaciółka zatrzymała mnie przy drzwiach, widziała,że coś mnie męczy, że jestem przygaszona, obiecała,że zawsze jest do mojej dyspozycji, że jutro zostawi małą z mamą a sama przyjedzie na kawę, że tym razem mam jej wszystko opowiedzieć. I opowiedziałam.

Nie lubię dzielić się swoimi kłopotami. W końcu każdy je ma, większe czy też mniejsze. Nie jestem jedyna. Jestem też środkowym dzieckiem, nauczyłam się radzić sobie sama. Tłumić emocje w środku, udawać, zachowywać ładny uśmiech dla świata. Tak było kiedy zachorowałam. Nie, nie śmiertelnie, ale była to poważniejsza kwestia. Ciągnęło się to prawie 2 lata, lekarze, leki, zabiegi. Działo się to w czasie studiów, nikt nic nie wiedział. Nawet moja przyjaciółka, ale ona miała ślub na głowie. Uznałam,że nie będę jej zawracać głowy swoją chorobą. Gdy się przypadkiem dowiedziała była na mnie wściekła. Wtedy tego nie rozumiałam- to ja choruję, a ty masz do mnie pretensje? A gdzie współczucie, trzymanie za rękę, gdzie owoce  i słowa- dasz radę? Potem zrozumiałam,że to ja nie pozwoliłam jej być przy sobie. Ukryłam coś poważnego, nie powinnam, nie miałam prawa udawać, powinnam poprosić o pomoc. To żaden wstyd się popłakać. To przywilej mieć wsparcie w trudnych chwilach. Po to są przyjaciele.

Ten wrzesień był ciężki. Śmierć cioci bardzo mnie obciążyła. Pierwszy raz widziałam jak ktoś tak poważnie choruje, gaśnie w oczach, słabnie i odchodzi. Śmierć cioci tym bardziej mnie dotknęła, że wrzesień spędziłam w poczekalniach lekarskich. Nie,nie ja chorowałam. Mój tata ledwo chodzi, dziesiątki wizyt u lekarzy, zabiegi, badania, co lekarz to inna diagnoza. W końcu takie słowa, które wywołały uśmiech przez łzy- nie, od tego się nie umiera, co najwyżej odejmiemy panu nogę. Tata, człowiek aktywny i pełen energii bardzo ciężko to znosi. Ból fizyczny, jest niczym w porównaniu z psychicznym cierpieniem i wizją kalectwa. Walczymy.

Walczymy i czekamy na wyniki mamy. Mama od wiosny narzeka na zdrowie bardziej niż zawsze. Do popsutego kręgosłupa dołączył żołądek, kiedy nie pomogła dieta, i leki dostała mama listę badań. Gastroskopia była tym badaniem, które miało nas uspokoić. Lekarz podczas badania postawił diagnozę, ot jakieś wrzody, woreczek, dwunastnica, ale od tego się nie umiera. Zobaczył też dwie zmiany, pobrał wycinki, i …. I czekamy od miesiąca na wyniki. Miały być już dawno, ale wysłano próbki do dalszych badań, bo wyszło coś niepokojącego. Żyję w napięciu, choć powtarzam mamie,że to nic poważnego.

Jakby na złość mój brat mimo setek godzin nad książkami i setką nieprzespanych nocy nie zaliczył jednego przedmiotu. Przedmiotu, który zaliczyć muszą tylko studenci z Trójmiasta, jakby ci z Warszawy byli gorszymi lekarzami. Nie zdał jak 60 % osób. Nie zdał i musi zapłacić 8, 5 tysiąca złotych za powtórkę. Może to dla kogoś mała kwota, dla nas bardzo duża jak się weźmie pod uwagę plan remontu. Meble do kuchni wybrane i zamówione. Farby leżą w piwnicy i co? I jak zwykle problemy. Remont odłożony, ludzie odmówieni, podwyżka w pracy zamrożona. Oszczędności poszły na konto uniwersytetu.

