Wakacje część druga

Była część pierwsza wakacji. Ta bardzo spokojna, bardzo leniwa,typowo relaksująca. Taka kiedy spałam do ……7 rano,a z łóżka wstawałam o rekordowej porze,czyli o 8 rano.Żeby nie było,że moje tempo życia na wakacjach przypominało ślimaka na emeryturze podkręcam tempo i wracam myślami do przeszłości.

fbe9cfbf7ab5084e145373f00a92fbc3

W tym roku wakacje były dziwne, nie wiedziałam do końca kiedy i gdzie jadę. Wszystko było załatwiane bardziej niż na wariata i bardziej niż spontanicznie. Po drodze i tak plany ulegały modyfikacjom. W każdym razie w niedzielę ustaliliśmy-w piątek wstajemy wcześnie rano, przepakowujemy się, chowamy walizy do piwnicy pani Trudzi i bach, w drogę.Wzywał nas Kraków.Ostatni raz byłam tam 6 lat temu, zupełnie na wariackich papierach. Było to moment przed ślubem mojej przyjaciółki, co chwilę dostawałam od niej niepokojące wiadomości typu-a czy ja w ogóle nadaję się na żonę? Po 20 sekundach-czemu nie odbierasz? Po 6 kolejnych- odpowiedz do jasnej cholery,odwoływać ślub? Do tego zdrowotnie było ze mną wtedy nijako.Chorowałam i tak naprawdę odczułam radość kiedy po 2 dniach wsiadłam z powrotem do pociągu. Teraz czekałam na ten wyjazd z ogromną niecierpliwością i lekkim pobudzeniem- bardzo chciałam by wszystko się udało. Tak bardzo,że w czwartkowy wieczór musiałam wypić kubek melisy,napięcie we mnie rosło. Przede mną 5 godzin jazdy z moją rodziną. Wiadomo,będzie gorąco.No i zdradzę Wam pewien sekret. Na basenie solankowym poznałam pewnego aktora, z teatru i telewizji. Pan przebywał razem z kolegą z branży w sanatorium,niestety obydwaj jeżdżą na dziś na wózkach. W każdym razie panowie okazali się fascynującymi rozmówcami,wybitnie elokwentnymi,inteligentnymi i ciekawymi. Pan aktor powiedział mi,że co prawda nie chce siać mi zamętu w głowie,ale powinnam pomyśleć o pracy na scenie. Tak,jako aktorka,bo mam oryginalną osobowość,odpowiednią dawkę urody(tutaj na przemian płakałam ze śmiechu i krztusiłam się cytrynową herbatą z automatu),a do tego jestem taka młodziutka. Kiedy wyznałam,że ja już skończyłam studia pan nie chciał wierzyć. A jak się śmiał kiedy zdradziłam swój wiek.Chyba mam zadatki na artystkę? W każdym razie jechałam do Krakowa,takiego artystycznego miasta. A nóż/widelec dostanę angaż w teatrze,tudzież kabarecie?

Rano powitało mnie słońce  i pozytywna energia. No niestety, jak to u nas bywa, nic nie może pójść zgodnie z planem.Zgodnie z planem o 11 mieliśmy wyjechać. O 11,owszem auto wyjechało, ale z 2 pasażerami,mamą i tatą. Kierunek lokalny szpital. Powód? Łóżko wodne masujące. Moją mamę zafascynowała bowiem ta uzdrowiskowa nowość i wykupiła serię zabiegów. Ja również się skusiłam. W połowie zabiegu zlazłam z tego łoża nie przyjemności a boleści. Myślałam,że kręgosłup mi pęknie,następnego dnia nie wyszłam z pokoju dalej niż na taras,bolało mnie okropnie. Moja mama zaś uznała,że skoro wykupiła cały pakiet, a zwrotów nie ma, to dokończy tę serię. I akurat w piątek doszło do kumulacji bólu całego ciała. Jako,że musieliśmy zwolnić pokój przez prawie 4 godziny chodziłam z rodzeństwem po mieście,niepewni swego losu. W końcu doszła do nas wiadomość o diagnozie i skutkach leczenia. Po kroplówce z lekami przeciwbólowymi i nawadniającej,wypisaniu recept i obietnicy, że mama nie położy się nigdy na podobnym łożu dostała zielone światło do podróży. Także już na starcie mieliśmy ponad 4 godziny opóźnienia i narzekającą mamę na pokładzie. Ale ruszyliśmy w drogę.

5 godzin i 10 pogubień się po drodze wydawało się,że jesteśmy pod naszym apartamentem.Oczywiście w międzyczasie wszyscy się kłócili kto lepiej zna drogę.Ja zachowałam stoicki spokój. A niech się złoszczą. Mnie nic nie rusza. W końcu znalazło się wolne miejsce pod samą kamienicą, pięknie, 22 druga,ciemno, jestem głodna, biorę wszystkie torby i pakunki jakie zdołam unieść i dziarsko ruszam. Coś się nie zgadza. Ano to nie ta ulica. Nocleg mieliśmy ledwie dwie przecznice dalej. Mój spokój gdzieś się ulotnił.Ciskałam gromami na prawo i na lewo. Ale doszłam,ledwie wejść na trzecie piętro i można iść pod prysznic. Marzyłam by ten dzień skończył się jak najszybciej.

Rano obudziło mnie piękne słońce i spory apetyt. Jako, że mieszkaliśmy na Kazimierzu postanowiłam to wykorzystać i przed 7 rano zabrałam siostrę na spacer po sobotnim,bardzo porannym Krakowie. Było śniadanie na rynku, herbata w żydowskiej knajpie.Był spacer na Wawel,a po drodze zwiedziłam wiele cudownych kościołów. Był Wawel, było wdrapywanie się by znów dotknąć Dzwonu Zygmunta, zniknął mój lęk wysokości i lekka klaustrofobia. Jak ręką odjął,żwawo pokonywałam kolejne ciasne i strome korytarze i popędzałam marudne włoskie dzieci przed sobą. Okazało się,że wycieczki przybywają dziś na Wawel by podejść do grobu Kaczyńskich i posłuchać opowieści o rodzaju trumny.Co kto lubi. Niektórzy idą dalej i robią sobie selfie z grobem,tak jak pewna mamusia,która najpierw zrobiła sobie mini sesję z grobem Piłsudskiego,a następnie ustawiła synka i zachęcała- Nikosiu uśmiechnij się,i przytul się do nagrobka….

