Spirit. Po prostu.

We’re going backwards
Turning back our history
Going backwards
Piling on the misery

Nie chciałam opisywać swoich wrażeń tak od razu. Tak na szybko, nie chciałam opisywać pierwszych wrażeń, po pierwszym pełnym odsłuchaniu. Dziś. kiedy minęło trochę czasu, i na koncie mam 7 odsłuchań od pierwszej do ostatniej nuty,mogę powiedzieć coś więcej. Na tę płytę czekałam od ostatnich 3 lat. Od momentu kiedy Deltę przesłuchałam wzdłuż, wszerz i w poprzek. I czekałam na coś więcej. A kiedy doszły mnie słuchy o tym, że panowie wrócili do studia moja ekscytacja rosła z dnia na dzień. Aż osiągnęła poziom plus milion. I rozładowała ją dopiero premiera nowego albumu. Spirit.

We’ve been walking far too long this icy road
My broken heart is colder than a stone
I know you’ve never ever be a friend
Now you’ve pushed me to the end

Fanką Depeche Mode jestem chyba od zawsze, bo w moim domu słuchało się Trójki, a w Trójce leciało sporo, sporo Depeszy. A moi rodzice nie uznawali dziecięcych piosenek typu Szorujemy ząbki i Tulimy różowe misie. Z moją mamą bez krępacji śpiewałam o pewnej Peggy, co niewielu mogło pokochać. Pamiętam jak w zerówce każdy miał przynieść swoją ulubioną płytę na bal karnawałowy. Ja przyniosłam Phila Collinsa. Z powodu podobieństwa do mojego taty. Naprawdę wierzyłam,że mój tatko za dnia jest moim tatką, a nocami jest Philem i śpiewa. Co prawda tata głosu nie posiada jak Phil, ale jako mała dziewczynka szczerze wierzyłam,że fałszuje bo się droczy. A zresztą w ogóle mi to nie przeszkadzało. Najważniejsza była dobra muzyka.

Pull the trigger
Hey scum, hey scum
Pull the trigger

Pamiętam pierwszy raz, bardzo,bardzo świadomy. To był rok 2000, końcówka i pojawiła się zapowiedź nowej płyty, coś przemknęło mi przez ucho i nie mogłam przestać myśleć kiedy już płyta się ukaże i co na niej będzie. Pamiętam jak każdego dnia czekałam przed telewizorem by w kąciku muzycznym w Teleekspresie powiedzieli- jest. Wtedy nie było internetu w domach, to wiadomość dla tych młodszych. I pamiętam jak moje czekanie się opłaciło i jak obejrzałam teledysk, jaki tam teledysk, fragmencik, może z 10 sekund, Dream On. Wtedy czułam się jak w niebie. Od tamtej pory przed każdą płytą odczuwam taką samą ekscytację, to w ogóle nie opada. Ba, z wiekiem chyba rośnie. Bo ja jestem coraz bardziej świadoma. Świadoma wpływu ich muzyki na moje życie. Wiem, wiem, brzmi to idiotycznie, ale tak jest. Bo Depeche Mode zawsze było tym zespołem, o którym mogę powiedzieć- soundtrack mojego życia. Po prostu.

You can forsake me
Try to break me
But you can’t shake me
No
You can despise me
Demonise me
It satisfies me so

Spirit. To ta nowa płyta. Panowie dojrzeli. Nie ma tu już nadmiaru wielkich pieśni o miłości, tych pięknych i subtelnych gier. Tej delikatności,wszyscy wiedzą o co chodzi, ale nie pada żadne jednoznaczne słowo. Jest za to to co zajmuje teraz świat, zmiany, zmiany, nie zawsze te dobre. Jest taka teoria, że muzyka ma służyć zapomnieniu i odcięciu się od świata. Dlatego też nie powinna ona poruszać tematów społecznych, powinna tyczyć uczucia zakochania, radości, względnie rozterek, że on kocha ją, ona jego, ale nie mogą się spotkać,a  na końcu i tak on trafia pod jej wypielęgnowane stópki. Muzyka ma być lekka, łatwa i przyjemna. Inni myślą inaczej. Muzyka powinna reagować na to co dzieje się na świecie, polemizować, albo się zgadzać. Zmuszać do reakcji, albo wręcz przeciwnie, utwierdzać w przekonaniu, że to co się dzieje jest tym czego oczekujemy i potrzebujemy. Możemy się identyfikować z poglądami zespołu, a szerzej fanów. Panowie z Depeche Mode wybrali drugą drogę. Postanowili opowiedzieć o swoich obawach, rozczarowaniach i wlać nieco fermentu w serca i umysły swoich słuchaczy.

You go your way, I’ll go mine
We’ve walked this line together for the longest time
We’ve climbed the mountain in so many days
You reached the top then slowly fade away

Pierwsze co nasuwa się po przesłuchaniu tej płyty, to to, że to nie jest zbiór singli. To nie są piosenki, które zrobią tyle co zrobiło Enjoy the silence czy I feel you. Owszem, pojedynczo są świetne,ale ta płyta to całość. I każda piosenka jest częścią szerszej całości. Bez numeru przed i numer po, nieco blaknie. Stąd też za 40 lat ktoś kto będzie wspominał tę płytę nie powie od razu, bez zastanowienia- o, to był hit. Nie, tutaj gra całość.Dlatego tę płytę trzeba słuchać od początku do końca, skupić się, tak, to nie jest płyta, której słucha się cudownie jakoś tak mimochodem. Przy gotowaniu czy porannej krzątaninie. Nie jest to płyta przy której się tańczy, albo nuci się poszczególne piosenki podczas wieszania świeżo upranej pościeli na balkonie. Ja słucham jej wieczorem, kiedy mam wolny czas. I maksymalną koncentrację, poddaję się jej w pełni.

 

Where’s the revolution
Come on people
You’re letting me down
Where’s the revolution
Come on people
You’re letting me down

W tej całości są perełki, piosenki, które brzmią wręcz groźnie. Tak jak otwierający płytę Going Backwards. Zadziwiająco elektronicznie, mocno, zaskakująco ofensywnie. Potem jest nie lżej. Scum, mocno do kwadratu, ściana dźwięku, ostry, uliczny tekst, pokręcona muzyka, wykrzyczany refren. Aż ma się ochotę wziąć spray i wymalować coś na murze. W akcie protestu. Znane  już z radia Where’s the revelotion, mocny, zaangażowany tekst i genialny teledysk. Solidna dawka stadionowej wręcz energii. You move, So much love i No more. Utwory, które są nieco lżejsze, z nieco inną energią, takie bardziej Depeszowe z ostatnich lat, ale mimo wszystko bardzo intensywne. Poisoned heart, czysty blues. Do tego genialnie zaśpiewany, chwyta za serce i za gardło. Cover me, bardzo osobisty utwór, smutny, refleksyjny, nostalgiczny. Czyż nie można się wzruszyć słysząc takie wyznanie?