Moja mama mówi mi w sobotę- zobacz Żmuda-Trzebiatowska wzięła ślub. A czemu ma mnie to interesować pytam się? Ano bo zobacz jest po 30 a jej mąż ma 26 lat, czyli w jej otoczeniu już nie ma sensownych kawalerów. A pamiętaj,że za rozwodnika masz nie wychodzić za mąż nawet po mojej śmierci. Łap kawalera. Nie interesuje mnie ślub polskiej aktorki. Od trzech dni patrzę na ślubne zdjęcie Jego. Pamiętam jak zaraz po uroczystym początku roku akademickiego podszedł do mnie i zapytał- wiesz,że mając 9 lat zakochałem się w tobie, byłaś wtedy tą uroczą kurką w przedstawieniu, pamiętasz mnie? Pewnie,że pamiętałam. Mieszkaliśmy na jednej ulicy, chodziliśmy do tej samej szkoły, on siedział koło mnie podczas komunii, nasi dziadkowie mieszkali w tym samym bloku w zupełnie innym mieście, on chodził do liceum z moją najlepszą przyjaciółką, a teraz będziemy razem studiować. Codziennie przynosił mi lizaki, głupek, nie wiedział,że nie znoszę lizaków,że jem tylko czekoladę? Tyle razy zapraszał na kawę, na kręgle, do kina. Mówił wybierz coś, pójdę za tobą gdzie chcesz. Ale ja byłam beznadziejna w te klocki. Za każdym razem uśmiechałam się i szłam dalej. Sama. Miałam inne sprawy na głowie. Chorobę. Uznałam,że lepiej będzie przejść to samemu. Że nie mam prawa obciążać kogoś swoimi sprawami. Niech mnie zapamięta jako uroczą kurkę, a nie umawia się ze mną między wizytami u lekarzy. Poślubił koleżankę z roku. Ślicznie razem wyglądali, piękna studencka miłość.

Dziś wiem,że okropnie, wprost cholernie mi brakuje tego życzliwego ramienia u boku, któremu powiem-tak jest mi źle. Brakuje mi kogoś kto w chwili gdy mi smutno i wszystko wydaje się takie przytłaczające weźmie na długi spacer, i okłamie. Tak bezczelnie okłamie,że będzie dobrze. Ktoś komu powierzę swoje lęki i obawy, a ten ktoś nie wyśmieje mnie gdy setny raz powiem-boję się. Mój brat rozmawiać nie chce. Siostra przepakowuje walizki, rusza niebawem zagranicę. Moja przyjaciółka jest kochana, ale nie ma tyle czasu ile mi potrzeba by poczuć się lżej i lepiej. Tak, teraz widzę jak bardzo mi brakuje kogoś obok.

Leje deszcz, mam wolny dzień. Włosy nie chcą się ułożyć. Jem ciasto na śniadanie, i obiecuję sobie,że październik będzie lepszy. Będzie?

Ścieżka dźwiękowa- IAMX-Music people

Na weekend

Ten tydzień był wyjątkowo ciężki. Kolejny wyjazd mojej siostry na drugi kraniec kraju. W pracy, jak zwykle bywa w takim czasie pracy nadmiar. To wszystko połączone z moją nie najlepszą formą psycho-fizyczną, i ledwo doczekam weekendu. Ale jest. Mam ochotę zaszyć się z kubkiem dobrej herbaty, kawałkiem ciasta z książką w ręku. A jak już znuży mnie czytanie posłucham dobrej muzyki, albo coś obejrzę. Oto moje rekomendacje na ten weekend. Co dostało mój znak jakości?

Zdecydowanie Kocha, lubi, szanuje Alice Munro. Dawno nie czytałam tak pięknej książki o miłości. Ale nie tej bajkowej, idealnej, wyśnionej. A takiej jaka naprawdę w życiu się zdarza, i nie tylko takiej między kobietą a mężczyzną. Bohaterowie opowiadań, na jakie składa się ta książka, są normalni, tacy zwykli. I taka jest ta ich miłość,prosta, codzienna, znajdująca ludzi w codzienności. Ta książka to prawdziwa perełka. Jeżeli marzy się Wam leniwy wieczór pod kocem to ta książka będzie idealnym towarzyszem.

