Podróże kształcą

Czas, który jest zawsze, ale którego nigdy nie ma, to znaczy ja nigdy nie mam czasu, bo zawsze jestem bardzo zajęty…

 

Wspominałam,że moja droga do pracy i z pracy bardzo się wydłużyła? Przyznaję,że po 8 latach dojazdów do szkół obiecałam sobie,że nigdy więcej. Nigdy więcej nie będę spędzać więcej niż 15 minut w autobusie dziennie. Teraz chcąc nie chcąc,wędrowałam rano na przystanek i musiałam dojeżdżać do miasta. Zgodnie z informacją, podaną w rozkładzie jazdy,moja podróż powinna trwać 23 minuty. Tolerancja to plus/minus 3 minuty. Fakt ten potwierdza informacja na bilecie, przejeżdżam 13 kilometrów w 23 minuty.Oczywiście papier przyjmie wszystko, nawet takie zakłamane liczby. Tak naprawdę tylko raz przyjechałam , ha,ha, myśleliście,że o czasie? Nie,raz udało mi się przyjechać po 40 minutach. Kierowca sam bił sobie brawo-pewnie dlatego,że nie wiedział,że ktoś z nim dojechał do ostatniego przystanku. No, ale mała jestem, mogłam mu zginąć w rzędach siedzeń. W każdym razie podróż najczęściej trwa godzinę. Prawie tyle samo co autostradą ode mnie do Torunia, czyli ze 180 km. No, ale cóż, jeden remont, drugi remont  i stoję w korku. Niestety muszę dojechać tym autobusem do końca, i tak muszę potem spacerować 25 minut do firmy,ale cóż, taki los. I tak mogę się pocieszyć,że  u mnie to był stan chwilowy. Na co dzień mam do firmy 3 minuty busikiem, bądź 20 przyjemnym spacerem. Ale nie o tym.

Te korki,ciągłe spóźnienia do pracy,nie napełniały mnie optymizmem. Już z rana byłam wściekła,bo zaraz utknę na wiadukcie nad autostradą i będę tak wisieć 10 minut. W autobusie zresztą było dość widocznie zniecierpliwienie i złość pasażerów,każdy się gdzieś śpieszy,każdy chce szybciej,prędzej i bez kłopotów po drodze. Ja też spoglądałam nieraz na zegarek i ze zdenerwowania marszczyłam brwi. Aż do podróży z dwa,może nawet 3 tygodnie temu.

Siadłam na swoim ulubionym miejscu które na szczęście było wolne. Zaraz za kierowcą,przy oknie.Nie wiem czemu,ale nie ma różnicy,czy jadę autem czy autobusem,muszę siedzieć za kierowcą.Siadłam, korek zaczął się w zasadzie od razu,momentalnie stanęliśmy. Nie będę udawać,że bardzo mnie to cieszyło.Ale zachowałam swoje emocje wewnątrz.Ludzie wzdychali, narzekali głośno na ceny biletów i brak rekompensat za korki,na remonty,życie,rząd,i nie wiadomo kogo jeszcze. Po jakimś czasie pewna starsza pani zażądała by kierowca ją wysadził,poza przystankiem,bo ona nie ma ochoty czekać aż korek minie.I w ogóle to skandal,że ona traci czas i żąda by ją pan wypuścił,ona pieszo tę trasę pokona 3 razy zanim my się ruszymy. Kierowca uprzejmie tłumaczył,że nie może jej wysadzić.Po pierwsze nie może wypuścić jej poza przystankiem,po drugie jesteśmy na moście, nie ma chodnika, a po trzecie….Pani nie chciała słuchać,zagotowała się całkowicie. Zaczęła krzyczeć,że ma dość tracenia czasu.I wtedy starsza pani, taka prawdziwa dama.Dama w kapelusiku, koronkowych rękawiczkach i z laseczką w dłoni powiedziała coś naprawdę mądrego- ależ kochana,pani nie traci czasu, pani zyskała czas.Czas tylko dla siebie. Ja na przykład myślę teraz o tym co zrobię na niedzielny obiad,kiedy przyjedzie wnuczka z rodziną. I to jest takie fajne.

I pomyślałam sobie,że ta pani ma rację.Przestałam się spinać i stresować. Książka,dobra muzyka.Obserwowałam ludzi i krajobraz za oknem. A ten zmienia się dzień dnia. A tak łatwo to przegapić. Dodatkowy kwadrans czy dwa w korku mnie nie zabiły,a stanowiły wspaniałą lekcję uważności i wyobraźni. Można puścić wodze kreatywności,wyobrażać sobie kto dokąd pędzi,skąd pochodzi i co robi w życiu. Spokojnie przypatrując się światu za oknem można dostrzec tyle pięknych rzeczy,które wcześniej ginęły w chaosie myśli- kiedy ruszymy,czemu stoimy, zaraz się zagotuję ze złości.

Świat pędzi wystarczająco,czas spędzony w korku okazuje się uspokojeniem tego codziennego pędu. Taka chwila tylko dla mnie, moich myśli,pokrętnych nastrojów i niepokojów. Zamiast grymasu na twarzy,uśmiech. Zamiast walki,akceptacja.Banał,ale działa.