I pictured us in another life
Where we’re all super stars

 

Na płycie są też dwie piosenki, które jak mnie śmiało można by pominąć. O ile wielbię Martina jako twórcę, to jako wykonawcę już nie darzę go nieustanną miłością. Piosenki z tej płyty w jego wykonaniu są dla mnie zbyt rzewne, zbyt balladowe, nieco nijakie. Myślę, ale to tylko moja opinia, że bez Eternal i Fail płyta by nie straciła, a wręcz przeciwnie. Zyskała pełną spójność.
Hey, he’s down the street
Lying in the snow and sleet
Begging for something to eat
And looking beat

Nie jest to płyta tak genialna jak SOFAD, czy tak przebojowa jak Violator. Ale, ale. Jesteśmy dwie dekady dalej. Nie można wymagać, że każda piosenka będzie murowanym hitem i będzie hulać po radiach jak Stoch po skoczni. Że każda piosenka będzie wpadać w ucho momentalnie. Że każda płyta przyniesie miliony nowych, wiernych fanów. Mam wrażenie, że panowie gdzieś daleko za sobą mają już cały ten blichtr muzycznego światka Że znów są chłopakami w czarnych skórach. Że po prostu kręci ich tworzenie muzyki. Że im się chce. Że chcą powiedzieć coś ważnego, i nie martwią się o liczbę sprzedanych płyt. Dla mnie tą płytą wrócili do przeszłości, znów założyli skórzane kurtki , metalowe bransoletki i znów głośno mówią to co chcą.

A ja chcę ich słuchać. I mogę to robić bez końca.

9a7dde2776b684182622e4624a698365

Ścieżka dźwiękowa- Depeche Mode- So much love

 

 

Ze zgagą jej do twarzy

Dzisiaj będzie o filmowym weekendzie. W ten weekend zachęcam Was do obejrzenia filmów z moją ulubioną, wróć, ukochaną aktorką. Tak, powiem to głośno,nie wstydzę się. Kocham Cię Meryl. Uff, ulżyło mi.

Nie wiem kiedy uznałam,że Meryl jest genialna? Może to przez połączenie wielkiego talentu i takiej zwyczajności? Meryl jest intrygująca, ale nie jest klasyczną pięknością, taką za którą odwróciłby się każdy i rzucił do kolan wyznając wieczną miłość. Meryl Streep ma też coś do powiedzenia i kiedy chce to po prostu to mówi. Nie patrzy przy tym ani na innych, ani na to czy to chce powiedzieć jest akurat modne. Ma swoje zdanie i je ceni. A do tego jest taka normalna, nudne i udane małżeństwo, czwórka dzieci i genialne role.

Dziś będzie więc krótki przegląd moich ulubionych, wróć, ukochanych filmów z Meryl w roli głównej. Będzie chronologicznie.

Manhatthan. To jeden z moich ulubionych filmów Woody’go Allena. Tym razem zabiera on widzów do swojego miasta i opowiada jak zwykle niezwykle pokręconą i ironiczną historię. Meryl Streep gra tutaj pokręconą lesbijkę, bardzo kłótliwą, głośną i energiczną. Całą fabułę można zaś skrócić do tego,że Issack Davis, którego gra Allen jest dwukrotnie rozwiedziony, bezrobotny i właśnie zakochuje się w dziewczynie swojego przyjaciela. Meryl, która gra tutaj byłą żoną Davisa, jako nowo nawrócona lesbijka, postanawia napisać książkę o swoim małżeństwie, co niekoniecznie podoba się byłemu mężowi. Film jest niebanalny, dialogi to istne perełki,  akcja dzieje się szybko, w tym filmie wszystko gra idealnie. A już na pewno wspaniale gra Meryl. Nastrój filmu potęgują biało-czarne zdjęcia i hipnotyczna Meryl. Ona naprawdę wyglądała wtedy przepięknie.

merylmanhattan

Wybór Zofii. Mocny film,  na pewno nie do obejrzenia kiedy mamy świetny humor i chcemy go podkręcić czymś radosnym. Albo gdy szukamy pocieszenia. Zofia Zawistkowska- grana przez Meryl, jest Polką, która przeżyła dramat obozu koncentracyjnego. Obecnie mieszka w Nowym Jorku i zmaga z tragicznymi wspomnieniami, w których dominują śmierć i cierpienie. Film opowiada o skomplikowanej relacji między Zofią, a Nathanem, z którym mieszka i dzieli życie. Nathan jest Żydem, o maniakalnej obsesji zbierania dowodów o zbrodniach na swoich rodakach. Za ścianą mieszka Stingo, pisarz, którego nieustanne kłótnie młodych ludzi, wzbudzają ciekawość i prowadzą do przyjaźni, oraz do poznania historii tych dwojga ludzi… Więcej nie powiem. Obejrzyjcie. Ale warto, szczególnie,że Meryl przygotowując się do roli uczyła się polskiego i moim zdaniem lekcje odrabiała bardzo solidnie. A Oskar za tę rolę jest jak najbardziej zasłużony.

Set of

Zgaga. Meryl Streep zagrała w genialnej, autobiograficznej historii Nory Ephron, która opisała swój związek z dziennikarzem Carlem Bernsteinem-w tej roli wspaniały Jack Nicholson. Meryl gra tutaj Rachel, dziennikarkę kulinarną, która poznaje na ślubie znajomych Marka. Łączy ich wielkie uczucie,a  scena kiedy to Meryl karmi Jacka spaghetti po upojnej nocy jest kultową. No dobrze dla mnie jest kultową. W każdym razie odkąd obejrzałam ten film, pokochałam makaron jeszcze bardziej. Wkrótce Rachel i Mark biorą ślub, remontują dom, rodzi im się dziecko, a kiedy ona spodziewa się drugiego, okazuje się,że on ma romans. Banał? Być może. Ale dla mnie to naprawdę genialny film i genialna rola Meryl. Tym razem jest tutaj brunetką o krótkich włosach. Granie matki, mistrzyni kuchni, kulinarnej dziennikarki, wiecznie jakby w ciąży wyszło Meryl po prostu genialnie. Jako wierna fanka Meryl i tego filmu mam już na liczniku 5 pokazów i serdecznie Wam polecam.

heartburn

Ze śmiercią jej do twarzy. Zdecydowanie zmieniam klimat. Będzie komediowo. Jestem beznadziejnym przypadkiem fanki tego filmu, jeżeli leci w telewizji, nie ma bata, nieważne co się dzieje, ja siadam i oglądam. Do znudzenia. I tak w kółko. Rok bez duetu Meryl i Goldie jest dla mnie rokiem straconym. Miłość do tego obrazu przekazała mi mama, która pierwszy raz pokazała mi go jak miałam 7 lat. Od tamtej pory pokochałam fabułę i cóż, chyba pokochałam Meryl na poważnie. W tym filmie Meryl gra piękną aktorkę, Maddison, która ostatnio zamiast wielkich ról , zajmuje się głównie tropieniem nowych  zmarszczek na swej twarzy. Jej mąż Ernest to chirurg plastyczny,utalentowany,ale dziś zajmujący się makijażem pośmiertnym, wbrew pozorom branżą z perspektywą. Historia zaczyna się, kiedy dawna przyjaciółka Maddison, Helen Sharp po kilkunastu latach postanawia wziąć odwet na Maddie za wszystkie krzywdy jakich doznała od przyjaciółki. Ten film ośmiesza światek show biznesu, dążenie do wiecznego piękna i kult młodości. Tak, jest przerysowany i karykaturalny,ale genialny w swojej kategorii. No i ten film to popis wspaniałej gry aktorskiej. Meryl pokazuje tutaj niesamowity talent komediowy. Jest po prostu genialna, nawet z przekręconą na drugą stronę głową .