Jeżeli zaś zamierzacie uciec od codzienności wyjątkowo polecam Płytkie nacięcie Karin Slaughter. To nie pierwsza książka tej autorki, którą miałam w rękach, ale kolejna, którą mogą szczerze polecić, tym,którzy lubią tropić bezwzględnych zbrodniarzy, a na karku czuć dreszczyk emocji. Przestępstwa dokonywane na dzieciach, bardzo brudny świat niby zwykłych ludzi, wielkie tragedie, wielkie tajemnice, i ogromny ból. Ta książka na długo zostaje w pamięci. Nie zaczynajcie czytać jej wieczorem, bo pewnie zarwiecie całą noc, by dowiedzieć się kto dokuje haniebnych czynów w małym miasteczku. I czy policja będzie szybsza od zła?

Jeżeli zaś chodzi o relaks przed szklanym ekranem zamiast filmów, czy też filmu polecam-pewnie świetny znany serial, Miasteczko Twin Peaks. Nie znam drugiego tak wciągającego, tak pokręconego serialu o takim klimacie. Jedyny w swoim rodzaju. Ciężko jest opowiedzieć fabułę nie tyle w jednym zdaniu, co na stu stronach. Setki wątków, mniej lub bardziej realistycznych i jakby żywcem wyjętych z kiepskich filmów i seriali rodem z Mody na Sukces. Dziesiątki postaci, mniej lub bardziej szalonych. Serial ma niezwykłe tempo, raz przyśpiesza raz zwalnia. Raz historie całkiem tracą sens, by za chwilę znów go odzyskać. Czegóż tam bowiem nie ma? Romanse, wątki metafizyczne, świat zawieszony między jawą a snem, szantażystów, zdrady, psychopatów,piękne kobiety,morderstwa, tajny klub… Ale najważniejszą postacią, która spina ten cały chaos jest agent Cooper. Wybitna postać serialowa, wzór do naśladowania, której nie da się pobić. Kto nie oglądał niech nadrobi. Ja zaczęłam oglądać genialne dzieło Lyncha zbyt późno i składam samokrytykę.

A do słuchania na pierwszy jesienny weekend polecam na nowo odkrytą przeze mnie Beth Hart, a szczególnie jej najnowszy utwór Tell her you belong to me. Za każdym razem mam ciarki gdy słyszę tę muzykę, ten głos i te słowa…

Ścieżka dźwiękowa- Kings of Convenience-Scars on land

Wolę…. 5/30

W ten pochmurny i zimny ranek wracam do wyzwania. Dziś pytania z kategorii- co wolę? Więc, co wolę?

