City of Stars

Jest takie miasto, które kusi szczególnie. Jest takie miasto, które przyciąga marzycieli. Jest takie miasto gdzie mogą spełnić się najbardziej odważne sny. Jest takie miasto, gdzie można też boleśnie się rozczarować i ostatecznie pogrzebać swoje marzenia.

2b9c0f352460ca0ef0dab93c671afcc8

Dwójka marzycieli, młodzi, piękni, jak z okładki. Ona marzy by porzucić pracę kelnerki i zostać wielką aktorką. On marzy by zostać właścicielem klubu jazzowego. Pewnego dnia dwójka marzycieli się spotyka i postanawia razem walczyć o swoje marzenia, wspierać się, być przy sobie, kibicować i razem wejść na szczyt. Szczyt jest blisko, ale miłość się chwieje. Piękny związek staje na krawędzi, czy warto dla miłości poświęcać marzenia? Czy warto dla marzeń poświęcić miłość? Czy można być spełnionym na każdym polu? Czym tak naprawdę jest szczęście?

Tak, tak, w ramach weekendu kiedy mogłam wszystko to na co miałam ochotę, spełniłam swoje małe marzenie, chciałam zobaczyć La La Land i zobaczyłam. Chociaż zobaczyłam to za małe słowo.

Ja przeżywałam ten film, celebrowałam każdą sekundę, każde ujęcie, każdą nutę. Ekscytowałam się prawie każdym słowem, upajałam pięknem i kunsztem. Na koniec na zmianę, byłam zachwycona, szczęśliwa i wzruszona. Chciało mi się płakać. Sama nie wiem, czy to z radości czy z pewnej nostalgii. Nie z powodu napisów końcowych, a z powodu końca tej historii. Naprawdę chciałam pocieszyć głównych bohaterów, oj,jak ja marzyłam by wielki ekran mnie wciągnął i przeniósł na uliczki Los Angeles…

84be02b220869f456505dccc9cd4df41

Klimat, niezwykły. To coś co charakteryzuje ten film. Przepiękne zdjęcia, niezwykle pastelowy świat. Fantastyczna muzyka. Muzyka, która momentalnie wpada w ucho i zapewniam, szybko z niego nie wypada. Prosta, bezpretensjonalna, genialna w swojej delikatności. Niezwykle ujmująca i łapiąca za serce. To wszystko tworzy niemal magiczny nastrój.

Chociaż cała historia jest podszyta melancholią, to ostatecznie  poprawia nastrój. Przenosi w zupełnie inny świat, czaruje, odrywa od ziemi. Pozwala zapomnieć o problemach, codzienności i szarości. Mimo,że obejrzałam ten film już parę dni temu, wciąż widzę świat w pastelowych barwach.  I co jest niezwykłe, myślę dużo bardziej pozytywnie. Chcę zostawić niepewną przyszłość i puścić oko do teraźniejszości. Jestem tu i teraz i maksymalnie wykorzystuję dzień dzisiejszy.

Wciąż nucę sobie piosenki z tego filmu, ciągle mam przed oczyma cudowne obrazy. Owszem, nieco cukierkowe i bajkowe, ale zdecydowanie tego potrzebuję. Tego innego świata, unoszenia się na różowej chmurce ku prostej radości.

Ryan i Emma. Aktorsko dobrani są idealnie. Ileż oni mają w sobie żaru i magnetyzmu. Oni chyba naprawdę muszą się lubić, tak po ludzku. Emma jest naturalna, skromna i dziewczęca,a  te romantyczne sukienki? Och i ach. A Ryan? No cóż, od paru dni mam przed oczyma jego postać w garniturze. Mężczyzna i idealnie dobrany garnitur, czyż może być coś piękniejszego? Zdecydowanie nie.

Zakochałam się. Zakochałam się w tej bajce. Nie chcę chodzić, ja chcę płynąć w rytm ścieżki dźwiękowej.

Czy to jest ten film, który trzeba zobaczyć choć raz w życiu? Zdecydowanie tak. Dla mnie to urocze, przepiękne i fascynujące arcydzieło. Idealne połączenie lekkości kina masowego z  intymnym klimatem, który ma kino ambitne. Możecie myśleć,że zwariowałam, ale….Oglądając go miałam wrażenie,że został nakręcony tylko dla mnie….

 

70999e6d809330d330a6098e9c61ae6a

 

Ścieżka dźwiękowa- Ryan Gosling- City of stars

Rozliczenie

Nie będzie o podatkach, będzie o weekendzie. Skoro zaprosiłam Was do mojego wyzwania poświęconego lutowemu weekendowi dla siebie, to nie mogę zamknąć tematu,nie omawiając jak było u mnie.

Jako,że tamten tydzień był paskudny,potrzebowałam tych dwóch dni spędzonych na słuchaniu samej siebie i robieniu tego na co mam największą ochotę. Posłuchałam więc mojego wewnętrznego głosu i w końcu mogę powiedzieć- to był udany i bardzo mój weekend. Niby tylko dwa dni, sobota i niedziela, a zastrzyk pozytywnej energii na pewno pomoże mi przetrwać najbliższe dni z większym uśmiechem na buzi.

W sobotę rano zachciało mi się pączków, nie ze sklepu a takich domowych, z moją konfiturą z płatków róży. Zagniotłam więc drożdżowe ciasto i z zachwytem patrzyłam jak rośnie. A jak mi się znudziło poszłam na spacer, taki długi. 3 kilometry w jedną stronę, doszłam do jednej z dzielnic Gdańska i cóż, pewnie szłabym dalej gdyby nie to,że skończyła się ścieżka, a skakać przez rzekę zdecydowanie mi się nie chciało. Poza tym siostra nieco marudziła,że czas wracać. Wróciłam więc do swoich pączków. Po drodze zrobiłam jednak zakupy, postanowiłam ponieść się fantazji i kupić parę rzeczy, które za mną chodziły, a było mi szkoda ich kupić. Spokojnie, nic drogiego. Same zdrowe produkty do zjedzenia.