M8DDEBE EC002

Mamma Mia.  O ile jestem uzależniona od Meryl Streep, to jestem tak samo uzależniona od tego filmu. Odkąd go pierwszy raz obejrzałam,miałam ochotę rzucić wszystko, polecieć, ewentualnie pojechać i popłynąć, na pierwszą lepszą wyspę i razem z Meryl założyć pensjonat na górzystym terenie. Całe dnie byśmy śpiewały, uroczo przy tym fałszując i wyciskały sok z pomarańczy. A wieczorami urządzały wielkie greckie uczty. Ten film jest okropnie wręcz kiczowaty, kto słyszał popisy wokalnie Pierce’a Brosmana, ten to wie. Ale niesie z sobą tyle radości, uroku i dobrej zabawy. Głównie dzięki obsadzie. Meryl nie boi się fałszować, tańczyć bez ładu i składu i świetnie się bawić, nie bacząc na wszystko. Nie każda aktorka chciałaby zagrać w takim filmie i obnażyć swoje słabości. Meryl jest wielka, więc może. I chwała jej za to.

z5457673ihmeryl-streep-i-pierce-brosnan

Wątpliwość.  To taki film, który nie zrobił olbrzymiej światowej kariery. A szkoda, bo to film intymny, duszny i budzący wiele emocji. Głównie za sprawą kolejnej genialnej roli Meryl Streep. Rzecz dzieje się w katolickiej szkoły, którą prowadzi siostra Alojzyna- w tej roli Meryl. Zdecydowanie ma ona konserwatywne poglądy na świat i ludzi. Wyjątkowo też drażni ją postępowy ksiądz proboszcz, w tej roli zmarły niestety Philip Seymour Hoffman. Siostra Alojzyna nabiera podejrzeń co do relacji księdza Flynna z jednym z uczniów, i chociaż brak jej dowodów, stawia mocne oskarżenia. Czy ksiądz Flynn jest otwarty i bezpośredni,bo w głowie mu niecne czyny? Czy za fasadą zimnej i nie mającej uczuć Alojzyny kryje się osoba, gotowa zgrzeszyć kłamstwem by ochronić swoich podopiecznych?  Ten film to mistrzowski popis gry Meryl Streep.  Potwierdzenie jej niezwykłego talentu.

7275f3878388a634758a5647ae8e50b1

Julie& Julia. Film kulinarny, nie mogłam o nim nie wspomnieć, skoro tyle czasu spędzam w kuchennych okolicznościach. Ciepły- i to ciepło,wcale nie bije z rozpalonego piekarnika. Kobiecy, smakowity, okraszony idealnym aktorstwem i humorem. Ten film to przepis na udany wieczór. Julia Child, jedna z ciekawszych postaci kulinarnego świata, w tym filmie została brawurowo wręcz zagrana przez Meryl. Meryl po prostu stała się Julią Child, każde jej słowo, gest, ruch, wszystko jest idealne. Ten film opowiada o wielkiej pasji, przyjemności i spełnieniu. I zdecydowanie oglądając ten film można pozbyć się dosłownie każdej troski dnia codziennego. Głównie dzięki Meryl, która w tym obrazie pokazuje swój kunszt. Nie musi mieć nie wiadomo jak ambitnego scenariusza by zagrać po prostu fenomenalnie.

mc-julia-child

Ścieżka dźwiękowa – Dpeche Mode- You move

Skarpetkowe inspiracje

Tak, wiem, kolejny niejednoznaczny tytuł. Ba, nawet idiotyczny. Ale wierzcie ( albo i nie), ale to właśnie skarpetki zainspirowały mnie do napisania tych paru słów poniżej.

W weekend chciałam uzupełnić skarpetkowe zapasy. Wiecie, w życiu każdego człowieka nadchodzi ten dzień, kiedy okazuje się, że część skarpetek żyje swoim życiem, gdzieś z dala od szuflady z resztą skarpetkowej rodziny. I można naiwnie pytać- czemu 80 % moich zapasów nie ma pary? Albo można przyjąć sytuację na klatę i po prostu kupić nowe. Ja przyjęłam tą drugą metodę. Poszłam na skarpetkowe zakupy. I zdziwiłam się okrutnie, kiedyż to nie mogłam kupić normalnych skarpetek.  Pani w drugim sklepie uświadomiła mnie, że teraz nie sprowadza już skarpetek jakie nosiłam całe życie, teraz nosi się niejakie stopki. Takie króciutkie coś, bo trzeba chodzić z odkrytą kostką. Gdybym chciała odkrywać swoje kostki założyłabym  sandały, albo klapki, albo jakieś baletki. Ale nie wiem jak mogłabym kusząco odkrywać swoje kostki w botkach na przedwiośnie, które są dość wysokie? Po cóż mi odkrywać kostki w adidasach kiedy po ulicy hula zawrotne 7 stopni? I tutaj pani znów mnie uświadomiła,że teraz trzeba pokazywać kostki i koniec kropka.

I przypomniałam sobie,że przecież rzeczywiście, tej zimy 90 % widzianych przeze mnie dziewczyn od 13 lat w górę i jakieś 60 % chłopców 15 w górę nosi jeansy 7/8, które odsłaniają tę kostkę, czyli strategiczną część ciała jak się okazuje. Znawcy wiedzą,że kozaki do takich spodni nie pasują, więc noszą je z adidasami, albo trampkami. Komicznie to wyglądało podczas śnieżyc, kiedy tłumy idące do szkół brodziły w śniegu, po kostki. Gołe kostki. Zupełnie nie rozumiem tego fenomenu, cóż takiego mają w sobie kostki, że trzeba je zimą odsłaniać? Im zimniej tym chętniej młodzież odsłania swoje wdzięki. Mi się zimno robiło za każdym razem jak widziałam takie „stylizacje”. A co dopiero jakbym miała wyjść na mróz, w tenisówkach, przykrótkich jeansach i stopkach. Możecie mi wyjaśnić co takiego jest w kostkach, że każdy musi je podziwiać zimą?

17160677_1437998032931328_1333973765_n

Nie rozumiem też innego trendu, zimą noszenie spodni z dziurami. Pardon, dziur obleczonych w kawałeczek jeansu. Najodważniejsze jakie widziałam zaczynały się zaraz pod kieszeniami i kończyły gdzieś w okolicy przed kostką, bo wiadomo kostkę trzeba pokazać by zaistnieć. Gołe nogi, mróz i śnieg. Połączenie idealne. Nie powiem, sama mam parę jeansów, które zostały fabrycznie popsute. Tyle,że moje są ledwie lekko nadszarpnięte, nie mają dziur, a raczej dwie maleńkie dziurki, których się nie widzi, a dodatkowo do kwietnia nie wyjmuję ich z szafy. Bo jakoś mini dziurki, nawet te mini dziurki nie pasują mi do zimy. A już na pewno nie pasują mi praktycznie gołe nogi. Rozumiem,że taki trend może sprawdzać się w srogich zimach w Los Angeles, czy też na Florydzie, kiedy to miły,rześki wiaterk muska gołe nogi, ale u nas? W śniegu, deszczu i sztormie? Nie rozumiem tego trendu. Za nic nie rozumiem.

dee9de601078debd0897fe831c7c59fc

Nie rozumiem też trendu polegającego na chwaleniu się zimową kurtką i szalikiem. Czemu chwaleniu? Bowiem zimowa kurtka powinna być tylko narzucona na ramiona, dla tych dopiero zaczynających przygodę z tym trendem, możliwe jest nałożenie jej na ramiona, ale koniecznie trzeba narzucić ją na zwykły, cieniutki t-shirt i broń mnie wszystko co możliwe, nie zapinać. Oczywiście trzeba koniecznie nałożyć do tego dziurawe spodnie, koniecznie odkrywające kostki. Co z tego, że sypie śnieg, że mrozi mróz. Zamek musi pozostać niezapięty, ważne by wiatr mógł spokojnie hulać po nerkach, ale za to cały świat mógł podziwiać przesłanie z koszulki. Najczęściej brzmiało ono, że owa dama nie lubi szkoły. Oczywiście całkowicie rozpięta kurtka musiała kontrastować z czapą z wielkim pomponem i ciepłym futerkiem na…. smatfona. Byleby biedny nie zmarzł za bardzo kiedy strzela się poranne zdjęcia.

c581adne-nowa-bawec582niana-kurtka-zimowa-kobiety-wygodne-pc582aszcz-z-kapturem-futra-koc582nierz-kobiet-dc582ugi-gruby-plus

Chyba się starzeję,  bo nie rozumiem współczesnych trendów. Starzeję się, bo zimą ma mi być po prostu maksymalnie ciepło.