  1. Pies czy kot? Do psów zawsze czułam respekt. No, ok z początku nienawiść, działo się to wtedy kiedy byłam małym berbeciem i napadł na mnie wilczur. Rzecz działa się na placu zabaw, jako,że od urodzenia byłam dość koścista i żylasta psisko postanowiło odpuścić sobie wątpliwej jakości ucztę. Pewna niechęć do psów jednak została. Nawet w tym najmniejszym dostrzegam potencjalnego wilczura, czyhającego na mą godność. Miałam dwa koty, było to urocze doświadczenie. Simba i Mruczek-takie koty noszą imiona gdy ich właścicielki mają po 9 lat, były rozkoszne i cudowne. Niestety tylko dla nas, bo widocznie zmęczone nadmiarem miłości uciekły. Także z żalem muszą przyznać,że kociaki choć uwielbiam to żywię mały żal za utraconymi cudownymi chwilami z kociakami, które po prostu mnie porzuciły. Konkurs pies czy kot, wygrywają dla mnie rybki, jak na razie. Jak już całkiem wydorośleję sprawię sobie kociaka. Albo małego pieska. Wciąż się nie zdecydowałam.
  2. Mieszkanie czy dom? Mieszkałam i w bloku(mieszkam też aktualnie) i w domu. Myślę sobie,że  wolę dom z ogródkiem. Zasadniczo od lat zbieram projekty wymarzonego domu z wielkim ogrodem, mam tysiąc pomysłów jak go urządzę. Ale i dostrzegam zalety mieszkania w bloku. Te zalety to możliwość mieszkania w samym centrum, gdy miałam dom musiałam albo 15 minut jechać na zakupy, albo spacerować godzinę do centrum miasta. Teraz mieszkam w ścisłym centrum, wszędzie mam blisko, nie muszę się martwić odśnieżaniem, awariami i brakiem cukru w szklance-mając 14 mieszkań dookoła na pewno ktoś coś pożyczy. Także jakbym miała ogródek to moje blokowe mieszkanko byłoby idealne. Na dziś nie mam ogródka więc wygrywają wspomnienia domu z ogrodem. Ale może uda mi się połączyć mieszkanie w centrum z własnym kawałkiem trawy?
  3. Pisanie na bieżąco czy planowanie z wyprzedzeniem? Oczywiście,że na bieżąco. Nie potrafię zaplanować o czym będę pisać. Jak chcę, mam wenę, ochotę, coś ciekawego(mam nadzieję) do przekazania, to siadam i piszę.
  4. Śpiew czy taniec? Nie ma alternatywnej odpowiedzi? Zasadniczo w kwestiach artystycznych nie posiadam żadnych talentów. Zarówno śpiew jak i taniec nie są tym co ludzie chcą podziwiać w moim wykonaniu. Owszem zdarza mi się podśpiewywać,zasadniczo zdarza mi się to tysiąc razy częściej niż taniec. Ostatni raz tańczyłam bowiem -zaciągnięta siłą, na weselu przyjaciółki lat temu 5 i dwa tygodnie wstecz. Chociaż śpiewam podobnie jak mysz poddawana torturom to czynię to z większą pasją niż próby tańczenia, które kończą się zasadniczo totalną kompromitacją. Tak, a chodziłam dwa lata na taneczne zajęcia. Nie wyrzucono mnie bo rodzice za to płacili,ale 90 % czasu spędziłam na ławeczce, patrząc na innych. W sumie do kościelnego chóru też mnie nie przyjęli. Ktoś ma chusteczkę?
  5. Góry czy morze? Pytanie miałoby sens gdybym mieszkała po środku, i była osobą neutralną. Ot, jakbym mieszkała w Warszawie śmiało mogłabym powiedzieć-zdecydowanie morze bądź góry. Jako,że jednak 27 lat spędziłam nad morzem zdecydowanie wybieram morze i spacery brzegiem morza….
  6. Facebook czy Twitter? Z Facebooka korzystam okazjonalnie, Twittera nie posiadam, zdecydowanie wygrywa więc FB.
  7. Lato czy zima? I znów skrajności, a czemuż nie wiosna? W sumie ja lubię skrajności. Jak lato to upalne, jak zima to ta maksymalnie mroźna z trzaskającym mrozem i kopą śniegu. Jako,że ciężko mi wybrać powiem,że wolę lato bo mam wtedy urodziny i imieniny. Co czyni tę porę dostatniejszą.
  8. Film czy książka? Uwielbiam czytać i czytam z uwagą wszystko, począwszy od reklamowych ulotek po instrukcje obsługi żelowych długopisów. Kocham oglądać filmy, otulić się ciepłym kocem i oddać magii ekranu. Jednak magia papierowych stronic jest większa i wybieram książki. Moja wyobraźnia uwielbia te chwile gdy siadam z książką i przenoszę w inny świat….
  9. Herbata czy kawa? Zdecydowanie herbata. Zapach kawy jest niezwykły, bardzo go lubię, ale smaku nie lubię. Pijam kawę rzadko, w stanie wyższej konieczności w przypadku gwałtownych spadków ciśnienia, zdarza się to około 10 razy w roku, a i tak mam wtedy wykrzywione lico. Zaś herbat mam w domu ze 40, a i tak mówię- mały wybór. Jestem Magdalena, jestem nieanonimowym herbatoholiem. Wypijam do 8 kubków dziennie. Koniecznie bez cukru, zimą z malinami, latem z miętą, którą zrywam z parapetu.
  10. Sukienka czy spodnie? Kocham sukienki, wywołują uśmiech na mej twarzy, przymierzanie, wieszanie w szafie, oglądanie, podziwianie, kupowanie… Ach, kocham sukienki,. Przy czym na co dzień noszę spodnie. Zdecydowanie są praktyczniejsze, cieplejsze, lepiej pasują do moich codziennych aktywności. Nawiązując do herbatoholiczki, jestem sukienkoholiczką w spodniach.

Ścieżka dźwiękowa- Scissor Sisters-She’s my man

Raz, dwa, trzy. I odjazd.