Potem tętniący życiem Rynek,okropny tłok, dzikie tłumy turystów, do tego to ciepło i  parę kilometrów w nogach. A mi wciąż było mało i mało. Jak urzeczona spacerowałam tymi uliczkami, wstąpiłam na jarmark,skąd wyszłam ze słoiczkami miodu z orzechami, cieszyłam zmysły na festynie pierogów i chłonęłam niezwykły klimat.Bo wiecie, Gdańsk jest przepiękny,ale wojenne zniszczenia i odbudowa(choć bardzo pieczałowita)sprawiły,że miasto urzeka, kusi, zniewala,ale brakuje mu tego czegoś. I to coś znalazłam wśród starych murów.A szczególnie na Kazimierzu. Tam dosłownie czułam historię.Wiem,wiem, nudzę, ale w końcu jako magister historii mam prawo trochę się pozachwycać. Więc spacerowałam,podziwiałam, jadłam pyszne śniadania,piłam wspaniałe herbaty w uroczych kawiarenkach,cieszyłam pogodą, pozytywnym nastrojem, pięknym widokiem z okna apartamentu. Nie przeszkadzało mi zmęczenie, ciepło, gwar i tłum. Było prawie idealnie. Nie powiem,że było idealnie,bo wtedy nie musiałabym tam wracać. A wrócić muszę. Muszę wrócić i nieco więcej czasu poświęcić na Nową Hutę, muszę znaleźć czas na snucie się bez celu,a nie wedle planu,i muszę wrócić by powiedzieć pewnemu kelnerowi,że ma wspaniały uśmiech.

Sama się sobie dziwię.Bo przecież z 70 razy gubiliśmy drogę, ze 100 razy walczyliśmy o miejsce do parkowania, musieliśmy na ostatnią noc się przenieść do innego miejsca,ulice były strasznie brudne,za dużo imprezowiczów i w ogóle było zbyt dużo wrażeń jak na tak mało czasu. Ale te 4 krakowskie poranki były po prostu wspaniałe.To będzie tylko w części drugiej.Będzie część trzecia,więc czuwajcie.Teraz porcja zdjęć i powrót wspomnień.

 

Ścieżka dźwiękowa- Depeche Mode- A Question of Time

Po wakacjach. Część pierwsza.

Po kilkakrotnym przekładaniu terminu w końcu się udało. W końcu mogłam spakować swoje torby,wsiąść do auta i ruszyć w drogę. Cel wyprawy od paru lat pozostawał niezmienny.

Tym razem było tak samo jak poprzednimi razy. Czekała na nas pyszna szarlotka i pyszna herbatka. Dwa tarasy i mój ukochany bujany fotel,na którym spędzałam ranki i wieczory. Wszystko toczyło się dobrze znanym rytmem, wśród dobrze znanych ludzi. Były ranne spacery,a potem parę godzin lenistwa. Był basen solankowy,parę zabiegów spa i moje włóczenie się po parkowych alejkach. Była masa zjedzonych wspaniałych pierogów w wyjątkowo przytulnej knajpce. Były popołudniowe herbaty w kawiarniach i masa czasu na książki,lenistwo i  totalny reset. Z tego resetu parę razy straciłam rozum. Jak wtedy kiedy umyłam włosy płynem micelarnym ( da się drogie panie, nigdy nie miałam tak miękkich włosów,aczkolwiek na jedno mycie schodzi 3/4 opakowania, więc słabo się opłaca). Albo wtedy kiedy złożyłam się razem z leżakiem,zamiast samego leżaka. Żyję i o dziwo jestem w całości. W całości nie jest za to mój aparat. Tata zgubił mi przy przeprowadzce kabelek do ładowarki. Można go kupić jedynie w autoryzowanym salonie, w kuszącej cenie odpowiadającej połowie ceny aparatu. Nie odpuszczę tacie, o nie.

Tradycyjnie pogryzła mnie setka komarów, tradycyjnie rozwaliłam sobie palca chodząc cały dzień w nowych sandałkach. Tradycyjnie wzięłam za dużo rzeczy.Dużo za dużo. Większości nawet nie wyjęłam z walizek.Tak,miałam dwie.

Wczoraj pierwszy raz od 16 dni zobaczyłam mieszkanie. Kiedy stanę w kuchni w miejscu gdzie stanie zmywarka widzę łazienkę, mój przyszły nowy pokój i sąsiedni blok. Zawsze chciałam mieć kuchnię z ładnym widokiem,więc mam. Garderoba stoi, co miało być wyburzone zniknęło, co dodane już jest. Łazienka jest powiększona jak i kuchnia.Wszystkie instalacje są już wymienione. Ściany zryte do  cegieł już mają nowe tynki,trwa cekolowanie. Wszystko wygląda surowo, dziwacznie, ale panowie pracują 6 dni w tygodniu po 10 godzin, trzymajcie kciuki za to tempo.

To było bardzo słonecznych i ciepłych 9 dni. Padało tylko raz, wczoraj.W zasadzie to nie padało,lało. Ha, 9 dni,a przecież nie było jej 14.Co się działo w pozostałe? O tym później.Towarzysze facebookowi wiedzą,ale nic nie mówcie. Relację z czasu poza moim uzdrowiskiem przygotuję za parę dni.

607cf35824fc3cd6a2944bb943d9031e

 

Ścieżka dźwiękowa- Franz Ferdinand- Do you want to.

 

Takie tam

To, że jestem sentymentalną istotą świetnie wiedziałam. Ale, że aż tak? Zadumałam się nad lokówką babci. Taką z lat 50. Uznałam,że to prawie zabytek, antyk jakiś. A owa lokówka leżała ukryta w łazience, dokładanie to pod wanną, w schowku dziadka. Nie mnie wnikać jak bardzo irytowało dziadka dbanie,przesadne, babci o fryzurę, skoro schował ten przedmiot, z dala od swojej żony. W każdym razie zafascynowała mnie ta lokówka całkowicie. Postanowiłam sprawdzić czy działa. Uznałam,że jak będzie działać to zostawię ją sobie na pamiątkę. Co prawda sensu wielkiego to nie miało, bo ja i tak z lokówki nigdy nie korzystałam, ale szkoda byłoby mi wyrzucać działający zabytek. Włączyłam więc sprzęt do kontaktu i po dwóch sekundach, dosłownie dwóch, no może i trzech, usłyszałam- pali się, coś się pali. Zdumiało mnie to bo cóż się mogło palić? Szybkie spojrzenie w bok, i mam winowajcę. Lokówka. Swąd spalenizny dosięgnął i mnie. Bałam się dotknąć radzieckiej myśli technicznej, ale w końcu odłączyłam ją od prądu, odmawiając przy tym ze trzy Zdrowaśki. Bez żalu wyrzuciłam ją do śmieci. To coś chciało mnie zabić.  Za kuchenną szafką odkryłam fenomenalną tapetę z lat 60. Po prostu cudowna, wzór skradł moje serce-a mówię to ja, osoba, która nie znosi z założenia tapet na ścianie. Gdyby tylko można było w jakiś sposób ją odświeżyć na pewno oprawiłabym ją w ramki i powiesiła fragmencik jako cudowny obraz na ścianie. Ale niestety naturalny kolor gdzieś zniknął, a ten kolor,który powstał poprzez działanie kurzu i brudu niezbyt mi się podoba.