Cieszę  się,że zimowe trendy idą precz. Czekam z pewną dozą niepokoju, co przyniosą wiosenne, miejskie,wybiegi.

Ścieżka dźwiękowa- Voo Voo -Palec na cynglu

O matczycznym braku konsekwencji

Tak, wiem, dziwny tytuł. I mylący. Bo nie będę teraz opisywać tych matek, które mówią,że ich dzieci chodzą spać dzień dnia, albo raczej wieczór w wieczór zaraz po 19-a tak naprawdę chadzają spać kiedy mają ochotę,często po 2 w nocy. Albo, że chociaż pociecha ma 17 lat nigdy nie zjadła kawałka ciasteczka, a tak naprawdę mamusia 5 razy w tygodniu kupuje tuzin pączków z budyniem.

Będzie o matkach i ich braku konsekwencji. Ale nie wobec dzieci. A wobec samych siebie. O kluczeniu, a może nawet zakłamaniu. Zdecydowanie o zakłamaniu i klice. Tak, o klice.

Brat parę miesięcy temu namówił mnie na założenie konta na Instagramie. Najpierw uważałam,że to bez sensu,ale skoro brat prosi? W sumie nie wiem czemu prosiła,ale ok. Ostatecznie spodobało mi się to. Aczkolwiek nie popadłam w paranoję. Mam wrażenie,że niektórzy ludzie przynajmniej 20 godzin na dobę nie robią nic ponad szykowaniem posiłków, strojów, i miejsc,które koniecznie trzeba pokazać na tym portalu. Przyznaję, nie rozumiem tego,ale miło popatrzeć. Podpatruję też parę profili młodych mam. Jedne pracują, inne nie. Ale umówmy się, bycie mamą to praca, tak więc każda matka pracuje. I kiedy patrzę na niektóre profile młodych matek, i to nie jednego a kilkorga pociech to odczuwam zazdrość. Nie, nie chodzi o posiadanie dzieci, a o to,że matki mają tyle czasu. Dokładnie, tyle czasu i takie idealne życie.

Ostatnio jedna matka z Instagrama napisała,że była w szoku kiedy jej koleżanka po odwiedzinach u niej stwierdziła- zazdroszczę Ci. Jak to,czego? No tego,że spotkałaś idealnego faceta, z którym stworzyłaś ciepły i wspaniały dom, że masz cudowne dzieci, a przy tym masz czas na własne pasje i projekty. I tutaj matka z Instagrama nie wytrzymała. Bo jak ktoś śmie jej zazdrościć, jeszcze obcy człowiek,ale koleżanka? Własna koleżanka, singielka. Żmija, bez serca. Czy ona nie wie, że…

Ano pewnie,że nie wie, bo jest bezdzietną singielką. Ona więc nie wie, że życie matki jest okropne. Bo dzieci chorują, po ciąży ma się dodatkowe kilogramy, mąż ma 888 irytujących wad, ona na nic nie ma czasu, nic nie może zaplanować, bo jest matką. W ogóle to matka wszystkiego zazdrości singielce, bo standardowo bycie singlem oznacza życie bez problemów, trosk i kłopotów dnia codziennego. Ma się nad wszystkim kontrolę, masę pieniędzy i dom tylko dla siebie, gdzie hula łagodząca umysł cisza i pustka. A takie singielki wiedzę o tym jak to jest być matką i żoną czerpią z Instagramów, i potem zazdroszczą. Koleżanka usłyszała więc mniej więcej,że na matkę nadają się tylko te panie, które lubią cierpieć i poświęcać się dla narodu. Bo bycie matką to chyba najgorszy zawód świata. I ta biedna matka była oburzona,że jej koleżanka, singielka, dodajmy, ogląda te Instagramy, i uważa,że Instamatki są super, że Instadzieci są idealnie grzeczne, a w ogóle posiadanie rodziny to najlepsza rzecz pod słońcem. I tutaj matka z radością oznajmiła,że jej koleżance zrobiło się głupio, przeprosiła, wyszła i plany powiększania rodziny odłożyła na 20 lat naprzód. Aż zbierze odpowiednią porcję siły. Inne idealne Instamatki były zachwycone i biły wirtualnie brawo.

e4bb5e197b361b281b395fc2bba2c446

I teraz z ciekawości spójrzmy na profil tej wymęczonej matki. Co tam znajdziemy? Sądząc po wpisie na blogu można się spodziewać ruin domu, wybitych okien, albo co najmniej tony śmieci,prania i zabawek w salonie. Ale nie. Dzień matki, która uważa,że bycie matką to pasmo wiecznych nieszczęść.

Matka o 6.15 pisze,że nocka minęła cudownie, je Bubuś spał ciurkiem 8 godzin, a ona z nudów wstała o 4.20 i zaczęła ugniatać chlebek dla rodziny 100 % ziaren, bez glutenu,laktozy, cukru i niezdrowych tłuszczy. O 7.30 dostajemy zdjecie jak Bubuś i starsza pociecha Dziubdziuś jedzą chlebek, do tego popijają koktajl z domowego jogurtu ( kupne naturalne są wszakże pełne chemii,a  w ogóle to nie wiemy gdzie pasła się krowa, więc jogurt jest z mleka konopnego), biały stół, idealnie czysta biała kuchnia, biała podłoga, czerwony koktajl, czarny chleb, zielona pasta z awokado i ani jednej plamy. Duma rośnie. Ja,mam dowód w kieszeni tyle lat, a bałaganię jak niemowlę przy robieniu jedzenia. Mamy 9.00 i kolejny raport. Dzieci po przespanej nocy, i sytym śniadaniu poszły spać. Mamusia pokazuje urocze zdjęcie, dzieci śpią, a ona czyta, na twarzy ma maseczkę, piję cappuccino, z nudów posprzątała czystą kuchnię i może ( w przerwie czytania) zaplanować cały przyszły tydzień. 11. 14. Tęskniliście? Mamusia bardzo, właśnie raportuje z kawiarni przyjaznej matce i dzieciom. Była już na spacerku po lesie, wrócili do cywilizacji i poszli na drugie śniadanko. Bez szemrania dzieci wcinają koktajle z jarmużu i tosty ze szpinakiem. Mamusia spotkała kolejną instamatkę i plotkują. Dzieci super się bawią. Ach, jak miło. 14.23. Młodsze dziecko znów śpi, zmęczone pewnie trawieniem szpinaku. Starsze z matką robi obiad. Będzie domowy rosół na kurze, którą wczoraj kupili na eko targu, domowy makaron. A jako,że fajnie się wałkowało to postanowiła wałkować dalej, i ulepiła pierożki z kaszą gryczaną i soczewicą.O 15.10 mamy aktualizację, młodsze ciągle śpi, starsze grzecznie się bawi samo, a jako,że matka okropnie się nudzi piecze dla męża ciasto. Będzie domowa drożdżówka z jeżynami. O 17.09 mamy relację z obiadu. Wszystko wspaniale smakowało, mąż zachwycony,a  dzieci jeszcze bardziej. 18.21. Matka tęskni. Czyżby tęskniła za wolnością i czasem bez dzieci? Nie, ona tęskni do dzieci. Mąż, zabrał dzieci na spacerek i ona ma godzinkę wolną i w ogóle nie wie co ma robić. Ostatecznie dzieli się informacją, że snuje się po Instagramie, ogląda dzieciowe zdjęcia i tak tęskni za noworodkiem, bo Bobuś ma już prawie roczek. O 19.33 dzieci śpią. A jakże, po takim dniu też bym padła,nie ma to tamto. Widać teraz słodkie buźki, które tak grzecznie śpią w idealnie odprasowanej pościeli, w idealnie stylowym pokoju, w którym jest tak czysto,że sama Małgosia Rozenek by dostała palpitacji serca z zachwytu. O 21 matka życzy nam dobranoc. Informuje, że zrobiła sobie mini spa, nastawiła ciasto na rano, na bułeczki,nowy przepis, mąż czyta, a ona właśnie idzie obejrzeć kolejny odcinek ulubionego serialu. I przeprasza, że jutro będzie jej tutaj mniej,ale jadą rodzinką całą na weekend na wieś. Agroturystyka, więc może nie być wi fi w odpowiednim standardzie.