064694b5c5d08a3bfcf727e6baf03638

Ścieżka dźwiękowa- Little Feet- Fat man in the bathtub

Takie tam

Chyba powinnam być zbadana przez specjalistów od głowy. Na innych za późno. O tym,że istnieje weekendowy ból głowy menadżerów to wiedziałam,ale,że przeziębienie?To nie.Otóż ja mam weekendowe przeziębienia. Albo raczej awanturujące się zatoki.Zaczyna się w piątkowy wieczór,mija tygodniowe napięcie i bach,pojawia się nagle.Ból gardła,głowy i powiększony katar. I ten typowy ucisk.Jak w reklamie. Tak samo było w ten weekend. W piątkowy wieczór nie mogłam zasnąć przez katar,który rządził i w sobotni poranek. Akurat w ten poranek,kiedy to tatko powiedział,że jeżeli zależy mi na tych warsztatach to mam się zbierać,podwiezie mnie. Ale jak tu się zbierać kiedy mam wrażenie,że w moim gardle grasuje stado dzikich bestii? Jak zwykle walczyłam sama z sobą, bo ja przecież nie potrafię podjąć sama żadnej,dosłownie żadnej decyzji,tak więc los wybrał za mnie. Kuzynka ogłosiła chęć przyjazdu i nieśmiało wspomniała coś o chęci degustacji,więc uznałam,że muszę upiec ciasto. Zamknęłam się w kuchni(czego technicznie nie mogłam uczynić) i sama zrobiłam sobie kulinarne warsztaty,koncertowo przypalając spód sernika. Kuzynka nie przyjechała, wysłała w zastępstwie swoich rodziców. Nie umiem,nie potrafię dogadać się z tym piekarnikiem. Czekam na swój,mam nadzieję,że go ogarnę.

Panowie się pakują. Tak,teraz czas na nas. Po 6 tygodniach prac opuszczają teren budowy,bo w zasadzie to była budowa na nowo. Smutno mi nieco, remont jednak dostarcza pewną dozę emocji,które fajnie mobilizują. A teraz pakowanie.No ok, macie mnie.Na myśl o tym,że mam się pakować i znów rozpakować dostaję gęsiej skórki. Nie po prostu dostaję ciar na całym ciele. Jakby można przejść przez ten proces bezboleśnie byłoby super. Ale się nie da. Chyba nie mam ochoty na „wprowadzkę”. Najchętniej zostałabym tu gdzie jestem. Albo maksymalnie odwlekła proces „wprowadzki”,ale się nie da. Czas ucieka,do końca miesiąca 8 dni. A my dopiero od jutra możemy zacząć coś wnosić do domu. Oczywiście nie wspomnę o tym,że kuchnia stoi pusta,nie ma półek w garderobie,nie ma szafy wnękowej w przedpokoju,nie ma półek w łazience…

Zostawmy temat remontu i wprowadzki. Przejdźmy do ważniejszych kwestii. Jestem złym człowiekiem. Podłym chyba. Czuję w sobie odrobinkę hmm zazdrości, może nutkę rozczarowania. W ten weekend,a raczej w sobotę odbyły się 3 śluby znanych mi osób. Jeden odpuszczam bo mnie ucieszył, w końcu dwoje dzieci jest na świecie,fajnie,że się zdecydowali po 10 latach bycia razem. Ślub numer dwa dotyczył osoby mi znanej,chyba nawet trochę dobrze. Byliśmy na paru spotkaniach, mi nie pasował jego pośpiech. Innej to nie przeszkadzało, właśnie wzięli ślub. Doszłam do wniosku,że ja chyba na siłę znajduję wady w osobach, które mają być kimś ważnym dla mnie. Nie wiem, być może ja tak naprawdę nie potrafię już być z kimś? W każdym razie wziął ślub,ona śliczna, pięknie wyglądała, muszę przyznać,że wyglądali razem uroczo. Ślub numer trzy,moja kuzynka wyszła za mąż. Jako dzieci byłyśmy nierozłączne. Kuzynka prawie żyła u nas w domu,my w niej zresztą tak samo. Uwielbiałam ją,ona mnie. Ale potem nieporozumienia naszych ojców, rodzonych braci,sprawiło,że straciłyśmy kontakt mieszkając w jednym mieście. Wiecie,że było mi żal,że jej święto,wyjątkowa okazja była obchodzona beze mnie? I owszem mogłam iść,miałam zaproszenie,ale ja jej już w ogóle nie znam. 16 lat temu rozmawiałyśmy ostatni raz. Jest mi jakoś tak przykro,że to się tak potoczyło.Myślałam by do niej napisać-wyglądałaś ślicznie(bo wyglądała uroczo) i się cieszę jej szczęściem,ale uznałam,że to bez sensu. A może miałoby to sens?Sama nie wiem. W końcu jesteśmy dorosłe i możemy żyć w oderwaniu od dawnych sporów. Ale chyba minęło za dużo czasu. W każdym razie było i chyba wciąż jest mi przykro. Mój tata szczególnie przeżywał ten ślub, w kółko opowiadał jak był pięknie, jak się wzruszył. Moją mamę wzruszyły małe dzieci. Nie mówiła o niczym innym niż o dziewczynkach sypiących kwiatki. O instynkcie macierzyńskim słyszałam,ale o babcinym dowiaduję się w zasadzie każdego dnia od mojej mamy. Dziadkowym zresztą też. Oni byliby zachwyceni gdybym przyniosła im malucha do domu. Nawet bez męża. Zresztą mama od dnia ślubu kuzynki zachęca mnie do większej aktywności życiowej, by znaleźć sobie jakąś miłą osobę. Nie dziś, ale ogólnie. Mama planuje wesele. Zanim wezmę ślub to zaprojektuje najlepszą uroczystość świata. Jestem tego pewna.

Dobra,koniec narzekania. Jesień czuję w kościach, czuję też ją w duszy. I pogoda zrobiła się jesienna.

d9a2a64b0b577942c770dc4d451df9c5

Ścieżka dźwiękowa-Franz Ferdinand-This Fallen

Remontowe(nie) przyjemności

Nastrój mi się nieco poprawił. Dziwna sprawa, nastąpiło to w raz ze zmniejszeniem się ilości kataru.W każdym razie z nieco mniejszym niepokojem patrzę na remontowe postępy,póki jest pogoda i nie leje jak z cebra da się przeżyć z dala od domu. Choć mam wrażenie,że mój poziom cierpliwości lekko się obniżył. Źródełko spokojnego oczekiwania na koniec prac jakby się wyczerpuje.Mam nadzieję,że panowie skończą nim studnia się wyczerpie i zacznę torturować otoczenie wiecznym narzekaniem.