Co prawda po usmażeniu 41 pączków czułam się jakbym wzięła kąpiel we frytownicy,ale byłam zadowolona. Na fali zadowolenia i entuzjazmu umyłam wszystkie okna. Po drodze przeczytałam 2 książki, i posiedziałam nad kolorowankami. Myślałam,że ten dzień powinien się kończyć, ale nie, on miał przyjemne zakończenie. Ale o tym zakończeniu będzie nieco później. W każdym razie w sobotę poszłam późno spać. Rozbudziłam ciekawość? Trudno, poćwiczmy cierpliwość.

W niedzielę marzyło mi się spokojne śniadanie, i parę godzin totalnego lenistwa. A potem mój wewnętrzny głos oznajmił,że dość leżenia, czas działania. Zadzwoniłam do Asi i spontanicznie zaproponowałam spotkanie. Okazało się,że ma wolne popołudnie, więc chętnie się spotka. Umówiłyśmy się w bardzo klimatycznej knajpce, piłyśmy czekoladową kawę zbożową, w kominku paliło się drewno, obok wypoczywał wielki Mops. Gadałyśmy, śmiałyśmy się i planowałyśmy kolejne ciekawe spotkania i atrakcje. Kiedy szłam na przystanek by dostać się do domu,dostałam telefon od mamy,że jadą do centrum miasta,bez większego celu,ale mogą mnie zabrać autem. Jako,że zaczęło padać chętnie przystanęłam na ich propozycję i pojeździłam po wieczornym Gdańsku. Zupełnie bez celu, byle przed siebie. A wieczorem, ocalone pączki, książka i serial.

Totalnie oczyściłam umysł, odpoczęłam, zresetowałam złe emocje. Poczułam się sto razy lepiej niż w piątkowe popołudnie. Coś czuję,że częściej będę sobie aplikować takie weekendy. Zdecydowanie częściej.

A Wy jak spędziliście ten weekend?

Ścieżka dźwiękowa-   Fats domino – Blueberry hill

 

 

,,Od dziś – już nic nie muszę!

 

Każdy z nas każdego dnia musi zrobić wiele rzeczy. Musimy być dobrymi pracownikami, organizatorami życia-swojego i rodziny, kucharzami, matkami, siostrami, idealnymi dziećmi i super rodzeństwem.

Robimy wiele rzeczy, które musimy. Rzeczy i czynności, które wymaga od nas codzienność. Powiem Wam szczerze,że  i wiele jest punktów na mojej liście pod hasłem robię bo muszę,ale najchętniej bym zrobiła coś co daje mi prawdziwą przyjemność. Ale mus to mus. Pewnie i Wy tak macie. Nasza wspólna lista byłaby długa i odnosiłaby się do tych drobnych codziennych kwestii-nie znoszę prasować, ale to robię,bo dzieci nie mogą spać w pościeli, której nie uprasuję co najmniej trzy razy. Nie znoszę gotować, ale gotuję obiady z trzech dań,by mąż mnie kochał po ostatnią deskę z trumny. Nie znoszę zdrowej kuchni,ale katuję się marchewką na parze,bo wstyd się przyznać,że jadłam na obiad podwójną porcję mrożonej lazanii. Ale i tych większych. Nie znoszę swojej pracy,ale tkwię w niej i pogłębiam poczucie beznadziei. Nie znoszę życia w mieście, ale muszę w nim  tkwić bo tak jest łatwiej, a naprawdę marzy mi się wieś. Albo na odwrót, wydaje mi się,że muszę żyć w małym mieście, chociaż tak naprawdę marzy mi się miasto, praca w centrum, i ruch za oknem. Ale tkwię i tylko marzę.I tak dalej i tak dalej. Takie przykłady z życia można mnożyć.

Mieliśmy już tydzień skakania po dach. A teraz ogłaszam weekend kiedy nie musimy nic,a  możemy wszystko.

Możemy zrobić sobie cały weekend robienia tego co naprawdę chcemy i na co naprawdę mamy ochotę. Albo jeden dzień, albo pół dnia, albo chociaż jedną czynność.

Marzy Wam się spacer zamiast sprzątania? Kurteczka, czapeczka i ruszajcie. Marzy Wam się godzina w wannie z maseczką na twarzy i zapachową świeczką zamiast latania po sklepie i robienia zakupów na niedzielny obiad? Zróbcie to na co macie ochotę, a w niedzielę idźcie do knajpki. Albo usmażcie jajecznicę. Może marzy Wam się od miesiąca kino,ale nawał pracy sprawia,że marzenie odkładacie w czasie? Praca na bok, idziemy do kina. A może marzy Wam się nie robić nic? Tak zupełnie nic, leżeć na kanapie i liczyć rysy na suficie? Proszę bardzo, leżcie, i relaksujcie się. Przy okazji możecie pomyśleć o tym jak sprawić by większe marzenia się spełniły. Jak zmienić nielubianą pracę, jak rozwinąć swoje hobby, jak więcej czasu poświęcać każdego dnia samej sobie. Dla zdrowa, dobrego samopoczucia i higieny psychicznej to wyjątkowo ważne.