1ccac08464c60e31ae9f358e2160830f

Przyznaję,że niewiele rozumiem z tego co czyni owa matka. Jeżeli uważa, że macierzyństwo jest takim dramatem, to po cóż tyle energii poświęca na pokazanie światu, że jej życie jest idealne a posiadanie rodziny dostarcza jej tyle radości? Dlaczegóż więc ma pretensję do samotnej koleżanki, że jej zazdrości bo naoglądała się pięknych zdjęć w internetach? Po cóż sama tworzy nierealną rzeczywistość i kreuje świat, który nie istnieje? Ileż musi wydać środków by dzień dnia mieć świeże kwiaty, tysiące dekoracji do zdjęć, i innych cudów i wianków? Potem dekoruje, aranżuje i robi sesje. Albo, jest szalenie zadowolona ze swojego życia i naprawdę jest tak jak na zdjęciach. Tyle, że nie potrafi przyjąć komplementu. Bo nie potrafi przyznać, że ma fajne życie i chociaż macierzyństwo to również cienie, to blaski zdecydowanie rozjaśnią mroczne momenty? Sama nie wiem, może to takie tradycyjne poczucie, że matce zawsze i wszędzie trzeba tylko i wyłącznie współczuć? Że chociaż nie ma źle to i tak ma źle i jeszcze gorzej? I koniec i kropeczka. Skoro już była w ciąży i rodziła, to może sobie narzekać na bycie matką ile mi się podoba. A singielce nic do tego.

Przyznaję szczerze, gubię się. Mam wrażenie, że niektórym powinno się zabrać internet. I uwaga, nie byłyby to wcale dzieciaki.

A Wy jak patrzycie na wirtualną rzeczywistość super mam?

a14baac974133d05d31031f6119de691

Ścieżka dźwiękowa- Depeche Mode- No more (this is a last time)

Książkowo-filmowy luty

W lutym przeczytałam 14 książek. W tym parę naprawdę dobrych, a jedną wprost genialną. Standardowo zaczynam od tych co mojego uznania nie zdobyły.

Najpierw dwa minusy, jeden minus poważny, potężny, dyskwalifikujący. Drugi nieco mniejszy, ale bardzo rozczarowujący.

Zacznę od mocnego kalibru, moje wielkie rozczarowanie to Złodziej z mgły. Bardzo lubię książki Zafona, pozycja Lavinii Petti, miała być jeżeli nie tak samo dobra, to nawet lepsza. Ten sam klimat, ten sam magiczny i tajemniczy świat. Zabrałam się za nią pełna dobrych przeczuć,ale z każdą kolejną kartką moja irytacja rosła. Ta książka została napisana w stylu godnym 13 letniej panienki, która pisze wieczorami w tajemnicy przed rodzicami. Miało być niezwykle pięknie i magicznie, a wyszło niestrawnie. Bardzo wtórnie, bardzo banalnie, styl autorki jest niezwykle irytujący i wywołujący w czytelniku dreszcze. Bynajmniej nie rozkoszy, a znużenia i zniechęcenia. Oczywiście biorę poprawkę na to, że jest to debiut,ale jeżeli ktoś wydaje swoją pierwszą książkę, powinien przynajmniej ją przeczytać w całości przed wydaniem i sprawdzić czy rozdział 1 pasuje do rozdziału 2. Czy historia ma sens, i czy w ogóle jest sens wydawać coś, co powinno zostać, w zasadzie, napisane od początku. Lavinio, przed tobą masa pracy.

 

Inicjały Zbrodni, książka Sophie Hannah, ale i na okładce mamy imię i nazwisko mistrzyni kryminału, Agathy Christie. No cóż, jeżeli coś podpisujemy Agathą, to spodziewamy się wielkiego dzieła. No przynajmniej ja się spodziewam. Po książki Agathy Christie świadomie sięgnęłam mając lat 10 i zakochałam się od pierwszej strony. Jako pierwsze przeczytałam Morderstwo w Orient Expressie. I przepadłam. Inicjały Zbrodni, powrót słynnego Herculesa. Gdyby główny bohater nazywał się,dajmy na to Federico, było włoskim detektywem, a cała historia działa się w Rzymie, pewnie by mi się nawet spodobała. Ale skoro mówimy o Herculesie to oczekuję efektu Wow. A tutaj go nie było, zawiodłam się po prostu. Styl Agathy Christie był jedyny, jej lekkość, elegancja i finezja,są po prostu nie do podrobienia. Mam cichą nadzieję,że więcej razy pani Sophie nie będzie absorbować naszego Herculesa i pozwoli mu odpoczywać na jakże zasłużonej emeryturze.

Ludzie, którzy ciągle piją kawę zamiast herbaty, powinni przebadać sobie głowę

Teraz milsza część, książkowe hity. Jeżeli chodzi o tę pozycję to określenie hit do niej nijak nie pasuje. Nie pasuje, bo to jest niemalże arcydzieło. Genialna pozycja, którą czyta się po prostu całym sobą. Czyli po prostu żyje się tą książką, a po przeczytaniu dalej siedzi w głowie i nie mijają dwa dni a człowiek tęskni i bardzo chciałby znów ją mieć w dłoniach. Kalman Jakobi to  polski Żyd, który zrządzeniem losu staje się właścicielem pokaźnego majątku. To nagłe bogactwo bardzo go onieśmiela, bo Kalman to pobożny i bardzo skromny człowiek. Zarządzanie majątkiem polskiego zesłańca, wcale nie wydaje się dla niego wielkim darem od losu. Bardziej niż stan skarbca Kalmana interesuje przyszłość jego córek, które osiągają wiek, w którym powinno się myśleć o małżeństwie. Stara się by panny znalazły pobożnych mężów, którzy zadbają o jego ukochane córki. Świat nie stoi jednak w miejscu, i przyzwyczajonemu do tradycji Jakobiemu trudno odnaleźć się w nowoczesnym świecie. Zarówno tym w sferze społecznej jak i moralnej. Coraz trudniej mu żyć ze świadomością, że dawne zasady odchodzą w zapomnienie. Dwór to przepiękna i monumentalna historia życia żydowskiego klanu, którym targają liczne dramaty, tragedie i problemy. Isaac Singer, za Sztukmistrza z Lublina dostał Nagrodę Nobla,  mojego osobistego Nobla dostaje za Dwór. Powiem Wam więcej, kto nie przeczytał tej książki, natychmiast powinien to nadrobić. Do biblioteki marsz.