A przy okazji remontu można ponarzekać.Na przykład na market budowlany. Jak już pisałam zakochałam się w pewnych drzwiach.Okazało się,że te drzwi to nowość,w całej Polsce w regularnej sprzedaży nie pojawią się,zawsze będą na zamówienie.Ale można je od teraz (czyli jakiś czas wstecz) zamawiać. Z początku uznałam,że trzeba się nad sprawą zastanowić.Pochodziłam po paru marketach,odwiedziłam dwa sklepy z drzwiami,ale uznałam,że tylko tamte wchodzą w grę. Wstępnie wybrałam podobne,ale jednak tylko podobne. Bo idealnie mi pasuję do kombinacji-podłoga-ściana.Nie ma bata,trzeba zamówić. Pan mówił,że system mówi,że magazyn mówi,że będą na koniec września.No trudno. Muszą być konkretne te.Innych nie chcę. Mama mnie popiera. Pan przyjął zamówienie. Po 10 dniach już dzwoni,że drzwi są. I teraz było ciekawie,potwierdziłam,że przyjedziemy po nie o 19 ,pani mówi,że już są gotowe do odbioru,zero czekania. Ok,na miejscu idziemy po drzwi,pan zaczął od krzyku,że drzwi nie ma i po co w ogóle mu głowę zawracamy. Wyjaśniamy sytuację,drzwi są,na magazynie,nie rozładowane z dostawy.Idziemy na magazyn. Tam pan krzyczy,że przychodzimy za późno,albo za wcześnie-co chwilę zmienia wersję. Ostatecznie godzi się w dwie godziny przygotować te drzwi.Ok, idziemy obejrzeć okapy. Co prawda już jeden zamówiliśmy,miał przyjść w ciągu 2 dni. Przyszedł po tygodniu.Biały. A miał być czarny. Więc trzeba kupić nowy. Wybieramy okap,prosimy jednak pana od okapów by przyniósł karton bo tutaj są tylko na wystawie. Pan też krzyczy,że w ogóle za ciepło,za zimno,że szedł na kawę, że nie ma czasu,że mu się nie chce. W końcu z łaską przyniósł, w zasadzie to rzucił.Tatko poprosił by pan mu otworzył ten kartonik bo już jeden okap był źle zapakowany,i napis czarny,nie zgadzał się z bielą okapu. Myślałam,że pan tym nożem wszystkich pozabija. Wtem złapał nas ochroniarz,że szukają nas na magazynie.Tam też zaczęli krzyczeć,bo oni wszystko przygotowali,a tu nikt nie przychodzi.Wyraźnie mówili dwie godziny,a minął kwadrans. Przy kasie krzyczała kasjerka,a jakże.Bo system jej źle obliczył zaliczkę. Chciała pani więcej pieniędzy niż wynikało z naszej faktury. Ledwie 35 minut później udało się sprawę wyjaśnić. W każdym razie już chyba nigdy tam nie pojadę, bohaterem domu zostanę bez ich pomocy:)

Kiedy kupowaliśmy podłogę pan w innym sklepie ze smutkiem ogłosił,że ma tylko 3 paczki wybranego koloru. Ale wystarczy pojechać do innego sklepu by kupić 10 paczek.W sumie mamy 13, a my potrzebujemy 25. To nie problem, w sklepie 30 km dalej jest kolejnych 5 paczek. Gdybyśmy mieli problemy z liczeniem szybko mówię mamy 18 paczek.A gdzie znaleźć pozostałe? W Lublinie jest jedna. A kolejnych 10 w uroczej Zielonej Górze,przy okazji można wpaść na winobranie. Lekko nas to wstrząsnęło,jak szampanem.No cóż,tour de Pologne w poszukiwaniu podłogi niezbyt mi się podobał. Ale chyba bardziej podobała mi się podłoga.Pan jednak trwał przy swoim,zamówić nie może, możemy sobie jeździć i kompletować samemu,ale cóż, najlepiej wybrać inny model.Inne modele mi się nie podobały,tylko dąb alzacki. Tylko on skradł me serce. Oczywiście poszukiwania modelu zastępczego nie przyniosły rezultatu. Serce mówiło,że najlepiej będzie mi się żyło mając Alzację pod stopami. Moją stronę wziął tata,mama chciała wybrać alpejską opcję zastępczą. Przypadkiem zajechaliśmy do sklepu tej samej marki,ale w innym miejscu. Tam gdzie miało być ostatnich 10 paczek. Na wystawie zobaczyłam mój dąb,wyraziłam głośne ubolewanie,że ta seria się kończy. Moje żale usłyszał pracownik,który z uśmiechem zaprowadził nas na magazyn. Dąb alzacki spokojnie na mnie czekał. Ktoś zapomniał dopisać jedno zero do 10, paczek było 100.Wzięłam ile trzeba, aż chciałam brać na zapas.Podróże kształcą.

Każdy wybór trzeba dokładnie przemyśleć, a zamawiając meble dopytać się 6 jak nie 7 razy o szczegóły. Można i 8 dla pewności. Otóż wybraliśmy komplet mebli do dużego pokoju. No ok,ja wybrałam. Pani zamówienie przyjęła, po czym orzekła,że meble są w magazynie,który jest za nami,i dnia następnego będą do odbioru. Nam się nie śpieszyło,aż tak,ale miło. Po czym pani wysyła sms-a,że meble są do odbioru,albo przetrzymania,ale trzeba zapłacić resztę kwoty. Za zupełnie inne meble. Oczywiście pani źle kliknęła kolory i przyszły brzydkie meble, nie w tym kolorze do tego. Te nasze miały być za 2 tygodnie.Dobrze,że piszę to z pewnej perspektywy czasu,jeszcze tydzień i będzie można je odebrać.

Pamiętam jak dwa miesiące temu przyszedł do nas pewien pan i strzelił przykładowy koszt remontu.Ma rodzicielka usiadła z wrażenia. Tamta kwota wydawała mi się kwotą z kosmosu.Dzisiaj przekroczyliśmy ją już o 20 %,chociaż nasz szef remontu oszacował dużo mniejszy budżet. A przecież to nie koniec zakupów. Nie sądziłam,że to może tyle kosztować. Pieczołowicie zbieram rachunki i faktury,liczę i chwilami łapię za głowę. Tłumy w budowlanych marketach sugerują,że w narodzie duch remontów nie zgasł,ba portfele pełne.