Piszę o tym bo miniony pracowniczy tydzień był okropny. Stres w pracy, nawał zleceń, zła atmosfera, większe i mniejsze konflikty. Świetna atmosfera siadła, ba,była gęsta jak twaróg. Rano żałowałam,że się budziłam, wieczorem na myśl o pracy miałam dreszcze. Wszystko to odchorowałam bólem brzucha i zmęczeniem. Nie miałam czasu dla siebie. Po pracy wpadałam w wir codzienności-zajętości, zapomniałam by zadbać o siebie. W efekcie w pracy byłam rozkojarzona i podatniejsza na stresy. Do tego zmiana pogody, ciągły ból głowy. Błędne koło. I tak przez calutki tydzień.

 

Ten weekend poświęcę na spełnianie swoich małych marzeń. Śniadanie na mieście. Długi spacer. Pieczenie ciasta. Wieczorny seans filmowy. Wszystko czynione bez pośpiechu, w zgodzie z samą sobą.

a63b4207f8c7e3c463e04756ae1af807

Zacznijmy drobne zmiany od tego weekendu. Spróbujmy słuchać tego co mówi nam nasz organizm, zwolnijmy,albo wręcz przeciwnie, zróbmy coś na no naprawdę mamy ochotę. Zadbajmy o swoje potrzeby. Mam nadzieję,że po takim weekendzie z przyjemnością zaczniemy nowy weekend. I będziemy milsi dla samych siebie.

To co zaczynamy nasze weekendowe wyzwanie?

6787445fb9b27e75916da339e21a2136

P. S. Dziś wieczorem koniecznie znajdę czas na zadbanie o siebie. Pokochałam ostatnio płyny do kąpieli z Avonu, konkretnie ten o zapachu pomarańczy i czekolady. Czuję się jakbym kąpała się w wannie wypełnionej po brzegi Delicjami. Jeżeli też macie ochotę na taką słodką kąpiel to kod rabatowy do Avon Wam pomoże 🙂

 

Ścieżka dźwiękowa- Editors- No harm

Serce w promocji

No tak, ja miałam Walentynki daleko w poważaniu. Denerwował mnie ten dzień. Szczególnie pytanie od bliskiej koleżanki, która doskonale zna moje położenie, czy też raczej stan cywilny i wie,że nie mam żadnych przyległości,ale nie,musiała się niby to życzliwie podpytać z kim spędzam popołudnie. Jak usłyszała,że w domu będę odpoczywać uznała,że nie mogę być w domu. Bo taki dzień, taka noc,tylko raz w roku. Muszę iść, byle gdzie, byleby iść i szukać partnera. No dajcie spokój. Ludzie powariowali.

Wracam do domu po okropnie męczącym i irytującym dniu w  pracy. Mimo, że była dopiero 15.30 ja już myślami byłam w piżamie i pod kocem. Bolała mnie głowa, ach te spadki ciśnienia. W pokoju na łóżku znalazłam ptasie mleczko, parę kuchennych gadżetów i książki, z biblioteki, które przyniosła mi siostra. Głupio mi się zrobiło bo ja nie miałam dla niej nic. Nie wiedziałam,że tak się bawimy. Gdybym wiedziała to bym coś miała, a tak lipa. Postanowiłam więc polecieć po jakieś ciasto, jako,że moje niedzielne się skończyło, uznałam,że dobre ciacho to będzie miła niespodzianka. Obeszłam 3 piekarnie, w żadnej nie było normalnego ciasta, same tam serduszka, aniołki, czy kiczowate wyznania I Love You. W końcu się poddałam, weszłam do 4 cukierni i uznałam,że wezmę co będzie. Choćby był to nagi amorek. Były dwa rodzaje słodkości, bezy -serca, albo piernikowe serca. Jako,że piernikowe serducha zawierały w sobie czekoladę, poprosiłam o takie duże, duże serce. Pan za ladą, tak z 60 wiosen powiedział:

-Ale nie może pani go kupić.

Nieco zgłupiałam. Albo nieświeże, albo zarezerwowane. Popatrzyłam nań dziwnie i czekałam na dalsze tłumaczenie. Nie zawiodłam się.

-Pani nie może kupić serca, to mężczyzna powinien je pani podarować. A pani sama w sobie powinna być dla niego prezentem.

Chciało mi się śmiać, bo wyobraziłam sobie siebie ubraną jedynie we wstążkę, jako prezent. A kysz, aż mi się zimno zrobiło, zima, lekki mróz, a pan mi prezentach mówi. Byłam szczera.

-A wie pan,że ja to dla siebie kupuję?

Pan pogłaskał się po lichej brodzie.

-Ja jestem człowiek starej daty, niech pani weźmie to serce. Ode mnie, nie może pani go kupić, musi je pani dziś dostać.

Zrobiło mi się okropnie głupio. Ale mimo wszystko odrobinę miło. Nawet bardziej niż odrobinkę.

Uznałam,że nie mogę wziąć tego wielkiego serca za darmo, ot tak, jako walentynki. Zapłaciłam pół ceny,po długich negocjacjach. Pan starannie zapakował serduszko. I pożyczył smacznego wieczoru.

Był smaczny. To był naprawdę pyszny piernik. Bo miał w sobie czekoladę doprawioną ludzką życzliwością.

294bc0e2cf252fa50d949275ac75d2c3

Ścieżka dźwiękowa-  Dave Matthews Band – Rooftop

6 piosenek bez różowych motylków

Walentynki. Moje wspomnienia? Zawsze parę dni przed szłam z koleżanką do sklepu papierniczego, kupowałyśmy parę kartek i wysyłałyśmy je walentynkową pocztą do naszych sióstr. Zawsze podpisane Tajemniczy Nieznajomy. Nie wiem czy powinnam głośno o tym mówić, ale nigdy nie dostałam walentynkowej kartki. Ba, złamanego ,czekoladowego serduszka też nie. Ale nie oszukujmy się, nie znoszę takich sztucznych świąt. Więc nie zamierzam nigdy go obchodzić. Choćby sam Brad Pitt ( w garniturze), Dave Gahan( bez koszulki) czy też Jude Law ( w sutannie) błagali na klęczkach. Nie i już.