Jeżeli myślicie,że wpadka z lokówką była jedyną,to się mylicie.Otóż w środę doszło do aktu wyprowadzki. Na ostatni moment zostawiłam sobie bardzo bardzo osobiste rzeczy. Typu zestaw leków jak dla emeryta, moje kolorowanki-tak,tak,uwielbiam je i mam zawsze przy sobie.Do tego pościel, kocyk,dwa kochane bezimienne misie płci męskiej(o tym,że są płci męskiej wnioskuję po tym, że nazywam je Miśkami,a nie paniami Misiowymi) oraz bieliznę. Jako, że część miałam zapakowaną w walizce na jutrzejszy wyjazd,drugą część zabierałam luzem.No może nie luzem,ale wiecie o co chodzi. Skończyły mi się worki.Użyłam więc pudełka po butach. Oczywiście kiedy szłam do auta zerwał się wiatr, pokrywka odleciała, a majtaciory i inne części garderoby poczuły wolność i zaczęły latać po parkingu. Szczerze? Dużo mniej upokarzający był zamach na sąsiada,nieudany z  resztą. Dużo mniej upokarzające  było oblanie egzaminu z historii powszechnej.W ogóle chyba wszystko było dużo mniej upokarzające niż łapanie majteczek na oczach sąsiadów. Jakie jest prawdopodobieństwo,że za dwa miesiące nikt nie będzie o tym pamiętał?

Zaglądanie do piwnicznych szafek ma swoje plusy.Oczywiście jest masa minusów,na przykład okropne tłuste plamy i jakieś kawałki tego co kiedyś było posiłkiem, to znaczy przetworem.Ale moja babcia w piwnicznej szafce miała sekretne pudełko,w nim zaś przedwojenną biżuterię prababci,czyli swojej mamy. Znalazłam przepiękny pierścionek i piękne broszki z masą kamyków.Broszek nie noszę, ale pierścionek po odkażeniu znalazł sam drogę na mój palec. Jest piękny, prawdziwy vintage. Drogie panie,robimy porządek w  babcinych piwnicach. Moja oczywiście uznała,że co znajdę to moje.

A na koniec,przyznam się do czegoś,nie wydajcie mnie. Dyplomatycznie stłukłam parę niepotrzebnych rzeczy. W tym ten paskudny obraz,zero wartości artystycznych, za to ponoć sentymenty,ba,wzięły górę i ktoś to trzymał.Jako,że jestem osobą o wielkim pechu,obraz stłukł mi się 5 metrów od domu. A jako,że nie miałam czasu/sił/ochoty, zostawiłam dowody przestępstwa na miejscu zbrodni. Wiem,niedobry ze mnie człowiek.Dla bezpieczeństwa,niczego nie dotykam,nic nie pamiętam.

0c3b4d77c1b9fdf6d5bcab0c729c957f

Ścieżka dźwiękowa-Archive-Game of pool

Kartonowe bum…..

Ha, czym byłby aktualny wpis bez wpadki przeprowadzkowej? Nudnym wpisem zapewne, więc śpieszę donieść, że kolejny raz skompromitowałam się przed sąsiadami i w ogóle samą sobą. Otóż wymyśliłam sobie, że męczy mnie latanie z kartonem w te i z powrotem, więc od razu wezmę dwie sztuki i bach, będzie szybciej. W jednym kartonie miałam książki-wierzcie, bądź nie, ale w piwnicy mogłabym otworzyć bibliotekę lepiej wyposażoną niż niejedna szkolna. Tak więc niosłam ostatnią porcję książek(albo i nie), w drugim kartonie miałam maszynkę do mięsa. Mielenia oczywiście. Gdzieś tak 5 centymetrów od wyjścia z domu uznałam,że to był idiotyczny pomysł i nie dam rady. Ale duma i godność osobista kazała mi iść dalej, bo przecież wszyscy mówili,że nie dam rady. To ja im pokażę,że dam radę. Oczywiście postanowiłam nieco ułatwić sobie pracę. Uznałam,że z dwoma kartonami nie dam rady jednocześnie, ale jeden problemem nie będzie, drugi doniosę po chwili, a w domu powiem,żem dzielnie te dwa zaniosła niczym Herkules. Ok, zniosłam jedno, o z maszynką. Wróciłam po karton z książkami, akurat schodził sąsiad, miły starszy pan. Przepuściłam go, mówiąc,że mi moment zejdzie zanim to podniosę, więc niech idzie przodem. Sąsiad życzliwie zaproponował,że mi pomoże. Ale uznałam,że byłoby bardzo nieelegancko prosić o pomoc 70 latka, w końcu młoda żem, zdrowa, dam radę. Sąsiad podreptał do piwnicy, a ja podniosłam karton i z wrażenia,że tak lekki, żwawo ruszyłam naprzód. Za żwawo. Karton się rozpadł z rękach, zrobił bum. Książki poleciały, i niczym w dziecinnej grze Domino poruszyły maszynkę do mięsa, która wypadła z kartonu i ruszyła schodami za sąsiadem. Usłyszałam krzyk i huk. Byłam pewna,że zabiłam sąsiada i pójdę siedzieć do więzienia. A jako,że zabiłam go przy pomocy maszynki do mięsa, sąd uzna,że było to morderstwo ze szczególnym okrucieństwem i nie wyjdę z więzienia, nim sobie nie wykopię podkopu. Bałam się ruszyć, naprawdę mnie sparaliżowało. I wtedy usłyszałam takie radosne i pełne życia hop hop, żyje pani?Byłam pewna, że to pytanie padło z zaświatów. A ja na to- a pan też żyje? Pan się zaczął śmiać, i zapytał czy tak nie lubię pasztetu na święta, skora rzucam maszynką? Nie, ja kocham pasztet, po prostu jestem gapą. Pan na szczęście zszedł w chwili ataku maszynki grozy już dawno ze schodów, ale nieco był zaskoczony moją metodą na przenosiny rzeczy, ot rzucanie ich po schodach. Dla bezpieczeństwa samodzielnie mi tę maszynkę zaniósł do piwnicy i ładnie ułożył. A ja do końca dnia dziękowałam Bogu, że nikogo moja duma nie zabiła. W ogóle to zaczęłam układać wszystko w tymczasowym mieszkaniu. Po serii dąsów mamy i złości taty, bo im ciągle coś nie pasuje, ciągle słychać pretensji, podczas spaceru po plaży i między moimi okrzykami-ale ta woda zimna, mam mokre stopy, ojej,będę mieć katar, znalazłam bursztyn, jestem głodna-ustaliliśmy,że rodzice rodzicami,ale nadszedł czas byśmy wzięli sprawy we własne ręce. I w jedną godzinę zrobiliśmy porządek z połową kartonów. Dodatkowo dokładnie wymyłam wszystkie kuchenne sprzęty, odkaziłam, i oczywiście chciałam umyć okna. Już złapałam płyn do mycia okien, kiedy zaczął padać deszcz. No ja to mam pecha nie?