Niemiła jest sąsiedzka ciekawość. Jeden sąsiad bywa w mieszkaniu częściej niż ja.Przedwczoraj spodziewałam się awizo,po pracy poszłam więc do domu sprawdzić zawartość skrzynki.Nie wchodziłam do mieszkania,bo było mi głupio kontrolować panów.Jakże się zdziwiłam gdy zobaczyłam sąsiada wychodzącego z mojego domu.Uśmiechnął się i rzekł-no,zabudowali wannę.Tak,zabudowali. Brat źle policzył ilość potrzebnych paczek,więc całość poszła z poślizgiem,bo kafle trzeba było dokupić.Ale się zdziwiłam.Okazało się,że mój sąsiad codziennie wchodzi do mnie jak do siebie i kontroluje postępy prac. Bez skrępowania,chyba mu klucz dorobię,by się nie męczyć. Reszta jest jakoś tak milsza,to znaczy czatują kiedy przybędziemy i niby przypadkiem wchodzą na klatkę,zaczynają rozmowę o remoncie,dopytują co i jak i nieśmiało proszą o prezentację.Już teraz nikt nie wierzy,że nie korzystaliśmy z architekta wnętrz a wszystkie pomysły są moje. A co będzie gdy całość będzie gotowa? Zacznę biletować wstęp,myślę,że dość szybko remont mi się zacznie zwracać. A i jeszcze coś zarobię. No,ale są też niemili sąsiedzi. Jedni ciągle dzwonią do spółdzielni,że remont przeszkadza ich wnukom we śnie popołudniami. Te wnuki mają 14 i 12 lat. Codziennie dzwonią i narzekają. Raczej sąsiedzi,reszta,prosi o namiary na tę ekipę,bo czysto,bo schludnie,bo kulturalnie. A tamtym co chwilę coś przeszkadza. W spółdzielni niby się śmieją,ale mówiąc szczerze akurat po tym miłym małżeństwie tego się nie spodziewałam. Przestali mówić dzień dobry,zamiast tego rzucają pod nosem słowa pełne oburzenia. Cóż,podłość ludzka nie zna granic.Albo zazdrość.

W każdym razie wedle ostatnich znanych mi wieści za parę dni remont ma dobiec końca. Tego się trzymajmy.

48bbc479a0d7ccc61ad10c0b4e01a22b

Ścieżka dźwiękowa-Jose Gonzales-Heartbeats

Singielka na wsi-epizod pierwszy

Singielka( w tej roli dawno niewidziana Scarlett) od paru dni nie miała humoru,snuła się po domu,irytując się o wszystko i irytując wszystkich.  Życie Singielki wydawało się takie smutne i maksymalnie powtarzalne. Męczyło  ją już wszystko. Wtem Singielka zasiadła do komputera i bach, na jej twarzy pojawił się zarys uśmiechu. Singielkę-kucharkę amatorkę,zaproszono do jednej z lepszych lokalnych restauracji na warsztaty z szefem kuchni i fotografem lokalu.Takiego lokalu gdzie ceny przystawek zaczynają się od 35 złotych,więc Singielka nigdy tam nie była,bo lokal wydawał się mieć za dużo klasy dla stanu kasy bohaterki. Mniam,Singielce oczy zaczęły błyszczeć,w końcu.W końcu coś wyrwie ją z tej rutyny i z tej trasy-praca-wieś-market budowlany-sen. Singielka była maksymalnie zadowolona.

Singielka pochwaliła się dwóm osobom swoim szczęściem. Nagle katar wydał się mniejszy, gardło przestało boleć,wieś przestała tak uwierać.Taki drobny zastrzyk szczęścia.Życie jest fajne. Singielka, jako ta do bólu racjonalna postać,postanowiła sprawdzić połączenia autobusowe. W końcu nie mieszka w swoim mieście, skąd autobusy do centrum jadą co 7 minut. Kąciki ust opadły, uśmiech jakby się stopił od upału,na twarzy Singielki pojawił się dobrze znany grymas i rozpaczliwe pytanie-dlaczego, dlaczego o dobry losie mi to robisz, czym ja zawiniłam?No czym.Sprzątam, jestem miła i w miarę grzeczna. Singielka poczuła się jak dziecko,które zamiast wymarzonego prezentu od Świętego dostało rózgę,i to przed całym przedszkolem.

W soboty z tej wsi odjeżdżają trzy autobusy. Tak dobrze słychać,słownie trzy, a cyferkowo 3. Jeden o absurdalnej porze,czyli o 5.40.Drugi o 12.30, spóźniony na warsztaty o 3,5 godziny. Ten trzeci kurs o 18.42 podaję już pro forma. Singielka znów żałośnie załkała, i powtarzała-dlaczego,dlaczego o losie mnie tu zesłałeś? Po angielsku why,why……

Singielka pomyślała, że może brat pomoże.Nie, on nie wstanie o o 8 rano,nie ma szans. Sorry siostra. Singielka poszła do swego ojca.Tu było podobnie,sorry córka,to sobota,ślub mojej bratanicy,co prawda nie idę z mamą na wesele,ale mama chce iść do fryzjera,muszę ją tam autem zabrać…. Singielka nawet zadzwoniła do firmy taksówkarskiej ile teoretycznie kosztowałby taki kurs,ale kwota od 70 do 80 złotych skutecznie zakończyła rozmyślania o tej opcji transportu.

Gdyby Singielka miała więcej determinacji,siły wewnętrznej,odwagi,rozsądku i takie tam to dziś miałaby prawo jazdy,wzięłaby drugie auto i sruu, pojechała na warsztaty.

Gdyby Singielka miała super pracę i sporo pieniędzy bez żalu zapłaciłaby za taksówkę z uśmiechem na ustach. Ale Singielka zlikwidowała swoje oszczędności by dołożyć się do remontu pokoju,stąd dziś jej konto nie świeci nadmiarem gotówki.