Ale na fali tego jakże różowego, radosnego i pełnego miłości święta,zapraszam na szybki przegląd piosenek o miłości, albo zupełnie nie o miłości, które pomogą tym, którzy jutrzejszego święta nie spędzą na romantycznej kolacji, w blasku świec. Nie założą czerwonej sukienki i nowej niewygodnej ,acz seksownej bielizny. Nie kupią, albo nie dostaną dwóch tuzinów róż.

Zapraszam na walentynkową imprezę po mojemu.

Zaczynam na ostro. A co tam. To moja impreza,i moje prawa.

You’re killing me again
Am I still in your head?
You used to light me up
Now you shut me down….

Again, Archive. Prawie 16 minut rozdzierającego serce utworu o miłości, która zdecydowanie nie dodaje skrzydeł. Wielkie uczucie, wielkie cierpienie, ogromny ból, żal, złość, smutek. Epicki utwór, w sam raz dla tych, którzy niedawno zostali sami i mają w sobie masę negatywnych uczuć. Gwarantuję, po przesłuchaniu tego utworu od pierwszej do ostatniej sekundy, nie będziecie w stanie stać na dwóch nogach i to bez użycia środków procentowych. Leżąc na podłodze będziecie płakać, rwać zdjęcia i zaraz je sklejać a także błagać go/ją by wróciła i znów było różowo i słonecznie. Utwór zdecydowanie dla tych, którzy świeże,jeszcze krwawiące rany lubią posypywać solą.

6d5d15957fa3c858d7f03cf12297e867

To się zdołowaliśmy. Jako,że ciągle tkwimy w tym beznadziejnym stanie,gdy chce się podciąć sobie żyły przy pomocy mydła w płynie, a trwamy jedynie dzięki kolejnym filiżankom szatańsko mocnej kawy,pośpiewamy z Portishead.

Cos nobody loves me
Its true
Not like you do

Who oo am I, what and why
Cos all I have left is my memories of yesterday
Ohh these sour times

Tak, witaj gorzki czasie, tak gorzki jak kawa zrobiona z 5 łyżeczek granulatu bez ani grama cukru. Gorzki smak uderza do głowy, paraliżuje mięśnie, w tym ten najważniejszy co pompuje krew, a z okazji święta przedstawiany jest tak jako różowo-czerwone radosne,serduszko. Tak więc tkwimy w rozpaczy i żałości. I nucimy dopóki nie zacznie się kolejny etap. Ciężko w to uwierzyć, ale on przyjdzie.

Gdy mija ten stan wielkiej rozpaczy, przychodzi złość i chęć działania. Bo gdy On, czy też Ona na ostatnią chwilę zmieniają swoje/nasze walentynkowe plany, albo co gorsza w ogóle nas zostawiają na pastwę losu, to człowiek chciałby coś zrobić. Może pociąć zdjęcia (tak,te starannie posklejane), wyrzucić przez okno doniczkę ze storczykiem(przekwitniętym) który dostało się na drugiej randce, albo maksymalnie wyciętą piżamkę, z która nigdy nie wiadomo było co i gdzie się wkłada. Wtedy jest maksymalna złość i chęć wykrzyczenia światu tego bólu. Na mojej imprezie śpiewamy więc:
There’s a look on your face I would like to knock out
See the sin in your grin and the shape of your mouth
All I want is to see you in terrible pain
Though we won’t ever meet I remember your name
Can’t believe you were once just like anyone else
Then you grew and became like the devil himself
Pray to god I think of a nice thing to say
But I don’t think I can so fuck you anyway

Tak, to znów piosenka Archive,ale my słuchamy jak śpiewa Brian Molko z Placebo. Wiem ,że to nie jest piosenka miłosna, w założeniu twórców dotyczy polityków i mediów. Ale co tam, moja impreza, moje prawa. To piosenka z dedykacją za wszystkie nieudane randki, za złamane serca, beznadziejne prezenty i obietnice bez pokrycia. To co, robimy głośniej? Od razu lżej na serduchu prawda?

363b379c2606858549501b8289247aa6

Zrobiło się lżej, spokojniej, może nawet nieco sentymentalnie? Oczywiście dalej jest nam źle i smutno. Świat jest taki niesprawiedliwy. Inni są szczęśliwie zakochani, a my nie. Tak więc właśnie z tej okazji siedzimy schowani/schowane pod kocem. Ciepłym kocem w misie, ale zdecydowanie nie różowe. Jemy 4 pojemnik lodów o smaku czekolady z kawałkami ciastek o smaku czekoladowym i popijamy to wszystko mlekiem. Z czekoladą oczywiście. I nucimy sobie głośno tak.
I’m walking in the rain
Tears are falling and I feel the pain
Wishing you were here by me
To end this misery and I wonder
I won-won-won-won wonder
Why why why why why why she ran away
And I wonder where she will stay
My little runaway run-run-run-run runaway.

Del Shannon nuci, a my mamy ochotę na jeszcze większą porcję lodów. A to łotr jeden, nie dość, że uciekł ( w pośpiechu z kochanką), czy też po prostu sobie poszedł ( na mecz z kolegami), to zostawił zamrażarkę pełną lodów. Szuja jedna.