W każdym razie dziś nie powinnam pisać. Powinnam być na wakacjach. Już. Ale nie. W niedzielę miałam jechać. Uparłam się, że wyjedziemy po Mszy. Szalenie przeżywałam Dni Młodzieży i godzinami siedziałam przed telewizorem. Możecie się śmiać, ale ja byłam święcie przekonana, że Franciszek mówił o mnie i do mnie. Wycięłam z gazety jego przemówienia i wkleiłam do specjalnego zeszytu. Nie będzie więc narzekania, będzie uśmiech. Bo jak tu się nie uśmiać? No i cóż, kierowca czyli tatko był zły. Bo on miał oczywiście tyle do zrobienia, a tutaj ja sobie Mszę oglądam i w ogóle wszyscy tak leniwie dzień zaczęli. Tatko się zezłościł, że on musi wrócić do domu, że my o nim nie myślimy i  w ogóle to leciały wióry w powietrzu. Albo i gwoździe. Tatko ze złości zrobił rzecz głupią i okropną. Ale dalej. Połowa bagaży była już w bagażniku, gdy brat poszedł włożyć resztę rozległ się głośny sygnał alarmu. Z jakiego to auta?Ano z naszego. Brat wpadł do domu wściekły czemuż to tata zamknął bagażnik i by dał kluczyki, ojciec mój spojrzał na niego wściekłym wzrokiem i rzekł,że kluczyki są na siedzeniu kierowcy, i może sobie wziąć. Brat poszedł i wrócił. Miał dwie wiadomości, dobrą i złą. Dobra to ta, że kluczyki, rzeczywiście są na swoim miejscu. Zła jest taka, że ze złości tata trzasnął drzwiami. Kluczyki zostały w środku.Owszem jest drugie auto. Ale mama odmawia jazdy bez leków na cukrzycę, które są w bagażniku, a ja dziwnie protestuję gdy tata mówi,że wszystkie ubrania dowiezie mi dopiero w niedzielę.  Po 40 minutach eureka, w pracy jest dodatkowy komplet. Tylko trzeba polecieć do firmy i gotowe. Zonk numer dwa-kluczyki do pracy leżą spokojnie za szybą auta. Eureka, taty wspólnik ma komplet kluczy. Zonk numer dwa, wyjechał 200 km dalej na urodziny chrześnicy. Eureka, syn wspólnika wpadnie do jego domu, weźmie klucze, przywiezie kluczyki i będziemy uratowani. Zonk numer trzy, syn ma gości i pojechał z nimi nad morze, zadanie wykona około 19. No to lipa. Atmosfera potworna, tak gęsta, że nawet nóż by nie dał rady. No cóż. Mija kolejna godzina,brat odkrył,że drzwi są zatrzaśnięte na pierwszym poziomie. Ten drugi to na amen, ten pierwszy zostawił lekki prześwit. Próbują walczyć z drzwiami, alarm wyje coraz głośniej. Na balkony wychodzą sąsiedzi, wychodzi i taty kolega. Schodzi na dół, bierze patyk. Patyk już w środku, ale za krótki, nie sięgnął kluczyków. Biorą drugi, dłuższy,ale giętszy, łamie się. Brat proponuje metodę na Breaking Bad. Bierze sznurek, patyk, robi pętelkę, chce złapać klucz. Po 30 minutach efektów brak. Taty kolega wpada na pomysł, idzie do domu po cieniutką, elastyczną, ale wytrzymałą metrówkę. Manewruje, manewruje i wciska przycisk na kluczyku, po 20 minutach jest efekt, drzwi odblokowane. Sąsiedzi biją brawo. Jesteśmy o 3 godziny spóźnieni względem pierwotnego planu. Przekładamy wyjazd , bo tata w takich nerwach spowoduje ze 3 wypadki. A i czasowo leżymy. Leżymy więc kwadrans później na plaży, resetując kompletnie umysły. Mnie już nic nie zdziwi, pewnie dlatego ta sytuacja niezbyt mnie porusza.