Gdyby Singielka miała większy biust, dłuższe nogi,pełniejszy uśmiech, była milsza, etc,itp,itd, to dziś miałaby Szczura.Swojego Szczura,który z radością zawiózłby Singielkę na te warsztaty,będąc dumnym,że jego Mysza spełnia marzenia i się rozwija. Może po wszystkim poszliby na długi spacer, potem na kubek czekolady?I może nawet kupiłby je malutki bukiecik ogrodowych kwiatków od starszej pani….. Ona założyłaby tę uroczą sukienkę i tak szliby trzymając się za ręce….

Gdyby Singielka miała więcej kondycji,albo bądźmy szczerzy,po prostu rower obok siebie,pojechałaby na te warsztaty. A potem zjadłaby wszystko do ostatniego okruszka. A co!

Ale nie, Singielka sobotę spędzi w domu, zamknięta na wsi niczym kura w klatce. Upiecze ciasto, zamiast pod okiem szefa kuchni,pod swoim.O ile coś zobaczy,bo jej oczy będą nachodzić łzami. Bo ona bierze ślub, bo tam gotują z szefem kuchni, bo ktoś chodzi na randki i spaceruje po tym pięknym mieście,a ona? A ona znów będzie udawać,że jest ok. Albo nie będzie?….

Mówię Wam,Singielka na wsi ma zawsze pod górkę.

39863209a6a9b0a42242da5e83972f1c

Ścieżka dźwiękowa-Toto-Rosanna

 

 

 

Summertime sadness

Jakoś tak za miło było. Tak spokojnie,sielsko i anielsko. Wakacje, remontowe ekscytacje, wszystko mnie cieszyło i w ogóle czułam się jakbym zażyła jakiś naturalny dopalacz.  Aż tu nagle parę drobnych zdarzeń i bach. Na ostatnią chwilę dopadł mnie letni smutek….

Remont zaczyna mnie irytować. Może nie tyle sam remont co ta otoczka. Życie na walizkach i kartonach. Początkowa radość zamienia się w złość. Nic nie mogę znaleźć,ciągle czegoś szukam. Boję się,że pewne rzeczy straciłam bezpowrotnie. Złości,wścieka,doprowadza do niezdrowych wypieków twarzy bałagan. Nie mam szafy,nie mamy szafy. W tym mieszkaniu nikt nigdy nie mieszkał dłużej niż podczas 2 tygodniowego urlopu.Brakuje szaf i schowków. Żyję jak w magazynie odzieży używanej. Wczoraj w ogrodzie znalazłam garnek,ten,którego szukałam parę dni. Jak moją pedantyczną naturę to rani,jaki zadaje ból ten nieporządek. Dosłownie czuję chaos całą sobą,również w głowie. Nie potrafię się zrelaksować. Ciągle chodzę w stanie niepotrzebnego napięcia. Męczą mnie dojazdy do pracy. Kiepsko mi się tu śpi. Nie tylko mi. Mój tata,moja mama,brat-nie umiemy tu spać. Kładę się każdego dnia coraz później,a rano nie potrafię wstać. A przecież muszę wstawać dużo,dużo wcześniej, bo dojazd zabiera ogrom czasu. W  tych korkach mam wrażenie,że zakwitnę. Nie znoszę iść na ten przystanek. Tylko ja tam wsiadam,przecież w tak ekskluzywnym miejscu każdy ma auto. Ja nie mam. Nie mam też prawa jazdy. A moja kuzynka właśnie robi kurs, przyjaciółka też się zebrała po 8 porażkach. Bombardują mnie swoimi postępami i czuję się jak nieco idiotycznie. Ostatnio jeden klient powiedział,że jestem kobietą wygodną,skoro nie mam plastiku uprawniającego do odpalenia samochodu poza własnym garażem. I tak męża nie znajdę. Trudno.

Ostatnio na rynku spotkałam taty brata z żoną. Jako,że kupowałam jajka u dalekiej cioteczki, musiałam wysłuchać opowieści o weselu już za tydzień. Było o menu-żebym wiedziała co tracę, jak pięknie będzie kuzynka wyglądać w sukni-żebym wiedziała,że ja nie będę tak wyglądać nigdy, że jej narzeczony to cudowny chłopak-dla mnie szczur, ale niech zazdroszczę. W każdym razie zostało mi tylko głupio się uśmiechnąć i tyle. Oczywiście jako,że nastrój miałam iście listopadowy zostało mi tylko kupienie czegoś do stworzenia ciasta i zjedzenia połowy na ciepło, prosto z pieca. Bo przecież jest mi smutno i źle. Szczur nie szczur, jakiś by się czasem przydał.