Szuja. I szczeżuja nawet.

Ale nie dręczmy biednych panów, oni też potrafią cierpieć. Na przykład pewien pan umówił się na szybko z jakąś panią. No szczęścia w miłości to mu brak. Szybkie randki, brak zaangażowania, bolesne wspomnienia. I kiedy on tak czeka na tę blondynkę o internetowym pseudonimie Filigranowa Judysia Ptysia 407, dostrzega swoją pierwszą i prawdziwą miłość. Swoje wielkie uczucie, które zaprzepaścił.Gotowy jest podarować jej nie dwa, a trzy tuziny róż i nie jedną, a dwie zamrażarki lodów. Ale ona nie chce go znać i dumnie odchodzi. Pan zaczyna nucić, a ja zapraszam go na imprezę-chodź kolego, pocierpmy razem. Johnny Cash to specjalista od miłosnych problemów.
I thought she loved me with a love that wouldn’t die
Looking at her now I can’t believe she said good-bye
She just left me stading in there, I never been so shocked
She used to love me a lot
She used to love me a lot
She used to love me a lot

Pan płacze, stęka i marudzi. Ale my go zostawmy, za parę chwil, przejdzie i on do innego etapu.

Etapu pełnego radości, szczęścia i wiary w swoje możliwości. Bo przecież wina leży po tej drugiej stronie. Jeżeli ona czy też on nie potrafi docenić naszych wad, jakże uroczych, a także zakochać się w  naszych zaletach,to jego/jej strata. Nasze ramiona są pojemne, możemy nimi objąć cały świat. Również cały klub ze striptizem. Ale pojechała sobie myślicie. Klub ze striptizem? Ano tak. Ostatnim etapem mojej imprezy jest to poczucie, że ok, jesteśmy solo,ale gotowi na podbój świata. Może być i klub ze striptizem. Może być kawiarnia, dyskoteka, albo praca. Byle co, ubieramy się, malujemy, perfumujemy, albo wręcz przeciwnie, stawiamy na nasze naturalne piękno i czujemy się jak władcy świata. Ja wybieram striptiz bo cóż, pamiętacie gdzie Chandler z Przyjaciół poszedł leczyć złamane serducho? I co wtedy leciało w tle? To co, śpiewamy? Depeche Mode, musiało się pojawić.

Don’t say you want me
Don’t say you need me
Don’t say you love me
It’s understood
Don’t say you’re happy
Out there without me
I know you can’t be
‚Cause it’s no good

00bd9b36f913f8267f62c3fac65beb5b

I w ten oto sposób poczuliśmy się jak nowo narodzeni. Z moją playlistą przeżyliście skrajne emocje, ale chociaż wiecie, że Walentynki niekoniecznie muszą tonąć w różu i kiczu.

8243dc567766bc5752c38ea3aa7b1b21

Ścieżka dźwiękowa-  Syd Barrett Octopus

Książkowo-filmowy styczeń

Książkowo-filmowo. A ja zaczynam od seriali. W styczniu oficjalnie zakończyłam moją przygodę z Downton Abbey. Ostatni sezon, ostatnie wizyty w lordowskim domu. Gdyby mój telewizor, pardon, monitor, chciał mnie pożreć- patrz Smacznego telewizorku, to niezmiernie byłabym zadowolona gdyby działo się to właśnie podczas oglądania Downton Abbey. Z Lady Edith i Lady Mary porozmawiałybyśmy o dżentelmenach. Nie wychodziłyśmy z pokoju chyba przez 3 dni. Od pani Patmore wzięłabym parę przepisów na słodkości. A z seniorką rodu, Violet, oj wpadłabym  do niej na herbatę, i chciałabym zostać w  jej otoczeniu już na zawsze. Te cięte riposty, złośliwości na wysokim poziomie i sarkazm. Już mi brakuje tego świata. Coś czuję,że będę niejeden raz wracać do tego serialu.

22cabee4304b06c5ccd0bf4360f8cfd5

Teraz pochwalić muszę rodzimą produkcję. Artyści, to serial opowiadający o losach nowego dyrektora pewnego teatru i jego aktorów. Jako,że za reżyserię wzięli się ludzie zawodowo związani z teatrem wyszło im prawdziwe, solidne i ambitne kino serialowe. Poprzedni dyrektor teatru umiera, dokładniej to popełnia samobójstwo na scenie. Nowy dyrektor walczy z powszechną niechęcią i całkowicie pustą kasą. Aż dziwi mnie,że w zalewie tandetnych historii, to przeszło tak bez echa. A to naprawdę świetna produkcja. Oglądałam ten serial z ogromną przyjemnością. Uważam,że dzięki takim tytułom,nie mamy się czego wstydzić. Kto szuka dobrego serialu, który przeniesie go w nieco inny świat,ale będzie osadzony w naszych realiach, powinien koniecznie go zobaczyć. Ja wciąż jestem pod wrażeniem.

W styczniu przeczytałam 14 książek, i dodatkowo jedną kucharską. W czasie ostrej gorączki tylko to mogłam czytać,ale mówiąc szczerze nie wiem czy to się liczy. Z przykrością stwierdzam,że w styczniu nie przeczytałam ani jednej niezwykle dobrej książki. Wszystko zrzucam na pogrypowe osłabienie. Moje książkowe wybory były wyjątkowo średnie.