Następnego dnia śnił mi się wypadek samochodowy. Wracając z bratem z tymczasowego mieszkania namówiłam go byśmy odpuścili jazdę główną drogą. Mówię, że chociaż jeździ świetnie, to wybierzmy drogę wiejską, taką, gdzie jest spokój. A nie krajową ze zjazdem z autostrady i korkami. I te tiry, brr. Brat niechętnie, bo to dłużej, ale się zgadza. My jedziemy spokojnie i powoli z dala od ruchu, gdy słyszę karetki, straż i policję. Ciężarówka wjechała w auto osobowe właśnie po zjeździe z autostrady. Są ranni. No kto miał przeczucie?  No ja. Potem, koło 17, pojechałam z mamą do Tesco po coś na szybki obiad. Mama nie prowadziła źle, ale jak to mama, uważa,że najbezpieczniej jest jeździć 20 km na godzinę i ciągle na pierwszym biegu. Jedzie dopiero wtedy jak ma całkiem wolną drogę. Po jeździe w pierwszą stronę proponuję mamie byśmy pojechały osiedlową dróżką, taką gdzie nie ma innych aut, bo jakoś mama no cóż, jeździ niepewnie. Mama się nie zgadza. Bo w końcu 20 miesięcy ma prawo jazdy i wszystko super ogarnia. Jedziemy na skrzyżowanie. Nie mamy pierwszeństwa, ale autobus się zatrzymuje i mamę przepuszcza, pokazuje ręką by jechać. Mama stoi, i nie reaguje na moje jedź, ona nie pojedzie bo nie ma pierwszeństwa. Co z tego, że za nią stoi 10 aut, ona musi mieć wolną drogę i dopiero pojedzie jak autobus sobie przejedzie. Kierowca znów pokazuje by jechać, mówię głośniej, no jedź do przodu, on ciebie puszcza. Mama nic, facet trąbi w rytm-jedź kobieto, kto dał ci prawo jazdy, chyba mąż ci kupił. Mama reaguje, mówi mi, ojej on nie ma miejsca i ja muszę pojechać trochę by on mógł wziąć zakręt. No w końcu załapała. Halo, halo, co ty robisz? Buumm…. Tak, moja mama się cofnęła, pojechała do tyłu. Wjechała w inne auto, bo musiała zrobić miejsce dla autobusu. Jezusie słodki, sparaliżowało mnie. Nigdy nie byłam uczestnikiem takiej sytuacji. Na kolanach trzymam truskawki, parę się rozkwasiło, jestem przekonana, że krwawię i zaraz umrę. Nie, spokojnie, żyję, mama się uśmiecha- ha, ha, pierwsza stłuczka dopiero po 20 miesiącach. Jestem super kierowcą. Mi się trzęsą nogi, serce wali, czuję, że zaraz dostanę ataku astmy, wszystko z nerwów. Jestem jakieś 300 metrów od domu, najchętniej bym pobiegła do mieszkania ile sił w wątłych nogach i nigdy nie wsiadła z mamą do auta. Ale głupio mi zostawić mamę, a po drugie wciąż się trzęsę. Na szczęście stuknięty chłopak jest miły i chyba rozczulił go mamy uśmiech. Godzi się nie wzywać policji, i ubezpieczenia,pod warunkiem, że mama da mu pieniądze. Mama daje 500  złotych. To znaczy daje numer telefonu i obiecuje, że za kwadrans wróci z bankomatu. Wsiada za kierownicę i jest taka radosna, że jedzie na słupek. Cudem hamuje, tym razem uderzenie jest leciutkie. Następnie wjeżdża na chodnik, i tak jedzie ze 100 metrów, na moje pytanie co robi w ogóle nie rozumie o co mi chodzi. W domu ochoczo przyznaje się do stłuczki. Tata bierze leki na spokojność, na spokojnie ogląda i wycenia koszt naprawy tyłu auta. Orzeka jednak, że mama ma szlaban na samodzielne jazdy. To znaczy bez taty. Bo moja mama dalej tłumaczy, że to nie jej wina. Bo ona jest dobrym kierowcą. To kierowca autobusu głupio zrobił,że ją puszczał. Bo nie ma prawa przepuszczać innych. To tylko wprowadza zamęt. A mama przecież jeździ zgodnie z przepisami. Kiedy tata mówi- no dobra, to po co jechałaś do tyłu? Nie wiedziałam,że tam jest auto. Nie patrzyłaś w lusterka? No nie, bo po co? Matko i córko. Boję się swoich snów.

W ogóle widzicie ile u mnie się dzieje. Sama jestem zmęczona. Idę się relaksować w kartonowym zamęcie.

d89ed5d9d4e1a85349142529935790e8

Ścieżka dźwiękowa- Kasabian- L.S.F.

Lipiec w lipcu

I tak, podsumowanie lipca robię w lipcu. Na sam koniec. Ten miesiąc przeleciał mi błyskawicznie. Zdecydowanie zbyt szybko. Czerwiec był jakiś taki spokojniejszy, pozwolił się sobą nacieszyć, docenić uroki lata i  te deszczowe dni też jakoś tak płynęły powoli.

Lipiec zaś był bardzo, bardzo intensywny. Nie tylko w pracy, ale i po pracy. Nie było dnia podczas weekendu, który spędziłabym na lenistwie. Zaczynam odczuwać lekką tęsknotę do tych chwil kiedy się człowiek po prostu nudzi. Zdecydowanie brak mi słodkiego lenistwa. Ten miesiąc zdominowało jedno słowo-remont. Masa godzin spędzonych w marketach budowlanych. Dziesiątki kilometrów wydeptanych w sklepowych alejkach doprowadziło do tego, że moje życie na dwa miesiące przeniesie się na wieś. A za te 8 tygodni nie poznam swojego dawnego mieszkania. W zasadzie zostanie jedynie szkielet, wszystko inne ulega wymianie, a wcześniej destrukcji. Poza tymi marketami, spędzałam masę czasu na zacisznej plaży. No i w każdą niedzielę byłam na Starówce, gdzie na nowo zakochałam się w moim mieście. Byłam zakochana w nim wcześniej,ale teraz mam wrażenie przeżywam renesans uczuć. Teatr, kino na dachu-rozwijam się kulturalnie. Towarzysko też było miło, odbyłam trzy miłe spotkania, co z czerwcową posuchą czyni ze mnie osobę nad wskroś towarzyską. Ostatni spacer odbył się przedwczoraj. Dostałam od przyjaciółki uroczy prezent z wakacji, bawiłam się z jej córką i w końcu się szczerze wygadałam. Oczywiście spotkania były w konwencji damsko-damskiej. Tych damsko-męskich nie było. Kolejny miesiąc ciszy  w tym temacie. I wiecie co? Nie rozpaczam, nie żałuję, nawet jest mi dobrze samej z sobą.

Teraz czas na podsumowanie książkowe. Za mną 16 pozycji, z czego trzy to były naprawdę pokaźne tomiska.