Nie wiem czemu tak jest, ale zawsze trafiam na dentystę przystojniejszego niż poprzedni. Jak tak dalej pójdzie niebawem o moje uzębienie dbać będzie sam Brad Pitt. W każdym razie mój poprzedni dentysta poszedł na urlop, trafiłam na takiego, którego postanowiłam nie oddać nikomu. Jako,że jestem panikarą klasy Premium Lux bardzo bałam się samego wejścia, jak już siądę jest w miarę ok, ale najgorsze jest samo wejście. Kiedy weszłam oślepiłam mnie idealność dentysty, postanowiłam,że ukryje nagłe zauroczenie i grzecznie oddam mu-na razie swoje zęby do przeglądu. I słyszę….

Ósemka i siódemka- o nie, co to to nie, nie dam sobie borować ósemek. W życiu, po moim trupie. Ale wtedy też będę gryźć.

Szóstka, piątka, czwórka- dużo tego, w sumie jest pan ładny, ale żeby wpadać tu dzień w dnia przez miesiąc na borowanie, nie dziękuję jednak.

Trójka, dwójka, jedynka- on zaraz się nie zapyta mnie kiedy ostatnio byłam u dentysty,a  kiedy ostatnio myłam zęby, jest źle.

Teraz druga strona,ósemka, siódemka, szóstka….- jestem jedynym przypadkiem człowieka, który ma popsuty każdy ząb a nic go to nie boli. A nie, teraz zaczęło mnie boleć.

No, no-niech pan nie kończy proszę…

No, pani Magdaleno, wszystko w porządku, ząbki zdrowe. Jak to zdrowe? Może nie chciałam by pan mi wszystkie wymienił,ale co to już koniec, trzy minuty i wyrzuca mnie pan za drzwi? Nie dam się, póki siedzę na fotelu nie dam się. Wynegocjowałam by usunął mi starą plombę  za dwa tygodnie i wymienił na lepszy model.

Dentysta ma co prawdę żonę, ale popatrzeć sobie mogę prawda?

Niedziela była ponura, pochmurna i deszczowa. Mimo to zebrałam się na najwcześniejszą Mszę. Jak zwykle szłam 3 minuty po czasie, było mokro, jak to zaraz po deszczu, przed samym wejściem poślizgnęłam się i niemal wjechałam do kościoła, ku uciesze nowego wikarego,który nie mógł opanować śmiechu. Na czym się poślizgnęłam? Na płatkach róży, które wczoraj sypano na głowy nowożeńców. Czyż nie mówiłam,że ten temat mnie prześladuje?

Jako,że dalsza część dnia ciągle była ponura, pochmurna i deszczowa nie zachęcało to do wyjścia z domu. No chyba,że można by oddać się aktywnościom pod dachem. Dlatego też wybrałam się na wycieczkę z mym bratem i tatą-w końcu mamy swój wkład w wyposażeniu budynków na peronach. Pociągową wycieczkę po różnych dzielnicach Gdańska. Suchą głową dojechaliśmy autem po dworca w centrum Wrzeszcza,by skorzystać z najnowszego dzieła polskiej myśli kolejowej, czyli odbyć ponad 1,5 godzinną podróż w tę i z powrotem kolejką metropolitalną i zobaczyć miasto z innej strony. Mimo nieciekawej pogody na taką samą wycieczkę wybrała się spora grupa ludzi, ba, całe rodziny przychodziły na nowoczesne perony by pozdrawiać jadących kolejką. Czułam się jak bohater wojenny, brakowało jedynie wielkich napisów- Witaj w domu. Jako,że dziecko jestem wewnętrznie, każdy przejazd kolejką czy pociągiem jest dla mnie wielką radochą. Tak było i tym razem, tym bardziej,że pociąg był nad wyraz komfortowy. Jako,że padał deszcz zdjęcia mi nie wyszły, ale od czego jest internet. Jedna uwaga, bilety kupujcie jedynie u kierownika pociągu, nie bardzo można je skasować gdziekolwiek poza Wrzeszczem co rodzi pewne problemy, ale można też zaprzyjaźnić się z kierownikiem w mundurku.