Na pierwszy ogień idzie rozczarowanie. A będzie nim Wstyd Rachel Van Dykel. Tak pani Rachel, powinno być pani wstyd. Albo nawet Wstyd przez duże W. Nie bardzo wiem do jakiej grupy wiekowej napisano tę powieść, domyślałam się,że ja nie powinnam jej czytać. Zasadniczo chyba nikt nie powinien jej czytać. Romans nauczyciela i uczennicy, do tego trochę problemów z przeszłości i wielka miłość co pokonuje każdy życiowy zakręt. Banalne, strasznie nudne, chociaż recenzje nazywają tę książkę rewelacyjną, prawdziwą bombą, czymś co sprawiło,że jestem inną dziewczyną. Naprawdę? Ja wciąż mam wyrzuty sumienia,że to coś przeczytałam a nie rzuciłam w kąt. No dobra, czytnika bym w kąt nie rzuciła. Szkoda mi po prostu.

Ciało człowieka to instrument. Trzeba wiedzieć jak na nim grać.

 

Szklane skrzydła. Ona jest młodziutka i naiwna. Bez doświadczenia z mężczyznami, on zaczął pracę u jej ojca, przystojny, bezczelnie pewny siebie, z seksapilem,który wycieka spod pach. Ona się w nim zakochuje, i ucieka z domu. Biorą ślub, żyją bardzo skromnie. Bo on nie pozwala jej pracować, a pieniądze głównie przepija. Kiedy  mąż ulega wypadkowi w pracy Penny idzie po pomoc. Dostaje jedzenie, pracę, i dwie przyjaciółki, które za cel stawiają pomoc młodej Penny. Problem w tym,że choć Trent pije i bije, to jest. A Penny panicznie boi się,że mogłoby by zabraknąć. Godzi się na wiele, usprawiedliwia, tłumaczy. Pytanie ,czy zaryzykuje życie swojego dziecka za cenę udawanego małżeńskiego szczęścia? Ta historia bardzo mnie poruszyła. Wiele kobiet doświadcza przemocy, i my nie możemy pojąć, jak one, ofiary mogą tkwić w takim związku, kosztem swojej godności i poczucia bezpieczeństwa. Książka Giny Holmes pokazuje problem domowej przemocy z drugiej strony i zmusza do przemyślenia paru spraw i zadania sobie paru pytań. Przede wszystkim to kluczowe pytanie brzmi-co byś zrobiła na jej miejscu? Polecam.

Miłość w czasach zagłady. Historia paru pokoleń kobiet pewnej rodziny. Historia, którą boleśnie naznaczyła wojna, jej tragizm i cierpienie. Matka Felicity znika pewnego dnia, znajduje się w Rzymie, i to Rzym staje się kluczem do rozwiązania zagadki z przeszłości. Kim były babka i prababka młodej kobiety? Przez co musiały przejść i jak żyły? Czy dokonały słusznych wyborów? Przeszłość, przyszłość i teraźniejszość. Babka, matka i wnuczka.Bardzo podobała mi się ta historia i mogę ją szczerze polecić. Chociaż i owszem, bywa zbyt prosta,momentami zbyt banalna, jakby autorka na siłę chciała by każdy znalazł w niej coś dla siebie. Mimo wszystko nie żałuję,że ją przeczytałam i jeżeli lubicie książki z wojną w tle to polecam.

W gruncie rzeczy zwierzęta są mądrzejsze od człowieka. Nie znają ani uprzedzeń, ani różnic rasowych, nie cierpią na manię wielkości ani nie dążą do władzy i nigdy nie zabijają swoich pobratymców z nienawiści czy tylko dlatego, że się czymś odróżniają od pozostałych. Zwierzęta zabijają tylko po to, by przeżyć. Człowiek natomiast zabija bezinteresownie, sam sobie szykując zgubę.

Sanatorium pod zegarem,Liliany Fabisińskiej nie mogło zabraknąć. W końcu sanatorium mieści się w „moim” Ciechocinku. To taka lekka, zabawna, nieco pokręcona historia, czyta się świetnie i bardzo szybko. Cudownie poprawia humor w zimowy wieczór. Niczym kawałek drożdżowego placka z kubkiem miodowego mleka. Taka ciepła i przytulna. Podnosi na duchu. Na zimowe wieczory, gdy macie chandrę. Będzie idealna. Zwariowana emerytka Natalia i nadąsana Antonina nieraz doprowadzają do łez.Radości.

 

Nie pytaj, komu bije dzwon… Bo przecież może się okazać, że bije on tobie, w tej właśnie chwili, której zupełnie się nie spodziewasz.

Witajcie w Dzyndzylakach. Niewielka książeczka, z bykiem na okładce. Nie,nie jest to pozycja dla dzieci. Historia powstała w latach 60. Otóż Dzyndzylaki to wieś, wieś dość biedna z pustą kasą. Wieś ratuje informacja,że ma ona prehistoryczną przeszłość. Przyjeżdża koparka, równa wszystko do zera i zaczyna się życie w skansenie. Mieszkańcy chadzają w skórach i żyją we wspólnocie niczym ludzie pierwotni, a głównie zagraniczni,dewizowi turyści mają się zachwycać i słono płacić za powrót do przeszłości. Rewelacyjna i niezasłużenie zapomniana historia.

Filmowo. Filmowo w styczniu było zaś nadzwyczaj udanie. Na liczniku całe 10 filmów. Największe rozczarowanie to Wyśnione Miłości. Naprawdę sądziłam,że i ja dołączę do fanów i fanek talentu słynnego Xaviera. Ale widocznie jestem zbyt pospolita. W każdym razie nie dostrzegłam czegoś niezwykłego w tym dziele. Wręcz przeciwnie historia fatalnego zauroczenia w przyjacielskim trójkącie po prostu mnie wymęczyła. Bohaterowie wydawali się na siłę egzaltowani. Na siłę oderwani od rzeczywistości, zbyt piękni,zbyt nieogarnięci,zbyt niedojrzali. Zbyt nudni by na spokojnie oglądać to dzieło. Niestety, zawiodłam się.