Przydałoby mi się nieco farta. Wczoraj i dzień wstecz ,miałam niedofart.  Tak po prostu. Nie wiem czy istnieje takie słowo,ale podoba mi się,czyli może być. Szłam po pracy na autobus w tym wrześniowym upale. Dzwoni mama,że mam kupić parę rzeczy w sklepie z robaczkiem w logo. Ok,mama wspominała,że brakuje tego i tamtego,i jeszcze tych dwóch rzeczy,a tamtego produktu z dolnej półki to w ogóle tak na brak,że nie wiadomo jak możemy żyć bez niego. Dzielnie stoję w kolejce do kasy. Coś się popsuło.Ok, mija 7 minut, 38 sekund i taśma sunie moje zakupy ku kasjerce. Jeszcze parę uśmiechów, jeszcze zapłacę,i pędzę na przystanek. Po drodze przypomniałam sobie,że powinno być mi ciężko bo niosę za dużo. I rzeczywiście poczułam dziwną ciężkość. Krok mój zrobił się dziwnie dostojny, robił z pewnością wrażenie na okolicznych psiakach,ale nie na kierowcy autobusu,który gdy w końcu doczłapałam się do miejsca zwanego przystankiem odjechał. Kolejny autobus za 40 minut. Dzwonię do brata-przyjedź po mnie. On,że chętnie,ale poszedł sobie szukać stworków,jest 40 minut od auta,więc prościej będzie jak pojadę już tym autobusem. Ok, pomyślałam,że fajnie będzie wejść do mieszkania,bo panowie mieli kłaść podłogę w łazience i chciałam ją zobaczyć. Mili panowie mnie zaskoczyli bo zaczęli malować mój pokój. Kolor okazał się idealny. Śliczny. Do ostatniej chwili wahałam się między trzema odcieniami, ostatecznie wybrałam bez przekonania, to znaczy chciałabym najchętniej wszystkie trzy mieć na ścianach w pokoju. Jaki wybrałam? Nie zdradzę. Wybrałam kolor numer trzy,a na ścianie okazał się zaskakującym kolorem numer cztery.. W każdym razie rozmawiałam z panami, i dostałam wiadomość od mamy,skoro jestem w centrum to może zajrzę do apteki. Chętnie, od dwóch tygodni chodzę z katarem a, że w mojej wsi  nie ma apteki to wykończyłam wszystkie swoje zapasy. Czas znów wybrać się na zdrowotne łowy. W aptece była nieziemska kolejka. Ale ja musiałam kupić polopirynkę. Więc kupiłam,a potem biegłam na przystanek. I bach,powąchałam autobusowe spaliny.Spóźniłam się na drugi autobus tego samego dnia. Zadzwoniłam do brata-przyjedziesz? Przyjadę. Ok,czekam. Po 10 minutach dowiaduję się,że brat nie przyjedzie.  Pralka się zbuntowała,a jako,że to ta wynajmowana,to mama wpadła w dziką histerię. Ok, postanowiłam,że przejdę się na pętle. Bo mam spore te zakupy,a chcę mieć pewność,że spocznę wygodnie w autobusie. Doczłapałam się we wrześniowym upale na pętle,a tam już stoi autobus. No czy ktoś może mieć większego pecha? Znów mi odjedzie? Jak tak to siadam na ulicy i ogłaszam strajk głodowy. Pędzę,wpadam do autobusu,żądam biletu, pan się śmieje.  Śmieje się bo to nie ten autobus. Wysiadam z godnością. Za chwilę podjechał właściwy. Uff. Siadłam wygodnie. Spóźniona o 150 minut dojechałam do domu.

Właśnie,lato, pięknie jest. A ja zaziębiona. Kicham,kaszlę, okropnie boli mnie gardło. Musiałam chodzić do pracy,bo mej siostry nie było w mieście,konferencja. No i cóż, teraz te piękne dni późnego lata spędzę kichając i zamiast orzeźwiających lodów będę spożywać pastylki łagodzące ból gardzioła.

 

Mało Waszym zdaniem? Popsuł mi się telefon. Mam dwa. Jeden służy mi do rozmowy, drugi robi za aparat,który czeka na kabelek i z braku prądowego jedzonka się wyłączył. I teraz ja mądra włączyłam w pracy wi-fi, i mądry telefon sam z siebie pobrał aktualizację. I wiecie co? Sam z siebie dokonał restartu, takiego solidnego, wykasował mi wszystkie zdjęcia z Krakowa, w ogóle z ostatniego miesiąca. Wściekłam się jak mało kto. O mało co nie dokonałam jakiegoś czynu prawem zabronionego. Jakie to szczęście,że jest blog, gdzie mam nieco zdjęć,że jest Facebook,że jest Instagram,mogę je sobie pooglądać,ściągnąć i mieć parę wspomnień dla potomnych. Ale siłą rzeczy uciekło mi wiele pięknych zdjęć, rodzinnych. Czuję wielką pustkę. Czy to normalne?

Miałam takie fajne plany na ten dzisiejszy dzień. Już dawno je poczyniłam,miało być fajnie.I co?Wczoraj wieczorem miałam gorączkę.Pewnie ostatnią tak piękną niedzielę spędzę przed telewizorem przeskakując z kanału na kanał. I tyle by było na dziś.

065a11fc0c32c504994b63279904ff601

Ścieżka dźwiękowa-Lao Che-Errata

 

A ja sobie gram…..w odpowiadanie.

Jako,że Oironio zaprosiła mnie do zabawy,nie mogę odmówić. Także nowy tydzień zaczniemy zbiorem ciekawostek wszelakich.