Mężczyzna to jak pies – dać mu jeść i miejsce do spania, a już swej budy nie opuści.

Zmienimy klimat zdecydowanie. Góra bezprawia to solidna pozycja wprost od Johna Grishama. Sprawdzone nazwisko i prawniczy thriller. Walka z bezdusznym,lokalnym,górniczym monopolistą i prawniczka,wolontariuszka. Dramat wielu rodzin, które poprzez kopalnie straciły ojców, dzieci, albo dorobek życia. Trzeba się przygotować na rozgrywkę, gdzie wykorzystuje się nie tylko prawnicze sztuczki,ale gdzie wydaje się, nie obowiązują żadne zasady. Szczerze mogę polecić tym książkę, tym, którzy lubią prawnicze klimaty i lubią zostać w napięciu od pierwszej do ostatniej strony.

Znów zmieniamy klimat, całkowicie. Tym razem prowincjonalną Amerykę, zamieniamy na Włochy. Może nie dosłownie, bo historia dzieje się w Anglii, ale zdecydowanie dotyczy Włoch. Nie wiem jak Wy,ale czasami mam ochotę na książkę, łatwą, lekką i przyjemną. Optymistyczną, ciepłą, poprawiającą nastrój. Pewnej nocy we Włoszech to właśnie taka książka. Historie kilkorga, zupełnie różnych osób, które połączył kurs języka włoskiego, dają nadzieję, są przyjemne, zupełnie jak kawałek sernika w ponury dzień. Albo ciepły koc w ten wieczór, gdy za oknem hula wiatr. Pewnej nocy we Włoszech to bezpretensjonalna opowieść, która przypomina,że życie bywa nieprzewidywalne i nie warto czekać ze spełnianiem swoich marzeń czy postanowień, bo nigdy nic nie wiadomo.A skoro żyjemy raz, to przynajmniej smacznie jedzmy, otaczajmy się życzliwymi ludźmi i cieszmy codziennością. Książka w sam raz na przedwiośnie, które nie chce przyjść i serwuje same ponure chwile.

 

Moim wielkim filmowym hitem jak już pewnie wiecie było La La Land. Recenzję napisałam na gorąco, znajdziecie ją tutaj, nie będę Was zanudzać kolejnymi zachwytami.

Poza La La Land obejrzałam w lutym 5 filmów. Nie było wielkiego przegranego, czegoś co by mnie odrzuciło, raczej same solidne i dobre kino. Jako, że nie ma minusa, przejdę do dwóch plusów. Jednego większego i drugiego, trochę mniejszego. Ten mniejszy należy się Wielkiemu Pięknu, obrazowi pięknemu,ale czy dodatkowo wielkiemu? Mam mieszane odczucia. Film na pewno jest ważny, i piękny,ale dla mnie nieco zbyt przejaskrawiony i momentami zbyt teledyskowy. Chociaż mam wrażenie z drugiej strony,polega na połączeniu różnych teledysków w jedną,sprawnie działającą całość. Wiele scen z tego filmu zaś to naprawdę arcydzieła.

36686536556800942070

Za to całkowicie zauroczyła mnie Młodość, film, który zachwycił mnie w każdym ujęciu i każdej sekundzie. Przepiękny obraz pełen kontrastów, życie i śmierć, młodość i starość, energia i powolność. Oglądałam z ogromnym zaciekawieniem, i wielką przyjemnością. Bo Młodość to nie tylko piękny film,ale i mądry. Ponadczasowy. Paolo Sorrentino, twórca tych obydwu filmów okazał się reżyserem, którego pokochałam z miejsca.

55fffa632e8d5

Nie zapeszam,ale po 2 tygodniach bez ani grama słońca, w końcu mieliśmy słoneczny dzień. Czyżby wiosna szła do mnie nieco odważniej? Mogę nie zabierać dziś z sobą rękawiczek?

Ścieżka dźwiękowa- The National – I Need My Girl

 

Na kobiecą nutę

Julia, Josephine. Molly, Marianne i Peggy. Była i Maria Magdalena i Leni i Matylda. Kobiety. Kobiety w piosenkach. Panowie i panie, lubią śpiewać o przedstawicielkach płci pięknych. Zastanawialiście się kim są tytułowe damy? Ja też, bardzo często. Stąd też postanowiłam nieco bliżej im się przyjrzeć. Poznać je. I cóż, przedstawić Wam. Dziś kolejna część mojej muzycznej audycji, którą prowadzę od jakiegoś czasu. Tym razem inspiracją był dzień kobiet.

Magdalena. Tak, wiem, trąci to okropną prywatą. Naprawdę wyszło to przypadkiem, musicie mi wierzyć na słowo pisane. O Magdalenie napisano wiele pieśni. Nie wiem nawet dlaczego? Czyżby to imię tak ładnie się śpiewało? Możliwe. Jakoś nigdy nie byłam nie jestem i nie będę fanką tego imienia. Swojego na marginesie, gdyby ktoś do tego momentu się nie zorientował. To dziwne, bo je lubię. To znaczy lubię, ale nie u mnie. To znaczy ja uwielbiam Magdalenę. Wiem, wiem plączę się. Kocham formę Magdalena. Nie znoszę być za to  Madzią. Bo Madzia to mała dziewczynka, która nosi różowy sweter w myszką miki, ma czerwone rajstopki, i je truskaweczki na kolanach babci. Tak, taki obrazek mam uwieczniony na zdjęciu. Madzia ze zdjęcia miała lat 3 i 4 miesiące, wtedy modny był róż. Ale Madzia dorasta, staje się Magdaleną… Ale nie każda. Niektóre dalej mają buzie małej Madzi. A przecież Magdalena to ktoś zupełnie inny. Ta Magdalena nie nosi różu, w szafie ma za to 56 sukienek w 11 odcieniach czerni. Ma czarne, bardzo błyszczące włosy, jest wysokiej rangi prawnikiem. Przeciwników na sali sądowej zgniata jednym ruchem szpilki na niebotycznych obcasach. Magdalena w swojej czarnej torebce ma nie tylko laptop, wodę Evian, puder za 800 zł, ale i czerwoną szminkę, jej atrybut. Magdalena mieszka w przestronnym lofcie, na 33 piętrze z widokiem na całe miasto. W domu rządzi biel i stal. Magdalena nie znosi bałaganu, chociaż ma dwie sprzątaczki zdarza się, że sama ściera kurze. Mieszka sama, jeżeli nie liczyć rybek, które pływają w akwarium, które robi za olbrzymią dekorację salonu. Magdalena nie wchodzi do kuchni, dba o linię, codziennie rano dostaje zestaw pudełek, które zajada z niesmakiem przez cały dzień. Magdalena nie ma koleżanek, bo jest zimna, wyniosła, i nie lubi typowo kobiecych tematów-jakie przedszkole wybrać? Czy wasza niania też mówi z 7 językach? Czy moja pupa jest wystarczająco jędrna? Magdalena lubi wpaść w sobotę na szybkiego drinka do baru, zawsze jednego. Kiedy tam wchodzi roztacza nie tylko woń najdroższych perfum,ale i prawdziwy żar i tajemnicę. Mężczyznom na jej widok miękną jedynie kolana. A kiedy Magdalena zabiera swoją idealność, oni mogą jedynie zanucić….