Książki wielki minus: Jak znaleźć faceta w wielkim mieście. Singielka, rozczarowana kolejnymi nieudanymi związkami postanawia kupić parę poradników i szukać miłości życia zgodnie z wytycznymi autorek. Jedna książka każe jej zostać boginią seksu i wydać 120 % miesięcznej pensji na koronkowy komplecik bielizny. Inna zaś książka znawczyni tematu uwodzenia zmusza ją do wysłania każdemu znajomemu mężczyźnie swojej wizytówki. Ponoć ten trik działał gdzieś tam w 19 wieku. W każdym razie książkę tę radzę omijać łukiem szerszym niż ten Triumfalny. O tym jak „fantastyczna „jest ta książka niech poświadczy ten cytat:

13 kwietnia
Oderwałam wzrok od jego oczu i spojrzałam na lewy biceps. W ramach unikania kontaktu wzrokowego. Boże, jaki był seksowny. Zastanawiałam się, jak wygląda bez koszuli. Na przykład w warsztacie stolarskim.

Czas na plusy,a  tych było kilka, jak nie kilkanaście.  W naszym domu Jodi Picoult. Z początku omijałam jej książki, bo skoro zachwycał się nim tak mocno świat, to znaczy,że historie są łzawe i przeciętne. Oczywiście istniała też szansa, że się mylę i te książki naprawdę są na plus. I ta nią jest na pewno. Jacob ma 18 lat, jest piekielnie inteligentny, ma genialne poczucie humoru, oddaną matkę i młodszego brata. Ma też Zespół Aspergera. Choroba ta ogranicza go w wielu kwestiach, wymusza pewne zachowania. Jacob nie znosi wszystkiego co nie jest z góry zaplanowane. Wszystko musi mieć odpowiednie miejsce, czas, kolor czy kształt. Nastolatek każde słowo przyjmuje dosłownie, nie ma w sobie empatii, stroni od nowych osób i najlepiej czuje się w swoim uporządkowanym świecie. I ten świat upada gdy znika Jess, atrakcyjna studentka i trenerka społeczna Jacoba. Na Emmę, matkę spada nagle ogromny ciężar, który ciężko udźwignąć. Brzmi tak dość banalnie, ale ta książka jest mądra, uczy cierpliwości i szacunku do odmienności. Jodi to specjalistka od poruszania ważnych kwestii w dość przystępny sposób, który naprawdę wciąga.

Rozpamiętywanie żalów to jak jazda samochodem, który ma tylko wsteczny bieg

 

Przejdę teraz do grubej książki-prawie 900 stron, w różowej okładce. Pewnie myślicie, że to kobieca pozycja,albo poradnik dla żony idealnej? Ewentualnie kolorowanki z Barbie, albo zbiór wskazówek jak taką sztuczną lalą zostać. O nie. Różowa okładka skrywa powieść Orhana Pamuka, Muzeum niewinności. To historia miłości. Miłości wyidealizowanej, maniakalnej, po prostu chorej. On ma narzeczoną i 30 lat, ona jest jego 18 letnią kuzynką. W pierwszych scenach ulegają pożądaniu, przez resztę kart książki bohater nie może żyć normalnie, miłość go obezwładnia. On nie żyje niczym innym niż pragnieniem bycia z nią. Ale czy los im na to zezwoli? Ta książka jest po prostu pięknie napisana, Pamuk jest mistrzem słowa, kreśli przepiękne zdania o zwykłym/niezwykłym życiu. Do tego pokazuje Turcję, taką jaką jest i jaką była. Jest szczery, bezpośredni i intrygujący. Codzienne życie opisuje bowiem on w taki sposób, że nie sposób się oderwać, wręcz z napięciem czeka się na to przyniesie naszemu bohaterowi kolejny dzień wypełniony tęsknota. Jeżeli jeszcze nie czytaliście książek Orhana Pamuka, to Muzeum niewinności będzie idealne na początek.

Czym jest miłość?
-Czym?
-Miłością nazywa się uczucie, jakim Kemal darzy Füsun, gdy patrzy na nią na drogach lądowych i na chodnikach, w domach i parkach, a także w restauracjach oraz przy stole podczas kolacji.
-Hm, efektowna odpowiedź…- mówiła Füsun- Czy gdy mnie nie widzisz, miłość przestaje istnieć?
-Staje się wtedy chorobą, okropną obsesją.

Aż wstyd, że dopiero teraz sięgnęłam po Dziennik Anne Frank. Od razu zaznaczę, że Dziennik nie odznacza się literaturą najwyższych lotów, w końcu są to zapiski dziecka. Ale zmysł obserwacji Anne, jej skrupulatność, dbanie o szczegóły robi wrażenie. Anne to dziewczynka, która zaczyna dojrzewać w trudnych wojennych czasach. Jej listy do wyimaginowanej koleżanki są pełne niepokoju i lęku o przyszłość. Ale i problemów każdej dziewczynki w jej wieku. Kłótnie z rodzicami, chęć bycia traktowania jak dorosła, pierwsze zauroczenia, zainteresowanie własną cielesnością, zazdrość, gniew. To połączenie sprawia, że Dziennik jest tak poruszającą pozycją. Czytając ją momentami miałam łzy w oczach. Oczywiście jest to pozycja obowiązkowa. Przemyślenia młodziutkiej Anne naprawdę robią wrażenie, posłuchajcie:

W każdym zmartwieniu jest iskierka czegoś pięknego, kiedy się na to patrzy, zauważa się coraz więcej radości i samemu wraca się do równowagi. A kto jest szczęśliwy, ten będzie uszczęśliwiać innych, kto ma odwagę i ufność, nigdy nie zginie w nieszczęściu!

 

Herbaciarnia Madeline. Mam spory sentyment to książek o herbaciarni, którą prowadzi Madeline. Poznałam ją podczas czytania Uśmiechu Madeline, teraz sięgnęłam z dużą przyjemnością po Herbaciarnię. Wiecie jaka jest ta książka? Jak kubek herbatki,z  lipy bądź rumianku w zimny i ponury dzień. Historia urzeka bezpretensjonalnością, ciepłem i urokiem. Koi zmysły, odpędza złe myśli, a przepisy zawarte na samym końcu mają działanie terapeutyczne. Wiem, że historia mieszkańców Avalon nie jest czymś na miarę Nobla, ale nie zawsze ma się ochotę na coś co zmusza do myślenia i analizowania każdego słowa. Ta lekka i przyjemna książka po prostu dodaje otuchy.

Najbardziej fundamentalne rzeczy w życiu- narodziny i śmierć- nie podlegają naszej kontroli. Ludzie poświęcają nieraz całe życie, próbując je kontrolować, ale to po prostu niemożliwe. Nawet, jeśli nam się wydaje, że to my stawiamy warunki, tak nie jest. Taka jest trudna prawda. Może Ci się to nie spodobać, ale nie możesz z tym walczyć. Żaden człowiek nie jest do tego zdolny.