1. Jaki był Twój najpiękniejszy sen?
Hmm. Więc tak. Sen ten przyśnił mi się dwie noce przed pewnym koncertem. Ha, mam Was,to nie był koncert Depeche Mode. To był koncert Kasabian. Także tego, śniło mi się, że lider tego zespołu był moim wyjątkowym przyjacielem. No dobra, narzeczonym po prostu. Co tam będę w bawełnę owijać. I tak sobie szukaliśmy domu,w którym zamieszkamy po jakże wystawnym ślubie,którego głównym tematem będzie,a jakże rock n’roll.I kiedy tak sobie chodzimy po naszym hipotetycznym ogrodzie w pewnej bardzo znanej dzielnicy, zza płotu wita mnie moja hipotetyczna sąsiadka. Któż to? Blondynka,krzywe nogi,niezbyt wysoka. Tak,to była Kate Moss, gdzieniegdzie znana jako Kasia Mosia.I ta Kasia mówi mi- wspaniała sukienka,skąd ją masz? A miałam na sobie sukienkę w kwiatki,taką prawdziwą z mojej szafy. Oczywiście powiedziałam Kate gdzie ją kupiłam,licząc,że zaprosi mnie na wspólne zakupy i plotkowanie jak to było z Johnnym Deep’em.W każdym razie we śnie moja sukienka nie pochodziła z sieciówki,a z ekskluzywnego domu modu. Ale rano obudziłam się taka zadowolona, oczywiście od razu założyłam tę sukienkę. Ale nie zrobiła wrażenia na mieście. Chciałam krzyczeć-hej ludzie, mam sukienkę,którą chwali sama Kate! Nie zadziało. Kupiłam więc sobie t-shirt z napisem- Kate Moss nosiła tę bluzkę. A co będę sobie żałować.
2. W jakiej sławnej postaci się kiedyś podkochiwałaś/łeś?
Ciągle go kocham. Nie będę  mówiła kto to jest,bo będzie to okropne nudne. Ile razy można pisać,że Dave Gahan to ktoś kto potrafi sprawić,że moja dusza znajduje się w innym świecie?Tym lepszym oczywiście.
3. Gdybyś mogła/mógł być zwierzakiem, to jakim?
Żółwiem. Bo akuratnie czuję się dość żółwiasto. Jakaś taka powolność ciała,ducha i umysłu mnie ogarnęła. Żółw, to też takie dostojne zwierzątko prawda?
4. Piosenka, z którą się utożsamiasz?
Będzie znów nudno,ale tak, Walking in my shoes to ta piosenka, która wywołuje najwięcej ciarek na mej nieopalonej po lecie skórze. Zawsze kiedy jej słucham widzę swoją przeszłość,złe wybory, niepotrzebnie podjęte decyzje,bezsensowne kłótnie, a pod koniec uświadamiam sobie,że nic bym nie zmieniła Bo tak miało być.
5. Jeżeli istniała możliwość wcielenia się w główną postać jakiegoś filmu, na kogo padłby Twój typ?
O jejku.Znamy reżysera. A, że ten reżyser nakręcił pokaźną ilość obrazów to będzie ciężko coś wybrać. No dobra,chciałabym być Skylar Dandrigde. Ha, tak,chciałabym zagrać we Wszyscy mówią kocham cię. Dla dwóch scen. Tej pierwszej,kiedy cały szpital ogląda mój pierścionek zaręczynowy,nie na palcu,a gdzieś tak w środku oskrzeli.No i zawsze chciałam powiedzieć tę kwestię:  Mamy też piękne wczesnoamerykańskie żyrandole…….
6. Ostatnio przeczytana książka?
Aktualnie czytam dwie pozycje, a ostatnio skończyłam Lekcję Anatomii. Nie,nie podkradłam z desperacji podręcznika brata i nie czytałam o kosteczkach o których nikt nic nie wie.Nina Siegal napisała książkę,historię słynnego obrazu,jak doszło do tej znanej i podziwianej dziś Lekcji Anatomii. Polecam.
7. Jaki kolor oczu jest według Ciebie najpiękniejszy i dlaczego?
Mój. Ale skromna ze mnie dusza prawda?No cóż moje oczy są brązowo-zielone.Przy czym nie jest to banalne połączenie tych dwóch barw zwane piwnym odcieniem.Ja mam zielone oczy i małe złote plamki.Prawda,że brzmi to uroczo?
8. Wymarzone miejsce na starość?
Będzie banalnie.Mój dom.Ja z racji wieku zamieszkam z kapciowatym mężem na dole, w sypialni z wejściem do ogródka,który będę namiętnie uprawiać nie martwiąc się o ,że mimo 84 lat dalej wyrywam kwiaty zamiast chwastów,bo nie wiem do końca co chwast co rzadki kwiat. Na górze mieszka moja najmłodsza pociecha,z mężem i śliczną córeczką w wieku lat 9,która jest zakochana w swej babuni. Bo babunia robi najlepsze naleśniki. A babcia płaci wnuczce by dalej tak chwaliła. Bo przecież wzrok nie ten,siły nie te.O, babusia pomyliła mąkę z dziadkowym proszkiem na stawy.I to jest piękna starość w pięknym miejscu.
9. Przenosisz się w czasie, o 30 lat wstecz, jesteś w stanie poradzić sobie bez ogarniającej nas nowoczesności?
Jako,że stateczna ze mnie dama i pamiętam czasy bez komórek,komputerów,i innych cudów techniki radę bym sobie dała.Oczywiście otwartym zostaje pytanie ile bym w takim świecie wytrzymała? I kiedy zaczęłabym tęsknić za blogiem?
10. Jaki tytuł nosiłby film opowiadający o Twoim obecnym życiu?
Myśleliście,że dam tutaj coś w stylu Była sobie singielka z wałkiem w ręku?Nie. Nieracjonalna kobieta,pozna przystojnego bruneta (najchętniej)we wrześniu,by w życiu i całej reszcie pojawiła się magia w blasku księżyca. Może być? Wiem,bardziej brzmi to jak fragment ogłoszenia towarzyskiego w kąciku Serca Dwa,ale co tam. Taki mam dziś nastrój.
11. Myślisz, że każdy w gruncie rzeczy jest dobry i na dobro zasługuje?
Zasługuje to prawda.Czy każdy jest dobry?Wiem,że chwilami bardzo ciężko w to uwierzyć,ale chcę wierzyć,że tak. Są natomiast takie sytuacje kiedy ta dobra nuta zostaje przykryta totalnym bagnem i ciężko się doszukać pokładów dobra w pewnych ludziach.
68591459e006379d0c866c3052e0f3e4
Ścieżka dźwiękowa-Placebo-Every me,every you

Zaczął się wrzesień,czyli czas podsumowań.

Jak wiadomo skończył się sierpień,zaczął wrzesień.Pogoda dalej nas rozpieszcza, i bardzo dobrze. Jako fanka lata nic złego nie powiem na ciepło,słonce i duchotę w autobusie.Nic a nic.

Miniony miesiąc był szalenie intensywny. Przeprowadzka,pakowanie,potem rozpakowywanie, masa zajęć . Jeżeli w lipcu mówiłam,że masę czasu spędziłam w budowlanych marketach to w sierpniu spędziłam go trzy razy więcej. W ostatni weekend pobiłam chyba wszystkie rekordy. No cóż tak bywa,kiedy okazuje się,że wybrane drzwi robią tylko na zamówienie i trzeba pilnie szukać czegoś podobnego. Te inne też są na zamówienie,ale przynajmniej na zamówienie 5 dniowe,a nie 50 dniowe.Czyżbym miała aż tak niepopularny gust ? Wiecie,że w sierpniu tylko raz byłam na plaży? Było to w ostatnią niedzielę,zrobiłam sobie mały spacer nad morską wodą. Tylko raz. Totalnie brak mi czasu. Sierpień to wspaniałe dary natury, masa owoców i warzyw. A ja prawie nie gotowałam. Niezbyt potrafię poruszać się w wynajmowanej kuchni. Czekam na swoją,która dzielnie powstaje u panów stolarzy.