I’d sell
My soul
My self-esteem
A dollar at a time
One chance
One kiss
One taste of you my Magdalena

ff5b6d9fd249f19b22b31d86ff8b7826

Layla. To urocza blondynka. Layla nie martwi się o karierę, pracuje w salonie kosmetycznym, ma wierne klientki, które zjednuje uśmiechem i bezpośredniością. Jest bardzo towarzyska, wydaje się,że każdy kto powie jej dzień dobry,staje się jej przyjacielem. Layla na co dzień uwielbia hipisowski styl, ma długie włosy,w które wplata rzemyki, kocha falbany, długie sukienki,nawet zimą, nosi do nich wtedy po prostu ciepły sweter. Na jej styl ubioru i życia, wpływ miała matka, samotna matka o rockowej duszy. Domowe obiadki, wspólne czytanie książek i pilnowanie ocen? Nie w domu Layli.  Layla nie mieszka sama, swoje 2 pokojowe mieszkanie dzieli z 2 koleżankami. Jest tu wieczny bałagan, albo raczej według Layli, artystyczny nieład. Nic do siebie nie pasuje. Otwierając lodówkę w jej mieszkaniu zobaczymy mleko migdałowe,musli i mrożoną pizzę. Trochę zdrowo, trochę nie. Layla kocha komedie romantyczne, i dużo muzyki, non stop tańczy i śpiewa. Uwielbia domówki, imprezy i koncerty. Czy da się nie lubić Layli? Nie, to szczera, otwarta i niezwykle radosna osóbka, kochają i przyjaciółki i  mężczyźni. Layla wie, że jej urok działa na wielu. Na tego młodego Ericka również.

Layla, you’ve got me on my knees.
Layla, I’m begging, darling please.
Layla, darling won’t you ease my worried mind.

37aed93994196f7d98283c1f2d9770c21

Rosanna. Ona poznała Jego kilka lat temu, zakochali się, stworzyli parę, wynajęli małe mieszkanko. Zaczęli planować nawet wspólną przyszłość. Dwoje  uroczych dzieci, mały domek i spokojne życie na angielskiej wsi. On był taki sobie, niewysoki, chudy, okularnik, pisał doktorat, skromny, cichy,nijaki. Ale jaki zakochany. Zakochany w Rosannie. Rosanna była córką bogatych rodziców, niezbyt interesowała ją szkoła, chociaż chodziła do świetnej i prywatnej. Rosanna była piękną dziewczyną, burza kręconych włosów, kobieta sylwetka, wspaniały uśmiech. Po studiach Rosanna zaczęła pracować w gazecie, została modową dziennikarką. Bale, bankiety, rauty, suknie, makijaż, tajniki depilacji i nowe metody opalania. Rosanna w pracy była postrzegana jako rozpuszczona panienka, której w głowie tylko błyszczyki i koronki. I ta dziewczyna, mająca takie znajomości i tyle okazji, związała się z Nim. W domu byli jak wszyscy inni., on robił jej śniadania, obowiązkowo jeden tost z odrobiną miodu i połowa grapefruita. Po pracy czekał na nią On z zupą, ona zrzucała modne ciuchy, wkładała dres i oglądali programy przyrodnicze. On czytał jej wiersze, a ona uczyła się piec ciasta. Zrobiła nawet pierwsze słoiczki malinowej konfitury. On był zachwycony, ona coraz mniej. Coraz bardziej zdawała sobie sprawę,że nic nie wie. Nie wie czy takie życie chce prowadzić. Imponował jej blichtr, marzyła o codziennych premierach i relacjach z czerwonego dywanu. Była rozdarta. W pewien poranek nie poszła do pracy, zabrała swoje rzeczy, wynajęła mieszkanie, zostawiła liścik. Wciąż nie wie czego chce. A On wciąż tęskni….

All I wanna do in the middle of the evening is hold you tight
Rosanna, Rosanna
I didn’t know you were looking for more than I could ever be

9797ddf50cdd7ec294f54d0d64f18015

Suzana ma 17 lat, uczy się w liceum. Jest nieśmiałą,szarą myszką. Taka zwykła nastolatka. Lubi się uczyć, chce być lekarzem, a jak się nie uda to chciałaby zostać pielęgniarką. Susana ma nieco młodzieńczego trądziku, który przykrywa pudrem starszej siostry. Dużo czyta, lubi włóczyć się po parkach, pasjami robi zdjęcia, nie znosi w-fu, i ciągle kłóci się z mamą o to by mogła mieć w domu psa. Poza siostrą Suzana ma dwóch braci. Któregoś dnia dziewczę poznaje nieco bliżej Jego. Klasowy Macho, przystojny, z błyskiem w oku. Nie lubi szkoły, lubi za to żelować włosy, nosić koszule i nie zapinać 2 pierwszych guzików, i czarować młode damy. Myślał,że z Suzaną będzie jak z innymi,ale nie. Jego wzięło na poważnie. Oszalał dla tej szarej myszki. Ach, cóż ona w sobie miała. Młodość, tajemnicę, tę nieśmiałość. Spotykali się w parku i spacerowali. Albo szli na sok pomarańczowy do przyparkowej kawiarni o nazwie Delikatna. Odkładał każdy grosz na te randki. A Suzana, cóż, Suzana bardzo go lubiła. Ale miała zasady, swoje zasady. Babcia zadbała by Suzana wiedziała co damie wypada a co nie. Dzielnie więc spacerowała, spacerowała obok niego, i nie pozwalała na nic więcej niż pozwoliłaby sobie jej babcia. Jemu nie zostało nic więcej, jak po kolejnej randce, gdy trzymała go na dystans zanucić….

Su-sanna, I’m crazy loving you….

2705-close-up-portrait-of-a-beautiful-teen-girl-outdoors-pv

Ach ten słodki uśmiech, ach te piękne zgrabne nogi, ach te kwieciste sukienki. Poznajcie Lilian, młodą, pełną energii i werwy pannę. Lilian jeździ na rowerze, jest wegetarianką, nauczycielką, po pracy pędzi do schroniska, gdzie jako wolontariuszka pomaga przy bezdomnych psiakach. Jej emerytowane sąsiadki ją uwielbiają, Lilian zawsze obdarzy je uśmiechem , upiecze dla nich szarlotkę i wniesie zakupy. Lilian ma na ramieniu zabawny, mały tatuaż. Uwielbia kwiaty, dwa razy w tygodniu jeździ na ekologiczny targ gdzie kupuje nie tylko naręcza tulipanów, ale i swój rowerowy koszyk wypełnia kilogramami zdrowych warzyw i owoców. Lilian wydaje się być dziewczyną idealną. Ale ma maleńką, drobniutką wadę. Zmienia mężczyzn jak rękawiczki. Najpierw pojawia się ten jej nieziemski uśmiech, potem parę słów, potem parę idealnych randek i …. Lilian się nudzi. A jak on cierpi, a jak on cierpi. Pół miasta, albo przynajmniej pół dzielnicy ma przez nią połamane na kawałki serca…

Oh, Lillian
I should have run
I should have known
Each dress you own
Is a loaded gun

19b124c834e4f4136f105b5d222d76db

Wiem, wiem. Jest jeszcze Angie, Roxanne, Sadie, nasza Pamela co się żegna.I jest nawet seksibomba o imieniu Aleksandra, celowo ją pomijam bo Aleksandra przedstawia się sama.  Ja też się żegnam Czas na mnie.