Filmowo nie było najlepiej. Skupiłam się na serialu Night Manager,w zasadzie to mini serialu. Obsada robiła wrażenie, szpiegowska historia również zapowiadała się ciekawie. Ale przez 2 pierwsze odcinki nie odczuwałam pozytywnych emocji w stosunku do żadnego bohatera, ani do fabuły. Doctor House bez fiolki Vicodinu nie był tak smakowity w odbiorze. Ale nie, w połowie 3 odcinka naprawdę się zaczęło coś dziać i całość mnie wciągnęła. I to mocno. W tym serialu urzeka brak szybkiej akcji, brak atrakcji, jest za to powolna akcja służb i próba skontrolowania handlu bronią z ogarniętym wojną Bliskim Wschodem. Na koniec stwierdziłam-podobało mi się.

O Taxi Teheran już pisałam,więc powtarzać się nie będę. Ale wspomnę o przeuroczym filmie 84 Charing Cross Road. Otóż film ten to relacja z korespondencji listowej między Helen a Frankiem. Ona jest amerykanką i szuka rzadkich książek, on prowadzi w Anglii mały antykwariat. Przez lata ich znajomości stają się sobie wyjątkowo bliscy, to prawdziwie głęboka przyjaźń, oparta na listach. Ten obraz jest bezpretensjonalny, bardzo skromny, niemal surowy, pokazuje różnice kulturowe między Anglią i Ameryką, i niezwykłe uczucie, jakim darzą się główni bohaterowie. No i ta obsada, Anthony Hopkins, Jodi Dench oraz Anne Bancroft. Ma ten obraz swoje lata, ale koniecznie zobaczcie jak wygląda prawdziwa przyjaźń.

A ja tymczasem witam słoneczny weekend kolejną partią kartonów do zapełnienia. Czy można cierpieć na kartonofobię? Ja ją właśnie zaczynam odczuwać. Karton mnie przeraża…

6da492949e34f0e654c13d6d58423f49

Ścieżka dźwiękowa- Kaiser Chiefs- Tomato in the rain

 

I mamy część trzecią

Jak ja mam wolny dzień to zawsze pochmurny i chłodny. Czwartek był piękny, słoneczny i ciepły. A piątek? Hmm, okropny. Szary, ponury i męczący. Musiałam załatwić parę spraw na mieście i nie rozstawałam się z parasolem. Trudno. Uznałam, że przynajmniej nic nie będzie mnie rozpraszać przy przygotowaniach do przeprowadzki. Zaczęłam się pakować. Zaczęłam od góry szafy, tam zaglądam bardzo, bardzo rzadko. Praktycznie prawie nigdy. Wiecie co znalazłam jako pierwsze? Katalogi biur podróży z sezonu 2000/2001. Wtedy bowiem szykowałam projekt o Meksyku na lekcje geografii. Wtedy też, mając 12 lat przygotowałam sobie w tym katalogu listę miejsc, które muszę odwiedzić w wakacje. Lista hoteli wciąż była zaznaczona w katalogach. Kto by pomyślał, że 16 lat wstecz uważałam,że jak wakacje to tylko na Dominikanie, albo w Kenii. Z planów nic nie wyszło, wręcz nie chciałabym by się spełniły- lot samolotem? Ależ byłam odważna. Bez żalu wyrzuciłam część dzieciństwa. No dobrze, nieco żalu było. W ogóle ten remont to masa zamieszania. Mój dom chwilowo wygląda tragicznie. Nie ma już połowy mebli, większość rzeczy leży luzem na podłodze co jak wiecie dla pedantki jest niemal równoznaczne z wielokrotnym zawałem. Smutno patrzeć na łyse ściany i kurz dookoła. A jeszcze zadzwoniła cioteczka z gór, że właśnie wybiera się do sanatorium nad morze, i wpadnie z mężem nas odwiedzić. Na szczęście wybito jej ten pomysł z głowy.

Kiedy tak już opróżniłam górą część szafy logicznym krokiem była wyprawa na śmietnik. Wzięłam jeden wielki worek śmieci papierowych i od razu drugi worek śmieci codziennych. Ledwo co wyszłam na klatkę, stanęłam u szczytu 6 schodków i bach,pękły mi worki. Na moje/swoje nieszczęście akurat drzwi wejściowe otworzyły się i młoda, elegancka sąsiadka wchodziła na klatkę. Ostatkiem rozsądku upuściłam worek z papierami, zaś normalny skierowałam na siebie. Sąsiadka i tak wykonała dziki taniec przerażanie i oburzona krzyczała,że atakuje ją papier. Tymczasem ja stałam i chciałam być niewidzialna. Mówiłam sobie-Boże spraw bym była niewidzialna, proszę, proszę.Niestety, otworzyłam oczy i to nie był sen. Dość powiedzieć, że był piątek, na obiad miałam łososia, tacki po rybie i łuski spoczywały sobie na moich spodniach. I wiecie? Naprawdę żałowałam,że nie posłuchałam mamy i z tych pofarbowanych nie zrobiłam sobie domowych dresików. Teraz stałam śmierdzącą rybami i próbowałam zachować dobrą minę do złej gry. Sąsiadka zaczęła się śmiać, ja również, w końcu co więcej może zrobić osoba, która ma na sobie nowoczesne ubranko złożone z tony śmieci? No cóż, pozbierałam co miałam, swoją godność włożyłam do fioletowego worka pachnącego truskawką i poszłam na śmietnik.

Z kategorii jeżeli ulicą idzie 20 osób to pijany nastolatek musi akurat wybrać ciebie by podzielić się  całym alkoholem jaki przyjął podczas weekendu? Jak to dobrze, że posiadam po prostu genialny refleks, dzięki temu uchroniłam buty-tak, te nowe, i kolejną parę spodni przed nieprzyjemnym spotkaniem z wnętrznościami młodzieńca. Niestety takie widoki są ostatnie w kolejce na mojej liście marzeń. Może jestem dziwna, ale nie znoszę wymiotowania w mojej bliskiej obecności. Dlatego też wczoraj pobiłam wszystkie rekordy świata w kategorii jak w 0,0003 sekundy uciec w lewo. A w ogóle to uważam,że ta dzisiejsza młodzież jest w sporej części dysfunkcyjna. Kiedy patrzę na dziewczyny z bloku obok, które w wieku 16 lat śpią w weekendy na ławce bo nie wiedzą jak trafić do domu 15 metrów dalej to mi się ręce załamują. Czy tylko ja byłam grzeczną dziewczynką, która nigdy nie miała kaca i nigdy nie przesadziła z alkoholem? Macie mnie, nigdy nie piłam, to nie miałam jak przesadzić. Chyba,że można upić się zieloną herbatką?