Ścieżka dźwiękowa-David Bowie-Letter to Hermione

Sobotnie

Po męczącym tygodniu w końcu nadszedł weekend. Ostatnie dni były wyjątkowo pracowite i kłótliwe, jakaś kombinacja gwiazd nie pozwalała dogadać mi się z siostrą, czasem nasze podobieństwo jest źródłem wielu konfliktów. Ale jak zwykle dobre lody, z ogromną ilością czekolady załagodziły konflikt.

Ślubny temat nie odpuszcza. Wybrałam się z mamą do kwiaciarni celem zakupu pokojowego kwiata. Już po wyborze i zapłacie, mama zapytała sprzedawczyni- a cóż to za piękne cięte kwiatuszki? Dalie usłyszała mamcia, wtedy słyszę ja-ależ by pięknie wyglądały w ślubnym bukieciku, zobacz córko, jak brać ślub to we wrześniu. W pracy też ciężko uciec od tematu. Mówiłam już sto razy,że nasza firma jest rodzinnym biznesem z przyjacielskim pierwiastkiem, atmosfera jest luźna i przyjemna, mówi się o wszystkim. Więc dziś połowa załogi wybiera się na wesele w rodzinie wspólnika. I oczywiście dwa ostatnie dni były powtarzaniem,że panna młoda ma 22 lata,że wesela się lubi i czeka na moje i siostry bo najwyższy czas. Ale postanowiłam nie denerwować się tymi uwagami. Jest jak jest, a co będzie to będzie.

W Biedronce doszło do analizy mojej osoby, taka kontrola jakości. W kolejce do kasy stała za mną pani, na około 70 wiosen, nagle słyszę- figura świetna. Nie wiedziałam o kogo chodzi, więc dalej dzielnie rozkładałam swoje sprawunki, gdy czuję czyjąś rękę na mym ramieniu- figurkę to masz świetną, cycuszków nie masz to fakt, ale reszta wspaniała. Sama nie wiedziałam czy mam podziękować, coś błyskotliwego odpowiedzieć czy spalić się ze wstydu i uciec z miejsca zdarzenia. Być może powodem mojego staropanieństwa jest brak cycuszków 😉

Postanowiłam,że każdy weekend spędzę ciekawie, rozwijająco i relaksująco.  Nie zamierzam jak dotychczas jedynie sprzątać i nadrabiać domowe aktywności. Na pierwszą sobotę poświęconą miłym wyjściom z domu zaplanowałam wyjazd do dentysty. Będę ciekawym przypadkiem dla dentysty, zawsze jestem bo się boję, i rozwijająco też będzie bo dowiem się jak bardzo potrafię tłumić krzyk rozpaczy, a i relaksująco będzie,kiedy w końcu poza budynek kliniki wyjdę. Na pocieszenie postanowiłam upiec sobie ciasto i zapewnić dopływ dobrych książek.

Ścieżka dźwiękowa- Kasabian-Treat

Baby boom

Czuję się jakbym żyła z tykającą bombą przy uchu. Nie wiem kiedy wybuchnie, ale wybucha dzień dnia, bez ostrzeżenia. Rano, wieczorem, w środku dnia.

Czym jest ta bomba? Małym dzieckiem, ciążowym brzuszkiem i nowiną o powiększeniu się rodziny. Mam wrażenie,że moi znajomi, bliżsi, czy dalsi, nie robią nic innego jak tylko powiększają rodziny. I z jednej strony nie ma w tym nic złego, ale z drugiej czuję jakby moje życie nie miało sensu, skoro dla 90 % ludzi dookoła życie kobiety liczy się dopiero w chwili wydania na świat pociechy. A w najbliższej przyszłości rola matki nie będzie tą, którą dane mi będzie odgrywać.

Mam wiele koleżanek, które otwarcie mówiły(jeszcze parę miesięcy temu),że zakładanie rodziny jest poniżej ich godności, że macierzyństwo nie przystoi współczesnej, wyzwolonej kobiecie, a dziś chwalą się dobrymi nowinami-Tak kochani, za parę miesięcy na świecie pojawi się nasz okruszek, owoc miłości, czy też ciasteczko mamusi i tatusia-do wyboru do koloru. Ostatnio spotkałam koleżankę, która nie dalej jak w kwietniu mówiła mi,że dzieci ją obrzydzają, a na myśl o zmianie pieluszki ma mdłości. A teraz? Teraz dumnie prezentuje niemal niewidoczny ciążowy brzuszek, opowiada o cudownej ciąży i z troską w głosie dodaje- może nie trać nadziei, ponoć po 40 można urodzić wciąż zdrowe dziecko.