Ścieżka dźwiękowa-  X Ambassadors- Renagades

Minął luty

Po bardzo trudnym i ciężkim styczniu, przyszedł luty. Pamiętam jak 1 lutego trafiłam gdzieś na horoskop na cały miesiąc. Przeczytałam i nie mogłam przestać się śmiać, ileż tam było zapowiedzi miłych chwil. Luty miał kusić ciekawymi spotkaniami, okazją do wyjazdu, niespodziankami i dobrym samopoczuciem. Jak ja się wtedy śmiałam. Zdecydowanie nie mogłam przestać. Kiedy skończył się styczeń, który ledwo przeżyłam moje założenie co do lutego,było dokładnie takie samo. Przeżyć i tyle.

Ale patrząc wstecz na ten miesiąc muszę powiedzieć, że horoskop miał 100 % racji. Po stagnacji coś się ruszyło. Luty to miesiąc napiętej pracy, rzeczywiście zajęć w pracy był nadmiar, a dodatkowo atmosfera w miejscu pracy była chwilami wprost nie do zniesienia, ale po burzy przyszło słońce. Być może to oczyszczenie emocji, które gromadziły się i gromadziły w powietrzu,było po prostu potrzebne? W każdym razie nauczyłam się dystansować. Widzę,że moje przeżywanie ich nieporozumień na mnie fatalny wpływ, a nie przynosi żadnej zmiany. Po cóż więc tracić czas i zdrowie? To moja ważna zmiana w lutym. Ale nie ta jedyna. W ogóle zaczęłam inaczej patrzeć na siebie i innych. Ustaliłam na nowo swoje priorytety i okazało się, że ja jestem całkiem wysoko na tej liście. W lutym jakbym odżyła, głównie psychicznie.

Trzy babskie spotkania i ploteczki, i te w kawiarni, i te w domowym zaciszu. Tak dawno nie widziałam moje ukochanej Zuzi, jak ona się zmienia. Jak wspaniale było rzucić wszystko i pojechać do przyjaciółki, pobawić się z jej córką i znów poczuć dziecięcą radość. Cudownie było spotkać się z ważnymi dla mnie dziewczynami, i nie znaleźć wymówki by odłożyć spotkanie w czasie. W lutym nadrobiłam więc wszystkie towarzyskie zaległości i odkryłam nową kawiarnię.

W lutym wróciły moje ciekawe weekendy. Znów był pierogowy obiad w Mandu i znów zabrało dla mnie pierogów miesiąca. Jak pech to pech. Były sobotnie solidne spacery z siostrą. Początek miesiąca był nadzwyczaj imprezowy. W 5 dni zmieścić się musiały taty urodziny, imieniny i 31 rocznica ślubu rodziców. Tym razem wymyśliłam dla nich zaproszenie na najprawdziwszy gdański bal w Filharmonii. Rodzice byli zachwyceni i do tej pory wspominają mój pomysł, wyjątkowo ciepło. W tym miesiącu również odbył się wypad do spa i ładowanie akumulatorów. Ten wyjazd będę długo, długo wspominać. Oczywiście jak najmilej.

Zdjęciowy miks. Spacerki, dobre jedzenie, herbatka i ploteczki, i dużo smacznego jedzenia:)

 

W lutym musiałam zainwestować w specyfiki do twarzy, po chorobie moja cera zmieniła się o 180 %. Zaczęłam wyglądać podobnie do mojej 16 letniej sąsiadki, nie poznawałam samej siebie, skóra była tłusta, nawiedził mnie trądzik, okropność. Za radą pani w aptece skusiłam się na zestaw kosmetyków Pharmaceris, na noc krem z 10 % kwasem migdałowym, na dzień krem przeciwtrądzikowy. Wydałam 80 złotych i byłam pewna,że za parę dni będę wyglądać wspaniale. No nie, minął tydzień, potem dwa i trzy i wyglądałam tak samo. No przepraszam, tak samo minus 80 złotych. Ale po miesiącu w końcu zobaczyłam efekty. Te kremy wymagają cierpliwości, po miesiącu spełniły swoje zadanie. I ostatecznie nie żałuję,że je kupiłam, aczkolwiek jeżeli ktoś szuka czegoś skutecznego od razu,to nie będę polecać. Krem dla cierpliwych.

Od razu działa za to serum do paznokci Regenerum. To nie tylko mój hit lutego,ale ogólnie,całego roku. Zawsze mam tubkę i używam parę razy w tygodniu. Ale kiedy miałam grypę nie używałam, po grypie obiecywałam sobie,że na wieczór będę dzielnie smarować płytki,obietnice obietnicami,ale sen snem. Nic nie robiłam. A osłabienie i zła dieta, a raczej kompletny brak apetytu okropnie osłabiły moje paznokcie, które łamały się od wiatru, albo z  samego wrażenia. W każdym razie po paru użyciach paznokcie znów wyglądają dobrze. Dla mnie olbrzymim plusem jest forma aplikacji-olejek, bez zmywacza, bez konieczności dokładania warstw i zmywania. Dla mnie bomba.

W grudniu kupiłam sobie perfumy i dopiero w lutym je otworzyłam. Chodzi o zapach z Avonu. Matko i córko, ostatni raz zapach z tej firmy kupiłam pod koniec liceum. Teraz nie wiem co mnie podkusiło? Na półce mam uznane marki, i słynne wonie, i nagle Avon. I wielkie zaskoczenie. Otóż zapach sygnowany przez Justynę Steczkowską(której na marginesie nie lubię) okazał się wspaniały. Attraction, tak się zowie i naprawdę jest atrakcyjny. Wyraziste, bardzo kobiece, świetne na zimowe wieczory i ranki. Ciepłe, otulające, najpierw czuć mroźną jeżynę, potem wanilię i piżmo. Całość jest dziwnie mroźna, nieoczywista. 4 osoby zapytały się mnie czym pachnę, co nie zdarzyło mi się nigdy. Nawet wtedy kiedy miałam na sobie wonie słynne i bolące kieszeń. Nikt nie wierzył,że to Avon. Trwałość ma dużą lepszą niż Chloe, a kupiłam za 50 zł w promocji. Jeżeli ktoś lubi mocniejsze zapachy, to warto go poznać.

Za to zawiodłam się na pewnym podkładzie. Dokładnie na mojej sprawdzonej marce Maybelline w tej kwestii-jestem fanką wierną Super Stay. Teraz coś mnie podkusiło i kupiłam Better Skin, pewnie podkusił mnie stan skóry i obietnice poprawy jej jakości. Błąd, wielki błąd. Wydałam 40 zł na coś co prawie nie ma zalet. Mówię tutaj o wersji w kompakcie, jedynym plusem jest lusterko w opakowaniu. Zero krycia, zero działania, dosłownie nic. Dodatkowo po 4 użyciach całość mi się pokruszyła, nie z mojej winy, tudzież upadku z wysokości, ot, takie to suche. Jeżeli komuś za bardzo ciąży 40 złotych w portfelu, to bardzo polecam.

 

I tym kosmetycznym akcentem kończę.

Ścieżka dźwiękowa- Editors-All the kings