Przejdźmy do dużo przyjemniejszych rzeczy. Bo takie były.

Nauczona doświadczeniem w sobotę wieczorem wyruszyłam z odpowiednim zapasem z domu by nabyć bilety na Kino na Szekspirowskim. Udało się bez problemu. No,została mi jedynie wolna godzinka. Ale nie oszukujmy się, jesteśmy w centrum Gdańska bez problemu można zająć sobie czas. Ja wybrałam małą knajpkę z muzyką na żywo, gdzie piłam bardzo pikantną herbatkę po żydowsku. Szczerze mówiąc, aż szkoda było mi wstawać i ruszać na dach. Ale ruszyłam. Film- Taxi Teheran, podbił moje serce. Prosty, taki codzienny obraz życia w Iranie, pokazany przez reżysera, który ma zakaz kręcenia filmów. W związku z tym film nakręcił nielegalnie, jeżdżąc taksówką. Całe show moim zdaniem skradła jego urocza siostrzenica Hana, dziewczynka ma olbrzymi talent. Jestem pewna, że może zostać wielką aktorką. Ale chwilami ciężko było mi skupić się na filmie. Wystarczył rzut oka w bok i podziwiałam nocną Starówkę . Po prostu bajka. Chwilami nie wiedziałam gdzie patrzeć. Gdyby tylko komary mnie kąsały, a krzesła miały miększe oparcie mogłabym nigdy nie schodzić schodami w dół ku normalności…..

W niedzielę pogoda znów się nie popisała. Zupełnie nie rozumiem czemu na trzy dni zapomniało o nas słońce? Owszem, mogłam założyć letnią sukienkę, wybrałam tę w kwiatki, i dokonałam zaskakującego odkrycia. Ona nie jest w kwiatki a liście. Wpadłam w konsternację i z zaskoczenia nie mogłam wyjść przez kwadrans. Byłam pewna,że kupowałam sukienkę w kwiatki, ale cóż, starość nie radość. Wracamy do pogody, która była szara i ponura. Ciągle nie wiedziałam-zacznie lać czy też nie? Nie padało. Pewnie dlatego,że wzięłam z sobą dwie parasolki. Gdybym tylko wyszła bez, od razu by lało. W sobotni wieczór nie miałam za wiele planów na niedzielę. Ale około 9 rano plany się pojawiły. Moja babcia chciała wpaść złożyć podwójnie imieninowe życzenia-mi spóźnione, mamie przyśpieszone. Ale warunki mieszkaniowe, a raczej ich brak, spowodował,że postanowiliśmy pojechać do naszej pierogarni i tam poświętować. Ale, ale, w końcu w Trójmieście była też Ania, a nie mogłam sobie odpuścić choć krótkiego spotkania. Spotkanie było za krótkie, ale było. Szkoda, że pogoda nie dopisała tym razem,ale postaram się za rok zabukować lepszą. Po uroczym, choć krótkim spotkaniu ruszyłam na rodzinną fiestę. Kiedy babcia mieszkała razem z nami było dziwnie. Często działaliśmy sobie na nerwy i mieliśmy siebie dość. A tutaj takie zaskoczenie, było wyjątkowo miło. Wszyscy dzielili się pierogami, żartowali i miło spędzili czas. A do tego okazało się, że moja babcia bardziej ceni imieniny od urodzin, dowiedziałam się tego po dwukrotnie większej zawartości koperty. A pierogi? O jejku, Oreo podbiły moje serce. Ale i sama nie wiem czy lepsze były te z bobem, czy z gęsiną i cebulową konfiturą? Do tego miła kelnerka powiedziała mojemu bratu, że jeżeli szuka Pokemonów to są w kąciku dziecięcym i ona dziś tam dużo nałapała. No obsługa idealna.

Idealnej obsługi nie miałam u fryzjera. Szalenie mi się spodobała fryzura pewnej aktorki. Dokładnie pani z serialu Night Menager. Pokazałam ją wczoraj fryzjerce, a ona zaskoczona rzekła-Madziu ja ciebie tak ścinam od pół roku. No widocznie ze mną kiepsko,bo tego nie zauważyłam,ale miło mi. Problem tylko jest taki, że tym razem moja ukochana fryzjerka ostrzygła mnie zupełnie inaczej niż pani z serialu. Jaka tam pani serialu, niż ja. Ale plusem był fakt, że pani Basia w ogóle nie zauważyła nadpalenia grzywki. Wręcz chwaliła miękkość włosów-padło pytanie czy nie zmieniłam oby szamponu. Nie, nie zmieniłam. Tak więc wszem i wobec ogłaszam- Dziewczyny, podpalajmy sobie końcóweczki.

Jako, że wczoraj kupiłam sobie sandałki, z racji upału oczywiście, dziś śmiało mogę odwołać upał i wakacyjne klimaty. Wybór odpowiedniego modelu zajął mi jedynie 40 minut. Wszystkie modele były albo na wskroś hipisowskie i posiadały setki, jak nie tysiące rzemyków. Albo świeciły się niczym diamenty w królewskiej koronie i krzyczały-kocham cekiny i brokacik. W końcu znalazłam te klasyczne, proste i eleganckie. I co? W kartoniku znalazłam jedynie jeden but. Po kolejnych 20 minutach pani znalazła drugiego, na wystawie w dziale dziecięcym…. Czyżby dziewczynki nosiły bardziej spokojne modele niż ich matki?

Dziś rano pomyliły mi się tubki z kremami. Zamiast tym pod oczy 25 plus, posmarowałam sobie solidnie delikatne okolice żelem punktowym na trądzik, własność mojej siostry. Nie polecam, chyba,że chcecie straszyć otoczenie swoim posępnym spojrzeniem i płakać z powodu pieczenia oczu. Tą dobrą radą kończę. Dziś zaczyna się przeprowadzka, a jeszcze tyle do zrobienia…..

7406308db190498b7343271935b07a71

 

Ścieżka dźwiękowa- Dave Matthews Band- Seven