Dama w Vanie, to film z moją ukochaną Maggie Smith, którą mogłabym jeść łyżkami. Otóż Maggie gra tutaj główną bohaterkę, tytułową damę w Vanie. Starsza pani parkuje pod domami, jest bezdomna, uszczypliwa, i ma wielkie wymagania. Pewnego dnia parkuje pod domem Alana Bennetta, pisarza, który nie jest zachwycony nową sąsiadką. Ale między panną Shepherd a Alanem rodzi się prawdziwa i piękna przyjaźń. Chociaż nie jest ona usłana różami, starsza pani ma bowiem diabelski charakterek. Ten film podejmuje ważne tematy,ale w sposób lekki i nienachalny. Obśmiewa hipokryzję i zakłamanie wyższych sfer. Przekonuje,że każdy człowiek, nieważne jak się ubiera i gdzie śpi ma swoją,często piękną historię. Maggie Smith zagrała w tym filmie po prostu genialnie. Jeżeli macie ochotę by żółty Van zaparkował przez 1,5 godziny pod Waszym oknem,to zróbcie to koniecznie.

5e92a7fddaf8e613cd09e5aa13be1862

Za jakie grzechy, dobry Boże. 4 córki, i 3 zięciów, każdy z innej bajki. Jedyną nadzieją na tradycyjny ślub jest najmłodsza córka i jej matrymonialne decyzje. Ale Laure nie zakochuje się w przystojnym Francuzie o blond czuprynie. Jej narzeczony pochodzi z Afryki, ma bardzo ciemną skórę i szaloną rodzinę. Do Żyda, Chińczyka i Muzułmanina ma więc dołączyć Charlie, mężczyzna, którego nie wyśnili rodzice Laure. Lekka i w zasadzie przyjemna komedia. Nic odkrywczego,ale w grypowych okolicznościach przyrody, oglądało się ten film z dużą przyjemnością. Nie wiem czy bez kaszlu i łamania w kościach zaliczyła ten film do hitów, ale muszę przyznać,że nie obraża inteligencji, a na sam koniec nie ma się poczucia zmarnowanego czasu.

Steve Jobs, wersja z Fassbenderem i Winslet. Jest to dziwny film, większość akcji dzieje się w zamkniętych pomieszczeniach, za kulisami kolejnych prezentacji. Za tymi kulisami toczy się życie geniusza. Z początku byłam pewna,że forma zaproponowana przez reżysera przytłoczy mnie i zanudzi. Ileż można wytrzymać w ciasnym pokoju i ciągle słyszeć,że za moment zaczynamy konferencję? Ale ten film perfekcyjnie pokazuje człowieka zagubionego, a jednocześnie bardzo zakochanego w sobie,pewnego siebie  a jednocześnie bardzo samotnego.

I na koniec,lekka i muzyczna pozycja. Zacznijmy od nowa. Najpierw dość wysoko oceniłam ten film. Ale kiedy dowiedziałam się kto jest twórcą-a jest nim ten pan od Once, moje zadowolenie po projekcji osłabło. Bo taki film jak Once można nagrać tylko raz i w ogóle nie warto sięgać po sprawdzone scenariusze. Ale mimo wszystko przyznaję,że Zacznijmy od nowa ma w sobie dużo wdzięku, lekkości, uroku i przyjemnej dla ucha muzyki.

(L-R) KEIRA KNIGHTLEY and MARK RUFFALO star in BEGIN AGAIN

I to tyle. W końcu mam upragniony weekend. Co prawda najbardziej leniwy to on nie będzie,ale perspektywa paru godzin bez trosk o branżę okuciową szalenie mnie cieszy.

Ścieżka dźwiękowa- Lenny Kravitz- Come on and love me

I ty możesz skakać po dachach

Ryzyko. Jako dziecko nie znałam takiego słowa. Robiłam setki rzeczy, na których wspomnienie dziś dostaję gęsiej skórki. Nie bałam się chyba niczego. Nawet gniewu mamy. Pamiętam,że raz o mało nie padła na zawał,kiedy to w deszczowy marcowy deszcz przyszłam do domu w skarpetkach. Dokładnie,bez butów. Skakałam z koleżanką po budowie, robotników wystraszył deszcz, ale nie nas. Myśmy testowały granice naszych wątłych 8 letnich ciał.Chciałyśmy udowodnić kolegom,że jesteśmy silniejsze i skoczymy z wyższych konstrukcji Jeden z moich kozaczków utknął jednak w błocie. Mądrze wymyśliłam,że mama na pewno zada mi pytanie co się stało z twoim lewym butem? I co ja powiem? Że wessało go błoto? Rozsądniej wydawało mi się wrócić do domu bez butów. Myślałam,że to będzie się mniej rzucało w oczy. Niestety mama zauważyła od razu brak obuwia. Awanturę pamiętam do dziś. Na dwa tygodnie miałam zostać też pozbawiona deserów. Ale jako,że jadłam jedynie budyń raz dziennie, mama musiała odstąpić od kary. Dodatkowo dostałam spore zaziębienie i miałam tydzień wolnego od szkoły. Upiekło mi się, i dostałam jeszcze nowe buty. Takie nieco kowbojskie, brązowe. Ryzyko się opłaciło,bo zyskałyśmy szacunek. A ja dodatkowo ksywkę Herkulesa.