Moi rodzice jak na standardy lat 80 dość późno założyli rodzinę. Pierwsze dziecko w wieku 32 lat, wtedy ich znajomi prowadzili pociechy do szkoły, a mama szykowała się do porodu. Moi rodzice byli jednak wciąż pełni energii, do tego naprawdę chcieli mieć dzieci i dużą rodzinę. Mieli warunki by te dzieci przyjąć, a mama nie walczyła by w 3 miesiące wrócić do pracy po porodzie, bo nie ma doświadczenia. U nas było inaczej. Ale i dziś jest inaczej. Wszyscy znajomi rodziców są już dziadkami, oni sami, dziś odczuwają dużą potrzebę obserwowania ciągłości genów bo 60 na karku, bo zdrowie nie te,bo coraz więcej chorób, a energia nie ta co 10 lat wstecz. Mama wzrusza się na widok każdego dziecka, nieważne czy malucha widzi na żywo, czy w telewizji. Każde jest piękne, cudowne, i rozkoszne. Niemal płacze gdy widzi malucha na spacerze. Tata lgnie do każdego dzieciaczka, rozmawia, bawi się, z lekką zazdrością patrzy na piątkę wnuków swojego wspólnika i przyjaciela ze szkolnej ławy, kiedy te odwiedzają go w pracy.

Zawsze bardzo chciałam założyć rodzinę. Jeszcze na początku studiów byłam pewna,że kończąc uczelnię będę żoną i będę spodziewać się pierwszego dziecka, pierwszego z co najmniej trójki pociech. Z planów nic nie wyszło. Dzieci brak, kandydata na kandydata na ojca tych potencjalnych pociech tak samo brakuje. Pewnie,że mi smutno, czasami lekko zazdroszczę patrząc na szczęśliwe matki na spacerach, na wózki pełne szczęścia.

Zdaję sobie sprawę, że mogę nie założyć tej wymarzonej dużej rodziny, może za 5 czy 10 lat poznam kogoś kto będzie nadawał się na dobrego ojca i w okolicy 40 urodzę jedno, jedyne dziecko. Tyle,że zdaję sobie sprawę, że to może być za późno. Przede wszystkim dla moich rodziców, którzy marzą by pokazać wnukom świat. Sama miałam za krótką możliwość bycia z dziadkami, wiem ile straciłam, i jak bardzo chciałabym by moje dzieci mogły poznać dogłębnie moich cudownych rodziców. Pamiętacie ten odcinek Przyjaciół gdy Rachel kończyła 30 lat? Mówiła nie jest źle, wciąż mogę urodzić dziecko do 35 urodzin. I zaczęła wyliczać, liczę i ja.Ja bym chciała mieć trochę mniej niż 40 gdy maluch pójdzie do 1 klasy, czyli powinnam go/ją urodzić najpóźniej trzy lata przed planem Rachel. Ciąża trwa 9 miesięcy, jeżeli dziecko ma się urodzić przed moimi 32 urodzinami, muszę być w niej wieku 31 lat. Najpierw muszę jednak być po ślubie-te moje zasady. Dodajmy, 1,5 roku musielibyśmy się poznawać i 1,5 roku planowałabym urocze wesele-bo przecież wychodzę za mąż raz, czyli dodajmy wszystkie liczby, mam parę miesięcy by poznać pana idealnego, albo chociaż dostatecznego. Z pięciu lat w zapasie, zrobiło mi się ledwie parę miesięcy.