Ten miesiąc spędziłam na walizkach. Już mam dreszcze na myśl o tym,że zaraz znów będę musiała się spakować.No może nie tak zaraz,mieszkanie nie wygląda wciąż tak jak bym chciała by wyglądało jak na ponad 3 tygodnie prac remontowych. Co prawda wszystko co najgorsze zostało już zrobione, ale te prace nie były zbyt efektowne. No chyba,że ktoś lubi się zachwycać nową instalacją elektryczną,zachwyci się rurami do wody lśniącymi nowością,czy znajdzie coś pięknego w ścianach,które schną od tynkowania. Także sierpień minął remontowo efektywnie,ale mało efektownie. Ponoć po 15 września panowie chcą kończyć. 19 mają zacząć nowy remont,więc woleliby do tego czasu nas pożegnać. Trzymajmy kciuki.

Wiecie,że nie obejrzałam ani jednego filmu,ani jednego odcinka jakiegoś serialu?Na wakacjach od czasu do czasu rzuciłam okiem na Olimpiadę.No dobra,celowo po nocach oglądałam siatkarzy i ręcznych piłkarzy. W zasadzie momentami było to połączenie horroru z komedią. Za to książkowo było udanie, 17 pozycji. Przy czym ze względu na fakt,że większość tego miesiąca spędziłam w samochodzie, czytałam raczej wakacyjne pozycje. Ciężko było mi wybrać coś co mnie szczerze zachwyciło.Dużo łatwiej byłoby mi wskazać te książki,które najchętniej spaliłabym na stosie w moim wynajętym ogródku.

Zacznę od tych lepszych pozycji. Pieśń o poranku Pauliny Simmons. Macie wszystko,wedle standardów określonych przez większość ludzi na świecie. Mąż jest zaradny i pracowity,macie piękny dom główny plus wakacyjny. Dzieci są zdrowe i choć wchodzą w wiek problemowy dla każdej matki,to są powodem do dumy. Wy nie musicie pracować, dbacie o dom, rozwijacie się, macie dużo przyjaciół i możecie co rano powiedzieć sobie-lubię swoje życie. A potem idziecie na zakupy,spotykacie chłopaka niemal w wieku waszej córki i bach. Wszystko się zmienia. Ale czy stateczna matka może sobie pozwolić na szaleństwo i szczęście?No właśnie, czy ona jest szczęśliwa? Czyje szczęście jest ważniejsze, jej czy rodziny? Czy można budować trwałe szczęście na czyimś nieszczęściu?Wiele pytań i wiele wątpliwości. Tę pozycję szczerze mogę polecić. Jak na razie Paulina Simmons mnie nie zawiodła.

Świat był tutaj, gdzie zaginęło serce, oddane innemu człowiekowi. Czyż nie w tym świecie pragnęła żyć? Odnaleźć miłość i trzymać się jej obiema rękami. Miłość to wszystko, czego potrzebujesz.

Sierpniowym rzutem na taśmie przeczytałam fascynującą historię pewnego romansu. Wiem, wiem,brzmi to słabo, romans. Ale jaki. Romansowała bowiem Maria Curie. Ta historia jest prawdziwa. Po tragicznej śmierci Piotra, Maria wpadła w depresję. pokonała ją wielka namiętność i miłość do innego geniusza Paula Langevina. Skandal był tym większy,że ona wdowa,a on żonaty z czwórką dzieci. Do tego ona była od niego starsza. Ta historia,choć prawdziwa była mi zupełnie nieznana, a sposób w jaki opowiedział ją autor całkowicie mnie zachwycił. Maria i Paul. Miłość geniuszy, Maciej Karpiński-czytajcie koniecznie.

Każdy boi się śmierci. Pewnie dlatego tak kurczowo trzymamy się życia. Człowiek mniej boi się śmierci, kiedy wie, co po sobie zostawia.

Na plus,nawet spory mogę zaliczyć Wszystkie kwiaty Szanghaju. Przejmująca historia życia za Wielkim Murem. Ona, dziewczyna bez prawa głosu,zostaje przymuszona do bycia kimś kim wymarzyli sobie jej rodzice. Ale realizuje scenariusz jaki był przeznaczony jej zmarłej siostrze. Walka z konwenansami,z trudną i brutalną historią i próba znalezienia w sobie siły do walki. Aż dziwne,że tę tak poruszającą książkę mógł napisać mężczyzna.

 

Czego nie polecam? Miałam problem by wybrać najgorszą książkę. Było ich dość dużo. W końcu uznałam,że za najgorszy uznać mogę uznać inny romans, Był sobie książę Rachel Hauck. Tak, tak, wszystko jasne. Ona jest skromną amerykanką, on europejskim księciem. On ją kocha,ale rząd nie pozwala mu wziąć ślubu. Wiadomo od początku,że będzie happy end, wszystko jest takie sztuczne, i podszyte taką dziewczęcą fascynacją autorki, która cieszyła się każdym słowem jak 3 latka na widok kucyka Pony.

Z jakiego powodu? – wzruszyła ramionami. – Że rzeczywiście spotkałam księcia? A kto powiedział, że trzeba wyjść za pierwszego lepszego księcia, którego się napotka?

 

A ja wracam do pracy. Dziś już piątek, wlecze się strasznie. Weekendzie przybądź, pierwszy wrześniowy weekendzie zabierz mi katar, dodaj nieco energii i pozwól pocieszyć się słońcem.

P.S. Sprawne oko dostrzeże projekt mojej kuchni:)

Ścieżka dźwiękowa-Arctic Monkeys-Why’d you only call me when you’re high?