Pamiętam też, że dwa  lata później podjęłam ryzyko, a raczej podjęłam wyzwanie od kuzynki. Że wejdę do studni na działce babci i się nie utopię. Weszłam, wyszłam. Ot tak, jakbym robiła to co najmniej 5 razy dziennie. No ok, wracałam przez miasto bez spodni. Bo jednak w studni jest woda, a jak woda to i mokro. A jak zanurzasz nogi w studni to szybko przemakasz. Babcia założyła mi swój działkowy szlafrok, tata pękał ze śmiechu gdy mnie zobaczył wracającą do domu. Ale wyzwanie podjęłam, ryzyko się opłaciło. Kuzynka przez miesiąc kupowała mi lody.

Ryzyko podjęłam na studiach. N a egzamin musiałam wybrać 5 książek, dostępnych jedynie w naszej  uczelnianej czytelni. Wybrałam te z kategorii kawiarni i cukierni w XIX wiecznej Polsce. . Szkoda tylko,że okazało się,że  3 książki  i owszem, dostępne są w czytelni,ale w czytelni w Krakowie. Nie mogłam już ich wykreślić,bo deklaracje wypełnialiśmy i oddawaliśmy jednego dnia, a ja o braku dostępności dowiedziałam się dwa dni po. Poszłam na egzamin, licząc na to,że mam kilkadziesiąt procent szans na to,że dostanę pytania z książek, które przeczytałam. Szło mi świetnie, do czasu. Dostałam pytanie o książkę z Krakowa. Przełykałam ślinę i debatowałam sama z sobą co robić? Podjęłam ryzyko. Przyznałam się,że te pozycje są dostępne jedynie w Krakowie i nie miałam możliwości ich przeczytać. Profesor wziął kartkę z książkami, które zaproponował do wyboru,sprawdził coś w komputerze i …. Przeprosił, bo przecież nie powinny się znaleźć w wykazie.Dostałam wtedy piątkę. Nie wiem co by się stało gdybym nie podjęła ryzyka i nie powiedziała dlaczego nie mogłam przeczytać tych książek? Może zaczęłabym wymyślać treść nieprzeczytanych książek? Albo powiedziałabym,że nie przeczytałam tych książek, ale zabrakłoby mi odwagi,żeby powiedzieć profesorowi,że to on popełnił błąd i w efekcie dostałabym burę, albo nie zdałabym po prostu. Podjęłam ryzyko.

Ryzyko dzisiaj?

Hmm. Jestem bardzo asekuracyjna. Żyję tak by nie upaść. Unikam ryzyka. Uciekam od niego. Idę znaną mi drogą. Nie podejmuję ryzykownych decyzji. I nie chodzi tu wcale o skok ze spadochronem, czy nurkowanie na główkę. Chodzi o codzienność. Unikam ryzyka w prostych czynnościach, w prostych decyzjach. Mam swoją strefę komfortu i niezbyt lubię wychodzić poza jej granice. Lubię te granice, lubię bo je znam. A może warto znów poczuć dziecięcą radość i podjąć ryzyko?

Ogłaszam tydzień skakania po dachach. Zróbmy coś co chcemy,ale uważamy,że nie warto. Marzy nam się wieczór w spa,ale uznajemy,że dzieci/mąż/praca są ważniejsze? Umówmy się na relaksujący wieczór w spa i zróbmy coś nowego. Wieczór poza domem,czas tylko dla nas. Po cichu jesteśmy fanami disco polo, i marzy nam się koncert Mega Zenka i  Giga Pawełka? Kupmy bilet, i świetnie się bawmy. Podobają nam się super buty na wiosnę,ale kosztują 1/3 pensji? Kupmy je i podziwiajmy co wieczór. Istnieje szansa,że będziemy musiały nasycić się tym zachwytem do końca miesiąca,ale co tam, najemy się później. A może po prostu marzycie o wielkich podróżach? Nie mówię byście kupowali od razu bilet na podróż,dajmy na to na Bali, ale wracając z pracy wejdźcie do pierwszego autobusu czy tramwaju jaki podjedzie. Nie patrzcie na numer, spokojnie wejdźcie, przejedźcie trzy czy cztery przystanki, przejdźcie się po okolicy. Może odkryjecie nową knajpkę, nowy park, romantyczne zaułki? Owszem, możecie też przejechać się do dzielnicy przemysłowej, ale czy tylko komfort gwarantuje szczęście? Podejmijcie ryzyko i poczujcie radość.

Ja też oczywiście wychodzę poza swoją strefę komfortu. Robię coś dla mnie szalonego. Podejmuję ryzyko. Zadzwoniłam do swojego instruktora nauki jazdy. Umówiłam się na godzinną jazdę. Tak dla przypomnienia, czy w ogóle potrafię jeszcze jeździć? Czy wiem gdzie jest gaz a gdzie hamulec? Czy potrafię ustawić lusterka i najważniejsze, czy wiem gdzie wkłada się kluczyk by w ogóle ruszyć? Dla mnie to wielkie wyzwanie, wielkie ryzyko. Ale podjęłam je. I w środku bardzo się z tego cieszę.

W tym tygodniu razem przekroczmy pewne granice, poskaczmy wspólnie po dach. Podejmijmy pewne ryzyko, rozszerzajmy swoją strefę komfortu i świetnie się bawmy.

de3c2f72b36857394390a406fbf04194

Ja w nagrodę za tę lekcję jazdy ( o ile nikogo nie zabiję czy też nie uszkodzę mienia i ludzi) zafunduję sobie drobiazg. Mam ochotę na duże, domowe latte. Muszę tylko kupić dobrą kawę, najlepiej z kuponem rabatowym do Thibo. 

Ścieżka dźwiękowa- Belle And Sebastian – Passion Fruit