Ostatnio mam wrażenie,że spacerujące matki z pociechami mnożą mi się w oczach. Że nie widzę niczego poza dziećmi. Może to taki naturalny etap w życiu? Zdaje się,że każdy o tym wie, tylko nie ja. Tylko ja jedyna z licealnej ławki nie mam męża, narzeczonego i nie chodzę w ciąży. Tylko ja jedna z roku na studiach nie mam męża, narzeczonego, i drugiego dziecka w drodze. Z moimi koleżankami jest mi coraz trudniej złapać wspólny temat. One o dylematach matek, czy już mieć drugie dziecko czy nie? Jaką wybrać nianię? Czy ten pediatra jest dobry? A ja? A ja siedzę, słucham i kiwam głową. Może potrzebna jest mi nowa grupa znajomych? Bezdzietna, nie mająca aspiracji w najbliższym dziesięcioleciu do zakładania rodziny? Taka, która nie będzie żałośnie patrzeć na moje palce w poszukiwaniu obrączki i w okolice brzucha szukając wypukłości.Tak jak ostatnio zrobiła to moja koleżanka spotkana w Rossmannie z Julkiem w wózku-nie masz męża, nie masz dzieci, narzeczony chociaż jest? Nie ma aha, to zachwycaj się jedynie moim dzieckiem, bo nic ciekawego nie masz do powiedzenia.

Tak, bardzo bym chciała mieć dzieci. Nie, nie zanosi się na to bym jej miała. Ale zaczynam rozumieć,że nie każdy musi tę rodzinę mieć. Zresztą mam mętlik  w głowie, mówię sobie masz dużo czasu, a potem wracam do swoich wyliczeń, no właśnie, nie masz go za dużo.

Być może ktoś tam na górze ma na moje życie inny plan? Fajnie gdyby zauważyli to inni, szczęśliwie zakochani w dzieciach i przestali wywierać presję. Bardzo chcę, ale po prostu bardzo mi się nie udaje.Być może to jest to marzenie, którego nie uda mi się spełnić?

Ścieżka dźwiękowa- Archive-Again

Moje ulubione 4/30

Dziś kolejne zadanie rodem z wyzwania. Moje ulubione. Gdybym miała wymienić wszystko to co ulubione, zajęłoby mi to z dwa tygodnie. Aby oszczędzić sobie czasu,a  wam męczenia się przy czytaniu skupię się na tym co uwielbiam tak najbardziej.

Depeche Mode, Dave Gahan, piosenki z sensem, polowanie na płyty, koncerty, śpiewający mężczyźni, poszukiwanie nowości… To wszystko składa się na jedno słowo- Muzyka. Ta dobra, którą uwielbiam, i która towarzyszy mi przez cały (niemal) czas.

Gorzka czekolada, mocna herbata z dodatkiem żurawiny, jeszcze ciepły chleb, zapach ciasta drożdżowego, cynamon, ząbek czosnku, szpinak, pierogi pod każdą postacią, budyń z malinowym sokiem, imbir. Czyli jedzenie. Jestem uzależniona od dobrego jedzenia. Zdecydowanie jedzenie to moja ulubiona czynność w ciągu dnia, a i same produkty spożywcze wzbudzają we mnie wiele emocji.

Bez, tulipan, gladiola, róża, goździk, stokrotka- kocham kwiaty. Bez nich świat, mój świat byłby smutny i nijaki. Kwiaty to coś bez czego nie potrafię żyć, a ich zapach jest moich ulubionym poprawiaczem humoru.

Szklany flakonik z bezbarwnym płynem, różnokolorowe kartoniki. Burbbery, Chloe, Lolita Lempicky, Elizabeth Arden, Yves Rocher . Perfumy. Zbieram, kolekcjonuję, wącham, upajam się ich zapachami. Jestem uzależniona.

Setki kartek, zapach farby drukarskiej, twarda bądź miękka oprawa. Książki. Nieważne jakie, mogą być kulinarne, podróżnicze, naukowe, przygodowe, wielkie romanse czy wielkie przekręty i zabójstwa. Książka to mój ulubiony przedmiot.

Srebrna obudowa, ulubione zdjęcie, ulubiona melodia,dziesiątki numerów do tych bliskich i trochę dalszych mi osób. Nic nie poradzę na to,że bez komórki żyć bym nie mogła. Bywa,że nie używam jej przez cały dzień, ale jej sama obecność i obietnica rozmowy z kimś, kto zawsze doradzi, wesprze i rozśmieszy podnosi mnie na duchu podczas długich spacerów do i z pracy.

Ścieżka dźwiękowa- Maanam- To tylko tango